Bliżej Boga

Spokoju nie będzie, czyli jesteśmy na froncie wojny kulturowej

 

Wojna o dusze młodzieży

Problem polega na tym, że żadnego spokoju nie będzie, bo wojna już została przez drugą stronę wypowiedziana. Po ostatnich wyborach prezydenckich obserwujemy jedynie otwarcie nowego frontu oraz nową gwałtowną ofensywę. 

Tym razem oddziałami szturmowymi osłanianymi ogniem zaporowym przez polityków Platformy Obywatelskiej i Sojuszu Lewicy Demokratycznej są ideolodzy i bojówkarze ruchu LGBTQ. Ich zadaniem jest zdobywanie kolejnych przyczółków zarówno w przestrzeni symbolicznej, jak i społecznej.

Politycy opozycji nieprzypadkowo postawili na sojusz z agresywnym aktywem ideologicznego ruchu. Ich kalkulacja wynika m.in. z analizy struktury wiekowej elektoratu podczas ostatnich wyborów. Rezultatem jest konstatacja (podzielana zresztą także przez przedstawicieli rządzącej prawicy), że o wyniku przyszłej elekcji zadecydują głosy młodego pokolenia. 

Dlatego od pierwszej chwili po wyborach politycy opozycji zaangażowali się w wojnę kulturową, która ma być zarazem wojną o duszę młodzieży. Nadzieję na zwycięstwo widzą w połączeniu sił ze środowiskami genderowymi. Dlatego zakładają na twarz tęczowe maseczki, powiewają flagami LGBTQ, bronią aktów profanacji czy stają po stronie agresywnych bojówkarzy. 

Młodzież jako taran rewolucji

W dzisiejszym numerze tygodnika „Sieci” znajduje się mój tekst opisujący zjawisko wykorzystywania przez XX-wieczne totalitaryzmy młodzieży jako tarana rewolucji. Analogiczny mechanizm pojawia się w odniesieniu do ideologii gender. Dzisiejsza opozycja chce jak surfer wskoczyć na falę stworzoną przez ruch LGBTQ i użyć młodzieży jako tarana, który wyniesie ją do władzy.

Na czym opiera ona swoją nadzieję? Na zmianach cywilizacyjnych i kulturowych, które sprawiają, że młodzież oddala się od ideałów ogniskujących programy ugrupowań konserwatywnych, prawicowych i chrześcijańskich. Największy wpływ na młodych ma dziś socjalizacja przez kulturę masową, media i edukację, w tym także uniwersytety, gdzie dominują środowiska oraz idee lewicowo-liberalne. Opozycja może liczyć też na presję środowisk międzynarodowych, łącznie z instytucjami oenzetowskimi i unijnymi, które nie cofną się przed możliwością zastosowania szantażu finansowego. 

Trend nie jest korzystny dla obozu władzy. Wystarczy spojrzeć na liczby: o ile w 2015 roku w drugiej rundzie wyborów prezydenckich na Andrzeja Dudę głosowało około 60 proc. osób wieku 18-29 lat, o tyle w 2020 roku było ich już tylko 35 proc. A wszystko w sytuacji, gdy to właśnie ta grupa wiekowa została przez obecną ekipę rządzącą obdarzona bezprecedensową ulgą, czyli całkowitym zwolnieniem z podatku dochodowego przed 26. rokiem życia. Nie było to jednak wystarczającym magnesem, by zagłosować na Andrzeja Dudę. Ważniejsze okazały się inne argumenty. Nie ekonomiczne, lecz kulturowe. Na skutek rosnącego ogólnie dobrobytu coraz częściej młodzież jest tak zasobna i rodzinnie ustabilizowana w strukturach społecznych, że względy środowiskowe i światopoglądowe są ważniejsze od finansowych.

Badania przeprowadzone w ciągu ostatnich ośmiu lat przez renomowany ośrodek Pew Center Research w 108 krajach świata pokazały, że Polska jest globalnym liderem w spadku religijności wśród młodzieży (a także w osobistych deklaracjach przywiązania do wiary i uznania jej za ważny element życia). Rozziew między uczestnictwem w Mszach świętych pomiędzy pokoleniem rodziców a pokoleniem dzieci wynosi u nas aż 29 proc. O ile co niedzielę praktykuje swoją wiarę ok. 55 proc. osób powyżej czterdziestego roku życia, o tyle wśród nastolatków odsetek ten wynosi już tylko 26 proc. 

Kluczowe w bitwie o duszę młodzieży będzie więc starcie w sferze kultury. Dziś obóz centroprawicowy tę bitwę przegrywa w większości krajów Zachodu. W Polsce trendy są również podobne. Strona lewicowo-liberalna nie ukrywa, że posiada więcej atutów, które odwołują się do aspiracji młodzieży, stanowiąc mechanizm dystrybucji prestiżu i kształtując jej wyobraźnię („my mamy Nobla i Oscara, a wy co macie?… disco polo?”). 

Trzy drogi. Którą wybierze polska prawica?

Polska prawica ma przed sobą trzy drogi. 

Pierwsza polega na pogodzeniu się z rewolucją kulturową i przystosowaniu do niej swojego programu. To ścieżka zachodnich chadecji, które zaakceptowały lewicową agendę światopoglądową, a ich prawicowość ogranicza się głównie do sfery ekonomicznej, zwłaszcza podatkowej. Efekt jest taki, że niektóre partie chrześcijańsko-demokratyczne ochoczo popierają tam aborcję, eutanazję czy adopcję dzieci przez pary homoseksualne. W naszym kraju oznaczałoby to odpływ dużej części elektoratu, dla której takie rozwiązanie byłoby zdradą własnej tożsamości ideowej. 

Drugi kierunek to uchylenie się od udziału w wojnie kulturowej i skoncentrowanie na innych sferach, głównie socjalnej i gospodarczej, w nadziei, że wyborcy dostrzegą sukcesy w tych dziedzinach i docenią to przy urnach podczas głosowania. Problem polega na tym, że ten mechanizm nie sprawdził się nigdzie na Zachodzie, dlatego że w międzyczasie następowało stałe przesuwanie się istniejącego konsensusu społecznego na lewo. Było to wynikiem zmian dokonujących się w mentalności elektoratu kształtowanego nieustannie przez ośrodki opiniotwórcze jednej tylko strony ideowego konfliktu.

Jest wreszcie trzecie wyjście, które jako jedyne daje szanse na przekonanie większości Polaków, że utopijne programy inżynierii społecznej w duchu neomarksistowskim są niebezpieczne dla nas, zarówno na poziomie indywidualnym, jak i wspólnotowym, przede wszystkim jako zamach na naszą wolność. Kto chce się przeciwstawić ideologicznym projektom w rodzaju gender, ma po swojej stronie naukę, logikę, prawo naturalne i zdrowy rozsądek. Po tamtej stronie jest odmowa dyskusji na racjonalne argumenty i gra na emocjach; są próby wymuszania, zastraszania, szantażowania i karania za poglądy. Agresywni ideolodzy i bojówkarze, dążący do destrukcji fundamentów życia społecznego, przedstawiani są jako bezbronne ofiary uciskane przez system. 

Żeby się tej ofensywie przeciwstawić, trzeba mieć narzędzia docierania do ludzi i uświadamiania ich, z czym naprawdę mamy do czynienia. Chodzi jednak o coś więcej niż publicystyczna polemika. Skoro za tamtą stroną stoi określony projekt kontrkulturowy, który jest w atrakcyjny sposób przekazywany młodzieży, to trzeba mieć instrumenty, by móc zaprezentować jako alternatywę swój własny projekt kulturowy. Bez podjęcia tego wyzwania Polskę czeka droga katolickich niegdyś Hiszpanii, Irlandii czy Malty

Autor: Grzegorz Górny

Dlaczego cierpienie? (4)

Jak wynika z poprzednich rozważań, żadne próby odpowiedzi na pytanie „Dlaczego cierpienie?” nie zadowalają człowieka. Czy w ogóle istnieje taka odpowiedź, którą człowiek byłby gotów uznać za zadowalającą? A skoro skazani jesteśmy w tym szukaniu na niepowodzenie, to może lepiej zrezygnować z dalszych pytań, a nawet z buntu, i za Mieczysławem Jastrunem przyznać jednak cierpieniu jakieś „walory poznawcze”?

Cała rzecz – odejść stąd bez bólu –

Tymczasem byt jest synonimem bólu

Ta garść prochu miała zbyt wielkie pretensje

Nie można poznać świata – 

można go tylko zgłębić cierpieniem.

W zmaganiu o wyjaśnienie sensu cierpienia wolę raczej zaakceptować jego istnienie jako coś, co należy z konieczności do egzystencji człowieka, a także z racji jakiejś ewentualnej jego drugorzędnej „przydatności”, aniżeli ulegać przesadnemu mistycyzmowi upatrującemu w cierpieniu wartość samą w sobie lub – co gorsze – „wolę Bożą”. Wystrzegam się jak ognia, by kogoś, kto został dotknięty jakimś wielkim cierpieniem (wypadek, ciężka choroba, śmierć bliskiej osoby) nie próbować pocieszać utartą, powiem wprost - uwłaczającą Bogu formułką: „wola Boża”! Trudno mi też zrozumieć wszystkich, którzy tak kwitują tego rodzaju sytuacje. Choremu lub pogrążonemu w cierpieniu człowiekowi, który mówi: „Widocznie taka jest wola Boża”, odpowiadam z przekonaniem: „Nie! Nie mów tak, bo w ten sposób czynisz Bogu ogromną krzywdę. Bóg nie może chcieć Twojego cierpienia i nieszczęścia. Czy Ty chciał(a)byś cierpienia dla Twego dziecka lub współmałżonka, dla Twoich rodziców i bliskich? Nie, bo ich kochasz. Tak też Bóg-Miłość nie może tego zła chcieć dla Ciebie. I błagam nie powtarzaj przypadkiem bluźnierczych morałów w stylu: „Kogo Bóg miłuje, tego doświadcza”. Jeżeli tak miałoby być, to dziękuję za taką miłość”.

Tak więc całym swym bytem protestuję również przeciw stwierdzeniu Simone Weil: „Nie powinnam kochać mojego cierpienia dlatego, że jest przydatne, ale dlatego, że jest”.

W przesadnym idealizowaniu i umiłowaniu cierpienia posuwa się ona nawet do tezy:

Cierpienie to wyższość człowieka nad Bogiem. Trzeba było Wcielenia, aby ta wyższość nie była czymś gorszącym. (…)

Mówić jak Iwan Karamazow: nic nie może wynagrodzić jednej jedynej łzy dziecka. A jednak godzić się na wszystkie łzy i na te niezliczone okropności, przewyższające jeszcze łzy. Godzić się nie dlatego, że być może są w jakiś sposób wynagrodzone, ale dla nich samych. Godzić się na to, aby były, po prostu dlatego że są.

Reakcją na takie poglądy może być według mego przekonania tylko głośny protest: To nie może być prawdą! Odwołując się do autorytetu niedawno zmarłego O. Wacława Hryniewicza (mojego ulubionego wykładowcy na KUL), powtórzę za nim: „Cierpienie samo w sobie nie jest dobrem. Cierpienie nie ma immanentnego sensu”. 

Cierpienie zostaje poddane gloryfikacji, gdy zapomina się o historycznych przyczynach, które zaprowadziły Jezusa na krzyż. Wtedy zamiast głosić opór wobec cierpienia, postuluje się cierpliwą uległość wobec niego, poddanie się, rezygnację.

Konieczny zaś jest sprzeciw, cierpienie samo w sobie nie jest bowiem czymś dobrym i miłym Bogu. Dlatego naśladowanie krzyża oznacza dziś w pierwszym rzędzie, że mam, jak Jezus, angażować się w to, aby nasi bracia stali się wolni, a nasze siostry szczęśliwe. Ale jeśli tak postępujemy – nie w utopiach, lecz każdy we własnym miejscu, tu i teraz – wówczas w obliczu sprzeciwów świata podobnie jak Jezus niechybnie doświadczymy cierpienia i trafimy na krzyż.

Na dręczące człowieka pytania o sens cierpienia nie ma zatem odpowiedzi z patentem, a recepty przedwczesne i połowiczne nie rozwiązują istotnego problemu. Wszelkie łatwe, gładkie, tanie i pobożne odpowiedzi nie przechodzą lekko przez usta zwłaszcza wtedy, gdy samemu jest się dotkniętym wielkim cierpieniem. Przyznaję zatem w pełni rację Hansowi Küngowi (teolog – Szwajcaria), który słusznie pyta: 

„Czy każda odpowiedź na pytanie, „dlaczego cierpienie?”, nie jest tylko przemądrzałym mózgowym argumentowaniem, które cierpiącemu daje tyle samo, co głodnym i spragnionym wykład o higienie i składzie chemicznym pokarmu i żywności? (...) Ani filozofowanie, ani psychologizowanie bądź moralizowanie – nic z tych rzeczy nie przemieni ciemności zła i cierpienia w światło. Nie jesteśmy przecież w stanie sięgnąć poza granicę zamiarów Boga wobec świata. Także ci, co „potrafią” wszystko wyjaśnić, którzy wszystko najdokładniej udowodnią, że właśnie tak musi być, i że tak jest najlepiej, zawodzą w czas doświadczenia osobistego cierpienia i zostawiają nas samych.

A w innym miejscu pisze:

Nie możemy nie przyznać, że jeśli cierpienia nie objaśnia ani teologiczna, ani antyteologiczna „teoria”, to w takim razie wymagana jest inna postawa. Jest to mój pogląd, który dojrzewał dziesiątki lat, dla którego do dziś nie znalazłem żadnej innej, przekonywającej alternatywy: cierpienia, ogromnego, niezawinionego, pozbawionego sensu cierpienia nie należy – zarówno na płaszczyźnie indywidualnej, jak i społecznej – pojmować teoretycznie, lecz trzeba je tylko praktycznie znosić.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Kahlil Gibran - Przypowieści o sensie życia 

W moich wypisach znalazłem niedawno kilka notatek sprzed wielu lat z książki pt. „Błazen” autorstwa arabsko-amerykańskiego pisarza Kahlila Gibrana (tłum. ks. Kazimierz Wójtowicz, „Przewodnik Katolicki” 1976 nr 42.)

Tytułowy „błazen” budzi się z głębokiego snu i spostrzega ku swemu zdziwieniu, że ktoś w tym czasie ukradł Mu wszystkie maski, a miał ich siedem. „Zdemaskowany” błazen po chwilowym szoku w konfrontacji z życiem znajduje jednak wolność i bezpieczeństwo. Swoje sądy może teraz wygłaszać bez żadnej obawy – nawet bez maski… Autor pełnej poezji książki przez obrazy i opowiadania zwraca uwagę na inną niż ziemska rzeczywistość.

 

O dawaniu i braniu

Żył kiedyś pewien człowiek, który posiadał całą masę igieł do szycia. Pewnego dnia przyszła do niego Matka Jezusa z prośbą: „Przyjacielu, porwała się szata mego Syna i muszę ja zacerować zanim pójdzie On do świątyni. Czy nie zechciałbyś mi użyczyć jednej igły?”

Człowiek ten odmówił jej, wygłaszając przy tym wspaniałomyślną mowę o dawaniu i braniu. To powinna była opowiedzieć Synowi, zanim udał się do świątyni.

 

Lunatyczki

W moim rodzinnym mieście żyła kiedyś matka z córką. Obie były lunatyczkami. Pewnej nocy, gdy świat cały pogrążył się w milczeniu, matka i córka spotkały się we śnie, w ich ogrodzie zasłanym mgłą.

I matka przemówiła w te słowa: „Mam cię w końcu, ty wrogu! Tyś złamała moją młodość i na ruinach mego życia budujesz swoją wielkość. Ja cię zabiję!”

A córka odpowiadając rzekła: „Przeklęta babo, samolubna starucho! Ciągle mi stoisz na drodze do wolności. Chcesz, aby me życie było wciąż tylko echem twojego życia. Ach, obyś w końcu padła trupem!”

W tym momencie kogut zapiał i obie kobiety obudziły się. Z niezwykłą łagodnością zapytała matka: „Tyś to, moje serce?”. „Ja, mamo kochana” – słodko odpowiedziała córka…

 

Lis

O wschodzie słońca lis przyjrzał się swemu cieniowi i powiedział: „Dziś na obiad zaserwuję sobie wielbłąda”. Całe pół dnia szukał wielbłądów.

W południe przyjrzał się znowu swemu cieniowi i powiedział: „No, mysz też mi wystarczy”.

 

Oko

Pewnego dnia oko rzekło: „Za tymi dolinami w niebieskiej mgle widzę górę. Czyż to nie cudowne?”.

Ucho słuchało uważnie, a po chwili odpowiedziało: „Góra? Nie słyszę jej.”

Na to dodała ręka: „Próbuję ją bezskutecznie dotknąć. Nie znajduje żądnej góry.”

Nos jeszcze dorzucił: „Nic tu nie czuć górą, więc jej nie ma.”

Wówczas odwróciło się oko w inną stronę. Reszta dyskutowała dalej o tym dziwnym złudzeniu i na koniec skonstatowano: „Z okiem coś nie gra.”

Ks. Jerzy Grześkowiak

Dlaczego cierpienie? (3)

Człowiek wierzący w Boga może różnie tłumaczyć i usprawiedliwiać cierpienie. Może odwołując się do biblijnego opisu upadku w raju obarczać winą „Adama i Ewę” i powiedzieć: „To oni tak ładnie nas urządzili, ponieważ przez swe nieposłuszeństwo Bogu wprowadzili w świat chaos, rozdarcie i cierpienie”. A zatem to nie Bóg, lecz sam człowiek jest odpowiedzialny za cierpienie istniejące w świecie. Papież Benedykt XVI pisze: 

Cierpienie przynależy do ludzkiej egzystencji. Pochodzi ono z jednej strony z naszej skończoności, a z drugiej strony z ogromu win, jakie nagromadziły się w ciągu historii i jakie również obecnie bez przerwy narastają (Encyklika „Spe salvi’ nr 36).

 Bóg nie chciał i nie stworzył cierpienia, ono przyszło na świat przez grzech człowieka. Człowiek cierpi zatem „przez szatana” - z powodu „grzechu świata” (grzech pierworodny) i z powodu grzechów osobistych. Taką teorię na temat cierpienia wypracował św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), zbierając odpowiedzi na pytanie o cierpienie z pierwszego tysiąclecia chrześcijaństwa, i swoim autorytetem wycisnął piętno na drugim, bo Kościół w swoim urzędowym nauczaniu przejął jego naukę. W tej interpretacji cierpienie jest zatem karą za grzech, za nieposłuszeństwo wobec Boga. Szatan (upadły Anioł) jako pierwszy zbuntował się przeciw Stwórcy i Jego planom, a następnie wciągnął w swój bunt człowieka. Adam i Ewa są tu figurami symbolizującymi cały rodzaj ludzki. Oni byli wtedy całym rodzajem ludzkim, byli jak komórka, z której później wykształca się organizm. Nieposłuszeństwo tych dwojga było uderzeniem w fundament, w podwaliny, na jakich został ukształtowany nasz świat. W człowieku, który okazał nieposłuszeństwo swojej naturze, nieposłuszeństwo wypowiedziały również jego zmysły – i tak pojawiły się lęk, agresja, gniew, pożądliwość. Konsekwencje tego buntu rozlały się na całą ziemię, cała natura doznała jakiegoś pęknięcia. Zwierzęta zaczęły zwalczać siebie nawzajem, mikroby zaczęły atakować człowieka, a człowiek zaczął ujarzmiać gwałtem przyrodę, która na swój sposób odpowiada „gwałtem na gwałt”.

Czy jednak w takim tłumaczeniu przyczyn zła i cierpienia Bóg nie jawi się jako istota bardzo surowa, mściwa, okrutna i niesprawiedliwa, jeżeli wszystkie pokolenia muszą cierpieć z winy ich protoplastów? Czy rzeczywiście Bóg jest Miłością, skoro będąc wszechmocnym mógłby ten stan udręczenia zmienić i usłać życie człowieka różami, a tego nie czyni?

Drugi sposób interpretacji cierpienia polega na tym, że ktoś wierzący w Boga nie Jego oskarża za cierpienia w świecie, ale odwołuje się do  faktu, iż wiele cierpień fizycznych i duchowych człowiek sprowadza sam na siebie przez złą wolę, niemoralne postępowanie, lenistwo, bezmyślność, nieostrożność bądź głupotę (na przykład: zawinione wypadki drogowe, kary więzienne, zawiniony rozpad małżeństwa, choroby spowodowane nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, pozamałżeńskim współżyciem seksualnym, środkami antykoncepcyjnymi, nadużywaniem tytoniu i narkotyków itp.). Szymon Hołownia (niedawny kandydat na prezydenta) pisze tak:

„Odpowiedź Kościoła jest wyraźna – to nie Bóg stworzył zło. Zło nie jest jakimś osobnym bytem, ciemną materią, którą utkał jakiś Antybóg, zło jest od początku do końca dziełem Bożych stworzeń. Konsekwencją sytuacji, kiedy wyposażone w wolną wolę stworzone prze Boga istoty, czyli aniołowie i ludzie, nie wybierają dobra. Bóg nie morduje ludzi, ludzi mordują inni ludzie. Bóg nie jest przyczyną łez zdradzonej kobiety, „stworzył” je, przywołał na świat jej godny pożałowania mąż. To nie Bóg głodzi dzieci w Trzecim Świecie, ale ja i ty, którzy żyjemy, kupujemy i zarządzamy naszymi środkami tak, że inni nie mają co do garnka włożyć.”

W kontekście religijnym jest i trzecia forma usprawiedliwiania cierpienia. Można bowiem z całym powodzeniem sprytnie udowodnić, że wiele ludzkich cierpień to tylko „zło pozorne”, odczuwane jako zło teraz i tutaj, w tym świecie, ale w ostatecznym rozrachunku te cierpienia mają swój sens dla „przyszłego świata” i zaowocują dobrem. Bóg jako wszystkowiedzący i dobry Ojciec wie, co jest prawdziwym dobrem człowieka, i dlatego nie daje człowiekowi tego, czego pragnie, bądź dopuszczając nań różne niepowodzenia i dolegliwości ochrania go przed złem jeszcze większym. W pogmatwanych przeróżnych bolesnych losach ludzkich winniśmy zatem widzieć mądrą rękę Bożej Opatrzności, a w cierpieniach Boże lekarstwo, które cierpiącemu „wychodzi na dobre” uszlachetniając go, pomnażając jego cnoty i przygotowując na szczęście w niebie. 

Bardzo przydatna jest w tej argumentacji analogia do relacji: dziecko – rodzice. Dziecko cierpi, bo uzależnione od rodziców musi podporządkować się temu, co oni uważają dla niego za dobre, pożyteczne i ważne. Dziecko płacze, krzyczy, złości się, gdy rodzice myją mu twarz, gdy lekarz daje mu zastrzyk, gdy wlewa mu się do gardła niezbędne lekarstwo, gdy usuwa się z jego zasięgu pociągające, ale niebezpieczne dla niego przedmioty, gdy zakazuje mu się z ważnych pedagogicznych racji tego i tamtego. Ono buntuje się, bo nie wie, nie może jeszcze wiedzieć, że rodzice czynią to wszystko dla jego dobra. Podobnie jest w relacji: człowiek-Bóg. Jak często człowiek biadoli i protestuje, gdy nagle krzyżują się jego plany, gdy w jego życie wdziera się choroba, utrata czegoś ważnego, bolesne rozstanie, cierpienie i śmierć. Na pytanie, „dlaczego?”, nie ma wtedy jasnej odpowiedzi. Wszystko pozostaje tajemnicą. Odpowiedź jest właściwie tylko jedna, a znalazłem ją kiedyś w słowach strapionych rodziców jako napis na grobowcu ich młodej córki: „Bóg wie, dlaczego!” 

Tak, Bóg wie, co dla człowieka jest autentycznym dobrem w perspektywie jego ostatecznego przeznaczenia. Można próbować w ten sposób siebie i innych pocieszać. I niewątpliwie wielu chrześcijan doświadcza, że przyjęte cierpienie w jakimś sensie ich ubogaciło, że przez nie ich wiara stała się dojrzalsza, że stali się wdzięczniejsi wobec Boga i ludzi, i bardziej zdolni do miłości. Ale czy obraz Boga jako surowego pedagoga, który świadomie zsyła nam cierpienie w celach wychowawczych nie jest mylny? Nie ma zatem chyba nikogo, kto nie przyznałby racji słowom Johannesa B. Brantschena:

„Czy myślimy „bosko” o Bogu, kiedy interpretujemy Go sobie jako srogiego Wychowawcę, Pedagoga? Czy Bóg nie byłby wówczas złym Pedagogiem? Doświadczenie uczy, że kto jako dziecko był często i mocno bity, ten jako dorosły oddaje cios. Będzie wściekać się na siebie i na innych. (…) Rózga w domu i kij w szkole zrobiły z tych, którzy je poczuli, raczej ludzi pełnych lęku, nienawiści i ducha poddaństwa niż szczęśliwe dzieci Boże. Bóg jednak pragnie uczynić z nas wolnych synów i córki, którzy mogą iść przez życie z podniesioną głową, bez nienawiści i resentymentów. Jest myślą nie do zniesienia wyobrażać sobie Boga jako przedstawiciela „czarnej pedagogiki”, a więc wychowania przemocą i strachem.”

Ks. Jerzy Grześkowiak

Co nam grozi ze strony LGBT? - Modlitwa to „myślozbrodnia”…

 

Wydawać by się mogło, że w dotkniętych pandemią i pogrążonych w kryzysie ekonomicznym Włoszech są ważniejsze sprawy niż realizacja postulatów środowisk LGBTQ.

Okazuje się jednak, że w obecnej sytuacji politycy na Półwyspie Apenińskim jako priorytet potraktowali właśnie walkę z „homotransfobią”. Projekt nowego prawa w tej sprawie, przedstawiony przez Alessandro Zana – deputowanego współrządzącej centrolewicowej Partii Demokratycznej, wszedł na szybką ścieżkę legislacyjną i z parlamentarnej arytmetyki wynika, że może zostać wkrótce uchwalony.

Kara za „myślozbrodnię”

„Ustawa o ‘przeciwdziałaniu homotransfobii’”, zwana też ‘ustawą Zana’, przewiduje do sześciu lat pozbawienia wolności za akty przemocy wobec społeczności LGBTQ oraz do półtora roku więzienia za ich ‘dyskryminację’ – przy czym nie jest sprecyzowane, co kryje się pod tym pojęciem. Inne kary, jakie są przewidywane w tym projekcie, to m.in. odebranie prawa jazdy i paszportu, zakaz wychodzenia z domu w określonych godzinach czy obowiązek odbycia prac społecznych na rzecz organizacji gejowskich.

Wiele środowisk chrześcijańskich i prorodzinnych twierdzi, że ustawa ma charakter dyskryminacyjny. Ich zdaniem nowe prawo ograniczy wolność słowa, a nawet wolność religijną, jeśli karana będzie np. krytyka zachowań homoseksualnych oparta na cytatach biblijnych lub nauczaniu Kościoła. Już teraz niektóre organizacje LGBTQ chciałyby oskarżyć katolików wiernych Magisterium o dyskryminację, jednak nie mają ku temu wystarczającej podstawy prawnej. Dzięki ustawie Zana zyskają broń, by móc uciszyć tych, którzy wyrażają wątpliwości co do natury ich związków. We Włoszech wciąż pamiętany jest przykład Rocco Buttoglione, który nie został członkiem Komisji Europejskiej tylko dlatego, że oświadczył, iż w sprawie homoseksualizmu podziela nauczanie Kościoła. Został ukarany za „myślozbrodnię”.

Proboszcz, burmistrz i karabinierzy

W związku z tym w niektórych parafiach wierni zaczęli się modlić w intencji odrzucenia przez parlament kontrowersyjnej ustawy. Tak było m.in. w kościele św. Mikołaja w Lizzano w diecezji Tarent, gdzie miejscowi parafianie 14 lipca postanowili zorganizować czuwanie modlitewne, by prosić Boga o ochronę naturalnej rodziny oraz zablokowanie antywolnościowej ustawy. Zwrócili się do proboszcza ks. Giuseppe Zito, który wyraził zgodę na odmówienie w świątyni różańca w tej intencji.

O inicjatywie dowiedzieli się jednak aktywiści ruchu LGBTQ, którzy okrążyli kościół. Grozili osobom wchodzącym do środka i przeszkadzali w modlitwie, wznosząc obraźliwe okrzyki. Przestraszony proboszcz wezwał telefonicznie karabinierów, którzy przybyli na miejsce i zaczęli legitymować demonstrantów, nie mających pozwolenia na organizowanie protestu i zakłócających spokój modlących się.

Wkrótce potem jednak pod kościołem zjawiła się burmistrz Lizzano – Antonietta D’Oria, która zamiast poprosić nielegalnych manifestantów o rozejście się i uszanowanie konstytucyjnej wolności wyznania, zaczęła krzyczeć na karabinierów, by zostawili w spokoju protestujących, a zamiast tego wylegitymowali wiernych zgromadzonych w świątyni. Dodała przy tym, że jest jej wstyd za modlących się w kościele. Szef karabinierów odmówił jednak wykonania żądań Antonietty D’Oria, mając zresztą po swej stronie zapisy konstytucji i konkordatu.

Podział na dwa Kościoły: zły i dobry

Jeszcze tego samego dnia wieczorem pani burmistrz zamieściła na Facebooku wpis, w którym przeciwstawiła sobie dwa Kościoły: dobry i zły. Dobry jest tolerancyjny, natomiast zły, do którego należy proboszcz parafii św. Mikołaja, jest nietolerancyjny. Antonietta D’Oria napisała:

Kościół jest matką i żadna matka nigdy nie modliłaby się przeciwko swoim dzieciom. Bez względu na ich uzasadnioną orientację seksualną. 

Pierwsza obywatelka Lizzano zapewne zapomniała, że wyrazem miłości matki wobec dzieci są także zakazy, dzięki którym dziecko może uniknąć wyrządzenia sobie krzywdy. Powyższa historia pokazuje jednak przedsmak tego, co może czekać Włochy, gdy ustawa Zana zostanie przyjęta. Można być pewnym, iż środowiska LGBTQ będą wywierać presję na prokuraturę i sądy, by takie modlitwy, jak ta w kościele św. Mikołaja, nie pozostały bez kary.

Biskup wyraża głębokie ubolewanie

Najbardziej symptomatyczna wydaje się jednak reakcja ordynariusza diecezji Tarent, arcybiskupa Filippo Santoro. Być może ona także stanowi zapowiedź tego, co czeka Italię po uchwaleniu prawa o przeciwdziałaniu „homotransfobii”. Miejscowy hierarcha postanowił wkroczyć do akcji, ponieważ sprawa stała się głośna w całych Włoszech. W mediach lewicowych i liberalnych na organizatorów czuwania modlitewnego spadła fala krytyki, a samo przedsięwzięcie uznano za działanie „homotransfobiczne”. 16 lipca arcybiskup wydał więc oficjalne oświadczenie, w którym napisał m.in.:

Wyrażam głębokie ubolewanie z powodu wydarzeń, które niedawno miały miejsce w parafii św. Mikołaja w Lizzano i które były szeroko komentowane w mediach. Chwila modlitwy, która z natury jest i powinna być momentem zbiorowym, jednoczącym wspólnotę chrześcijańską, stała się niestety powodem podziałów i sprzeciwu. Kościół jest Matką wszystkich swoich dzieci i jako taki przyjmuje i kocha wszystkich bez różnicy. (…) Chcę, aby wzrastał Kościół, który jest zdolny do budowania «mostów«, do budowania relacji, do tworzenia możliwości, a nie do wznoszenia murów oddzielających.

Arcybiskup Santoro przyjął więc argumentację burmistrz, uznając, że modlitwa stała się „powodem podziałów i sprzeciwu”. W dalszej części oświadczenia napisał co prawda, że podziela oficjalne stanowisko Episkopatu z 10 czerwca, sprzeciwiające się wprowadzeniu nowej ustawy (ponieważ „istnieją już odpowiednie zabezpieczenia, dzięki którym można zapobiegać wszelkim aktom przemocy lub prześladowań i je zwalczać”), jednak dodał, że „nie wymachuje się bronią wiary, tak jak w tym samym czasie nie można wymachiwać bronią żadnej ideologii”.

Zgodnie z logiką tego oświadczenia możliwy jest urzędowy sprzeciw Konferencji Episkopatu Włoch wobec przyjęcia kontrowersyjnej ustawy, natomiast niedopuszczalne są publiczne modlitwy w tej intencji, ponieważ nie budują mostów, lecz wznoszą mury.

Jak Alicja w Krainie Czarów

Wiele środowisk katolickich staje jednak w tym sporze po stronie proboszcza a nie biskupa. W wywiadzie dla portalu La Fede Quotidiana prawnik Gianfranco Amato, przewodniczący organizacji Jurists for Life, powiedział, że solidaryzuje się z księdzem „jako jednym z nielicznych, którzy mają wciąż jeszcze odwagę ujawniać się i modlić zarówno za naturalną rodzinę, jak i przeciw tej katastrofie, jaką jest prawo Zana-Scalfarotto”. Skrytykował natomiast postawę ordynariusza Tarentu, mówiąc:

Biskupi nie zrozumieli, że jeśli to prawo przejdzie, to knebel, a właściwie kaganiec, zostanie również nałożony na nich. Konferencja Episkopatu Włoch zajęła stanowisko, ale wielu biskupów wydaje się być jak Alicja w Krainie Czarów, żyją w bańce.

Bańka pęknie zapewne w dniu, kiedy ustawa Zana zostanie przyjęta przez włoski parlament. Wtedy jednak na modlitwy może być za późno.

Grzegorz Górny

Reporter, eseista, publicysta, reżyser, producent filmowy i telewizyjny. Założyciel i redaktor naczelny kwartalnika „Fronda“ (w latach 1994-2005 i 2007-2012). Współautor i producent kilku cykli telewizyjnych dla TVP1, TVP2, TVP Polonia, TVP Historia, TV Puls, Polsat. W latach 2005-2006 redaktor naczelny tygodnika „Ozon“. Autor ponad 30 książek, ma na swoim koncie także 24 wydania zagraniczne w językach: angielskim (6 książek w USA), hiszpańskim, portugalskim, francuskim, niemieckim, węgierskim, chorwackim, słoweńskim, bułgarskim. Laureat wielu nagród dziennikarskich, filmowych i książkowych (m.in. Grand Press, Feniks i nagroda SDP im. J. Zieleńskiego). Odznaczony przez prezydenta Węgier Rycerskim Krzyżem Zasługi. Obecnie stały publicysta tygodnika „Sieci“ i portalu wpolityce.pl. Prowadzi Klub Trójki w Programie 3 PR.

 

Przedruk z Portalu: „GOŚĆ. PL"

Dlaczego cierpienie? (2)

Gdzie jest Bóg? – pytali ludzie i pytać będą po ostatnie dni historii. Jak może On spokojnie na to wszystko patrzeć, jeśli na ziemi jest takie piekło jak obozy koncentracyjne, komory gazowe, głód zabijający codziennie tysiące dzieci i dorosłych, mordowanie nienarodzonych, zamachy terrorystyczne, wojny pochłaniające miliony istnień ludzkich, czy aktualnie 80 milionów ludzi uciekających z ojczyzn przed wojną lub prześladowaniami i tułających się po świecie? 

Odpowiedź człowieka na te pytania wymierzone w milczącego Boga przybiera trzy możliwe wersje: Bóg albo nie istnieje; albo nie jest Miłością i Mądrością, skoro świat tak fatalnie urządził; albo nie jest wszechmocny, jeżeli widząc tyle niezawinionego cierpienia, godzi się na to wszystko i zła nie unicestwia. Opowiedzenie się za jedną z trzech odpowiedzi decyduje też o przyjęciu odpowiedniej postawy wobec Boga.

 Fiodor Dostojewski wkłada w usta Iwana w „Braciach Karamazow” słowa, że nie przyjąłby z wdzięcznością z rąk Stworzyciela całego wszechświata ze wszystkimi jego wspaniałościami, gdyby to miało kosztować jedną łzę dziecka. Iwan Karamazow występuje w tej powieści jako adwokat Hioba: przeciwko Bogu. Wszystkie budzące grozę przykłady cierpienia bez winy, które przedkłada on swemu bratu Alioszy, nie są literackim wymysłem Dostojewskiego – on je zna z dziennikarskich sprawozdań. Iwan nie może tego pojąć, że „na ziemi jest cierpienie, że winnych nie ma”. To jest paradoksalne i niedorzeczne.

I jeżeli cierpienia dzieci mają dopełnić sumy cierpień, która jest niezbędna dla kupienia prawdy, to z góry twierdzę, że ta cała prawda nie jest warta takiej ceny… Dlatego chcę jak najprędzej oddać bilet. Jeżeli jestem uczciwym człowiekiem, powinienem go oddać jak najprędzej. To właśnie.

Do argumentacji Iwana wraca niejednokrotnie w swoich powieściach Ernst Wiechert, więzień obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Znamienny jest zwłaszcza fragment z powieści „Dzieci Jerominów”. Pewien pastor modli się z rozpaczą do Boga o odwrócenie zarazy, która uśmierca dzieci w jego wsi. A Bóg milczy. W końcu pastor rozbija obraz Ukrzyżowanego krzycząc:

Chodź tu, morderco dzieci i pokaż swoje skrwawione dłonie! Daj je tu, bliżej, bym mógł je wytrzeć. Nie było ci dość pierworodnych w Egipcie i dzieci w Betlejem? Nie wystarczy ci własny syn? Przybiłeś go do krzyża, by nas zbawić, a teraz w dalszym ciągu nas zbawiasz i to zawsze przy pomocy krzyży. Tych dzieci też ci jeszcze brakowało. Siedemdziesięciorga jednego z dziesięciu wsi, a i tak okazałeś łaskę, że nie było ich siedemdziesięciorga siedmiokroć.

Dla chrześcijanina wstrząsające są również oskarżenia wobec Boga, jakie formułuje Wolfgang Borchert w sztuce wystawionej w Hamburgu w 1947 roku pt. „Przed drzwiami” (Draussen vor der Tür). W tym dramacie wracający z wojny Beckmann spotyka Boga, który w spisie osób podany jest jako „stary człowiek, w którego nikt już nie wierzy”, i pyta Go:

Kiedy właściwie bywasz dobry, nasz dobry Panie Boże? Czy byłeś dobry, kiedy wyjącej bombie kazałeś rozerwać mojego chłopca, mojego małego synka, który właśnie ukończył roczek? Czy byłeś dobry, kiedy kazałeś go zamordować, nasz dobry Panie Boże?... No tak, słusznie. Ty tylko do tego dopuściłeś. Nie zwróciłeś uwagi na jego krzyk i na wycie bomb. Gdzie Ty właściwie byłeś, dobry Boże, kiedy wyły bomby? A może byłeś dobry, gdy z naszego oddziału nie wróciło jedenastu ludzi? Gdy jedenastu zabrakło, dobry Boże, a Ciebie nie było? Tych jedenastu na pewno głośno krzyczało w samotnym lesie, ale Ciebie nie było, po prostu nie było, nasz dobry Panie Boże. A może byłeś dobry w Stalingradzie, dobry Panie Boże, może tam byłeś dobry, co? Kiedy właściwie byłeś dobry Boże, powiedz, kiedy? Czy kiedykolwiek o nas się troszczyłeś, Panie Boże?.

Nawet jeżeli na te pytania pisarzy odpowiemy, że to sami ludzie ponoszą odpowiedzialność za wojnę, za ucisk i niesprawiedliwość, to pozostaje fakt, że Bóg w milczeniu „przygląda się” jak cierpienie i nędza dotykają także niewinnych.

Francuski pisarz Stendhal (Marie-Henry Beyle) stwierdza, że jedyne usprawiedliwienie dla Boga za cierpienie w świecie polega na tym, że Go nie ma, bo gdyby istniał, to jako Stwórca takiego strasznego świata musiałby zostać postawiony przed sąd. Jeszcze bardziej wstrząsająca jest wypowiedź filozofa Arthura Schopenhauera: „Jeśli Bóg stworzył ten świat, to ja nie chciałbym być Bogiem; jego ból rozdarłby mi serce”.

Tradycyjna teologia określała zło w świecie jako „brak”, jako pewną lukę w bycie, jako niedostatek pełni istnienia, nie chciany, a tylko dopuszczony przez Boga. Stąd klasyczna odpowiedź teologii katolickiej na pytanie: „Dlaczego cierpienie?” brzmi: Bóg, który jest nieskończoną miłością i dobrocią, nie chce cierpienia, on je tylko „dopuszcza”. Takie stwierdzenie nie rozwiązuje bynajmniej problemu, lecz jedynie przesuwa go nieco dalej, bo z kolei trzeba zapytać: „Dlaczego Bóg cierpienie dopuszcza? Czyż Bóg nie ma serca?” Stawiając te pytania stajemy jak przed niebotyczną czarną ścianą, niezdolni zobaczyć cokolwiek poza nią. Te odwieczne pytania sarkastycznie skomentował Voltaire (François-Marie Arouet):

„Pytanie o zło i cierpienie jest intelektualną zabawą dyskutujących, którzy są podobni do więźniów, pobrzękujących swoimi kajdanami.”

Jeżeli człowiek na te dręczące pytania nie otrzymuje wyczerpującej odpowiedzi, cierpi jeszcze bardziej. Bo w odróżnieniu od fizycznego bólu świata zwierzęcego, tylko człowiek cierpi wiedząc, że cierpi. Człowiek potrafi wiele znieść, jeżeli znana mu jest racja i sens cierpienia. Ale gdy na horyzoncie cierpienia nie jawi się wyraźnie jego ostateczny sens, wtedy doświadczenie bólu staje się jeszcze bardziej dojmujące i tragiczne, aż do niebezpieczeństwa obłędu.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

----------------------

1 F. M. Dostojewski, Bracia Karamazow, cz. II, tł. A. Wat, Warszawa 1959,  s. 291-292.

2 E. Wiechert, Dzieci Jerominów,  tł. T. Ostojski, J. Ptaczyński, Olsztyn 1972, t. I, s. 168.

3 W. Borchert, Pod drzwiami, tł. E. Herbert, E. Naganowski, Warszawa 1960, s. 214-215.

4 J. B. Brantschen, Dlaczego istnieje cierpienie? Wielkie pytanie do Boga, tł. D. Jankowska, Kraków 2010, s. 20-21.

Egzystencjalne pytania w czasach pandemii koronawirusa (1)
 

Dlaczego cierpienie?
Nie znam piękniejszej wieści,
A z głębi mórz pochodzi,
Niźli ta, że się perła rodzi
Z boleści.
I żadna mądrość złota
Prawd głębszych nie wypowie,
Niż kiedy miłość perłą zowie
Żywota.


Leopold Staff

 

„Kto w życiu doczesnym jest wolnym od cierpień? Zaprawdę, nikt na całym obszarze ziemi! Nie zapobiegają temu ani zamki warowne i obronne miasta, ani też purpura królewska i bogate szaty”. - Średniowieczny mistyk wyraził w tych słowach nie jakąś rewolucyjna prawdę, lecz najbardziej powszechne i podstawowe, niemal codzienne doświadczenie człowieka. Cierpienie jest doświadczeniem ogólnoludzkim, towarzyszącym człowiekowi w każdej epoce i pod każdym stopniem długości i szerokości geograficznej, jest współ-istniejące i współ-istotne z ludzkim bytowaniem. Powszechność i dramat cierpienia w życiu człowieka wyraził przejmująco Leopold Staff w wierszu „Łzy”:


Na przydrożnym kamieniu tym zaszedłem skrycie
Człowieka, co ukrytą miał twarz w dłonie obie.
Gdy odjął je, widziałem: łzy ciekły obficie.

 

W niejednym miejscu-m widział i w niejednej dobie
Płaczących. Dolę ludzką znieść można choć smutna.
Łzy płyną w dzień narodzin, łzy płyną w żałobie.

 

Pieluchy niemowlęce i śmiertelne płótna
Z jednego lnu utkali niewiadomi tkacze.
Lecz nigdy mnie, jak dzisiaj, groza tak okrutna
Nie chwyciła na tę straszną myśl: człowiek płacze!

 

Człowiek płacze! Ten, który uważa siebie za króla wszystkich stworzeń i je sobie podporządkowuje, którzy geniuszem swego rozumu odkrywa prawa natury, podbija świat i kosmos – cierpi i płacze. Cierpi na różne sposoby: fizycznie i moralnie. Doznaje bólu ciała i udręk duszy, a ból psychiczny towarzyszy zarówno cierpieniu moralnemu jak fizycznemu. Człowiek cierpi z powodu zła, które go dotyka. Łzy wyciskają mu bolesne wspomnienia z przeszłości. Lęka się o niepewną przyszłość. Ból sprawiają mu nieszczęścia osobiste i cudze, cierpienia najbliższych osób, rodziny, przyjaciół, narodu, religijnej wspólnoty, całej ludzkości. Świat cierpienia jest tak różnorodny i wielokształtny: choroba, śmierć, zdrada, opuszczenie, ofiary wypadków drogowych, niepełnosprawność, przykucie przez wiele lat do wózka lub na stałe do łoża, ofiary mordów, terroru, niesprawiedliwych systemów społecznych, klęski naturalne, kataklizmy, epidemie, czy w końcu żniwo cierpienia i śmierci, jakie niesie ze sobą każda wojna. Ileż cierpienia, tragizmu, depresji, rozpaczy skumulowane jest dziś w ośmiu miliardach istnień ludzkich?! I tak było zawsze. Historia ludzkości to nie tylko dzieje rozwoju, odkryć, sukcesów, szczęścia, to także historia cierpienia.


We wszystkich kulturach i społeczeństwach wychodząc z różnych przesłanek i światopoglądów usiłowano teoretycznie i praktycznie uporać się ze skandalem cierpienia – z doświadczeniem dziejów jako historii cierpienia. Usiłowali tego dokonać mędrcy, filozofowie, pisarze, teologowie, ale nikt nie poradził sobie – aż do końca – z wytłumaczeniem rzeczywistości zła i cierpienia. Różnych chwytano się metod. Odpowiedzialnością za cierpienie obciążano Boga, szatana lub pierwszych rodziców: Adama i Ewę. Jedni próbowali Boga usprawiedliwić, inni bluźnili przeciw Niemu, rzucali przekleństwa, posuwali się nawet do negacji Jego istnienia. Gdzie jest Bóg? – pyta człowiek w obliczu codziennego dramatu tylu cierpień niezawinionych, a także wobec uchodzącego bezkarnie okrucieństwa ludzi powodujących świadomie cierpienia innych. Heinrich Heine, na krótko przed śmiercią, w wierszu „Dialog beznadziejny” wciąga w dysputę Boga, pytając:


Czemu skrwawiony i nędzny pełznie
pod krzyża brzemieniem sprawiedliwy,
gdy zły jako zwycięzca szczęsny
na rączym cwałuje rumaku?
(…)
Pytamy o to bez ustanku
dopóki nam garścią ziemi
na koniec ust nie zatkają –
ale czy to jest odpowiedź?


Od niepamiętnych czasów człowiek pyta o przyczyny i sens cierpienia, bo ono staje na jego drodze jako wielka, nieprzenikniona tajemnica. Zawsze wywołuje lęk, często rodzi bunt i rozpacz. Dlaczego cierpienie i po co? Skąd pochodzi? Jak się z nim uporać? Jaki ma sens? – oto pytania dręczące każdego człowieka, niezależnie od wieku, płci, zawodu, stanu wykształcenia, światopoglądu, religii, wiary. Takie pytania stawia człowiek samemu sobie i innym, a wierzący przede wszystkim Bogu. 


W pytaniu o cierpienie jest zawsze zawarte również pytanie o Boga i do Boga. „Jak Bóg może dopuścić coś takiego - tyle cierpienia w świecie?” „Gdzie był Bóg w Oświęcimiu i tylu innych obozach koncentracyjnych?” „Dlaczego Bóg milczy, gdy w imię Allaha (czyli Jedynego Boga) w okrutny sposób są mordowani chrześcijanie?” „Dlaczego nie przeszkodzi w tylu od lat dokonywanych zamachach terrorystycznych?” „Dlaczego Bóg dopuścił zarazę koronawirusa zamieniającą świat w wielki szpital i w wielkie więzienie?”. „Czy tak obojętny może być Bóg, który przecież według wierzących w Niego jest miłością i wszechmocą?”. To właśnie w Oświęcimiu przy jaśniejącej na niebie – niby Boży znak - tęczy stawiał te wstrząsające pytania także papież Benedykt XVI:


Gdzie był Bóg w owych dniach?

Dlaczego milczał?

Jak mógł On tolerować ten nadmiar zniszczenia, ten triumf zła?

Przypominają się tu słowa psalmu 44, skarga cierpiącego Izraela: „…Ty nas starłeś w miejscu szakali i okryłeś nas mrokiem. Przez wzgląd na Ciebie ciągle nas mordują, mają nas za owce na rzeź przeznaczone. Ocknij się! Dlaczego śpisz, Panie? Przebudź się! Nie odrzucaj na zawsze! Dlaczego ukrywasz Twoje oblicze? Zapominasz o nędzy i ucisku naszym? Albowiem dusza nasza pogrążyła się w prochu, a ciało do ziemi., Powstań, przyjdź nam na pomoc i wyzwól nas przez swą łaskawość! (Ps 44, 20. 23-27).


To wołanie cierpiącego Izraela do Boga w czasach skrajnego ucisku jest równocześnie wołaniem o pomoc tych wszystkich w historii – wczoraj, dziś i jutro – którzy cierpią ze względu na Boga, na prawdę i dobro, a jest ich tak wielu, także dziś.


Ks. Jerzy Grześkowiak

Błog. Maria Teresa Ledóchowska – prawdziwa obrończyni praw człowieka


W ostatnich tygodniach wiele mówi się o śmierci czarnoskórego George’a Floyda. Cała ta historia, za sprawą organizacji Black Lives Matter, posługującej się marksistowską retoryką, promującej antyrodzinną, prohomoseksualną i proaborcyjną agendę, przybrała olbrzymi wymiar polityczny. I choć dla Boga każde życie ludzkie ma olbrzymią wartość, musimy mieć świadomość, że tego typu organizacje szkodzą walce o sprawiedliwość społeczną i nie mają nic wspólnego z wartościami ewangelicznymi.


Jaką więc postawę wobec wydarzeń w Stanach Zjednoczonych powinien przyjąć prawdziwy chrześcijanin?

 

Wzorem dla nas powinien być piękny życiorys błogosławionej Marii Teresy Ledóchowskiej, która poświęciła swoje życie na walkę z niewolnictwem na Czarnym Lądzie, nie zapominając przy tym o prawdziwym nauczaniu Pana Jezusa.


„Chcę uczynić coś wielkiego dla Pana Boga” – te słowa wypowiedziane w wieku 21 lat przez Marię Teresę Ledóchowską tylko potwierdziły dojrzewające w niej od dłuższego czasu pragnienie niesienia pomocy drugiemu człowiekowi.

 
Jeśli jednak chcielibyśmy głębiej zastanowić się nad tym, co sprawiło, że kilka lat później Maria Teresa potrafiła całkowicie podporządkować swoje życie najważniejszej dla niej sprawie, powinniśmy przede wszystkim zwrócić uwagę na jej przykładne religijne wychowanie. Pochodziła ona bowiem z bardzo pobożnej rodziny. „Dzień mojej matki zaczynał się od pójścia na Mszę św., gdy tylko dopisywało zdrowie i pogoda” – to jedno z zachowanych wspomnień Marii Teresy. Matka Józefina pomagała też chorym i ubogim. Z kolei ojciec miał własny klęcznik, na którym każdego dnia modlił się przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej.

 

Nie ma przypadków, są tylko znaki.


Zapoznając się z życiorysem Marii Teresy łatwo można dostrzec, że w jej życiu nic nie działo się przypadkiem. W młodości posiadła wiele cennych umiejętności, jak pisarstwo czy dar do nauki języków, które bardzo pomogły jej w kolejnych latach. Ważnym wydarzeniem, które odcisnęło na niej swe piętno była wizyta Franciszkanek Misjonarek Maryi na dworze książęcym w Salzburgu, na którym to Maria Teresa była damą dworu. To właśnie wtedy po raz pierwszy zetknęła się z problemami mieszkańców Afryki. Opowieści zakonnic niezwykle mocno podziałały na wyobraźnię młodej kobiety, która zaczęła odkrywać swoje powołanie. Przełomowym momentem w jej życiu były jednak przeczytane słowa kard. Karola Lavigerie, francuskiego misjonarza prowadzącego krucjatę przeciw niewolnictwu w Afryce: „Kobiety katolickie Europy! Jeśli Bóg dał wam zdolności pisarskie, oddajcie je w służbie tej sprawie. Żadna inna nie jest bardziej święta niż ta. Po osobistym spotkaniu z kardynałem Lavigerie, mając 25 lat uświadomiła sobie, że jej życiowym powołaniem jest informowanie o prawdziwej sytuacji mieszkańców Czarnego Lądu i pokazywanie, jak za sprawą wspierania misji w Afryce można uwalniać ich z jarzma niewolnictwa.


Niezłomny charakter


Maria Teresa niezwykle skrupulatnie wykorzystywała swój bardzo dobrze rozwinięty talent pisarski. Jej pierwszym poświęconym tej tematyce utworem był dramat o czarnej niewolnicy o tytule „Zaida, dziewczę murzyńskie”.


W międzyczasie redagowała też pismo misyjne „Echo z Afryki”, informujące o działalności misyjnej w Afryce, wydawała „Katolicką Propagandę Misyjną”, „Kalendarz św. Piotra Klawera” oraz dziecięcego „Murzynka”.


W głoszeniu prawdy na temat sytuacji na Czarnym Lądzie pomogły jej również olbrzymie zdolności językowe. W wielu krajach Europy organizowała liczne kongresy i konferencje poświęcone walce z niewolnictwem, na których przemawiała w języku polskim, niemieckim, francuskim oraz włoskim. Ponadto w imieniu misjonarzy prosiła o ofiary na misyjne potrzeby.                                                          
W pewnym momencie jej działalność misyjna przybrała tak wielkie rozmiary, że postanowiła w 1894 roku założyć Sodalicję św. Piotra Klawera dla Misji Afrykańskich, przekształconą później w zgromadzenie Sióstr Misjonarek św. Piotra Klawera.


Zakupiła też dom w pobliżu Salzburga, który nazwała go „Maria Sorg” (Maryja pomaga), gdzie prowadziła własną działalność drukarską. Spod jej pióra wychodziły znakomite artykuły do czasopism Maryjnych oraz książki w językach krajów afrykańskich. 


Pomimo wielu podejmowanych aktywności, Maria Teresa nigdy nie spoczęła na laurach. Cały czas miała świadomość, że do zrobienia wciąż jest bardzo wiele. I tak też dzięki jej zaangażowaniu powstały takie dzieła, jak między innymi: Towarzystwo Przeciwniewolnicze, Wykup dziecka murzyńskiego z niewoli, Kształcenie seminarzysty, Związek Mszalny na rzecz misji, Chleb św. Antoniego dla Afryki czy Liga Dzieci dla Afryki.


Co ciekawe, Maria Teresa nigdy nie była w Afryce, jednak ze względu na swe wielkie dokonania na rzecz mieszkańców Czarnego Lądu nazywana jest „Matką Afryki”. 19 października 1975 r. Papież Paweł VI włączył ją w poczet błogosławionych. Od tego czasu czczona jest też jako patronka dzieł współpracy misyjnej w Polsce.
Wspomnienie Marii Teresy Ledóchowskiej obchodzimy co roku 6 lipca.

 

Tekst: internet – Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi

Z okazji stulecia urodzin Jana Pawła II
Św. Jan Paweł Wielki – Patron cierpiących.

 

Miniony wiek XX był naznaczony szczególną koncentracją cierpienia zawinionego przez samego człowieka. „Człowiek człowiekowi zgotował ten los” – mawiano. Mam tu na myśli totalitarne systemy polityczne posługujące się terrorem, ludobójcze wojny, gehennę obozów koncentracyjnych, brutalne przepędzanie z ojczyzn, ataki terrorystyczne. Miliony ludzi straciło życie, miliony doświadczało permanentnego strachu, niezmierzonego bólu i cierpienia. Jednym z nich był Karol Wojtyła, późniejszy papież.


Droga jego cierpienia zaczęła się już w dzieciństwie: śmierć mamy, potem brata, wybuch wojny, przerwane studia, ciężka praca fizyczna w fabryce Solway, śmierć ojca. „Dane mi było doświadczyć osobiście „ideologii zła”. To jest coś, czego nie da się zatrzeć w pamięci. Najpierw nazizm. To, co się widziało w tamtych latach, było okropne. (…) To było nie tylko szaleństwo – to było jakieś bestialstwo” – to jego słowa. Następnie cierpienia związane z obroną wiary i Kościoła w długim okresie marksistowskiego komunizmu. I w końcu w zaledwie dwa lata po objęciu Stolicy Piotrowej mordercze kule Ali Agcy inicjują długą i bolesną drogę cierpienia cielesnego: operacje, pobyty w szpitalu, choroba Parkinsona, trudności w chodzeniu i oddychaniu, drżenie rąk, porażenie centrum mowy. A wszystko „na oczach świata” - aż po ostatnie bolesne dni powolnego „odchodzenia do domu Ojca”.


Jestem przekonany, że Jan Paweł II jako „świadek cierpienia ludzkości” i jako „mąż boleści” – że użyję słów proroka Izajasza - czuł się powołany, by wyjść naprzeciw dręczącym każdego człowieka odwiecznym pytaniom: „Dlaczego zło i cierpienie? Skąd? I po co?” i by Ewangelią Chrystusa rzucić na nie światło. Uczynił to najdobitniej w Liście Apostolskim Salvifici doloris (11.02.1984). W tym bodaj najpiękniejszym z jego papieskich dokumentów zawarte jest esencjalnie to, co mówił on o cierpieniu w katechezach i kazaniach w Rzymie i na wszystkich kontynentach świata podczas 110 pielgrzymek. W tym przejmującym liście papież bierze nas niejako za rękę i prowadzi „od zagadki do misterium”. Cierpienie jest bowiem „misterium”, czyli tajemniczą rzeczywistością włączoną w odwieczny plan zbawczy Boga zrealizowany w Chrystusie i kontynuowany w Jego Kościele.


Kluczem do zrozumienia cierpienia, które jest wpisane w dzieje człowieka, jest według Jana Pawła II miłość: 
Miłość jest najpełniejszym źródłem odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia. Odpowiedzi tej udzielił Bóg człowiekowi w Krzyżu Jezusa Chrystusa (nr 13).


Jan Paweł II prowadzi nas jakby przez sześć stopni z ciemności cierpienia ku światłu jego sensu, dowodząc i wyjaśniając, że:


* źródło cierpienia tkwi w „grzechu świata”: w grzechu jednostek, grup społecznych i w grzesznych strukturach;
* solidarność w grzechu może być usunięta tylko przez solidarność w cierpieniu;
* solidarność w cierpieniu realizuje się w poczwórny sposób: 
- przez solidarność Boga z ludźmi wyrażoną w darze Wcielenia; jest to solidarność trynitarna, czyli uczestniczą w niej wszystkie Trzy Boskie Osoby;
-  przez solidarność Chrystusa z człowiekiem - solidarność chrystologiczna. Nie tylko zbawienie dokonało się przez cierpienie Jezusa, lecz także cierpienie zostało zbawione.
-  przez solidarność cierpiącego człowieka z cierpiącym i zmartwychwstałym Panem, dzięki której nasze ludzkie cierpienie uczestniczy w zbawianiu świata;
-  przez naszą solidarność z cierpiącymi, czyli walkę z cierpieniem, przezwyciężaniem go za przykładem ewangelicznego Samarytanina. 
W zachowaniu Samarytanina odkrywamy według papieża trzy istotne elementy reagowania na cierpienie innych: 
- mieć oczy otwarte – wiedzieć i zatrzymać się; 
- mieć wrażliwe serce - współ-czuć i współ-cierpieć; 
- chcieć pomóc - podjąć konkretne działanie.

 
Taka jest według Jana Pawła II Ewangelia o cierpieniu i Ewangelia głoszona cierpieniem.

 
Cierpienie to jeden ze sposobów obecności Chrystusa w tym świecie: To On sam (Jezus Chrystus) jest obecny w cierpiącym, ponieważ Jego odkupieńcze cierpienie raz na zawsze zostało otwarte na wszelkie ludzkie cierpienie. I wszyscy cierpiący raz na zawsze zostali wezwani, aby stali się „uczestnikami cierpień Chrystusowych” (1 P 4,13). Tak jak też wszyscy zostali wezwani, aby „dopełniać cierpieniem swoim braki udręk Chrystusa” (Kol 1,24). Chrystus nauczył człowieka równocześnie świadczyć dobro cierpieniem oraz świadczyć dobro cierpiącemu. W tym podwójnym aspekcie odsłonił sens cierpienia do samego końca” (Salvifici doloris nr 29).


Myśl Jana Pawła II o sensie cierpienia w piękniejszy - bo poetycki – sposób wyraziła Alina Dorota Paul, zmarła przed 2 laty katolicka poetka z Zamościa, przez 20 lat zmagająca się z rakiem. W podarowanym przez nią ósmym tomiku jej poezji pt. „W powiewie wiatru, w szepcie Anioła” (Lublin 2012) znajduję wiersz p.t.:


 „Z Janem Pawłem II o cierpieniu”.
 

Janie Pawle – znający po imieniu
różne niedole świata
Ty wciąż
wspierasz cierpiących
dajesz światło nadziei
w zbawczą moc krzyża 
przypominasz że cierpienie
jest potrzebne
by ofiarować to co boli
by wyzwalać miłość
by być Cyrenejczykiem
Weroniką Samarytaninem
zostawiłeś przykład że można
przyjąć wszystko
jak Hiob cierpliwie
jak Abraham ufnie
jak Maryja zupełnie
jak Chrystus do końca
do nieśmiertelności
do zmartwychwstania


ks. Jerzy Grześkowiak

 

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 13.08.2020 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend