Bliżej Boga

Dla nas i dla naszego zbawienia
Ks. Dr hab. Jerzy Grześkowiak

Medytacja na początek Nowego Roku

 

Panta rei – Wszystko płynie

 

Bóg się rodzi! Niechże więc sobie moc truchleje!

My, którzy wierzymy w Boga, 

nie mamy obowiązku i potrzeby lękać się, 

 

patrzymy pogodnie w twarz Dziecięcia Bożego, 

które z ufnością przychodzi na ziemię 

mimo wszystkich niepokojów i lęków,

Kard. Stefan Wyszyński

 

„Wszystko płynie” – mawiał starożytny Heraklit. Grecy będąc bystrymi obserwatorami dobrze pojęli bieg rzeczy tego świata. Widzieli, jak powstawały i upadały potężne państwa i kultury w Egipcie i na Krecie. Przez setki lat rosło ich bogactwo dzięki handlowi i wojskowym podbojom. A jednak przyszedł czas ich upadku i pozostały po nich jedynie zdumiewające budowle i inne wytwory ich kultur, które podziwiamy do dziś.

„Wszystko płynie” – to dotyczy także naszego życia. Jak szybko minął ostatni rok! Ile wydarzeń, faktów, przemian – w świecie, w kraju, w którym żyjemy, w naszej ojczyźnie, w zakresie życia społecznego, gospodarczego, politycznego, kulturowego, religijnego! A moje życie osobiste, prywatne i zawodowe? I ono jest jak rzeka, której biegu nie powstrzymam ani nie odwrócę. 

Każdy dzień jest inny. Przynosi to, co piękne i dobre, oraz to, co mnie martwi, obciąża, przygniata i sprawia, że mi włosy siwieją i zmarszczek przybywa. Dobra rada, by z góry pozytywnie nastawić się na tego rodzaju negatywne niespodzianki, nie odbiera im przecież ich deprymującego mnie ciężaru. Szczęścia nie mogę szukać w przyszłości, lecz jedynie w teraźniejszości. Szczęśliwym mogę czuć się tylko wtedy, gdy uda mi się tutaj i dzisiaj doświadczyć choć odrobiny radości i satysfakcji. Co będzie w przyszłości, nie wiem. Bo „wszystko płynie”, i to co będzie, co mnie spotka, co wybiorę, dokąd wyruszę i dokąd dojdę, to pokaże nowy dzień, miesiąc, rok.

Poza nami kolejne święta Bożego Narodzenia. Również one mają coś wspólnego z rozważaniem o czasie i przemijaniu.  Zewnętrzne ramy ich świętowania z biegiem lat się zmieniły i osoby, z którymi je świętuję także. Ale niezmienne są moje wewnętrzne przeżycia i odczucia. Jak dawniej, cichnę wewnętrznie, gdy czytam lub słucham radosnej nowiny o narodzeniu Pana. Wtedy w stajni, w betlejemskiej grocie, wydarzyło się coś szczególnego. Odkąd Bóg stał się człowiekiem, zmienił się świat. Historycy ówczesnego świata tego wydarzenia początkowo nie odnotowali. Także dziś na chrześcijańskim Zachodzie święta Bożego Narodzenia mają dla wielu jedynie walor komercyjny. Dla mnie słowo Ewangelii o narodzeniu Syna Bożego jest zawsze nowym wstrząsem. Bo wejście Boga w nasz świat jest „miłosnym wyznaniem Boga” wobec nas. Nasza planeta nie jest zatem żadnym przypadkowym trabantem w nieogarnionym wszechświecie, nad którym bezsensownie pędzi czas. Boże Narodzenie mówi mi, że ziemia jest miejscem, gdzie Bóg spotyka się z człowiekiem, gdzie Bóg po akcie stworzenia i późniejszych powikłaniach w sferze wzajemnych relacji z winy człowieka w nowy sposób je podejmuje i naprawia, kontynuuje swoją historię z nami. Wcielenie Boga to nasze życie w Nim, bo Bóg nasze życie uczynił swoim, a tym samym otworzył nam drzwi do wiecznego życia w Nim.

„Wszystko płynie” – mawiali Grecy, przypatrując się rzeczom i sprawom tego świata. Miało to znaczyć: Chwytaj szczęście, póki jest blisko ciebie, gdy je spostrzegasz, gdy jest w zasięgu twojej ręki, bo tego, co nieprzyjemne, złowrogie, szkodliwe i tak nie unikniesz. „Wszystko płynie” – to była swoistego rodzaju filozofia, która miała przynieść sporą dozę pociechy.

Również chrześcijanie, poczynając od owej świętej nocy w Betlejem, mogą mówić: „Wszystko płynie”. Tylko że sens tej wypowiedzi wyraźnie uległ zmianie. Czas mknie dalej i dalej, i porywa nas ze sobą, ale ten czas ma swój cel: biegnie ku Bogu! Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek Go poznał, szedł ku Niemu i Go spotkał, by w nim znalazł swoją Ojczyznę. To zdumiewa mnie stale na nowo. I widzę nader wyraźnie, że czas i obchodzenie się z nim ma wiele wspólnego z moją wiarą, ponieważ Bóg ma wiele wspólnego z naszym czasem.

Bóg ma czas. Dał sobie czas… I w Jezusie Chrystusie na określonym odcinku naszej historii, naszego czasu, stał się naszym Współ-wędrowcem - poprzez czas. W Nim czas się wypełnił i w Nim znalazł swój środek, swoje centrum. Tej rzeczywistości trzeba się trzymać w danym nam czasie, który jest w końcu czasem Boga. Kto tę nową rzeczywistość akceptuje, ten „ma czas” - dla siebie i dla innych. Nie muszę zatem poddawać się wszechwładnemu stresowi i popadać w hektyczną gorączkę, by – broń Boże – nic nie umknęło mi z ważnych spraw tego świata. Na każdym kroku słyszę: „Niestety, nie mam czasu”. Dziś ludzie, którzy są ważni, albo za takich chcą być uważani, podsuwają innym pod nos do granic wypełniony terminami kalendarz, który stał się „symbolem stanu”, symbolem ich ważnego zawodu, stanowiska, znaczenia. Niektórzy zaprowadzają już kalendarz wieloletni, albo naturalnie jest jeszcze lepiej, gdy prowadzi go sekretarka. Kto ma zbyt wiele czasu, jest kimś bez znaczenia, bo to znak, że nikt go nie potrzebuje, jest bezrobotnym lub starcem, w każdym przypadku jest już na marginesie społeczeństwa. „Nie mam czasu”. Nikt z nas nie ma czasu, to czas „ma” nas!...

Zwykliśmy mawiać „Czas to pieniądz”.  Szkoda, że tak nie jest, bo pieniądz jest do uzupełnienia lub zastąpienia, a czas nie. Czasu kupić nie można. Mówmy lepiej: „Czas to życie”, mianowicie „czas mojego życia”, a ono nie jest do zastąpienia lub uzupełnienia. Najlepszy użytek z czasu to ofiarować go innym – współmałżonkowi, dzieciom, przyjaciołom, ludziom chorym, starszym i samotnym. Czas może okazać się najbardziej drogocennym prezentem. Bo ofiarując czas, ofiaruję drugiemu nie tylko „coś”, lecz przede wszystkim siebie samego.

Wierzę mocno w to, że nasz bezlitośnie upływający czas Bóg zamieni w bezczasowe szczęście (= zbawienie). W perspektywie Nowego Roku wpisuję sobie i Czytelnikom w pamięć i w serce słowa św. Augustyna, który sporo medytował nad czasem: „Czas to wy. Jeżeli jesteście dobrzy, to i czasy są dobre”. 

 

ks. Jerzy Grześkowiak

 

Piosenka o współczesnym czasie

 

Świat się zerwał jak latawiec z uwięzi

I przed siebie jak szalony pędzi

Powiedz świecie powiedz życie

Gdzie się spieszysz

Że nam chwilą

Nie pozwalasz się nacieszyć

Powiedz świecie powiedz życie dokąd gnasz

Że powstrzymać cię nie zdoła śmiech ni płacz

 

Może w górze ktoś przyspieszył zegary

Poprzestawiał wskazówki i miary

Powiedz życie powiedz świecie gdzie tak mkniesz

I co czynić by spowolnić planet pęd

 

Panie wstrzymaj na chwilę czas

Co poszóstną karetą gna w chmurach

Jakby los wypuścił lejce z rąk

Z tego pędu cierpnie nam skóra

 

Boże wstrzymaj na chwilę czas

Niech młodości utrwali smak

Wstrzymaj wiosny wstrzymaj lata blask

I w zachwycie dozwól wciąż trwać

Józef Baran

 

Wahadło

 

Zegarmistrz zabierał się do naprawy wahadła w zegarze, kiedy ku swemu zdziwieniu usłyszał, jak wahadło przemówiło.

„Proszę cię, panie, zostaw mnie w spokoju”, błagało wahadło. „Będzie to z twojej strony dobry uczynek. Pomyśl, ile razy będę musiało tykać w dzień i w nocy. Tyle razy na minutę, sześćdziesiąt minut na godzinę, dwadzieścia cztery na dobę, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Rok po roku…. Miliony tykań. Nie podołałbym temu”.

Lecz zegarmistrz odpowiedział mądrze: „Nie myśl o przyszłości. Po prostu wykonaj pojedyncze tyknięcia, a będziesz się cieszyć każdym tyknięciem przez resztę życia”.

I tak właśnie wahadło postanowiło robić.

Nadal wesoło sobie tyka.

Anthony de Mello

Święty Sylwester 

 

To jest

mój czas. Na moją miarę i skalę.

Mój czas. Nie będę miał innego.

Dobrze jest nie mieć za złe swoim czasom.

Dobrze jest żyć w zgodzie z pomysłem Najwyższego.

Nie myli się zapewne w przydziale współrzędnych

i epoki najwłaściwszej.

 

Jak dobrze, że jesteśmy.

Właśnie teraz.

Nie było nas wczoraj, nie będzie nas jutro.

Jesteśmy dzisiaj.

To i owo jest tu do zrobienia

Ks. Jerzy Szymik

 

 

Odliczamy ostatnie godziny starego roku. Przed nami rok nowy, zagadkowy, owiany tajemnicą nieznanego. Już za parę godzin teraźniejszość stanie się historią, a przyszłość obecnością. Ziemia po raz kolejny okrążyła słońce. Spontanicznie rodzi się pytanie: „Wokół czego właściwie my sami krążymy? Wokół czego będziemy krążyć w nadchodzących dwunastu miesiącach?

Dziś z wdzięcznością żegnamy mijający rok, a z wiarą i nadzieją zwracamy się ku nowemu, sercem ufnie go witając. W tym celu kierujemy naszą uwagę na postać św. Sylwestra, patrona tego przejścia ze starego w nowe. 

Nasza europejska kultura nadużywa imienia tego świętego papieża, którego imię stało się etykietą dla „sylwestrowych” przyjęć, party, balów, koncertów, hałasu strzelaniny i wielobarwnych iluminacji. Zakładam, że on sam nie ma nic przeciw temu, iż w tę noc świętujemy i beztrosko się bawimy. Ale z pewnością nie jest po jego myśli, gdy konieczna w tych godzinach przełomu czasu refleksja zostaje utopiona w alkoholu i zagłuszona hukiem petard i świetlnych rakiet.

Z imieniem papieża Sylwestra, żyjącego w pierwszej połowie IV wieku wiąże się ostateczne zwycięstwo chrześcijaństwa nad pogaństwem. Za jego czasów pokonana została moc wiary w bożki i na ruinach starego świata rozkwitła nowa duchowość przyniesiona przez chrześcijaństwo.

Sylwester pochodził z szanowanej rzymskiej rodziny. Świątobliwi rodzice zatroszczyli się o jego religijne wychowanie. Idąc za głosem serca Sylwester przygotował się starannie do stanu kapłańskiego. Początki jego pracy przypadły na niezmiernie trudny okres prześladowań chrześcijan za Dioklecjana. Szczęśliwie nie dostał się w ręce prześladowców i doczekał triumfu chrześcijaństwa poprzez uznanie go przez cesarza Konstantyna Wielkiego za religię państwową. W 314 roku objął Sylwester stolicę Piotrową po papieżu Miltiadesie. Na niego spadł ciężar nowej organizacji życia kościelnego; bo oto z „Kościoła podziemnego” powstał nagle – jak feniks z popiołu - Kościół publiczny, jawny, ludowy, państwowy. Przyniosło to ze sobą wiele zmian. Ogromny wzrost liczby wierzących – pośród nich jednak także wiele chrześcijan połowicznych, nie całkiem przekonanych, oportunistów, o niskiej wiedzy religijnej lub nieraz całkiem religijnie obojętnych, stwarzało spore problemy, jak również z drugiej strony oczekiwania i żądania cesarza kwestionującego niezależność biskupów.

Ponadto papież Sylwester musiał toczyć walkę przeciw nauce Ariusza, który zaprzeczając bóstwu Chrystusa niszczył fundamenty Kościoła. Ostatecznie ta pierwsza wielka herezja została przezwyciężona, czego wyrazem były orzeczenia Soboru w Nicei w 325 roku.  Sam Sylwester z powodu choroby nie mógł w nim uczestniczyć. Miał jednak szczęście dożyć chwili, gdy cesarz Konstantyn przyjął chrzest. Papież Sylwester kierował „łodzią Kościoła” przez 21 lat, umarł 31 grudnia 355 roku, dwa lata przed Konstantynem. Dzięki dekretom wolnościowym tegoż cesarza mógł Sylwester w pokoju służyć Kościołowi Chrystusa i był pierwszym biskupem Rzymu, który nie poniósł śmierci męczeńskiej. Wolności danej chrześcijaństwu nie traktował w sposób bezkrytyczny i zdawał sobie sprawę, że dopasowywanie się we wszystkim do świata i umizgi do jakiejkolwiek władzy zagrażają prawdziwemu naśladowaniu Jezusa.

Aczkolwiek pontyfikat papieża Sylwestra przypadł na tak ważną epokę historii Kościoła, o jego życiu, osobowości i teologii wiemy stosunkowo mało. Zachowały się jednak o nim ciekawe legendy które wyrażają zawsze jakąś prawdę, tak jak rozumie ją duchowość prostych ludzi. I dlatego legendy są nieraz o wiele bardziej „prawdziwe” i treściowo ważne, aniżeli zwyczajne dane i fakty z życia.

Według jednej z legend Sylwester pewnego dnia toczył dysputę z dwunastoma żydowskimi uczonymi. Nie popełnił jednak częstego błędu, by swą umiejętnością, mądrą i sprawną retoryką partnerów dyskusji całkowicie „przytłamsić”, niejako przygwoździć do ziemi. Wręcz przeciwnie, on buduje pomost i mówi: „Jezus Chrystus przychodzi z Żydostwa”. Tak, Jezus z Nazaretu, w którego wierzymy, jest kontynuacją i spełnieniem wielkich obietnic Pierwszego Przymierza.

Następnie - według tej legendy - raptem pojawia się dziki byk, którego - zanim jeszcze wyrządził komukolwiek krzywdę - zabija jakiś czarownik. To bynajmniej nie podoba się Sylwestrowi. Nad tym martwym bykiem wypowiada on imię Jezusa i tak przywraca go do życia. Owo zwierzę jest już nie dzikie i agresywne, lecz całkiem spokojne i niegroźne.

W końcu pojawia się smok. Swoim trującym oddechem i wyziewami zaszkodził już wielu ludziom. Sylwester jednak nie boi się go, kroczy ku niemu bez jakiejkolwiek zbroi i na jego ziejących trującymi oparami nozdrzach zawiązuje chustę w formie krzyża.

Jakie jest główne orędzie tej legendy? 

Papież Sylwester ma odwagę zasiąść z przeciwnikami do dyskusji. Chce z nimi rozprawiać, dialogować, toczyć spór, wyjaśniać, a nie ich niszczyć. Przy tym jest rzeczą obojętną, czy idzie o przeciwników teologicznych czy o własne namiętności – czego symbolem jest byk, czy w końcu o lęki i ciemne strony duszy, które symbolizuje smok.

Spróbujmy tę legendę przetłumaczyć na współczesność. We wszystkich konfliktach najważniejsze zależy od decyzji: albo unieszkodliwiam moich przeciwników, zabijam ich fizycznie bądź duchowo na moim wewnętrznym polu walki uczuć i fantazji, albo rozprawiam się z nimi w sposób uczciwy, fair, i z jasną argumentacją.

Sylwester mówi nam: Dokładnie przyjrzyj się swoim przeciwnikom. Nie przerażaj się. Pokaż jasno, kim jesteś, czego chcesz, co myślisz. I daj im szansę. Może odkryjesz w konfrontacji więcej mostów, więcej wspólnego niż przeczuwasz.

Sylwester miał odwagę spojrzeć w oczy także wewnętrznym przeciwnikom – namiętnościom i strachowi. Nie zabija przeciwników: ani byka, ani smoka. Nie potrzebuje „zwłok” w głębiach swojej duszy. Wie, że tłamszona witalność i nieprzyznawanie się do lęku są oszukiwaniem samego siebie. On żyje z tym wszystkim, co w nim tkwi. I wzywa imienia Jezusa! To znaczy: całkowicie i konsekwentnie kroczy drogą naśladowania Jezusa. Ze swoim Przyjacielem i Towarzyszem drogi odważa się zajrzeć w głębię swojej duszy oraz dokładnie rozejrzeć na polu walki życia codziennego. I tu leży jego siła i moc. Właśnie w tym jest on dla wszystkich wzorem w naśladowaniu Jezusa w codzienności nowego roku. 

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Tyle wart jest nasz rok, ile zdołaliśmy przezwyciężyć w sobie niechęci, ile zdołaliśmy przełamać ludzkiej złości i gniewu.  

Tyle wart jest nasz rok, ile ludziom zdołaliśmy zaoszczędzić smutku, cierpienia i przeciwności.

Tyle wart jest nasz rok, ile zdołaliśmy okazać ludziom serca, bliskości, współczucia, dobroci i pociechy.

Tyle wart jest nasz rok, ile zdołaliśmy zapłacić dobrem za wyrządzone nam zło.

Błog. kard. Stefan Wyszyński

Święci Młodziankowie

 

Jesteśmy potomkami dwóch praojców 

– zarówno Kaina, jak Abla. 

Kain – ojciec ludzkiego okrucieństwa, 

i Abel – praojciec ludzkiego heroizmu. 

Jedno i drugie jest w człowieku. 

I kiedy nadejdą sprzyjające okoliczności,

 jedni stają się mordercami, a drudzy stają się męczennikami

ks. Józef Tischner

 

Wkrótce po świętach Bożego Narodzenia, w dniu 28 grudnia, Kościół wspomina w liturgii świętych Młodzianków, zamordowanych w Betlejem i w okolicy przez króla Heroda. Jak męczeństwo św. Szczepana obchodzone tuż po święcie Narodzenia Jezusa, tak wspominanie mordu na gromadce niemowląt absolutnie nie harmonizuje z pogodą niedawnych świat, z ich niepowtarzalnym nastrojem. Fakt bliskości obu tak diametralnie różnych nastrojowo liturgicznych celebracji należy jednak przyjąć za wskazanie, aby na te misteria spoglądać okiem wiary; to znaczy, aby oprócz bólu z powodu gwałtownej i przedwczesnej śmierci Młodzianków dostrzec także radość z faktu, że to grono dzieci nie musiało trudzić się na tym padole, lecz ginąc przez wzgląd na Jezusa są one dziedzicami szczęścia wiecznego i na wieki radują się oglądaniem Boga twarzą w twarz.

Spośród Ewangelistów jedynie św. Mateusz przekazuje wiadomość o tym okrutnym mordzie. Dekret o ich śmierci wydał król Herod, gdy dowiedział się od Mędrców ze Wschodu, iż narodził się Mesjasz, oczekiwany przez naród żydowski. W obawie, by Jezus nie odebrał mu i jego potomstwu panowania, postanowił w taki podstępny sposób pozbyć się Dziecięcia. Herod, gdy dowiedział się, że Mędrcy wywiedli go w pole, wpadł w gniew i z przebiegłego lisa przedzierżgnął się w krwiożerczego wilka. To, że Herod był okrutnikiem i krwawym tyranem, było faktem powszechnie znanym. Żydowski historyk Józef Flawiusz przekazuje, że Herod kazał utopić zięcia, zabił własnych synów Aleksandra i Arystobula, udusił żonę Mariamne i na pięć dni przed swą śmiercią zamordował jeszcze najstarszego syna Antypatra oraz zarządził, aby po jego zgonie wymordować w amfiteatrze w Jerychu wszystkich notabli w kraju; w tym ostatnim przypadku chodziło mu wyłącznie o to, aby po jego śmierci na oczach poddanych pojawiły się łzy. Dla takiego okrutnika rzeź kilkudziesięciu niemowląt nie stanowiła żadnego problemu! Ewangelista Mateusz relacjonuje:

            „Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł:     „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: „Z Egiptu wezwałem Syna mego”.

Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma” (Mt 2,13-18).

Mateusz nie podaje ani imion Młodzianków, ani ich liczby. Mówi o „wszystkich chłopcach w wieku do lat dwóch” w Betlejem i całej okolicy. Bibliści zastanawiają się, ilu mogło być tych zabitych dzieci. Betlejem mogło wtedy liczyć około tysiąca mieszkańców. Niemowląt do dwóch lat mogło być najwyżej około 100, a zatem chłopców około 50. Legendy jak zwykle pragnęły ich liczbę pomnożyć dla wywołania silniejszego wrażenia. Według pism greckich miało ich być 14 tysięcy, a według syryjskich nawet 61. Św. Hieronim jest nieco oględniejszy i mówi o multa puerorum milia, a więc o co najmniej kilku tysiącach.

Zróżnicowane były też przez wieki nazwy, którymi określano tych zamordowanych chłopców. Mówiono o nich: pueri, parvuli, infantes, innocentes – czyli: chłopcy, mali chłopcy, dzieci, niewiniątka. W języku staropolskim używano powszechnie słowa Niewiniątka, co współcześnie zarzucono dając pierwszeństwo archaicznemu określeniu „Młodziankowie”.

Dwuletnim a nawet młodszym chłopcom zamordowanym na rozkaz króla Heroda Ojcowie Kościoła, zwłaszcza św. Ireneusz, św. Cyprian i św. Augustyn nadali tytuł męczenników. Ponieśli przecież śmierć dla Chrystusa. Jakkolwiek byli nieświadomi powodów, stali się prawdziwymi świadkami Chrystusa włączeni przez swą śmierć w Jego Mekę.

Cześć oddawana świętym Młodziankom sięga odległych czasów, nawet I wieku. Natomiast kult liturgiczny zaświadczany jest wzmiankami w kalendarzach lub w sakramentarzach od V wieku, prawdopodobnie już po napisaniu poematów ku czci Młodzianków autorstwa chrześcijańskich poetów tego okresu: Prudencjusza i Paulina z Noli. 

W Padwie, w bazylice św. Justyny a także w kilkunastu innych miastach na świecie znajdują się „relikwie” świętych Młodzianków. Są one rzecz jasna nieprawdziwe, ale dowodzą, jak wielki w dziejach Kościoła był ich kult. Młodziankowie są uważani za patronów chórów kościelnych, a współcześnie zwłaszcza za patronów dzieci zabitych w łonie matek.

Mord niewinnych dzieci, przymusowa ucieczka z domów rodzinnych i z ojczyzn dla ratowania życia – na terenach, gdzie toczą się krwawe długoletnie wojny – to współcześnie los niezliczonej ilości rodzin i dzieci. Wspominanie w liturgii Kościoła Niewinnych Młodzianków tuż po świętach Bożego Narodzenia jest pewnego rodzaju sygnałem, jaką drogą będzie kroczył Syn Boży aż po śmierć na krzyżu. Jego Wcielenie nie usunęło cierpienia, ale Jego Zmartwychwstanie objawia ostateczne zwycięstwo życia nad śmiercią. To znak nadziei dla wszystkich, którzy są prześladowani z powodu naśladowania Chrystusa. 

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Bóg człowiekiem – jak trudno to pojąć!

 

noc otwierała

drzwi Aniołom

gwiazda jak przewodnik

prowadziła do groty

siano zapraszało do snu

ręce Matki

miały zapach miłości

gdy Bóg

narodził się na ziemi

Alina Dorota Paul

Miasta o tym nie poinformowano –

Droga nie była oznakowana –

Stajenki nie wyremontowano –

Nie włączono świątecznego oświetlenia –

Nie było jupiterów i bengalskich ogni –

Nie zjawiła się miejscowa elita –- 

i oto Ty, Wieki Boże, pośród nocnej ciszy 

przychodzisz na świat, niepozorny, bezbronny, ubogi 

– jako niemowlę, jako człowiek!

Tak przychodzisz również dzisiaj do nas – do mnie, 

w moich ciemnościach, 

w mojej nocy, 

w nocy samotności, opuszczenia, choroby, cierpienia, 

trosk przeróżnych, rezygnacji, beznadziejności. 

To wszystko jest nie do pojęcia!

Kompozytor Anton Bruckner spędził kilka godzin w ciszy przed żłóbkiem, medytując i modląc się, by na koniec powiedzieć: „Ciągle jeszcze nie mogę pojąć, że Bóg stał się człowiekiem!”

Choćbyśmy, nie wiem, ile już razy w życiu, śpiewali ulubioną kolędę: „Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony. Ogień krzepnie, moc truchleje, ma granice Nieskończony”, to przecież świętowanie Bożego Narodzenia przeżywamy zawsze tak intensywnie, jakby to było po raz pierwszy.  Bo tu idzie o niepojętą tajemnicę: – odwieczny i wszechpotężny, zawsze i wszędzie obecny, jest Tym, który aktualnie do nas przychodzi – w postaci dziecka.  „Ciągle nie mogę pojąć, że Bóg stał się człowiekiem”. Tak trudno o tym mówić ludzkiemu językowi. „Słowa pękają w szwach. Ludzka gramatyka zawodzi” (J. Tischner).

Jak różne są reakcje na tę tajemnicę! Milkniemy, zdumieni i wdzięczni bez miary, wielbimy Boga, zginamy kolana – albo… przechodzimy wobec niej obojętnie kręcąc sceptycznie i niedowierzająco głową. Wcielenie Boga pozostanie na zawsze tajemnicą. Bóg ze swoim planem tak zaskakuje człowieka, że ten czuje się jakby dostał obuchem w głowę. To, że On chciał być jednym z nas – przekracza wszelkie ludzkie wyobrażenia.

Gdyby Bóg był tylko Bogiem, to łatwiej przychodziłoby nam adorowanie Go. Bo istniałaby jasna linia graniczna: tam Bóg - tu człowiek. Ale Bóg jako człowiek - to nie na nasz rozum. A trudności jeszcze bardziej potęgują się, gdy Bóg wybiera dla siebie takie miejsca jak bydlęcy żłób i krzyż. Zapewne wiedział o trudnościach, jakie będziemy mieć, gdy staniemy przed tym misterium, a mimo to wybrał taką drogę.

Nieraz ateiści dowodzą, że Bóg jest projekcją człowieka.  A przecież człowiek by takiego Boga i takiego sposobu Jego postępowania nigdy nie wymyślił. Nie takiego, który staje się człowiekiem, bo przyzywa Go ludzka nędza, który od początku dzieli ludzki los i to w jego najtrudniejszej wersji.  Franciszek Kucharczak zdumiony pisze:

„Żłób zamiast kołyski to pierwsza z mesjańskich niespodzianek, jakie miały zadziwić świat. To nie był przypadek. Pewnego dnia w nędznej grocie na sianie naprawdę został złożony „Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książe Pokoju”. Izajasz się nie pomylił: rzeczywiście „Dziecię nam się narodziło”, naprawdę „Syn został nam dany”. Nam! To dla nas On przyszedł, dla nas stał się darem i ofiarą. Jezus już od betlejemskiej groty dał nam dowód, jakim jest Bogiem: dostępnym dla każdego. Bo o ile mało kto mógł kiedykolwiek wejść na salony możnych, o tyle każdy może wejść do stajni. Każdy – o ile ma dość pokory.”

Wcielenie Boga to nie tylko poruszające i wzruszające wydarzenie sprzed dwu tysięcy lat, lecz również trwały Dar dla całej ludzkości, także dla nas – dzisiaj i tutaj, gdzie jestem, gdzie żyję, pracuję i kocham. Zstąpienie Boga w nasz świat wiąże się z wywyższeniem człowieka, z propozycją wzniesienia się na wyższy poziom istnienia. To szansa zaofiarowana każdemu człowiekowi. Czy jestem gotowy do godnej odpowiedzi na tę bezgraniczną Bożą Miłość? I czy nasz współczesny świat chce obecności Boga w nim? Czym żyje świat, do którego – jak co roku - w te święta chce w mistyczny sposób przyjść Bóg w postaci dziecka? 

Totalna migracja, miliony ludzi szukających na innych kontynentach godnych warunków życia, setki tysięcy uciekających przed okrucieństwem wojny (Ukraina, Izrael, Palestyna, Syria, kraje afrykańskie), strach przed terrorem islamskich fanatyków, prześladowanie i mordowanie chrześcijan, naturalne katastrofy, zniszczone środowisko naturalne, bezrobocie, niesprawiedliwa płaca, głód, samotność, wykorzystanie seksualne dzieci lub młodzieży, zawiedziona miłość, rozbite rodziny i nieszczęśliwe dzieci, zabijanie dzieci nienarodzonych, choroby cywilizacyjne rak i aids. Tę litanię można by długo kontynuować… kończąc pandemią koronowirusa, który wstrząsnął światem jak kiedyś wybuch pierwszej bomby atomowej i uczynił go mega-szpitalem i mega-więzieniem, dowodząc, jak słabi jesteśmy i jak niewiele mamy w rękach. 

A dla Boga też coraz mniej miejsca w naszym świecie. Stadiony sportowe, knajpy, bistra, kina, lokale rozrywkowe, dyskoteki są przepełnione, a kościoły coraz bardziej puste. Z tej racji wiele z nich burzy się lub wyprzedaje i przeznacza na inne cele. W ciągu ostatnich 10 lat (2008-2018) o 250% wzrosły ataki na chrześcijańskie miejsca kultu. We Francji podpalane są katedry, demolowane świątynie, profanowane krzyże i pomniki religijne (1052 przypadki, czyli średnio trzy razy dziennie). W 2019 roku w krajach Europy Zachodniej sprofanowano lub zdewastowano aż trzy tysiące chrześcijańskich kościołów, szkół oraz cmentarzy. Dokonują tego anarchiści, grupy feministek, islamiści i antifa – głosząc przy tym triumfalnie: „Jedyny kościół, który świeci światu, to ten, który płonie!”. W naszej Ojczyźnie wiele zła czynią radykalni agitatorzy ideologii gender i aktywiści ruchów LGBT, którzy dążąc do konfrontacji z Kościołem katolickim i katolicyzmem ustawiają siebie w roli ofiar walczących z opresyjnym systemem, którego wcieleniem jest według nich Kościół. Coraz częstsze i coraz bardziej agresywne są ataki tych środowisk na ważne dla wierzących symbole, na ludzi Kościoła i na sam Kościół. Musi boleć profanowanie symboli religijnych, bezczeszczenie świętych wizerunków, krzyża, obrazów Maryi - Matki Bożej, parodiowanie Mszy świętej. Metody jakimi homolobby się posługuje to fake newsy, uliczne prowokacje, manipulacje, agresja słowna oraz fizyczna. A potem robienie z siebie ofiary i wypłakiwanie się w mediach na swoją ciężką dolę w kraju ogarniętym rzekomo przez homofobię. A wszystko przy wtórze tzw. elit, które gotowe są pochylić się nad każdą nawet najgłupszą akcją poparcia dla żądań mniejszości niebezpiecznych dla trwałości małżeństw, dla rodzin, dzieci i przyszłości kraju.

Inne objawy dekadencji naszej cywilizacji to egoizm, przerost bogactwa, wybujały luksus życia – wszystko to ważniejsze od miłości bliźniego. Złoty cielec jest popularniejszy niż dziesięć Bożych przykazań. Siłą napędową historii już nie jest - jak dawniej - religia i wiara, lecz nauka, postęp, ekonomia, handel, konsumpcja. Nieumiarkowane dogadzanie zmysłom ma priorytet przed poszukiwaniem sensu. Dokąd to wszystko prowadzi?

Gdy na Forum 2000 roku w Pradze czołowe osobistości ze świata dyskutowały o przyszłości, czeski prezydent Vaclaw Havel powiedział: „Współodpowiedzialne za obecny kryzys są wzmagająca się bezbożność i ateizm”. F. Dostojewski na długo przedtem doświadczył na przykładzie własnego kraju i na sobie samym: „Naród bez więzi z Bogiem zginie. Gdyby Bóg nie istniał, byłoby wszystko dozwolone”. Gorzko płacimy dziś za fenomeny, na które zwracał uwagę już w XVII wieku Blaise Pascal: „Opuścić centrum to znaczy utracić człowieczeństwo. Człowieczeństwo bez boskości prowadzi do bestialstwa”. 

Odrzucenie Boga powadzi do pustki. Opuszczone ołtarze zajmują demony. Tego doświadczyła w sposób nader bolesny i tragiczny moja generacja w czasach dwóch dyktatur – niemieckiego nazizmu i sowieckiego komunizmu. Kto przestaje czcić Boga i służyć Bogu, stawia siebie w Jego miejsce, zaczyna grać rolę Boga, buduje samemu sobie ołtarze. To bardzo zła gra!

Ale koniec z pesymistycznymi myślami, z negatywnymi emocjami i wizjami. Jest Boże Narodzenie – czas, by świętować, cieszyć się, oddać radości a nie ulegać frustracji. Boże Narodzenie chce przepędzić z naszych serc troski i lęki. Dobra Nowina o wcieleniu Boga w nasz świat nie przymyka oczu na współczesne problemy, nie chce być tanią pociechą na potem. Przeciwnie, Nowonarodzony chce spojrzeć w oczy ludzkim biedom i lękom. Wcielenie Boga pozwala nam zatem widzieć ten świat w innym świetle, w blasku świętej nocy, gdy „Odwieczne Słowo stało się ciałem”. „Nie bójcie się” - to najważniejsze słowa Ewangelii. Anioł Boży kieruje je także do pasterzy na betlejemskich polach - do „prostych i maluczkich wtedy” i również dzisiaj do nas: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz” (Łk 2,10-11).

Radość wielka, przeogromna! Jej fundament streszcza się w czterech słowach: Bóg staje się człowiekiem!

A zatem: Ciesz się i raduj! Wyjdź z ciemności. Odkupiciel jest teraz tym, kim ty jesteś – człowiekiem. On nikogo nie potępia i nie odtrąca. Jemu oddaj całego siebie, twoją dobroć i twoje słabości, winy i zasługi. Nie zachowuj niczego dla siebie. On to wszystko chce przemienić, uczynić nowym, zrobić z tego budulec dla Królestwa Bożego. Uwielbiaj Pana i dziękuj Mu. Nie mów, żeś niegodny, nieświęty, mało pobożny, nieczysty. Jeżeli zegniesz kolano, on skruszy i uleczy twoje serce. 

Dziś świat zyskuje nowe oblicze - Jego twarz, oblicze Jezusa Chrystusa. Nieszczęścia, głód, wojny i terror, wina i lęk nie znikną od razu. Ale jeżeli spojrzymy na to wszystko w świetle tajemnicy Bożego Narodzenia i dokładnie się przypatrzymy, dostrzeżemy na dnie wszystkiego Jego twarz, Oblicze Jezusa, patrzącego na nas oczami dziecka z Betlejem.

 

Nie-kolęda

 

Nie wyjdzie z tego kolęda.

Obcy przybłęda

szedł, i nic nie wart był, i nic już nie chciał,

zużyty, ot na kształt wiechcia…

Słońce czy deszcz – było mu wszystko jedno:

niczym nikogo nie jednał,

i nikt mu nic dać nie mógł ani też odebrać.

Ot, żebrak.

Tak szedł… I w szalejąca grudniową zawieję

trafił, choć mu o to nie szło,

nie do aresztu,

ale do Betlejem.

Tam wśród aniołów śpiewania i bydląt ryku

obok pastuchów przystanął w kąciku

i patrzył na Dzieciątko, patrzył, ludzie moi,

i pewnie gdy to piszę, dotychczas tam stoi,

wpatrzony i wsłuchany – jak ja – i jak ja zapomniał kolęd.

Kazimiera Iłłakowiczówna

Dziś narodził się nam Zbawiciel!

Bóg ukochał bardziej światła ludzkich lamp, aniżeli swoje własne wielkie gwiazdy.
                     Rabindranath Tagore

 

Nasza codzienna rzeczywistość jest utkana z tysięcy pytań wykrzyczanych lub skrywanych w milczeniu: Skąd jestem? Dokąd zmierzam? Jaki jest sens mojego życia? Jakie jest moje miejsce w tym ludzkim mrowisku? Ile znaczy człowiek w maszynerii tego świata? Kim jestem dla innych? Dlaczego on/ona przestał/a mnie kochać? Czy nie nadaję się bardziej na to stanowisko niż ten niedouczony typ? Dlaczego na każdym kroku spotykamy zło, nienawiść, cierpienie, śmierć?
Ileż rozczarowań kładących tamę najpiękniejszym marzeniom i pragnieniom przeżywamy na co dzień? Chwile załamań i klęski, depresji, godziny fizycznego bólu i psychicznej udręki, przekraczające nieraz granice ludzkiej wytrzymałości, druzgoczą nas i wewnętrznie rozbijają. Niepostrzeżenie niszczy nas szarzyzna, monotonia, niewspółmierny do efektów wysiłek, niepowodzenia, brak wyraźnych sukcesów, tęsknoty i marzenia nieprzyobleczone w kształt ludzkich oklasków i sławy lub choćby w auto, mieszkanie lub egzotyczne podróże. Pociągają nas rzeczy szlachetne, dobre i wzniosłe, a przecież zapadłej w nas głęboko tęsknoty za nimi nie potrafimy nijak zrealizować. I często ze szczytów naszych marzeń, ambicji i nadziei padamy boleśnie porozbijani, z podciętymi skrzydłami, na ziemię, w piach, w błoto, na samo dno…
W takich chwilach szukamy mocnego i bezpiecznego oparcia. Najchętniej stalibyśmy się znów małymi dziećmi, aby na kolanach matki lub ojca wypłakać swoje żale i znaleźć w ich objęciach ukojenie. W takich momentach objawia się nam małość i kruchość człowieka, nędza ludzkiej egzystencji, którą pobożny Hiob ujmuje w prostych słowach żałosnej skargi: „Człowiek zrodzony z niewiasty ma krótkie i bolesne życie, wyrasta i więdnie jak kwiat – przemija jak cień chwilowy (Job 14, 1-2). Wiele wieków później pyta ze zdumieniem Blaise Pascal: 
„Cóż za monstrum jest tedy człowiek, cóż za osobliwość, co za potwór, co za chaos, co za zbieg sprzeczności, co za dziw? Sędzia wszechrzeczy – bezrozumny robak ziemi; piastun prawdy – zlew nieprawości i błędu; chluba i zakała wszechświata.”  
W trzy wieki później egzystencjalista Martin Heidegger przedstawia człowieka jako „byt ku śmierci”, a znany pisarz francuski Albert Camus twierdzi, że najlepszym wyrazem absurdalności ludzkiego bytu jest grecki mit o Syzyfie, który nieustannie wtacza olbrzymi głaz na szczyt, ale ten spada z każdym razem i Syzyf podejmuje swój trud na nowo.
Dziś też wielu ulega antropologicznemu pesymizmowi. Kim zatem jest człowiek? W czym tkwi zagadka ludzkiego bytu? Jak być człowiekiem? Udręczeni pytaniami kroczymy w ciemnościach…
Ale nie ciemności mają ostatnie słowo.  W noc Bożego Narodzenia słyszymy niemilknące od wieków wołanie proroka Izajasza: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką! (Iz 9,1). To noc inna niż wszystkie. Noc wigilijnej wieczerzy, noc ciepła i uśmiechu, serdeczności, czułości, życzliwości, rozjaśniona blaskiem choinkowych świec i rozpromienionych szczęściem obdarowanych prezentami dzieci. Noc otwartych serc, bratersko-siostrzanych uścisków, noc pocałunków miłości przy dzieleniu się chlebem. W jej ciszę i zgodny z rytmem natury sen człowieka, wraz z bijącymi dzwonami i donośnym śpiewem w przepełnionych po brzegi kościołach, wdziera się radosna nowina o wstrząsającej zbawczej tajemnicy wcielenia się Boga: „Oto zwiastuję wam wielką radość. Dziś w mieście Dawidowym narodził się wam Zbawiciel, czyli Mesjasz Pan”.
Ta noc jest odpowiedzią na wszystkie dręczące człowieka pytania. Opromieniona blaskiem Tego, który Nienazwany do końca, Ponadczasowy i Nieskończony, wkracza w ten świat i przychodzi do człowieka, aby zaświadczyć o jego wielkości i przeznaczeniu. Nasz Bóg, choć transcendentny, nie ukrywa się, nie milczy, lecz wychodzi człowiekowi naprzeciw, objawia się mu i go kocha.
Pan stworzenia wchodzi w stworzony przez siebie świat, w materię, w czas i przemijanie, w ludzkie ciało, w ludzi los, w śmierć. Narodził się za dni cesarza Augusta, na peryferiach starożytnego świata, na skraju małego państewka okupowanego przez Imperium Rzymskie, na zaniedbanym przedmieściu niewielkiego miasteczka, w stajni… Dziecko małe i kruche, złożone w kamiennym żłobie, zdane na miłość swych stworzeń, całkowicie od nich zależne pod względem pożywienia, odzieży, egzystencji. Syn Boży ludzkie życie uczynił swoim, stał się ubogi, aby wszyscy mieli do Niego przystęp, aby lęk nikogo od Niego nie oddalał. Stał się podobnym do nas we wszystkim, prócz grzechu. Przyjął na siebie to wszystko, przed czym człowiek wolałby uciec – życie, które jest niemocą, skończonością, cierpieniem, co według naszych wyobrażeń powinno się właśnie skończyć z Jego przyjściem. Syn Boży przyjął ubóstwo i ludzkie troski, by człowieka obdarzyć swym bogactwem. Św. Grzegorz z Nazjanzu głosił: 
„Chrystus chciał zaznać snu, by błogosławić nasz sen, chciał doświadczyć znużenia, by uświęcić nasze znużenie, chciał płakać, by nadać wartość naszym łzom”. 
Jezus wziął na siebie to wszystko, co przeżywa każdy człowiek: zmęczenie, krople potu, ból, a w końcu krzyż i śmierć, po to, byśmy mieli odwagę żyć i wiedzieli po co się żyje.
U początku Wcielenia Boga stoi ginąca w mrokach prehistorii zdrada. Umiłowany przez Stwórcę człowiek zdradził Boga, zerwał zawarte z Nim   przymierze, podeptał Jego miłość. Ale w człowieku pozostała na zawsze tęsknota za Tym, na którego obraz i podobieństwo został stworzony. W końcu przyszedł Syn Boga – by człowiekowi przywrócić utracone synostwo i udział w Bożym życiu. Człowiek partnerem Boga, człowiek uczestnikiem Bożego życia! – czy nie powinno to przyprawiać o zawrót głowy?
„Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką” – głosił Izajasz w czasach niewoli i ucisku wzywając Naród Wybrany do zawierzenia Bogu. Tą światłością jest dla nowego Ludu Bożego Chrystus. Przyszedł, by być naszym światłem i życiem, drogą powrotu do Ojca. Zstąpił z Nieba, by pokazać nam sens naszej egzystencji i nasze prawdziwe powołanie. I znowu Blaise Pascal: 
„Nie tylko nie znamy Boga inaczej niż przez Chrystusa, ale i siebie samych znamy jedynie przez Chrystusa: znamy życie i śmierć jedynie przez Chrystusa. Poza Chrystusem nie wiemy ani co to nasze życie, ani śmierć, ani Bóg, ani my sami”.
Dziś… narodził się nam Zbawiciel!  Czy potrafimy odczytać przesłanie orędzia tych świąt przytłamszone warstwą spraw drugorzędnych: wykwintnych potraw, karpia, choinki, prezentów, iluminowanych ulic i galerii, alkoholu i ciast, uciążliwych podróży do bliskich, podejmowanych świątecznych gości? Jakże często niewiele ponad to lub tylko tyle z tych świat pozostaje! Tylko tyle z faktu Wcielenia się Boga w ten świat. Bo małe i nieważne sprawy pochłaniają bez reszty naszą uwagę do tego stopnia, że tracimy z oczu wartość najistotniejszą – przychodzącego do nas Chrystusa. Boże Narodzenie to nie tylko wspominanie, to rzeczywistość uobecniająca się w tę świętą noc w każdym człowieku, w każdej rodzinie, w każdym liturgicznym zgromadzeniu celebrującym Eucharystię – Pamiątkę Pana. Jezu rodzi się w nas przez przyjęte Słowo Boże, które przemienia nasze myśli i czyny; rodzi się przez współofiarę eucharystyczną, gdy ofiarujemy Ojcu Chrystusa i siebie; rodzi się w nas przez ucztę, która jest fundamentem wspólnoty z Bogiem i z ludźmi. Liturgia tych świąt zachęca: „Śpiewajcie Panu pieśń nową… Niech się cieszy niebo i ziemia raduje!”. Cały komos bierze udział w tej radości. „Bo oto nadchodzi, aby rządzić ziemią”. Wszystko, co istnieje, jest wezwane w tę świętą noc do wielbienia Pana: wszystkie krainy i ludy, niebo i ziemia, morze i góry, pola, łąki i lasy, rośliny i zwierzęta, bo Jego rządy są samą sprawiedliwością i wiernością (Ps 95).
Ofiarowane nam pojednanie, wyzwolenie i zbawienie, które Książę Pokoju przyniósł w tamtą betlejemską noc, domaga się odpowiedzi człowieka, a jest nią – jak uczy św. Paweł - życie pobożne, rozsądne, sprawiedliwe, przeniknięte ofiarą i panowaniem nad pożądliwościami (Tt 2,11-14). Takie życie z wiary i wiarą jest najlepszym apostolstwem. Naśladując pasterzy oddających hołd Nowonarodzonemu, którzy z radością opowiadali o tym, co widzieli i słyszeli, mamy zanieść Jezusa poza mury świątyni – przepowiadając Go światu jako Syna Bożego i Zbawiciela. „Jeśli ktoś wyznaje, że Jezus jest Synem Bożym, to w Nim trwa Bóg, on zaś w Bogu” (1 J 4,15).
„Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką…”. Nowonarodzony jest naszą światłością - słońcem, wokół którego krążymy jak planety, ciążąc ku Niemu grawitacją kochających serc. Wymownie ujął to jezuita Kasper Drużbicki (XVII wiek):

 

„Promieniem tego słońca jest prawda – wierzcie!
Jest nim dobroć – ukochajcie!
Jest wierność – zaufajcie!
Jest mądrość – uczcie się!
Jest słodycz – skosztujcie!
Jest piękno – pożądajcie!
Jest pełnia dobra – czerpcie!
Promieniem tego słońca jest też majestat - adorujcie!
Jest miłosierdzie – schrońcie się doń!
Jest sprawiedliwość – lękajcie się!
Jest pokora, cierpliwość, łagodność, posłuszeństwo, czystość, 
wzór wyrzeczenia się – starajcie się czynem to wyrazić!”

 

ks. Jerzy Grześkowiak

Wieczerza wigilijna 

 

Wśród nocnej ciszy
gwiazda o skrzydłach z promieni –
Matka na sercu kołysze
Odkupiciela ziemi.

    Jerzy Kierst

 

Psalm wigilijny

Gdzie jest 
Betlejem pierwszych naszych gwiazd
Betlejem snu wśród gołębi śniegu
opadających na trawy zapachu pełne?

 

Gdzie miękkość dłoni pełnych troski
mleko ufności w aniołów czuwanie
ponad dachami północnych miast?

 

Gdzie królów szkarłat i pastusze dary
drogi przewodnie i świetliste miecze
torujące marsz w podniebną Jeruzalem
która wciąż daleko?

 

O Narodzony przed wiekami – powiedz
w tę noc gdy głos Twój chwytają nawet uszy zwierząt
czy nasi bliscy w proch zamienieni
przemówią kiedyś jeszcze
do nas?

 

Który się rodzisz co roku między nami
i z nami wespół błądzisz wśród ciemności
czemu pozwalasz odchodzić nam w noc
gdzie wygasają nadziei gwiazdy?

 

Zawołaj – zapłacz choćby głosem dziecka
abyśmy znów odnaleźć mogli 
naszą zgubioną ufność
betlejemską.
      Zbigniew Dolecki

 

 

Wigilia

Będę sam przy wigilii:
położę na stole trochę siana,
gwiazdę zawieszę w moim
chorym sercu, przyjrzę się
wreszcie samemu sobie,
odkryję nowe tajemnice;
będzie się uśmiechać we mnie
Dziecko, tamto, z ciemnej
nocy, z pasterzami, którzy,
jak głupi, padli na kolana;
nareszcie stanie się wiadome,
że potrzebuję ich krzyków,
ich uniżenia, nieukrywanego.
      Ks. Jan Sochoń

 

Jest w moim kraju zwyczaj…

Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny,
Przy wejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie,
Ludzie gniazda spólnego łamią chleb biblijny,
Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie.

Kiedy ojciec z talerza podnosi chleb biały,
Zbierając w krąg domowych, na ten rozkaz niemy,
Wszyscy się podnosimy, i duży i mały,
Wszyscy się obręczamy i wszyscy płaczemy.

Bo w tej patriarchalnej, uroczystej chwili
Przeróżne wsteczne rzeczy wspominamy sobie,
Myślimy o tych, którzy niegdyś z nami byli,
A dzisiaj, jak dzieciństwo nasze, leżą w grobie.
      Wacław Rolicz-Lieder

 

Wybór: ks. Jerzy Grześkowiak

Rozważanie na III niedzielę Adwentu 2023

„Kto ty jesteś?”

 

„Kto ty jesteś?” Takie niby zwykłe a przecież egzystencjalne pytanie postawili Janowi Chrzcicielowi wysłannicy notabli z Jerozolimy, o czym referuje Ewangelia w 3 niedzielę Adwentu, rok B (J 1,6-8, 19-28).
„Kim on jest?” – oto często stawiane pytanie. Może w nim chodzić o różne sprawy: o czyjś zawód i miejsce pracy, o pochodzenie, wykształcenie, osiągnięcia, o koneksje i wpływy. Odpowiedzi bywają różne, często niepełne, cząstkowe, niewystarczające, zagadkowe, czy wręcz błędne. Pytanie niby proste, ale odpowiedź na nie wymaga namysłu, znajomości danej osoby, szczerości, niekiedy odwagi, a zawsze miłości.
Bywa też, choć rzadziej, że takie pytanie stawiamy komuś wprost: „Kim jesteś?”. Albo ktoś stawia je pod moim adresem. Zmusza to do refleksji nad sobą samym. Na ogół udzielamy odpowiedzi i takową otrzymujemy. Czy jest ona w miarę obiektywna? 
Zresztą, nawet gdy nikt nas nie pyta o to, kim jesteśmy, na ogół sami mówimy o sobie chętnie, często i dużo – choćby nas nawet nie słuchano – oczywiście tylko dobrze. Prawie każda nasza rozmowa, dialog tylko z pozoru, staje się w pewnym momencie (albo jest od początku) monologiem, bądź wiązanką monologów. A w nich słychać tylko „ja”, „według mnie”, „moim zdaniem”, „dla mnie”, ja sądzę”, „ja byłem”, „ja widziałem” itp. Mój profesor ascetyki (tak kiedyś nazywano teologię duchowości) w poznańskim seminarium ks. Aleksy Wietrzykowski zwykł mawiać: „Stale mówimy „ja”, ja”, „ja” i z tego robi się taka „jajecznica”. Miłość do siebie samego umiera w człowieku dopiero pięć minut po śmierci”. 
Zaniepokojeni wielką popularnością Jana Chrzciciela i masowymi wędrówkami ludzi do niego nad Jordan, wysłannicy z Jerozolimy (kapłani, lewici, faryzeusze) także jemu postawili pytanie: „Kto ty jesteś?”. Właściwie odpowiedź powinna być im znana. Wystarczyło tylko otworzyć szeroko oczy na fakty, zinterpretować je, zapytać własnego zdrowego rozsądku.
Jan wie, kim jest.  On rozpoznał swoje powołanie, uzdolnienia i zadania, jakie wyznaczył mu Bóg. Dlatego odpowiada najpierw przeczeniem, odrzuceniem określeń, których nie czuje się godnym: „Nie jestem Mesjaszem”. Mówi, że nie jest także Eliaszem, chociaż sam Jezus widzi go w tej właśnie roli. Nawet odmawia sobie zaszczytnego tytułu „proroka”, choć Jezus uzna w nim kogoś większego niż prorocy. To wszystko są imiona, nazwy, tytuły dla Zbawcy, którego ludzie tamtych czasów wyczekiwali.
Miano, które Jan sobie przypisuje, i rola, którą wykonuje, odwołując się do słów Izajasza, są niezwykle skromne: „Jam głos wołającego na pustyni: prostujcie drogę Pańską!” Skromność, prostota i pokora tego potężnego w słowie i czynie proroka na miarę Eliasza budzą podziw i zachwyt. „Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie”. Jan poznał swoje powołanie i zadania. On jest tym, który ma przygotować ludzkość na przyjście Zbawiciela – Jezusa. Czyni to, co jest w jego możliwościach i wie zarazem, że on sam – gdy przyjdzie Chrystus - musi ustąpić, zejść na dalszy plan. I dlatego dodaje: „a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandałów”.
Kim naprawdę jestem? To także centralne pytanie Adwentu! Ks. Jerzy Szymik odpowiedział na nie tak:
„Nie jestem Mesjaszem, mówi Jan. Ta Ewangelia i te słowa są dla mnie, księdza.
Cóż to za wielkie słowa… Jedne z najważniejszych w ustach/sercu/głowie ucznia Jezusa: nie jestem Mesjaszem… Mesjaszem jest Chrystus, ja jestem tylko kimś, kto wam pomaga prostować drogi dla Niego, prostując tym samym własną. Nikim więcej.
Nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała.
I jestem z tego dumny, to mi wystarczy.
Nie muszę być słynnym prorokiem, ognistym medialnie Eliaszem, popularnym youtuberem na przykład, podróbką Mesjasza.
Jestem kimś tak prostym jak ci ogorzali drogowcy lejący w kurzu i upale asfalt, gotujący drogę dla większych od siebie, dla jadących w świat im nieznany. To mi wystarczy.”
Kim jestem? Martin Buber, żydowski filozof, opowiadał taką historyjkę. Rabbi Sussja na krótko przed swoją śmiercią powiedział: „W przyszłym świecie nie będą mnie pytali: Dlaczego nie byłeś Mojżeszem?  Będą mnie pytać: Dlaczego nie byłeś Sussją?”.
Te słowa rabina mają głęboki sens. Bóg stworzył nas takimi, jakimi jesteśmy. On chciał nas, chciał mnie - z moimi dobrymi cechami, zdolnościami; ale akceptuje mnie także z moimi mankamentami, wadami, z moją słabością. I On chce, byśmy byli wierni sobie, szczerzy wobec siebie samych. Chce, byśmy siebie samych znali i kochali („Miłuj bliźniego jak siebie samego”). Swoje słabości należy najpierw rozpoznać i zaakceptować, a dopiero potem z nimi walczyć lub je korygować. Natomiast moje mocne strony, walory i zalety, są po to, bym z ich pomocą starał się zmieniać świat. Nikogo nie musimy kopiować. Świat nie potrzebuje drugiego Jana Pawła II ani drugiej Matki Teresy z Kalkuty. Świat i Bóg potrzebują mnie i moich talentów, którymi On sam mnie obdarzył.
Do adwentowych zadań należą zatem m. in. dobre poznanie siebie samego oraz szczera odpowiedź na pytanie: „Kim jesteś?” Gdy powiem „tak” - „wobec siebie”, „wobec drugich” i „wobec Boga” - to nasz świat stanie się nieco piękniejszy i bogatszy w szczerość, prawdę i miłość.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Rozmowa z Janem Chrzcicielem
jak się nawracać


Głosie wołający na pustyni
kiedy nasze drogi zatłoczone
blichtrem materii
szeleszczące od słów kłamliwych
oślepiające reklamą pozornych dóbr

jak wyprostować ścieżkę najbliższą
co w samym środku ja
woła że Bóg idzie
sprawiedliwy i miłosierny
a tak cierpliwy
że wciąż czekający
na przemianę naszego życia

to już Druga Niedziela Adwentu


Alina Dorota Paul

Warto zajrzeć na tę stronę:

https://liturgia.wiara.pl

Wycisz się i patrz w światło!

 

To prawda, że nasz adwent „choruje”. Jego istota ulega zaciemnieniu i zniekształceniu z jednej strony przez mega-aktywność, stres, wybujały marketing, szaleństwo zakupów, z drugiej przez powierzchowną sentymentalność. Hermann Hesse już przed 90 laty pisał: 
„Zewsząd otacza mnie i zniewala nieznośny nastrój świąteczny, z rok na rok potęgującą się sentymentalnością. W stosunku do rodziny, do świąt, do prezentów, do tej całej krzątaniny czuję po prostu wstręt.” 
Twarde te słowa poety, mimo że pochodzą z epoki, w której świąt Bożego Narodzenia jeszcze nie zaczynano - jak współcześnie - już w październiku sprzedażą czekoladowych Mikołajów, ozdób choinkowych i gwiazdkowych prezentów. Dawniej mógł ciążyć sentymentalizm, ale wiedziano, skąd te sentymenty i po co, do czego się odnoszą – do świętowania Wcielenia Boga. Natomiast dziś w Europie zanika świadomość religijnego wymiaru tych świąt, które otrzymały nowe imiona: „sezonowe”, „zimowe”, „rodzinne”, a zwłaszcza „magiczne”. Słowo „magiczne” stało się obowiązkowe w popkulturowym mówieniu i pisaniu o świętach. Właściwie prawie wszystko jest „magiczne”. „Magiczne” są adwentowe jarmarki, magiczna atmosfera, magiczny zapach punczu i grzanego piwa, magiczny smak pieczonych migdałów i orzechów, magiczne dekoracje, magiczne renifery ciągną magiczne sanie, a na nich magiczna postać z czerwona mycą - magicznie pohukująca to swoje „hohoho” (karykatura św. Mikołaja), magiczne wyjazdy na święta do ciepłych krajów, by tam leżeć na magicznej plaży, magiczne potrawy przy rodzinnej uczcie, magiczna choinka z migającymi lampkami, by choć na chwilę zapomnieć o kłopotach, o polityce, o chorobach, o śmierci. A już najbardziej magiczne jest robienie świątecznych zakupów! Zaś płytkość tego „magicznego blichtru” podkreślają dochodzące zewsząd z głośników magiczne christmassowe piosenki dalekie od Bożonarodzeniowych treści, jak na przykład ta śpiewana przez Franka Sinatrę: Have yourself a merry little Christmas – „Zawieś błyszczącą gwiazdę na najwyższej gałązce. I miej swoje wesołe małe święta”. – Takie „magiczne małe święta” zasłaniają niestety Boga. Po prostu próbują wypełnić pustkę po Nim i przekonać, że i bez Niego można „świętować”. Przez ten magiczny blichtr nie może przebić się najprawdziwsza prawda o Bogu przychodzącym z miłości na ten świat.
Tak, adwent jest chory! Ale prawdą jest też, że on jest w stanie sprostać tej chorobie, bo nosi w sobie uzdrawiającą moc. Do każdego człowieka zagubionego w przedświątecznej krzątaninie Adwent woła: Dokąd się tak spieszysz? Dokąd pędzisz? Dokąd wiedzie twoja droga? Co jest twoim celem? A człowieka stojącego bezradnie i niezdecydowanie na skrzyżowaniach dróg tego świata pyta: „Na co czekasz, czego pragniesz i czego szukasz?”
I co jeszcze ważniejsze: Adwent nie tylko stawia pytania, lecz również udziela odpowiedzi, w których rozpoznajemy jego głębię, dostrzegamy drzemiące w nim moce. Duszą Adwentu jest wołanie człowieka o Zbawcę, czemu wyraz dawali już starotestamentalni prorocy. Tak chętnie czytamy w adwencie ich teksty. Adwent niesie w sobie tęsknotę ludów, radosne orędzie o miłości Boga przychodzącego do człowieka. Zawiedzionemu człowiekowi, oszukanemu z racji niespełnionych obiecanek, jakie mu składa współczesny świat i nowoczesne bożki, chrześcijański Adwent kładzie palec na jego wargach i mówi: „Wycisz się! Milcz!” Pochylonego pod ciężarami codziennych obowiązków, trosk i win prostuje i mówi: „Patrz w światło! To jest światło dla Ciebie!”
Chrześcijański Adwent ma stale szansę, bo nie wyczerpuje się na płytkich uczuciach i pięknych, ale pustych, obiecankach. Adwent ma szansę, bo zapowiada przyjście Tego, na którego czekają „ludzie dobrej woli”. Adwent nie poniesie klęski, nie zginie, zawsze znajdzie siłę do pokonania swojego kryzysu, ponieważ sam co roku odnawia się w narodzinach Tego, który jako Syn Boga przed 2000 lat stał się człowiekiem, aby przez swoje życie, śmierć i zmartwychwstanie ludzkość odkupić, czyli zbawić. „Odkupić”, tzn. uwolnić. Od czego? - Od mocy zła, od zniewoleń i przymusów, od uzależnień, od egoizmu, żądzy władzy i panowania, amoku nieograniczonego posiadania, nienawiści, przemocy i okrucieństwa, w końcu od niewoli śmierci. Ten Zbawiciel w ciemnościach świata objawił się jako światłość: 
„Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia.” (J 8,12).
„Jestem jak w tunelu”; „Nie widzę nawet najmniejszego światełka na swojej drodze” – tak skarży się dziś wielu. Ciężar życia, konflikty, napięcia, zagrożenia, kryzysy, niepewność, tak w małym jak w dużym świecie – to wszystko prowadzi do załamania i rezygnacji. Ale przecież mamy - Bogu dzięki! - Światło, które oświeca nasze życie i świat, czyni je radośniejszym i napawa nadzieją. Takim światłem jest nasza chrześcijańska wiara w Boga, będącego w Trójcy wspólnotą miłości i kochającego bezgranicznie świat. Tym światłem w ciemnościach jest Jezus Chrystus, Jego wcielenie, Jego słowo, Jego życie, Jego oddanie się w miłości, nie cofające się nawet przed okrucieństwem krzyża i w końcu Jego zwycięskie zmartwychwstanie. „Budując” na tym niezawodnym Bożym fundamencie mógł poeta-ksiądz Lothar Zenetti napisać:
„Ludzie, żyjący z wiary, widzą inaczej.
Ludzie żyjący z nadziei, widzą o wiele dalej.
Ludzie żyjący z miłości, patrzą głębiej.”
Chrystus – nasze Światło! Dlatego teraz w adwencie zapalamy świece: na adwentowym wieńcu i zwyczajne świece w kościołach i w domach. To znaczy: wierzymy w światło – choć wokół nas ciemność. Jak dobrze poddać się działaniu światła, jego blaskowi i jego ciepłu! W nim jest siła naszej wiary, a przede wszystkim obecność Boga pośród nas. 
Przysłowie chińskie mówi: „Lepiej zapalić małe światełko niż skarżyć się na ciemność”. Nasze adwentowe światełka to nie tylko świece, lecz także: odwiedziny samotnego, starszego lub chorego człowieka, świąteczna kartka lub list, serdeczna rozmowa telefoniczna, komuś poświęcony czas, finansowe wsparcie biednych i potrzebujących, uważne oczy w życiu rodzinnym, cierpliwość i gesty przebaczenia. Światło zapalam także wtedy, gdy mam czas dla siebie samego: czas na ciszę i skupienie, na modlitwę, na roraty, na niedzielną Eucharystię, na pojednanie z Bogiem i z ludźmi.
Wiele małych światełek potrafi nawet najciemniejszą noc rozjaśnić. Najwyższy czas przemieniać noce świata w jasny dzień, by Boże Narodzenie stało się dla wszystkich świętem światła, radości, pokoju i nadziei – w ludzkich sercach, w rodzinach, we wspólnotach i wszędzie na całym świecie. Bo przyszła do nas „światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi” (J 1,9).

Ks. Jerzy Grześkowiak

Niepokalanie Poczęta (8 grudnia)

 

Maryja – morze pokoju,
owocna ziemio, 
Ty przynosisz Miłosierdzie.
Nosiłaś Ogień, 
ukryty pod popiołem Twojego człowieczeństwa.
Maryjo, Ty jesteś księgą, 
w której czytamy,
jak mamy żyć. 
W Tobie objawia się moc i wolność 
każdego człowieka.
Katarzyna ze Sienny

 

W święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w sposób szczególny aktualne jest słowo św. Jana Chryzostoma: „Tam, gdzie cieszy się miłość, tam jest święto.” W tym dniu świętujemy początek nowego życia jako owocu miłości dwojga ludzi. To święto przyszło do nas z Grecji. Tam w rocznicę urodzin najpierw gratuluje się matce, potem ojcu, a dopiero na końcu obchodzącemu urodziny. W ten sposób akcentuje się źródło życia: swój początek zawdzięczam miłości rodziców, którzy w akcie miłosnego zjednoczenia, w momencie poczęcia wyrazili zgodę na moje istnienie, które jest o wiele głębsze niż jakiekolwiek wypowiedziane „tak”.
Było akurat święto Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny, 25 marca 1858 roku. Czternastoletnia Bernadeta Soubirous tego dnia zobaczyła po raz szesnasty zachwycającą „Piękną Panię”, ale po raz pierwszy usłyszała, kim Ona jest. Opuszczając grotę objawienia szła powtarzając w kółko: „Que soy era Immmaculada Councepciu.” Bała się, że zapomni tych słów, zwłaszcza że nie rozumiała ich znaczenia, choć były wypowiedziane w miejscowym dialekcie.  Gdy dotarła na plebanię, proboszcz Peyramale był w szoku słysząc z ust Bernadety, że owa „Jasna Pani” powiedziała: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. Do tej pory nie mógł uwierzyć w relacje Bernadety. Rozumiemy jego zdumienie, gdy usłyszał, jak przedstawiła się „zjawa”. Bernadeta była analfabetką, nie znała takich wyrażeń, zapewne nie wiedziała, że trzy lata wcześniej 8 grudnia 1854 roku papież Pius IX bullą Innefabilis Deus ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny:
„Powagą Pana Naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła oraz Naszą ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć”.
Ogłoszenie tego dogmatu nie było zaskoczeniem. Jest on logiczną konsekwencją trwającego 18 wieków rozwoju myśli teologicznej. Od dawna istniało w Kościele przeświadczenie, że Maryja poczęła się wolna od grzechu pierworodnego, choć nawet wybitni teologowie, jak np. św. Tomasz z Akwinu i św. Bernard z Clairvaux mieli z tym problem. Uważali, że stoi to w sprzeczności z dogmatem o powszechności grzechu pierworodnego i konieczności powszechności odkupienia wszystkich ludzi. Tę trudność wyjaśnił w XII wieku bł. Jan Duns Szkot wskazując, że Chrystus już uprzednio mocą odkupieńczego zwycięstwa mógł i chciał uchronić swoją Matkę zarówno od grzechu pierworodnego jak śmiertelnego. Wyrazem takiej wiary wiernych było ustanowione już w 1476 roku przez papieża Sykstusa IV w Rzymie święto Poczęcia Niepokalanej.
Święto Niepokalanego Poczęcia Dziewicy Maryi (8 grudnia), które na chrześcijańskim Wschodzie obchodzono już w X wieku, wprowadził jako pierwszy w swojej diecezji św. Anzelm z Canterbury, w Rzymie w roku 1476 papież Sykstus IV, a rozpowszechnili je na całym Zachodzie Franciszkanie. W 1708 roku Klemens XI ustanowił dzień 8 grudnia świętem obowiązującym w całym Kościele Powszechnym.
W listach św. Pawła będących najstarszymi pismami nowotestamentalnymi Maryja jest wspomniana tylko jeden raz (Ga 4,4), w dodatku bezimiennie jako kobieta, która urodziła Jezusa. W Ewangeliach według Marka i Jana zajmuje Ona bardzo skromne miejsce, i dopiero Mateusz, a szczególnie Łukasz w tzw. Ewangelii dzieciństwa przypisuje Jej znaczniejszą rolę. Jeżeli chrześcijanie wierzą, że Jezus jest Synem Bożym i w konsekwencji Maryję uważają za Bożą Rodzicielkę, to logiczną koniecznością było Maryję jako szczególnego człowieka niejako wyprowadzić przed szereg wszystkich ludzi. Wyróżnia się Ona tym, że jako pierwsza i jedyna spośród ludzi jest od początku Jej istnienia wolna od grzechu pierworodnego.
Znane jest powiedzenie, iż język jest źródłem wielu nieporozumień. Tak jest też z pojęciem „Niepokalane Poczęcie”. Co mogą pomyśleć ludzie mniej zorientowani w terminologii Kościoła słysząc wyrażenie „Niepokalane Poczęcie Maryi”? Czy nie mają prawa zapytać: „Jak to? Czy jeśli to jest szczególny przywilej Maryi, to każde inne poczęcie jest „pokalane”, splamione, brudne, grzeszne? Czy przyszedłem na świat z jakimś „pokalaniem”, czyli grzesznym piętnem?”  A jeżeli im się powie, że idzie tu o wolność Maryi od grzechu pierworodnego, to zapytają: „A co to jest grzech pierworodny? Przecież nowonarodzone dziecko nie jest w stanie zgrzeszyć”.
W pojęciu Niepokalane Poczęcie nie chodzi o dziewicze poczęcie Jezusa w łonie Maryi, czyli bez udziału mężczyzny a jedynie mocą Ducha Świętego, ale o poczęcie Maryi przez jej rodziców Joachima i Annę, w którym moc Boga zachowała ją przed naturalnym dziedziczeniem tzw. grzechu pierworodnego. Grzech pierworodny to stan jakiegoś „powszechnego nieszczęścia” wyrażającego się w skłonności do zła, na co cierpi cała ludzkość. Każdy, kto jest bystrym i obiektywnym obserwatorem rzeczywistości, dostrzega, że ludzkość znajduje się w jakiejś pogmatwanej, zawiłej sytuacji, „jakby we mgle”, że z pewnych zniewoleń i ograniczeń nie jest w stanie się o własnych siłach uwolnić.  Obserwacja ludzkich postaw, tęsknot i niespełnionych nadziei prowadzi do wniosku, że nie jesteśmy tym, czym być powinniśmy i chcemy. Nie jesteśmy zdeprawowanymi przestępcami, ale jesteśmy słabi; nie jesteśmy zepsuci do szpiku kości, bo nosimy w sobie obraz Boży, ale potrzebujemy uzdrowienia i wyzwolenia.
Przyczyny i źródła wewnętrznego rozdarcia i rozterek człowieka wiara chrześcijańska wyjaśnia faktem, że człowiek, stworzony przez Boga „na Jego obraz” i „Jemu podobnego” (Rdz 1,26), to Boże podobieństwo zniekształcił przez grzech. I właśnie dlatego, by temu zeszpeconemu podobieństwu do Boga przywrócić pierwotny blask, a człowiekowi jego pierwotną tożsamość, Syn Boży wcielił się w człowieka, przyszedł na ten świat, „aby zbawić to, co było zginęło” (Łk 19,10).


Ks. Jerzy Grześkowiak

Święty Mikołaj   (6 grudnia 2023)

dawać tak
tak
że już nic nie
zostaje
a jest się bogatym
po brzegi
Ks. Jerzy Szymik

Adwentowe refleksje 2023

 

Paradoksy naszego „dzisiaj”
Dziś mamy większe domy - ale mniejsze rodziny.
Dziś mamy więcej wygód – ale mniej czasu.
Dziś mamy więcej wiedzy – ale mniej zdolności właściwej oceny rzeczy i spraw.
Zwielokrotniliśmy nasz stan posiadania i majątek - ale zredukowaliśmy wartości.
Wiemy, jak zarobić na życie - ale nie jak żyć.
Dodajemy naszemu życiu dodatkowe lata - ale tym latom nie dajemy prawdziwego życia.
Lecimy w kosmos i na księżyc, chcemy lecieć na Marsa - ale nie docieramy do drzwi sąsiada.
Podbijamy kosmos - ale nie przestrzeń „w nas”.


Ks. Jerzy Grześkowiak

Krótka teologia Adwentu

 

Czas adwentu to czas namysłu 
nad nadzieją człowieka
ks. Józef Tischner

 

Liturgiczny okres Bożego Narodzenia posiada dwa centra: Boże Narodzenie i Epifanię oraz specjalny czas przygotowania zwany Adwentem, od łacińskiego słowa adventus – przyjście, obecność. To słowo miało zastosowanie już w zwyczajach rzymskich. Oznaczało wtedy przybycie bóstwa lub władcy utożsamianego z bóstwem do swej świątyni i okresowe w niej przebywanie; z czasem odnoszono je także do rocznicy tych uroczystości.
Ponieważ cesarzowi przypisywano boskie atrybuty, słowo adventus oznaczało także wstąpienie cesarza na tron, jak również rocznicę tego wydarzenia, nadto także przybycie cesarza lub króla do danej prowincji. W takim ujęciu adventus oznaczał nie coś „poprzedzającego”, lecz samą rzeczywistość, jej przybycie i objawienie się, ukazanie się (greckie Epifaneia).
W konsekwencji po przejęciu słowa adventus przez chrześcijan oznaczało ono początkowo samo Boże narodzenie, czyli objawienie się Boga (Epifania), ale jednocześnie także rocznicę tego wydarzenia, czyli samo święto. Natomiast okres przygotowawczy nazywano czasem „przed przyjściem”.  Dopiero od VII wieku, gdy coraz więcej znaczenia przypisywano świętowaniu Bożego Narodzenia, bo od samego początku najważniejszym świętem była Wielkanoc, słowo „adwent” odniesiono do właśnie tego czasu przygotowania do świąt, do czasu oczekiwania. Mówiono wtedy o niedzielach „in adventu”, o niedzielach w Adwencie.
Okres Adwentu i jego liturgii określają zatem dwa słowa: „oczekiwanie” i „przyjście”. Ale o jakie przyjście chodzi, o jaki „obiekt” tego oczekiwania?  Sprecyzowanie odpowiedzi nie jest łatwe, ponieważ w historii chrześcijaństwa różne liturgie podkreślają różne momenty, co więcej, także przekazy liturgii rzymskiej z różnych okresów nie są pod tym względem jednolite.
Zasadniczo można wyodrębnić trzy różne „przyjścia”, a więc w konsekwencji trzy różne „oczekiwania”:
Wcielenie Syna Bożego, poczętego w łonie Dziewicy przez Ducha Świętego, czyli przyjście już dokonane, a zatem raczej wspomnienie oczekiwania niż samo oczekiwanie. 
Bóg, Logos, Słowo stwórcze u początków świata - przyjęło ludzkie ciało w Jezusie i ukazało prawdziwe „oblicze Boga”.  W Jezusie wypełniona jest wszelka obietnica, w Nim osiągają kulminację dzieje Boga z ludzkością. Bóg opuścił swoje niebo i pochylił się nad człowiekiem, zawarł z ludzkością przymierze wchodząc w dzieje pewnego narodu. On jest królem, który zszedł do tej biednej prowincji, jaką jest ziemia i obdarował nas swoim przyjściem przyjmując nasze ciało, stając się człowiekiem, takim jak każdy z nas.
To pierwsze przyjście Chrystusa w ciele na ziemi jest podstawową myślą Adwentu.  Obejmuje ono całą historię świata i jest w liturgii Kościoła równocześnie przygotowaniem, jakby uwerturą do drugiego przyjścia Chrystusa i do wiecznego Bożego Narodzenia w niebie.
Paruzja, czyli oczekiwanie ponownego przyjścia Chrystusa, które się dokona w dniu ostatecznym. 
Pan przyjdzie z mocą, aby dopełnić i zakończyć dzieło zbawienia na ziemi i wprowadzić odkupionych do szczęścia życia wiecznego. W liturgii adwentu często cytowane są słowa św. Pawła „Noc już minęła i przybliżył się dzień (Rz 13,11). Dzień się przybliża… – a zatem na nasze życie jako chrześcijan wciąż padają promienie wschodzącego słońca przyszłego uwielbionego życia w Bogu. Na horyzoncie  zaczyna jaśnieć blask osobistego zmartwychwstania i odkupienia duszy i ciała.
Przyjście Chrystusa do wierzących w Niego, do Jego członków w Kościele, które najpełniej dokonuje się w Słowie i w Eucharystii. 
Od Wcielenia i przypuszczalnie do Paruzji dzielą nas wieki. Niemniej Chrystus zmartwychwstały i wywyższony istnieje i żyje w świecie także dziś. Żyje w swoim Kościele, jest pośród nas. Jego Królestwo jest w nas. W czasie Adwentu nie jesteśmy zatem zwróceni tylko ku przeszłości ani tylko ku przyszłości, ale również ku teraźniejszości, ku przychodzeniu Pana zawsze i wszędzie, o każdej porze i na każdym miejscu. Toteż św. Bernard nazwał Adwent „sakramentem obecności Chrystusa w świecie”.    
Ten sam Syn Boży, który przed dwoma tysiącami lat urodził się pośród ludzi, rodzi się stale, dziś i jutro, i w całej historii zbawienia - w Kościele i w świecie, i w każdym poszczególnym człowieku. Z tego wynika, że cały obecny czas jest dla Kościoła i każdego wierzącego czasem pierwszego przyjścia Pana Jezusa, jest Adwentem, czyli Jego przyjściem, a zarazem czasem wyglądania, oczekiwania i pragnienia, czasem, w którym Chrystus ma przybrać w nas postać, napełnić nas swym Duchem i życiem oraz doprowadzić do ostatecznego zbawienia, czyli przygotować na Jego drugie przyjście na świat w paruzji. Przyjście Pana Jezusa – Adwent – jest zatem wciąż dziejącą się rzeczywistością. Chrystus, który przyszedł, stale przychodzi – nadal żyje i działa w swym Kościele, jako Głowa w członkach, jako winny krzew w latoroślach.
W adwentowych spotkaniach, na przykład w biblijnych wieczorach dzielenia się Słowem Bożym, czasem drążony jest temat „specyfiki przyjścia Jezusa w święta Bożego Narodzenia”. Padają pytania: „O jakie przyjście właściwie chodzi? Przecież jeżeli trwamy w łasce uświęcającej, to Chrystus jest w nas?” 
Kiedyś Duch Pana podsunął mi takie porównanie. Spójrzmy na pory roku i na życie przyrody. Życie na naszej planecie uzależnione jest głównie od trzech czynników: tlenu, wody i światła - czyli od dobroczynnego ciepła słońca. To słońce świeci przez cały rok, w swej naturze w niczym się nie zmienia, a jednak skutki jego oddziaływania na przyrodę w poszczególnych porach roku są różne, odmienne. Ziarno rzucone w ziemię najpierw spoczywa w jej ciemnościach, potem kiełkuje, wschodzi, wiosną wzrasta, latem dojrzewa, wydaje owoc, schnie, zostaje ścięte i zebrane. Coś podobnego dzieje się w życiu Kościoła w ciągu roku liturgicznego, w którym ustawicznie realizuje się zbawcze dzieło Chrystusa. Na pozór w działaniu Chrystusa w nas nie widać żadnych różnic, a jednak On, stale obecny i żyjący w Kościele, w poszczególnych okresach roku liturgicznego w różny sposób, zawsze nieco inaczej, oddziałuje na nas, na nasze duchowe wnętrze, obdarza nas różnymi łaskami, stale innymi. Podobnie święta Bożego Narodzenia obfitują w specyficzny skarbiec Bożych darów i Chrystus chce przyjść do każdego chrześcijanina z darami właściwymi tylko dla tych świętych dni, aby to świętowanie Kościoła stało się dla każdego „osobistym Bożym Narodzeniem” 
Zadaniem Adwentu jest budzić w wiernych prawdziwą tęsknotę za duchowym królestwem, w którym realizują się plany Boże w historii. Oczekiwanie Paruzji to za mało. Jesteśmy pewni ostatecznego zwycięstwo Boga, ale ono realizuje się już dziś w liturgicznej obecności Chrystusa i w Jego obecności w życiu chrześcijan.  Dla osiągnięcia tego celu liturgia kościoła w tekstach biblijnych i w modlitwach wzywa nas do realizowania głównie dwóch postaw charakteryzujących ten okres: ducha radości i ducha pokuty.
Radość wypływa z pierwszego przyjścia Pana i z pewności zbawienia, z faktu, że On jest teraz stale „blisko nas”. Godne zacytowania tutaj są słowa F. Nietzschego: „Uwierzyłbym, gdyby chrześcijanie bardziej okazywali twarze ludzi zbawionych”.
Obowiązek pokuty podyktowany jest nasza grzesznością. Wyrzeczenia, jakie nam Adwent podsuwa, mają przypomnieć, że jesteśmy pielgrzymami do lepszej ojczyzny. Czujemy niewolę grzechową, moralne zepsucie, niegodność, czujemy to, że sami z siebie nic nie potrafimy uczynić, że nie umiemy wyrwać się z moralnej nędzy, z czynów niezgodnych ze świętością, nie potrafimy opanować namiętności i poddać ich duchowi. Potrzebujemy Odkupiciela i dlatego wołamy: „Okaż swą potęgę i przyjdź nam z pomocą! Przyjdź, Panie i nie zwlekaj!”
Najbardziej lapidarnym streszczeniem tajemnicy Adwentu i jego doświadczeń w liturgii Kościoła i w obrzędowości ludowej może być formuła: „Jezus Chrystus przyjdzie – przyszedł – przychodzi - i przyjdzie!” 
Ks. Jerzy Grześkowiak

Adwent zaprasza nas do ponownego przebycia drogi obecności Boga w świecie i przypomina nam zawsze na nowo, że Bóg nie usunął się ze świata, nie jest nieobecny, nie pozostawił nas samym sobie, lecz na różne sposoby wychodzi nam na spotkanie. Musimy tych sposobów się nauczyć i rozpoznawać je. Także i my, z naszą wiarą, nadzieją i miłością jesteśmy wezwani każdego dnia do dostrzeżenia i świadczenia tej obecności, w świecie często powierzchownym i rozproszonym, aby w naszym życiu zajaśniało światło, które oświeciło grotę w Betlejem.


Papież Benedykt XVI (katecheza środowa 12.12.2012).

Szatan kusi do zła niekiedy przez dobro.

 

W obrazowy sposób opowiada o tym Paulo Coehlo.

Irański poeta opowiedział mi o Muawiji, pierwszym kalifie z dynastii Omajadów. Kiedy pewnego dnia spał w swoim pałacu, obudził go nieznajomy.
- Ktoś ty? – spytał kalif.
- Lucyfer – padła odpowiedź.
- Czego chcesz?
- Już czas na modlitwę, a ty jeszcze śpisz.
Muawija był zaskoczony. Książę  ciemność, ten, który czyha na dusze ludzi małej wiary, przypomina mu o religijnych powinnościach?
Lucyfer wyjaśnił:
- Wiesz, że zostałem stworzony jako anioł światła. Wiele w życiu przeszedłem, ale nie potrafię zapomnieć o moim pochodzeniu. Człowiek może pojechać nawet do Rzymu albo do Jerozolimy, ale zawsze zabiera w sercu to, co w jego ojczyźnie było najlepsze. Ze mną jest tak samo. Nadal kocham Stwórcę za to, że mnie karmił za młodu i nauczył czynić dobro. Kiedy zbuntowałem się przeciw Niemu, zrobiłem to nie dlatego, że Go nie kochałem, przeciwnie, kochałem Go tak bardzo, że stałem się zazdrosny, gdy stworzył Adama. Wyzwałem Pana na pojedynek i to był mój koniec. Jednak mimo wszystko nadal pamiętam o  łaskach, których dostąpiłem. Może wrócę do raju, jeśli zrobię coś dobrego.
    Muawija odpowiedział:
     - Trudno mi uwierzyć w twoje słowa. Jesteś odpowiedzialny za zniszczenia i śmierć wielu ludzi na ziemi.
- Uwierz mi – nalegał Lucyfer. – Tylko Bóg może tworzyć i niszczyć, gdyż jest wszechwładny. To On, tworząc człowieka, dał mu takie uczucia, jak pożądanie, żądza zemsty, współczucie i strach. Dlatego gdy widzisz wokół zło, nie obwiniaj mnie, gdyż ja jestem tylko odbiciem tych nieszczęść.
    Muawija zaczął się żarliwie modlić, by Bóg go oświecił. Całą noc przesiedział, rozmawiając i spierając się z Lucyferem, i mimo błyskotliwych argumentów nie dawał się przekonać.
    Gdy zaczęło świtać, Lucyfer  wreszcie dał za  wygraną i wyjaśnił:
     - Dobrze, masz rację. Kiedy po południu przyszedłem, żeby cię zbudzić, abyś nie przegapił pory modlitwy, wcale nie zależało mi, żebyś zbliżył się do boskiego światła. Wiedziałem, że jeżeli nie zmówisz modlitwy, ogarnie cię wielki smutek i przez następne dni będziesz modlił się ze zdwojoną żarliwością, prosząc, by Bóg wybaczył ci niedopełnienie obowiązków. A w oczach Boga każda modlitwa pełna miłości i skruchy jest warta tyle, co dwieście  wyklepanych bezmyślnie pacierzy. Dzięki temu dostępujesz oczyszczenia i natchnienia, Bóg kocha cię jeszcze bardziej. A ja oddalam się od twojej duszy.
     Lucyfer zniknął i pojawił się świetlisty anioł.
     - Nie zapominaj dzisiejszej lekcji – zwrócił się do Muawiji. – Czasem zło przychodzi pod maską dobra,  lecz jego prawdziwym celem jest szerzenie zniszczenia.
     Tego dnia i przez wiele następnych Muawija modlił się z pokorą, żarliwością i wiarą. Bóg po stokroć wysłuchał jego próśb.

 

Paulo Coehlo, Być jak płynąca rzeka. Myśli i impresje 1998-2005, tłum. Zofia Stanisława-Kocińska, Warszawa 2006, s. 18-20.

Obserwuj
Konflikt biskupów 

 

Niemiecki hierarcha ostro odpowiada abp. Gądeckiemu

"Na podstawie jakiego prawa przewodniczący konferencji biskupów danego Kościoła wydaje osąd na temat katolickości innego Kościoła lokalnego i jego episkopatu?" – takie ostre pytanie skierował bp Georg Bätzing, ordynariusz Limburga i szef niemieckiej konferencji biskupów, do abp. Stanisława Gądeckiego. To odpowiedź na wcześniejszy list Gądeckiego. O sprawie pisze "Rzeczpospolita".
Abp Stanisław Gądecki w czasie trwającego w Watykanie Synodu Biskupów skierował do papieża list. Do napisania go sprowokował poznańskiego metropolitę e-mail, jaki tuż przed rozpoczęciem obrad dostali wszyscy uczestnicy synodu. Wiadomość zawierała dokumenty i postulaty tzw. niemieckiej drogi synodalnej, której dyskusje koncentrują się wokół reform zarządzania Kościołem, zmian w jego nauczaniu moralnym, propozycjach zniesienia celibatu czy wprowadzenia święceń dla kobiet — wskazuje "Rzeczpospolita".
"Świadomość siły, która tkwi w prawdzie, ożywia moją nadzieję wobec trwającego synodu, by nie był on w żaden sposób zmanipulowany i wykorzystany do autoryzacji niemieckich tez, które są sprzeczne z nauczaniem Kościoła katolickiego" – napisał Stanisław Gądecki do Franciszka.
"O tym, że szef polskiej konferencji wysłał taki list do papieża, Niemcy dowiedzieli się z mediów i to ich rozsierdziło" — odnotowuje "Rzeczpospolita". W ubiegłym tygodniu biskup Georg Bätzing skierował do arcybiskupa Gądeckiego kilkustronicowe pismo z zaznaczeniem, że wysyła je też do wiadomości papieża. Autentyczność dokumentu potwierdził dziennikarzom sekretariat Konferencji Episkopatu Niemiec, odmawiając jednak oficjalnego komentarza.
Biskup Limburga podkreślił, że wiadomość o liście do Franciszka przyjął "z konsternacją i wielkim rozczarowaniem", zwłaszcza że w czasie trwających cztery tygodnie obrad miał okazję kilka razy rozmawiać z abp. Gądeckim i ten nie mówił mu nic ani na temat drogi synodalnej, ani o liście wysłanym do papieża.
"Jest to – proszę pozwolić, że powiem otwarcie – bardzo niesynodalne i niebraterskie zachowanie (…). Zamiast dialogu wybrał ksiądz arcybiskup list do papieża Franciszka, w którym z wielką gwałtownością oraz nieprecyzyjnymi i fałszującymi stwierdzeniami narzeka na Synodalną Drogę Kościoła katolickiego w Niemczech" – stwierdził hierarcha.
"W swoim, prawie trzystronicowym, liście osądza ksiądz arcybiskup nie tylko 326-stronicowy zbiór tekstów, ale szczególnie ponadtrzyletnią Drogę Synodalną Kościoła w Niemczech, w którą zaangażowane były tysiące wiernych, setki osób z różnych dyscyplin, a także wszyscy biskupi katoliccy w Niemczech. (…) Stanowczo odrzucam takie postępowanie księdza arcybiskupa, ton Jego listu, a także sposób przedstawienia faktów (…)" – zaznaczył szef niemieckiej konferencji.
Niemiecki hierarcha stwierdził również, że choć na Synodzie Biskupów w Rzymie były dyskutowane kwestie, które podejmowane są w Niemczech, to nie wynikało to z faktu, "że niemieccy biskupi infiltrowali, indoktrynowali lub nawet korumpowali światowy episkopat lub uczestników Synodu".
"Takie pomysły należą po prostu do sfery zawiłych teorii spiskowych" – ocneił biskup Bätzing. "Synodalność oznacza słuchanie i dialog, i to jest to, czego chciałbym od księdza arcybiskupa doświadczyć, przynajmniej w następstwie listu księdza arcybiskupa o nas do papieża" – dodał na koniec.
Droga synodalna niepokoi nie tylko Kościół w Polsce. W ubiegłym roku 74 hierarchów napisało list otwarty do biskupów w Niemczech, wyrażając zaniepokojenie jej postulatami. Sceptyczny jest kard. Jean-Claude Hollerich, arcybiskup Luksemburga i wiceprzewodniczący Rady Konferencji Episkopatów Europy. Ponadto w 2019 r. Kongregacja Nauki Wiary oraz Papieska Rada ds. Tekstów Prawnych krytykowały przedstawiony im statut drogi synodalnej, podnosząc, że nie może ona iść w kierunku zmiany nauczania lub dyscypliny Kościoła. Krytycznie w tej sprawie wypowiadał się też Franciszek.

 

Źródło: Rzeczpospolita

Uroczystość Jezusa Chrystusa
Króla Wszechświata (2023)

 

W ostatnią niedzielę roku kościelnego obchodzimy święto Chrystusa Króla. Ustanowił je papież Pius XI w 1925 roku - kilka lat po upadku ostatnich monarchii w Europie. Według jego zamiarów miało ono poprzez uznanie panowania królestwa Jezusa Chrystusa motywować i inspirować zaprowadzenie porządku i ładu w świecie po I wojnie światowej. Zamordowanie rosyjskiego cara i ucieczka niemieckiego cesarza pod koniec I wojny światowej zwiastowały zmierzch europejskich monarchii. Nieliczni dziś królowie i królowe posiadają zaledwie cząstkę dawnej nieograniczonej władzy. Są jedynie głowami państw z demokratycznymi strukturami. Ich królewskie uprawnienia nie polegają już na rządzeniu, lecz na reprezentowaniu ich państw.
Isenheim, miejscowość w Alzacji, jest znana ze słynnego ołtarza, w którym Mateusz Grünewald przedstawił po mistrzowsku życie i mękę Jezusa. W centrum znajduje się scena ukrzyżowania – obok Jezusa cierpiącego na krzyżu stoi Jan Chrzciciel, który nienaturalnie wyolbrzymionym palcem wskazuje na Jezusa mówiąc: „Oto Baranek Boży!”.  Inne skrzydło ołtarza przedstawia zmartwychwstałego Pana wszechświata. Oto nastała nowa era: panowanie i królestwo Jezusa Chrystusa. Trudno o większy kontrast jak te dwa obrazy: cierpiący Baranek Boży – Król wszechświata. Ale obydwa przynależą istotowo do siebie. Jezus jest królem, choć całkiem innym, niż podsuwają nam to nabyte z historii wyobrażenia. Znakiem Jego królowania jest bezgraniczna miłość i oddanie aż po śmierć.
Współcześnie w erze przewagi rządów demokratycznych nieliczni w Europie królowie i królowe nie sprawują już żadnej realnej władzy; jeżeli są głową państwa, to pozostała im tylko funkcja reprezentacyjna, a oni sami i ich rodziny są czołowym tematem prasy brukowej, przedstawiani barwnie na błyszczącym papierze i bardzo dalecy od codziennego życia i naszych rzeczywistych trosk. Oprócz nich istnieją jeszcze w dalekich krajach tzw. „królowie absolutni”, utrzymujący i sprawujący władzę przy użyciu przemocy, prawdziwi despoci, zniewalający i wyzyskujący ludność i depczący prawa człowieka.
Jeżeli te doświadczenia przeniesiemy na Chrystusa jako króla, to „niewtajemniczeni w chrześcijaństwo” mogą mniemać, że On albo nie ma żadnej władzy, albo że jest wyposażony we władzę nieograniczoną. Ten paradoks jest w gruncie rzeczy prawdziwy, ale w zupełnie innym sensie niż zakłada to potoczne myślenie.
Chociaż epoka monarchii się skończyła i pojęcia „król” i „królestwo” wywołują w nas różne, niekiedy negatywne skojarzenia i odczucia, to obraz króla przetrwał, jest nadal żywy, nie tylko w baśniach i w pieśniach, ponieważ jako archetyp jest zakotwiczony silnie w naszej wyobraźni i przemawia nadal do najgłębszych warstw duchowości człowieka. Stąd nierzadko słyszy się : „Właściwie to król wcale nie jest nam  potrzebny, ale jednak byłoby pięknie, gdybyśmy go mieli”. Także sympatia, jaką wielu współczesnych darzy królewskie rodziny i dwory, jest znakiem, że obraz króla jest głęboko zakorzeniony w ludzkich sercach. Potwierdzeniem tego było ogólnoświatowe zainteresowanie uroczystościami królewskimi w Anglii: ceremoniami pogrzebowymi królowej Elżbiety II (2022) i intronizacją króla Karola III (2023), które śledziły w przekazach telewizyjnych miliony ludzi na całym świecie.
Królów zasadniczo się nie wybierało, choć w niektórych narodach była i taka praktyka. Pretendenci do tronu królewskiego rodzili się jako „książęta-następcy tronu”. W średniowieczu objęciu królewskiego tronu nadano sakralną legitymizację przez liturgiczny obrzęd namaszczenia, ukoronowania, intronizacji i przekazania królewskich insygniów: berła i miecza. Taki obrzęd „święcenia na króla” sprawowali biskupi, a niekiedy papież. Stąd owi władcy nazywali się „królami z Bożej łaski”.
Jezus stojąc przed Piłatem na jego pytanie: „A więc jesteś królem?” odpowiedział: „Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy kto jest z prawdy, słucha mojego głosu” (J 18,37). Jezus przyszedł na świat, co prawda, nie w królewskim pałacu, lecz w bydlęcej stajni, ale urodził się jako król. Przy zwiastowaniu jego poczęcia anioł zapowiada Jego matce Maryi: „Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca” (Łk 1,32-33). 
Jezus jest namaszczonym jak król Mesjaszem. Na zapytanie Jezusa: „A wy za kogo Mnie uważacie?” św. Piotr odpowiada: „Ty jesteś Mesjasz” (Mk 8,29). Królewsko-mesjańskie namaszczenie Jezusa potwierdzają Dzieje Apostolskie: „Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą” (Dz 10,38). Królewska intronizacja Jezusa dokonała się w Jego zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu - odtąd „siedzi On po prawicy Ojca” (Wyznanie wiary). Jest zatem w sposób najwyższy „Królem z Bożej łaski”. Apokalipsa św. Jana mówi o Chrystusie królującym w niebie: „A na szacie i na biodrze swym ma wypisane imię: Król Królów i Pan Panów” (Ap19,16).
Jezus Chrystus – nasz król, król świata i wszechświata.  Ale ten nasz Król nie paraduje przed nami jak prawdziwy król w przepychu i chwale, lecz jako król sądzony przez władców ziemskich, wleczony „od Annasza do Kajfasza”, skazany przez Piłata na biczowanie i na śmierć, wystawiony na pośmiewisko i szyderstwa pospólstwa; Jego królewską koroną jest cierniowa czapa, a tronem królewskim - krzyż. W końcu napis na tablicy na krzyżu nad Jego głową: „Jezus Nazareński – Król żydowski” brzmi jak gorzka ironia!
A przecież miał szansę zostać królem Izraela!  Św. Jan Ewangelista opisuje, jak  po cudownym rozmnożeniu chleba tłum doświadczywszy cudu chciał ogłosić Jezusa królem. On jednak jednoznacznie tę pokusę odrzucił. Gdy spostrzegł, że mieli przyjść i porwać Go, aby obwołać królem, sam usunął się znów na górę” (J 6,15). Później sądzony wyznaje przed Piłatem, że jest królem, ale powiada dobitnie: „Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd” (J 18,36).
„Królestwo moje nie jest z tego świata…” - Chrześcijanin jest zobowiązany być świadkiem tego „innego świata”, gdzie Chrystus jest Królem, „świata Bożego” - świata, w którym wszystko jest „inaczej”, w którym wiele spraw ziemskich i  doczesnych wartości ulega przewartościowaniu. Bo życzenie i polecenie naszego Króla jest takie:
Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu (Mt 20,26-28).
Takiego właśnie Króla dziś świętujemy i czcimy. Pośrodku nas jest Ten, który służy. Karl Lehmann tak pisze o tym specyficznym władztwie Chrystusa:
Tylko wtedy, kiedy pojmiemy, czym jest panowanie Chrystusa, potrafimy też zrozumieć szczególną, jedyna postać chrześcijańskiej nadziei. Kto swoim życiem okazał bez reszty solidarność z zagubionym człowiekiem, kto przyjął śmierć, aby dać świadectwo swej misji, a jednocześnie w tej swojej bezgranicznej miłości zwyciężył moc śmierci jako ostatniego wroga człowieka – ten jest prawdziwie Panem. Jego władanie ma więc zupełnie inny charakter aniżeli to, co świat nazywa sprawowaniem władzy. Władztwo Chrystusa – władcy wyrzekającego się siły i przyjmującego na siebie los ginącego z rąk swego ludu Proroka – zdaje się być czystą niemocą. Ale tu właśnie otwiera się perspektywa najgłębszego przewrotu w dziejach świata, jeżeli tylko zechcemy tę perspektywę dostrzec. Jawi się tu moc działająca, która mając  pełnię władzy, rezygnuje z wszelkiego przymusu i toruje sobie drogę ofiarą własnego życia poprzez serce człowieka, jego nadzieję i wiarę. Całkowite oddanie siebie w bezprzykładnym posłuszeństwie Ojcu, śmierć poniesiona za życie świata – taki jest fundament Chrystusowego władztwa. Cechą rozpoznawcza tego Władcy jest miłość szukająca człowieka. Dlatego nikt nie zdoła zakwestionować Chrystusowego panowania, trwać będzie ono wiecznie, bo nic nie zdoła przewyższyć niestrudzonej Chrystusowej miłości.”(Chrystus naszą nadzieją. Medytacje, tłum. Marek Węcławski, Poznań 1977, s. 111-112).
Jezus Chrystus to zatem nie Król wszechwładny, ale Król z sercem! I Król serc! Miliardy chrześcijan na kuli ziemskiej wołają codziennie w Modlitwie Pańskiej: „Przyjdź Królestwo Twoje” (por. Mt 6,10). I co z tego? – powie ktoś. Jakoś nie widać tego Królestwa. Tak mało miłości, zamiast pokoju terror i wojny, a miliony tych, którzy się o to modlą, są prześladowani i jakże często zabijani. Bóg jakoś się nie spieszy, nie bierze spraw Królestwa w swoje ręce. To powód, dlaczego wielu wprost Boga oskarża – z różnych powodów, często osobistych, ale przede wszystkim z racji tej mało dostrzegalnej troski o Jego Królestwo na ziemi.
Ale tak było od początku. Pierwsi uczniowie też nie wytrzymywali nerwowo nie widząc doraźnych rezultatów. „Panie, chcesz, rzeknij, by ogień zstąpił z nieba” (por. Łk 9,24). A On odpowiada: „Nie wiecie, czyjego ducha jesteście”. A gdy na Niego samego, na głównego architekta tego Królestwa rzucili się żołnierze, by Go pojmać, On nie pozwolił uczniom  bronić się mieczem: „Kto mieczem wojuje, od miecza ginie” (por. Mt 26,52).
Królestwo Boże, aczkolwiek „nie jest z tego świata”, to przecież jest w tym świecie. Stąd sprawy i cele polityczne, ekonomiczne, społeczne to także sprawy Boże. Jezus mówi bowiem: „Królestwo Boże jest pośród Was (…) To Królestwo tworzą miliony ludzi  i niezliczone sprawy najprostsze i bezpretensjonalne, rzeczy mające wartość przez relację do Boga, czynności niby światu do niczego nieprzydatne, zbędne, trudno zrozumiałe, a czasami nawet komiczne; ale to wszystko i te miliardy wypowiadanych „Ojcze nasz” z prośbą: „Przyjdź Królestwo Twoje!”  - to nie są sprawy bez znaczenia. Wszystko w tym świecie, co dobre, i wszyscy, co dobro mają na celu, służą temu Królestwu Pana. O tych „bezimiennych sługach Królestwa”, jego budowniczych, tak pisze niezapomniany ks. Włodzimierz Sedlak:
Bóg zbiera złom ludzki dla zachowania Królestwa Bożego, „szmelc” zasadniczo nikomu niepotrzebny, braki świata wyrzucane na margines zapotrzebowania przez ten świat. (…) Nieuleczalnie chory, którego nadzieje przekreśla gest rozłożenia rąk przez lekarza. Stary zrzęda wypchnięty na boczny tor życia – czekają subtelnie aż całkiem zardzewieje. Tych obarczonych nad miarę życiem, którzy już nie wiedzą, czy przeklinać, czy modlić się. Grzesznik łamiący się bezskutecznie między dobrem a winą. Lichy kapłan – rydwan Kościoła ciągną kaprawe rumaki. Znajdzie się łotr na krzyżu – „Panie, wspomnij na mnie, gdy będziesz w Twoim Królestwie” (por. Łk 23,42). Znajdzie się dziewczyna uliczna - Magdalena. Znajdzie się Piotr zapierający się Chrystusa. Wymieszane zło i dobro, plewa i ziarno, kąkol i pszenica – poszatkowane życie.
Są jednak szerzyciele Królestwa. Dzieciak – ktoś, kto nie ma żadnego interesu na Bogu. Chory z tyloma planami na przyszłość – „Ojcze, niech będzie wola Twoja (por. Mt 26,42). Sąsiedzka przysługa, koleżeński uśmiech w pracy, kubek wody podany. Męczennica kobieta – kilkoro dzieci. Klękający penitent przy konfesjonale – „Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Niebu i Tobie”. Kapłan idący do chorego. Mąż, który żyjąc serdecznie z kolegami z pracy nie ulegnie pokusie wódki. Młoda para kochająca się, dla której istnieje Bóg jako miara etyczna uczuć. Małżeństwo kończące sprzeczkę serdecznym pocałunkiem, a nie rozwodem. 
„Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego, a to wszystko będzie wam przydane” (por. Mt 6,33). Nie odwracajmy zatem właściwego porządku mówiąc i postępując według hasła: najpierw ziemskie cele, a Królestwo Boże na dodatek. Nie! - Najpierw Królestwo Boże, czyli  Bóg i Jego sprawy!


Ks. Jerzy Grześkowiak

 

+ Wanda Półtawska -  Pokazała, jak żyć.
 

Niedawno odeszła do wieczności, tuż przed 102 urodzinami, Wanda Półtawska, więźniarka KL Ravenbrueck, psychiatra, wykładowca  w Studium Teologii Rodziny przy Papieskiej Akademii Teologicznej, uczennica i przyjaciółka Kard. Karola Wojtyły (Jana Pawła II).
Na wyrazistość poglądów W. Półtawskiej wpłynęło przede wszystkim środowisko lubelskie – dom rodzinny, szkoła o profilu katolickim i narodowym oraz szacunek dla polskich bohaterów. Późniejsze decyzje wypływały z tego, co wcześniej przeżyła. To właśnie w KL Ravensbrűck, poddawana zbrodniczym eksperymentom medycznym przeprowadzanym przez niemieckich lekarzy zdecydowała, że będzie studiować psychiatrię. Gdy zobaczyła, jak Niemiec wrzuca żywego noworodka do pieca, stała się bezkompromisową obrończynią ludzkiego życia.
Poniżej kilka jej wypowiedzi:
To nie moja zasługa, że żyję 100 lat – nie ma w tym, oczywiście, mojego udziału, natomiast styl życia człowiek może sobie wybrać. Ja chcę uratować życie każdego człowieka, który został stworzony dla Nieba. A innych ludzi nie ma.
Przeżyłam życie w klimacie miłości.
Ciało jest święte. Łono, w którym kobieta nosi dziecko, jest sanktuarium życia. Kobieta jest odpowiedzialna za to, kogo wpuszcza do tego sanktuarium.
Wolność to świadomość i wola ograniczona celem.
Miłość nie bo się czasu. Miłość umie czekać, a gdy jest autentyczna, nie jest pożądaniem, ale gotowością dawania. A pożądanie zaborczo przywłaszcza, bez względu na dobro osoby. Miłość nie pożąda, ale podziwia i daje dobro, tylko dobro.
Każdą minutę można by uczynić darem dla kogoś.

Macie i musicie planować świętość, działanie, ale nie życie, bo nie macie władzy, żeby dać życie. Każde dziecko jest bowiem dziełem Boga, a nie człowieka.

Kościół potrzebuje świadków, że ludzie potrafią żyć tak, jak dyktuje Pan Bóg. A jak trzeba żyć? Tego właśnie nauczał Jan Paweł II. On dał wszelkie drogowskazy po to, żeby ratować świętość małżeństwa i miłości ludzkiej.


Ks. Jerzy Grześkowiak

Papst Franziskus : „Sorge“ über deutschen Reformkurs

Papst Franziskus hat von neuem Sorge über die Reformvorstellungen der katholischen Kirche in Deutschland geäußert. In einem Brief, über den die Tageszeitung „Die Welt“ berichtet, erklärt er erneut, dass der geplante Synodale Rat in der geplanten Form „mit der sakramentalen Struktur der katholischen Kirche nicht in Einklang zu bringen ist“.

Das Schreiben mit Datum 10. November ist – mit Franziskus‘ eigenhändiger Unterschrift – die Antwort auf ein Schreiben von vier deutschen Katholikinnen, unter ihnen zwei Theologie-Professorinnen. Der Papst geht auf ihre, wie er referiert, „Bedenken angesichts der aktuellen Entwicklungen der Kirche in Deutschland“ ein. Wörtlich schreibt Franziskus: „Auch ich teile diese Sorge über die inzwischen zahlreichen konkreten Schritte, mit denen sich große Teile dieser Ortskirche immer weiter vom gemeinsamen Weg der Weltkirche zu entfernen drohen“. 

Dazu gehöre auch die vor kurzem erfolgte Bildung eines Synodalen Ausschusses, der einen Synodalen Rat vorbereiten soll, um die Beschlüsse des „Synodalen Wegs“ der katholischen Kirche in Deutschland zu verstetigen. Genannter Ausschuss wurde am 10. November - dem Datum des Briefes - in Essen gebildet. Ein Synodaler Rat sei jedoch „in der im entsprechenden Beschlusstext umrissenen Form mit der sakramentalen Struktur der katholischen Kirche nicht in Einklang zu bringen“, darum habe der Heilige Stuhl dessen Einrichtung mit einem Brief vom 16. Januar 2023, den er, Franziskus, ausdrücklich gebilligt habe, „untersagt“. 

Der Papst rät den Katholiken in Deutschland, mehr auf Gebet, Buße, Anbetung und das Herausgehen zu den Menschen zu setzen, „anstatt das ‚Heil‘ in immer neuen Gremien zu suchen und in einer gewissen Selbstbezogenheit die immer gleichen Themen zu erörtern“. Der Brief des Papstes ist auf Deutsch verfasst und bittet seine Adressatinnen auch noch um Gebet „für unser gemeinsames Anliegen der Einheit“.

Nach Angaben der Tageszeitung „Die Welt“ antwortet der Brief des Papstes auf ein Schreiben vom 6. November. Darin hätten die Theologinnen Katharina Westerhorstmann und Marianne Schlosser, die Journalistin Dorothea Schmidt sowie die Religionsphilosophin Hanna-Barbara Gerl-Falkovitz sich angesichts des „Synodalen Wegs“ besorgt über die Einheit der Ortskirche in Deutschland mit Rom geäußert. Franziskus hat schon mehrfach deutliche Skepsis gegenüber dem Reformkurs der katholischen Kirche in Deutschland gezeigt; in einem „Brief an das pilgernde Volk Gottes in Deutschland“ vom Juni 2019 hatte er schon vor dem eigentlichen Start des „Synodalen Wegs“ vor der Vorstellung gewarnt, „die beste Antwort angesichts der vielen Probleme und Mängel bestehe in einem Reorganisieren der Dinge, in Veränderungen und in einem ‚Zurechtflicken‘.

(vatican news – sk)

„Świadomość siły, która tkwi w prawdzie, ożywia moją nadzieję wobec trwającego synodu, by nie był on w żaden sposób zmanipulowany i wykorzystany do autoryzacji niemieckich tez, otwarcie sprzecznych z nauczaniem Kościoła katolickiego” – napisał arcybiskup poznański Stanisław Gądecki w liście do papieża Franciszka. Istnieje ryzyko, że ustalenia naukowe, na które powołuje się Synodaler Weg (droga synodalna) są błędne, podobnie jak w przypadku innej popularnej niegdyś teorii rasizmu.
 

List przewodniczącego KEP, arcybiskupa poznańskiego Stanisława Gądeckiego do Papieża Franciszka
Rzym, 9 października 2023 roku

 

Wasza Świątobliwość,
W dzień rozpoczęcia Synodu otrzymałem mailem dokument zatytułowany „Decyzja Drogi Synodalnej Kościoła Katolickiego w Niemczech”. Punktem wyjścia do analizy sytuacji Kościoła katolickiego w tym kraju jest kryzys nadużyć seksualnych w niemieckim Kościele. Autorzy wydają się tak zawstydzeni sposobem reakcji niemieckich biskupów na doniesienia o nadużyciach seksualnych ze strony duchownych, że postanawiają dokonać rewolucji obyczajowej i prawnej w Kościele powszechnym. Jednak wydaje się, że nie byłaby to rewolucja ewangeliczna, lecz raczej inspirowana ideologiami lewicowo-liberalnymi.
W Instrumentum laboris (B 3.4) postawiono pytanie o stopień autorytetu doktrynalnego jaki można przypisać rozeznaniu dokonywanemu przez pojedynczą konferencję episkopatu oraz przez zgromadzenie kontynentalne. Chodzi o to, czy mogą one być „pojmowane jako podmioty o konkretnych kompetencjach, łącznie z pewnym autentycznym autorytetem doktrynalnym”? Wydaje się, że poszukując odpowiedzi nie można abstrahować od tego, co działo się w związku z ogłoszonym przez Waszą  Świątobliwość procesem synodalnym, i co może mieć jawny lub ukryty wpływ na przebieg rzymskich sesji Synodu.
Trzy główne tematy, to zmiana ustroju Kościoła, zmiana nauczania na temat moralności seksualnej oraz udzielanie kobietom święceń diakonatu i prezbiteratu. Pierwsze jest warunkiem sine qua non realizacji kolejnych celów. W punkcie wyjścia przyjmuje się zasadę inkulturacji. Kościół powinien jak najbardziej upodobnić się do świata, który w swojej liberalno-demokratycznej wersji stanowi wzorzec humanizmu. Kościół rzeczywiście „docenia demokrację”, ale tylko wówczas, gdy ufundowana jest ona na gruncie poprawnej koncepcji osoby. Przypomina także, że „łatwo przemienia się [ona] w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” (CA 46). Pojawia się pytanie, gdzie faktycznie demokracja funkcjonuje w oparciu o poprawną koncepcję osoby ludzkiej, tzn. np. szanując prawo do życia każdego człowieka od momentu poczęcia do naturalnej śmierci? Ponadto przy wszystkich swoich dobrych cechach, liberalna demokracja nie jest w pewnością jedynym dobrym ustrojem. Wystarczy przypomnieć sobie klasyfikację ustrojów politycznych dokonaną przez Arystotelesa.
Synodale Weg domaga się, aby Kościół przyjął za swój ustrój polityczny dominujący dzisiaj na Zachodzie, wraz ze wszystkimi zasadami działania demokratycznej biurokracji, poczynając od nadzoru świeckich nad duchowieństwem, transparentnością procesów podejmowania decyzji, uczestnictwem świeckich w obsadzaniu stanowisk kościelnych czy kadencyjnością sprawowania urzędów. Władza papieża i biskupów powinna być ograniczona i podlegać nadzorowi świeckich zorganizowanych w równoległą do hierarchicznej strukturę władzy.
Drugim tematem jest błogosławienie różnego typu związków niesakramentalnych, w tym związków osób jednej płci. Można postawić pytanie, po co błogosławieństwo ludziom żyjącym w grzechu? Udzielona odpowiedź jest stosunkowo prosta: ludzie ci sami zgłaszają się po błogosławieństwo, a poza tym – jak twierdzą autorzy dokumentu – ludzie ci nie żyją w grzechu śmiertelnym i nie są pozbawieni łaski. Grzechem natomiast jest nauczanie Kościoła, które jest odbierane nie tylko jako niemiłosierne i dyskryminujące, ale wręcz – zdaniem autorów – czyni Kościół odpowiedzianym za prześladowania i samobójstwa osób transgender. Kościołowi bowiem nie wolno negatywnie oceniać żadnego ludzkiego zachowania, które podejmowane jest w imię miłości. Miłość usprawiedliwia wszystko i czyni wszystko dobrym. Wszystko, co jest wyrazem auto-determinacji z zasady jest dobre i za takie powinno być uznane przez Kościół. Uznanie zaś oznacza tu udzielenie błogosławieństwa. Za sprawą uzyskanego benedictio (a nie przez nawrócenie) ludzie chcą ustawić swoje życie w kierunku Boga, mimo iż ich działanie pozostaje sprzeczne z prawem Bożym.
Tradycyjnie w nauczaniu Kościoła relacje między ludźmi, włączając w to relacje seksualne, podlegają moralnemu wartościowaniu. Św. Augustyna wprawiało w zdumienie, że nie tylko święci i oddani całym sercem Bogu kierują się w życiu miłością, ale czynią tak również zatwardziali grzesznicy. Wystarczy pomyśleć o rabusiach grasujących na drogach, którzy raczej zniosą najcięższe tortury, niż wyjawią imiona swoich towarzyszy. „Nie byliby do tego zdolni, gdy nie było w nich wielkiego uzdolnienia do miłości” (Facere tamen ista sine magno amore non poterunt)[1]. Istnieją jednak dwa rodzaje miłości: „miłość Boża aż do pogardy siebie samego posunięta” i „miłość własna aż do pogardy Boga posunięta”[2]. Miłość zatem nie wszystko usprawiedliwia i nie wszystko czyni dobrym. Zgodnie zaś z podejściem katolickim traktujemy z szacunkiem każdego człowieka, ale nie każdy ludzki wybór.
Autorzy dokumentu oczekują, że Kościół uzna za dobre i prowadzące do uświęcenia, obok małżeństwa sakramentalnego, także „wolne związki”, związki cywilne, związki partnerskie, związki osób jednej płci itp. Społeczna ich akceptacja – ich zdaniem – musi znaleźć wyraz w liturgii Kościoła. Słuchając tego trzeba pamiętać, że, z godnie z dynamiką tego procesu dostrzeganą w świeckim świecie, legalizacja związków partnerskich jest tylko pierwszym krokiem na drodze do „małżeństwa dla wszystkich”. Proponowane vacatio legis tzn. podjęcie decyzji dziś, a wprowadzenie jej w życie „dopiero” w marcu 2026 r. ma na celu osłabienie sprzeciwu ze strony wiernych. Zdaniem Synodale Weg całe nauczanie Kościoła na temat gender powinno być gruntownie zmienione, gdyż nie odpowiada samorozumieniu osób transgender. Zawiera jedynie – jak mówią – kościelne „insynuacje”. Żądanie obejmuje także reinterpretację Biblii, w tym Księgi Rodzaju 1,27.
Autorzy dokumentu wysuwają szereg praktycznych propozycji, poczynając od niezapisywania płci dziecka w metryce chrztu, możliwość zmiany imienia i płci w akcie chrztu, poprzez zapewnienie osobom transgender dostępu do sakramentów, w tym do kapłaństwa i do życia konsekrowanego, po obowiązek używania w Kościele niedyskryminującego języka i treningi dla duchownych, jak służyć osobom transgender. Wszystko w imię tzw. najnowszych osiągnięć nauk społecznych. Istnieje jednak ryzyko, że ustalenia naukowe, na które powołuje się Synodale Weg są błędne, podobnie jak w przypadku innej popularnej niegdyś teorii rasizmu.
Aby konferencjom episkopatów bądź też zgromadzeniom kontynentalnym została udzielona kompetencja doktrynalna, powyższe tezy zostałyby uznane za katolickie i – być może – zostałyby narzucone innym konferencjom kontynentalnego zgromadzenia, pomimo ich ewidentnie niekatolickiego charakteru.
Jako przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski z synowskim oddaniem i szacunkiem wobec apostolskiego urzędu Następcy Św. Piotra, a jednocześnie z zatroskaniem i smutkiem wobec decyzji Niemieckiej Drogi Synodalnej, pragnę zwrócić uwagę Ojca Świętego na te skrajnie niedopuszczalne i niekatolickie tezy Synodale Weg, ufając że depozyt apostolski, którego Stróżem i Powiernikiem jest Wasza Świątobliwość pozostanie nienaruszony.
Świadomość siły, która tkwi w prawdzie ożywia moją nadzieję wobec trwającego synodu, by nie był on w żaden sposób zmanipulowany i wykorzystany do autoryzacji niemieckich tez, otwarcie sprzecznych z nauczaniem Kościoła katolickiego.
Matce Kościoła życie i posługę Waszej Świątobliwości powierzam, zapewniając o modlitwie wiernych i pasterzy Kościoła, który jest w Polsce oraz proszę o apostolskie błogosławieństwo.
Z synowskim oddaniem,
+ Stanisław Gądecki
Arcybiskup Metropolita Poznański
Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

 

Przypisy.
[1] Św. Augustyn, Discorsi III/2 (151-183) sul Nuovo Testamento, Citta’ Nuova Editrice, Roma 1990, 169, 11, 14, s. 794.
[2] Fecerunt itaque civitates duas amores duo, terrenam scilicet amor sui usque ad contemptum Dei, caelestem vero amor Dei usque ad contemptum sui. Denique illa in se ipsa, haec in Domino gloriatur (Św. Augustyn, Państwo Boże, XIV, 28, Wydawnictwo Antyk, Kęty

Alles vermag ich durch den, der mich stärkt“ (Phil 4,13).
(33 Sonntag im Jahreskreis A. – Diasporasonntag, Talente – Gottes gute Gaben)


Im Zentrum des Evangeliums heute stehen die Talente. Wenn jemand von der Natur eine große spitze Nase mitbekommen hat, sagt man witzelnd, er habe zweimal „Hier“ geschrien, als der Schöpfer die Nasen verteilte. Ob es sich mit den Talenten nicht auch so verhält? Ein Diener bekommt von seinem vermögenden und hochmögenden Herrn fünf Talente. Vielleicht weil er am lautesten „Hier“ geschrien hatte! Der nächste Diener nur noch zwei und für den letzten bleibt nur noch ein Talent übrig. So geht´s zu. Dass die ersten beiden erfolgreich sind, gelobt werden und dann auch befördert, dass muss nicht eigens gesagt werden. Ihre Karrieregeschichten sind allgemein bekannt. So wird man Generaldirektor, Chefredakteur, Aufsichtsrat, General oder vielleicht sogar Bischof.
Und der mit nur einem Talent? Vielleicht ist er seinem Schöpfer gram? Das wäre schlimm für ihn. Genauso schlimm wäre, dem mehr Talentierten nur mit Missgunst zu begegnen. So, dass man ihn, wo es nur geht, runtermacht. Am schlimmsten aber wäre für mich, falls ich nur einen Talent bekommen habe, wenn ich mich deswegen selber nicht mehr annehmen könnte und mein Talent vergrabe. Dann hätte ich mich in mir selbst vergraben. Nur die Annahme meiner selbst gib mir die Kraft, mit meinem Talent zu wuchern. Der Glaube, dass auch das Geringe, eben dieses eine Talent, ein Talent ist und vor Gott Wert besitzt, setzt Kräfte frei und enthält konfliktbewältigende Kraft für den Umgang  mit den Hochtalentierten.
Heute ist bundesweiter Diaspora-Sonntag 2023. In der vergangenen Woche habe ich, wie auch alle Seelsorger, einen Brief von Msgr. Georg Austen, Generalsekretär von Bonifatius Werk in Deutschland bekommen. Er schreibt: „Alles vermag ich durch den, der mich stärkt“ (Phil 4,13). Die diesjährige Aktion am bundesweiten Diaspora-Sonntag steht unter dem Leitwort: „Entdecke, wer dich stärkt.“ Sie verweist damit auf die Kraftquellen des Glaubens, des persönlichen Lebens und der Gemeinschaft der Gläubigen. Wir bitten Sie, dieses Wort der Stärkung und die Anliegen der Diaspora Sonntag in den Gottesdiensten aufzugreifen und auf die Möglichkeit der Spenden hinzuweisen. Vielen Dank für Ihr Gebet und Ihre Solidarität!“
„Entdecke, wer dich stärkt!“.  Uns Christen ist es bewusst: Unsere Stärke  ist Gott selbst durch seinen menschgewordenen Sohn Jesus Christus und in der Kraft des Heiligen Geistes. Was uns stärkt, das ist der Glaube an diesen liebenden Dreifaltigen Gott.  Und Glaube ist Gabe, Gottes Geschenk. Also Glaube ist umsonst. Er ist ebenso ein unverdientes und unverdienbares Geschenk wie die Liebe Gottes selbst. Deshalb kommt es nicht darauf an, welches Vorleben ein Mensch aufweist, was er in religiöser Hinsicht geleistet hat. Entscheidend bleibt, darauf zu vertrauen, dass GOTT zur Rettung der Welt die Initiative in der Menschwerdung und im Leben, im Wirken , im Tod und in der Auferstehung Jesu ergriffen hat.
Glaube ist Gabe. „Der Glaube an Gott ist zwar umsonst, aber er ist nicht billig“  - sagt Heinz Zahrnt. Es geht doch auch um gute Werke, um Werke des Glaubens, um Zeugnis für Christus. Der Glaube ist  nicht billig: Wäre es denn vorstellbar, Christinnen und Christen rührten angesichts menschlichen Elend keinen Finger, weil sie sich nur innerlich von Gott ergriffen wissen? Wovon das Herz voll ist, davon fließt der Mund über, sagt eine alte Volksweisheit und auch Jesus im Evangelium. Also wer begriffen hat, was es heißt, von Gott beschenkt zu sein, wird alles tun, das Empfangene weiter zu verschenken. Und da wir im Glauben, der uns umsonst gegeben wurde, Gott selbst zum Geschenk erhielten, ist es nur konsequent, sich für andere in die Waagschale zu werfen. 
Es ist der heilige Ignatius von Loyola, der den Jesuitenorden ins Leben rief, der sehr präzise auf den Punkt gebracht hat, wie sich göttliche Gnade und menschliche Leistung zueinander verhalten. Wir müssen – so sagte er uns – handeln, als hinge das Wohl und Wehe der Welt allein von unserem Einsatz ab. Aber wir müssen uns zugleich bewusst bleiben, dass wir bei alledem nur unnützige Knechte sind. Maßgeblich bleibt der HERR: Sein Einsatz rettet die Welt. Seine Hingabe hat die Zeitenwende bewirkt. 
Kapuzinerpater Anton Rotzetter hat das entscheidende von Jesus gesagt mit Worten: „In Jesus Christus hat sich Gott total verausgabt.“ „Sich verausgeben“ gehört in den Wortschatz der Leidenschaftlichen. Das heißt konkret im Bezug auf Jesus: Gott will um den Menschen willen nicht mehr nur Gott sein und wird darum um des Menschen willen ein Mensch, um sozusagen in Augenhöhe zu begegnen. Dieses „Du auf Du“ will uns etwas Entscheidendes von Gott verstehen helfen: Was dieser Jesus sagte, was er tat, was er litt, wie er war – so ist Gott selbst. Dieser Mensch als leibhafte Metapher, als Übersetzung des unbegreiflichen Gottes ins Medium des Menschlichen. Der gekreuzigter Nazarener als das Siegel des alttestamentlichen Spitznamens Gottes, der dem Mose am brennenden Dornbusch geschenkt wird: Ich bin der Ich-bin-da-für-euch. So sehr dass ich mich blutig schlagen, mich zerreißen lasse, mich hinauswerfen lasse aus eurer Welt. Glaubt ihr jetzt, dass es mir um euch geht? Glaubt ihr jetzt, dass ich eure Vertrauens würdig bin? Mehr kann ich nicht mehr tun, als mich zu nichts zu machen, vernichten zu lassen und gerade darin da zu sei  für euch!
Ja, in Jesus Christus hat sich Gott total verausgabt.  Und diese Liebe wird in jeder Eucharistie für uns gegenwärtig. Wir feiern hier diese Liebe Gottes. Seine Liebe verwandelt alles und führt die Menschen ihrer Bestimmung entgegen. Uns bleibt nur, dafür zu danken und mit Gelassenheit unser Bestes zu geben.


Dr. Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R.

 

Adhortacja Apostolska papieża Franciszka
„Laudate Dominum”

 

Osiem lat po encyklice Laudato si papież Franciszek opublikował Adhortację Apostolską Laudate Deum (4.10.2023), czyli „Pochwalony bądź, Panie”, uzasadniając ten tytuł słowami: „Bowiem człowiek, który chce zastąpić Boga, staje się najgorszym zagrożeniem dla samego siebie” (nr 73). List ten jest poświęcony problematyce ekologicznej, ze szczególnym akcentem położonym na kryzysie klimatycznym. Papież zwraca się „do wszystkich ludzi dobrej woli”, ponieważ jest świadomy, iż tylko przy dobrej woli i chęci dostrzeżenia konieczności zmian w globalnej gospodarce i zarządzaniu można zaistniały kryzys klimatyczny przezwyciężyć.  Według Franciszka „zmiana klimatu jest jednym z głównych wyzwań stojących przed społeczeństwem i wspólnotą światową” oraz - cytując opinię biskupów afrykańskich -  to „szokujący przykład grzechu strukturalnego” (nr 3). Przyczyną negatywnych zmian klimatu jest w pierwszym rzędzie człowiek. Uświadomienie sobie, że to właśnie człowiek wywiera obecnie decydujący wpływ na odczuwalne zmiany klimatu, pozwala na podporządkowanie tej problematyki etyce, czyli (w chrześcijaństwie) teologii moralnej. Mówienie w tym kontekście o „grzechu” zakłada, że istnieje alternatywa innego postępowania. Gdyby chodziło w tej materii tylko o zmiany spowodowane działaniem sił natury, bez udziału człowieka, to pojęcie grzechu nie miałoby tu zastosowania. Zatem, jeżeli Franciszek odnosi do zmian klimatycznych pojęcie „grzechu”, to znaczy że negatywnych zmian klimatycznych nie zalicza on do wydarzeń zależnych tylko od samej przyrody, które po prostu trzeba zaakceptować (jak np. wybuchy na słońcu, erupcje wulkaniczne, tajfuny, orkany), a wręcz przeciwnie stwierdza jednoznacznie: „Nie można już wątpić w ludzkie – „antropogeniczne” – przyczyny zmian klimatycznych” (nr 11). W tym przekonaniu Franciszek nie jest odosobniony, taka jest też opinia wielu biskupów z całego świata i większości naukowców zaangażowanych  w naukowe badania klimatu. Z tej racji Franciszek w I części Adhortacji stanowiącej analizę globalnego kryzysu klimatycznego prezentuje wiernie i szczegółowo stan badań nad jego przyczynami (nr 11-13) oraz skutkami, szkodami i zagrożeniami (nr 15-17), usprawiedliwiając ten krok odmiennymi poglądami, także w Kościele: „Jestem zmuszony dokonać tych wyjaśnień, które mogą wydawać się oczywiste, z powodu pewnych lekceważących i nierozsądnych opinii, które znajduję nawet w Kościele katolickim. Nie możemy jednak już wątpić, że przyczyną niezwykłej szybkości tak niebezpiecznych zmian jest niezaprzeczalny fakt: ogromny rozwój związany z nieograniczoną ingerencją człowieka w przyrodę w ciągu ostatnich dwóch stuleci. Naturalne elementy, które zazwyczaj powodują ocieplenie, takie jak erupcje wulkaniczne i inne, nie wystarczają, aby wyjaśnić tempo i szybkość zmian w ostatnich dziesięcioleciach”  (nr 14).
Na fundamencie zinterpretowanych przez naukę faktów Franciszek osądza surowo, nawet ostrzej niż w Laudato si sceptyków i zwolenników odmiennych teorii lekceważących obecny krytyczny stan naszego klimatu, a to dlatego że sytuacja w minionych ośmiu latach gwałtownie się pogorszyła. Stąd słowa papieża o „umniejszaniu problemu”, „lekceważeniu”, „braku informacji, „uproszczonym widzeniu rzeczywistości”, a ma przy tym na uwadze tych, którzy wbrew faktom są skłonni kłamać, wyszydzać lub niebezpieczne zjawiska relatywizować. Widać zatem, że dla Franciszka sprawy klimatu to niesłychanie ważna sprawa. I faktycznie czas nagli! Musimy działać – teraz! Franciszek nie pozostawia tu cienia wątpliwości: „ Nie możemy już powstrzymać ogromnych szkód, jakie spowodowaliśmy. Możemy uniknąć jeszcze dramatyczniejszych szkód” (nr 16).
W części II dokumentu Franciszek porusza temat omówiony już w Laudato si w kontekście ochrony środowiska naturalnego, mianowicie problem odpowiedzialnej techniki (problem „paradygmatu technokratycznego”, który leży  u podstaw obecnego procesu degradacji środowiska). Idzie mu przy tym właściwie nie tyle o technologię w ścisłym sensie lub o sens lub nonsens konkretnych technik (np. krytyczne uwagi odnośnie różnych technik – nr 21-23, i energii atomowej – nr 30), lecz przede wszystkim o fenomen „stale wzrastającego technokratycznego paradygmatu”, który „żywi się jak potwór samym sobą” (nr 21).
W tym kontekście istotnym źródłem zagrożeń dla środowiska i dla społeczeństwa jest „władza”! Za dzisiejszym kryzysem ekologicznym i klimatycznym stoi fatalna żądza władzy, która się wyraża w nieokiełznanym ingerowaniu w naturę i zarządzaniu nią z pomocą coraz nowocześniejszych technik (np. przy wydobywaniu surowców z ziemi). Franciszek pisze:  „Wszyscy  musimy przemyśleć kwestię ludzkiej władzy, jej znaczenia i granic. Rzeczywiście, w ciągu zaledwie kilku dekad nasza władza gwałtownie wzrosła. Dokonaliśmy imponującego i zdumiewającego postępu technologicznego i nie zdajemy sobie sprawy, że jednocześnie staliśmy się bardzo niebezpieczni, zdolni zagrozić życiu wielu istot i naszemu własnemu przetrwaniu. Można dziś powtórzyć ironiczne słowa Sołowiowa: „Wiek, który był tak postępowym, że wypadło mu nawet być ostatnim”. Potrzeba jasności i uczciwości, aby w porę rozpoznać, że nasza władza i generowany przez nas postęp obracają się przeciwko nam samym” (nr 28).
Już w Laudato si Franciszek podkreślał, że ochrony klimatu i środowiska nie można ujmować w oderwaniu od problematyki socjalnej, bo „ekologia i ekonomia wzajemnie się warunkują”, jak również nie w oderwaniu od etycznego wymiaru człowieka, jego duchowego rozwoju, sumienia. Toteż także w tym nowym dokumencie Franciszek pod koniec II części mówi o sensie działalności człowieka i sensie w ogóle. „We własnym sumieniu i wobec dzieci, które zapłacą za szkody wyrządzone przez nasze nieodpowiedzialne działania, pojawia się pytanie o sens: jaki jest sens mojego życie, jaki jest ostatecznie sens  mojego pobytu na tej ziemi, jaki jest ostateczny sens mojej pracy i zaangażowania?” (nr 33). Te pytania mają związek nie tylko z kryzysem klimatycznym, lecz pobudzają do refleksji nad relacją: człowiek – przyroda.
Część III jest poświęcona polityce międzynarodowej, którą Franciszek chce poprzeć i wzmocnić przez wolny od nacjonalnych interesów stabilny multilateralizm, przy czym nie należy go mylić „ze światową władzą skoncentrowaną w jednej osobie lub elicie z nadmierną władzą” (nr 35). Po prostu Franciszkowi idzie o to, by rządy i światowe organizacje zadbały o prawdziwą skuteczność ich działań, bo jak dotąd nie są w stanie przeprowadzić solidnych reform i zmian.
W części IV Franciszek przypomina światowe konferencje klimatyczne, w których spotykają się okresowo przedstawiciele ponad 190 krajów, poczynając od epokowej Konferencji w Rio de Janeiro (1992), przez Konferencje w Kioto (1997), w Kopenhadze (2009), Porozumienie Paryskie (COP21 - 2015), COP25 w Madrcie (2019), COP26 w Glagow (2021), po  COP27 W Sharm EL Sheiks (2022). 30 lat politycznych dyskusji, sporów, postanowień i uchwał bez realnego sukcesu potwierdza wyraziście uprzednio zdiagnozowaną przerażającą wręcz słabość globalnych instytucji. Papież konstatuje zaledwie „maleńki stopień praktycznych realizacji” uchwał poszczególnych konferencji,  tak że  nie można dostrzec prawie „żadnego postępu” (nr 52). „Umowy miały niski  poziom realizacji. Nie ustanowiono bowiem odpowiednich mechanizmów monitoringu, okresowego przeglądu i sankcji w wypadku naruszenia postanowień. (…) Co więcej, negocjacje międzynarodowe nie mogą znacząco postępować z powodu stanowiska krajów, które wyżej stawiają własne interesy narodowe niż globalne dobro wspólne.” (nr 52).
Trudno nie przyznać w tym racji papieżowi, gdy ma się na uwadze permanentnie spóźnione interwencje i tak wolno i opieszale podejmowane próby zmienienia czegokolwiek na prawie wszystkich polach związanych z klimatem.
Papież Franciszek po krytycznym spojrzeniu wstecz,  sięga optymistycznym wzrokiem także w przyszłość, zwłaszcza spogląda w kierunku Dubaju, gdzie w dniach 30 XI - 12. XII. odbędzie się 28 Konferencja Klimatyczna ONZ (COP28). „Ta Konferencja może być punktem zwrotnym, udowadniającym, że to wszystko, co zostało osiągnięte od 1992 roku, było poważnie i właściwe, w przeciwnym razie będzie wielkim rozczarowaniem i zagrozi temu dobru, jakie udało się  dotychczas osiągnąć” (nr 54).
Tu trzeba Franciszkowi przyznać racje, dodając, że „daje do myślenia” fakt, iż tej „historycznej konferencji” (nr 59) będzie przewodniczył sułtan Ahmed Al. Jaber, główny szef jednej z najważniejszych na świecie przedsiębiorstw ropy naftowej i gazu Abu Dhabi National Oil Company.
W końcowej partii Listu papieskiego pojawiają się – jakby doczepione – „motywacje duchowe”, które ochronę klimatu ukazują „w świetle wiary”. To ważna partia szczególnie dla tych pośród wierzących, którym brak „dobrej woli”, by ich przekonać do podjęcia stosownych kroków dla ochrony klimatu.  Właściwie powinna ona być bardziej rozbudowana, bardziej  szczegółowa, i znaleźć się nie na końcu lecz w  bardziej eksponowanym miejscu tego dokumentu. Wyrażone przez Franciszka z temperamentem apele i postulaty odnośnie „antropomorfizmu umiejscowionego” (nr 67) są bardzo przekonujące. To pojęcie oznacza, „że ludzkie życie jest niezrozumiałe i niemożliwe do utrzymania bez innych stworzeń. Istotnie, wszystkie byty wszechświata, będąc stworzonymi przez tego samego Ojca, są zjednoczone niewidzialnymi więzami i tworzą rodzaj uniwersalnej rodziny, wspaniałej komunii pobudzającej do świętego, serdecznego i pokornego szacunku” (nr 67).
 Nie może nie wzruszać sumień apel papieża Franciszka, by położyć kres „idei autonomicznej, wszechmocnej i nieograniczonej istoty ludzkiej”, by zastanowić się nad sobą samym, aby „zrozumieć siebie w sposób bardziej pokorny i bogatszy” (nr 68).  Tylko wtedy ochrona klimatu stanie się podstawowym problemem naszej samoświadomości i znajdzie odniesienie do istoty chrześcijańskiej moralności: gotowości nawrócenia.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Ks. Włodzimierz Sedlak o śmierci
 

O tym stuprocentowym pewniku takie oto refleksje snuje niezapomniany profesor KUL ks. Włodzimierz Sedlak:


„Jeden z pewników, w który trudno uwierzyć, że mnie osobiście też to musi spotkać i to z absolutną pewnością – tutaj pomyłki nie będzie. Czy kto wierzy w Boga, czy Go nie wyznaje, do tego samego zmierza z bezwzględną koniecznością mijania sekund, minut, godzin, lat… życia. W tej samej jednostce czasu trzeba i koniec życia umieścić. Równolegle do tego przechodzi życie, mija jak czas.
Niepamiętna rzeka ludzi przelewa się przez śluzę śmierci do Wieczności. Nawet kto bardzo oponuje przeciw temu prawu, też płynie. Sztuka polega na odpowiednim ustawieniu się wpadając w śluzę. Byle nie z kołowacizną, jak wirujący bąk, ani z wahaniem blaszanej chorągiewki z dachu, ani bezwładem jesiennego liścia bardziej poetycko unoszonego śmiercią.
Rozumiem wiarę. W śluzę śmierci muszę wpaść, rozumiesz, muszę, odpowiednio tylko się muszę ustawić – obliczem do mojego Boga. Po drugiej stronie czekają ręce mojego Ojca Niebieskiego, ręce, które mnie już tutaj tak dziwnie i cudownie wiodły. Wiara teraz jest nie żyroskopem, bym w obłędny taniec nie wpadł. Nie śluza śmierci jest tragiczna dla chrześcijanina, tragiczna jest ostatnia gafa życia – chybnięcie i nie trafia się w ręce Ojca. To ostatnia pomyłka nieodwracalna.
Sztuka umierania jest zasadniczo sztuką życia”.


Boży kram, Kazania, Radom 1999, s. 126)

 

Impuls na nowy tydzień


Cudowne rozmnożenie czasu

 

W owym czasie Jezus ujrzał wielki tłum, zlitował się nad ludźmi i mówił do nich długo  o niczym nie zniechęcającej się  miłości Boga.
A gdy nastał wieczór,  przystąpili do Niego uczniowie i rzekli : „Panie, rozkaż rozejść się tłumom, już jest późno,  oni nie mają czasu.”
Lecz Jezus im odpowiedział: „Nie potrzebują odchodzić, wy dajcie im coś z waszego czasu!”
Odpowiedzieli Mu: „My nie mamy czasu, a to co jeszcze mamy, to niewiele, jak ma to wystarczyć dla tak wielu?”
Ale pośród nich był jeden, który miał jeszcze pięć wolnych terminów, nic więcej, tak na wszelki wypadek, do tego jeszcze  dwa wolne kwadranse.
Jezus uśmiechając się wziął w swoje ręce te pięć wolnych terminów, jakie mieli i obydwa kwadranse. Spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo, czyli modlitwę dziękczynną i pochwalną,  po czym kazał uczniom rozdać kosztowny czas wszystkim obecnym. I oto  wystarczyło dla wszystkich. 
Na koniec wypełnili tym, co z tego czasu zostało, dwanaście dni. I  wielce się  zdumieli. Bo doświadczyli, że dla Niego niemożliwe jest możliwe
                                 Według Lothara Zenetttiego

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Aby powiększyć trzeba nakliknąć.

Rozważanie na Dzień Zaduszny 2023
 

Przez śmierć – do Życia
Życie moje
jest liściem oderwanym z wysokiej gałęzi;
w dół, w górę, tańczy, dygoce;
ciemnieje, drży.
Uspokoi się, kiedy dotknie ziemi.
ks. Jerzy Szymik

 

Nie ma nic bardziej oczywistego w życiu, jak to, że muszę umrzeć. Ale co potem? Jaki sens ma umieranie? Kto, jak ja, wzrastał na wsi i tam przeżywał przemijanie pór roku, kto miał do czynienia ze zbożem, z roślinami, z warzywami, drzewami owocowymi i zwierzętami, ten zgodzi się ze mną, że wszystko, co żyje, jest egzystencją ku śmierci. Wiem jednak też, że śmierć biologiczna zawiera w sobie coś specyficznego, co dopuszcza jedynie powierzchowny smutek i żałobę. Otóż owoc, jeżeli nie zostanie zebrany, spada na ziemię, obumiera, gnije, ale pestki przeżywają i z nich mogą wyrosnąć nowe drzewa. Z pozornie martwego nasiona wyrasta drzewo lub roślina, na nich liście, kwiat, owoc; martwe ulega gniciu, staje się ziemią i tym karmiona nowa roślina wynurza się z gleby na światło dzienne. Śmierć przemienia się w nowe życie. Egzystencja człowieka też objęta jest klamrami życia i śmierci: rodzi się, żyje, umiera i znów rodzi się do życia w wieczności u Boga. Zawieszony jestem pomiędzy ziemią a niebem. Jestem tutaj, a marze o niebie. Kapitalnie wypowiedział to słowem poetyckim Cyprian Kamil Norwid:
„Rzeczywistym bądź! co? ci się wciąż o   n  i e b i e  troi,
Podczas gdy grób prądami nieustannemi,
Kości twoich, prochów twych pożąda!”
                                           *
- Och! Tak, wszelako, gdziekolwiek człowiek stoi,
O  w i e l e k r o ć  w i  ę c e j  n i e b i o s  o g l ą d a
N i ż e l i  z i e m i…

W innym wierszu powie dosadnie o istocie śmierci, że ona  w zasadzie „tyka nie osób, lecz sytuacji”:
A jednak ona, gdziekolwiek dotknęła,
T ł o – nie istotę, co na  t l e  - rozdarłszy,
Prócz chwili, w której wzięła – nic nie wzięła:
- Człek – od niej starszy!
Nic nie przechodzi w nicość. Śmierć nigdy nie oznacza absolutnego końca. W tym miejscu powtórzę słowa niemieckiej pisarki Luise Rinser: „Wszędzie widzę życie… Wiem, że bezustannie umierając, stale zmartwychwstaję”.  Śmierć jest częścią życia – tak chciał Bóg. Bóg stworzył życie, ale jego częścią integralną jest śmierć. Umieranie przynależy w sposób naturalny do życia każdej stworzonej istoty.
Umieranie ma też swe miejsce w porządku odkupienia. Śmierć jest przejściem do nowego sposobu istnienia. W tym doczesnym życiu jesteśmy niejako  ogarnięci i otuleni ze wszystkich stron przez Boga – podobnie jak dziecko w łonie ciężarnej mamy. Umieranie zaś jest jak rodzenie, a śmierć to przejście przez „kanał rodzenia”. I jak dziecko twarz mamy zobaczy po raz pierwszy dopiero po urodzeniu, z którym wiążą się ból, cierpienie i lęk, tak dopiero po śmierci, której się lękamy i z powodu niej cierpimy, będziemy mogli zobaczyć Boga „twarzą w twarz”.  W ten sposób śmierć jest częścią stworzenia stosownie do woli Boga. Może o tym myślał poeta Rainer M. Rilke pisząc: „Powiedziałeś głośno „życie”, a bardzo cicho „śmierć” i stale powtarzałeś: „być””.
Stale urzekają mnie na nowo słowa św. Franciszka z Asyżu, który śmierć nazwał siostrą. Mógł tak o niej myśleć i mówić, bo wierzył w zmartwychwstanie Jezusa i nasze. Z pierwszą śmiercią człowiek nie mógł doświadczyć śmierci jako bliskiej siostry, ponieważ śmierć została „nadużyta” - użyta jako broń zazdrości i przemocy: Kain zabija Abla. Odtąd ze śmiercią wiążemy pojęcie zła, bezsensu, strachu oraz obaw, że ktoś może jej użyć dla swoich egoistycznych celów.
Ale nie taki był plan Boga. I dlatego w śmierci Jezusa i jego zmartwychwstaniu nie może chodzić o pokonanie śmierci, lecz o uczynienie umierania i śmierci przejrzystymi na Boga Stwórcę, by dzięki temu można było ją pojmować i doświadczać jako część życia. Przy tym uderza mnie i zastanawia paralelność: tak pierwsza (śmierć Abla) jak i druga (zbawcza śmierć Jezusa) były morderstwem. Jezus nie umarł w sposób naturalny po spełnionym życiu, lecz został zamordowany na krzyżu. Ty samym orędzie o zmartwychwstaniu zyskuje dodatkowy sens: Nie śmierć została pokonana, lecz jej nadużywanie.
 Życie jest silniejsze niż wszelka złowrogość, przemoc i bestialstwo. Zmartwychwstanie Jezusa nie pokonuje śmierci, lecz jedna ją z człowiekiem, czyni ją dla niego „siostrą”, przywraca jej to miejsce, jakie ona miała według pierwotnego planu Boga Stwórcy: jako forma przejścia w nieskończone życie Boga. Jeżeli w świetle zmartwychwstania Jezusa tak widzę śmierć, jako rzeczywistość włączoną w stwórczy i zbawczy plan Boga, to dostrzegam w tym potrójne zaproszenie:
Po pierwsze: pojednaj się z siostrą-śmiercią, będącą częścią twojego życia! Nie wypieraj myśli o niej, jak to powszechnie czyni nasze społeczeństwo. Wpatruj się w nią, wmyślaj, aż poczujesz, że ona prowadzi cię do celu – do pełni Życia. Nie znaczy to oczywiście, że umieranie nie jest trudne, że nie napędza strachu i przeraża. Ale w nim jest zawarta nadzieja.
Po drugie: walcz i działaj przeciw nadużywaniu śmierci (manipulowaniu śmiercią), unikaj nienawiści, zazdrości, przemocy, brutalności, podłości. Kształtuj świat mocami dobra, które służą życiu.
Po trzecie: pielęgnuj relacje ze zmarłymi – oni są twoim rodzeństwem. Nie degraduj ich do upiorów, złych duchów, przerażających kościotrupów, postaci z filmów grozy, których trzeba się bać! Halloween niech nie zagości w twoim domu. Na to zmarli nie zasługują, bo oni są w ręku Boga!
I nie mów o „biednych duszach czyścowych”. Zmarli nie są biedni, bo należą już do „Wszystkich Świętych”! Nie są biedni, bo są „u Boga” - w Jego ręku! Dla mnie moi zmarli to „moi święci”! A „biedne dusze” to właśnie my, stale jeszcze uwikłani w zło, egoizm, zazdrość, nienawiść, poczucie bezsensu. Biedne dusze tęskniące za zbawieniem – to my sami! Święto zmarłych obchodzimy tuż po Wszystkich Świętych. To sąsiedztwo obu dni sprawia, że one się jakby stapiają: nasi zmarli są u Boga, są zbawieni, są święci – należą do Wszystkich Świętych. 
Niektórzy powiadają, że bliźniakiem wiary jest humor. Dobrze nam zatem zrobi, gdy ten trudny temat nim okrasimy. Bo humor to aprobujący życie uśmiech ze łzą w oku. Otóż dwaj uczeni profesorowie teolodzy, którzy napisali grube i mądre, pełne spekulacji książki o życiu po śmierci, umówili się, że ten z nich, który umrze jako pierwszy, ukaże się przyjacielowi i opowie, jak tam jest w tym drugim świecie. Jeden z nich umiera jako pierwszy i zgodnie z obietnicą ukazuje się koledze we śnie. Ten pyta niecierpliwie: „Qualiter?” - No, i jak tam jest? I Otrzymuje odpowiedź: „Totaliter aliter” - Całkowicie inaczej! Bogu dzięki, że TAM będzie całkowicie inaczej, niż sobie wyobrażamy. To „Całkiem Inaczej” napełnia mnie radosną nadzieją!


Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Pieśń

Co powiedzą ludzie,
kiedy umrę
(jeżeli w ogóle coś powiedzą)?

Czy mnie to mówienie
będzie obchodzić?

Jak zareagują kwiaty
przy moim oknie,

sikorki, które zimą
dokarmiałem?

Czy westchnie droga
i bielański las
Zapewne cisza będzie,
jak po każdej śmierci,
w każdym zakątku kosmosu.

Grudka ziemi
zabrzmi, jak dziękczynna
pieśń.


Ks. Jan Sochoń

Uroczystość Wszystkich Świętych (1 listopada)

 

Niech triumfuje Świętych Obcowanie
Oczyszczający ogień, tu i wszędzie,
I co dzień wspólne z martwych powstawanie
Ku Niemu, który jest i był i będzie.
Czesław Miłosz

 

„Co wspólnego z uroczystością Wszystkich Świętych mają rzymski panteon i dzień 13 maja?” – to dobre pytanie dla uczestników popularnych telewizyjnych quizów jak Milioner, Familiada. Rzymski panteon to świątynia z największą w starożytności kopułą, wzniesiona przez cesarza Hadriana w latach 117-138 naszej ery, a poświęcona siedmiu bóstwom planetarnym (Apollo, Diana, Jupiter, Mars, Merkury, Saturn, Wenus) dla uczczenia wszystkich bóstw czczonych w rzymskich prowincjach.  W VII wieku cesarz Phokas ofiarował wtedy już wolny od bóstw panteon papieżowi Bonifacemu IV. W dniu 13 maja 610 roku. stał się on mocą obrzędu poświęcenia świątynią chrześcijańską „ku czci Maryi Matki Bożej i wszystkich męczenników”. To godzina narodzin uroczystości Wszystkich Świętych – panteon, dotąd świątynia wszystkich bóstw pogańskich, staje się domem Bożym i miejscem wspomnienia Świętych Kościoła Jezusa Chrystusa. W tej świątyni, wzniesionej z inspiracji pogańskich wierzeń, że gwiazdy kierują losem człowieka, wspominano i czczono odtąd tych, którzy swój los związali na zawsze z Chrystusem.  To są jednak nie tylko ci święci, których imiona figurują w kalendarzu Kościoła i których czcimy jako swoich patronów; to także niezliczona rzesza nieznanych nam przyjaciół Boga, których życie zna tylko On, a których Jezus w kazaniu na górze (bądź „na polu”) nazwał „błogosławionymi”.
Obchodzenie uroczystości Wszystkich Świętych w dniu 1 listopada przyszło na kontynent europejski w VIII wieku z Irlandii i z Anglii i dość szybko się tutaj zadomowiło jako „święto dożynkowe owoców Misterium Paschalnego” – jak to oryginalnie i pięknie sformułował niemiecki liturgista Adolf Adam. Kontynuując jego myśl można powiedzieć, że Wszystkich Świętych to niejako „jesienna Wielkanoc”, w której Kościół świętuje „nowe życie w Bogu”, które - obiecane wszystkim ochrzczonym - już jest w pełni udziałem „świętych Kościoła”. Należy jeszcze nadmienić, że na Wschodzie początki uroczystości Wszystkich Świętych datują się już na IV wiek. 
„Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!” (Kpł 19,2) – to wezwanie Boga usłyszał już Lud Pierwszego Przymierza, a odnosi się ono do każdego człowieka wszystkich czasów.
Być świętym – co to znaczy? Francuski pisarz Leon Bloy stwierdził: „Na świecie jest tylko jeden powód do prawdziwego smutku: nie być świętym”. A Matka Teresa z Kalkuty powiedziała podobnie do pewnego dziennikarza: 
„Świętość nie jest luksusem dla niewielu wybranych, lecz prostym obowiązkiem  każdego człowieka. Pierwszym krokiem do świętości jest chcieć być świętym. Bóg nie powołał mnie, bym odnosiła sukcesy. On powołał mnie do wierności. Jezusowi nie chcę nigdy powiedzieć: Nie!” 
Przekazała też wszystkim następującą radę: „Przyjmij, cokolwiek  Bóg  ci daje, i daj mu, cokolwiek On Ci zabiera” – a powiedziała to z rozbrajającym  uśmiechem.
Papież Benedykt XVI z okazji 100 rocznicy urodzin św. Jana Pawła II napisał: „Święty to człowiek otwarty na Boga i przeniknięty Bogiem. Świętym jest ten, kto odwraca uwagę od siebie i ułatwia nam poznanie i widzenie Boga.”
Bóg – Świętość Absolutna i Najwyższa - przychodzi do nas w swoim Synu, będącym Jego Obrazem. Jezus jest uosobieniem świętości Ojca. Być świętym, znaczy zatem przyjąć Jezusa. Jak Maryja, uwierzyć w Niego, pozwolić Mu zamieszkać w sobie, uwielbiać i kochać, a we wszystkich trudnych sytuacjach powtarzać Jej: „Niech się stanie Twoja wola!”  Jemu zaufać, stworzyć warunki, by On we mnie żył, kochał i działał. Świętość polega na wypełnianiu woli Boga we wszystkich wymiarach egzystencji, tak w sprawach niepozornych i małych, jak ważnych i wielkich. Tak uczył swoich młodszych współbraci św. Maksymilian Kolbe. Na czarnej tablicy wypisał kredą: „w=W” i wyjaśnił: „Małe „w” to wola człowieka, duże „W” to wola Boga. Świętość - to permanentne uzgadnianie woli ludzkiej z wolą Boga!”
Podobne przekonanie na podstawie przeżytej wizji przekazuje św. Faustyna.  Pewnego razu spacerując i modląc się „na różańcu” doszła do cmentarza. Tam polecając Bogu zmarłych zapytała ich w duchu: „Z pewnością jesteście bardzo szczęśliwi, nieprawdaż?” I sercem usłyszała odpowiedź: „Jesteśmy szczęśliwi w tej mierze, w jakiej wypełniliśmy wolę Boga.”
Świętość to nie coś super-wyniosłego, „odlotowego”,  zastrzeżonego dla małej garstki szczególnie żarliwych „specjalistów”, to nie „oczy jaśniejące w domniemanej ekstazie”, lecz -  jak pisze papież Franciszek w Adhortacji Apostolskiej „Gaudete et exultate” („Cieszcie się i radujcie” ) - chrześcijańska świętość to często „świętość z sąsiedztwa”.
„Lubię dostrzegać świętość w cierpliwym ludzie Bożym: w rodzicach, którzy z wielką miłością pomagają dorastać swoim dzieciom, w mężczyznach i kobietach pracujących, by zarobić na chleb, w osobach chorych, w starszych zakonnicach, które nadal się uśmiechają. W tej wytrwałości, aby iść naprzód, dzień po dniu, widzę świętość Kościoła walczącego. Jest to często „świętość z sąsiedztwa”, świętość osób, które żyją blisko nas i są odblaskiem obecności Boga, albo by użyć innego wyrażenia, są „klasą średnią świętości” (nr 7).
Wiadomo, że św. Jan Paweł II kanonizował 400 świętych i ponad 1300 chrześcijan beatyfikował, czyli ogłosił błogosławionymi. Chciał w ten sposób podkreślić, że chrześcijańskie powołanie do świętości jest czymś całkowicie normalnym. Bóg kieruje do każdego człowieka wezwanie: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty” (Kpł 11,44; 1 P 1,16). Stąd apel Soboru Watykańskiego II:
Wszyscy wierni wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na właściwej sobie drodze, do doskonałej świętości, jak sam Ojciec jest doskonały” (Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen Gentium, nr 11).
„Każdy na swojej drodze” – mówi Sobór.  Nie  należy zatem kopiować dróg świętości znanych świętych, lecz szukać własnej i specyficznej drogi, jaką zaplanował dla nas  Bóg i wydobywać z  siebie to, co najlepsze, co najbardziej osobiste – przez Boga we wnętrzu człowieka złożone. Może to być długa i mozolna droga. Nawet gdy jest się daleko od świętości, w każdym czasie jest  możliwe nawrócenie. Świętość nie oznacza perfekcyjności. Nie znaczy, że zawsze - teraz i  w przyszłości – jest się doskonałym, bez słabości, upadków, mylnych dróg.  Świętość, to znaczy – ku świętości dążyć, na nią ukierunkowywać całe życie.
Świętość polega przede wszystkim na zaufaniu i zawierzeniu Bogu i to ciągle od nowa. Świętość to „Jezu, ufam Tobie!” – podszeptuje św. Faustyna. Święty Ojciec Pio mówił: „Mieć zaufanie, bo ta dusza, która ufa Panu i w nim pokłada całą nadzieję, nie potrzebuje się niczego lękać.”
Świętość oznacza także radość, poczucie humoru, pogodę ducha. „Święty, który jest smutny, to smutny święty” – mawiał św. Franciszek Salezy, biskup Genewy, podkreślając w ten sposób że uczeń Chrystusa nie powinien biegać po świecie z kwaśną miną, stale przygnębiony i zgorzkniały; ma promieniować radością i ożywiać ludzkie serca głośnym śmiechem.
Czas i łaskę, jaką Bóg nam daje w nostalgicznych tygodniach listopada, należy wykorzystać do „prostowania” życia w duchu błogosławieństw Chrystusa, czytanych w liturgii eucharystycznej w święto Wszystkich Świętych. Bo co to znaczy być świętym, wyjaśnił Jezus z cała prostotą proklamując błogosławieństwa (por. Mt 5,3-12). To one są jakby „dowodem tożsamości chrześcijanina” (papież Franciszek). Dążyć do świętości należy – jak pisze św. Josemaria Escriva  - „każdego dnia po trochu”. To systematyczna praca, jeżeli naprawdę chce się być świętym. Papież Franciszek  zachęca:
„Pozwól, by łaska twego chrztu owocowała na drodze do świętości. Pozwól, aby wszystko było otwarte na Boga i dlatego wybierz Jego, wybieraj Boga wciąż na nowo. Nie zniechęcaj się, ponieważ masz moc Ducha Świętego do tego, by świętość była możliwa. Ona w głębi jest owocem Ducha Świętego w twoim życiu (por. Ga 5,22-23). Kiedy odczuwasz pokusę, by zaplątać się w swoją słabość, podnieś oczy ku Ukrzyżowanemu i powiedz: „ Panie, jestem biedakiem, ale Ty możesz dokonać cudu uczynienia mnie trochę lepszym”. W świętym i składającym się z grzeszników Kościele znajdziesz wszystko, czego potrzebujesz, aby wzrastać ku świętości.” (Adhortacja Apostolska Gaudete et exultate, 15).
Niezliczona rzesza świętych, których czcimy „w ich święto” 1 listopada, życzy nam szczególnie jednego: byśmy pewnego dnia zjednoczyli się z nimi w niebie. Także zmarli, którzy muszą jeszcze „dojrzeć” do pełni świętości „niejako przez ogień”, a których wspominamy w dniu 2 listopada w Dzień Zaduszny, potrzebują naszej modlitwy i naszej mocnej woli bycia świętym, aby potem mogli nas z nieba na drodze ku świętości wspomagać.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Święty Jan Paweł II o różańcu
 

Różaniec pomaga być mocnymi w wierze,
 stałymi w miłości 
 i radosnymi i wytrwałymi w nadziei
św. Jan Paweł II

 

O różańcu napisano już wiele. Najbardziej istotne rzeczy o tej modlitwie zawdzięczamy św. Janowi Pawłowi II, który w długoletnim  pontyfikacie wielokrotnie o niej uczył, do niej zachęcał, a przede wszystkim opublikował list apostolski Rosarium  Virginis Mariae  (16.10. 2002). Radosnym zaskoczeniem dla wszystkich była papieska decyzja uzupełnienia dotychczasowych trzech części różańca (tajemnice radosne, bolesne i chwalebne) o „tajemnice światła”. Poniżej skrótowo najważniejsze Jego wypowiedzi.
Różaniec to modlitwa biblijna i ewangeliczna („kompendium Ewangelii”) kościelna i prywatna, słowna i kontemplacyjna, indywidualna i rodzinna,  ma charakter maryjny i jest modlitwą o sercu chrystologicznym, pomaga poznać i ukochać Chrystusa. Sedno różańca to „kontemplować z Maryją oblicze Chrystusa – oczami Maryi”: Papież pisał: „Przez różaniec lud chrześcijański niejako wstępuje do szkoły Maryi, dając się wprowadzić w kontemplację piękna oblicza Chrystusa i  w doświadczanie głębi Jego miłości” (List Rosarium Virginis Mariae, nr 1). Modlenie się z pomocą różańca jest zatem permanentnym uczeniem się patrzenia na Jezusa oczami jego Matki i miłowania Go sercem Jego Matki. Chrystocentryczny charakter tej modlitwy akcentują słowa papieża:
Centrum „Zdrowaś Maryjo”, poniekąd zwornikiem między jego pierwszą a drugą częścią, jest imię Jezus. Czasami przy pospiesznym odmawianiu to centrum uchodzi uwagi, a wraz z nim również nawiązanie do misterium Chrystusa, które jest kontemplowane. Ale to właśnie akcent, jaki kładzie się na imieniu Jezus i na Jego misterium, znamionuje znaczące i owocne odmawianie różańca (List Rosarium Virginis Mariae, nr 33).
Misterium Chrystusa rozważamy i przeżywamy w poszczególnych tajemnicach różańca, czyli w wydarzeniach z życia, w Jego nauczaniu i czynach, w Jego śmierci, zmartwychwstaniu i wywyższeniu, z którymi na ogół w jakiś sposób miała udział także Maryja.  Gdy kontemplujemy radości, cierpienia i chwałę Chrystusa oraz Jego Matki, stają się one również naszymi osobistymi radościami, cierpieniami i nadziejami. Maryjny wymiar tej modlitwy opisał  Jan Paweł II w słowach:
W odmawianiu różańca chodzi przede wszystkim nie tyle o powtarzanie formuł, co raczej o nawiązanie ufnej rozmowy z Maryją, o mówienie do Niej, o wypowiadanie wobec Niej swoich nadziei i smutków, o otwarcie przed Nią serca, o wyznanie jej swojej gotowości przyjęcia planów Bożych,  przyrzeczenie Jej wierności w każdej sytuacji, a zwłaszcza w sytuacjach trudnych i bolesnych, z niezachwianą wiarą w Jej opiekę i z przekonaniem, że Ona wyprosi nam u Syna wszystkie potrzebne do zbawienia łaski (Niedzielna modlitwa Maryjna, Watykan, 6.11.1983).
Różaniec w jego wymiarze Maryjnym jest – syntetyzując – „modlitwą o Maryi”, zjednoczonej z Chrystusem w Jego zbawczym posłannictwie, „modlitwą do Maryi”, naszej najlepszej pośredniczki u Syna, i „modlitwą z Maryją”, podobnie jak modlili się wspólnie z nią apostołowie w Wieczerniku przygotowując się na przyjęcie Ducha Świętego   (Dz 1,13-14).
Zaletą modlitwy różańcowej jest jej egzystencjalny charakter w wymiarze osobistym i społeczno-kościelnym. Każda tajemnica różańca rzuca światło na misterium człowieka i z tej racji jest zdrowym pokarmem dla osobistej pobożności oraz prostą i dostępną dla wszystkich drogą świętości. „Różaniec przenosi nas mistycznie, byśmy stanęli u boku Maryi troszczącej się o ludzkie wzrastanie  Chrystusa w domu w Nazarecie. Pozwala Jej to wychowywać nas i kształtować z ta sama pieczołowitością, dopóki Chrystus w pełni się w nas nie „ukształtuje” (Ga 4,19) (List Rosarium Virginis Mariae, nr 15).
Z kolei gdy idzie o wspólnotowy wymiar osoby ludzkiej, o jej odpowiedzialność za drugich i za świat, to różaniec nie jest ucieczką od problemów świata, wręcz przeciwnie – „skłania nas, by patrzeć na nie oczami odpowiedzialnymi i wielkodusznymi i wyjednuje siłę, by powrócić do nich z pewnością co do Bożej pomocy oraz z silnym postanowieniem, by we wszystkich okolicznościach dawać świadectwo miłości, która jest  „więzią doskonałości” (Kol 3,10)” (List Rosarium Virginis Mariae, nr 40). Nie mogą nie trafić do serca i nie zachęcić skutecznie do modlitwy z różańcem w ręku podyktowane własnym doświadczeniem modlitewnym słowa Jana Pawła II, że różaniec „pulsuje życiem ludzkim, by zharmonizować je z rytmem życia Boga w radosnej Komunii Trójcy Przenajświętszej, co jest przeznaczeniem i głębokim pragnieniem całego naszego istnienia” (List Rosarium Mariae Virginis, nr 25.
W obliczu stale na nowo wybuchających w świecie konfliktów i wojen, a zwłaszcza w aktualnej sytuacji okrutnej wojny prowadzonej przez Rosję w Ukrainie, jest cenne określenie modlitwy różańcowej przez Jana Pawła II jako „modlitwy pokoju”. Bo ona buduje pokój i czyni nas budowniczymi pokoju. A jest tak dlatego, że różaniec jest „modlitwą  ludzkiej solidarności”. Święty papież tak uczył o  jej uniwersalności i skuteczności:
Modlitwa różańcowa jest modlitwą człowieka za człowieka: jest modlitwą ludzkiej solidarności, modlitwą wspólną odkupionych, która odbija w sobie ducha i intencje pierwszej z odkupionych, Maryi, Matki i obrazu Kościoła; jest modlitwą za wszystkich ludzi świata i historii, żywych i umarłych, powołanych do tworzenia  wraz z nami Ciała Chrystusa i do stania się wraz z Nim współdziedzicami chwały Ojca” (Niedzielna modlitwa Maryjna, Watykan, 2.10.1983).


Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Tajemnice różańcowe

Niebo szerokie – niebo bez granic:
Płaszcz Matki Bożej, przetykany promieniami.

Pójdę do Ciebie – ucałować kraj Twojej szaty,
najdoskonalsza z doskonałych, najszczęśliwsza z matek

Powoli będę wchodził po drabinie Jakubowej:
Szczeble żałosne i krwawe: Tajemnice bolesne różańcowe.

Będę wbiegał szybki i lekki – kraj Twej szaty ucałować strojny perłami rosy,
uspokojony na wieki – po tajemnicach różańcowych radosnych.

Ulecę zwycięsko ku krainie przeczystych Niebios,
Za Chrystusem Panem – przez tajemnice różańcowe chwalebne.

Ucisz Chryste ból głowy, w sercu tętniący, nieustanny:
Jak przebiegnę lekkość różańcową, obciążony grzechami?

Paciorkami czarnymi, błękitnymi, białymi, różowymi,
nie wędrują grzesznicy z bagażami ciężkimi.

Lekki będę! Wolny będę: Z duszą pokorną –
Dni się moje od ciężarów grzechowych uwolnią.

 

Krew Boga
    na różańcu
            krew przeczysta –
Krew Pańska,
    krew droga,
            krew Twoja, o Chryste.

Radość Matki nad Dzieciątkiem,
radość czysta –
Radość twoja, Matko Boża,
Twoja, o Chryste.

Chwała wielka, nieśmiertelna i święta:
Czoła chyląc, odkupiony lud klęka.


Paweł Heintsch

Predigt zum 27 Sonntag im Jahrkreis A
Weinberg Gottes


Immer wieder hören wir vom Weinberg und den Rebzweigen als Ausdruck der Liebe zwischen Gott und seinem Volk Israel oder uns Christen. Auch die Geschichte der Kirche ist eine Geschichte des Liebeswerbens Gottes. Vielen der Zuhörer Jesu damals  kam wohl, als Jesus sein Weinberggleichnis begann, in ihrer Schriftvertrautheit der Text aus dem Jesaja Buch in den Sinn, den wir vorher als erste Lesung gehört haben. Zwar bringt dieser Weinberg Jesu Früchte und die Winzer bringen eine Ernte ein, aber dem Besitzer wollen sie seinen Teil davon nicht geben. Den Knechten, die er schickt, um sie zu holen, wird übel zugesetzt, manchen sogar das Leben genommen. Der Besitzer aber gibt nicht auf und schickt seinen Sohn. Aber auch der verliert dabei sein Leben. Jesus schließt sein Gleichnis mit einer  Frage an die Zuhörenden: „Was wird er mit jenen Winzern tun?“
Die Antwort erstaunt doch. Weder die Zuhörenden noch Jesus nehmen das Modell der Zerschlagung und Verwüstung auf, das der Jesajatext nahelegen könnte. Auch keine Vergeltung, im Sinn von Auge für Auge, Leben für Leben. Konsequenzen des Verhaltens werden jedoch gezogen. Die Weinbergpächter verlieren den Weinberg, das anvertraute Gut wird ihnen genommen und anderen gegeben, die wissen: Wir sind nur Pächter, nicht weniger und nicht mehr.
Die Langmut Gottes, des Besitzer des Weinbergs, ist groß. Aber das mindert nicht, dass die Geschichte ernst gemeint ist. Die Verwechslung von Besitzer und Pächter ist nicht erlaubt. Die Arbeit ist vom Pächter zu tun und immer mit Bewusstsein, dass alles, was wir in die Hand  nehmen, womit wir umgehen, Pachtland, Leihgabe, anvertrautes Gut ist.
Das Gleichnis Jesu steht für die Kirche, die auch in Gefahr ist sich von ihrem Auftrag zu lösen und eigenmächtig zu handeln. Gegenüber dem Eigenwillen steht der Wille des Weinbergsbesitzers, der Wille Gottes. Er will, dass alle gerettet werden, dass keiner verloren geht. Immer wieder wird ein Ansatz gemacht, um zu überzeugen und zu gewinnen. Der letzte Versuch ist der eigene Sohn, der Autorität haben sollte. Das Gleichnis steht für den Tod Christi, der gesandt ist, um uns zu retten. Es ist der Sohn, der nicht erkannt worden ist, auf den man nicht gehört hat, sondern der getötet worden ist. Aber  nicht der Tod hat das letzte Wort, sondern da, wo Menschen meinen, gesiegt zu haben, erweist sich der Missachtete und der Unterlegene als der Heilbringer und der Rettende.
Die Worte Jesu richten sich heute an die ganze Kirche, dann auch an die hier versammelte Gemeinde und schließlich an jeden einzelnen Christen. Jeder ist gemeint, Gott die Früchte seines Lebens zu bringen.
„Das Reich Gottes wird euch weggenommen.“  Gott liebt Israel, aber er ist nicht daran gefesselt. So wenig ist er auch an eine ungehorsam gewordene Kirche gebunden, obwohl sein Bund mit der Kirche Jesu wird alle seine Untreue überdauern. Die Warnung geht an die Kirche von Heute, die gerade in Rom in der Synode  über eigene Synodalität die neuen Wege der Neuevangelisierung und Missionierung sucht. Die Warnung geht auch uns als hier versammelte Gemeinde an. Uns droht das gleiche Gericht, wenn wir nicht anders handeln als Israel!
Die Weltsynode hat am letzten Dienstag begonnen. Erstmals beraten Geistliche mit Laien und Frauen in der Audienzhalle des Vatikans über die Zukunft der Kirche. Es geht um Fragen der Macht und um die kirchliche Sexualmoral – aber auch um den Umgang miteinander. Es geht um notwendige Veränderungen in der Kirche, damit sie dem Wille Jesu entspricht, nicht nur der verschieden Erwartungen der Welt von Heute. Veränderungen in dem Sinn meine ich, dass allenfalls wir uns verändern müssen!  Wir können nicht sagen, Christus hat die Kirche gebaut und jetzt kommen wir Architekten und bauen das irgendwie nach unseren Maßstäben um. Es geht um ein vertieftes Selbstverständnis der Kirche und um ein anderes Miteinander der Bischöfe, des Klerus und der Gläubigen. “Die Kirche ist das Volk Gottes, das durch die Geschichte geht, mit Christus in ihrer Mitte“ – sagte Kardinal Jean-Claude Hollerich, der die Synode koordiniert, bei der ersten Generalversammlung zu den Spannungen zwischen Bewahrer und Reformfreudigen. „Die sogenannten Progressiven können nicht auf Christus schauen, ohne die sogenannten Konservativen bei ihm zu sehen und umgekehrt. Das wichtigste ist jedoch nicht die Gruppe, zu der wir zu gehören scheinen, sondern der Weg mit Christus.“
Bei der Eröffnungsmesse auf dem Petersplatz machte Papst Franziskus klar,  dass die Synode kein Parlament ist, sie verfolgt keinen Reformplan. Er mahnte eine Kirche an, die mit fröhlichem Gemüt das Wirken Gottes betrachten muss, „und die inmitten der manchmal aufgewühlten Wogen unserer Zeit nicht den Mut verliert, keine ideologischen Auswege sucht, sich nicht hinter erworbenen Überzeugungen verbarrikadiert, sich nicht auf bequeme Lösungen einlässt, sich nicht von der Welt das Programm diktieren lässt.“ Hohe Erwartungen, so der Papst, könnten womöglich nicht erfüllt werden.
Ich schließe unsere Besinnung mit dem Gebet:
Alles, was wir sind und haben, guter Gott, kommt aus deinen Händen. Du bist der Hüter von Weinberg und Ernte, wir sind dein Volk. Das ist unsere Würde und das sind die guten Möglichkeiten, die wir haben. Nicht weniger und nicht mehr. Wenn unser Selbstbewusstsein uns anderes vorspiegelt oder wir vergesslich werden, weck uns auf, bevor uns noch Schlimmeres und durch uns Schlimmes geschieht. Amen.


Dr. Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R.

 

Najświętszej Maryi Panny Różańcowej
(7 października)

 

Pragnąć łaski, a nie zwracać się z tym do Maryi, 
to chcieć, by życzenie to bez skrzydeł wzleciało.
Dante Alighieri

 

Październik stał się w roku kościelnym w ciągu ostatnich stuleci miesiącem różańca. Miesiącem pięknej,  prostej, ale zarazem wymagającej cierpliwości, dość trudnej modlitwy. Różaniec to modlitwa wyraźnie kontemplacyjna. Paweł VI ostrzegał: „Jeśli brak kontemplacji, różaniec upodabnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł, oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem  Chrystusa, który powiedział: „Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani (Mt 6,7)”. Ta modlitwa głębię myśli łączy z prostotą słowa, głos  z nastrojem serca. Różaniec to nie bezmyślne zdrowaśki dalekie od skupienia. Jeżeli jednak coś takiego w tej modlitwie się przydarza, to przyznaję racje ks. W. Sedlakowi, że wtedy jest „to szczebiot duszy podobny do dziecka w nieskończoność powtarzany – „Moja kochana mamusiu”. I matka może cały dzień słuchać tego, nigdy się nie znudzi – to głos serca dziecka”.

Św. Jan Paweł II w modlitwie za Ojczyznę powiedział o różańcu: „Mówimy słowa najprostsze, które nigdy się nie przedawniają, gdyż jest w ich zdumiewająca głębia „Pozdrowienia anielskiego”. Rozmawia Stwórca ze stworzeniem, Ojciec Przedwieczny z Niepokalaną dziewicą. Rozmowa ta ustanawia rzeczywistość Tajemnicy Wcielenia, a równocześnie przesądza o godności, jaką ma człowiek: wobec wiekuistego Boga – wobec całej ziemskiej historii”.  
W modlitwie różańcowej pozdrawiamy Maryję, nie zawsze może świadomi, że przyczyniamy się w ten sposób do spełnienia proroctwa Służebnicy Pańskiej z Nazaretu wypowiedziane przy spotkaniu z Jej krewną Elżbietą: „Odtąd błogosławioną zwać mnie będą wszystkie narody” (Łk 1,48). Pozdrawiamy z  serca Maryję, a Ona prowadzi nas do Chrystusa.


Historia różańca
Od tysięcy lat  na całym świecie znane są łańcuszki lub sznurki, tasiemki, po których ludzie przesuwając palcami perła po perle lub  węzełek po węzełku pomagają sobie w modlitwie lub w medytacji. Hindusi, Jainas, buddyści i Sikhs medytują z pomocą malas, chrześcijanie prawosławni używają kombologion (prawosławie w Rosji nazywa to chotki), muzułmanie szukają bliskości Allaha przy pomocy misbaha, a katolicy i anglikanie pomagają sobie w modlitwie różańcem.
W hinduizmie z pomocą modlitewnego łańcuszka wymawia się boskie imiona lub mantrę. Mantrę tworzy się z jednej lub wielu sylab, które mają rzekomo boski początek. Najbardziej skuteczną mantrą jest Om, pra-ton, który pochodzi z Uniwersum, z samego kosmosu; to odwieczna sylaba, w której jednoczą się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Wierni hindusi wypowiadają go głośno albo w ciszy, w rytmie oddechu, przybliżając się w tym rycie (japa yoga) do Boga, który pomaga poznać prawdziwą ludzką naturę: czystą, wolną i wieczną. W ten sposób próbują przezwyciężyć czas i przestrzeń, pozbyć się grzechu i zakosztować samdhi – tzn. więzi wszystkich rzeczy;  co wewnętrzne i zewnętrzne, kobiece i męskie, dusza i ciało - zaczyna się rozpływać, zanikać. Modlący się może przeczuć, jak Brahman, najwyższy i wszystko przenikający Bóg, objawia się w Atman, czyli w sobie samym  i we wszystkich rzeczach.
 Zgodnie z tradycja hinduistyczną łańcuszki Mala u Jainasów i Sikhsów posiadają 108 pereł lub węzełków. Wierni perła po perle recytując Navkar-mantry wychwalają cnoty i przypominają drogę, którą każdy wierny ma przed sobą, aby osiągnąć wyzwolenie (moksha) z kręgu ponownych narodzin i wcieleń. Najwyższym przykazaniem jest nauka o ahisma, o wolności od przemocy wobec każdej istoty mającej uczucia. Mala Sikhsów, sporządzone zwykle z wełny mają być pomocą w uwewnętrznieniu w sobie imienia Boga Nam. To imię w powiązaniu z mantrą ogarnia rzeczywistość Boga. Powtarzana ciągle recytacja (nam simaran) ma prowadzić do zakorzenienia  Boga w sercu człowieka.
Chociaż  kultury i religijne tradycje Sihismu i prawosławnego chrześcijaństwa dzieli więcej niż tysiąc lat, praktyki modlitewne z wełnianym sznurem są bardzo zbliżone i podobne. Komologion, składający się najczęściej  ze 100 węzłów, służy prawosławnym chrześcijanom w tzw. „modlitwie serca” lub  w  „modlitwie Jezusa”. Skupienie i oddech,  węzełek za węzełkiem, słowo za słowem, to razem wzięte przygotowuje w sercu miejsce (pustkę), która może wypełnić tylko  Bóg. Rozważa się przy tym życie Jezusa,  Jego śmierć i zmartwychwstanie, które gwarantują każdemu człowiekowi osiągnięcie zjednoczenia z Bogiem.
Muzułmanie, podobnie jak prawosławni swój kombologion, noszą swoje łańcuszki modlitewne jako ozdobę na ręce. Misbaha z 99 perłami służy modlitwie uwielbieniu 99 najpiękniejszych imion Boga - Allaha. Przesuwanie perły za perłą w rytuale dhikr sprawia, że język, serce, a nawet  cały człowiek przeniknięty jest świadomością Boskości. Moc wypowiadanych imion wspiera modlącego się w komunii z Allahem.
Buddyści w śpiewie i w kontemplacji z pomocą modlitewnego łańcuszka próbują wejść na drogę zbawienia. Celem ich pobożności jest wyższy stan bytu, uwolnienie od samsara, czyli z kręgu śmierci i ponownych narodzin i osiągnięcie oświecenia, stanu nirwany. Centralną mantra w buddyzmie tybetańskim, która jest wypowiadana w powiązaniu ze 108 perłami mala jest  Om - Mani Padme Hum, czyli Lotos-Mantra: „Och, Ty Juwelu-Skarbie w Lotosie, Zbawienie, witaj!” Ów „skarb” to Bodhisattva - Budda współczucia i miłosierdzia. Lotos jest symbolem czystości i wolności od cyklicznego egzystowania i obrazem duszy, która – jak kolejne płatki kwiatu (w ręku perla po perle) - otwiera na przyjęcie Bożej łaski. 
Stosowanie w religiach modlitewnych łańcuszków, sznurów,  jest rytuałem, który otwiera wierzącym drogę do Boga bądź  obszaru Sacrum. Perła po perle, węzełek po węzełku, oddech i wydech, przez usta płyną święte słowa - a we wnętrzu człowieka, w jego centrum, „w sercu”  otwiera się przestrzeń dla stopienia z Najwyższym i dokonuje oświecenie. W taki to najprostszy sposób wyraża się rdzeń wiary. Na każdym miejscu, w każdej minucie, w pojedynkę lub z innymi zawsze i wszędzie jest możliwe spotkanie z Bogiem. W takim kontekście religioznawczym można łatwiej zrozumieć popularność różańca i modlitwy różańcowej w naszej  katolickiej tradycji i pobożności.
Pra-początków modlitwy różańcowej trzeba szukać już w pierwotnym Kościele, zwłaszcza u tzw. ojców pustyni w III wieku, najpierw w Egipcie, potem w Małej Azji i w Syrii. Szukali oni bliskości Boga w praktykowaniu ascezy, abnegacji, pokuty i modlitwy.  Tam są też początki dzisiejszych zakonów i wspólnot monastycznych. Monachos z greckiego to człowiek żyjący samotnie. Przez częste powtarzanie pewnych stałych formuł i modlitw trwali owi mnisi w stanie modlitewnym. Coś podobnego znane jest także w innych religiach oraz w tzw. modlitwie serca (modlitwa Jezusa) pielęgnowanej szczególnie w Kościołach Wschodu (np. góra Atos). Najstarsze  świadectwa o rożnych formach modlitwy różańcowej pochodzą z IV i V wieku (Paweł z Teb, św. Benedykt).
Rozpowszechnienie różańca w Europie przypisuje się rycerzom powracającym z wypraw krzyżowych w XI wieku. W Palestynie spotykali się oni bowiem z powszechnie praktykowaną modlitwą muzułmanów polegającą na rytmicznych powtarzaniu ustalonych słów liczonych przy pomocy sznura z koralami. To zainspirowało ich, by podobną formę modlitwy powiązać z rozwijającym się kultem maryjnym. Drugim motywem mogła być chęć pomocy w modlitwie w stosunku do nie znających sztuki czytania, a tacy stanowili większość społeczeństwa. Wiadomo, że  mnisi benedyktyńscy czy z zakonu cystersów nieumiejący czytać odmawiali określoną liczbę Ojcze nasz lub Zdrowaś Maryjo (50, 100 lub 150 razy na - podobieństwo 150 psalmów). Pewien wpływ na powstanie modlitwy różańcowej wywarł zapewne również ruch wiernych świeckich żyjących wspólnotowo, zwanych beginkami i begardami (XIII wiek). W tych wspólnotach odmawiano za dusze zmarłych i na cześć Maryi 3 girlandy, czyli wianki (po 49 paciorków, tj. 147 Zdrowaś Maryjo), które zwano Psałterzem  Maryi Dziewicy.
Pierwszym pomysłodawcą tajemnic różańcowych jest bł. Dominik z Prus, mnich kartuski z klasztoru w Trewirze (XV wiek), który wyróżnił w życiu Jezusa i Maryi 50 tajemnic z trzech etapów życia: narodzenie i dzieciństwo,  publiczna działalność, męka i śmierć. Jego różaniec szybko się rozpowszechnił w klasztorach w Europie. Pierwotna forma uległa różnym zmianom, w czym zasługi mają zwłaszcza dominikanie z Kolonii. Ich wersja modlitwy różańcowej otrzymała nazwę „różaniec maryjny” albo „dominikański”, co z czasem doprowadziło do powstania legendy, że to właśnie św. Dominik, założyciel zakonu dominikańskiego jest prekursorem modlitwy różańcowej. Według niej Matka Boża sama przekazała  św. Dominikowi Guzmanowi w 1213 roku różaniec. Nie ma jednak na to potwierdzenia w dokumentacji historycznej. Pewne jest tylko, że św. Dominik głosząc kazania przeplatał je odmawianiem różańca, co przyczyniło się do jego rozpowszechnienia. W Polsce modlitwę różańcową w ówczesnej formie propagował  dominikanin św. Jacek Odrowąż.
W historii różańca ważne daty to 9 maja 1479 roku, kiedy papież Sykstus IV specjalną bullą zalecił codzienne odmawianie różańca oraz 17 września 1569 roku, gdy PiusV po Soborze Trydenckim zatwierdził  różaniec maryjny jako modlitwę Kościoła. Wtedy też dawne krótkie biblijne  Zdrowaś Maryjo zostało uzupełnione po słowie „…Jezus” słowami przypisywanymi św. Bernardowi ze Sienny: „Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.” Październik jako miesiąc różańca został ogłoszony przez papieża Leona XIII (1878-1903).


Ks. Jerzy Grześkowiak

Anioł Stróż  (ciąg dalszy)

 

Wierna przyjaźń Anioła Stróża zobowiązuje nas do modlitwy i wdzięcznej o nim  pamięci. Modlę się nie do anioła, lecz do Boga. Z moim aniołem rozmawiam, polecam się jego służebnej dobroci i trosce, jestem mu wdzięczny. Ale nie on jest celem mojej modlitwy, lecz Bóg. Podobnie jak nie modlę się do „dłoni Boga”, chociaż wiem, że ona mnie w życiu podtrzymuje i w niej czuję się bezpiecznie. Niestety troski codzienności i zabieganie sprawiają, że dość często zapominamy o tym, iż każdy człowiek ma swego Anioła Stróża danego mu przez Boga nie tylko po to, by go strzec przed niebezpieczeństwami fizycznymi, ale również przed zagrożeniami duchowymi. Warto wziąć za wzór niektórych świętych wyróżniających się szczególnym nabożeństwem do Anioła Stróża.
Święta Teresa z Avili, wielka reformatorka zakonu Karmelitów przeżyła wiele spotkań mistycznych z aniołami. Jedno z nich zostało uwiecznione przez słynnego rzeźbiarza Berniniego w „Ekstazie św. Teresy”. Tak opisała ona to niezwykłe przeżycie:
Widziałam anioła, tuż obok mnie po lewej stronie, w formie cielesnej (…). Nie był duży, ale drobny, bardzo uroczy, jego oblicze było tak rozpalone, że wydawał się należeć do tych bardzo wzniosłych aniołów, którzy, jak się wydaje, cali płoną. Widziałam go trzymającego w dłoniach długą złotą strzałę, a na samej końcówce jej grotu zdawał się żarzyć płomyk ognia. Zdawało mi się, że on kilkakrotnie zanurzał je w moje serce i docierał nią we mnie aż do wnętrzności.
Święty Ignacy Loyola, założyciel Towarzystwa Jezusowego, uważał, że anioł jest posłańcem prawdziwej harmonii, a kiedy wchodzimy z nim w porozumienie, nasze ciało i dusza doświadczają szczególnej radości. Formułując reguły służące rozeznawaniu duchów tak pisał o aniołach w książce „Ćwiczenia duchowne” (1535): „Reguła pierwsza: jest właściwością Boga i Jego aniołów, że w poruszeniach swoich (w duszy) dają prawdziwą radość i wesele, a usuwają wszelki smutek i zamieszanie, które wprowadza nieprzyjaciel”.
Patron polskiej młodzież św. Stanisław Kostka opowiedział swojemu współbratu odbywającemu nowicjat w zakonie: „Przebywając w Wiedniu, w domu pewnego protestanta, rozchorowałem się. Gorąco pragnąłem przyjąć Komunię świętą, więc zawierzyłem się z oddaniem św. Barbarze. Gdy moje serce było przepełnione tym pragnieniem, dwóch aniołów pojawiło się w moim pokoju, a z nimi święta męczennica i jeden z aniołów udzielił mi komunii”.
Święty Franciszek Salezy miał zwyczaj pozdrawiania Aniołów Stróżów we wszystkich miejscowościach do których przybywał. 
Św. Jan Bosko był przekonany, że  jego Anioł Stróż kilka razy uratował go od niechybnej śmierci w czasie dokonywanych na niego zamachów i posyłał mu tajemniczego psa dla obrony.
Wyjątkowa więź z Aniołem Stróżem łączyła św. Gemmę Galgani (+1903). Jej anioł odgrywał rolę listonosza. Przy jego pomocą przekazywała ona korespondencję swojemu duchowemu kierownikowi, pasjoniście Hermanowi przebywającemu w Rzymie. Oto jej słowa: „Gdy tylko kończę pisać list, wręczam go aniołowi. Stoi tuż obok mnie i czeka! Jej listy w tajemniczy sposób docierały do adresata bez pośrednictwa poczty.
Święta Faustyna na drodze postępu w duchowości postanowiła mniej szukać  pocieszenia u stworzeń i wówczas zaznała radości towarzystwa aniołów. „Od stworzeń nie żądam niczego; o tyle z nimi obcuję, o ile konieczność tego wymaga. (…) Obcowanie  moje jest z aniołami (por Mt 18,10, Wj 23,20)” (Dzienniczek 1200). Pewnego razu podczas podroży do Warszawy otrzymała od Boga łaskę widzenia anioła, który zawsze był obok niej. Równocześnie widziała aniołów troszczących się o różne kościoły, które po drodze mijali. Rozpoznała w tym znak Bożej dobroci:
Dziękowałam Bogu za Jego dobroć. Że nam daje aniołów za towarzyszy. Ach, jak mało się ludzie nad tym zastanawiają, że zawsze mają przy sobie takiego gościa! (Dzienniczek 630).
Zakończę ten rozdział  wskazaniem na bardzo trzeźwą postawą Benedykta XVI w kwestii wiary Kościoła o aniołach. W książce „Bóg i świat” (2000), na poruszony przez prowadzącego z nim wywiad Petera Seewalda temat aniołów, papież powiedział: „Istnieje rodzaj platońskiej pra-wiedzy, że my nie jesteśmy jedynymi duchowymi stworzeniami. Bóg wypełnił świat również innymi duchowymi istotami, które są nam bliskie. One są wyrazem Jego pełni, Jego wielkości i Jego dobroci. W tym sensie aniołowie należą rzeczywiście do chrześcijańskiego obrazu świata, do wielkości stwórczego dzieła Boga, które wyraża się także w innych nie-materialnych stworzeniach duchowych. One są także bezpośrednim otoczeniem Boga, w które również my mamy być włączeni”. Na słowa dziennikarza: „To prawie niewiarygodne, że każdy człowiek ma swojego własnego Anioła Stróża, z którym może współpracować”, Benedykt XVI powiedział, że wiara w Aniołów Stróżów jest sprawą doświadczenia, iż Bóg stawia u mojego boku towarzysza, który jest mi przydzielony w szczególny sposób, a ja jemu. Czy człowiek komunikuje się z Bogiem bezpośrednio czy pośrednio przez swojego Anioła Stróża, to nie sprawa wiary, lecz raczej temperamentu i mentalności. „Ja sam czuję się tak bezpośrednio związany z Bogiem, że wprawdzie jestem wdzięczny,  iż mogę wierzyć, że istnieje Anioł Stróż, ale sam bezpośrednio z Bogiem prowadzę modlitewny dialog”. 
Temat Anioła Stróża powraca w książce Petera Seewalda pt. „Ostatnie rozmowy” („Letzte Gesprӓche”, 2016). Papież udał się latem 2009 roku do schroniska w dolinie Aosta z widokiem na Mont Blanc. Tam zamierzał popracować nad drugim tomem dzieła o Jezusie Chrystusie. Niestety upadek w łazience spowodował złamanie ręki w nadgarstku i konieczność operacji. Nagabywany przez dziennikarzy oświadczył z humorem: „Mój osobisty Anioł Stróż niestety nie przeszkodził temu wypadkowi i zranieniu”. Jeden z dzienników („taz”) pisał kpiąco, że ów „Anioł Stróż zasnął”.  Natomiast interpretacja papieża wynikała z  wiary: „On nie zadziałał, nie włączył się w to wydarzenie na rozkaz „z góry”, aby jego podopieczny w czas urlopu miał więcej czasu na modlitwę i medytację”.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak.

Proszę nakliknąć aby powiększyć.

Święto Aniołów Stróżów  (2 października)

 

Aniele  Boży Stróżu mój
urodziłeś się już w czepku nieba
w błękitnych ogrodach tlenu –
dzwonisz mi przy twarzy jak śnieg
kiedy zasypiam nachyl się nade mną jak siwy krewny
Ks. Jan Twardowski

 

„Jesteś dla mnie aniołem” – mówię niekiedy do kogoś, kto pomógł mi w trudnej sytuacji, wsparł dobrą radą w momentach zdawało się bez wyjścia i beznadziejnych, pocieszył w duchowym załamaniu. Nazywając kogoś aniołem chcę mu powiedzieć: „Jak dobrze, że jesteś! Zainteresowałeś się mną i moim losem, dostrzegłeś moje nieszczęście i cierpienie, wydatnie mi pomogłeś i pocieszyłeś.”
Tego rodzaju wdzięcznością inspirowane sformułowania wynikają z chrześcijańskiej wiary w istnienie aniołów, wśród których specjalną kategorię stanowią aniołowie opiekujący się poszczególnymi osobami, grupami społecznymi, zawodami, narodami, a których nazywamy „Aniołem Stróżem”. Kościół katolicki obchodzi w dniu 2 października specjalne święto Aniołów Stróżów, czyli niewidzialnych istot niebieskich, które są naszymi wiernymi przyjaciółmi i opiekunami. 
Dowody kultu Aniołów Stróżów znajdujemy w  starożytnych inskrypcjach, dedykacjach kościołów i sakramentarzach. Pierwsze święto ku ich czci obchodzono od 1513 roku w Portugalii, skąd przeszło na cały półwysep Iberyjski, ale bez jednolitego  terminu. Dopiero Paweł V nakazał obchodzić je po święcie Michała Archanioła, a o świętowaniu 2 października zadecydował Leon XIII w 1893 roku.
Nasi Aniołowie Stróżowie są czystymi duchami, otaczającymi tron Boga Najwyższego, oddającymi Mu nieustanny hołd i wyśpiewującymi Jego chwałę. Równocześnie są także współpracownikami Bożej Opatrzności, Bożymi posłańcami, którzy przekazują ludziom wolę Boga, Jego łaski i oświecenia, zapewne też upominają, gdy Boże przykazania są lekceważone. Pismo święte wielokrotnie wspomina o ich pomocniczej roli w odniesieniu do ludzkości, tak poszczególnych społeczności jak jednostek (por. Rdz 16,9;19,15; Sdz 6,14; 2 Krl 1,3; Mt 1,20; 2,13; 28,7; Dz 7,53; Ga 3,19). Aniołowie Stróżowie troszczą się o nasz los doczesny, strzegą ludzkiego ciała  (Rdz 19,21; 48i,16; 2 Mch 3,25; Mt 18,10; Dz 5,19-20;12,7), ale jeszcze bardziej zatroskani są o nasze sprawy duchowe. Są duchowymi przewodnikami, pocieszycielami, podtrzymują na duchu, wspomagają w trudnych sytuacjach, zanoszą modlitwy i ofiary przed Boży tron.
Od dziecięcych lat zakodował się w mojej pamięci obraz z rodzinnego domu i z przedszkola: piękny anioł ze skrzydłami, ochraniający rozłożonymi opiekuńczo rękami dwoje małych dzieci, dziewczynkę i chłopca, kroczących na wąskiej chwiejnej kładce ponad głęboko w dole wzburzoną rzeką. Dziś powiem: obraz kiczowaty, - ale ile zaufania do Boga przez pośrednictwo mojego Anioła Stróża wniósł on w moją dziecięcą pobożność, która wycisnęła wyraziste piętno na dalszej drodze wiary! Modląc się później psalmami zawsze ten obraz wynurzał się z czeluści pamięci, gdy czytałem Psalm 91:

 
Albowiem Pan jest twoją ucieczką,
jako obrońcę wziąłeś sobie Najwyższego.
Niedola nie przystąpi do ciebie,
a cios nie spotka twojego namiotu,
bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie,
aby cię strzegli na wszystkich twoich drogach.
Na rękach będą cię nosili,
abyś nie uraził swej stopy o kamień.
Będziesz stąpał po wężach i żmijach,
a lwa i smoka będziesz mógł podeptać.
Ja go wybawię, bo przylgnął do Mnie;
osłonię go, bo uznał moje imię (Psalm 91,9-14).


Inne miejsce w Biblii potwierdzające wspomagającą obecność Anioła Stróża znajduje się w Ewangelii św. Mateusza, gdzie Jezus z wielką miłością mówi o dzieciach: „Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie, wpatrują się zawsze  w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18,10). „Aniołowie ich” – to słowo wyraża ścisłą wzajemną przynależność. Dziecko może zatem powiedzieć: „Mój anioł”, a anioł: „To moje, mojej pieczy powierzone dziecko”. Ckliwą sentymentalnością byłoby jednak taką relację ograniczać tylko do dzieci. Tego rodzaju opieki potrzebują również dorośli! Zgodnie z nauczaniem Kościoła potwierdzonym w Katechizmie Kościoła Katolickiego każdy człowiek posiada Anioła Stróża, nawet jeśli nie jest chrześcijaninem: 
Życie ludzkie od początku aż do śmierci jest otoczone opieką i wstawiennictwem aniołów. Każdy wierny ma u swego boku anioła jako opiekuna i stróża, by prowadził go do życia (KKK 336).
Z powyższych słów można wnioskować, iż aniołowie są powoływani do roli stróża w momencie zjednoczenia się ciała i duszy każdego z nas w łonie matki. Ale co dzieje się z aniołem po naszej śmierci? Możemy przypuszczać, że otrzymuje do opieki innego człowieka, ponieważ anioły stworzone przez Boga „na początku” są nieśmiertelne.
Osobiście wielokrotnie doświadczyłem „uważności i czujności”  mojego Anioła Stróża, który w niewytłumaczalny dla mnie sposób ocalał mnie, moje zdrowie i życie, w sytuacjach, które normalnie, według wszelkich ludzkich miar, powinny kończyć się tragicznie. Anioł Stróż jest uosobieniem  dobra i niesionej skutecznie choć dyskretnie pomocy. W ikonografii jego postać jest przedstawiana z dodatkiem skrzydeł, aczkolwiek nie ma na to żadnych wskazań biblijnych. Skrzydła należy zapewne rozumieć jako symbol faktu, iż aniołowie jako istoty przebywające w bliskości Boga są równocześnie łącznikiem między Niebem a ziemią.
Wyobraźnia ludzka nie ma granic. Anioł Stróż przedstawiany jest w sztuce jako sferyczna istota świetlna, nieuchwytna i niepojęta niebiańska moc, albo popularnie i kiczowato jako mały, nieco tłuściutki aniołek-dziecko, miły i figlarny. Ostatecznie nie jest ważne jak on wygląda, istotna jest jego rola indywidualnego opiekuna i pośrednika między Bogiem a człowiekiem. Do jego zadań należy przekaz informacji od Boga dotyczących różnych sytuacji naszego życia, tak by ono gwarantowało szczęście i zbawienie. Nieraz może to być przekaz niewygodny, wymagający, a zatem budzący lęk, ale zawsze prawdziwy i mający na celu nasze dobro. Dlatego przesłanie Anioła Stróża zaczyna się na ogół uspokojeniem: „Nie lękaj się! Bóg cię kocha i dobrze ci życzy. Wsłuchaj się w to, co ma ci do powiedzenia, nie bój się prawdy o twoim życiu!”.
Anioł Stróż nie jest więc tajnym szpiegiem Boga, Jego reporterem wciskającym się w zakamarki tego świata i duszy człowieka. Bóg nie potrzebuje szpicli, bo przecież wszystko stoi przed nim otworem - w całej przejrzystości. Ale nie jest odizolowanym samotnikiem. W swej istocie jest Życiem, Poznaniem, Miłością i w tym swoim bogactwie pozwala uczestniczyć stworzeniom. W Jego relacyjną miłość  włączone jest  całe stworzenie: widzialne - człowiek, który ten świat współkształtuje, i niewidzialne - czyli duchowe istoty, które to, czego w obcowaniu z Bogiem doświadczają, przenoszą w świat, stając się posłańcami Jego miłości wobec ludzi, i zarazem ich odpowiedź  zanoszą Bogu, jak czyni to archanioł Gabriel z „Tak” Maryi na Jego zbawczy plan, lub archanioł Rafał z modlitwą Tobiasza i Sary.
Wiara we wspomagającą obecność Anioła Stróża chroni nas przed lękiem właściwym dla praktyk tego świata, gdzie roi się od wszystko rejestrujących kamer, podsłuchu, tajniaków, obserwatorów, donosicieli. Otwarty na przyjazną obecność mego Anioła Stróża czuję się bezpiecznie. Ten niewidzialny towarzysz moich dróg czuwa permanentnie i ingeruje zwłaszcza w niebezpieczeństwach. Wyobrażam sobie, że zamieszkuje we mnie na kształt  „obrazu”, „dźwięku”, „słowa”, na które mam być wrażliwy, umieć je odczytywać i interpretować. To taki wewnętrzny partner, który mnie pobudza i motywuje, bym szedł słuszną drogą, pomaga odkryć sens w porażkach i nie przeoczyć uroku i bogactwa codzienności. Zapewne nie ustrzeże mnie przed wszystkimi nieszczęściami, bo nie odbiera mi mojej wolności, z której korzystając częstokroć sam świadomie wybieram drogę prowadząca w przepaść. W każdym razie na pewno  przekazuje mi od Boga sygnały ostrzegawcze, przestrzegające  przed złem i wskazujące korektę, kierunki zmiany i nawrócenia. Przypomina, że nie na wszystko mam wpływ i nie wszystko mogę zrozumieć z Bożych planów, ale mimo to jestem bezpieczny w Bożych dłoniach. 
Anioł Stróż chroni nas nie tylko przed niebezpieczeństwami z zewnątrz, lecz także przed tymi, które pochodzą z wnętrza człowieka. Czyni to przez głos sumienia, przez ostrzeżenia serca, przez negatywne skutki naszych czynów, przez sens wydarzeń w które jesteśmy wpleceni – w tym wszystkim kryje się jego głos. Anioł Stróż pomaga człowiekowi „być samym sobą”, precyzyjniej mówiąc: „stać się samym sobą”. Bóg powiedział o sobie: „Jestem, który jestem” (Jahwe). On jest w najwyższym stopniu Istnieniem i Osobą, doskonałym Samym Sobą. Natomiast człowiek jest „osobą z łaski”, osobą stworzoną przez Boga i stale wzywaną przezeń do rozwoju, wzrostu i dojrzewania. Ponieważ stale zagraża mi niebezpieczeństwo degradowania mojej osobowości i utraty autonomii, mój anioł w takich śmiertelnych niebezpieczeństwach skutecznie ingeruje i pomaga być w pełni sobą. Oczywiście to może się dziać tylko w wolności, bo idzie o osobę. Anioł może tylko w głębokim zatroskaniu odwoływać się do wolności „swojego przyjaciela” i w wierności przy nim trwać. Człowiek może bowiem jego głosu nie chcieć słyszeć, lekceważyć, sprzeciwiać się i okazywaną mu pomoc odrzucić. Wtedy anioł w niepojętym bólu musi stanąć po stronie Bożego osądu i wyroku. Bo tu nie idzie o baśniowe opowieści o aniołach, lecz o prawdę!
Polecając się opiece i prowadzeniu Anioła Stróża odczuwam wewnętrzny spokój, bezpieczeństwo i zanurzenie w obejmującym wszystko dialogu miłości między Stwórcą i stworzeniem, w którym zakorzeniona jest także tajemnica mojego życia. Jestem ukryty w głębinach Opatrzności Bożej, która daje mi w darze jako towarzysza życiowych dróg posłańca swojej miłości. Aniołowie są bowiem „duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie” (Hbr 1,14). Do wszystkich odnoszą się pełne pociechy słowa Psalmisty: „Bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach” (Ps 91,11).


Ks. Jerzy Grześkowiak

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 29.2.2024 r.

w rubryce:

"Z notatnika redagującego - Jerzego Sonnewenda".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 89 32765499

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend