Drodzy Czytelnicy!

 

W dniu dziesiejszym zamykamy prowadzenie tego bloga z powodu niespodziewanej smierci redaktora i wydawcy Dr Jerzego Sonnewenda. 

 

Dziekujemy wszystkim czytelnikom za wsparcie i zrozumienie. 

 

 

 

 

Bliżej Boga

Ks. Dr hab. Jerzy Grześkowiak

Zum 3. Ostersonntag (A) 2026

 

                               Jesus steht am Ufer

 

„Petri Heil!“ – so grüßen sich die Angler. Mit diesem Gruß wünschen sie sich ein ähnliches Glück, wie es dem Petrus und seinen Gefährten im heutigem Evangelium widerfuhr: 153 Fische – lauter große – so groß, dass die Jünger das Netzt nicht ins Boot zu heben vermochten. In Wahrheit aber gilt von den Anglern viel öfter das andere Wort aus dem heutigen Evangelium: „In dieser Nacht fingen sie nichts.“

 

Diese dritte Begegnung mit dem Auferstandenen fängt sehr alltäglich und frustrierend an: Die Jünger gehen fischen – und fangen keinen einzigen Fisch. Leerlauf, wie schon so oft. Und doch – plötzlich ändert sich alles, plötzlich wird Ostern, wo vorher Resignation, Trauer, Rückkehr in den Alltag war. Ausgerechnet in einem Moment, da niemand es erwartet hätte, ist das Netzt voll mit 153 Fischen, so vielen Fischen, wie es nach damaliger Kenntnis Fischarten gab (andere behaupten, dass es damals 153 Völker in der Welt gab).

 

   Wie alle Erzählungen vom wunderbaren Fischfang in den Evangelien, so ist auch diese Erzählung aus dem Schlusskapitel des Johannesevangeliums Bild und Gleichnis. Es ist ein Gotteswort über die Kirche. Wie kommt es, dass sich das Netz der Kirche füllt? Wie kommt es, dass ihre Menschenfischer Erfolg haben? Wer bereitet der Kirche das Mahl, in dem sie Gemeinschaft hat mit dem Auferstandenen?

 

Das heutige Evangelium warnt eindringlich davor, einseitig auf die Karte des kirchlichen Managements zu setzen. Bischof Kamphaus hat gesagt: „Es zeichnet den Glauben aus, dass er nicht herstellbar ist. Das Entscheidende können wir nicht herstellen. Wir können nicht andere von der Sünde befreien. Wir können nicht für andere Ostern machen oder Weihnachten.“

Nicht Petrus und die Jünger haben ihren Erfolg gemacht, obwohl sie ein Erfolgsrezept hatten. Sie hielten sich an ihre Erfahrungen als Fischer und warfen ihrer Netzte bei Nacht aus, weil die Fische tagsüber am Grund des Sees ruhen. Ihre Erfahrung hat aber nichts gebracht. Der fremde am Ufer hat ihnen Erfolg geschenkt. Dies ist ein bleibendes Bild für die Kirche. Sie steht  dem Herrn gegenüber mit offenen, aber leeren Händen, - in der Haltung der Orante aus der Bildern der Katakomben, eine Haltung, die zur Gebetshaltung des Priesters bei der Eucharistiefeier geworden ist.

 

   Es ist der Herr am jenseitigen Ufer, der seiner Kirche immerfort die Gabe des Geistes einhaucht. Er allein vermag die Gabe des Geistes über Brot und Wein herabzusenden und sie zu heiligen, damit sie gewandelt werden in sein heiliges Fleisch und sein heiliges Blut, so dass die Gemeinde, wie die Jünger am See, Gemeinschaft hat mit dem Auferstandenen.

 

Der Herr steht am Ufer! Das gilt für die Kirche und das gilt für jede und jeden von uns. Der Evangelist Johannes nennt die Namen einiger Jünger, die müde und frustriert ihre dreckige Netzte hinwerfen und enttäuscht an Land wollen. Zu den Namen der Jünger können wir durchaus unsere eigenen Namen hinzufügen. Denn diese Geschichte will über alle Zeiten hinweg eine Antwort geben auf die Frage, wie wir Jesus finden, den Auferstandenen, der unserem Leben einen Sinn und Inhalt geben kann und will.

 

Auch für dich und für mich steht Jesus am Ufer. Mit Ufer ist jetzt nicht nur der See von Tiberias gemeint, auch nicht nur das Ufer am Wende unseres Lebens, auf dem Gott auf uns warten wird. Mit dem Hinweis: „Jesus stand am Ufer“ will Johannes sagen: So wie Jesus mitten im Alltag, mitten im größten Frust dabei war, so tut er es auch heute. Jesus steht jederzeit am Ufer und verfolgt und begleitet unser Leben. Aber nur der kann ihn entdecken, der ihn mit Glauben und Liebe sucht.

Ja es gibt Situationen in unserem Leben, in denen wir uns unbeschreiblich verlassen und einsam vorkommen: Verlust eines lieben Menschen..., Verlust des Arbeitsplatzes..., das Leid der Eltern unter dem Weg ihrer Kinder.., „Ich werde  nicht gebraucht“..., „Ich bin einsam…„,, „Niemand liebt mich...“, “Ich plage und rackere mich ab, aber alles ohne Erfolg“, eine schwere Erkrankung, unheilbare Krankheit..., usw. usw. - Auch da gilt: Jesus, der Herr, steht am Ufer!

 

   Es gibt viele aussichtlose Situationen in unserem Leben, es gibt viele Geschichten, in denen wir keine Lösung sehen. Und trotzdem brauchen wir die Netze nicht hinwerfen. Denn in allen diesen grauen Werktagen steht Jesus am Ufer, also in Rufweite, und sagt uns: „Probiere es neu!“ Ich bin mir sicher: Wo wir das im Vertrauen auf Jesus tun, werden wir auch das erleben, was die Jünger erlebt haben: Erfolg, Freude und Tischgemeinschaft mit IHM

 

Ich wünsche ihnen allen, dir und mir, ein erfülltes Leben. Denn Jesus ist ja bei uns. Nicht nur am Ufer, auch in unserem Lebensboot.

„Kommt her und esst!“ – sagt Er. Kommen wir, essen wir, lassen wir uns von ihm beschenken – damit unsere Netze sich füllen und unser Hunger gestillt wird...

 

Dr. Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R.

O głupocie i mądrości

 

Jan Kochanowski, pisał: „Cieszy mię ten rym: «Polak mądry po szkodzie»: / Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie, / Nową przypowieść Polak sobie kupi, / Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. 

Mądry i kochający ojczyznę poeta ubolewał nad bezhołowiem w Polsce i nad nieświadomością Polaków co do czyhających zagrożeń. A mówiąc w skrócie, Kochanowski załamuje ręce nad głupotą rodaków. I dziś wiersz ten jest w swej istocie jak najbardziej aktualny, choć czasy są inne i inne są niebezpieczeństwa. Zresztą kategoria „głupoty” jest niezbędna, by opisać adekwatnie sytuację w Polsce, ale także w całej Europie, że o innych kontynentach nie wspomnę. Tak! Dominujące dziś ideologie są szkodliwe i głupie, tyle że potrafią lepiej się maskować, udawać, czego nie potrafili np. przaśni komuniści w PRL.

 

Temat głupoty podejmuje Biblia, szczególnie w księgach mądrościowych. Najbardziej szkodliwym rodzajem głupoty jest życie tak, jakby Boga nie było. Psalmista stwierdza: „Mówi głupi w swoim sercu: «Nie ma Boga»” (Ps 14, 1). U Izajasza czytamy: „Bo głupi wygłasza niedorzeczności i jego serce obmyśla nieprawość, żeby się dopuszczać bezbożności i głosić błędy o Panu” (Iz 32, 6). Natomiast Jeremiasz ubolewa: „Zaparli się Pana i powiedzieli: «On nic nie znaczy. Nie spotka nas żadne nieszczęście…» (Jer 5, 12). Dziś wielu odwraca się od Boga i jeszcze chełpi się tym, uważając się za inteligentnych. Taką postawę Biblia nazywa zdecydowanie właśnie głupotą. Paweł Apostoł pisze: „Znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce. Podając się za mądrych, stali się głupimi” (Rz 1, 21–22).

Jezus nauczał, że to z wnętrza człowieka wychodzi to, co czyni go nieczystym. Wśród owych nieczystości wymienił m.in.: złe myśli, chciwość, przewrotność, podstęp, obelgi, pychę, głupotę (zob. Mk 7, 21–22). Ktoś mógłby zauważyć, że przecież często głupota jest niezawiniona. Po prostu ktoś nie jest w stanie czegoś zrozumieć i dlatego ulega manipulacjom, powtarza niemądre opinie. To prawda, że jesteśmy mniej lub bardziej ograniczeni w możliwościach pojmowania rzeczywistości. Tyle że głupota, o której mówi Jezus, jest czymś innym niż brak zdolności zrozumienia takiej czy innej kwestii. Jeśli ktoś ma zdolności matematyczne albo do nauki języków, to nie znaczy, że jest mądry. Analogicznie ten, kto takich zdolności nie ma, żadną miarą nie zasługuje tylko z tego powodu na miano głupiego. Bo głupota to nie brak takich czy innych zdolności, ale niewłaściwe, przewrotne, złe korzystanie z naturalnej inteligencji, którą dał człowiekowi Bóg.

Szatan jest zapewne bardzo inteligentny. Mówi się nawet, że ktoś jest „diabelsko inteligentny”. Jednak taka inteligencja nie jest mądrością. Gorzej! Jest głupotą. Bo popatrzmy, do czego doprowadziła szatana jego inteligencja. Do złych wyborów i wiecznej przegranej! 

Mądrość jest nakierowana na dobro. Inteligencja i wykształcenie mogą też szukać dobra, ale niekiedy służą złu. Są ludzie, którzy nie pokończyli wyższych szkół ani nie mają jakichś ponadprzeciętnych zdolności, ale promieniują życiową mądrością. Możemy w nich dostrzec mądrość dobra. Filozofowie mówią, że Bóg jest Absolutem, najwyższym, nieskończonym Rozumem. To prawda, ale Bóg objawiony nam przez Jezusa Chrystusa jest czymś więcej. Jest Miłością, która z kolei jest Najwyższą Mądrością.

Tymczasem pleni się w świecie „inteligentna głupota”. Nie brakuje jej w polityce i w mass mediach. Co gorsza, udaje jej się mamić kolejne pokolenia, triumfować. Nie traćmy jednak ducha, ale starajmy się o mądrość, w czym pomoże nam rozważanie Biblii: „Nie uważajcie sami siebie za mądrych” (Rz 12, 16); „A jeśli komu z was brak mądrości, niech prosi Boga, który wszystkich obdarza chętnie i bez wypominania, a będzie mu dana” (Jk 1, 5).

 

Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Znaleziono na Facebooku (Jerzy Grześkowiak) – Post: ks. prof. Czesław Krakowiak, Lublin

Rośnie liczba katolików. W Afryce już więcej niż w Europie

W Watykanie po raz 114. ukazał się Rocznik Papieski, a także Rocznik Statystyczny Kościoła, zawierający dane za lata 2023-4. Wynika z nich, że po raz pierwszy to w Afryce, a nie w Europie jest więcej katolików.

Wzrost liczby katolików o 1,14 procent

Z opublikowanych danych wynika, że w ciągu ostatnich dwóch lat udział ochrzczonych katolików na świecie pozostaje stabilny na poziomie około 17,8%, co wynika z faktu, że w tym samym okresie liczba katolików rosła w tempie zasadniczo zbliżonym do wzrostu populacji światowej. W 2024 roku liczba katolików wynosi nieco ponad 1,422 miliarda, w porównaniu z około 1,406 miliarda w 2023 roku, co oznacza względny wzrost o 1,14%.

Afryka wyprzedziła Europę

W Afryce liczba katolików w 2024 r. wynosiła 288 mln, o 7 mln więcej niż w roku poprzednim. Stanowią 20,4 proc. katolików na całym świecie. Po raz pierwszy pod tym względem Afryka wyprzedziła Europę: europejscy katolicy to obecnie 20,1 proc. wszystkich. Stanowią niemal 40 proc. europejskiej populacji. W obu Amerykach katolicy to 64 proc. wszystkich mieszkańców. Niemal połowa (47,7 proc.) wszystkich członków Kościoła katolickiego mieszka w Ameryce. W Oceanii co czwarty mieszkaniec (25,9 proc.) jest katolikiem. W Azji odsetek wynosi 3,3 proc.

Duchowni i ich współpracownicy w duszpasterstwie

W 2024 roku duchownych i ich współpracowników (członkowie Instytutów Świeckich, katecheci, misjonarze, diakoni stali, etc.) było niemal 4,5 mln (4,464.622), o 0.7 proc. więcej niż rok wcześniej. W 2024 r. na świecie było 5,5 tys. biskupów, 407 tys. księży i 52 tys. diakonów stałych. Na jednego biskupa w Afryce przypada 365 tys. wiernych, a w obu Amerykach – 333 tys. W Europie na jednego biskupa przypada 90 księży, w Amerykach – 58, w Afryce – 72, w Azji – 86. Jeśli chodzi o liczbę wiernych przypadających statystycznie na jednego księdza, w Europie jest ich 1800, w Ameryce Południowej – 5 tys., w Afryce – ponad 5 tys., a w Azji – 2,1 tys. Wzrosła aż o 4,2 proc., do niemal 470 tys., liczba misjonarzy świeckich. Ponad 85 proc. z nich działa w Ameryce Południowej. W 2024 r. nauczało religii 2,9 mln katechetek i katechetów, z czego 1,6 mln w obu Amerykach (55 proc. wszystkich).

Maleją powołania, szczególnie w Europie

Widoczne jest to w liczbie studentów filozofii i teologii, którzy chcą być księżmi. W 2023 roku było ich w sumie na całym świecie ponad 106 tys., a w roku następnym o niemal 3 proc. mniej. Wzrost zanotowano jedynie w Afryce o ponad 2 proc. do 35.7 tys. W Europie zanotowano spadek o 5,5 proc. W podziale na kontynenty 35 proc. wszystkich studiujących filozofię i teologię to Afrykanie, 25 proc. stanowią studenci z obu Ameryk, a zaledwie 11 proc. Europejczycy. Jeśli chodzi o porównanie liczby kandydatów na księży z liczbą duchownych,  w Afryce na tysiąc duszpasterzy przypada niemal 630 kandydatów, a w Ameryce Północnej zaledwie 120. Najmniej - około 80 - jest ich w Europie.

Spadek liczby chrztów

W 2024 roku na całym świecie w Kościele katolickim ochrzczono ponad 13 mln osób, o 0.6 proc. mniej niż w roku poprzednim. Ponad 40 procent wszystkich chrztów odbyło się w w obu Amerykach, ponad 30 proc. w Afryce, 15,6 proc. w Azji i 11 proc. w Europie.

Śluby kościelne

W 2024 r. w Kościele katolickim zawarto na całym świecie 1,8 mln ślubów,  37 proc. z nich w Ameryce, 21 proc. w Afryce i 19 proc. w Europie.

Pierwsze Komunie Święte

 Jak podaje Rocznik Statystyczny Kościoła, w 2024 roku było ich 9,2 miliona, o ponad 1 proc. więcej niż w poprzednim roku. Do bierzmowania przystąpiło 7,8 mln wiernych. To wzrost o 1,7 proc. Ponad 40 proc. obu sakramentów udzielono w Ameryce. 

 Piotr Kowalczuk

Ścięty krzyż papieski 

 

To pod tym krzyżem św. Jan Paweł II wzywał Ducha Świętego, by odnowił oblicze Polski. W Wielki Piątek stanął w ogniu. Co to oznacza?

Zaledwie wczoraj obchodziliśmy 21. rocznicę odejścia św. Jana Pawła II do wieczności. Wspominaliśmy jego przesłanie. Kolejny raz wybrzmiało wezwanie: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi!”. Te szczególne słowa papież wypowiedział 2 czerwca 1979 roku podczas Mszy św. otwierającej pierwszą pielgrzymkę do ojczyzny. Homilia, którą wygłosił pod krzyżem na Placu Zwycięstwa rozpoczęła wielką duchową rewolucję w zniewolonej przez komunistyczny reżim Polsce. Dzisiaj ten historyczny krzyż, stojący obecnie przed kościołem św. Maksymiliana Kolbe w Warszawie, doszczętnie spłonął. Do tragicznego zdarzenia doszło w Wielki Piątek po godz. 15, czyli w godzinie śmierci Chrystusa. Ze względów bezpieczeństwa krzyż został ścięty. Widok leżącej na ziemi konstrukcji jest przygnębiający… Nie ma przypadków. Są tylko znaki. Jakie? Trzeba nam wrócić do tamtego przesłania, które w stłamszonej komuną Polsce, oczyściło sumienia, rozbudziło pragnienie wolności i dało nadzieję, że walka o nią może zakończyć się zwycięstwem. To znak, że czas na nowo się zjednoczyć. Może właśnie pod tym samym papieskim krzyżem?

 

Ilekroć oglądamy nagrania z papieskich pielgrzymek do Polski, czujemy wielkie poruszenie i tęsknotę. Wiele byśmy dali, by wrócić do tamtych chwil. Nie z powodu rozrzewnienia, ale z potrzeby duchowego pokrzepienia i chęci poczucia siły wspólnoty. Pierwsza pielgrzymka św. Jana Pawła II nie miała sobie równych. W czerwcu 1979 r. nowo wybrany papież Polak odwiedził ojczyznę. Trwająca osiem dni podróż apostolska wstrząsnęła PRL-em, rozbudziła pragnienie wolności Polaków i rozpaliła nadzieję na przemianę. Stała się początkiem wielkiej duchowej rewolucji. Św. Jan Paweł II odwiedził Warszawę, Gniezno, Częstochowę, Kraków, Oświęcim, Kalwarię Zebrzydowską i Wadowice. Komunistyczne władze robiły wszystko, by zniszczyć jej potencjał duchowy i wykorzystać ją do promowania własnej propagandy. Wytyczano jak najkrótsze trasy przejazdów Ojca Świętego przez miasta, wyznaczano takie miejsca na Msze św., które ograniczały liczbę wiernych (np. Plac Zwycięstwa w Warszawie), wprowadzono nakaz biletowania wstępu na Msze i spotkania, uniemożliwiano swobodny dojazd, nasilono cenzurę prewencyjną, ograniczono transmisje telewizyjne z wydarzeń z udziałem Jana Pawła II, a na dziennikarzy zagranicznych nałożono wygórowane opłaty akredytacyjne.

 

Wbrew staraniom komunistycznego reżimu, Polacy przeżyli wielkie, narodowe rekolekcje. Oficjalnym hasłem podróży apostolskiej były pierwsze słowa hymnu ku czci św. Stanisława ze Szczepanowa: „Gaude Mater Polonia” („Raduj się, Matko Polsko”). Na całej trasie pielgrzymki, która rozpoczęła się w Warszawie, papieża witały nieprzebrane tłumy wiernych, udekorowane domy i balkony. Polacy z uwagą wsłuchiwali się w słowa prawdy i nawoływania do wyzwolenia. A nie były to słowa łatwe. Papież stanowczo wzywał do nawrócenia i jednoznaczności.

„Niech zstąpi Duch Twój”

Jedne z najbardziej pamiętnych słów padły właśnie w Warszawie na Placu Zwycięstwa:

„Jeśli jest rzeczą słuszną, aby dzieje narodu rozumieć poprzez każdego człowieka w tym narodzie — to równocześnie nie sposób zrozumieć człowieka inaczej jak w tej wspólnocie, którą jest jego naród. Wiadomo, że nie jest to wspólnota jedyna. Jest to jednakże wspólnota szczególna, najbliżej chyba związana z rodziną, najważniejsza dla dziejów duchowych człowieka. Otóż nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego — tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas — bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną — bez Chrystusa. Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu. Nie sposób zrozumieć dziejów Polski od Stanisława na Skałce do Maksymiliana Kolbego w Oświęcimiu, jeśli się nie przyłoży do nich tego jeszcze jednego i tego podstawowego kryterium, któremu na imię Jezus Chrystus. (…)

I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi! Amen.”

 

Nowy wymiar symbolu

Krzyż pod którym św. Jan Paweł II modlił się wtedy, został błyskawicznie rozebrany przez komunistów. Od lat stoi przed kościołem św. Maksymiliana Kolbe w Warszawie. Wisi na nim piękna, symboliczna stuła, taka jak podczas uroczystej Mszy 2 czerwca 1979 r. Dzisiaj spłonął. Stało się to w Wielki Piątek, po godz. 15.00 czyli w godzinie konania Chrystusa na Krzyżu. Póki co nie znamy przyczyn. Na szybko pojawiło się przypuszczenie, że mógł się zapalić od znicza. Pewnie wielu z nas w to nie wierzy. Pod milionami krzyży w Polsce każdego dnia stawiamy znicze i jakoś nie ma zbiorowych pożarów. Ogień strawił konstrukcję na tyle, że trzeba było krzyż ściąć. Widok jest niezwykle przygnębiający. Ale czy nie taka jest istota Wielkiego Piątku? Prymas Tysiąclecia, w trudnym dla Polski czasie, w roku 1965 mówił: „Każda miłość musi być próbowana i doświadczana. Ale gdy wytrwa, doczeka się nagrody - zwycięskiej radości. Każda miłość prawdziwa musi mieć swój Wielki Piątek.. Jeśli więc miłujemy naprawdę, trwajmy wiernie tak, jak trwała na Kalwarii Maryja z niewiastami i ufajmy! Skończy się Wielki Piątek, przyjdzie Wielka Sobota i triumf Wielkiej Niedzieli!”

 

Co dalej?

Co w takim razie oznacza to dzisiejsze wstrząsające wydarzenia? Nie ma przypadków, są tylko znaki. Dobrze wiemy, że trwa brutalna walka duchowa, starcie dobra ze złem, wojna światów. Wiemy też, że Pan Bóg potrafi wyprowadzać dobro z największego dramatu. Tak będzie i w tym przypadku. Wielu ludzi dowiedziało się dziś po raz pierwszy, że to właśnie ten, historyczny krzyż. Znacznie mocniej wybrzmiały też słowa Ojca Świętego, które pod nim padły. Może to znak, że najwyższa pora przypomnieć sobie głębokie przesłanie tamtej pielgrzymki. Dla współczesnej niszczonej i laicyzowanej przez neokomunistów Polski jest szczególnie aktualne. Wróćmy do niego w całości, nie tylko do tego jednego fragmentu. Im bardziej św. Jan Paweł II jest dziś opluwany i szkalowany, tym większy mamy obowiązek przywoływania jego nauczania. Potrzeba nam wspólnoty i pokrzepienia. Czas się zjednoczyć. Może właśnie pod tym samym papieskim krzyżem? 

Proboszcz parafii, ks. kan. Andrzej Krzesiński, zapewnił że krzyż zostanie odbudowany. Oby odbudowała się także nasza katolicka, narodowa, polska wspólnota. Wróćmy na poważnie do duchowego testamentu św. Jana Pawła II. To właśnie ten moment. Bo przecież ból Wielkiego Piątku zamienia się w końcu w „triumf Wielkiej Niedzieli”.

 

Autor: Marzena Nykiel

Zmartwychwstanie – tajemnica wiary

 

Albowiem krzyż jest życie już wiek dziewiętnasty:

Nowina! – którą przecie z najweselszym żalem

Maryje i Salome, trzy święte niewiasty,

Przyniosły były jeszcze – tam, do Jeruzalem!...

Cyprian Kamil Norwid

 

 Z lubością czytam od lat publikowane w „Gościu Niedzielnym” genialne felietony Franciszka Kucharczaka z serii „Myśl wyrachowana”. Kiedyś tak pisał o zmartwychwstaniu Jezusa:

Jakoś dziwnie Bóg unika ostentacji. No przecież ażby się prosiło, żeby Jezus po tym, co się zdarzyło na Golgocie, przynajmniej zmartwychwstał z większym przytupem. Skoro już musiał cierpieć, to przecież mógł potem dać taki pokaz triumfu, że faryzeuszom sandały by pospadały, a Wysokiej Radzie opadły szczęki.

A tu nic. Cicho, ciemno. Kamień odsunięty nie wiadomo jak i kiedy, pod osłoną mroku. I tylko pusty grób świadczył o tym, że specom od śmierci Boga coś poszło nie tak. Ale to wszystko poszlaki, nie żaden mocny dowód. No, widzieli potem Zmartwychwstałego różni ludzie, ale też tak jakoś bez fajerwerków. Tu Go za ogrodnika wzięli, tam za przygodnego wędrowca, a jak się w końcu pokazał większemu gronu, to jednak nie tak wielkiemu, żeby się skończyła wszelka dyskusja.

Taka okazja zmarnowana ! – chciałoby się zawołać. No tak, Bóg mógł to zrobić, żeby zmartwychwstaniu Jezusa nie dało się zaprzeczyć, a tym samym żeby żaden człowiek nie miał szansy nie wierzyć. A ponieważ tak nie zrobił, to ludzie nie tylko nie wierzą w zmartwychwstanie, ale w ogóle w jakąkolwiek siłę wyższą, a czasem wątpią nawet w to, że sami naprawdę żyją”.(„Gość Niedzielny” 95 (2018) nr 13, s.47).

 

Czy biblijne opisy o zmartwychwstaniu Jezusa są wiarygodne? Takie pytanie stawia sobie wielu chrześcijan.

O tym wydarzeniu najbardziej tajemniczym w historii świata, który zmienił jej tok, nic dokładnego nie wiemy i nigdy więcej się nie dowiemy. Pewne są tylko dwa fakty: pusty grób i ukazywanie się Zmartwychwstałego Pana Jego uczniom. Ich przeżycia skrystalizowały się w wyznaniu: „Bóg wskrzesił Jezusa z martwych”. Jest to centralne wyznanie wiary, na którym wspiera się cały gmach chrześcijaństwa, o czym dosadnie mówi św. Paweł: „A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. (…) Skoro zmarli nie zmartwychwstają, to jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy” (1 Kor 15, 17. 32).

Dla wielu wiara w zmartwychwstanie jest nie do pogodzenia ze zdrowym rozsądkiem i z „naukowym” obrazem świata. Czyż ona nie ma swego źródła w infantylnej postawie życzeniowej uczniów Jezusa, broniącej się w ten sposób przed twardą rzeczywistością zła i cierpienia, przemijania i śmierci?

A może było tak? Uczniowie Jezusa, po katastrofie, jaką przeżyli, po Jego haniebnej śmierci na krzyżu, zgromadzili się razem, by zdecydować, co dalej, co zrobić, by uratować jeszcze coś z tego, co było ich „skarbem” w ostatnich trzech latach. Bo przecież z Mistrzem było tak pięknie! „Chwilo trwaj wiecznie!” I Jego sprawa powinna „iść dalej”. Jego Dobrą Nowinę trzeba głosić innym! On przecież nadal żyje w ich myślach i sercach. Skoro Jezus wspominał, że „trzeciego dnia zmartwychwstanie”, to należy taką wersję „puścić w obieg”. Trzeba tylko działać rozważnie i roztropnie, przede wszystkim coś zrobić, by zniknęły zwłoki Jezusa…

Z taką „opcją oszustwa” rozprawił się już Ewangelista Mateusz pisząc o zabiegach starszyzny żydowskiej, która przekupiła strażników przy grobu każąc im rozgłaszać plotkę, iż uczniowie Jezusa wykradli jego ciało (Mt 28,11-15).

Istnieje też „interpretacja psychologiczna”, według której zmartwychwstanie Jezusa nie jest żadnym realnym faktem, lecz wynikiem wewnętrznych przeżyć Jego uczniów. Dramatyczne wydarzenia sprawiły, że coś głęboko wstrząsającego dokonało się w ich wnętrzu, w psychice, w ich duszach, i rzekome ukazywania się Jezusa to tylko pewnego rodzaju „wizje”, jakieś „wewnętrzne obrazy”, z pomocą których łatwiej im było uporać się z bólem spowodowanym śmiercią ich Mistrza, jakoś tę tragedię i potworny zawód duchowo przepracować.

Jeszcze inni głoszą, że u podstaw wiary w zmartwychwstanie stoi mitologiczny obraz świata. I nie jest wcale ważne, co się wtedy naprawdę wydarzyło. Należy się koncentrować tylko na samym Orędziu o zmartwychwstaniu. Jezus po prostu „zmartwychwstał w kerygmie” – „żyje w przepowiadaniu” wzywającym ludzi do zmiany życia.

A co sądzić o pustym grobie i ukazywaniach się Chrystusa? Wydarzenie zmartwychwstania nie ma świadków. Nikogo przy tym nie było. Świadkiem są tylko pusty grób, leżące prześcieradła i chusta. Doświadczają tego najpierw Maria Magdalena i inne kobiety, potem Piotr i Jan. Ale sam fakt pustego grobu nie wystarcza, bo zwłoki Jezusa mógł ktoś wykraść. 

Decydującym dowodem zmartwychwstania jest ukazywanie się Jezusa. On pojawia się cieleśnie ze śladami ran w wieczerniku, pozwala się dotykać (Tomasz), każe podać sobie rybę, objawia się Marii Magdalenie, towarzyszy dwom uczniom  rozmawiając z  nimi w drodze do Emaus i spożywa z nimi posiłek, ukazuje się nad Jeziorem Genezaret. Te spotkania wywołują u uczniów wstrząs i niedowierzanie (Mk 16,8; Łk 24,36). Jak rozumieć te objawienia? Czy to realne fakty czy wytwór fantazji? Przeciw tej ostatniej interpretacji świadczą następujące okoliczności:

Po pierwsze, wierzący Żyd wierzył w zmartwychwstanie, ale wyłącznie jako wydarzenie na końcu świata. Było więc wręcz niemożliwe, by w głowach uczniów mogła zrodzić się myśl o czymś tak zaskakującym i niewiarygodnym jak zmartwychwstanie już teraz, w tym świecie.

Po drugie, w oczach uczniów Jezus ich całkowicie zawiódł. Jego śmierć była dla nich niezbitym dowodem, że „postawili na fałszywą kartę”, że zostali oszukani. Mieli prawo myśleć: Jezus to kolejny idealista, którego ideały roztrzaskały się o brutalną rzeczywistość tego świata. Nie tylko sama śmierć, lecz również jej sposób – umieranie jako przestępca na krzyżu - było dla każdego pobożnego Żyda, znającego Biblię dowodem, że Jezus został przez Boga przeklęty: „Bo wiszący jest przeklęty przez Boga” (Pp 21,23; Ga 3,1).

Po trzecie: jeżeli idea pustego grobu i ukazywania się Jezusa były wymysłem uczniów, tzn. wynikiem ich fantazji i „wewnętrznych obrazów”, to dla rozpowszechniania ich nie popełniliby przecież takiego błędu, by pierwszymi głosicielkami zmartwychwstania uczynić kobiety, ponieważ według żydowskiego prawa miarodajnymi świadkami byli tylko mężczyźni.

Po czwarte: od strony psychologicznej jest nie do przyjęcia, że ktoś jest gotów oddać życie za świadczenie o czymś, czego w ogóle nie było. Dla normalnie myślących ludzi jest to nie do zaakceptowania. Zresztą uczniowie są realistami. Ci dwaj z Emaus wracają z Jerozolimy pozbawieni wszelkich iluzji. Piotr i pozostali powracają do swego rybackiego zawodu nad Jezioro Galilejskie.

Niepodważalny fakt istnienia opisów o ukazywaniu się Jezusa jest wytłumaczalny tylko w ten sposób, że one faktycznie się wydarzyły. Ich świadkowie musieli przeżyć coś tak niewiarygodnego i porażającego, tak ewidentnego i nie do odrzucenia, że oni – Apostołowie oraz wiele kobiet i mężczyzn – na nowo porzucili tym razem nie tylko rodziny, ale także ojczyznę, by z orędziem o zmartwychwstaniu iść „na cały świat”, gotowi za te przekonania poświęcić i oddać wszystko, włącznie z życiem. Czegoś takiego nikt nie czyni dla „jakiejś wyimaginowanej historii”! I ponieważ ta mała, najpierw przerażona i rozbita grupka ludzi, wtedy coś tak wstrząsającego i niebywale Nowego przeżyła, ponieważ torturowany i zabity na krzyżu ukazywał  im się jako Żyjący z  ranami na przemienionym ciele, ponieważ On otworzył im oczy na „rozumienie Pisma” i na Jego własne słowa i czyny za życia, w końcu ponieważ posłał ich z Dobrą Nowiną o Zmartwychwstaniu i Zbawieniu na cały świat – tylko dlatego istnieje dziś chrześcijaństwo, i tylko dlatego my jako chrześcijanie świętujemy Wielkanoc i żyjemy Nieskończenie Wielką Nadzieją sięgającą poza doczesność i grób.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Rozważanie na Wielki Piątek

„Godzina Jezusa”

                

Patrzył w niebo

Było puste

I zrozumiał

Że jest człowiekiem

Chwycił go za gardło strach

Zawyły gwoździe w jego stopach i dłoniach

Lecz chyba niemniej się bał

Gdy przed laty

Poczuł

Że jest Bogiem

I że musi iść

Przed siebie

Tomasz Jastrun

 

W życiu każdego człowieka są okresy czasu o szczególnym znaczeniu; to „godziny” w których koncentrujemy wszystkie swoje siły, w których jesteśmy w pełni obecni – bo są to godziny ważnych wydarzeń, szczególnych przeżyć lub istotnych decyzji, które wyciskają piętno na całości życia. One scalają w sobie wszystkie „linie życia” podobnie jak promienie światła skupiają się w soczewce i są zdolne rozpalić ogień. Takie wyjątkowe godziny stają źródłem nowej dynamiki naszego bytowania.

W Wielki Piątek celebrujemy w liturgii Kościoła najważniejszą godzinę życia Jezusa Chrystusa. Gdy Jezus podczas publicznej działalności zapowiadał swoje przyszłe cierpienia i śmierć, mówił o „swojej godzinie” (por. J 13,1). W mowie pożegnalnej Jezus modli się: „Ojcze, nadeszła godzina” (J 17,1). W Ogrodzie Oliwnym zwrócił się do śpiących uczniów ze słowami: „Śpicie jeszcze i odpoczywacie? A oto nadeszła godzina i Syn człowieczy będzie wdany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy! Oto blisko jest mój zdrajca” (Mt 26,45). Całe życie Jezusa skupia się w tej szczególnie okrutnej godzinie Jego konania na krzyżu. To godzina o której On sam powiedział: „Wykonało się” (J 19,30).

W tej „godzinie Jezusa” decydują się niesłychanie wielkie sprawy, o których   jego oprawcy i przyglądający się gapie nie mają najmniejszego pojęcia.  Godzina śmierci Jezusa staje się godziną decydującą o naszym zbawieniu. Jezus nie niósł tylko swojego krzyża. On niósł także nasz krzyż. I zanim krzyż stał się znakiem zwycięstwa i życia, był najpierw znakiem śmierci i przyczyny tejże śmierci – znakiem grzechu człowieka. Krzyż to skutek dobrowolnego sprzeciwu człowieka wobec pełnego miłości „Tak” Boga skierowanego do całej ludzkości. Jezus wkracza niejako w ten sprzeciw i poprzez krzyż staje się pośrednikiem między Bogiem i człowiekiem. Krzyż staje się niejako kluczem zdolnym otworzyć drzwi prowadzące do nowej wspólnoty życia z Bogiem.

I tu od wieków trapiące wszystkich pytanie: Dlaczego właśnie taka okrutna droga do zbawienia? Dlaczego wiedzie ona przez cierpienie, krzyżowanie, przez śmierć niewinnego Syna Bożego? To pytanie dręczy każdego człowieka i nigdy nie znajdziemy na nie stuprocentowej odpowiedzi. Wielu czyni Bogu zarzut stwierdzając, że Bóg chrześcijan to Bóg żądny krwi, Bóg żądający śmierci własnego Syna.

Musimy przyznać, że w pismach Nowego Testamentu, a co za tym idzie także w literaturze pobożnościowej i w pieśniach pasyjnych znajdziemy słowa mówiące o tym, iż zostaliśmy odkupieni i zbawieni za cenę krwi Jezusa, że zasłużyliśmy na „gniew Boga”, że Sprawiedliwy musiał „zapłacić” za winy grzesznych ludzi.

Trzeba zatem głębiej wniknąć w sformułowania o odkupieńczej funkcji cierpień i śmierci Jezusa. Nie czuję się dobrze, przeżywam niepokój i coś buntuje się we mnie, gdy czytam bądź słyszę, że śmierć krzyżowa Jezusa była konieczna dla zgładzenia naszych grzechów, że Ktoś Niewinny musiał ponieść zastępczo karę i odpokutować winy człowieka. Wydaje się, że zbyt łatwo (choć po ludzku jest to częściowo zrozumiałe) schemat wina-kara, wina – zadośćuczynienie, wina – pokuta, przenosimy na Boga według dewizy: ludzie grzeszą – konieczna jest zatem kara – Bóg sam dokonuje zastępczo skutecznego pojednania przez ofiarę swojego Syna.

Tak myślimy w tej kwestii czysto po ludzku i tak samo po ludzku myślimy o Bogu. Tymczasem Bóg, którego reprezentuje i przepowiada Jezus, którego nazywa„ Ojcem” i tak też poleca nam do Niego się modlić, który temu orędziu o miłosiernym Bogu poświęcił się całkowicie aż do oddania życia, ten Bóg nie potrzebuje żadnego kozła ofiarnego, na którym mógłby odreagować swój skumulowany gniew.

Jezus chciał swoim życiem i śmiercią przekazać ludziom coś zupełnie innego: Mylicie się, wasze myślenie o Bogu jest z gruntu fałszywe! Bóg, od którego przychodzę i który mnie do was posłał, a którego wam przepowiadam, nie jest budzącym strach buchalterem przewinień i grzechów i surowym sędzią w ludzkim rozumieniu, lecz jest Przyjacielem, Troskliwym Ojcem i Miłującą Matką, największą Dobrocią, zawsze godzien zaufania. Szczególnie dobitnie stawił nam to przed oczy w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Jezus czuł się władny, by ludziom obciążonym winą powiedzieć wprost: „Twoje grzechy są ci odpuszczone”. Jeżeli nasz schemat wina-kara miałby odnosić się do śmieci krzyżowej Jezusa, to On nie miałby właściwie prawa tak mówić. Musiałby raczej powiedzieć: „Poczekaj, aż zostanę ukrzyżowany, a wtedy moja krew wylana na krzyżu obmyje twoje grzechy”. Tymczasem Jezus przebaczał grzechy nic nie wspominając o swej przyszłej śmierci. Przebaczenie win nie było zatem przez Jezusa uwarunkowane krzyżowaniem i ofiarną krwią.

I tu rodzi się nowe pytanie: Dlaczego zatem został ukrzyżowany? Ewangelista Jan wkłada w usta przeciwników Jezusa następujący powód: oskarżyciele Jezusa na słowa Piłata: „Weźcie Go i sami ukrzyżujcie” odpowiadają: „Mamy Prawo, a według Prawa powinien On umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Bożym” (J 19,6-7). Faktycznie - Jezus miał tak rewolucyjny obraz Boga, Jego istoty i Jego woli, że On sam był „kolcem w oku” dla stróży  tradycyjnego obrazu Jahwe, który właściwie już nie odpowiadał w pełni obrazowi Starego Testamentu. Oni właściwie musieliby zmienić swój sposób myślenia o Bogu, dokonać reorientacji, nawrócić się. Ale do tego nie byli ani skłonni ani zdolni. I dlatego Jezus musiał zostać zgładzony……….. uzupełnić…

Jezus „musiał” umrzeć, ponieważ konsekwentnie pozostał wierny swojemu Bogu, wierny w swoim niosącym wolność, uzdrawiającym i przebaczającym przepowiadaniu i działaniu.  Pozostał – na szczęście dla nas – wierny takiemu Bogu  aż po śmierć na krzyżu, która otworzyła ludzkości nowe drogi wolnosci. Oddał za nas swe życie, bo ważny był dla niego Bóg i ważny był dla niego każdy człowiek.

Jest zatem czymś oczywistym, że adorując w Wielki Piątek krzyż wspólnota Kościoła śpiewa z wdzięcznością: „Oto drzewo krzyża, na którym zawisło zbawienie świata. Pójdźcie, oddajmy Mu pokłon”. A każdy uczestnik liturgii może z serca wołać:   „Ave crux – spes unica ! – „Witaj krzyżu – jedyna nadziejo nasza!”.

Błogosławiony kardynał John Henry Newman, konwertyta z anglikanizmu na katolicyzm wybitny teolog 19 wieku, nazwał krzyż „sercem religii”. Krzyż rzuca światło na sens Ewangelii. Kto rozumie krzyż, potrafi zrozumieć Ewangelię. Gdyby ktoś chciał wyciąć z Ewangelii krzyż, to tak jakby wyciął z niej jej serce, czyli sfałszowałby ją, okaleczył, uśmiercił. Coś takiego dzieje się zawsze wtedy i tam, gdzie próbuje się głosić i wyjaśniać Ewangelię nie wychodząc od krzyża, lecz od innych źródeł. Na przykład, gdy zamiast krzyża sercem Ewangelii stają się sprawy społeczne, rozwój, polityczne utopie, dialektyczny marksizm, feminizm, ekologia lub jakieś inne świeckie idee, wówczas orędzie Ewangelii zostaje sfałszowane. Zamiast wokół krzyża wszystko kręci się wokół spraw socjalnych, wyzwolenia, struktur społecznych, ochrony środowiska i równouprawnienia kobiet. Krzyż nie jest wtedy widziany jako znak zbawienia, lecz jako inspiracja do walki z niesprawiedliwością poprzez rewolucję, jako symbol niesprawiedliwości we współczesnym świecie. Na miejsce zbawienia przez krzyż wkracza próba samo-zbawienia.

Kto Ewangelię intepretuje bez klucza krzyża, lecz przy pomocy innych pomysłów i obcych Ewangelii ideologii, nie dostrzeże w krzyżu znaku pociechy i nadziei. Dla niego ważne są inne pojęcia i symbole. Stąd spotykamy dziś nieraz zjawiska wewnętrznie sprzeczne jak na przykład próby stworzenia „chrześcijaństwa bez krzyża”,. Taka wersja chrześcijaństwa, gdzie krzyż nie jest centralnym znakiem zbawienia, byłaby tylko jedną z wielu świeckich doktryn o zbawieniu. Nawet gdyby ono przejściowo zyskało na popularności, nie przetrwałoby próby czasu i pewnego dnia jak wiele innych świeckich nauk o zbawieniu znalazłoby się na śmietniku historii.

We współczesnych zawirowaniach w kwestiach wiary chrześcijańskiej, dobrym sprawdzianem prawdziwości jej różnych nurtów i wspólnot jest to, czy krzyż stanowi serce ich wiary i przepowiadania. Klucz krzyża pomaga rozróżnić, co jest autentycznym głoszeniem Ewangelii, a co czysto ludzkim usiłowaniem samo-zbawienia.

Krzyż Jezusa Chrystusa nie jest żadnym programem ulepszenia świata ani drogą samo-zbawiania. Jest we właściwym sensie programem „przewyższenia świata”, zwycięstwa nad światem, bo jest początkiem nowego, innego świata, który pochodzi nie od ludzi, lecz od Boga. Jego światło przebija się w wielkanocny poranek poprzez zwycięski krzyż Chrystusa i nam będącym jeszcze w „łez dolinie” obiecuje pokój i szczęście.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Ostatnia aktualizacja
nastąpiła 20.4.2026 r.

w rubrykach:

"Bliżej Boga"

oraz

"Kącik Pani Marzeny".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje i wydaje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 89 32765499

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend