Bliżej Boga

Ks. Dr hab. Jerzy Grześkowiak

11.01.2020

Panta reiWszystko płynie

„Wszystko płynie” – mawiał starożytny Heraklit. Grecy będąc bystrymi obserwatorami dobrze pojęli bieg rzeczy tego świata. Widzieli, jak powstawały i upadały potężne państwa i kultury w Egipcie i na Krecie. Przez setki lat rosło ich bogactwo dzięki rozlicznym talentom, wytężonej pracy, sprawnemu handlowi i wojskowym podbojom. A jednak przyszedł czas ich upadku i pozostały po nich jedynie budzące zdumienie budowle i inne wytwory ich kultur, które podziwiamy do dziś.

   „Wszystko płynie” – to dotyczy także naszego życia. Jak szybko minął ostatni rok! Ile wydarzeń, faktów, przemian – w globalnym świecie, w kraju, w którym żyjemy, w naszej ojczyźnie, w zakresie życia społecznego, gospodarczego, politycznego, kulturowego, religijnego! A moje życie osobiste, prywatne i zawodowe? I ono jest jak rzeka, której biegu nie powstrzymam ani nie odwrócę. 

Każdy dzień jest inny. Przynosi to, co piękne i dobre, oraz to, co mnie martwi, obciąża, przygniata i sprawia, że mi włosy siwieją i zmarszczek przybywa. Dobra rada, by z góry pozytywnie nastawić się na tego rodzaju negatywne niespodzianki, nie odbiera im przecież ich deprymującego mnie ciężaru. Szczęścia nie mogę szukać w przyszłości, lecz jedynie w teraźniejszości. Szczęśliwym mogę czuć się tylko wtedy, gdy uda mi się tutaj i dzisiaj doświadczyć choć odrobiny radości i satysfakcji. Co będzie w przyszłości, nie wiem. Bo „wszystko płynie”, i to co będzie, co mnie spotka, co wybiorę, dokąd wyruszę i dokąd dojdę, to pokaże nowy dzień, miesiąc, rok.

   Poza nami kolejne święta Bożego Narodzenia. Również one mają coś wspólnego z rozważaniem o czasie i przemijaniu.  Zewnętrzne ramy ich świętowania z biegiem lat się zmieniły i osoby, z którymi je świętuję też. Ale niezmienne są moje wewnętrzne przeżycia i odczucia. Jak dawniej, cichnę wewnętrznie, gdy czytam lub słucham radosnej nowiny o narodzeniu Pana. Wtedy w stajni, w betlejemskiej grocie, wydarzyło się coś szczególnego. Odkąd Bóg stał się człowiekiem, zmienił się świat. Historycy ówczesnego świata tego wydarzenia początkowo nie odnotowali. Także dziś na chrześcijańskim Zachodzie święta Bożego Narodzenia mają dla wielu jedynie walor komercyjny.

 Dla mnie słowo Ewangelii o narodzeniu Syna Bożego jest zawsze nowym wstrząsem. Bo wejście Boga w nasz świat jest „miłosnym wyznaniem Boga” wobec nas. Nasza planeta nie jest zatem żadnym przypadkowym trabantem w nieogarnionym wszechświecie, nad którym bezsensownie pędzi czas. Boże Narodzenie mówi mi, że ziemia jest miejscem, gdzie Bóg spotyka się i jedna z człowiekiem, gdzie Bóg po akcie stworzenia i późniejszych powikłaniach w sferze wzajemnych relacji z winy człowieka w nowy sposób je podejmuje i naprawia, kontynuuje swoją historię z nami. Wcielenie Boga to nasze życie w Nim, bo Bóg nasze życie uczynił swoim, a tym samym otworzył nam drzwi do wiecznego życia w Nim.

   „Wszystko płynie” – mawiali Grecy, przypatrując się rzeczom i sprawom tego świata. Miało to znaczyć: Chwytaj szczęście, póki jest blisko ciebie, gdy je spostrzegasz, gdy jest w zasięgu twojej ręki, bo tego, co nieprzyjemne, złowrogie, szkodliwe i tak nie unikniesz. „Wszystko płynie” – to była swoistego rodzaju filozofia, która miała przynieść sporą dozę pociechy.

   Również chrześcijanie, poczynając od owej świętej nocy w Betlejem, mogą mówić: „Wszystko płynie”. Tylko że sens tej wypowiedzi wyraźnie uległ zmianie. Czas mknie dalej i dalej, i porywa nas ze sobą, ale ten czas ma swój cel: biegnie ku Bogu! Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek Go poznał, szedł ku Niemu i Go spotkał, by w nim znalazł swoją Ojczyznę. To zdumiewa mnie stale na nowo. I widzę nader wyraźnie, że czas i obchodzenie się z czasem ma wiele wspólnego z moją wiarą, ponieważ Bóg ma wiele wspólnego z naszym czasem.

   Bóg ma czas. Dał sobie czas… I w Jezusie Chrystusie na określonym odcinku naszej historii, naszego czasu, stał się naszym Współ-wędrowcem - poprzez czas. W Nim czas się wypełnił i w Nim znalazł swój środek, swoje centrum. Tej rzeczywistości trzeba się trzymać w danym nam czasie, który jest w końcu czasem Boga. Kto tę nową rzeczywistość akceptuje, ten „ma czas” - dla siebie i dla innych. Nie muszę zatem poddawać się wszechwładnemu stresowi i popadać w hektyczną gorączkę, by – broń Boże – nic nie umknęło mi z ważnych spraw tego świata. Na każdym kroku słyszę: „Niestety, nie mam czasu”. Dziś ludzie, którzy są ważni, albo za takich chcą być uważani, podsuwają innym pod nos do granic wypełniony terminami kalendarz, który stał się „symbolem stanu”, symbolem ich ważnego zawodu, stanowiska, znaczenia. Niektórzy zaprowadzają już kalendarz wieloletni, albo naturalnie jest jeszcze lepiej, gdy prowadzi go sekretarka. Kto ma zbyt wiele czasu, jest kimś bez znaczenia, bo to znak, że nikt go nie potrzebuje, jest bezrobotnym lub starcem, w każdym przypadku jest już na marginesie społeczeństwa. „Nie mam czasu”. Nikt z nas nie ma czasu, to czas „ma” nas!...

   Zwykliśmy też mawiać: „Czas to pieniądz”.  Szkoda, że tak nie jest, bo pieniądz jest do pomnożenia, uzupełnienia lub zastąpienia, a czas nie. Czasu kupić nie można. Mówmy lepiej: „Czas to życie”, mianowicie „czas mojego życia”, a ono nie jest do zastąpienia lub uzupełnienia. Najlepszy użytek z czasu to ofiarować go innym – współmałżonkowi, dzieciom, przyjaciołom, ludziom chorym, starszym i samotnym. Czas może okazać się najbardziej drogocennym prezentem. Bo ofiarując czas, ofiaruję drugiemu nie tylko „coś”, lecz przede wszystkim siebie samego.

   Wierzę mocno w to, że nasz bezlitośnie upływający czas Bóg zamieni w bezczasowe szczęście (= zbawienie). W perspektywie Nowego Roku wpisuję sobie i Czytelnikom w pamięć i w serce słowa św. Augustyna, który sporo medytował nad czasem: Czas to wy. Jeżeli jesteście dobrzy, to i czasy są dobre”

Ks. Jerzy Grześkowiak

Ks. Dr hab. Jerzy Grześkowiak

Rozważanie na święto Trzech Króli

06.01.2020

Gwiazda, którą jest Boże Dziecię


Gwiazda stanęła nad Grotą i poczęła śpiewać

Kolędę uwitą z aniołów

Roman Brandstaetter

 

Chrześcijanie Wschodu, dokładniej Kościoła prawosławnego, obchodzą 6 stycznia swoje Boże Narodzenie. Katolicy łącząc się duchowo z nimi celebrują niejako po raz drugi tajemnicę Wcielenia Boga w nasz świat obchodząc święto „Epifanii”, popularnie zwane Świętem Trzech Króli. „Epiphania” znaczy: Objawienie się Pana. Orędzie tego święta wykracza poza Kościoły chrześcijańskie: oto ludzie innych religii reprezentowani przez Mędrców ze Wschodu prowadzeni przez tajemniczą gwiazdę znajdują drogę do groty w Betlejem, stają przed Dzieciątkiem Jezus, oddają Mu hołd i składają dary: złoto, kadzidło i myrrhę.

Z narodzinami Bożego Dziecięcia dokonała się Epifania Boga dla wszystkich ludzi, dla całego świata. Bóg spełnił swoją obietnicę w świetlanej postaci Jezusa: Boga-Człowieka. Odtąd nie potrzebujemy już żadnej innej „gwiazdy przewodniej”, teraz światło Boga w postaci Jezusa wędruje z nami przez świat – i oświetla wszystkie jego ciemności i drogę każdego człowieka. Oczywiście przeciwności i sprzeczności typowe dla świata nie znikają automatycznie. Jak długo istnieje świat, jesteśmy na nie „skazani”, musimy z nimi żyć. One nie są od Boga. To my sami przesłaniamy światło, jesteśmy źródłem cieni i mroków w świecie przez niesprawiedliwość i brak miłości. To na ogół sam człowiek jest sprawcą głodu, nędzy, nieszczęść, smutku. Ale kiedyś także ci, co żyją po ciemnej stronie życia i cierpią z powodu niesprawiedliwości społecznej, podniosą się - jak zapowiada Izajasz – i będą „patrzeć radośnie wokoło, ich oczy będą promieniowały, a ich serce wypełnione radością szeroko się otworzy” (I czytanie mszalne).

Dziś wiemy, że tzw. Trzej Królowie to nie królowie, lecz naukowcy, mędrcy, badacze gwiazd, astrologowie. Ale nie to jest istotne, kim oni byli, lecz co ich charakteryzowało i dlaczego przez tyle wieków chrześcijanie czczą ich w szczególny sposób.

Pójść za gwiazdą – to metafora dla najgłębszej ludzkiej tęsknoty. Z tęsknotą w sercu ci poganie ze Wschodu dostrzegli na niebieskim sklepieniu nową gwiazdę i to mobilizuje ich do wyruszenia w daleką podróż, w nieznane, nie wiedząc, dokąd ich to kosmiczne zjawisko zaprowadzi. Przychodzą do kraju, gdzie wiedza o gwiazdach jest właściwie odrzucana jako zabobon. Oni są reprezentantami ludzi szukających czegoś ważnego i istotnego. Reprezentują wszystkich, których trawi tęsknota i którzy dzięki niej więcej pojmują niż ci, co wolą stabilizację i boją się wszystkiego, co nowe, czego przykładem są Herod i krąg jego uczonych.

Co charakteryzuje Mędrców ze Wschodu?

Po pierwsze: oni są spragnieni prawdy, dlatego stale pytają, szukają, badają. Szukają Boga i odnajdują Go w człowieku – w niezaradnym dziecku. Szukanie zawsze wiąże się z niepewnością, z otwarciem na eksperymentowanie. Uwzględniając wielość i różnorodność dzisiejszych możliwości, trzeba szukać w różny sposób, na różnych drogach i różnych spraw próbować. Taka postawa winna cechować każdego wierzącego.

Po drugie: gdy Mędrcy znajdują Boże Dziecię, padają na kolana i adorują Je. Szukać Boga, spotkać go w człowieku i przy tym przeżywać ogromną radość – to doświadczenie skłania Mędrców do zgięcia kolan i wielbienia Jezusa. Tym samym świadczą o tym, że niczego nie traktują za sprawę oczywistą. Dla nas jest to wezwanie, by nie być obojętnym na różne spotkania i wydarzenia, na to, z kim mamy do czynienia lub co nas konkretnie spotyka. A zatem: mieć otwarte oczy i uszy, nie przeoczyć cudownych wydarzeń w codzienności, dać sobie na wszystko czas, uważnie patrzeć, by widzieć, rozważać i wszystko przeżywać z wdzięcznością. W adoracji Mędrców dostrzegamy objawienie się Boga, który bezwarunkowo i zawsze chce być z ludźmi i towarzyszy każdemu człowiekowi na drodze jego doczesnego pielgrzymowania.

Po trzecie: Mędrcy składają dary. Są dobrymi darczyńcami; tego co jest dla nich drogocenne, nie chcą zachować tylko dla siebie. A poprzez dar doświadczają, że ofiarując coś drugiemu, sami stają się obdarowanymi. Jako wierzący idziemy tą samą drogą. Wiara karmi się przekonaniem, że w akcie daru stajemy się obdarowywanymi. Wiemy jednak dobrze, jak łatwo ulegamy niebezpieczeństwu i zamiast dawcami i darczyńcami szybko stajemy się „zbieraczami i myśliwymi”.

Tradycja przedstawia Trzech Mędrców ze Wschodu jako królów z koronami na głowie. Te trzy korony symbolizują trzy ważne postawy religijne chrześcijan: szukanie, uwielbianie i dzielenie się - obdarowywanie. Symbolizują one zarazem zobowiązania Kościoła dzisiaj!

Historia Magów idących za gwiazdą apeluje do naszej tęsknoty i nadziei. By mimo trudności życiowych stale szukać „gwiazdy”, która wskaże nam kierunek i cel, zwłaszcza, gdy wokół otaczają nas złowrogie ciemności. Trzeba wyruszyć na poszukiwanie, porzucić wszystko, co stało się rutyną. Może się okazać, że trzeba będzie iść – jak Mędrcy - drogą okrężną – „przez dwór Heroda”, który właśnie chce zabić to, czego szukamy. Być może, że „Herod” to także część nas samych, ta część, która nas „wywodzi w pole”, odwodzi od drogi do celu. Może Herodem jest siedzący na karku strach, że stracimy kontrolę nad swoim życiem, gdy posłuchamy tęsknoty serca – i pójdziemy ku Bogu? Jak oszukać „mojeggo Heroda”, by iść ku światłu Bożej Miłości?  Uda się to tylko wtedy, jeżeli odważymy się pójść za głosem sumienia i tęsknoty, które Bóg złożył w każdym z nas.  Dziecię Jezus oczekuje radośnie na wszystkich, co Go prawdziwie szukają!

A jakie dary złożymy temu Bożemu Dziecięciu? Jakie „złoto” - Jemu jako królowi? Jakie kadzidło jako Bogu?  Jaką mirrę jako Człowiekowi poddanemu cierpieniu i śmierci?

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

(…)

 A tak śpiesznie biegli, że w pośpiechu

wzięli tylko myśli pełne grzechu.

 

Więc uklękli trzej królowie zadziwieni.

jak trzy słupy złocistego pyłu,

nie widzący, że się serca trzy po ziemi

wlokły z nimi jak psy smutne z tyłu.

 

I spojrzeli nagle wszyscy trzej,

gdzie Dzieciątko jak kropla światła,

i ujrzeli jak w pękniętych zwierciadłach,

w sobie – czarny huczący lej.

 

I poczuli nagle serca trzy,

co jak pięści stężały od żalu.

 

Więc już w wielkim pokoju wracali,

kołysani przez zwierzęta jak przez sny.

 

Wielbłąd z wolna huśtał jak maszt;

tygrys cicho jak morze mruczał;

ryba smugą powietrza szła;

 

I płynęło, i szumiało w nich jak ruczaj.

Powracali, pośpieszali z wysokości

trzej królowie nauczeni miłości

 

Krzysztof Kamil Baczyński

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 11.01.2020 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga"

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend