Bliżej Boga

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

Nasza ekspiacja za znieważenie w Ojczyźnie obrazu
Matki Bożej Częstochowskiej

Proszę nakliknąć aby powiększyć.

Słowo Życia na 4 niedzielę Wielkanocy 12.05.2019.

„Moje owce słuchają mojego głosu!”

Ewangelia: Jan 10,27-30.

 

Dobry Pasterz: jedna z najbardziej znanych rzeźb starochrześcijańskich. Bardzo młody chłopak z kędzierzawą głową zwróconą w bok, bez zarostu, w krótkiej tunice, z kijem pasterskim w ręku i owieczką na barkach. 

 

W rzymskich katakumbach, czyli w podziemnych cmentarzach prześladowanych chrześcijan pierwszych wieków występują przede wszystkim dwa symbole: ryba jako znak dla Chrystusa i Jezus jako Dobry Pasterz, na którego ramionach spoczywa owca. Te obrazy są znacznie starsze niż przedstawienia ukrzyżowanego Jezusa, czyli krzyż, który dziś jest podstawowym symbolem chrześcijaństwa. Tymczasem obraz dobrego pasterza współcześnie coraz bardziej zanika. Przyczyna leży chyba w tym, że biblijny obraz pasterza został w ostatnich wiekach w pewien sposób zniekształcony idyllą pasterską okresu romantyzmu. Inny powód to wybujały indywidualizm współczesnego człowieka, który nie pozwala mu na porównywanie się z trzodą zwierząt. Obraz pasterza dzisiaj wiążemy raczej z urokiem gór, ze spokojem i prostotą, prawie że sielankowym trybem życia. Tymczasem w Starym Testamencie symbolizował on trud, odwagę, ducha walki i poświęcenia życia dla trzody, gdy przyszło bronić jej przed złodziejami, bandytami i dzikimi zwierzętami. 

 

Właśnie w takim sensie Jezus mówi o sobie jako „dobrym pasterzu”, który „swoje owce” prowadzi do Boga – miłosiernego, troskliwego i gwarantującego życie i bezpieczeństwo. Zadaniem wierzących w Niego jest słuchać Jego głosu i iść za Nim - to gwarantuje właściwą orientację i bezpieczeństwo na drogach życia. Jego słowa są wyrazem najwyższego autorytetu, nie autorytetu władzy i siły, lecz mocy miłości, która ogarnia i przenika wszystkie sprawy naszego życia.

 

Głównym zadaniem pasterza w Judei było wczesnym rankiem udać się do zagrody lub szopy, gdzie nocowały jego owce zmieszane z trzodami innych pasterzy. Tam wydawał on swoje specyficzne głosy, okrzyki lub gwizdy, dobrze znane jego owcom, które powstawały z legowiska i zbierały się wokół niego; gdy już je wszystkie policzył, wyprowadzał je z zagrody, idąc na ich czele i prowadził na soczyste pastewne łąki i do źródlanych wód. Gdy nadszedł wieczór wracał z trzodą na nocleg do owczarni.

 

Ogromnie ważną sprawą dla pasterza było odpowiednie uwrażliwienie i wyćwiczenie owiec na „jego głos”, na jego specyficzne gwizd lub wołanie, bo w ten sposób oszczędzał sobie wiele trudu w gromadzeniu bądź poszukiwaniu owiec. To było ważne również dla owiec, by u boku swego pasterza, który je zna i kocha, czuły się dobrze i bezpiecznie.

 

Jezus odnosząc do siebie metaforę dobrego pasterza chce powiedzieć: „Jestem Zbawicielem ludzi, bo mam specyficzny, wyjątkowy głos, jakiego nie ma nikt inny. Mój głos nie zwodzi, nie oszukuje, daje to, co obiecuje wszystkim, którzy idą za mną. Jestem Mistrzem, Przewodnikiem i Obrońcą. Ponieważ stanowię „jedno z Ojcem” – Bogiem i Panem wszechświata, znam dobrze swoje owce. I one mnie znają, jeżeli słuchają głosu mojej Ewangelii. One idą za mną, a Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki”.

 

Czy to wszystko ma coś wspólnego z naszym życiem? 

 

Jako chrześcijanie żyjemy pośród wielu i różnorodnych „trzód”, czyli grup ludzkich, wspólnot, organizacji, stowarzyszeń, partii, a one wszystkie „idą” za określonymi „pasterzami i ich głosami”. Istnieje w świecie ogromnie wiele pokus, by pójść za uwodzicielskimi głosami różnych mędrców, przywódców, filozofów, guru, szarlatanów, sekciarzy, słowem - różnej maści uwodzicieli.

 

Św. Paweł mówi, że „wiara jest ze słuchania”.Chrześcijanami stajemy się przez sakrament chrztu i przez pójście za głosem Jezusa – czyli za Jego Ewangelią, głoszoną przez Kościół. W Ewangelii i w sakramentach spotykamy samego Jezusa, który nawiązuje z nami osobistą relację i w miłości prowadzi nas na „pastwiska życia”. On obiecuje: Jeżeli pójdziesz za moim głosem, nie będziesz żałował.

 

Głosy ludzi są tak różne, odmienne. Głos rozpoznajemy po jego typowym dźwięku. Gdy dziecko krzyczy, to już z daleka da się wyczuć, czy to głos radości, czy też bólu lub buntu i histerii. Głosy dobrych znajomych rozpoznajemy w telefonie natychmiast. Dźwięk głosu jest związany z konkretną osobą. I już sam głos mówi coś o zamiarach lub stanie emocjonalnym mówiącego.

 

Podobnie jest z głosem Jezusa, który dochodzi do nas z Ewangelii, z modlitwy lub z naszej codzienności. Typowy „ton” głosu Jezusa brzmi jak miłosierdzie, wierność, schronienie, bezpieczeństwo, zaufanie, radość, pewność, pociecha, prawda, miłość.  Orędzie Jego głosu ukazuje nam kierunek, nie chce nas zwodzić, lecz prowadzić ku Prawdzie, Dobru i Szczęściu. Nie zaprasza do bezmyślnego włóczenia się po bezdrożach świata, lecz do sensownego wędrowania i pielgrzymowania do Niebieskiej Ojczyzny.  To głos Dobrego Pasterza, któremu na nas bardzo zależy, bo On dla nas i za nas „oddał swoje życie”.

 

Współczesny człowiek niezbyt chętnie chce być nazywany owcą, to obraża jego dumę i wolę samostanowienia, uważa, że to jest poniżej jego godności. Niechętnie pozwalamy się też prowadzić innym z obawy, że zostaniemy kolejny raz w życiu oszukani, albo jakieś „pasterzowanie-przewodzenie” utożsamiamy z ograniczaniem wolności lub wiążemy z niebezpieczeństwem wyzyskania nas, nadużycia, ucisku. 

Przy Jezusie, Dobrym Pasterzu, takie lęki są bezpodstawne. Jemu można bezwarunkowo zaufać, ponieważ on zna nas i zna Ojca, jest z Nim „jedno”. On chce nas prowadzić przez życie „do Życia” i do „Życia Wiecznego”. Jesteśmy dla Niego ważni i cenni. Jego jedyną troską jest, by nas nie stracić. Ale nawet wtedy, gdy życie nas poturbuje i połamie, gdy nie sprostamy zadaniom, zagubimy się, pobłądzimy, narazimy się na „paszcze wilków i dzikich bestii”, utkniemy w gęstwinie grzechu i winy, On zawsze nas szuka, woła „po imieniu” aż nas znajdzie. I poranionych, wylęknionych i zasmuconych niesie na swoich mocnych ramionach do Bożej owczarni!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

 

Wiara i humor

  • Na Dzień Matki: Co mówią dzieci?

 

Mając 6 lat: „Mamusiu, proszę, pomóż mi!”

Mając 10 lat: „…tylko nie powiedz tego mamie!”

Mając 15 lat: „Ach, mamo, Ty nic z tego nie rozumiesz!”

Mając 20 lat: „Mamo, nie martw się, będę na siebie uważał/a”.

Mając 25 lat: „Na Boga, gdyby to nasza mama wiedziała!”

Mając 30 lat: „No cóż, matka ma takie przestarzałe poglądy!”

Mając 40 lat: „Mamo, czy mogłabyś mi poradzić?”

Mając 50 lat: „Mamusiu, jak to było za Twoich dawnych lat?”

Mając 60 lat: „Gdyby mama tego dożyła…”

Mając 70 lat: „Gdy matka była w moim wieku…”

 

  • Biblijna recepta na zdrowie psycho-cielesne

 

„Nie wydawaj duszy swej smutkowi

ani nie dręcz siebie myślami.

Radość serca jest życiem człowieka,

a wesołość męża przedłuża dni jego.

Wytłumacz sobie samemu, pociesz swoje serce,

i oddal długotrwały smutek od siebie;

bo smutek zgubił wielu

i nie ma z niego żadnego pożytku.

Zazdrość i gniew skracają dni,

a zmartwienie sprowadza przedwczesną starość.

Gdy serce pogodne – dobry apetyt,

zatroszczy się ono o pokarmy”.

 

Mądrość Syracha 30,21-25.

Słowo Życia na 3 Niedzielę Wielkanocy                    5.05.2019.
Zmartwychwstały Pan „z gotowym śniadaniem” – i „sieć pełna ryb”
Ewangelia: Jan 21,1-19


Uwierzyć w Zmartwychwstanie Jezusa to długi proces. Dopiero 40 dni po Zmartwychwstaniu kończą się Jego objawienia. Po wielkich wydarzeniach: Wieczernika, Golgoty, spotkań ze Zmartwychwstałym, Apostołowie wracają do spokojnej Galilei, nad jezioro Genezaret. Żyli ostatnio w ogromnym napięciu ducha: doświadczyli bólu, załamania, zwątpienia. A potem przyszły chwile podniosłej i niewypowiedzianej radości – spotkania z Nim. To też minęło. Odchodzą w strony rodzinne. Zabierają się do pracy w swoim zawodzie. Wsiadają do łodzi, by łowić ryby. I właśnie tutaj pośród codzienności znowu spotykają Jezusa.
Nocny połów okazał się bezowocny: „tej nocy nic nie złowili”. Ale gdy ranek zaświtał, Jezus „stanął na brzegu”. Nie rozpoznali Go. Pyta ich, czy mają coś do jedzenia. Gdy odpowiadają zawiedzeni, że nic nie złowili, poleca zarzucić sieć „po prawej stronie”. Skutek jest porażający. „Z powodu mnóstwa ryb nie mogli sieci wyciągnąć”. Jako fachowcy takiego efektu nie mogli oczekiwać i spotkania z ich Mistrzem też nie. Nie teraz, nie tutaj, przy codziennej pracy, w codzienności.


I jak w wydarzeniu przy pustym grobie, tak i teraz to Jan, którego Pan szczególnie miłował, swoim kochającym sercem jako pierwszy Go rozpoznał. I znowu on daje pierwszeństwo Piotrowi, by działał i mówił. Piotr wskakuje do wody i płynie do Jezusa, i to on potem wyciąga sieć na brzeg i przedstawia połów Panu. Fakt, że św. Jan w Ewangelii kładzie nacisk na takie szczegóły, wskazuje na to, jakie znaczenie młody Kościół przypisywał Piotrowi.
Spotkanie z Jezusem nad jeziorem akcentuje także, jak wielkie znaczenie dla uczniów i dla pierwszej gminy chrześcijan miało słowo Pana: „Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie”. Sukces w życiu Kościoła, w jego ewangelizacji uzależniony jest od wsłuchania się w głos Chrystusa. Słuchać głosu Pana, przyswoić sobie Jego słowo i według niego żyć i działać! 


Czy niepowodzenia Kościoła, mierne rezultaty jego ewangelizacyjnych przedsięwzięć i naszych osobistych starań misyjnych nie wynikają z tego, że sukcesów oczekujemy tylko od naszej własnej mądrości i wysiłków, że nie ufamy jednoznacznym wskazaniom Pana? Może też rzadko udaje nam się spotkać Pana, bo nie szukamy Go tam, gdzie On naprawdę jest do znalezienia, lecz w wyimaginowanych światach, jak uczniowie - „w dalej Jerozolimie”? Czy liczymy się z tym, że On wychodzi nam naprzeciw także w naszej codziennej krzątaninie i pracy, a nie tylko w niedzielę podczas Mszy świętej?


Drugim ważnym tematem dla medytacji może być symbolika sieci, czyli obraz Kościoła jako sieci z rybami. Bliski jest nam obraz Kościoła jako winnicy Pana, Jezus jako krzew winny, a my jako latorośle, Kościół jako owczarnia Jezusa – On jako Dobry Pasterz, lub Kościół jako Matka. Ale Kościół jako sieć pełna ryb? – czy wyobrażenie bycia w sieci wyciągniętej na brzeg pełnej podskakujących ryb – nie wywołuje w nas negatywnych uczuć? Symbole są zawsze ambiwalentne. Ale warto wziąć z nich dla siebie te aspekty, które mogą okazać się pomocne w wierze i w zaangażowaniu w życiu wspólnoty Kościoła.


Sieć – kojarzy się z jednej strony z mozolną pracą rybaków, z drugiej z byciem złowionym wbrew woli. Sieć jest w ruchu, trzyma ryby w wodzie, ogarnia je, a jednak daje im przestrzeń. Każde oko w sieci ma swoje własne miejsce i zadanie, każde jest inne. Jako symbol Kościoła sieć mówi, że wszyscy członkowie są ze sobą silnie powiązani, że istnieją w nim grupy troszczące się wspólnotę i wymianę. Im więcej takich wspólnot, tym więcej cennych osobowości przynależy do Kościoła. Nie wolno jednak osłabiać ani tracić wzajemnej więzi, bo jej utrata to jak „dziura w sieci”, wtedy traci się „cenne ryby”.


Poszczególne „oczka sieci” musza być odporne na wielkie obciążenia, tak zresztą jak cała sieć. Ale ona sprosta swoim zadaniom, jeżeli rybacy odpowiednio o nią dbają, ją pielęgnują, wyciągają na brzeg, osuszają w słońcu, przejrzą, oczyszczą, naprawią naderwane „oczka”.


Sieć nie może jednak być stale rozłożona na brzegu. Ryby nie przyjdą do niej same z morza. Jest zadaniem rybaków i „rybaków ludzi” sieć wrzucić do wody i na głębie. Sieć musi znaleźć się w wodzie, a Kościół do pójść do codzienności ludzi. Tylko tam możliwy jest połów. Połów jest zadaniem sieci i Kościoła, rybaków i „rybaków ludzi” – Apostołów i ich następców, biskupów i kapłanów, a właściwie wszystkich ochrzczonych. Nikt z nich nie jest celem dla siebie, ich zadaniem jest liczyć się z nauką Jezusa - z Ewangelią i być na służbie Pana – „Wielkiego Rybaka”.


I jak wtedy uczniowie słuchali głosu i wskazań Pana, tak i my musimy dziś trzymać się Jego Ewangelii. Jeżeli będziemy polegać tylko na własnych skonstruowanych programach pastoralnych i misyjnych, chcieli odnawiać struktury Kościoła na wzór funkcjonowania instytucji świeckich, to możemy się srodze zawieść, i połów okaże się klęską. „Nic nie ułowiliśmy”. A zatem nie tylko osobisty trud, ludzka mądrość, lecz także więź z Chrystusem – przez modlitwę, bycie z nim, rozmowę, kontemplację. Eugen Biser (teolog niemiecki z Monachium) wyraził to zwięźle: „Kto chce mówić o Jezusie, musi najpierw mówić z Jezusem!”


A Pan zawsze „stoi na brzegu” i czeka... Zatroskany jest także o nasze codzienne sprawy. „A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili”.  Taka jest wizja Jezusa: praca dla Królestwa Bożego jako współpraca - nasz trud i Jego wspomagające działanie. On troszczy się o swoje dzieło i o nas.


On zawsze jest tam, gdzie Go szukamy, gdzie dla Niego się trudzimy. Jest w naszej codzienności i w niedzielnej Eucharystii. Zmartwychwstały Pana rozpala na nowo nasze zawiedzione nadzieje i osłabłą miłość i sprawia, że mamy wszystko potrzebne do życia - „chleb i rybę”. „Chodźcie, posilcie się!” – tak mówi do nas codziennie. Nasze życie może być obficie wypełnione obecnością Pana - nie tylko w naszej wyobraźni, duchowo, lecz także przy „stole codziennej rzeczywistości”.


„Panie, Twoja obecność jest niezależna od naszych religijnych doświadczeń i przeżyć. Ty jesteś „Jestem, który jestem”, nawet jeżeli wydaje się nam, że brak nam ku temu odbiornika, że tego nie odczuwamy. Ty jesteś obecny „dla nas” jako uzdrawiająca miłość i przemieniająca moc. Naucz nas tak wierzyć. Amen.”


Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Humor i wiara

  • •    W dniu 1 maja, czyli w święto Maryi, Patronki Bawarii, które jest zarazem świętem św. Józefa Robotnika, organista opowiedział mi przed Mszą św. następujący żart:
    W niebie zorganizowano wybory parlamentarne. Po pierwszym głosowaniu okazało się, że jeden głos padł na SPD. Wybory uznano za nieważne – bo te partię wykluczono, nie została umieszczona pośród list wyborczych.  W kolejnym głosowaniu to samo, znów jeden głos na SPD. W końcu po piątym głosowaniu wszczęto śledztwo, i okazało się, że tak uparcie niepoprawnie głosował św. Józef (bo to rzemieślnik- robotnik). Św. Piotr z dostojną radą Aniołów podjął decyzję Józefa za karę wykluczyć z nieba, niech wraca na ziemię.  Św. Józef zaakceptował ten wyrok oświadczając: „Zgoda, odchodzę, ale zabieram ze sobą Maryję i Jej Syna Jezusa, oraz Dziadka (Boga Ojca). I tego pobożnego Ptaka (Ducha Świętego) też bierzemy ze sobą!!!
     
  • •    Pewien ksiądz głosi w swoim niedzielnym kazaniu:
    „Każdy chciałby koniecznie dostać się do nieba, ale wielu żyje stale w nadziei, że do ich śmierci warunki wejścia do nieba ulegną znacznemu złagodzeniu!”.

     
  • •    Głęboko wierzący Żyd, który właśnie świętował już 105 urodziny, nagle przestał pojawiać się w synagodze.  Rabbi obawiając się, że przytrafiło mu się być może coś złego, natychmiast udał się do niego. Zdumiony znalazł go przy najlepszym zdrowiu, więc zapytał: „Dlaczego po tylu latach wierności już więcej nie przychodzisz do synagogi?”
    Staruszek rozejrzał się ostrożnie wokół siebie i szepnął mu do ucha: „Wiesz, Rabbi, gdy miałem 90 lat oczekiwałem, że Bóg mnie wkrótce wezwie do siebie. Ale potem obchodziłem jeszcze 95 lat, następnie 100 i nawet 105. Pomyślałem więc sobie, że Pan Bóg jest bardzo zajęty i widocznie o mnie zapomniał. Nie chcę więc Mu się znowu przypominać!”

     
  • •    Starsza pani do swojej przyjaciółki: „W ostatnim czasie mój mąż prawie wszystko zapomina. Ale nie zamierzam się skarżyć. W tym roku obchodziłam już trzykrotnie urodziny!”.

Słowo Życia na 2. niedzielę Wielkanocy (C)                             28.04.2019.

Święto Bożego Miłosierdzia

Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli!

Ewangelia: Jan 20,19-31

 

Święto Bożego Miłosierdzia wprowadzone do liturgii przez św. Jana Pawła II (2000) dobrze harmonizuje z Wielkanocą oraz z czytaną w tę niedzielę (zwaną dawniej „białą”) Ewangelią. Doświadczenie wiary Apostoła Tomasza, który na polecenie Jezusa dotyka dłonią rany w boku Chrystusa, pokazuje, że Bóg ma dla wszystkich otwarte miłosierne serce.

Być zamkniętym i otwierać – to kluczowe słowa ewangelicznych opowieści o Zmartwychwstaniu Jezusa: ciężki kamień, który zamykał grób, zamknięte oczy uczniów, którzy widzą Jezusa i Go nie poznają, bądź zamknięte drzwi domu, w którym się zgromadzili przejęci strachem. Boże Miłosierdzie objawia się w tym, że Bóg przezwycięża i usuwa wszystkie przeszkody, by przyjść do nas. Jeżeli Bóg otwiera nasze oczy i serca na siebie, to dostrzegamy, że Jego serce stale jest dla nas otwarte.

Zmartwychwstały Pan sprezentował Tomaszowi o wiele większy dar niż tylko dotykanie Jego ran, bo obdarzył go wspólnotą życia. Jeżeli nasza wielkanocna wiara ma być niezniszczalnym fundamentem całości życia, to nie możemy jej uzależniać od zewnętrznych argumentów i dowodów, lecz przede wszystkim musimy świadomie i w zaufaniu włączyć się w egzystencjalną wspólnotę z Chrystusem, a ta spowoduje, że radośnie krzykniemy za Tomaszem: „Pan mój i Bóg mój!”.Jest to odpowiedź właściwie wyrosła z wątpienia, ale teraz wyniesiona ponad wszelkie powątpiewania.  

Wątpienie to niejako druga strona wiary, rzekłbym: bliźniak wiary. Już pierwsi świadkowie Zmartwychwstania musieli przebyć tę bolesną drogę wątpienia, aż doszli do pewności wiary, że Ukrzyżowany nie jest martwy, lecz żyje. Apostoł Tomasz jest tego najbardziej czytelnym dowodem: Nie ma wiary bez wątpienia! Co więcej, wątpienie prowadzi do pogłębionej wiary, dla której nowe pytania już nie będą żadnym obciążeniem lub zagrożeniem. Amerykański dziennikarz Fryderyk Buechnersformułował to w dość drastycznych słowach: „Czy wierzysz, że jest Bóg lub wierzysz, że nie ma Boga: Jeżeli nie masz wątpliwości, to oszukujesz samego siebie, albo żyjesz w uśpieniu. Wątpliwości to jak mrówki w spodniach - one sprawiają, że jesteś rześki i i tak szybko nie zaśniesz”.

„Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”.Tomasz dotyka swoją dłonią otwartej rany swojego Pana. Obaj spotykają się nie „w ich mocnych stronach”, lecz w ich zranieniach. Zraniony niewiarą i wątpieniem Tomasz przy ranie Jezusa! Właśnie tego chce nas nauczyć Zmartwychwstanie Pana - przekonania, że jeśli ktoś jest poraniony, to nie musi się z tym kryć po kątach, znikać z pola widzenia ludzi, iść na margines społeczeństwa.

Kościół to wspólnota, w której poszczególni jej członkowie mają prawo do pokazania swoich słabości, wątpliwości, błądzenia i ran. Tam, gdzie człowiek krwawi, tam może rozpocząć się proces zdrowienie. Stale na nowo przeżywamy momenty i doświadczenia, które nam boleśnie ciążą. Wtedy czujemy nasze granice, grzeszność i lęk: teraz jestem daleko od Boga, bo jak On może kochać kogoś, kto przeciwstawia się Jego woli i miłości?  Spotkanie Tomasza z Chrystusem uczy mnie: On jest mi zawsze bliski, a zwłaszcza wtedy, gdy ukazuję Mu swoje rany. Właśnie w tych moich zranieniach bierze mnie w swoje ramiona i tak zaczyna się proces mojego uzdrawiania.

Kamień grobowy jest odsunięty. Nie jesteśmy już zamknięci w klatce tysięcy daremnych spraw, wszystkiego, co było „na próżno”. Zmartwychwstały chce wziąć nas za rękę i wyprowadzić z poczucia załamania, beznadziejności i rezygnacji, z więzienia egoizmu. Trzeba w wierze pochwycić silną dłoń Zmartwychwstałego i zejść z drogi śmierci na drogę życia, z drogi tego, co tymczasowe i przemijalne na drogę tego, co trwałe i wieczne.

Leon Bloypowiedział: „Życie ma tylko jedno usprawiedliwienie: Zmartwychwstanie”.Gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, wtedy jedyną pewną rzeczą naszego bytowania byłaby śmierć. Poprzez Zmartwychwstanie nasza egzystencja zyskała całkiem nowy wymiar: sensem i celem naszego doczesnego życia jest trwałe życie w chwale Boga, bo On nam to przyobiecał:„Ja żyję i wy żyć będziecie” (J 14,19).

Silniejsza od śmierci jest moc miłości Zmartwychwstałego. Tej miłości możemy być zawsze pewni, cokolwiek w świecie i w naszym życiu się wydarzy.

Archimedesmawiał: „Dajcie mi niewzruszony, mocny punkt oparcia, a wyrwę ziemię z jej zawiasów”.Taki trwały punkt oparcia w naszym życiu dał nam Bóg w Jezusie Chrystusie. I On musi stać się naszym centrum, ośrodkiem wszystkiego, co myślimy i czynimy. Od tego środka wychodząc mogę odkryć i realizować swoje powołanie życiowe, mogę pracować i kochać, a wtedy „moje rany” przemienią się w cud miłości.

W Zmartwychwstaniu Jezusa kryje się niesamowita moc, silna jak orkan, potężna jak dynamit. W nasze plecy dmie wielkanocny wicher, który się nie uciszy, dopóki ziemia kręci się… 

Jeżeli wyznam wzruszony jak Tomasz: „Pan mój i Bóg mój”,wtedy zaczyna się dla mnie Wielkanoc, i tym samym prawdziwe życie. Św. Atanazy głosił w kazaniu: „Zmartwychwstanie Chrystusa czyni życie ludzkie nieustającym świętem wiary”

Zatem świętujmy! Alleluja!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

 

Wiara a humor

  • Młody ksiądz, dopiero co wyświęcony, przeżywa okrutne lęki przed swoim

pierwszym kazaniem. Doświadczony proboszcz radzi mu jako środek uspokajający jeden kieliszek koniaku.

Po kazaniu rozlegają się długo trwające brawa. Po Mszy św. pyta ów wikariusz proboszcza, co sądzi o jego kazaniu. W odpowiedzi słyszy: 

„Niestety, popełniłeś kilka błędów.

-  Ewa nie uwiodła Adama seksem, lecz jabłkiem!

-  Kain nie zastrzelił Abla z dubeltówki, lecz zamordował rękami!

- Jezus nie został przejechany na skrzyżowaniu, lecz został przybity do krzyża!

- I nie chodziło o łagodnego psa Bernardyna, lecz o miłosiernego Samarytanina.

- A na końcu nie mówi się „Na zdrowie!”, lecz „Amen”.

 

  • Pewna pobożna kobieta skarży się: „Jeżeli ja mówię do Boga – to to nazywa się modlitwą. Ale jeżeli Bóg mówi do mnie, to powiadają, że to psychoza”.

 

  • Pani Berta Meyer, należąca do kościoła ewangelickiego, przekroczyła już 80-tkę. Pewnego dnia przychodzi do swojego pastora i mówi: „Chciałabym konwertować i stać się katoliczką”. - Pastor ogromnie zdziwiony powiada: „Ależ kochana Pani, dlaczegóż to?” - Na to ona: „No cóż, już jestem dość stara, moje życie zmierza ku końcowi i tak sobie pomyślałam: Lepiej, że umrze ktoś z nich, aniżeli ktoś z naszych!

Wielkanocna reanimacja

 

„Cogito – ergo sum” - „Myślę, więc jestem”– ta słynna sentencja filozofa Kartezjusza stanowi centralną wypowiedź i ideę nowożytnego i oświeceniowego myślenia. Ta teza - bardziej niż sądzimy - wycisnęła piętno na mentalności i ogólnym nastawieniu do życia człowieka czasów nowożytnych. Na pierwszym miejscu stoi myślenie, ludzki rozum, świadomość, czyli „głowa” – zdolność do filozofowania i abstrakcji, do liczenia i obliczania, do planowania i konstruowania.  Jestem o tyle, o ile potrafię myśleć; kto dużo myśli, jest także wiele wart; kto jest mądrym myślicielem, jest w stanie wiele osiągnąć. Dlatego testy inteligencji cieszą się dużą popularnością, a dzieci ocenia się i odpowiednio klasyfikuje według ilorazu inteligencji.

I dopiero potrzebny był kryzys wiedzy i wiary w postęp, by powoli zaczęło zwyciężać prawidłowe pojmowanie człowieka, gwarantujące równą wartość i godność wszystkich, głoszące, że głowa nie jest ośrodkiem człowieka. Ważne jest również serce – zdolność do miłości, do otwarcia się na drugich i do tworzenia wspólnoty. „Kocham – więc jestem!”.

Wpływy mądrości Dalekiego Wschodu i wschodnich religii pomogły nam odkryć jeszcze jedną głęboką prawdę: „Oddycham, więc jestem”.

Jak ważny jest pierwszy krzyk noworodka – o tym wiedzą lekarze, położne, rodzice! Z nim zaczyna się jego samodzielne życie.  Całe nasze życie zależne jest od tego pierwszego wdechu i wydechu. Kto żyje, oddycha i kto oddycha, ten żyje. Zanik oddechu oznacza śmierć. 

Kilkanaście razy dziennie słyszę wycie syreny pogotowia ratunkowego na sąsiedniej ulicy. Wozy pogotowia - wyposażone w ratujący życie aparat do oddychania - pędzą na syrenie, by zdążyć na czas do kliniki. Najczęstsze przyczyny wzywania pogotowia ratunkowego to wypadki drogowe, zasłabnięcia, trudności w oddychaniu, zawały serca, kollaps krwioobiegu. Zawsze przy tym ważne jest zapewnienie właściwego oddychania. Oddycham, więc jestem!

Wielkanoc to święto oddechu. W opisie stworzenia świata czytanym w noc paschalną słyszymy: Bóg pochylił się nad światem i uporządkował chaos tchnąc swoje życie, „swój oddech” w stworzony świat, a jako dopełnienie stwórczego dzieła stworzył człowieka, jego też obdarzając swoim „oddechem”. W języku biblijnym jedno i to samo słowo oznacza: Duch, oddech i życie (Ruah). Bóg działa i wypowiada się w swoim stworzeniu - słusznie zatem modli się psalmista:„Wszystko, co oddycha, chwali Pana”. Bo oddech pochodzi od „Boga żywego”. Moim oddechem wdycham także Boga, moje ciało i krew są wzbogacane Jego życiem. Ten, który sprawia, że oddycham i dlatego żyję, wstaję, stoję, idę, biegam, jest Bogiem życia. Właśnie to Życie celebrujemy na Wielkanoc.

Niekiedy nasz oddech staje się krótki, płaski, spazmatyczny, mówimy: „zapiera mi dech”, bo… Bo poraża mnie diagnoza, że złośliwy rak gdzieś tam się we mnie umiejscowił; bo cierpię z powodu stresu i ustawicznych napięć w pracy zawodowej; bo partner lub partnerka mnie opuściła… Mimo wszystko nie poddam się, także wtedy chcę ufać i błagać: Oddychaj we mnie Duchu, darujący mi życie Boga!  Przecież całe stworzenie oddycha tym stwórczym Bogiem i w tej nadziei zakotwiczony św. Franciszek z Asyżu wyśpiewał swój wielkanocny „Hymn do słońca”.Ziemia, woda i słońce są jego i naszymi siostrami, księżyc, wiatr i ogień braćmi, cała natura i wszystkie stworzenia to „nasze rodzeństwo”, które przyjmuje w siebie ten sam Boży oddech.

Taka jest wielkanocna prawda o człowieku i świecie głosząca życie i zbawienie pośród wszystkich kryzysów współczesnego świata: gospodarczego, finansowego, migracyjnego, Unii Europejskiej, wiary, Kościoła, naturalnego środowiska. Wielkanoc to Boża reanimacja, która chce w nas tchnąć życie Boga mówiącego: „Ja jestem Panem, Twoim Bogiem, Bogiem Nieba i jednej ziemi dla wszystkich”. Kto się otworzy i pozwoli, by ten Bóg w nim oddychał, nauczy się szacunku dla siebie samego i dla bliźnich oraz prawidłowego, czyli braterskiego traktowania wszelkiego stworzenia.

Wielkanoc – święto nowego oddechu! Zaczerpnijmy spokojnie więcej powietrza. Czy czujesz, jak to dobrze czyni, gdy w spokoju głęboko oddychasz, świadomie wciągasz powietrze i je wydalasz, wdech i oddech, wdech i oddech…. Tu też obecny jest Bóg, który sprawia, że oddycham…

 I to właśnie dla tego Boga Życia, Bożego Tchnienia i Oddechu żył Jezus. I On chciał tylko jednego, by człowiek w pełni i prawdziwie żył – chory i grzesznik, wiarołomna kobieta, głuchoniemy, niewidomy od urodzenia, paralityk, opętany przez szatana. Życie – dla tego programu Jezus oddał „swoje” życie. Pochylił się z miłością ku ludziom, z rozpiętymi na krzyżu ramionami, by objąć wszystkich, podźwignąć tych, którzy upadli albo byli bliscy upadkowi, którym ziemia usuwała się spod nóg, i oddał swego ducha, swój ostatni oddech.

Arystoteles opisał przed około 2300 laty okrutny, odrażający zwyczaj etruskich piratów. Jeńców przykuwali oni kajdanami do martwych zwłok - twarzą w twarz. Nieszczęśnicy musieli nieustannie wdychać smród rozkładającego się ciała i powoli sami umierali. Dla Arystotelesa był to symbol: życie ludzkie to stałe wdychanie fetoru psucia się, rozkładu, zniszczenia; żyjąc kroczymy ku śmierci. 

Kto nie doświadczył już na sobie lub w więzi z innymi poczucia bezradności i beznadziejności w sytuacji, gdy coś obumiera – coś z jasnego płomienia szczęściodajnej miłości, z zaangażowania w pracę, z sukcesów, z silnej wiary. Śmierć jest różnokształtna, wieloraka i różne są formy, w jakich jej zarodki mogą nagle przejść na nas. Depresja, całkowite wyczerpanie, zwątpienie, nieuleczalna choroba, dla wielu na świecie śmierć głodowa, wojna. Wbrew naszej woli jesteśmy skuci niewolniczo ze śmiercią.

„Boża reanimacja dziś” – oznacza: Kto dziś (np. podczas wielkanocnej liturgii) czuje się samotny i opuszczony, przykuty do swego krzyża i do nieuniknionej śmierci, niech się wsłucha w orędzie Zmartwychwstałego, że jesteśmy związani z Kimś innym: sam Bóg związał się ze śmiercią twarzą w twarz i zwyciężył! Odtąd nie życie umiera poprzez śmierć, lecz śmierć umiera zwyciężona przez Życie. A ci, których ożywia Boży oddech, sami stają się ratownikami i dawcami życia – metodą „usta w usta” przekazują Boże Tchnienie i Życie innym, by w Bożej atmosferze i klimacie duchowym mogły żyć także przyszłe generacje. To wymaga „głębokiego i długiego oddechu”, czyli cierpliwości i wytrwałości, które może dać tylko Bóg, bo zbyt wiele wokół nas złego, zużytego, zakażonego i śmiertelnie niebezpiecznego „powietrza”.

 Wielkanoc to spotkanie z Tym, który jest Życiem. Zmartwychwstały Pan chce być z nami wszędzie.  Dlatego nieoczekiwanie zjawia się także wtedy, gdy opuścimy okienne żaluzje spuścimy i zaryglujemy drzwi - ze strachu, jak Jego uczniowie. Ale gdy On do nas przychodzi, prywatnie w zaciszu domowej izdebki czy w celebrowanej wspólnotowo Eucharystii, nie strofuje, nie wypomina im i nam zdrady i opuszczenia, nie krzyczy, nie grozi, lecz delikatnie proponuje: „Pokój mój wam daję!” Nowe tchnienie owiewa wylęknionych i załamanych, gdy słyszą: „Jesteś zbawiony i pojednany, jesteś córką i synem Boga, możesz do mnie mówić „Ty”.

Jezus otwiera okna i drzwi, aby świat mógł wejrzeć do wnętrza świątyni i zobaczyć, co my tu właściwie czynimy, gdy śpiewamy radosne Alleluja, gdy podajemy sobie dłonie na znak pokoju i spożywamy świętą Ucztę. Tak to w liturgii realizuje się wielkie święto „uwolnionych”, świętowanie Nowego Stworzenia: otwarcie serc, umysłu i zmysłów, nowe usposobienie, zachwyt i entuzjazm, łaska zamiast kary, przebaczenie zamiast zemsty, dzielenie się zamiast gromadzenia dla siebie. To jest reanimacja, zmiana dotychczasowego kursu: Zmartwychwstały zmienia wrogie życiu struktury, które obiecują życie, ale kosztem drugich, i wszędzie tchnie „nowego Ducha”. Wdychanie głębokie tych żywotnych fluidów pokaże, kto na dłuższą metę wygra: Zwiastun pokoju czy szwadron śmierci, pojednawcze objęcie w ramiona czy zaciśnięta pięść, braterskie otwarcie i współpraca czy mordercza konkurencja, śmierć czy Życie?

 Alleluja, Chrystus żyje! On sam oddycha w nas. Raduj się człowiecze! 

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

19.04.2019

Wielki Piątek 

„Godzina Jezusa” - dla nas

 

W życiu każdego człowieka istnieją okresy o szczególnym znaczeniu; są to „godziny”, w których koncentrujemy wszystkie swoje siły, w których jesteśmy w pełni obecni – bo jest to czas ważnych wydarzeń, wyjątkowych przeżyć lub istotnych decyzji. W takich godzinach kumuluje się całość naszego życia; one wyciskają na całości swoje piętno. Takie szczególne momenty skupiają w sobie wszystkie „linie życia”, podobnie jak promienie światła skupiają się w soczewce - zdolne rozpalić ogień. Takie wyjątkowe godziny stają źródłem nowej dynamiki życia.

W Wielki Piątek celebrujemy w liturgii Kościoła najważniejszą godzinę życia Jezusa Chrystusa. Gdy Jezus podczas publicznej działalności zapowiadał swe przyszłe cierpienia i śmierć, mówił o „swojej godzinie” (por. J 13,1). W mowie pożegnalnej Jezus modli się: „Ojcze, nadeszła godzina”(J 17,1). W Ogrodzie Oliwnym zwrócił się do śpiących uczniów ze słowami: „Śpicie jeszcze i odpoczywacie? A oto nadeszła godzina i Syn człowieczy będzie wdany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy! Oto blisko jest mój zdrajca” (Mt 26,45). Całe życie Jezusa skupia się w tej szczególnej i okrutnej godzinie Jego umierania na krzyżu. To godzina, którą sam określił jako „Wykonało się”(J 19,30).

W tej „godzinie Jezusa” decydują się niesłychanie wielkie sprawy, o czym  jego oprawcy i przyglądający się gapie nie mają najmniejszego pojęcia. Godzina decydująca o śmierci Jezusa staje się godziną decydującą o naszym zbawieniu. Jezus nie niósł tylko „swojego” krzyża. On niósł także „nasz krzyż”. I zanim krzyż stał się znakiem zwycięstwa i życia, był najpierw znakiem śmierci i przyczyny tejże śmierci – grzechu człowieka. Krzyż jest wyrazem skutku dobrowolnego sprzeciwu człowieka wobec pełnego miłości „Tak” Boga skierowanego do całej ludzkości. Jezus wkracza niejako w ten sprzeciw i poprzez krzyż staje się pośrednikiem między Bogiem i człowiekiem. Krzyż staje się kluczem zdolnym otworzyć drzwi prowadzące do nowej wspólnoty życia z Bogiem.

I tu od wieków trapiące wszystkich pytanie: Dlaczego właśnie taka okrutna droga do zbawienia? Dlaczego przez cierpienie, krzyżowanie i śmierć Niewinnego Syna Bożego? To pytanie dręczy każdego człowieka i nigdy nie znajdziemy na nie stuprocentowej odpowiedzi. Wielu czyni Bogu zarzut stwierdzając, że Bóg chrześcijan to Bóg żądny krwi, Bóg żądający śmierci własnego Syna.

Musimy przyznać, że w pismach nowotestamentalnych, a co za tym idzie także w literaturze pobożnościowej i w pieśniach pasyjnych znajdziemy słowa mówiące o tym, iż zostaliśmy odkupieni i zbawieni za cenę krwi Jezusa, że zasłużyliśmy na „gniew Boga”, że Sprawiedliwy musiał „zapłacić” za winy grzesznych ludzi.

Trzeba zatem głębiej wniknąć w sformułowania o odkupieńczej funkcji cierpień i śmierci Jezusa. Nie czuję się dobrze i coś buntuje się we mnie, gdy czytam bądź słyszę, że śmierć krzyżowa Jezusa była konieczna dla zgładzenia naszych grzechów, że Ktoś Niewinny musiał ponieść zastępczo karę i odpokutować winy człowieka. Wydaje się, że zbyt łatwo (choć po ludzku jest to częściowo zrozumiałe) schemat wina-kara, wina – zadośćuczynienie, wina – pokuta, przenosimy na Boga według dewizy: ludzie grzeszą – konieczna jest zatem kara – Bóg sam dokonuje zastępczo skutecznego pojednania przez ofiarę swojego Syna.

Tak myślimy w tej kwestii czysto po ludzku i tak samo po ludzku myślimy o Bogu. Tymczasem Bóg, którego reprezentuje i przepowiada Jezus, do którego mówił „Ojcze” i tak też kazał nam do Niego się modlić, który temu orędziu o miłosiernym Bogu poświęcił się całkowicie aż do oddania życia, ten Bóg nie potrzebuje żadnego kozła ofiarnego, na którym mógłby odreagować swój skumulowany gniew.

Jezus chciał swoim życiem i śmiercią powiedzieć ludziom coś zupełnie innego: Mylicie się, wasze myślenie o Bogu jest z gruntu fałszywe! Bóg, od którego przychodzę i który mnie do was posłał, a którego wam przepowiadam, nie jest budzącym strach buchalterem i sędzią, lecz jest Przyjacielem, jest Troskliwym Ojcem i Miłującą Matką, największą Dobrocią, zawsze godzien zaufania. Szczególnie dobitnie stawił nam to przed oczy w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Jezus czuł się władny, by ludziom obciążonym winą powiedzieć wprost: „Twoje grzechy są ci odpuszczone”. Jeżeli nasz schemat wina-kara miałby odnosić się do śmieci krzyżowej Jezusa, to On nie miałby właściwie prawa tak mówić. Musiałby raczej powiedzieć: „Poczekaj, aż zostanę ukrzyżowany, a wtedy moja krew wylana na krzyżu obmyje twoje grzechy”. Tymczasem Jezus przebaczał grzechy nic nie wspominając o swej przyszłej śmierci. Przebaczenie win nie było przez Jezusa uwarunkowane krzyżowaniem i ofiarną krwią.

I tu rodzi się nowe pytanie: Dlaczego zatem został ukrzyżowany? Ewangelista Jan wkłada w usta przeciwników Jezusa następujący powód: oskarżyciele Jezusa na słowa Piłata: „Weźcie Go i sami ukrzyżujcie”odpowiadają: „Mamy Prawo, a według Prawa powinien On umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Bożym”(J 19,6-7). Faktycznie - Jezus miał tak rewolucyjny obraz Boga i Jego woli, że On sam był kolcem w oku dla stróży Jego tradycyjnego obrazu, który właściwie już nie odpowiadał w pełni obrazowi Starego Testamentu. Oni musieliby właściwie zmienić swój sposób myślenia o Bogu, dokonać reorientacji, nawrócić się. Ale do tego nie byli zdolni i tego nie chcieli. Z tej racji należało Jezusa usunąć.

Jezus „musiał” zatem umrzeć, ponieważ konsekwentnie pozostał wierny swojemu Bogu, wierny w swoim niosącym wolność, uzdrawiającym i przebaczającym przepowiadaniu i działaniu.  Pozostał – na szczęście dla nas – wierny takiemu Bogu aż do krańcowych konsekwencji, aż po śmierć na krzyżu. Jego krzyż był skutkiem otwierającego nowe drogi zastępczego czynu uwolnienia. Ponieważ Bóg był dla Niego tak bardzo ważny i ponieważ my byliśmy dla niego ważni, oddał za nas swoje życie.

Dlatego jest czymś oczywistym, że adorując w Wielki Piątek krzyż wspólnota Kościoła śpiewa z wdzięcznością: „Oto drzewo krzyża, na którym zawisło zbawienie świata. Pójdźcie, oddajmy Mu pokłon”. A każdy uczestnik liturgii może z serca wołać:  „Ave crux – spes unica! – Witaj krzyżu – jedyna nadziejo nasza!”.

Błogosławiony kardynał John Henry Newman, konwertyta z anglikanizmu na katolicyzm, wybitny teolog XIX wieku, nazwał krzyż „sercem religii”. Krzyż rzuca światło na sens Ewangelii. Kto rozumie krzyż, potrafi zrozumieć Ewangelię. Gdyby ktoś chciał wyciąć z Ewangelii krzyż, to tak jakby wyciął z niej jej serce, czyli sfałszowałby ją, okaleczył, uśmiercił. Coś takiego dzieje się zawsze wtedy i tam, gdzie próbuje się głosić i wyjaśniać Ewangelię nie wychodząc od krzyża, lecz od innych źródeł. Na przykład, gdy zamiast krzyża sercem Ewangelii stają się sprawy społeczne, rozwój, polityczne utopie, dialektyczny marksizm, feminizm, ekologia lub jakieś inne świeckie idee, wówczas orędzie Ewangelii zostaje sfałszowane. Zamiast wokół krzyża wszystko kręci się wokół spraw społecznych, wyzwolenia, zmiany struktur, ochrony środowiska i równouprawnienia. Krzyż nie jest wtedy widziany jako znak zbawienia, lecz jako inspiracja do walki z niesprawiedliwością przez rewolucję, jako symbol niesprawiedliwości we współczesnym świecie.  Na miejsce zbawienia przez krzyż - wkracza próba samozbawienia.

Kto Ewangelię intepretuje bez klucza krzyża, lecz przy pomocy innych pomysłów i obcych Ewangelii ideologii, ten nie dostrzeże w krzyżu znaku pociechy i nadziei. Dla niego ważne są inne pojęcia i symbole. Stąd spotykamy dziś nieraz zjawiska wewnętrznie sprzeczne jak na przykład próby stworzenia „chrześcijaństwa bez krzyża”, w którym krzyż nie jest centralnym znakiem zbawienia. 

Takie chrześcijaństwo nie byłoby jednak niczym innym jak tylko jedną z wielu świeckich doktryn o zbawieniu. Nawet gdyby przejściowo było bardzo popularne, nie przetrwałoby próby czasu i pewnego dnia jak wiele innych świeckich nauk o zbawieniu znalazłoby się na śmietniku historii.

We współczesnych zawirowaniach w sprawach wiary chrześcijańskiej i różnych jej nurtów i wspólnot dobrym sprawdzianem ich prawdziwości jest to, czy krzyż jest sercem ich wiary i przepowiadania. Można zatem łatwo rozróżnić między prawdziwą Ewangelią a czysto ludzkimi usiłowaniami samozbawienia.

Krzyż Jezusa Chrystusa nie jest programem ulepszenia świata ani drogą samozbawiania. Jest we właściwym sensie programem „przewyższenia świata”, zwycięstwa nad światem, bo jest początkiem nowego, innego świata, który pochodzi nie od ludzi, lecz od Boga. Jego światło przebija się w wielkanocny poranek poprzez zwycięski krzyż Chrystusa i nam będącym jeszcze w „łez dolinie” obiecuje pokój i szczęście.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Słowo Życia na Niedzielę Palmową 14.04.2019.

Od „Hosanna” do „Ukrzyżuj Go!”

Ewangelia: Łukasz 19, 28-39
           oraz Pasja: Łk 22,1- 23,56.

 

„Hosanna Synowi Dawida!” – „Błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pańskie. Pokój w niebie i chwała na wysokościach! (Łk 19, 38) - tym radosnymi okrzykami zachwyconego tłumu, towarzyszącymi wjazdowi Jezusa do Jerozolimy, rozpoczyna się ostatni tydzień Jego doczesnego życia. Słowa zgadzają się, są prawdziwe, ale wydźwięk jest fałszywy. Bo po entuzjastycznym powitaniu ów nastrój w kilka dni później przemienia się w diametralne przeciwieństwo - w wołanie: 

„Ukrzyżuj, ukrzyżuj Go!”(Łk 23, 21).

Dlaczego? Bo Jezus, w którym pokładano wielkie nadzieje, że okaże się potężnym królem, ich całkowicie zawiódł. Bo nie przyjął i nie wypełnił spełnił roli, jaką na Niego projektowano. Bo zawiódł tęsknoty zawieszone w próżni.

Człowiek ma czcić i wielbić Boga, a nie swoje marzenia. Nasze wiwatowanie i gloryfikujące okrzyki należą się Bogu i Jego woli, a nie zamkom budowanym w powietrzu lub na lodzie.

Orędzie Jezusa nie jest spełnieniem naszych osobistych czysto doczesnych tęsknot. Jego życie i przepowiadanie są właściwie prowokacją, która obnaża nasze życzenia i marzenia właśnie „w tym czułym miejscu”, gdzie one są nacechowane miłością własną i urzeczywistniane kosztem drugich.

„Hosanna!” - krzyczy tłum w zachwycie podczas wjazdu Jezusa do Jerozolimy. Na fali tego zachwytu Jezus mógłby wraz z tłumem przepędzić ówczesnych władców i zaprowadzić Królestwo Boga! Ale nic takiego się nie dzieje! On zamiast święcić triumf i delektować się popularnością i sukcesem, ma na oku inny cel: wnętrze człowieka. Z punktu widzenia świata zawiódł całkowicie!

Zawiódł lud, który zamiast się nawrócić, żąda jakichś nadzwyczajnych znaków i cudów!

Zawiódł uczonych w Piśmie, którzy lękają się o ich stan znaczenie i wpływy posiadania w zakresie religijnym. 

Zawiódł uczniów, którzy Go nie rozumieją. 

Na koniec pozostaje tylko pogarda, szyderstwo i naigrawanie się:

- przez strażników i żołnierzy, którzy sadystycznie rozkoszują się Jego bezsilnością, 

- przez Heroda, dla którego Jezus nie uczynił żadnego cudu, choć ten tak bardzo tego pragnął;

- przez Piłata, który obmywa swoje ręce na znak niewinności; 

- przez lud, bo Jezus nie spełnił jego oczekiwań i okazał się bezsilny; 

- przez łotra urągającemu Jezusowi z krzyża: „Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas”.

Tylko jeden przełamuje to pasmo szyderstwa – ów drugi łotr na krzyżu.  W przestępcy, który patrzy śmierci w oczy, zwycięża wiara, i dlatego modli się: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego Królestwa”.

A Jezus nawet w ostatniej godzinie swego życia, tuż przed śmiercią – jest przykładem dla wszystkich. Modli się za swoich wrogów, a żałującemu łotrowi udziela rozgrzeszenia i jedna go z Bogiem: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju”.

W ostatnim momencie swego życia czyni Jezus to, co czynił przez całe życie - wszystkim ludziom otwiera drzwi do domu swego Ojca. Nikt nie powinien stać przed zaryglowaną bramą. On przepowiadał i życiem objawiał bezgraniczne i bezwarunkowe miłosierdzie Boga i w ten sposób zakwestionował obraz Boga zastanej religii i tamtych czasów. Sprzeciwił się jednoznacznie i zdecydowanie oczekiwaniom Jemu współczesnych, którzy chcieli w Nim widzieć Mesjasza, uwalniającego Izrael z rzymskiej okupacji. Dlatego wjeżdża do Jerozolimy na oślęciu – symbolu pokory i pokoju.

Każdy, kto opowiada się za Jezusem i chce iść za Nim, musi być gotowy na „karierę do dołu”, która jest przeciwieństwem wdrapywania się po szczeblach „ku górze”. Żaden człowiek nie może zatem żyć poniżej tych wymagań i tej poprzeczki, jaką ustawił Jezus, ponieważ sam Bóg wybrał właśnie taką drogę pokory i uniżenia „zstępując” w nasz świat i stając się człowiekiem. Jezus oczekuje od wszystkich wyznawców prostoty, pokory i służby bliźnim. Chrześcijaninowi nie wolno pochylać się przed władcami tego świata, przed tymi, którzy o wszystkim decydują; ma kłaniać się i pochylać wobec tych, którzy nie mają nic do powiedzenia, niewiele w tym świecie znaczą.

A teraz osobista refleksja: może w tym tygodniu – jeśli zdecydujemy się iść razem z Jezusem aż do Wielkanocy – odkryjemy, jaką rolę odgrywamy w Pasji Jezusa - w Jego męce? Czy nie jestem też winien Jego męki i śmierci? Z jakimi negatywnymi postawami tamtych oprawców i świadków drogi krzyżowej Jezusa winienem się identyfikować? Może pęknie coś w moim sercu, jak u skruszonego łotra, i poznam - jak on - że niemoc na krzyżu jest mocą Miłości?

Gdy Jezus rozciągnięty na krzyżu, wisząc między niebem a ziemią, krzyczał: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” (Mt 27,46), wydarzyło się coś nieodwołalnego: - Bóg sam zburzył i przekreślił, po prostu „ukrzyżował”, wszystkie fałszywe obrazy, wyobrażenia, życzenia i marzenia, jakie ludzie sporządzili sobie o Nim. Krzyż Jezusa ukazuje prawdziwe oblicze Boga: to moc i potęga w bezsile, to całkowicie wydające się oddanie, to bezbronna miłość, to wydanie siebie samego. 

Bóg zstąpił na samo dno, na punkt zerowy ludzkiej egzystencji, by złamać ostrze dręczącego wszystkich pytania: „dlaczego cierpienie?”. Na to pytanie nie ma pełnej odpowiedzi. Część odpowiedzi kryje w sobie sama kondycja człowieka, jego stworzoności, jego losu, jego życia na ziemi. Głębszy wgląd w tajemnicę cierpienia daje kontemplacja cierpiącego Jezusa, rozważanie Męki Pańskiej, do której ten Wielki Tydzień nas zaprasza. Jego cierpienie ma wymiar zbawczy.

Dlaczego Bóg wybrał taką drogę dla Jezusa? - to Jego tajemnica. Przeczuwamy jedynie: Taka jest miłość! Taka jest miłość Boga! Ona pochwytuje nasz krzyk i włącza go w krzyk Jezusa na krzyżu. Chrystus nie tylko zbawił świat przez cierpienie i krzyż, lecz także „odkupił i zbawił” samo cierpienie każdego człowieka. Jego męka będzie dla wszystkich do końca świata niewyczerpanym źródłem miłości.

Krzyż, dla jednych znak oburzenia, sprzeciwu i zgorszenia, bo Bóg wszechmocny i potężny Bóg nic przeciw temu krzyżowi cierpienia nie uczynił, jest dla innych pociechą, wsparciem i nadzieją, ponieważ Bóg nas wszystkich wraz z ukrzyżowanym Synem wywyższa – „podnosi w górę” – ku Niebu. W tym wymiarze – „na wysokości krzyża” - życie człowieka zyskuje nową godność i wielkość oraz niezniszczalną przyszłość – w Bogu!

Ks. Jerzy Grześkowiak

Słowo Życia na 5 niedzielę Wielkiego Postu
(rok C) 7.04.2019.

Nie bierzmy do rąk kamieni

Ewangelia: Jan 8,1-18

To wydarzenie ewangeliczne wstrząsa każdym, kto o nim słucha lub je czyta. Dramatyczna sceneria: kobieta przyłapana na cudzołóstwie, jej oskarżyciele i miłosierny, przebaczający Jezus. „Grzech należy nienawidzić, potępiać, ale grzesznika kochać” – tak brzmi stara reguła dotycząca obchodzenia się z ludźmi, którzy obarczyli się poważną winą. Odnajdujemy ją w tej Ewangelii w dwóch wypowiedziach Jezusa: „Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” – tymi słowy Jezus poleca tej grzesznej kobiecie zerwać z grzechem. Druga Jego wypowiedź: „I ja ciebie nie potępiam” ukazuje Jezusa jako miłosiernego Zbawiciela, który przyszedł, aby wzywać grzeszników, a nie sprawiedliwych (Mt 9,13).

Gdzie jest nasze miejsce w tej historii? Po stronie miłosiernego Jezusa, czy po stronie tych, którzy zamierzają ową kobietę zgodnie z prawem Mojżesza ukamienować? Słowa Jezusa do „nadgorliwych sędziów”: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”, uświadamia nam jednoznacznie, że wszyscy jesteśmy grzesznikami i potrzebujemy Bożego przebaczenia. Nikt z nas nie żyje tak cnotliwie, by miał prawo jako pierwszy wziąć kamień do ręki. Tymczasem jak często rzucamy na innych kamieniami – jakikolwiek kształt by one przybierały... 

Oskarżycielom w tej historii w zasadzie nie chodzi wcale o ową grzeszną kobietę ani o Jezusa. Ona jest tylko środkiem do celu. Już to jest w oczach Boga grzechem, że niestosowne zachowanie człowieka jest wykorzystywane, by na kogoś innego zastawić pułapkę. Uczeni w Piśmie i faryzeusze już kiedyś przynieśli mu monetę czynszową i chcieli Go pogrążyć, wymuszając odpowiedź na chytrze obmyślone pytanie, czy godzi się płacić podatek cesarzowi? Wtedy – myślą zapewne – zręcznie się wykręcił, ale teraz już nam się nie wywinie. Występują przecież w imieniu prawa, sprawiedliwości, wielkiej tradycji narodu, bo od samego Mojżesza pochodzącej: „W Prawie Mojżesz kazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?” Tym cwaniakom nie chodziło w owym momencie ani o moralność, ani o sprawiedliwość, ani nawet o poszanowanie Prawa.
To było zagranie wyłącznie taktyczne, dobrze zresztą obliczone. Chcieli postawić Jezusa w sytuacji bez wyjścia.

Jezus nie tylko ominął w sposób niezmiernie prosty zastawioną na Niego zasadzkę, ale właściwie uwolnił od śmierci właściwie już skazaną kobietę. Odpowiedź Jezusa zawstydza oskarżycieli i w milczeniu zaczynają odchodzić „jeden po drugim, poczynając od starszych, aż do ostatnich”. Tylko On sam – we wszystkim nam podobny oprócz grzechu – mógł rzucić na nią kamieniem potępienia. Ale On jej nie potępia – właśnie dlatego, że jest bez grzechu. Bo ten, kto jest bez grzechu, nigdy nie potępia nikogo, nie rzuca kamieniami niosącymi śmierć. Jezus zaś nie tylko jest bez grzechu, ale też od grzechu uwalnia. Każdego winnego i od każdego grzechu. Stąd Jego ostatnie słowo do uwolnionej kobiety: „I ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz!”. A to było tak, jakby ją umył w źródlanej wodzie. Tak jakby przywrócił jej dobre imię, to które utraciła. Nikt dotąd tego nie uczynił.

Jezus złamanego życia nie dobija kamieniami. On daje szansę każdemu człowiekowi nie banalizując winy. Osądza i potępia grzech, ale nie grzesznego człowieka.

Każdego czytającego ten fragment Ewangelii frapuje tajemniczy gest Jezusa piszącego palcem po ziemi. Po słowach oskarżycieli następuje cisza. „Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi”.

Pisanie w ciszy! Jezus „coś” pisze. O czymś takim nie wspomina żaden inny tekst Nowego Testamentu. Tylko w tym jedynym przypadku: Jezus pochyla się ku ziemi i pisze palcem. Nie znamy wcale treści tej jedynej notatki Jezusa. Jeżeli któryś ze świadków rozpoznał owe znaki na ziemi i umiał wyjaśnić ich sens, to zatrzymał to dla siebie; tego co przeczytał, dalej w tradycji nie przekazano. Widocznie nie było to takie ważne. Odczytanie owych liter, jeżeli faktycznie były to litery, nie wniosłoby nic znaczącego do zrozumienia tego gestu… Jezus daje tym gestem czas do namysłu – swoim przeciwnikom i stojącej przed nim kobiecie! Bo najważniejsze jest to, co następuje potem: Jego słowo przebaczenia i uwolnienia od grzechu stojącej przed nim, zapewne spłakanej kobiety: „I ja ciebie nie potępiam!”

Jezus pochyla się i pisze palcem po ziemi! Gdybyśmy tak potrafili pisać! Ta „notatka”, to niejako rozgrzeszenie – czy to nie są „dzieła zebrane” Jezusa?
W każdym bądź razie ta symboliczna czynność Jezusa mówi więcej aniżeli kilometrowe rzędy regałów z książkami w bibliotekach świata. 

Pisać i czytać – to umie człowiek od wieków. Ale gdy wpatrzymy się dobrze w Jezusa piszącego palcem po ziemi i ten obraz zinterioryzujemy, to zabłyśnie nam myśl: do jakiej mądrości i poglądów można dojść, gdy przy szukaniu prawdy będziemy się kierować miłością i miłosierdziem!

Tak „pisać i czytać”, by ludzie biedni, uwięzieni, uzależnieni, uciskani, grzesznicy - wreszcie ujrzeli światło nadziei, bo przynosimy im Dobrą Nowinę o przebaczeniu, sprawiedliwości i wolności. A szkołą, gdzie tego się uczymy, jest naśladowanie Jezusa. 

 Zastanawiam się, czy Adam Asnyk kreśląc poniższe słowa o przebaczeniu miał w oczach obraz Jezusa piszącego palcem po piasku:

Jeśli wielkość duszy

w pełnym chcesz okazać blasku,

pisz dary na marmurze,

a krzywdy na piasku.

 

ks. Jerzy Grześkowiak

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 15.05.2019 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

 

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend