Drodzy Czytelnicy!
Niech Zmartwychwstały Chrystus napełnia Wasze serca miłością i nadzieją.
Niech każdego dnia utwierdza Waszą wiarę
w zwycięstwo dobra nad złem,
życia nad śmiercią
oraz
miłości nad nienawiścią.
Zmartwychwstanie – tajemnica wiary
Albowiem krzyż jest życie już wiek dziewiętnasty:
Nowina! – którą przecie z najweselszym żalem
Maryje i Salome, trzy święte niewiasty,
Przyniosły były jeszcze – tam, do Jeruzalem!...
Cyprian Kamil Norwid
Z lubością czytam od lat publikowane w „Gościu Niedzielnym” genialne felietony Franciszka Kucharczaka z serii „Myśl wyrachowana”. Kiedyś tak pisał o zmartwychwstaniu Jezusa:
Jakoś dziwnie Bóg unika ostentacji. No przecież ażby się prosiło, żeby Jezus po tym, co się zdarzyło na Golgocie, przynajmniej zmartwychwstał z większym przytupem. Skoro już musiał cierpieć, to przecież mógł potem dać taki pokaz triumfu, że faryzeuszom sandały by pospadały, a Wysokiej Radzie opadły szczęki.
A tu nic. Cicho, ciemno. Kamień odsunięty nie wiadomo jak i kiedy, pod osłoną mroku. I tylko pusty grób świadczył o tym, że specom od śmierci Boga coś poszło nie tak. Ale to wszystko poszlaki, nie żaden mocny dowód. No, widzieli potem Zmartwychwstałego różni ludzie, ale też tak jakoś bez fajerwerków. Tu Go za ogrodnika wzięli, tam za przygodnego wędrowca, a jak się w końcu pokazał większemu gronu, to jednak nie tak wielkiemu, żeby się skończyła wszelka dyskusja.
Taka okazja zmarnowana ! – chciałoby się zawołać. No tak, Bóg mógł to zrobić, żeby zmartwychwstaniu Jezusa nie dało się zaprzeczyć, a tym samym żeby żaden człowiek nie miał szansy nie wierzyć. A ponieważ tak nie zrobił, to ludzie nie tylko nie wierzą w zmartwychwstanie, ale w ogóle w jakąkolwiek siłę wyższą, a czasem wątpią nawet w to, że sami naprawdę żyją”.(„Gość Niedzielny” 95 (2018) nr 13, s.47).
Czy biblijne opisy o zmartwychwstaniu Jezusa są wiarygodne? Takie pytanie stawia sobie wielu chrześcijan.
O tym wydarzeniu najbardziej tajemniczym w historii świata, który zmienił jej tok, nic dokładnego nie wiemy i nigdy więcej się nie dowiemy. Pewne są tylko dwa fakty: pusty grób i ukazywanie się Zmartwychwstałego Pana Jego uczniom. Ich przeżycia skrystalizowały się w wyznaniu: „Bóg wskrzesił Jezusa z martwych”. Jest to centralne wyznanie wiary, na którym wspiera się cały gmach chrześcijaństwa, o czym dosadnie mówi św. Paweł: „A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. (…) Skoro zmarli nie zmartwychwstają, to jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy” (1 Kor 15, 17. 32).
Dla wielu wiara w zmartwychwstanie jest nie do pogodzenia ze zdrowym rozsądkiem i z „naukowym” obrazem świata. Czyż ona nie ma swego źródła w infantylnej postawie życzeniowej uczniów Jezusa, broniącej się w ten sposób przed twardą rzeczywistością zła i cierpienia, przemijania i śmierci?
A może było tak? Uczniowie Jezusa, po katastrofie, jaką przeżyli, po Jego haniebnej śmierci na krzyżu, zgromadzili się razem, by zdecydować, co dalej, co zrobić, by uratować jeszcze coś z tego, co było ich „skarbem” w ostatnich trzech latach. Bo przecież z Mistrzem było tak pięknie! „Chwilo trwaj wiecznie!” I Jego sprawa powinna „iść dalej”. Jego Dobrą Nowinę trzeba głosić innym! On przecież nadal żyje w ich myślach i sercach. Skoro Jezus wspominał, że „trzeciego dnia zmartwychwstanie”, to należy taką wersję „puścić w obieg”. Trzeba tylko działać rozważnie i roztropnie, przede wszystkim coś zrobić, by zniknęły zwłoki Jezusa…
Z taką „opcją oszustwa” rozprawił się już Ewangelista Mateusz pisząc o zabiegach starszyzny żydowskiej, która przekupiła strażników przy grobu każąc im rozgłaszać plotkę, iż uczniowie Jezusa wykradli jego ciało (Mt 28,11-15).
Istnieje też „interpretacja psychologiczna”, według której zmartwychwstanie Jezusa nie jest żadnym realnym faktem, lecz wynikiem wewnętrznych przeżyć Jego uczniów. Dramatyczne wydarzenia sprawiły, że coś głęboko wstrząsającego dokonało się w ich wnętrzu, w psychice, w ich duszach, i rzekome ukazywania się Jezusa to tylko pewnego rodzaju „wizje”, jakieś „wewnętrzne obrazy”, z pomocą których łatwiej im było uporać się z bólem spowodowanym śmiercią ich Mistrza, jakoś tę tragedię i potworny zawód duchowo przepracować.
Jeszcze inni głoszą, że u podstaw wiary w zmartwychwstanie stoi mitologiczny obraz świata. I nie jest wcale ważne, co się wtedy naprawdę wydarzyło. Należy się koncentrować tylko na samym Orędziu o zmartwychwstaniu. Jezus po prostu „zmartwychwstał w kerygmie” – „żyje w przepowiadaniu” wzywającym ludzi do zmiany życia.
A co sądzić o pustym grobie i ukazywaniach się Chrystusa? Wydarzenie zmartwychwstania nie ma świadków. Nikogo przy tym nie było. Świadkiem są tylko pusty grób, leżące prześcieradła i chusta. Doświadczają tego najpierw Maria Magdalena i inne kobiety, potem Piotr i Jan. Ale sam fakt pustego grobu nie wystarcza, bo zwłoki Jezusa mógł ktoś wykraść.
Decydującym dowodem zmartwychwstania jest ukazywanie się Jezusa. On pojawia się cieleśnie ze śladami ran w wieczerniku, pozwala się dotykać (Tomasz), każe podać sobie rybę, objawia się Marii Magdalenie, towarzyszy dwom uczniom rozmawiając z nimi w drodze do Emaus i spożywa z nimi posiłek, ukazuje się nad Jeziorem Genezaret. Te spotkania wywołują u uczniów wstrząs i niedowierzanie (Mk 16,8; Łk 24,36). Jak rozumieć te objawienia? Czy to realne fakty czy wytwór fantazji? Przeciw tej ostatniej interpretacji świadczą następujące okoliczności:
Po pierwsze, wierzący Żyd wierzył w zmartwychwstanie, ale wyłącznie jako wydarzenie na końcu świata. Było więc wręcz niemożliwe, by w głowach uczniów mogła zrodzić się myśl o czymś tak zaskakującym i niewiarygodnym jak zmartwychwstanie już teraz, w tym świecie.
Po drugie, w oczach uczniów Jezus ich całkowicie zawiódł. Jego śmierć była dla nich niezbitym dowodem, że „postawili na fałszywą kartę”, że zostali oszukani. Mieli prawo myśleć: Jezus to kolejny idealista, którego ideały roztrzaskały się o brutalną rzeczywistość tego świata. Nie tylko sama śmierć, lecz również jej sposób – umieranie jako przestępca na krzyżu - było dla każdego pobożnego Żyda, znającego Biblię dowodem, że Jezus został przez Boga przeklęty: „Bo wiszący jest przeklęty przez Boga” (Pp 21,23; Ga 3,1).
Po trzecie: jeżeli idea pustego grobu i ukazywania się Jezusa były wymysłem uczniów, tzn. wynikiem ich fantazji i „wewnętrznych obrazów”, to dla rozpowszechniania ich nie popełniliby przecież takiego błędu, by pierwszymi głosicielkami zmartwychwstania uczynić kobiety, ponieważ według żydowskiego prawa miarodajnymi świadkami byli tylko mężczyźni.
Po czwarte: od strony psychologicznej jest nie do przyjęcia, że ktoś jest gotów oddać życie za świadczenie o czymś, czego w ogóle nie było. Dla normalnie myślących ludzi jest to nie do zaakceptowania. Zresztą uczniowie są realistami. Ci dwaj z Emaus wracają z Jerozolimy pozbawieni wszelkich iluzji. Piotr i pozostali powracają do swego rybackiego zawodu nad Jezioro Galilejskie.
Niepodważalny fakt istnienia opisów o ukazywaniu się Jezusa jest wytłumaczalny tylko w ten sposób, że one faktycznie się wydarzyły. Ich świadkowie musieli przeżyć coś tak niewiarygodnego i porażającego, tak ewidentnego i nie do odrzucenia, że oni – Apostołowie oraz wiele kobiet i mężczyzn – na nowo porzucili tym razem nie tylko rodziny, ale także ojczyznę, by z orędziem o zmartwychwstaniu iść „na cały świat”, gotowi za te przekonania poświęcić i oddać wszystko, włącznie z życiem. Czegoś takiego nikt nie czyni dla „jakiejś wyimaginowanej historii”! I ponieważ ta mała, najpierw przerażona i rozbita grupka ludzi, wtedy coś tak wstrząsającego i niebywale Nowego przeżyła, ponieważ torturowany i zabity na krzyżu ukazywał im się jako Żyjący z ranami na przemienionym ciele, ponieważ On otworzył im oczy na „rozumienie Pisma” i na Jego własne słowa i czyny za życia, w końcu ponieważ posłał ich z Dobrą Nowiną o Zmartwychwstaniu i Zbawieniu na cały świat – tylko dlatego istnieje dziś chrześcijaństwo, i tylko dlatego my jako chrześcijanie świętujemy Wielkanoc i żyjemy Nieskończenie Wielką Nadzieją sięgającą poza doczesność i grób.
Ks. Jerzy Grześkowiak
Rozważanie na Wielki Piątek
„Godzina Jezusa”
Patrzył w niebo
Było puste
I zrozumiał
Że jest człowiekiem
Chwycił go za gardło strach
Zawyły gwoździe w jego stopach i dłoniach
Lecz chyba niemniej się bał
Gdy przed laty
Poczuł
Że jest Bogiem
I że musi iść
Przed siebie
Tomasz Jastrun
W życiu każdego człowieka są okresy czasu o szczególnym znaczeniu; to „godziny” w których koncentrujemy wszystkie swoje siły, w których jesteśmy w pełni obecni – bo są to godziny ważnych wydarzeń, szczególnych przeżyć lub istotnych decyzji, które wyciskają piętno na całości życia. One scalają w sobie wszystkie „linie życia” podobnie jak promienie światła skupiają się w soczewce i są zdolne rozpalić ogień. Takie wyjątkowe godziny stają źródłem nowej dynamiki naszego bytowania.
W Wielki Piątek celebrujemy w liturgii Kościoła najważniejszą godzinę życia Jezusa Chrystusa. Gdy Jezus podczas publicznej działalności zapowiadał swoje przyszłe cierpienia i śmierć, mówił o „swojej godzinie” (por. J 13,1). W mowie pożegnalnej Jezus modli się: „Ojcze, nadeszła godzina” (J 17,1). W Ogrodzie Oliwnym zwrócił się do śpiących uczniów ze słowami: „Śpicie jeszcze i odpoczywacie? A oto nadeszła godzina i Syn człowieczy będzie wdany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy! Oto blisko jest mój zdrajca” (Mt 26,45). Całe życie Jezusa skupia się w tej szczególnie okrutnej godzinie Jego konania na krzyżu. To godzina o której On sam powiedział: „Wykonało się” (J 19,30).
W tej „godzinie Jezusa” decydują się niesłychanie wielkie sprawy, o których jego oprawcy i przyglądający się gapie nie mają najmniejszego pojęcia. Godzina śmierci Jezusa staje się godziną decydującą o naszym zbawieniu. Jezus nie niósł tylko swojego krzyża. On niósł także nasz krzyż. I zanim krzyż stał się znakiem zwycięstwa i życia, był najpierw znakiem śmierci i przyczyny tejże śmierci – znakiem grzechu człowieka. Krzyż to skutek dobrowolnego sprzeciwu człowieka wobec pełnego miłości „Tak” Boga skierowanego do całej ludzkości. Jezus wkracza niejako w ten sprzeciw i poprzez krzyż staje się pośrednikiem między Bogiem i człowiekiem. Krzyż staje się niejako kluczem zdolnym otworzyć drzwi prowadzące do nowej wspólnoty życia z Bogiem.
I tu od wieków trapiące wszystkich pytanie: Dlaczego właśnie taka okrutna droga do zbawienia? Dlaczego wiedzie ona przez cierpienie, krzyżowanie, przez śmierć niewinnego Syna Bożego? To pytanie dręczy każdego człowieka i nigdy nie znajdziemy na nie stuprocentowej odpowiedzi. Wielu czyni Bogu zarzut stwierdzając, że Bóg chrześcijan to Bóg żądny krwi, Bóg żądający śmierci własnego Syna.
Musimy przyznać, że w pismach Nowego Testamentu, a co za tym idzie także w literaturze pobożnościowej i w pieśniach pasyjnych znajdziemy słowa mówiące o tym, iż zostaliśmy odkupieni i zbawieni za cenę krwi Jezusa, że zasłużyliśmy na „gniew Boga”, że Sprawiedliwy musiał „zapłacić” za winy grzesznych ludzi.
Trzeba zatem głębiej wniknąć w sformułowania o odkupieńczej funkcji cierpień i śmierci Jezusa. Nie czuję się dobrze, przeżywam niepokój i coś buntuje się we mnie, gdy czytam bądź słyszę, że śmierć krzyżowa Jezusa była konieczna dla zgładzenia naszych grzechów, że Ktoś Niewinny musiał ponieść zastępczo karę i odpokutować winy człowieka. Wydaje się, że zbyt łatwo (choć po ludzku jest to częściowo zrozumiałe) schemat wina-kara, wina – zadośćuczynienie, wina – pokuta, przenosimy na Boga według dewizy: ludzie grzeszą – konieczna jest zatem kara – Bóg sam dokonuje zastępczo skutecznego pojednania przez ofiarę swojego Syna.
Tak myślimy w tej kwestii czysto po ludzku i tak samo po ludzku myślimy o Bogu. Tymczasem Bóg, którego reprezentuje i przepowiada Jezus, którego nazywa„ Ojcem” i tak też poleca nam do Niego się modlić, który temu orędziu o miłosiernym Bogu poświęcił się całkowicie aż do oddania życia, ten Bóg nie potrzebuje żadnego kozła ofiarnego, na którym mógłby odreagować swój skumulowany gniew.
Jezus chciał swoim życiem i śmiercią przekazać ludziom coś zupełnie innego: Mylicie się, wasze myślenie o Bogu jest z gruntu fałszywe! Bóg, od którego przychodzę i który mnie do was posłał, a którego wam przepowiadam, nie jest budzącym strach buchalterem przewinień i grzechów i surowym sędzią w ludzkim rozumieniu, lecz jest Przyjacielem, Troskliwym Ojcem i Miłującą Matką, największą Dobrocią, zawsze godzien zaufania. Szczególnie dobitnie stawił nam to przed oczy w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Jezus czuł się władny, by ludziom obciążonym winą powiedzieć wprost: „Twoje grzechy są ci odpuszczone”. Jeżeli nasz schemat wina-kara miałby odnosić się do śmieci krzyżowej Jezusa, to On nie miałby właściwie prawa tak mówić. Musiałby raczej powiedzieć: „Poczekaj, aż zostanę ukrzyżowany, a wtedy moja krew wylana na krzyżu obmyje twoje grzechy”. Tymczasem Jezus przebaczał grzechy nic nie wspominając o swej przyszłej śmierci. Przebaczenie win nie było zatem przez Jezusa uwarunkowane krzyżowaniem i ofiarną krwią.
I tu rodzi się nowe pytanie: Dlaczego zatem został ukrzyżowany? Ewangelista Jan wkłada w usta przeciwników Jezusa następujący powód: oskarżyciele Jezusa na słowa Piłata: „Weźcie Go i sami ukrzyżujcie” odpowiadają: „Mamy Prawo, a według Prawa powinien On umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Bożym” (J 19,6-7). Faktycznie - Jezus miał tak rewolucyjny obraz Boga, Jego istoty i Jego woli, że On sam był „kolcem w oku” dla stróży tradycyjnego obrazu Jahwe, który właściwie już nie odpowiadał w pełni obrazowi Starego Testamentu. Oni właściwie musieliby zmienić swój sposób myślenia o Bogu, dokonać reorientacji, nawrócić się. Ale do tego nie byli ani skłonni ani zdolni. I dlatego Jezus musiał zostać zgładzony……….. uzupełnić…
Jezus „musiał” umrzeć, ponieważ konsekwentnie pozostał wierny swojemu Bogu, wierny w swoim niosącym wolność, uzdrawiającym i przebaczającym przepowiadaniu i działaniu. Pozostał – na szczęście dla nas – wierny takiemu Bogu aż po śmierć na krzyżu, która otworzyła ludzkości nowe drogi wolnosci. Oddał za nas swe życie, bo ważny był dla niego Bóg i ważny był dla niego każdy człowiek.
Jest zatem czymś oczywistym, że adorując w Wielki Piątek krzyż wspólnota Kościoła śpiewa z wdzięcznością: „Oto drzewo krzyża, na którym zawisło zbawienie świata. Pójdźcie, oddajmy Mu pokłon”. A każdy uczestnik liturgii może z serca wołać: „Ave crux – spes unica ! – „Witaj krzyżu – jedyna nadziejo nasza!”.
Błogosławiony kardynał John Henry Newman, konwertyta z anglikanizmu na katolicyzm wybitny teolog 19 wieku, nazwał krzyż „sercem religii”. Krzyż rzuca światło na sens Ewangelii. Kto rozumie krzyż, potrafi zrozumieć Ewangelię. Gdyby ktoś chciał wyciąć z Ewangelii krzyż, to tak jakby wyciął z niej jej serce, czyli sfałszowałby ją, okaleczył, uśmiercił. Coś takiego dzieje się zawsze wtedy i tam, gdzie próbuje się głosić i wyjaśniać Ewangelię nie wychodząc od krzyża, lecz od innych źródeł. Na przykład, gdy zamiast krzyża sercem Ewangelii stają się sprawy społeczne, rozwój, polityczne utopie, dialektyczny marksizm, feminizm, ekologia lub jakieś inne świeckie idee, wówczas orędzie Ewangelii zostaje sfałszowane. Zamiast wokół krzyża wszystko kręci się wokół spraw socjalnych, wyzwolenia, struktur społecznych, ochrony środowiska i równouprawnienia kobiet. Krzyż nie jest wtedy widziany jako znak zbawienia, lecz jako inspiracja do walki z niesprawiedliwością poprzez rewolucję, jako symbol niesprawiedliwości we współczesnym świecie. Na miejsce zbawienia przez krzyż wkracza próba samo-zbawienia.
Kto Ewangelię intepretuje bez klucza krzyża, lecz przy pomocy innych pomysłów i obcych Ewangelii ideologii, nie dostrzeże w krzyżu znaku pociechy i nadziei. Dla niego ważne są inne pojęcia i symbole. Stąd spotykamy dziś nieraz zjawiska wewnętrznie sprzeczne jak na przykład próby stworzenia „chrześcijaństwa bez krzyża”,. Taka wersja chrześcijaństwa, gdzie krzyż nie jest centralnym znakiem zbawienia, byłaby tylko jedną z wielu świeckich doktryn o zbawieniu. Nawet gdyby ono przejściowo zyskało na popularności, nie przetrwałoby próby czasu i pewnego dnia jak wiele innych świeckich nauk o zbawieniu znalazłoby się na śmietniku historii.
We współczesnych zawirowaniach w kwestiach wiary chrześcijańskiej, dobrym sprawdzianem prawdziwości jej różnych nurtów i wspólnot jest to, czy krzyż stanowi serce ich wiary i przepowiadania. Klucz krzyża pomaga rozróżnić, co jest autentycznym głoszeniem Ewangelii, a co czysto ludzkim usiłowaniem samo-zbawienia.
Krzyż Jezusa Chrystusa nie jest żadnym programem ulepszenia świata ani drogą samo-zbawiania. Jest we właściwym sensie programem „przewyższenia świata”, zwycięstwa nad światem, bo jest początkiem nowego, innego świata, który pochodzi nie od ludzi, lecz od Boga. Jego światło przebija się w wielkanocny poranek poprzez zwycięski krzyż Chrystusa i nam będącym jeszcze w „łez dolinie” obiecuje pokój i szczęście.
Ks. Jerzy Grześkowiak