Bliżej Boga

Ks. Dr hab. Jerzy Grześkowiak

27.02.2020

 

Dlaczego wierzę?

 

Panie, dlaczego ja właściwie wierzę?
Może z prostego przyzwyczajenia -
albo ze strachu przed śmiercią -
albo tylko tak po prostu na wszelki wypadek?
Albo wierzę,
ponieważ zmuszają mnie do tego moi rodzice -
lub napędzają mi strachu głoszone kazania?
A może wierzę, Panie, 
by ratować swoją duszę -
lub dlatego, że chcę być lepszy od innych?
Panie, spraw,
bym wierzył
z tej prostej przyczyny,
że Ty jesteś!


Andreij M. Sinjawskij (rosyjski pisarz, prześladowany z powodu walki przeciw niesprawiedliwości i terrorowi).

26.02.2020

 

Impuls na Środę Popielcową 2020                            

 

Popiół i krzyż

 

Ta środa jest inna niż zwykle, o jej specyfice decyduje kościelny obrzęd z popiołem i stąd jej nazwa: „Środa Popielcowa”.


Popiół jako substancja będąca rezultatem procesu spalania jest symbolem przemijania. Pył popiołu to znak tymczasowości i skończoności doczesnego życia i tego świata. Nasza doczesna egzystencja, nasze ciało, całe piękno świata, wszystko, co posiadamy, to czym i jak urządziliśmy się w tym świecie, kiedyś przeminie. I wtedy będę musiał przed Bogiem zdać „rachunek” z moich czynów i osiągnięć jak i z zaniedbań i zmarnowanych szans. Popiół jest jednoznacznym, wręcz bezlitosnym symbolem tej właśnie prawdy.


Dziś w liturgii Kościoła chrześcijanie poddają się głębokiemu w swej wymowie obrzędowi posypania głowy popiołem. Ten znak jest sprawowany na ogół w formie krzyża. Krzyż Jezusa z jednej strony oznacza koniec Jego ewangelicznej działalności i potworną śmierć na krzyżu, ale z drugiej jest znakiem Jego zmartwychwstania, Jego wywyższenia i uwielbienia przez Ojca, a zatem znakiem zwycięstwa nad szatanem, wszelkim złem, śmiercią i cierpieniem.


Tym samym w obrzędzie popiołu zaznaczona jest na początku Wielkiego Postu cała wielkanocna droga tych specyficznych czterdziestu świętych dni: refleksja nad naszym przemijaniem i koniecznością śmierci oraz nad męką i śmiercią Jezusa, dalej pytanie o to, co w naszym życiu jest naprawdę ważne, co jest jego fundamentem, co  jest mocniejsze i trwalsze niż śmierć; idzie zatem o uświadomienie sobie i opowiedzenie się za tym, co naprawdę jest ostateczne, a mianowicie o obiecane nam w zwycięskim krzyżu Jezusa  zmartwychwstanie, które rozświetla i przenika  wszystkie nasze wysiłki, trudy i walkę, całą naszą doczesną egzystencję.


Środa Popielcowa inicjuje czterdziestodniową drogę, której celem jest Wielki Tydzień, celebrowanie tajemnic Triduum Sacrum z jego szczytem - świętem Wielkanocy.  W pierwotnym Kościele z Wielkim Postem rozpoczynał się okres ostatniego etapu intensywnego przygotowania katechumenów do sakramentu chrztu. W nocnej liturgii wielkanocnej zostaną przez chrzest uroczyście włączeni do wspólnoty wierzących. Przez zanurzenie w wodzie chrztu umrze „stary człowiek” a przez wynurzenie z niej narodzi się „nowy” - na obraz Jezusa Chrystusa. 


Dawniej cała wspólnota – a więc inaczej niż dziś - uczestniczyła w tej katechumenalnej drodze przygotowania do przyjęcia chrztu świętego. W ten sposób wszystkich we wspólnocie dotyczyło pytanie: Co stało się w toku twojego życia z tym „nowym życiem” z Chrystusem i w Chrystusie? Prowadzenie kandydatów do chrztu w Noc Paschalną było zatem ściśle związane z pytaniem o substancję wiary każdego chrześcijanina i całej wspólnoty.


Jeżeli dziś w naszych parafiach i wspólnotach przygotowanie do chrztu małych dzieci lub dorosłych dzieje się raczej w małym kręgu bądź całkiem prywatnie, to mimo to istota i rdzeń Wielkiego Postu tkwi w pytaniu:

Jaka jest moja wiara?

Jak przedstawia się moja więź z Bogiem?

Co stało się z przyrzeczeniami chrzcielnymi?

Co zostało z początkowego zachwytu, zapału, gorliwości? Co po drodze uległo zapomnieniu, zaginęło?

O co muszę na nowo zabiegać, o co walczyć, co odnowić?

O co winienem szczególnie prosić Boga?


Taki jest program na te sześć tygodni drogi ku Wielkanocy. Wielki Post to doprawdy o wiele więcej niż tylko zrzucić z siebie zbędne fałdy tłuszczu! Czas wielkanocnej pokuty to czas odnowy mojej wiary, odnowy więzi z Bogiem i relacji z bliźnimi poprzez dobre czyny, o których mówi Jezus w Ewangelii popielcowej środy: modlitwa, post i jałmużna.


W mszalnym czytaniu św. Paweł wzywa: „Oto teraz czas sposobny. Oto teraz czas zbawienia”. Ten apel odnosi się do każdego chrześcijanina. Teraz czas obudzić się, „powstać ze snu”, teraz jest szansa, by ożywić w sobie na nowo łaskę otrzymaną od Boga w darze chrztu (por. 2 Tym 1,6).


To również szansa dokładniej wejrzeć w siebie i spytać o „owoce” mojej wiary: jak w moim życiu i we wspólnocie wygląda gotowość do wzajemnej służby i dzielenia się z biednymi i będącymi w potrzebie? Jak jest z moją wolnością dziecka Bożego? Czy jestem od czegoś uzależniony, a co podcina moje skrzydła? Uzależniony od zbędnych używek (alkohol, nikotyna, narkotyki), od tego, że muszę „wszystko posiadać”, od sensacji na facebooku, i w telewizji; uzależniony od mody, trendów? Ile miejsca i czasu w moim życiu daję Bogu?


Teraz jest czas stosowny zatrzymać się, poddać swój styl życia głębszej refleksji, nawrócić się,  czyli powrócić na właściwą drogę, którą mi wskazał i utorował Chrystus. Dziś i przez cały Wielki Post nie idzie tylko o post, o głodowanie, o tzw. umartwianie się. W najgłębszym sensie ten czas jest zaproszeniem do życia: Nawróćcie się do życia, które Bóg od was oczekuje, do życia, w które włączył was w sakramencie chrztu.
 

Ks. Jerzy Grześkowiak  

 

Idź do Chrystusa

 

Idź do Chrystusa.
On jest skałą, z której wypłynęła woda.
Pij Chrystusa. On jest źródłem życia.
Pij Chrystusa. On jest pokojem.
Pij Chrystusa. Potoki wody tryskają z Jego wnętrza.
Pij Chrystusa. Nim nasycisz twoje słowa.
Pij spiesznie z tej wody, 
a rozbłyśnie w tobie wielkie światło.
Nie zwyczajne światło,
nie naturalne światło dzienne,
nie światło słońca lub księżyca,
ale światło, które przepędza cienie śmierci!

 

Św. Ambroży

Zaufaj Bogu

 

Bądź jak chleb na stole, z którego każdy może dla siebie ukroić, kiedy tylko zechce – zaufaj Bogu, który w Chrystusie jest dla ciebie Chlebem na życie wieczne.


Bądź jak drzewo mocno zakorzenione w ziemi i koroną gałęzi sięgające nieba – zaufaj Bogu, który jest twoim fundamentem, sensem i ostatecznym celem.


Bądź jak studnia z ożywczą wodą dla każdego dostępna - zaufaj Bogu Stwórcy, który wszystkim kieruje i czuwa nad twym życiem.


Bądź jak świeca, która dając ciepło i światło sama się spala – zaufaj Bogu, Ojcu wszelkiego życia, z którego czerpiesz swoją godność dziecka Bożego.


Bądź jak zegar, który niezmordowanie wskazuje minuty i godziny - zaufaj Bogu, który jest Panem czasu i przestrzeni, On cię od pradawna zaplanował i umiłował.


Bądź jak skała, stawiająca opór wszelkim nawałnicom - zaufaj Bogu, Panu wszelkich mocy i potęg, bo Jego błogosławieństwo stale spoczywa na tobie.


Bądź jak latarnia morska, która okrętom wstrząsanym groźnymi falami wskazuje bezpieczną drogę do portu – zaufaj Bogu-Zbawicielowi, On prowadzi Cię na twoich drogach życia do swojego Królestwa.


Bądź jak róża, która swym zapachem cieszy ludzkie serca – zaufaj Bogu, Dawcy wszelkiego Dobra, który czyni nowym i wypełnia miłością także twoje serce.


Bądź jak motyl, który przepoczwarzył się z gąsienicy – zaufaj Bogu, Dawcy życia, który twoje kruche ciało wskrzesi, przekształci i uwielbi.


Bądź jak orzeł wznoszący się w przestworza – zaufaj Bogu Wszechmogącemu, który wzywając cię do rzeczy wyższych, szlachetnych i doskonalszych zaprasza do Niebieskiej Ojczyzny.


Bądź jak gwiazda rozpraszająca ciemności nocy – zaufaj Bogu, Ojcu światłości, On oświetli ścieżki twojego życia i rozpromieni radością twoje oblicze.


Bądź jak tryskające źródło, które pragnącemu daje orzeźwienie – zaufaj Bogu, Dawcy wody żywej, On kieruje do ciebie swoje Słowo Prawdy, Sprawiedliwości i Pokoju.


Bądź człowiekiem kochającym swoich bliźnich – zaufaj Bogu, swojemu Panu, który jako Trójca Święta jest wspólnotą miłości trzech Boskich Osób i wszystko, co stworzył wciąga w te miłosne relacje.


Ks. Jerzy Grześkowiak

Modlitwa poranna

 

Gwiazdy pobladły i noc dobiega końca,
ale nie blednie światło Twojej miłości 
i nie przemija Twoja obecność pełna mocy i błogosławieństwa.

U progu dnia przychodzę do Ciebie, Panie i proszę!
Nie proszę o wiele, ale o jedno:
spraw, bym Tobie zaufał.
Daj mi także dość zaufania do siebie i pewności siebie, 
tyle, ile potrzebuję na dzisiaj, 
na ten jeden dzień.
Pomóż mi wierzyć, że Ty mnie tak dobrze wyposażyłeś, 
iż nie pogubię się w oparach zadufania i pychy,
że nie zubożeję z powodu braku odwagi,
że nie zginę w czeluściach smutku i zgorzknienia 
oraz braku chęci do życia.

Proszę Cię spraw, bym ufał tym, którzy są ze mną w drodze,
abyśmy umieli ze sobą rozmawiać 
i kiedy trzeba – milczeć.
Daj, byśmy pośród obowiązków dnia sobie pomagali.
Spraw, byśmy poznali, że zawsze służymy Tobie, 
gdziekolwiek jesteśmy.
Pomóż, bym zaufanie okazał również tym, którzy są mi obcy,
bym nie zagubił się w gęstwinie podejrzeń i nieufności.

A ponad to wszystko proszę Cię: 
daj mi ufność,
że wszystkie moje drogi są przez Ciebie przemyślane 
i dla mnie dobre,
że Ty poprowadzisz ku dobremu wszystko, 
co zadecydowałem i zacząłem, 
co zdobyłem i utraciłem, 
moje wzloty i upadki.
I bym zawsze 
– w całym moim życiu i we wszystkich staraniach i wysiłkach –
miał pewność:
wszystkie moje źródła są w Tobie, 
wypływają z Ciebie,
w Tobie mają swój początek 
i do oceanu Twojej Miłości zmierzają!
Amen.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Święty uśmiechnięty – ksiądz Jan Bosco (1815-1888)    

 

31 stycznia Kościół Katolicki wspomina w liturgii św. Jana Bosco - wielkiego charyzmatycznego wychowawcę młodzieży, zwłaszcza trudnej. Urodzony w biednej rodzinie rolniczej koło Turynu po studiach przyjął święcenia kapłańskie w 1841 roku. Zafascynowany był duchowością św. Franciszka Salezego, który troszczył się o religijne wykształcenie młodzieży i dorosłych mężczyzn. Sam zaczął opiekować się zaniedbaną młodzieżą z środowisk robotniczych w Turynie, oferując jej otwarty dom na spotkania, w którym mogli się uczyć, spędzać wolny czas, bawić i modlić. Mimo wielkiego oporu ludności i trudności ze strony władz z czasem powstaje tzw.  „Oratorium św. Franciszka Salezego”. Bosco zakładał różne szkoły, zakłady wychowawcze, warsztaty zawodowe. Powołał do życia „Kongregacje Salezjanów Don Bosco” i razem z Marią Dominiką Mazzarello założył Towarzystwo Sióstr Wspomożycielki Wiernych do spraw wychowania dziewcząt.
Ks. Jan Bosco jest typowym przykładem „świętego uśmiechniętego”, który w ratowaniu wykolejonej i bezdomnej młodzieży posługiwał się nie tylko niekonwencjonalnymi metodami, lecz także ogromnym poczuciem humoru. Poniżej kilka przykładów.


Pod koniec życia Jan Bosko udał się do Francji. Na jednym z uroczystych przyjęć na zamku wniesiono na stół wielki tort. Pewna dama szepnęła do drugiej. „To jest święty, zobaczysz, że poczęstuje się tylko kawałeczkiem”. Tymczasem ksiądz Bosko nie żałował sobie przysmaku. Kobiety ponownie wymieniły między sobą uwagi: „Nie da się ukryć, że to święty. Ale takim zachowaniem stara się dać nam do zrozumienia, że nim nie jest… Co za pokora!”.


Po powrocie do Turynu ksiądz Bosko dowiedziawszy się o tym dialogu, opowiedział całą historię chłopcom, kończąc komentarzem: „Widzicie, w życiu to, co liczy się najbardziej, to mieć dobrą reputację. Wówczas możecie sobie pozwolić na wszystko…”.


Chłopcy, widząc w oratorium szczególnie radosnego i beztroskiego wychowawcę, mawiali: „Ksiądz Bosko musi mieć poważne problemy, skoro jest taki wesoły”.
Najbardziej znany jest błazeński figiel, spłatany jego przeciwnikom, którzy widząc brak odpowiednich środków finansowych z jednej strony, a z drugiej wielką gromadę dzieci w jego schronisku, uważali go po prostu za obłąkanego. Postanowili zatem podstępnie poddać go „leczeniu”.


Pewnego dnia przyjechało powozem dwóch księży po to, aby go zabrać ze sobą na badania do szpitala. Lecz Jan został zawczasu ostrzeżony. Zachował się więc uprzejmie wobec obydwu duchownych i oświadczył, że owszem „bardzo chętnie pojedzie z nimi na przejażdżkę po okolicy”. Wziął płaszcz i kapelusz, i już miał wsiąść do powozu, kiedy nagle, jak gdyby sobie przypomniał, co nakazują dobre maniery.


- Ojcowie zechcą wejść pierwsi – powiedział, cofając się z uprzejmym gestem. Obaj księża zasiedli w powozie, po czym Jan szybko zatrzasnął drzwiczki, wołając do woźnicy:
- Do szpitala dla wariatów! – Powóz z turkotem odjechał bez niego.


Wzorem dla Jana Bosco był św. Franciszek Salezy (1567-1662). Pewien protestancki pastor, pragnąc upewnić się, jakie są granice łagodności Franciszka, zadał mu pytanie: „Co byś zrobił, gdyby ktoś Cię spoliczkował?”.
Święty odpowiedział: „Wiem doskonale, co powinienem zrobić, ale nie wiem, co bym zrobił”.


Ks. Jerzy Grześkowiak

Z życia Kościoła                   

 

Eutanazja – zakaz uczestnictwa kapłana!


W kilku krajach europejskich jest już możliwa eutanazja, prawnie zalegalizowana, czyli nie objęta prawem karnym, pozwalająca lekarzom na podanie stosownych środków przyspieszających lub powodujących śmierć.

 
Szwajcaria wyróżnia się tym, że w niej mogą popełnić samobójstwo także obcokrajowcy. Z upływem lat systematycznie wzrasta liczba osób zarówno z kraju jak i zagranicy, korzystających z możliwości rozstania się z życiem, którego jakość przestała im odpowiadać i obrzydła, ponieważ powodu nieuleczalnej choroby, cierpienia, bólu lub samotności nie widzą już żadnego sensu ich bytowania.
Jak donosi portal Vatican News, osoby, które decydują się na eutanazję, coraz częściej proszą o obecność księdza i jego duchowe towarzyszenie, nawet podczas przyjmowania mającego ich uśmiercić preparat.,


Wobec wzrastającej w Szwajcarii akceptacji dla procedury eutanazji (zaszokowała mnie niedawno wypowiedź słynnego teologa Hansa Kuenga, że w sytuacji granicznej on sam byłby gotów na taki krok) i oczekiwania obecności duchowych podczas jej stosowania, biskupi szwajcarscy wydali dokument zatytułowany: „Postawa duszpasterska w obliczu praktyki wspomaganego samobójstwa”. Podkreślają w nim, że w świetle prawa Bożego i Ewangelii wspomagane samobójstwo jest całkowicie wykluczone. Przypominają, że jest to zamach na ludzkie życie, które jest nienaruszalne od poczęcia do naturalnej śmierci. Dlatego zadaniem kapłanów jest odwodzenie ludzi od decyzji pozbawiania się życia i są zobowiązani robić to tak długo, jak to możliwe.


Jeśli okaże się to nieskuteczne, księżom nie wolno towarzyszyć pacjentom podczas przyjmowania trucizny. Mają obowiązek opuścić pomieszczenie, w którym dokonywane jest samobójstwo. Ich obecność mogłaby bowiem być odczytana jako współdziałanie w tym grzesznym czynie. Idzie też o szansę pobudzenia do refleksji w osobach uczestniczących w eutanazji.


Biskupi zwracają tez uwagę na znaczenie sakramentów, które służą życiu, a nie śmierci.


Ks. Jerzy Grześkowiak

Modlitwa dla każdego - na każdy dzień 

Panie Boże, Ojcze Dobry i Miłosierny, błogosław mnie!

Błogosław moje oczy: 

by dostrzegały potrzeby innych,

nie przeoczały tego, co niepozorne a ważne, 

widziały dalej, niż tylko to, co na pierwszym planie, 

by pod moim spojrzeniem inni czuli się dobrze.

Błogosław moje uszy: 

by potrafiły usłyszeć Twój głos, 

były wrażliwe na skargę krzywdzonych, 

na krzyk ubogich i cierpiących, 

zamknięte na hałas, pomówienia, hejt i plotki, 

by dosłyszały także to, co niewygodne i nieprzyjemne, ale prawdziwe. 

Błogosław moje usta: 

by mówiły i świadczyły o Tobie,  

nie wychodziło z nich nic, co rani i niszczy, 

by wypowiadały słowa leczące, 

zachowały w tajemnicy sprawy powierzone mi w zaufaniu.

 

Błogosław moje serce:

by było mieszkaniem Twojego Ducha, 

promieniowało ciepłem i nim innych obdarowywało, 

było bogate w miłosierdzie, 

dzieliło z innymi radość i cierpienie.

 

Błogosław moje ręce: 

by były delikatne i czułe,

trzymając coś nie stawały się kajdanami,

dawały bez wyrachowania 

i przyjmowały z wdzięcznością, 

by tkwiła w nich moc pocieszania i błogosławienia.

 

Błogosław moje stopy:

by prowadziły mnie po drogach Dobra, Prawdy i Piękna,

kierowały mnie tam, gdzie ktoś na mnie czeka,

nie wahały się przed krokami, które są konieczne i decydujące

i doprowadziły mnie do Nieba - Twojego Ojcowskiego Domu.

 

Błogosław mnie, 

wszystkich moich Bliskich 

i cały świat, 

Ty, Boże Wszechmocny i Dobry, Wspólnoto Miłości 

- Ojcze, Synu i Duchu Święty. 

Amen.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

11.01.2020

Panta reiWszystko płynie

„Wszystko płynie” – mawiał starożytny Heraklit. Grecy będąc bystrymi obserwatorami dobrze pojęli bieg rzeczy tego świata. Widzieli, jak powstawały i upadały potężne państwa i kultury w Egipcie i na Krecie. Przez setki lat rosło ich bogactwo dzięki rozlicznym talentom, wytężonej pracy, sprawnemu handlowi i wojskowym podbojom. A jednak przyszedł czas ich upadku i pozostały po nich jedynie budzące zdumienie budowle i inne wytwory ich kultur, które podziwiamy do dziś.

   „Wszystko płynie” – to dotyczy także naszego życia. Jak szybko minął ostatni rok! Ile wydarzeń, faktów, przemian – w globalnym świecie, w kraju, w którym żyjemy, w naszej ojczyźnie, w zakresie życia społecznego, gospodarczego, politycznego, kulturowego, religijnego! A moje życie osobiste, prywatne i zawodowe? I ono jest jak rzeka, której biegu nie powstrzymam ani nie odwrócę. 

Każdy dzień jest inny. Przynosi to, co piękne i dobre, oraz to, co mnie martwi, obciąża, przygniata i sprawia, że mi włosy siwieją i zmarszczek przybywa. Dobra rada, by z góry pozytywnie nastawić się na tego rodzaju negatywne niespodzianki, nie odbiera im przecież ich deprymującego mnie ciężaru. Szczęścia nie mogę szukać w przyszłości, lecz jedynie w teraźniejszości. Szczęśliwym mogę czuć się tylko wtedy, gdy uda mi się tutaj i dzisiaj doświadczyć choć odrobiny radości i satysfakcji. Co będzie w przyszłości, nie wiem. Bo „wszystko płynie”, i to co będzie, co mnie spotka, co wybiorę, dokąd wyruszę i dokąd dojdę, to pokaże nowy dzień, miesiąc, rok.

   Poza nami kolejne święta Bożego Narodzenia. Również one mają coś wspólnego z rozważaniem o czasie i przemijaniu.  Zewnętrzne ramy ich świętowania z biegiem lat się zmieniły i osoby, z którymi je świętuję też. Ale niezmienne są moje wewnętrzne przeżycia i odczucia. Jak dawniej, cichnę wewnętrznie, gdy czytam lub słucham radosnej nowiny o narodzeniu Pana. Wtedy w stajni, w betlejemskiej grocie, wydarzyło się coś szczególnego. Odkąd Bóg stał się człowiekiem, zmienił się świat. Historycy ówczesnego świata tego wydarzenia początkowo nie odnotowali. Także dziś na chrześcijańskim Zachodzie święta Bożego Narodzenia mają dla wielu jedynie walor komercyjny.

 Dla mnie słowo Ewangelii o narodzeniu Syna Bożego jest zawsze nowym wstrząsem. Bo wejście Boga w nasz świat jest „miłosnym wyznaniem Boga” wobec nas. Nasza planeta nie jest zatem żadnym przypadkowym trabantem w nieogarnionym wszechświecie, nad którym bezsensownie pędzi czas. Boże Narodzenie mówi mi, że ziemia jest miejscem, gdzie Bóg spotyka się i jedna z człowiekiem, gdzie Bóg po akcie stworzenia i późniejszych powikłaniach w sferze wzajemnych relacji z winy człowieka w nowy sposób je podejmuje i naprawia, kontynuuje swoją historię z nami. Wcielenie Boga to nasze życie w Nim, bo Bóg nasze życie uczynił swoim, a tym samym otworzył nam drzwi do wiecznego życia w Nim.

   „Wszystko płynie” – mawiali Grecy, przypatrując się rzeczom i sprawom tego świata. Miało to znaczyć: Chwytaj szczęście, póki jest blisko ciebie, gdy je spostrzegasz, gdy jest w zasięgu twojej ręki, bo tego, co nieprzyjemne, złowrogie, szkodliwe i tak nie unikniesz. „Wszystko płynie” – to była swoistego rodzaju filozofia, która miała przynieść sporą dozę pociechy.

   Również chrześcijanie, poczynając od owej świętej nocy w Betlejem, mogą mówić: „Wszystko płynie”. Tylko że sens tej wypowiedzi wyraźnie uległ zmianie. Czas mknie dalej i dalej, i porywa nas ze sobą, ale ten czas ma swój cel: biegnie ku Bogu! Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek Go poznał, szedł ku Niemu i Go spotkał, by w nim znalazł swoją Ojczyznę. To zdumiewa mnie stale na nowo. I widzę nader wyraźnie, że czas i obchodzenie się z czasem ma wiele wspólnego z moją wiarą, ponieważ Bóg ma wiele wspólnego z naszym czasem.

   Bóg ma czas. Dał sobie czas… I w Jezusie Chrystusie na określonym odcinku naszej historii, naszego czasu, stał się naszym Współ-wędrowcem - poprzez czas. W Nim czas się wypełnił i w Nim znalazł swój środek, swoje centrum. Tej rzeczywistości trzeba się trzymać w danym nam czasie, który jest w końcu czasem Boga. Kto tę nową rzeczywistość akceptuje, ten „ma czas” - dla siebie i dla innych. Nie muszę zatem poddawać się wszechwładnemu stresowi i popadać w hektyczną gorączkę, by – broń Boże – nic nie umknęło mi z ważnych spraw tego świata. Na każdym kroku słyszę: „Niestety, nie mam czasu”. Dziś ludzie, którzy są ważni, albo za takich chcą być uważani, podsuwają innym pod nos do granic wypełniony terminami kalendarz, który stał się „symbolem stanu”, symbolem ich ważnego zawodu, stanowiska, znaczenia. Niektórzy zaprowadzają już kalendarz wieloletni, albo naturalnie jest jeszcze lepiej, gdy prowadzi go sekretarka. Kto ma zbyt wiele czasu, jest kimś bez znaczenia, bo to znak, że nikt go nie potrzebuje, jest bezrobotnym lub starcem, w każdym przypadku jest już na marginesie społeczeństwa. „Nie mam czasu”. Nikt z nas nie ma czasu, to czas „ma” nas!...

   Zwykliśmy też mawiać: „Czas to pieniądz”.  Szkoda, że tak nie jest, bo pieniądz jest do pomnożenia, uzupełnienia lub zastąpienia, a czas nie. Czasu kupić nie można. Mówmy lepiej: „Czas to życie”, mianowicie „czas mojego życia”, a ono nie jest do zastąpienia lub uzupełnienia. Najlepszy użytek z czasu to ofiarować go innym – współmałżonkowi, dzieciom, przyjaciołom, ludziom chorym, starszym i samotnym. Czas może okazać się najbardziej drogocennym prezentem. Bo ofiarując czas, ofiaruję drugiemu nie tylko „coś”, lecz przede wszystkim siebie samego.

   Wierzę mocno w to, że nasz bezlitośnie upływający czas Bóg zamieni w bezczasowe szczęście (= zbawienie). W perspektywie Nowego Roku wpisuję sobie i Czytelnikom w pamięć i w serce słowa św. Augustyna, który sporo medytował nad czasem: Czas to wy. Jeżeli jesteście dobrzy, to i czasy są dobre”

Ks. Jerzy Grześkowiak

Ks. Dr hab. Jerzy Grześkowiak

Rozważanie na święto Trzech Króli

06.01.2020

Gwiazda, którą jest Boże Dziecię


Gwiazda stanęła nad Grotą i poczęła śpiewać

Kolędę uwitą z aniołów

Roman Brandstaetter

 

Chrześcijanie Wschodu, dokładniej Kościoła prawosławnego, obchodzą 6 stycznia swoje Boże Narodzenie. Katolicy łącząc się duchowo z nimi celebrują niejako po raz drugi tajemnicę Wcielenia Boga w nasz świat obchodząc święto „Epifanii”, popularnie zwane Świętem Trzech Króli. „Epiphania” znaczy: Objawienie się Pana. Orędzie tego święta wykracza poza Kościoły chrześcijańskie: oto ludzie innych religii reprezentowani przez Mędrców ze Wschodu prowadzeni przez tajemniczą gwiazdę znajdują drogę do groty w Betlejem, stają przed Dzieciątkiem Jezus, oddają Mu hołd i składają dary: złoto, kadzidło i myrrhę.

Z narodzinami Bożego Dziecięcia dokonała się Epifania Boga dla wszystkich ludzi, dla całego świata. Bóg spełnił swoją obietnicę w świetlanej postaci Jezusa: Boga-Człowieka. Odtąd nie potrzebujemy już żadnej innej „gwiazdy przewodniej”, teraz światło Boga w postaci Jezusa wędruje z nami przez świat – i oświetla wszystkie jego ciemności i drogę każdego człowieka. Oczywiście przeciwności i sprzeczności typowe dla świata nie znikają automatycznie. Jak długo istnieje świat, jesteśmy na nie „skazani”, musimy z nimi żyć. One nie są od Boga. To my sami przesłaniamy światło, jesteśmy źródłem cieni i mroków w świecie przez niesprawiedliwość i brak miłości. To na ogół sam człowiek jest sprawcą głodu, nędzy, nieszczęść, smutku. Ale kiedyś także ci, co żyją po ciemnej stronie życia i cierpią z powodu niesprawiedliwości społecznej, podniosą się - jak zapowiada Izajasz – i będą „patrzeć radośnie wokoło, ich oczy będą promieniowały, a ich serce wypełnione radością szeroko się otworzy” (I czytanie mszalne).

Dziś wiemy, że tzw. Trzej Królowie to nie królowie, lecz naukowcy, mędrcy, badacze gwiazd, astrologowie. Ale nie to jest istotne, kim oni byli, lecz co ich charakteryzowało i dlaczego przez tyle wieków chrześcijanie czczą ich w szczególny sposób.

Pójść za gwiazdą – to metafora dla najgłębszej ludzkiej tęsknoty. Z tęsknotą w sercu ci poganie ze Wschodu dostrzegli na niebieskim sklepieniu nową gwiazdę i to mobilizuje ich do wyruszenia w daleką podróż, w nieznane, nie wiedząc, dokąd ich to kosmiczne zjawisko zaprowadzi. Przychodzą do kraju, gdzie wiedza o gwiazdach jest właściwie odrzucana jako zabobon. Oni są reprezentantami ludzi szukających czegoś ważnego i istotnego. Reprezentują wszystkich, których trawi tęsknota i którzy dzięki niej więcej pojmują niż ci, co wolą stabilizację i boją się wszystkiego, co nowe, czego przykładem są Herod i krąg jego uczonych.

Co charakteryzuje Mędrców ze Wschodu?

Po pierwsze: oni są spragnieni prawdy, dlatego stale pytają, szukają, badają. Szukają Boga i odnajdują Go w człowieku – w niezaradnym dziecku. Szukanie zawsze wiąże się z niepewnością, z otwarciem na eksperymentowanie. Uwzględniając wielość i różnorodność dzisiejszych możliwości, trzeba szukać w różny sposób, na różnych drogach i różnych spraw próbować. Taka postawa winna cechować każdego wierzącego.

Po drugie: gdy Mędrcy znajdują Boże Dziecię, padają na kolana i adorują Je. Szukać Boga, spotkać go w człowieku i przy tym przeżywać ogromną radość – to doświadczenie skłania Mędrców do zgięcia kolan i wielbienia Jezusa. Tym samym świadczą o tym, że niczego nie traktują za sprawę oczywistą. Dla nas jest to wezwanie, by nie być obojętnym na różne spotkania i wydarzenia, na to, z kim mamy do czynienia lub co nas konkretnie spotyka. A zatem: mieć otwarte oczy i uszy, nie przeoczyć cudownych wydarzeń w codzienności, dać sobie na wszystko czas, uważnie patrzeć, by widzieć, rozważać i wszystko przeżywać z wdzięcznością. W adoracji Mędrców dostrzegamy objawienie się Boga, który bezwarunkowo i zawsze chce być z ludźmi i towarzyszy każdemu człowiekowi na drodze jego doczesnego pielgrzymowania.

Po trzecie: Mędrcy składają dary. Są dobrymi darczyńcami; tego co jest dla nich drogocenne, nie chcą zachować tylko dla siebie. A poprzez dar doświadczają, że ofiarując coś drugiemu, sami stają się obdarowanymi. Jako wierzący idziemy tą samą drogą. Wiara karmi się przekonaniem, że w akcie daru stajemy się obdarowywanymi. Wiemy jednak dobrze, jak łatwo ulegamy niebezpieczeństwu i zamiast dawcami i darczyńcami szybko stajemy się „zbieraczami i myśliwymi”.

Tradycja przedstawia Trzech Mędrców ze Wschodu jako królów z koronami na głowie. Te trzy korony symbolizują trzy ważne postawy religijne chrześcijan: szukanie, uwielbianie i dzielenie się - obdarowywanie. Symbolizują one zarazem zobowiązania Kościoła dzisiaj!

Historia Magów idących za gwiazdą apeluje do naszej tęsknoty i nadziei. By mimo trudności życiowych stale szukać „gwiazdy”, która wskaże nam kierunek i cel, zwłaszcza, gdy wokół otaczają nas złowrogie ciemności. Trzeba wyruszyć na poszukiwanie, porzucić wszystko, co stało się rutyną. Może się okazać, że trzeba będzie iść – jak Mędrcy - drogą okrężną – „przez dwór Heroda”, który właśnie chce zabić to, czego szukamy. Być może, że „Herod” to także część nas samych, ta część, która nas „wywodzi w pole”, odwodzi od drogi do celu. Może Herodem jest siedzący na karku strach, że stracimy kontrolę nad swoim życiem, gdy posłuchamy tęsknoty serca – i pójdziemy ku Bogu? Jak oszukać „mojeggo Heroda”, by iść ku światłu Bożej Miłości?  Uda się to tylko wtedy, jeżeli odważymy się pójść za głosem sumienia i tęsknoty, które Bóg złożył w każdym z nas.  Dziecię Jezus oczekuje radośnie na wszystkich, co Go prawdziwie szukają!

A jakie dary złożymy temu Bożemu Dziecięciu? Jakie „złoto” - Jemu jako królowi? Jakie kadzidło jako Bogu?  Jaką mirrę jako Człowiekowi poddanemu cierpieniu i śmierci?

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

(…)

 A tak śpiesznie biegli, że w pośpiechu

wzięli tylko myśli pełne grzechu.

 

Więc uklękli trzej królowie zadziwieni.

jak trzy słupy złocistego pyłu,

nie widzący, że się serca trzy po ziemi

wlokły z nimi jak psy smutne z tyłu.

 

I spojrzeli nagle wszyscy trzej,

gdzie Dzieciątko jak kropla światła,

i ujrzeli jak w pękniętych zwierciadłach,

w sobie – czarny huczący lej.

 

I poczuli nagle serca trzy,

co jak pięści stężały od żalu.

 

Więc już w wielkim pokoju wracali,

kołysani przez zwierzęta jak przez sny.

 

Wielbłąd z wolna huśtał jak maszt;

tygrys cicho jak morze mruczał;

ryba smugą powietrza szła;

 

I płynęło, i szumiało w nich jak ruczaj.

Powracali, pośpieszali z wysokości

trzej królowie nauczeni miłości

 

Krzysztof Kamil Baczyński

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 27.02.2020 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend