Bliżej Boga

Ks. Dr hab. Jerzy Grześkowiak

Symbolika dłoni i gestów rąk


Dłonie są krajobrazem serca
Karol Wojtyła


Pierwszym symbolicznym znaczeniem rąk, jako idealnego narzędzia człowieka do wykonywania wszelkich prac i uprawiania sztuki, jest czyn, działanie. Ręka jest najbardziej czynnym narzędziem w pracy. Stąd pracę wiąże się powszechnie z ręką. Ręka jest symbolem pracy i praca ma znamię ludzkiej ręki. Jednak pracy nie można ograniczać do ręki. Już w neolitycznym rolnictwie zdawano sobie sprawę z tego, że praca wiąże się także z innymi kończynami i organami jak nogi, grzbiet, barki, głowa (ciągnienie pierwotnego pługa, deptanie gliny, dźwiganie ciężarów na barkach i na głowie).


Ponieważ człowiek w różnych formach swej aktywności sprawuje władzę nad rzeczami i ludźmi, ręka jest też symbolem panowania, władzy i królewskości. Wyrażają to powiedzenia: „Być w czyichś rękach”, „Być pod czyjąś ręką”. „Położyć na kogoś rękę” – tzn. wziąć w swoją moc. Ręka – to władza, panowanie, autorytet, ochrona, opieka, sprawiedliwość, obrona. Kto zaś panuje, posługuje się niekiedy siłą i przemocą, stąd ręka symbolizuje także ucisk, przymus, zniewolenie.


Ręka może być narzędziem poznania, ponieważ dla ludzi niewidomych to właśnie ręka dostarcza przez dotyk wiele ważnych informacji na temat jakiegoś konkretnego przedmiotu, czym on jest i jakie ma właściwości.


Ręka jest symbolem porozumienia. Dłoń i palce odgrywają w wielu kulturach rolę środka komunikacji i środka wyrazu, a w pewnych przypadkach zastępują ludzką mowę (język migowy ludzi głuchoniemych).


Rozróżnia się symbolizm ręki prawej i lewej.
Ręka prawa, częściej używana, i dlatego silniejsza i sprawniejsza niż lewa, stała się symbolem pracowitości, prostolinijności w postępowaniu, prawowitości, szczerości, wierności, czci i szacunku. Dlatego znajdujemy ją na sędziowskich insygniach i kamieniach granicznych (oddzielających obszar własności władcy). To także powód, dlaczego prawą ręką się błogosławi i podnosi ją na potwierdzenie przysięgi.


Lewa ręka ma aspekt pasywny, oznacza bierność, (wyrażenie: „mieć dwie lewe ręce”), przyjmowanie, jest kojarzona z kradzieżą i oszustwem.


Podanie prawej ręki, uścisk rąk - jest od pradawnych czasów zewnętrzną manifestacją zgody (signum concordiae, signum consonantiae – św. Augustyn), znakiem otwartości, przyjaźni, miłości, przebaczenia, harmonii, braterstwa, solidarności, gotowości do pomocy i służby. „Ja twe westchnienia, ty me łzy zrozumiesz i dłoń uściśniesz – oto polska mowa” (A. Mickiewicz). Podanie dłoni narzeczonych jest od dawna istotnym symbolem zawarcia małżeństwa (dexterarum conjunctio), stąd spotyka się je często na portretach zmarłych małżonków na starożytnych sarkofagach lub na złotych kielichach używanych przy uczcie weselnej.


Ręce wzniesione – oznaczają pozdrowienie, uwielbienie, cześć oddaną Bogu, modlitwę, prośbę, słabość, zależność, poddanie się, zdumienie, przerażenie.


Ręce wyciągnięte przed siebie – to władza, potęga, pozdrowienie, błogosławieństwo, opieka, życzliwość, pozdrowienie.


Nałożenie rąk na kogoś – oznacza przekazanie komuś władzy i uprawnień, moc uzdrawiania.


Ręce złożone – to spokój, bezruch, bezbronność, poddanie, uległość, brak niebezpieczeństwa, wierność poddanego,


Ręce ukryte w rękawie – symbolizują szacunek, gotowość do służby. W starożytności podchodząc do wysokich dostojników okrywano dłonie. Ten zwyczaj przejęło chrześcijaństwo; gdy świeccy dotykali przedmiotów kultu, zakładali rękawiczki, albo chwytali je przez białe płótno.


Ręce włożone w czyjeś dłonie – to znak posłuszeństwa, wierności, hołdu.


Ręce złożone przed piersią w kształcie naczynia - oznaczają gotowość przyjęcia, skupienie, medytację.


Ręce skrzyżowane na piersi – poddanie, gotowość służenia.


Ręce położone na oczach – wstyd, przerażenie.


Ręka na sercu – pozdrowienie, miłość, uwielbienie.


Ręka na ustach – tajemnicę, milczenie.


Ręce obejmujące lub podtrzymujące głowę – zamyślenie, troskę, smutek, żałobę.


Ręce opuszczone – zaniechanie działania, rezygnację, smutek.


Mycie rąk – niewinność, oczyszczenie.


Podniesienie jednej ręki – przysięgę.


Ręka otwarta – dobroć, szczodrobliwość, wolność, sprawiedliwość.


Ręka zaciśnięta w pięść – złość, agresję, groźbę, bunt.


Ks. Jerzy Grześkowiak

 


Wnętrze dłoni

wnętrze dłoni
gdy nie jest zaciśnięta w pięść
otwarte jak braterstwo

jak tu blisko wszędzie
w krainie wzgórz noszących
imiona dalekich planet

najprostsza metafora dłoń
wiąże ciało z wszechświatem
jest krajobrazem wróżb

nie odwracaj oczu
gdy czytanie z dłoni
jest operacją na otwartym sercu


ks. Janusz St. Pasierb

Mowa rąk

 

Cóż są ręce? Ręce czynią dobro
Albo zło. Moje czoło wsparte
Na jednej z nich lub na obu
Otwiera wciąż nową kartę
Białą, nie zapisaną…
Mieczysław Jastrun („Odległości”)

 

Ręka – to fascynujący, misternie skonstruowany, sprawny instrument. Zdumiewać może struktura naszej ręki, która przez delikatność i wrażliwość skóry oraz motoryczne uzdolnienie mięśni, ścięgien i kości zdolna jest do niesłychanie sprawnych ruchów, którym człowiek zawdzięcza wszystko, co potrafi wyprodukować w zakresie techniki i sztuki.


Jak twarz odgrywa zasadniczą rolę w kontaktach społecznych, tak ręka odgrywa ją w bezpośrednim zetknięciu z otaczającym światem. Z jej pomocą człowiek przekształca swoje otoczenie według swej woli. Jeśli twarz jest zwierciadłem stosunku emocjonalnego do otoczenia, to ręka odzwierciedla stosunek wolitywny. Ręka jest jednak czymś więcej niż tylko narzędziem do chwycenia czegoś i przekształcania otoczenia. Ręka jest zdolna wyrażać także nasze wnętrze, naszą osobowość. Analogicznie do „mowy” twarzy istnieje „mowa” ręki – gest. Za pomocą rąk człowiek pomaga sobie w mówieniu. Wypowiadane słowo zyskuje na intensywności i znaczeniu poprzez wymowę gestów rąk. Wyciągnięte ręce żebraka nie potrzebują żadnych słów, podobnie jak gesty rąk milicjanta na skrzyżowaniu ulic. Wzniesiona w górę zaciśnięta pięść uczestników ulicznych protestów przeciwko znienawidzonym władcom-tyranom ma tak wyraźnie jednoznaczną wymowę, jak w kształcie litery „V” uformowane palce rąk Polaków z „Solidarności” w latach 80 ubiegłego wieku. Nie ma chyba takich sytuacji, w których ręce „milczą”, nawet gdy spoczywają splecione i wydają się nic nie wyrażać; bo wyrażają one albo skupienie, medytację i ciszę, albo napięcie psychiczne i wewnętrzny niepokój. Podanie rąk przy przywitaniu lub pożegnaniu, przybicie dłońmi zawartego układu, przeciwko komuś wyciągnięta dłoń z nożem albo ręka z kwiatami, palce niewidomego biegnące po literach Brajla, ręce złożone do modlitwy, wyciągnięta ręka biedaka, ręka głaszcząca policzek dziecka i błogosławiąca ręka kapłana – w tych wszystkich gestach wyraża się bezsłownie to, kim jesteśmy, jacy jesteśmy, co zamierzamy i co czujemy. Ręka spełnia zatem trzy podstawowe funkcje: - chwytną, - twórczą lub manipulacyjną, - i komunikacyjną.


Różne bywają ręce: małe paluszki niemowlęcia i drżące ręce staruszki; miękkie i delikatne albo szorstkie i twarde; zadbane i wypielęgnowane albo spracowane, naznaczone bliznami; ciepłe lub chłodne. Porównując ręce dostrzega się ich zróżnicowanie w kształcie i w sprawności. Jedyny i niepowtarzalny jest już sam odcisk palców, tzw. linie papilarne. Różnie przebiegają też linie wewnętrznej strony dłoni. Ludzie podają sobie dłoń w różny sposób. Już sam uścisk dłoni zdradza nieraz charakter osoby, a przynajmniej jej stosunek do partnera spotkania. Gestykulacja dłońmi zależy też od stereotypów zawodowych, związanych z określoną rolą w grupie społecznej. U pedagoga niektóre gesty mogą zdradzać jego dydaktyczne nawyki, np. gesty podkreślające tekst wykładu lub strofujące słuchaczy; u wojskowego ruchy ręki są krótkie, zdecydowane, pewne siebie; u duchownego ręce wyrażają pokorną postawę i układają się nieraz mimo woli w gesty modlitwy i błogosławieństwa.


Ręce to główne narzędzie pracy: chwytamy nimi, ciągniemy, przesuwamy, dźwigamy ciężary. „Rękodzielnictwo” dotyczy różnych zawodów. Nawet jeżeli maszyny ułatwiają nam pracę, to przecież do ich obsługi potrzebujemy rąk. Rękami piszemy, naciskamy klawisze, przyciski i guziki różnych technicznych urządzeń, uruchomiamy maszyny, prowadzimy pojazdy. Cały zakres sztuki to też dzieło ludzkich rąk. Artyści rękami nadają kształt swoim ideom: piszą wiersze i książki, malują obrazy, rzeźbią figury, wykuwają monumenty, fotografują itd. Muzycy palcami dotykają klawiszy i strun różnych instrumentów, ręką ciągną smyczki, uderzają w bębny. Od ruchu rąk tyle w naszym życiu zależy, po prostu „żyjemy z pracy naszych rąk”.


Przebogata jest mowa rąk szczególnie w zakresie naszego życia emocjonalnego. W chwilach radości wznosimy, wręcz wyrzucamy ręce w górę, klaszczemy, bijemy brawa. W gniewie ściskamy rękę w pięść, uderzamy nią w stół, wygrażamy komuś, lub nawet go uderzamy. Chcąc się pojednać, podajemy sobie ręce.


Mając to wszystko na uwadze, nie dziwi, że Arystoteles określił rękę jako „narzędzie wszystkich narzędzi” (Endemos czyli „O duszy”), a R. Guardini jako „narzędzie i zwierciadło duszy”. Ten ostatni pisze: „Ręka jest – prócz twarzy, a raczej tuż po niej – najbardziej uduchowioną częścią naszego ciała”. 


Jest faktem, że rozwój cywilizacji i kultury nie byłby możliwy bez ręki. Dzisiejsza neurobiologia potwierdza od dawna głoszoną hipotezę, że ręce miały szczególne znaczenie w kształtowaniu się świadomości człowieka. Egzystencjalna konieczność i wewnętrzna potrzeba dotykania rzeczy (element ciekawości!) z jednej strony oraz niezwykła finezyjna sprawność i zręczność rąk z drugiej, wspierały rozwój mózgu. To ręce uczyniły w pewnym sensie istotę człowieko-podobną człowiekiem.


Starożytny pisarz Quintilian pisał: 
Można wprost powiedzieć, że ręce potrafią mówić! Czy nie używamy ich, by żądać, wzywać, żegnać, obiecywać, błagać, grozić, wyrazić sprzeciw lub lęk, prosić lub odmawiać? Czyż nie są nam potrzebne po to, aby wyrazić radość, cierpienie, namysł, przyznanie się, żal, miarę, ilość, liczbę i czas? Czyż ręce nie mają zdolności, by pocieszać, zakazywać, przyzwolić, wyrazić zdziwienie lub wstyd?


Nic zatem dziwnego, że spośród wszystkich części ciała właśnie ręka jest najczęściej stosowanym symbolem. Jak twarz tak i ręka jest znakiem osoby, szczególnym wyrazem istoty człowieka. Znamienne jest to, że w ikonografii Kościoła Wschodniego ręce są uważane za „małe oblicze” albo „małe ja” (wyrażenie Pawła Floreńskiego, +1937). To wyjaśnia, dlaczego na ikonach, które okute są złotą lub srebrną blachą, twarz i ręce (niekiedy także stopy) są zawsze widoczne.

 
Ręce spełniają funkcję podobną do języka – potrafią „mówić”. Zdumiewają nas na przykład wiele mówiące ręce tancerek krajów Dalekiego Wschodu (Indie, Chiny, Indonezja). Niektórzy uważają, że potrafią z linii na wewnętrznej stronie dłoni odczytać charakter człowieka, jego historię, a nawet przyszłość (chiromancja). Niezależnie od umiejętnego „nabierania ludzi” w ten sposób i łatwego wyciągania pieniędzy z ich sakiewki, nie można zaprzeczyć, że ręce naprawdę mogą wiele powiedzieć o istocie, charakterze, życiowej drodze i losach człowieka.


Jest też oczywiste, że z ruchów ręki, jej ułożenia, sposobu, w jaki coś dotyka lub czyni, można sporo dowiedzieć się o tym, „co jest w człowieku”. Grecki filozof Arystoteles pisał: „Nie bez powodu na ludzkiej dłoni wypisane są linie. One wywodzą się z „wpływów niebieskich” i z własnej indywidualności człowieka”.


Ręce są „zwierciadłem” człowieka. Jeżeli wybrany zawód jest zgodny z wrodzonymi talentami, wówczas ręka poety różni się od ręki matematyka, ręka rolnika od ręki filozofa, ręka pianisty od ręki technika.


Nieomylnym znakiem rozpoznawczym każdego człowieka są odciski jego palców. Jak te linie papilarne, tak również forma i linie ręki mają swą własną wymowę, „swój język”. Idzie tu o kształt dłoni, na zewnątrz i od środka, o wszystkie linie i wypukłości, o stosunek wielkości dłoni do palców, o długość palców i ich wzajemne odniesienie. Nie bez znaczenia jest też temperatura, wilgotność, barwa i zdolności manipulacyjne ręki. Również charakter pisma, zależny przecież od ręki, jest zawsze bardzo indywidualny, jest wyrazem charakterystycznych cech człowieka, jego osobowości i charakteru.


Nie bez powodu mówi się o „ręce materialnej, cielesnej” i o „ręce uduchowionej”. Święci są z reguły przedstawiani z tzw. „ręką gotycką”: mają wąskie dłonie z długimi palcami. Diabła i demony przedstawia się ze szponami.


Ruchy rąk zdradzają więcej niż nam się wydaje. Słowa mogą mówić nieprawdę, ale rękom trudno kłamać. Mówcy często ćwiczą świadomie gesty, które mają zaakcentować bądź zobrazować wypowiadane słowa. Przez sposób podania dłoni przy pozdrowieniu czujemy bez słów, co to spotkanie znaczy dla drugiego człowieka, czy jest chciane, szczere, autentyczne, czy nie. Podając komuś dłoń – dotykam - przy założeniu pełnej szczerości, otwartości i przyjaźni - nie tylko części jego ciała, lecz percypuję tym samym jego duchową sferę, jego osobowość, jego miłość, wierność, przebaczenie, oddanie. Ręka jest zatem prawdziwym symbolem w najpełniejszym znaczeniu tego słowa.


ks. Jerzy Grześkowiak

„Boża cisza”


Gdy piszę o ciszy, wynurzają się spontanicznie z mojej pamięci dni przemilczane przed wielu laty w tej cudownej oazie ciszy, jaką jest klasztor Ojców Kamedułów na Bielanach niedaleko Krakowa. Erem położony z dala od gwaru miasta i hałasu ruchu drogowego, ukryty pośród szumiącego od wieków na Srebrnej Górze boru, pozwala zobaczyć życie we właściwych wymiarach, odnaleźć siebie, swoje miejsce i swój czas. Przeglądając tam „księgę gości”, natknąłem się między innymi na wpis Ludwika Solskiego, nestora polskiej sceny teatralnej, który w roku swej śmierci (1954), jako stuletni nestor polskiej sceny teatralnej zanotował:
„Bardzo cieszę się, że dozwolonym mi jest być gościem tej Bożej ciszy i spokoju wiekuistego, do którego z tytułu mego wieku w niedługim czasie będę już powołany”.
Bardzo trafne określenie: „Boża cisza”. Bo w ciszy i w milczeniu jest „coś” z Boga. One prowadzą do Boga, pozwalają go doświadczyć.
„Przestrzenią ducha, gdzie może on rozwinąć swe skrzydła, jest cisza” – to słowa A. de Saint-Exupéry’ego, francuskiego pisarza i pilota zarazem. Długie okresy samotności podczas lotów i częste kontakty z pustynią wyzwoliły w nim skłonność do medytacji, a równocześnie nieufność do języka, który określił jako „źródło nieporozumień”, „wiatr słów”, „próżny zgiełk słów” oraz – co zaskakuje u takiego mistrza słowa literackiego – jako narzędzie komunikacji niezdolne do uchwycenia „głębokiej rzeczywistości”. Język nie jest w stanie wyrazić wszystkiego, ponieważ „wewnętrznego skarbu nie przekazuje się w słowie, ale w zjednoczeniu przez miłość”. Osobiste przeżycia, umiłowanie samotności, przekonanie o konieczności odchodzenia od ludzi dla wsłuchania się w głos, który „mówi tylko w ciszy”, znalazły szczytowy wyraz w przepięknym – nie mającym bodaj równego w literaturze – „hymnie o ciszy”:
Ciszo, muzyko owoców. Ty, która zamieszkujesz piwnice, spichrze i szopy. Naczynie miodu, pilności pszczół. Wytchnienie morza, które zna swoją pełnię.
Ciszo, w której zamykam miasto widziane ze szczytu góry. Gdy ustaje stukot kół, wołanie i dźwięki młotów bijących w kowadła. Wszystko to jest znieruchomiałe w amforze wieczoru. Czuwanie Boga nad naszą gorączką, płaszcz Boga rzucony na ludzkie mrowisko.
Ciszo kobiet, które są tylko ciałem, w którym dojrzewa owoc. Ciszo kobiet ukryta pod ciężką piersią, gdzie gromadzi się pokarm. Ciszo kobiet, w której milczy cała marność dnia; ciszo życia, które jest snopem dni. Ciszo kobiet – sanktuarium i trwanie na wieki. Gdzie w jutrzejszy dzień zmierza to jedno, co rzeczywiście ku czemuś zmierza. Która słuchasz dzieciątka poruszającego się w łonie. Ciszo, szkatułko, w której zamknąłem cały honor i krew.
Ciszo mężczyzny, który oparł głowę na ręku, duma i przyjmuje w siebie; nie wydatkuje energii, a myśli rodzą się w nim jak żywe soki. Ciszo, która pozwalasz poznawać i pozwalasz nie wiedzieć, bo dobrze, aby czasem nie wiedział. Ciszo, która odrzucasz toczącego robaka, pasożyta i szkodliwe zielsko. Ciszo, która czuwasz nad człowiekiem w nurcie jego myśli.
Ciszo samych myśli. Odpoczynku pszczół, kiedy miód już zebrany i trzeba go tylko ukryć głęboko, jak skarb. Aby dojrzewał. Ciszo myśli, które przygotowują się do lotu, bo niedobrze, gdy niespokojny jest twój umysł i twoje serce.
Ciszo serca. Ciszo zmysłów. Ciszo słów słyszanych w głębi duszy, gdyż dobrze, jeśli odnajdujesz Boga, który jest ciszą wieczności. Kiedy wszystko już zostało powiedziane, wszystko zostało zrobione.
Ciszo Boga, która jesteś jak sen pasterza, bo nie ma snu bardziej łaskawego, choć jakaś groźba zdaje się wisieć nad jagniętami; kiedy nie ma już ni pasterza, ni stada, bo któż zdołałby odróżnić jedno od drugiego pod gwiazdami, gdy wszystko jest snem, gdy wszystko jest wełnistym snem. (…)
Krok po kroku, przezwyciężając kolejne sprzeczności, wędrujemy w kierunku ciszy, która wymazuje pytania i jest szczęśliwością.
O gadulstwo pytań! Ile krzywdy wyrządziły one ludziom?
Głupi tylko czeka odpowiedzi Boga. Jeśli On cię przygarnie, jeśli cię uzdrowi, to wymazując swoją ręką wszystkie twoje pytania, tak jak się leczy z gorączki. Tak.
Kiedy pewnego dnia będziesz przyjmował Twoje stworzenie do Twych spichlerzy, otwórz nam szeroko na dwie strony wierzeje i wpuść nas tam, gdzie nie będzie już odpowiedzi, bo i pytań nie będzie, tylko sama szczęśliwość, która jest zwornikiem wszystkich pytań i obliczem, które daje ukojenie.

 

Ciszo, porcie, gdzie zawija statek.
Ciszo Boża, porcie wszystkich statków 
(A. de Saint Exupéry, Twierdza, Warszawa 1985, s. 111-113).

 

Ks. Jerzy Grześkowiak


Prośba o ciszę

Skrawka ciszy szukam
ocalonego ze zgiełku
czy wiecie, że nawet
przedmioty krzyczą
gdy nie ma ciszy

Proszę was
o skrawek ciszy
niektórzy moi bliźni
lwy hieny i szakale
hałasu codziennego
ale ostrzegam
nie oddam tanio
kości moich złudzeń
jeśli nie będzie 
można inaczej
wejdę w siebie
i tam ocalę
skrawek ciszy


Łucja Danielewska

Refleksje po Święcie Chrztu Pana Jezusa 

Solidarność Jezusa z człowiekiem

 

We Florencji naprzeciw zachodniego portalu potężnej i zachwycającej swym pięknem katedry znajduje się szturmowany przez wielojęzyczne tłumy turystów z całego świata i nękany hałasem trąbiących aut i skuterów dawny miejski kościół chrzcielny, czyli baptysterium. Jak wszystkie kaplice chrzcielne ta ośmiokątna budowla jest poświęcona św. Janowi Chrzcicielowi. Zwiedzający odnajduje na mozaice kopuły tego biblijnego proroka wzywającego do pokuty – ze zwichrzonymi włosami i przenikliwym spojrzeniem. Droga od Jordanu do różnorodnie ukształtowanych chrzcielnic w chrześcijańskich kościołach jest bardzo długa. A zaczyna się od wydarzenia, kiedy „otworzyło się niebo” nad Tym, o którym św. Paweł powie: „Zechciał Bóg, aby w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego znów pojednać wszystko z sobą” (Kol 1,19-20).
Życie ludzkie jest naznaczone przełomami. Raz po raz coś się kończy i zaczyna coś nowego. Nie zawsze dzieje się to bez kryzysu. Konieczne są zmiany, przestawienie się, nowa orientacja. Niekiedy takim przełomom towarzyszą obrzędy i symboliczne akty. Przykładem tego może być zakończenie szkolnej edukacji lub zawodowego wykształcenia. Certyfikat lub świadectwo potwierdzają kompetencje i uprawniają do pracy w konkretnym zawodzie lub do podjęcia dalszych studiów. Czy ktoś jest w swoim fachu dobry, to okaże się dopiero w praktyce.  Przejściu w inny sposób życia lub do innej pracy, w inny stan, towarzyszą także jakieś znaki. Na przykład narzeczeni zakładają sobie na palce obrączki. W niektórych klasztorach osoby wstępujące do zakonu otrzymują w oficjalnym obrzędzie przyjęcia do wspólnoty nowe imię.
Chrzest Jezusa stanowi dla Niego takie właśnie „przejście”. On udaje się nad Jordan, gdzie do nawrócenia i pokuty nawołuje Jan Chrzciciel i prosi go o chrzest. Jest to inny chrzest niż ten, który przyjęliśmy. Jezus daje się ochrzcić, jak tylu innych Jemu współczesnych, którzy odczuwają potrzebę nawrócenia, zrywają z grzesznymi drogami i ufają głęboko, że Bóg przebaczy im popełnione winy. W ten sposób okazuje pełną solidarność z ludźmi. Jest całkowicie po stronie człowieka. Wstępując w rzekę Jordan zstępuje obrazowo w głębie naszej ludzkiej kondycji, jak to już uczynił przyjmując ludzkie ciało. Już samo usytuowanie Jordanu w geograficznej depresji – w najniżej położonym miejscu świata kilkaset metrów poniżej poziomu morza - jest głęboko symboliczne.
Jedna z greckich ikon z XIV wieku przedstawia chrzest Jezusa w następujący sposób. Pomiędzy dwoma grupami piętrzących się wysoko skał widać w głębi fale Jordanu. W tych czeluściach ciemnej wody zanurza się Jezus, wstępując niejako w ciemności naszego świata i w przepaści naszych serc, aby całym sobą przyjąć w siebie nasze rozdarcie, grzech i odmęty zła. Jezus jest „chrzczony” wodami doczesności, obmywany wodami tego świata, ale w ten sposób to właśnie On nas wszystkich obmywa, filtruje ciemne wody naszego życia i usuwa brudy tego świata - biorąc na siebie nasze grzechy.
Gdy wynurza się z wody, otwiera się nad Nim Niebo: „…ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie” (Mk 1,9). Duch Boży, który działał już w pierwszym dniu stworzenia, teraz objawia, kim jest Jezus. Głos Boga oświadcza: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Mk 1,11). Jezus, będąc człowiekiem jak my, jest także Bogiem. I tak potwierdzony przez Ojca i wyposażony w moc Ducha Świętego rozpoczyna swoją publiczną działalność.
Z Nazaretu, gdzie Jezus dorastał, do miejsca, gdzie Jan chrzcił, idzie się około dwóch dni. Jezus musiał zatem odbyć dość daleką podróż, by dotrzeć do Jana przy rzece Jordan. Dlaczego Jan naucza i chrzci właśnie tam? Przecież mógł iść od wioski do wioski jako wędrowny kaznodzieja i chrzciciel. Dlaczego ludzie muszą opuszczać ich domostwa i wędrować do niezamieszkałych stepów Jordanu? 
Wiąże się to z nawróceniem, do którego wzywa św. Jan. Nawrócenie to coś więcej niż jakaś mglista chęć zmiany stylu życia, dobre chęci i „worek” pełen dobrych postanowień. Orędzie Jana Chrzciciela cechuje radykalizm. On stawia warunki, nawet grozi: Jeżeli nie zmienicie waszego sposobu życia, nie odmienicie go u samych fundamentów poczynając, nie unikniecie katastrofy - „Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona” (Mt 3,10).
Nawrócenie – przemiana życia, która sięga głębi, aż do korzeni, nie jest łatwa do zrealizowania w warunkach domowych. Tam otaczają człowieka te same ściany, te same zwyczaje i rytuały. Zacząć na nowo może tylko ten, kto odważy się na Exodus – czyli na wyjście z dotychczasowego, „odejście od starego”. Dlatego Jan wzywa ludzi na stepy Jordanu, gdzie analizują i oceniają swoje dotychczasowe życie i publicznie wyznają swoje grzechy. U siebie w domu byłoby o to trudniej.
Do chrztu Janowego należy zatem radykalne nawrócenie i rytualne zanurzenie w wodach Jordanu. Dlaczego właśnie w Jordanie? Przecież źródła z ożywczą wodą znajdowały się też w wielu w innych miejscach. Czy nie mógł chrzcić na przykład w głębokich wodach jeziora Genezaret? Dlaczego akurat w Jordanie, a do tego w określonym miejscu, które łatwo dziś zlokalizować? Odpowiedź jest zaskakująca: Jan chrzci dokładnie tam, gdzie przed setkami lat Jozue przeprowadził Izraelitów przez Jordan do Ziemi Obiecanej. Nawrócenie i exodus nie są więc dla św. Jana celem samym w sobie. One są początkiem czegoś o wiele większego.
Jan Chrzciciel jest przekonany: jeżeli Lud Wybrany odrzuci swe fałszywe bożki i zabezpieczenia, jeżeli porzuci dotychczasowy grzeszny sposób życia, jeżeli nawróci się i otrzyma od Boga przebaczenie win, wtedy dokona się na nowo wejście do Ziemi Obiecanej.
Wielu Izraelitów usłyszało wołanie Jana i poszło za Jego głosem. Jezus słysząc o tym, co się dzieje, opuszcza swój rodzinny dom w Nazaret, udaje się do Jana i zanurza w wodzie Jordanu, aby wejść jak wielu innych na próg Ziemi Obietnicy – tam, gdzie zaczyna się nowe życie pod panowaniem Boga.
Zdumiewa, że Jezus nie zaczyna swej misji tylko sam, w pojedynkę.  On idzie za innymi i słucha Janowych kazań wzywających do pokuty.  W ten sposób daje Bogu, swemu Ojcu, możliwość rozpoczęcia tego, co Nowe, gdzie nawet „najmniejszy” jest większy od Jana Chrzciciela (Mt 11,11). Gdyby Jezus pozostał w Nazaret, albo gdyby powiedział: „Ja sam określę i wyznaczę swoją drogę”, Boży plan zbawienia z ludźmi nie mógłby być kontynuowany.
Kościół współczesny cierpi z tego powodu, że jest w nim wielu pojedynczych działaczy, ale zbyt mało wspólnie wyrusza w drogę. A jeszcze bardziej dlatego, że wielu dokładnie „wie”, jak Kościół należy zreformować, ale za mało takich, co pytają, jak sam Bóg zamierza odnowić swój Lud!
Fakt, że Jezus poszedł na pustynię, by dać się ochrzcić w Jordanie jak inni, sprawiało pierwotnemu Kościołowi spore trudności. Jak On, większy od Jana, mógł pójść do niego, przyłączyć się do jego ruchu odnowy, włączyć się w szereg potrzebujących nawrócenia? Jak bezgrzeszny mógł przyjąć chrzest dla odpuszczenia grzechów? O tym, jak znaczne to były trudności, świadczy fakt, że Mateusz w scenę chrztu wkomponował krótki dialog, w którym Jan najpierw odmawia Jezusowi chrztu.
„Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego; Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie? Jezus mu odpowiedział: „Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”. Wtedy mu ustąpił.” (Mt 3,13-15)
Dlaczego Syn Boży prosi o chrzest? Dawniej rozwiązywano ten problem prostą odpowiedzią: Jezus chciał dać ludziom dobry przykład. Taka odpowiedź jest jednak niewystarczająca. Jezus idzie do Jana Chrzciciela, bo wie: przez niego działa Bóg. Izrael wstępuje teraz w decydującą fazę swojej historii, w czas, w którym wypełni się „wszelka sprawiedliwość” (Mt 3,15). A to znaczy dla Jezusa: On musi i chce być tam, gdzie decydują się losy ludu Bożego. Musi być na tym miejscu, gdzie Bóg aktualnie działa i wypełnia swe obietnice, gdzie Izrael stoi na progu Ziemi Obiecanej. Moralne pytanie, czy Jezus czuł się jako grzesznik, nie dotyczy w ogóle sprawy zasadniczej. Jezusowi idzie o wolę i plan Boga. Przez chrzest oddaje się całkowicie w służbę temu zbawczemu planowi. Gdy Jezus wychodzi z wód Jordanu, otwiera się niebo: 
„A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie.” (Mt 3, 16-17)
„Otwarte niebo” - to znaczy: niebo i ziemia są znowu złączone, bo oto jest w końcu Ktoś, na którym spoczywa całe upodobanie Ojca i który jest całkowicie Jemu 
posłuszny. I tak zostaje przekroczony próg do Ziemi Obiecanej. Ci zaś, co gromadzą się wokół Jezusa i idą Jego śladami, mogą odtąd żyć „pod otwartym niebem”.
Wielu wierzącym trudności sprawia symbol gołębicy. Gołąb pojawia się po raz pierwszy już w czterdziestym dniu życia Jezusa podczas ofiarowania Go Bogu w świątyni jerozolimskiej.  Gołąb jest darem ludzi biednych. Nim rodzice wykupują niejako od Boga pierworodnego syna (Łk 2, 22-24).
Podczas każdej Paschy Jezus czytał Pieśń nad pieśniami, a w niej także o tym, że Bóg, Jego Ojciec, troszczy się o swój lud i stara się pozyskać jego względy podobnie jak czynią to gruchające gołębie.
„Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź! 
Gołąbko ma ukryta w zagłębieniach skały, w szczelinach przepaści, 
ukaż mi swą twarz, daj mi słyszeć Twój głos! 
Bo słodki jest głos twój i twarz pełnia wdzięku.” (Pnp 2,13-14)
W historii o potopie gołąb przynosi w dziobie świeży listek z drzewa oliwnego jako znak końca kary i nastania pokoju między Stwórcą i stworzeniem (Rdz 8, 10-11)
Bardzo ważne w tym znaku jest również fakt, że gołąb po hebrajsku to „Jona”. Jonasz zaś jest pierwszym prorokiem, z którym niejako „przestrzennie” spotyka się Jezus, ponieważ jego grób znajduje się tylko osiem kilometrów od Nazaret. Podobnie jak Jonasz, Jezus zostaje posłany w podległy grzechowi świat, aby przepowiadać miłosierdzie Boga i wzywać do nawrócenia. O swojej generacji powie, że będzie jej dany tylko „znak Jonasza”, a jest nim uratowanie „z trzech ciemnych dni”, czyli Zmartwychwstanie.
Gołąb - zwierzę ofiarne, symbol pokoju, znak miłości, los proroka – to wszystko zostaje poprzez gołębia symbolicznie przeniesione na osobę Jezusa. I On słyszy z Nieba słowa Ojca: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,17).
Sedno chrztu Jezusa wyraża doskonale współczesne pojęcie „solidarność”. Jezus jest bezwarunkowo solidarny z całą ludzkością. W Janowym obrzędzie nawrócenia bierze On na siebie nasze grzechy, aby zostały z nas zmyte w wodzie chrztu. A daleko na horyzoncie rysuje się już kształt krzyża: „Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie” (Łk 12, 49-50).

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

                         Święto Trzech Króli

 

A my, trzej magowie, zgarbieni pod ciężarem Ksiąg, 
pustych jak wypalone na pustyni czaszki, 
Drżymy z trwogi, chociaż jesteśmy szczęśliwi.
Niepokoi na bowiem myśl, że wracając od Ciebie,
Będziemy musieli iść inną drogą
Niż ta, którą tutaj przyszliśmy.
Czy nie możemy wrócić, Boże, tą samą drogą?

Roman Brandstaetter

 

„Przed niewielu dniami obchodziliśmy święto upamiętniające fakt, że  narodził się Pan pochodzący z ludu żydowskiego. Dzisiaj celebrujemy uroczyście  w świątecznej radości dzień, w którym hołd złożyli poganie. „Bo zbawienie pochodzi od Żydów” (J 4,22); ale to zbawienie ma sięgać aż po krańce ziemi” (Iz 49,6)”.  Te słowa św. Augustyna z kazania na święto Objawienia Pańskiego podkreślają historio-zbawczy charakter opowieści o Mędrcach ze Wschodu. Oni są pierwszymi poganami, którym Bóg objawił się w Jezusie. W sposób symboliczny reprezentują całą ludzkość. A ich hołd wskazuje na uniwersalizm panowania Chrystusa.


Kiedy jesienią 1960 roku komunistyczny sejm zaakceptował gomułkowską ustawę likwidującą 6 stycznia jako dzień wolny od pracy, na pół wieku odebrano Polakom możliwość godnego przeżywania święta Trzech Króli. Przywrócono je dopiero w „odrodzonej Polsce” po trzyletniej batalii (inicjatywa prezydenta Łodzi Jerzego Kropiwnickiego, milion podpisów obywateli) w styczniu 2010 roku. A przecież uroczystość Objawienia Pańskiego jest jednym z najstarszych świąt chrześcijańskich.


Już w III wieku obchodzono 6 stycznia Narodziny Pana Jezusa i tak dzieje się w Kościołach Wschodu do dzisiaj. Pod koniec IV wieku w Kościele na Zachodzie celebrowanie tego wydarzenia przełożono na 25 grudnia, a w świętowaniu 6 stycznia akcent został położony na adoracji Trzech Mędrców. To wydarzenie jest pierwszym z trzech, które podkreślają publiczne wystąpienie Zbawiciela, następne to chrzest Jezusa i pierwszy cud w Kanie Galilejskiej. Ewangelia tego święta w barwnej historii Mędrców ze Wschodu głosi przyjście Mesjasza-Zbawiciela nie tylko do Ludu Wybranego, lecz także do innych narodów szukających prawdy.

 

Gwiazda Mesjasza

Cóż to wielkiego, Magowie ze Wschodu, 
Żeście odkryli po roku podróży 
Pana na sianie, między bydłem, gnojem, 
Gdy ja, bez gwiazdy szczególnej przewodu. 
Znalazłem Boga – błądząc wiele dłużej – 
W jeszcze podlejszej stajni: w sercu swojem. 
Leopold Staff


„Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: „Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon.” (Mt 2,1-2) Gwiazda z Betlejem fascynuje do dzisiaj. Interesują się nią nie tylko teologowie, lecz także astronomowie, historycy i psychologowie. Przy pomocy „Mędrców ze Wschodu” usiłuje się obliczyć datę narodzin Jezusa. Dzisiejszy chrześcijański sposób liczenia czasu, który narodziny Jezusa określa jako rozpoczęcie nowej ery, zapoczątkował rzymski mnich Dionisios Exigus (470-550). Kiedy Jezus się narodził, tego nie da się z całą pewnością ustalić.


Najbardziej pewne wskazówki daje św. Mateusz. Narodziny Jezusa przypadają na czas króla Heroda (Mt 2,1; Łk 1,5), który umarł w 4 roku przed Chrystusem, jak można wnioskować z dzieł żydowskiego historyka Józefa Flawiusza. Z opowiadania o zamordowaniu dzieci w Betlejem (Mt 2,16 n.), o którym w ówczesnych źródłach nie ma jednak żadnej wzmianki, wynika, że Jezus nie mógł urodzić się przed 6 lub 7 rokiem nowej ery (bo Herod rozkazał zabić wszystkie dzieci poniżej dwóch lat).


W ustalaniu narodzin Jezusa dla wielu interesująca jest gwiazda z Betlejem. Jedni mówią tu o tzw. supernowa, ale o zaistnienia takowej gwiazdy nie ma w tamtych czasach żadnych świadectw. Inni mówią tu o komecie Halleya, która przechodziła obok ziemi około 12 lub 11 roku przed Chrystusem, a zatem nieco za wcześnie dla narodzenia Jezusa. Jeszcze inni wskazują na chińskie annały, według których w latach 5 lub 4 przed Chr. można było obserwować przez kilka tygodni narodziny nowej gwiazdy (wybuch supernowej). Czy była ona jednak widoczna także w Palestynie?


Większość badaczy w tej kwestii myśli o zjawiskowej konstelacji planet. Jak babilońscy astronomowie uprzednio obliczyli, w 7 lub 6 roku przed Chrystusem Jowisz i Saturn w gwiazdozbiorze Ryb tak bardzo zbliżyły się do siebie (trzykrotnie bliżej), że widziano je jako jedną jasno święcąca gwiazdę.


Co sądzić o tych przypuszczeniach i teoriach? Przede wszystkim wskazana jest tu roztropność. Łatwo sobie wyobrazić, że  narodziny Jezusa wiązano z rzadkim fenomenem astronomicznym. O tyle gwiazda, o której wspomina Mateusz, może służyć pomocą w ustaleniu roku narodzin Jezusa. Ale – tak jak opowiada o niej Ewangelista, nie można jej jednoznacznie określić w aspekcie astronomicznym. Gwiazda z Betlejem jest bowiem „gwiazdą cudowną”. Ona ma ogromny walor symboliczny. 


W całej tej problematyce trzeba pamiętać, że ludy Bliskiego Wschodu były przekonane, że każdy człowiek ma swoją gwiazdę i że ówcześni pogańscy władcy z upodobaniem kazali umieszczać na monetach nad ich głową gwiazdę symbolizującą ich władzę. Z kolei w judeo-chrześcijaństwie pamiętano zapewne o gwieździe, której pojawienie się zapowiadał w przeszłości prorok Balaam, a którą odnoszono do przyszłego Mesjasza: 


„Widzę go, lecz jeszcze nie teraz, dostrzegam go, ale jeszcze nie z bliska: wschodzi Gwiazda z Jakuba, a z Izraela podnosi się berło.” (Lb 24,17)


Idzie zatem o gwiazdę Mesjasza, którą według Mateusza postrzegają Mędrcy ze Wschodu i za którą podążają – prowadzeni w cudowny sposób – do Jerozolimy, a potem do Betlejem. Gwiazda z Betlejem wskazuje zatem na mesjańską godność Jezusa. On jest synem Dawida, który narodził się w mieście Dawida (Mi 5,1). Jako mesjański syn Dawida posiada „wszelką moc na niebie i na ziemi” (Mt 20,18). Ona się Jemu należy jako Ukrzyżowanemu, który zmartwychwstał. Gdy Mateusz mówi o gwieździe, prowadzącej Mędrców ze Wschodu do żłóbka, nie chce on przekazać w jakiś zaszyfrowany sposób daty narodzenia Jezusa, lecz obrazowo ukazać moc promieniowania Jezusa w dziejach świata. Gwiazda Mesjasza świeci hen poza granice Ludu Wybranego i pociąga ku sobie z daleka Mędrców. Oni nie tylko uobecniają mądrość Wschodu, lecz reprezentują także już zastępczo ludy pogańskie, dla których Jezus stanie się Chrystusem. 


Na koniec ciekawa refleksja Benedykta XVI o gwieździe betlejemskiej, w nawiązaniu do pewnego tekstu św. Grzegorza z Nazjanzu:

 
„Mówi on, że w chwili, w której Trzej Królowie, prowadzeni przez gwiazdę, adorowali Nowego Króla Chrystusa, nastąpił koniec astrologii, gdyż od tej pory gwiazdy poruszają się po orbitach wyznaczonych przez Chrystusa. Rzeczywiście w tej scenie jest odwrócone ówczesne pojmowanie świata, które w inny sposób na nowo dochodzi dzisiaj do głosu. To nie żywioły świata, prawa materii rządzą ostatecznie światem i człowiekiem, ale osobowy Bóg rządzi gwiazdami, czyli wszechświatem; prawa materii i ewolucji nie są ostateczną instancją, ale rozum, wola, miłość – Osoba. A jeśli znamy tę Osobę, a Ona zna nas, wówczas niewzruszona moc elementów naturalnych nie jest ostateczną instancją; wówczas nie jesteśmy niewolnikami wszechświata i jego praw – jesteśmy wolni. Ta świadomość w starożytności pobudzała prawe umysły do poszukiwania. Niebo nie jest puste. Życie nie jest zwyczajnym następstwem praw i przypadkowości materii, ale we wszystkim i równocześnie ponad wszystkim jest osobowa wola, jest Duch, który w Jezusie objawił się jako Miłość.” (Encyklika Spe salvi nr 5)

 

Gwiazda prostaczków i królów

Bolała Gwiazda jak ostry serca gwóźdź…
„Jeśli nie możesz inaczej – na ziemię pójdź!”

Toczyła się cała w świetle
jak czarownica na mietle…
„Jakiż ty pożar rozniecisz!”

Dostała, czego chciała najwięcej,
poszli za nią anieli pastuchy i mędrce…
„A niewiniątka – wyrżnięte!”

Bolała Gwiazda jak siedmioraki miecz,
bo szedł bezbronny przy głośnych chwalbach rzesz…
„Teraz za późno! Już ci się nie wrócić wstecz…”

Chciała zejść, gdy wieczór się zbliżał,
chciała opaść na ziem u stóp Krzyża…
„Patrzcie, klękła, jak mogła, najniżej!”

O Gwiazdo bolejąca czule….
O Gwiazdo prostaczków i królów…
O Gwiazdo…
Kazimiera Iłłakowiczówna

Mądrość rozróżniania

 

Nowym czasom i pokoleniom należy przekazywać ogień, 
a nie strzec popiołu.
Św. Tomasz Morus

 

„Jak szybko mijają chwile, jak szybko mija czas…” Ta piosenka to część rytuału nieomal każdego przyjacielskiego świętowania. Lata życia dla każdego są zbyt krótkie. Nasz czas, lata, dni i godziny są darem Boga, są nam dane i zadane. Takim zadaniem jest również ten Nowy Rok. U jego progu każdy pyta, jak to zadanie wypełnić, czy temu podołam? Uważam, że pomocną może okazać się modlitwa odmawiana przy każdym spotkaniu grup AA (anonimowych alkoholików):


„Boże, daj mi siłę zaakceptować to, czego nie potrafię zmienić. 
Daj mi odwagę zmieniać to, co zmienić jestem w stanie. 
Daj mi mądrość dobrze odróżniać jedno od drugiego.”


Akceptacja tego, czego nie potrafię zmienić, nie oznacza obojętności lub gruboskórności. Idzie tu o wewnętrzny spokój, jakąś równowagę, by najpierw zaakceptować samego siebie takim, jakim przez ubiegłe lata mojego życia się stałem. Każdy otrzymał od Boga tyle darów, talentów, uzdolnień, że potrzebuje całego życia, by one się rozwinęły, dojrzały i by je wykorzystywać w życiu.  Darowany nam czas należy najpierw spożytkować na spokojne powiedzenie „tak” sobie samemu. Kto nie stanowi wewnętrznej jedności, kto jest w niezgodzie z samym sobą, nie posunie się w niczym do przodu. Kto jest skonfliktowany z sobą samym, nie może żyć w pokoju z innymi. Do tego wewnętrznego ładu należy także akceptacja ludzi, których nie jesteśmy w stanie zmienić. Życie codzienne stawia nas w sytuacji, że mamy permanentnie do czynienia z wieloma ludźmi, z prostymi i wykształconymi, mówiącymi na wszystko „tak” i krytycznymi, sympatycznymi i dokuczliwymi, radosnymi i smutasami, młodymi i starszymi. Tak będzie też w Nowym Roku. Każdy człowiek jest jedynym w swoim rodzaju indywiduum, każdy jest oryginałem. Każdy ma swoje specyficzne cechy, swoją drogę życia, swoją historię. Człowiek zrównoważony, spokojny szanuje drugiego takim, jakim on jest. Papież Jan XXIII taką postawę wyraził w mądrym powiedzeniu: „Wszystko wiedzieć, wiele przeoczyć i tylko niewiele korygować”.


„Daj mi odwagę zmieniać to, co zmienić jestem w stanie”. Nie wszystko może, musi i powinno zostać tak, jak jest. Czasy w jakich żyjemy, nie należą do najlepszych - chociaż o takich marzyliśmy. Nie żyjemy też w najlepszym ze światów. Są sprawy, sytuacje i ludzie, u których coś się zmienia, jeżeli wobec nich coś się zaryzykuje. Ale do tego potrzeba odwagi, by zdecydować się na wielce zobowiązującą modlitwę: „Panie, zmień ten świat, ale zacznij ode mnie!”. Jeżeli choć jeden człowiek zmieni się na lepsze, to i świat będzie o tyle lepszy. Ale zmienić samego siebie, to zawsze wiąże się z bólem. A wtedy brak odwagi. Dlatego sensowne jest modlić się o nią.  Kard. Henry Newman powiedział: „Żyć, to znaczy zmieniać się, a być doskonałym, to znaczy zmieniać się stale.”


Mądrość. - Kiedy jest jednak właściwa pora, by reagować ze spokojem, a kiedy odważyć się „wyjść z szeregu”? Nie da się zmienić wszystkiego i nie wolno wszystkiego pozostawić bez jakichkolwiek zmian. Konieczna jest zatem za każdym razem rozsądna decyzja. Stad ta trzecia prośba: „Daj mi mądrość trafnie rozróżniać jedno od drugiego”.
Mądrość – do tego należy rozróżnienie pomiędzy tym, co istotne a nieistotne, między czymś wzniosłym i trwałym a przemijającym. Nie wszystko jest równowartościowe, równorzędne. Istnieje coś takiego jak porządek lub hierarchia wartości. Kto kieruje się Bożą mądrością i wniknął głębiej w powiązania rzeczy, potrafi zdecydować się na to, co naprawdę istotne. Wtedy może czynić wszystko w stosownym czasie. Mądrość wzrasta wraz z doświadczeniami życia, ale bynajmniej nie jest ich sumą. Bo ludzie stają się prawdziwie mądrzy nie w proporcji do ilości ich doświadczeń, lecz poprzez zdolność wyciągania z doświadczeń wniosków i uczenia się.


Podsumowując: co nam potrzebne w Nowym Roku i w przyszłości to roztropna siła, odwaga i mądrość. Ostatecznie są to dary Boga, których nie można kupić ani wytworzyć. Można je tylko przyjąć jako dar. Jedynym warunkiem ich otrzymania to być stale otwartym na Boga i nawet w godzinach arcytrudnych Jemu zaufać. Kto Bogu ufa, jest jak dom zbudowany na skale, jak drzewo rosnące przy źródle.

 

Modlitwa – przed zegarem

Panie moich godzin i moich lat,
dałeś mi wiele czasu.
Ten czas leży za mną i jest przede mną.
To był mój czas i to będzie mój czas,
a mam go od Ciebie.
Dziękuję Ci za każde uderzenie zegara
i za każdy nowy poranek.

Nie proszę Cię o więcej czasu.
Ale proszę o spokój i rozwagę,
bym każdą godzinę czymś sensownym wypełnił.

Każda godzina 
jest jak połać pola.
Chcę je przeorać pługiem
i wrzucić w nie ziarna miłości,
ziarna moich myśli i dobrych zamiarów,
ziarna relacji z drugimi,
aby powstał bogaty plon. 
Według idei Jörga Zinka

 

Ks. Jerzy Grzeskowiak

Jeszcze w kontekście Święta
Niewinnych Młodzieniaszków

Aborcja jest złem

 

Czy autorytatywne wypowiedzi papieży liczą się dla dzisiejszej generacji, czy są brane pod uwagę w trudnych decyzjach? Badania CBOS i centrum Myśli Jana Pawła II z czerwca 2013 r. wykazały, że 75 procent Polaków uważa, iż aborcja jest złem i nigdy nie może być usprawiedliwiona.  Ale jest jeszcze 25 procent myślących inaczej. I właśnie ten fakt wskazuje na konieczność odpowiedniego ustawodawstwa państwowego w tym obszarze. Wiemy, ile napięć i wzajemnej wrogości między zwolennikami i przeciwnikami aborcji wywołuje dyskusja nad projektem społecznym o całkowitym zakazie aborcji, czyli o rewizji prawa aborcyjnego ustanowionego przez sejm w 1993 roku.


Widzę „czarne marsze” młodych agresywnych kobiet domagających się swobodnego prawa do zabijania nienarodzonych dzieci, a w ich rękach   transparenty: „Moje ciało należy do mnie”, „Wasze kaplice nasze macice”, „Embrion nie jest dzieckiem”. Widzę akty wandalizmu zwolenników aborcji, którzy sprayem zdewastowali zabytki: budynek kurii archidiecezji warszawskiej, dom parafialny przy warszawskiej archikatedrze i dom kurii warszawsko-praskiej pisząc na nich: „Dość piekła kobiet”, „Mordercy kobiet”. „Oto ciało moje, oto krew moja. Wara wam”. Słyszę setki wypowiedzi celebrytów, polityków, nawet kandydatów na prezydenta, dziennikarzy i osób publicznych, którzy domagają się pełnej swobody w traktowaniu życia nienarodzonego człowieka. Czytam opinie o „świadomej depopulacji”, bo człowiek jest „największym złem, jakie można wyrządzić planecie”.


Wiem jednak także, że jest bardzo wielu ludzi, którzy całym sercem oddają się obronie dzieci poczętych, które, gdyby mogły, uciekałyby spod lekarskiego skalpela, bo Życie po prostu chce żyć! Ci odważni obrońcy życia skupiający się w tzw. środowisku pro life organizują od 2006 r. Marsze dla Życia i Rodziny, które w 2018 r. odbyły się w 180 miejscowościach. Przebiegają one co roku pod innym hasłem w radosnej atmosferze i niosą pozytywne przesłanie o wartości ludzkiego życia, małżeństwa i rodziny. Uczestnicy, na ogół całe rodziny, manifestują poparcie dla zmiany prawa aborcyjnego, czyli zakazu aborcji także w odniesieniu do dzieci niepełnosprawnych, są formą obrony rodzin i dzieci przed zgubną tęczową ideologią LGBTQ w odniesieniu do koncepcji rodziny, przed deprawującym dzieci wypaczonym wychowaniem seksualnym i propagowaniem homoseksualizmu; w końcu są apelem do rządzących o szczególną prawną i finansową opiekę nad rodziną. Te treści są wyrażane stosowną formą, czyli przez flagi, banery, płótna, skandowanie i śpiew. Na przykład w Szczecinie w 2015 r. młodzież przepisała istotne teksty z encykliki Jana Pawła II o życiu na pasach płótna, które liczyło nawet 300 metrów. Podczas marszu zbierane są dary pieniężne na cele służące wspieraniu matek, które w trudnych sytuacjach życiowych decydują się heroicznie na urodzenie dziecka, czyli szczególnie dla podopiecznych Domów Samotnej Matki.


Marsze dla Życia, pomysłowe wystawy, „Edukacyjny kalendarz pro life”, „Fundacja Małych Stópek” i „Bractwo Małych Stópek”, akcje na Facebooku, np. strona dlazycia.info, akcje „Paczuszka dla Maluszka”, „Lawina Pieluch i Jasiów” – wymieniając tylko przykładowo – to wielka strategia wymagająca odpowiedniej logistyki, zorganizowanych ofiarnych ludzi i funduszy.


Inne formy troski o życie poczętych dzieci to modlitewna krucjata w obronie życia nienarodzonych i duchowa adopcja dziecka poczętego, której inicjatorem jest Paweł Milcarek, znany filozof i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Christianitas”. Już od 33 lat istnieje w Polsce „Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego”. Do tego „dzieła” zaproszeni są wszyscy: świeccy i duchowni, kobiety i mężczyźni, dzieci i osoby starsze. Polega ona na systematycznej modlitwie w intencji jednego znanego tylko Bogu dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Przez 9 miesięcy należy odmawiać codziennie jedną tajemnicę Różańca oraz specjalną modlitwę. Do tego można dołączyć własne postanowienia. Przyrzeczenie duchowej adopcji najlepiej złożyć w sposób uroczysty w kościele (Lista kościołów, gdzie można tego dokonać, znajduje się na stronie www.duchowa-adopcja.pl), ale można to zrobić też w prosty sposób indywidualnie. Nie wiadomo dokładnie, ilu członków liczy ruch duchowej adopcji, bo nikt nie prowadzi statystyk. Ale ponieważ duchową adopcję podejmowało nieraz jednocześnie kilka tysięcy osób, dzieci poczęte i ocalone przez modlitwę można chyba liczyć w setkach tysięcy bądź w milionach.


Do duchowej adopcji szczególnie zachęcane są osoby, które popełniły aborcję lub do niej się w jakiś sposób przyczyniły. Takie osoby cierpiące na tzw. syndrom poaborcyjny żyją na ogół w ogromnym poczuciu winy. Poetka B. Obertyńska opisuje stan kobiety, która zabiła swe dziecko, oczami domownika, innej bliskiej kobiety:


„Wie, że tamta zabiła. Dwoje. Jak nic. Po prostu.
Że przyszło jej to łatwo, jak innym plunąć z mostu,
że je dała wydrapać, jak kreta z kretowiny,
bez poczucia ciężaru, ani rozmiaru winy,
że się z obu tych śmierci otrzepała tak prawie,
jak pies z wody, czy w progu but zaroszony w trawie,
że jak koty za płoty pozbyła się kłopotu,
za który by ktoś inny trzy razy umrzeć gotów,
wie o tym uporczywie – dojmująco – boleśnie…
Bo czemuż by inaczej tak często wyła we śnie?”


Często mimo wyznania tego grzechu w sakramencie pokuty, kobiety mają lęki, nie wierzą, że Bóg im przebaczył, boją się spotkania z dzieckiem w niebie. Duchowa adopcja może usunąć tę udrękę sumienia i przywrócić równowagę ducha. Osobom, które dokonały aktu duchowej adopcji zalecana jest do codziennego odmawiania następująca modlitwa: 


Panie Jezu, 
za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi, 
która urodziła Cię z miłością 
oraz za wstawiennictwem św. Józefa, 
człowieka zawierzenia, 
który opiekował się Tobą po urodzeniu, 
proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, 
które znajduje się w niebezpieczeństwie 
i które duchowo adoptowałem.
Proszę, daj rodzicom tego dziecka miłość i odwagę, 
aby zachowali je przy życiu, 
które Ty sam mu przeznaczyłeś. 
Amen.


Inną akcją modlitewną za poczęte dzieci jest akcja „40 Dni dla Życia”. Ta modlitewna inicjatywa zrodziła się w USA i polega na ciągłej, trwającej 40 dni i 40 nocy modlitwie w intencji życia poczętego. To jakby szturm do nieba w intencji powstrzymania ludzi przed zabijaniem dzieci nienarodzonych, a także w intencji pokoju na całym świecie. Forma modlitwy jest dowolna – modlitwa indywidualna, rodzinna lub wspólnotowa. Mogą to być: rozważanie Pisma Świętego, Różaniec, Koronka do Miłosierdzia Bożego, litanie, medytacja itp. Najważniejsze jest, by modlitwa trwała całą godzinę o wybranej porze w ciągu całej akcji w zależności od osobistych uwarunkowań i możliwości.

 
Na koniec wszystkim zwolennikom aborcji dedykuję wstrząsające słowa Wandy Połtawskiej (doradczyni Jana Pawła II w sprawach małżeństwa i rodziny) przez całe życie broniącej życia dzieci poczętych. Jedyną szansę dla zaprzestania uprawiania tzw. kultury śmierci, czyli „antycywilizacji” widzi ona w nazywaniu wreszcie tych spraw po imieniu:


„Ale żeby to się mogło stać, trzeba najpierw wrócić do prawdy, przestać się okłamywać. Przestać mówić, że np. „to nie jest dziecko”, ale wyznać uczciwie: wszyscy wiemy, że to jest dziecko, ale chcemy je zabić, bo przecież tylko o to chodzi. Myślę, że zmianę ustawy u nas można by osiągnąć tylko w jeden sposób: zażądać w sejmie, w naszym polskim sejmie, prawdy i powiedzieć, że chcemy, żeby każda matka miała prawo bezkarnie zabijać dziecko – każde, które się jej nie spodoba. Zabijanie przed urodzeniem wcale nie jest takie łatwe, jak się mówi – trzeba do tego specjalnie wykwalifikowanej kadry lekarzy specjalistów, ludzi, którzy się najmniej 10 lat uczą, żeby umieć zabijać. Bo to bezbronne maleństwo, ukryte głęboko w życiodajnym łonie matki, tylko tym swoim ukryciem broni się – ciało matki ochrania dziecko – więc trzeba lekarza specjalisty ginekologa, bo dopiero taki umie zabić to dziecko. Ale do tego trzeba specjalnego miejsca, pokoju zabiegowego. Byłoby prościej i taniej pozwolić matce normalnie naturalnie urodzić (poród nie jest chorobą, jest stanem fizjologicznym, w ogromnej ilości przypadków przebiega bez komplikacji) – no a potem, jak się dziecko już urodzi, to zabić, dużo łatwiej niż przed urodzeniem; nie potrzeba specjalisty, nie potrzeba pieniędzy, żeby płacić, kobieta sama może zabić – nie wyręczając się lekarzem! Czyn w kwalifikacji moralnej ten sam: nie ma różnicy, czy dziecko ma dzień po urodzeniu, czy pół roku przed urodzeniem!”


Nieraz kobiety, które dokonały aborcji będąc w trudnej sytuacji życiowej, a znikąd nie otrzymały niezbędnej pomocy finansowej i psychicznego wsparcia, mówią: „Nie miałam innego wyboru”. Nie mnie kogokolwiek osądzać lub usprawiedliwiać. Przytoczę natomiast przekonującą wypowiedź redaktora F. Kucharczaka na temat konieczności wyboru:


„Pamiętam taką scenę z filmu „Ludzie Boga” o trapistach z Tibbirine. W Wigilię Bożego Narodzenia 1994 r. do klasztoru wtargnęli ludzie emira Attyi. Żądali wydanie lekarstw. Przeor Christian de Chergé odmówił, bo były potrzebne ludziom ze wsi. Emir przyłożył lufę do brzucha zakonnika. „Nie masz wyboru” – powiedział. Na to przeor, patrząc terroryście w oczy, powiedział: „Zawsze mam wybór”. Jego odwaga zdumiała islamistów. Odeszli. (…)
Świętujemy przyjście Zbawiciela, który kiedyś też był „płodem”. Organizm Jezusa nie różnił się niczym szczególnym od innych ludzkich organizmów na tym etapie rozwoju. I już tylko to wystarczyłoby, żeby uznać świętość każdego ludzkiego życia. Bóg stał się człowiekiem, a to znaczy, że każdy człowiek ma ogromną wartość. Na razie otacza nas mrok groty i czujemy twardość żłobu – ale to mylące wrażenie. Tam leży Ktoś bezcenny i to jest ważne.”

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 30.1.2023 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend