Bliżej Boga

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

Słowo Boże na 20 niedzielę zwykłą (C)                    18.08.2019
Pokój czy rozłam?
Ewangelia: Łukasz 12,40-53

 

Słowa Jezusa szokują i wywołują zapytania. Czy to prawda, że On nie przyszedł dać ziemi pokój, lecz rozdarcie?  Przecież mamy w pamięci Jego słowa z Wieczernika skierowane do uczniów: „Pokój mój zostawiam wam, pokój mój wam daję!”. Jest faktem bezspornym, że Jezus widział swoje posłannictwo jako zwiastowanie i wprowadzanie pokoju. Jak rozumieć zatem Jego słowa o rozłamie? 
 

Między tymi dwoma wypowiedziami Jezusa nie ma żadnej sprzeczności. Jego Ewangelia jest orędziem pokoju. On sam jest uosobieniem Bożego pokoju dla świata, ale Jego nauka przynosi napięcia, spory, rozdział, rozłam. Kto akceptuje Jezusa i Jego nauczanie, kto idzie za Nim, tym samym staje się celem ataków ze strony przeciwników Ewangelii. Kto stara się żyć po chrześcijańsku, ewokuje automatycznie konflikty.  Przykładem tego może być już samo pójście w niedzielę na sprawowania Eucharystii – „Pamiątki Jezusa”. Ile osób życzyłoby sobie, by mąż, żona lub dzieci poszli razem z nim do kościoła. I tak w wielu rodzinach co niedzielę dokonuje się rozłam „z powodu Chrystusa”. 
 

Ogromnie wiele wewnętrznych i zewnętrznych sporów i konfliktów w Kościele i w świecie jest skutkiem opowiedzenia się za Chrystusem. Gdy idzie o napięcia i tarcia wewnątrzkościelne wystarczy wymienić takie sporne tematy jak: postępowanie w sytuacjach konfliktowych kobiet oczekujących dziecka, celibat, święcenie kapłańskie dla kobiet, głoszenie kazań przez świeckich, dopuszczenie do Komunii świętej osób rozwiedzionych i ponownie poślubionych, przyjmowanie Komunii świętej w kościołach innych wyznań, zapładnianie in vitro, krytyczna postawa wobec ideologii LGBT i gender.  Te i wiele innych problemów pokazują, że Ewangelia Jezusa zawiera w sobie spory potencjał „materiału wybuchowego”.  W wielu kręgach i wymiarach życia Kościoła doświadczamy tego „ognia”, o którym mówił Jezus: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię”. Ale czy do wszystkich problemów i konfliktów w Kościele odnoszą się Jego dalsze słowa: „I jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął”. Z pewnością nie!
 

„Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam”. - Szokujące to słowa, nie bardzo pasują one do wizji łagodnego i miłosiernego Jezusa, tak ulubionej przez niektórych „postępowych” chrześcijan, tolerujących i aprobujących - w imię postępu i wolności bez jakichkolwiek barier moralnych - wszystko, co tylko wymyślą co poniektóre chore umysły. I dlatego w tych radykalnych słowach Jezusa widzą oni najchętniej jedynie daleki sens metaforyczny, iż chodzi tu o „ogień miłości”. Zapewne też o to chodzi. Jednakże zaraz po owym zdaniu następuje inne, które trudno już przekładać na język metafor: „Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu…”
 

Te słowa są całkowicie jednoznaczne. Rozdwojenie znaczy rozdwojenie, podział znaczy podział. I wiemy dobrze, że przyjście Jezus przyniosło w świat rozdwojenie i podział. Już na samym początku jego działalności, gdy przybył do rodzinnego Nazaretu, przyniósł tam rozdwojenie. Złorzeczono Mu, chciano Go zrzucić ze skał, wypędzono Go z miasta. Ta sytuacja stale się powtarzała. 
 

„Pokój mój wam daję!”. Ale o tym pokoju jako Jego darze mówił, że jest odmienny od pokoju, który daje świat. Jego pokój szedł w parze z rozdwojeniem i podziałem. Szła za Jezusem miłość jednych i nienawiść drugich. Szło zaufanie i wiara, a z drugiej strony nieufność, podejrzliwość i oskarżenia o bluźnienie Bogu. Jedne ręce podnosiły się w geście podzięki za uzdrowienia i w geście błogosławieństwa, inne w geście groźby, bo widzieli w Jezusie wichrzyciela i burzyciela tradycji religijnej. 
Jezus powiedział zatem prawdę: szedł za nim niepokój, rozdwojenie i podział. I kwestia miłosierdzia, dobroci, łagodności nie ma tu nic do rzeczy. Takie są fakty. Jezus nie groził rozłamem, lecz tylko uprzedzał, że Jego słowo będzie powodem rozłamu idącego poprzez rodziny, wspólnoty, społeczeństwa. I tak działo się przez całą historię Chrystusowego Kościoła.

 

Dzisiaj też stawiane są lękliwe pytania: co dalej z Kościołem? Tyle w nim napięć, oskarżeń, sprzecznych poglądów, oczekiwań i żądań. Dokąd to wszystko prowadzi? Jedni mówią: „To już nie jest mój Kościół, to nie Kościół w jakim wyrosłem” i zrezygnowani wycofują się w cichy kąt swojej prywatnej pobożności bojąc się nowej schizmy w Kościele. Inni powiadają: „Jestem szczęśliwy, że Kościół stale się zmienia, reformuje, że są w nim napięcia, spory, kłótnie, bo to znak, że Kościół żyje, jest pełen witalnej dynamiki”.
 

Tak – istnieje wiele nurtów w Kościele: są w nim ultrakonserwatywni, tradycjonaliści, umiarkowani i progresiści. Jak zatem w takiej sytuacji żyć, działać, apostołować i się rozumieć? Nie ma innego wyjścia jak różne poglądy respektować, nawet jeżeli nie są zgodne z naszym sposobem myślenia. Wielość i rozmaitość opinii i przekonań jest wyrazem żywotności chrześcijaństwa. A gdy jesteśmy przekonani, że jesteśmy „w prawdzie” lub blisko prawdy, to szansę, by ona dotarła do oponentów i została przyjęta, zwielokrotnia i potęguje sposób wzajemnego odnoszenie się, ton rozmowy i dyskusji. Warto pamiętać o słowach Maxa Frischa: „Prawdę należy ludziom przedkładać jak płaszcz, który ktoś może nałożyć na siebie, a nie rzucać nią jak mokrą ścierką po uszach”.
 

Prawda i miłość – te dwie rzeczywistości się uzupełniają. Nie ma prawdy bez miłości. A gdzie miłość i prawda, tam także pokój! A kto szuka pokoju, ten przybliża niebo ku ziemi!
 

Ale nie idzie o pokój za wszelką cenę! Jezus nie umarł dla „umiarkowanego, utemperowanego, letniego chrześcijaństwa”, które nikomu nie przeszkadza. Ktoś powiedział: „Jezus jest piaskiem, a nie olejem w trybach maszynerii świata”. Gdy idzie o szczęście człowieka, o napiętnowanie propagowanych błędnych i zgubnych ideologii, i obnażenie zakamuflowanego zła, gdy fałszuje się Ewangelię i odchodzi od istoty tradycji Kościoła, gdy próbuje się budować fałszywy pokój oparty na nieprawdzie, wtedy - podobnie jak Jezus - Jego wyznawcy muszą się stać „burzycielami pokoju”. Jezus nigdy nie robił dobrej miny do złej gry. Tam, gdzie było to konieczne, toczył ostre spory z faryzeuszami, uczonymi w Piśmie i przedstawicielami świątyni – zawsze w trosce o prawdziwy pokój, o prawdziwe szczęścia ludzi, o ich zbawienie. Pojednanie z Bogiem, które przyniósł na świat i wieczne zbawienie człowieka okupił wysoką ceną własnego życia. I dlatego kto konsekwentnie i bez zgniłych kompromisów chce żyć Ewangelią Jezusa, nie może liczyć na to, że będzie zawsze i przez wszystkich lubiany. Histeryczna reakcja na wypowiedź arcybiskupa Marka Jędraszewskiego o zgubnych skutkach dla społeczności ludzkiej, jakie niesie ze sobą ideologia gender i LGBT, jest tego najlepszą ilustracją!  Męczennicy wszystkich epok chrześcijaństwa (a dziś około 200 milionów chrześcijan cierpi permanentnie z powodu rożnych prześladowań), są tymi, którzy na własnym ciele doświadczyli i doświadczają płomieni ognia wywoływanego Ewangelią Jezusa.
 

Zakończę mądrymi słowami powszechnie cenionego, nieżyjącego już publicysty Tadeusza Żychiewicza (współpracownika „Tygodnika Powszechnego”):
„Gdy pojawiła się na świecie prawda tak bardzo wielka jak Jezus i równocześnie tak trudna do uwierzenia i zrozumienia – wraz z nią musiało przyjść rozdwojenie i rozbicie o wiele bardziej dotkliwe. Był i jest ów podział; nawet i wewnątrz tych, którzy uwierzyli. Można żałować, że jest. Można słusznie mniemać, że jest on zgorszeniem i skandalem. Można się starać, aby różnice mniemań nie łączyły się z niechęcią albo nienawiścią: aby ludzie umieli pięknie się różnić i bez złości nie zgadzać się ze sobą. To na pewno są szlachetne i sensowne dążenia.

 

Jednakże trzeba sobie powiedzieć także i to: prawda jest ważniejsza od zgody i jedności. I jeśli jedność ma być rzetelna i trwała – musi być ona jednością w prawdzie. Każda inna jedność, każda inna zgoda jest pozorna, krucha i udawana” (Dom Ojca, Kraków 1983, s. 492).
 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Słowo Życia na święto
Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
15.08.2019.
Święto godności człowieka i jego cielesności
Ewangelia Łukasz 1, 39-56


Święto Wniebowzięcia Maryi jest rezultatem refleksji nad rolą Maryi w historii zbawienia. Prawda wiary, że Maryja nie umarła, lecz z duszą i ciałem została wzięta do niebieskiej chwały ma uzasadnienie w wyjątkowej więzi z Jej Synem. Jako pierwszy zbawiony człowiek jest Maryja pra-obrazem Kościoła. Na Niej spełniło się to, na co wszyscy chrześcijanie czekają aż do końca czasów. 


Święto odejścia Maryi do nieba obchodzone jest w Kościołach Wschodu od 450 roku i nosi tam nazwę „Zaśnięcia Maryi”. W Kościele Rzymskim celebrowane jest od VII wieku. To, w co chrześcijanie wierzą i świętują od kilkunastu wieków, zostało ogłoszone przez Piusa XII jako dogmat wiary w dniu 1 listopada 1950 roku. Celebrując święto Wniebowzięcia Maryi potwierdzamy jedność wiary i kultu (modlitwy) w Kościele i czcimy Maryję jako Matkę Kościoła.


Nasze kościelne święta zawierają zawsze podwójny przekaz: mówią nam ważne rzeczy o Bogu i o człowieku.
 

Prosta kobieta z Brazylii Dona Rajmunda, matka siedemnaściorga dzieci, z których dziesięcioro już zmarło, w dodatku wdowa, na pytanie, dlaczego pielgrzymuje do sanktuarium Maryi, odpowiedziała: „Aby doświadczyć nieba, całkiem blisko”. Czy ta zwięzła wypowiedź nie wyraża dosadnie podobieństwa do doświadczenia Boga przez Maryję, do takiego „obrazu Boga”, jaki posiadała w swym sercu Maryja?  Doświadczyć Boga, odczuć Go i przeżyć – bardzo blisko! Właśnie to wyśpiewuje Maryja w hymnie, który odtąd nie milknie w dziejach Kościoła: „Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej…

 

Jej „rewolucyjna” - jak na tamte czasy – pieśń („Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogaczy z niczym odprawia”) pokazuje, że Maryja będąc skromną „służebnicą Pana”, była pewną siebie i świadomą swej roli kobietą. W swej głębokiej, nie ckliwej, ale realistycznej pobożności, odkryła, że Bóg nie jest kimś dalekim od świata i nieczułym na ludzki los, lecz że namiętnie interesuje się światem i człowiekiem. Wychwala zatem wierność i miłosierdzie Boga objawiające się w Jej życiu jako historia miłości, a w historii Izraela jako historia wolności.
 

Dzisiejsza teologia podkreśla, że Maryja całym swoim życiem ukazuje nam „dobry, czuły, troskliwy, opiekuńczy i macierzyński wymiar Boga”. Papież Jan Paweł I (nazywany „papieżem 33 dni”) w jednej z audiencji powiedział: „Bóg jest Ojcem, ale jeszcze bardziej jest Matką”. 
 

Człowiek jest obrazem Boga i Maryja jako obraz Boga ucieleśniała w intensywny sposób tę kobiecą stronę Boga.  On jest Bogiem, do którego zbliżamy się bez lęku i obaw, On troszczy się o to, by nasze życie było życiem udanym i szczęśliwym. Oczywiście trzeba tu dodać, że z naszej strony konieczne jest respektowanie i zachowywanie porządku przez Boga ustanowionego. Obraz Boga objawiający się w życiu Maryi to Bóg całej Biblii, bezwarunkowo miłujący, Bóg dobroci i miłosierdzia, Bóg jako ojciec i jako matka.
 

Święto Wniebowzięcia Maryi objawia nam także prawdziwy obraz człowieka, takiego człowieka jakim zaplanował go Bóg, czyli obraz człowieka w zamiarach Boga.
 

Jeden z wielkich psychologów poprzedniego wieku Karol Gustaw Jung dzień ogłoszenia dogmatu o „cielesnym wzięciu Mari do nieba” świętował ze swoimi w większości ewangelickim studentami (on sam też ewangelik) na uniwersytecie w Zurichu w szczególny sposób (seminarium, referaty, dyskusje). Był bowiem przekonany, że ta prawda wiary jest genialną odpowiedzią Kościoła na pogardę wobec człowieka i ludzkiego życia, jaka ujawniła się w ostatniej wojnie światowej. Zważmy, że od jej zakończenia minęło wtedy dopiero pięć lat.
 

Także współcześnie aktualne jest pytanie: Co warte jest dzisiaj ludzkie życie? Do przemyślenia podsuwam krótko w punktach współczesne skandaliczne fenomeny: toczone w wielu regionach świata wojny, ataki terrorystyczne, zabijanie dzieci w łonie matek (nazywane eufemistycznie usuwaniem płodu), prenatalna diagnostyka w celu   eliminacji dzieci z wrodzonymi wadami, eutanazja, eksperymenty z ludzkimi embrionami, klonowanie człowieka).
 

Uwielbienie Maryi przez Boga wraz z Jej ciałem akcentuje w niesłychany sposób godność człowieka i znaczenie jego cielesności. Ciało – to zmysły i zmysłowość, to popędy i witalność. Człowiek w swej całości, w swej duchowo-psycho-cielesnej strukturze jest chciany i kochany przez Boga.
 

A z wszystkim, co cielesne, związana jest także materia w ogóle i „matka- ziemia”, właściwie cały kosmos. Uwielbiona w niebie Maryja zda się nam mówić: Nikt i nic nie jest wykluczone z miłości Boga. Dusza i ciało, ziemia i przyroda, cały kosmos - wszystko będzie przyjęte w „Niebo” - w rzeczywistość Boga.
 

Święto Wniebowzięcia jest zatem dla nas obietnicą, że idziemy do Boga ze wszystkim, czym jesteśmy i co przeżywamy. Naturalnie nie należy wyobrażać sobie zmartwychwstania w ciele w sposób zbyt naiwny. Ciało, jakie posiadamy w obecnej postaci, zginie, ulegnie w grobie zniszczeniu, również wtedy, gdy przemienia się w proch przez spalenie. Ale to ciało w swej istocie zostanie w zmartwychwstaniu zbawione i mocą Boża przemienione na wzór chwalebnego ciała zmartwychwstałego Pana, które widzieli i dotykali Jego uczniowie. Na temat „jak” to się stanie, jak to będzie w szczegółach, nie potrafimy nic powiedzieć, bo dla wyrażenia tej Nowej Rzeczywistości nie mamy żadnych narzędzi ani pojęć i obrazów. Ale z faktu, że czegoś nie potrafimy opisać, nie wynika, że owa rzeczywistość faktycznie nie istnieje.
 

Z naszej refleksji wynika w końcu jeszcze jedna pełna pociechy prawda: że kiedyś spotkamy się i zobaczymy tych wszystkich, którzy byli nam bliscy, których kochaliśmy i którzy świadczyli nam dobro, a którzy przez bramę śmierci – trzymając się ręki Matki Maryi - weszli do Królestwa naszego Ojca w niebie.
 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Aby powiększyć trzeba nakliknąć.

Słowo Życia na 19 niedzielę zwykłą (C)

11.08.2019.

Adwentowo w środku lata: Czuwajcie!

Ewangelia: Łk 12, 32-48

Ewangeliści pisali swoje wersje Ewangelii Jezusa z myślą o konkretnych adresatach, o określonym środowisku (gminie) chrześcijan.  Adresaci analizowanego fragmentu Ewangelii stali się chrześcijanami już przed wielu laty. Pewnie z pierwszej fascynacji niewiele zostało. Wiele spraw spowszedniało. Wspólnota chrześcijan liczebnie wzrosła, ale ciągle jeszcze byli mniejszością. Wielu nie miało ochoty intensywniej się angażować, szybko znajdywano wymówki i większość odpowiedzialności spoczywała na barkach nielicznych. Pojawiła się rywalizacja, napięcia, niesnaski. Miejsce entuzjazmu początku zajęła „normalka”. Zatem co gorliwsi pytali: Jaka przyszłość nas czeka? Jak przetrwamy, skoro brak misjonarskiego zapału? Jak tu realizować mandat Jezusa, by możliwie jak najwięcej ludziom przepowiadać zbawcze orędzie Jezusa? W takim to nastroju lęku i niepewności Łukasz przypomina słowa Jezusa, które miały wskazać nową perspektywę i nadzieję.

W Ewangelii tej niedzieli znajdujemy trzy ważne słowa Jezusa, które lamentującym miały pomóc znaleźć jakieś wyjście z letargu.  Są one aktualne również dziś dla Kościoła przeżywającego wewnętrzne wstrząsy i szukającego nowych dróg ewangelizacji.

Pierwsze z tych słów Jezusa brzmi:„Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam Królestwo”.Jezus skierował je już do swoich pierwszych słuchaczy, gdy liczba zwolenników „nowej drogi” zmalała i sytuacja Jezusa stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Owszem tłumy szły za Jezusem po każdym nowym uzdrowieniu albo gdy nakarmił tysiące na pustkowiu, ale gorzej było z akceptacją sposobu życia według Jego błogosławieństw. Teraz w drugiej generacji też wkradał się w serca wyznawców Jezusa lęk: Czy mamy dość sił do głoszenia nauki Pana, zwłaszcza zważywszy naszą przeciętność? Czy ludzie nas posłuchają i się nawrócą? Jezus usiłuje przezwyciężyć ich strach. Nie wolno im poddawać się lękom, zwyciężyć musi świadomość: Wam zostało dane Królestwo! Tego Królestwo najpierw szukajcie, a wszystko inne będzie Wam dodane!

Podobno wezwanie: „Nie lękajcie się!” pojawia się w całej Biblii 365 razy. A zatem wezwanie do wolności od lęku powtarza nam Bóg w swoim Słowie każdego dnia na nowo. „Nie bójcie się, Ja jestem z Wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”.

Kolejne słowa pociechy Jezusa można streścić krótko: „Uwolnijcie się od balastu”.  Słowa Jezusa brzmią raczej rygorystycznie i wydają się wręcz nie do spełnienia. Jezus chce jednak skonkretyzować to, o czym mówił poprzednio: „Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę! Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie zniszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie serce wasze”.

Co ma Jezus na myśli? Jego słowo łatwiej zrozumieć, gdy wyobrazimy sobie stojącą przed nami przeprowadzkę oraz to wszystko, co posiadamy, co nagromadziliśmy dotąd. Wtedy zaczynamy przemyśliwać: Czy zabrać wszystko? Czy to i owo będę jeszcze potrzebował? Czy może niejedno ofiarować innym, a rzeczy mało wartościowe wyrzucić na śmietnik? W taki to sposób należy w ogóle odnosić się do rzeczy materialnych. Kto wie, że wezwany jest do „przeprowadzki do nowego, wiecznego Królestwa”, ten przestaje wiązać swoje serce z rzeczami przyziemnymi. Wartość rzecz doczesnych ulega relatywizacji, gdy pamiętamy: Bóg stale przychodzi i przyjdzie ostatecznie do każdego w godzinę śmierci i „u kresu czasów”!

I tak dochodzimy do trzeciej ważnej wypowiedzi Jezusa: „Czuwajcie… i bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie”.

Wierność przejawia się w czuwaniu. Tu Łukasz cytuje przypowieść, którą Jezus opowiedział uczniom. W tamtych czasach, gdy ktoś zamożny udawał się na uroczystości weselne, jego nieobecność wydłużała się, bo i warunki podróży były skomplikowane i samo wesele trwało siedem dni. Dlatego powierzał jednemu ze swych podwładnych włodarzenie i strzeżenie domostwa. Kiedy wróci, nikt nie wiedział. Wierny sługa dbał zatem o sprawy swego pana i czuwał, by natychmiast mu otworzyć dom, gdy powróci o nieznanej porze i zakołacze. Jezus przenosi to na sprawy Królestwa Bożego: „Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał”.

Z analizy obecnej i innych wypowiedzi Jezusa wynika, że zachęca On do czujności eschatologicznej, czyli tej, której przedmiotem jest oczekiwanie Jego przyjścia, zwłaszcza tego ostatniego. On ma wtedy osądzić świat, a ludzi, którzy okażą się godni, wprowadzić do Królestwa Niebieskiego, do domu Ojca. Jego wyznawcy mają być gotowi na Jego przyjście: „Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie”. Te słowa oznaczają gotowość na spotkanie z Panem. „Zapalone pochodnie” - to wiara i miłość. Fundamentem czujności eschatologicznej jest nadzieja zrodzona z wiary. Oczekiwanie przyjścia Pana zakłada wiarę w zmartwychwstanie i w wieczne życie oraz nadzieję, że ten stan wiecznej szczęśliwości stanie się moim osobistym udziałem. Trzeba w to gorąco uwierzyć i uczynić przedmiotem najżywszego pragnienia, a więc skarbem wiążącym serce: „Bo gdzie jest skarb  wasz, tam będzie  i wasze serce”.

Świadectwo takie wiary i nadziei daje poeta Kazimierz Wierzyński w słowach naśladujących wołanie Psalmisty:

Do Ciebie wołam, wieczna skało,

Usłysz wołanie moje,

Otwórz się źródłem: wodą białą

Usta napoję.

 

Do Ciebie wołam, wieczny Panie,

Łaska niech mnie wysłucha,

Otwórz się słowem: zmiłowanie

Ukaż dla ducha.

 

Otwórzcie się, opoki Boże,

A z wiecznych prawd zasobu

Wiarę na sercu mym położę

I wyjdę z grobu.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Słowo Życia na 18 niedzielę zwykłą (C)

4.08.2019.

„Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości…”

Ewangelia: Łk 12,13-21

Niedzielna Ewangelia rozpoczyna się sporem o majątek: „Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem”.

Czy w naszym życiu nie było nigdy - i teraz nie ma – sporów o majątek, o zyski lub straty? A może spór minął, ale pozostały kwasy, niechęć, żale – albo, co najgorsze, zapiekła nienawiść? Tak bywa, niestety, również wśród chrześcijan. Prowadzimy między sobą spory nawet w sądach. Niekiedy toczą się one całe lata. A nas w tych sporach „toczy” złość, zawiść, chęć zemsty. I to trwa latami. 0by nie do śmierci! Jak tu pasują słowa zadumy ks. Jana Twardowskiego:

O zegarmistrzu stary!

Który to, który raz –

Czerw toczy twe zegary

Jak zegar toczy nas.

U podstaw tylu sporów majątkowych leży - oprócz uprzednio zaistniałej niesprawiedliwości - zwyczajna chciwość. Chciwość to wielka siła dynamiczna. Zmienia oblicze świata, ale potrafi zatruć do dna ludzkie dusze. Ten ogień namiętności ma moc wypalić w duszy wszystkie prawdziwe ludzkie odruchy.  Bronić się trzeba przed chciwością, bo może ona prowadzić do wypaczenia serca, odejścia od Boga i zguby wiecznej.

Jezus nie wnikając w spór o spadek ostrzega przed chciwością ilustrując to przypowieścią.

Właściwie co złego lub niewłaściwego jest w zachowaniu owego zamożnego właściciela dużego gospodarstwa rolnego, któremu „dobrze obrodziło pole”? Jest przecież wzorem pracowitości i zapobiegliwości. Jest bogaty – to przecież samo w sobie nie jest jeszcze grzechem. Ma sukcesy, jest otwarty na postęp, zabezpiecza swoją i zapewne rodziny przyszłość, wykorzystuje wszystkie nadarzające się możliwości. Bilans jego trudów jest pozytywny, jego egzystencja zabezpieczona – to wszystko są rzeczy i sprawy dobre i słuszne. Wszystkie przedsiębiorstwa i firmy mogą także dziś dobrze, skutecznie, kwitnąco i owocnie funkcjonować pod warunkiem silnej woli i mądrych decyzji szefa. Z niczego nic się nie bierze. Oczywiście tego wszystkiego Jezus nie poddaje krytyce. Ale z bardzo ważnych powodów mówi krótko: „Głupcze?”.

Ów bogacz poddany ostrej krytyce Jezusa powiada: „Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?  Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem”.

Jezus krytykuje surowo cele tego człowieka. Jemu idzie tylko o niego samego, siebie samego czyni treścią i celem życia.  Zapomina zaś o Tym, który jest Dawcą jego życia i który zażąda sprawozdania z tego, co mu ofiarował.

Jeżeli natomiast ktoś celem swojego życia uczyni Boga, może szczycić się sukcesem tego, co osiągnął, swoimi zyskanymi dobrami i być „bogatym przed Bogiem”. Bo on mówi nie tylko „ja”, „ja chcę”, „ja potrzebuję”. Odróżnia się tym od ludzi skoncentrowanych wyłącznie na sobie, że jest wdzięczny za dar życia i że jest gotów tym, co nagromadził, dzielić się z innymi.

Głupcem zatem jest, kto ostoi i ostatecznego bezpieczeństwa szuka w tym, co przemijające.

Głupcem jest, kto gromadzi skarby doczesne, a nie jest bogaty przed Bogiem.

Głupcem jest, kto przez chciwość i zamykanie się w sobie zatrzaskuje drzwi i okna dla pełni życia i prawdziwego szczęścia:

- bo przez przesadne zabezpieczanie dzisiaj zapomina o niezabezpieczonym jutrze; 

- bo w swych planach ignoruje całkowicie inne decydujące faktory;

- bo nie pyta ani o Boga ani o ludzi, a myśli wyłącznie o sobie samym; 

- bo w jego kalendarzu nie ma daty na dziękczynienie za zebrane plony ani niedzieli darów dla Caritas; 

- bo nie patrzy „w górę”, ani na to, co dzieje się przed drzwiami jego domu, gdzie może czeka na niego biedny Łazarz. Wpatruje się tylko w siebie: „Odpoczywaj, jedz, pij i używaj!” Ale wszystko tak długo, aż Ktoś wyrwie go z jego iluzji i postawi przed nagą rzeczywistością: „Źle kalkulowałeś, żyłeś niejako na uboczu prawdziwego życia. Zapomniałeś przed wszystkimi „twoimi zerami” postawić istotną Jedynkę, która temu, co masz i czym jesteś, daje prawdziwą treść i wartość. Byłeś głupcem!”

A kto jest „bogaty przed Bogiem”?

Bogaty przed Bogiem jest ten, kto cieszy się darem życia i jest za nie Bogu wdzięczny. I ten, kto dzieli się swoimi dobrami. 

Jezus kieruje dziś pod naszym adresem decydujące pytanie: „Czy żyję tak, że jutro mógłbym umrzeć w świadomości: wszystko w moim życiu jest w porządku, jest dobrze?” Bo każdy dzień powinien być dobrym dniem dla umierania…

Na koniec posłuchajmy uwag poety Jerzego Lieberta i odnieśmy je wprost do siebie:

Za nic nam twoje

Zgłębianie życia,

Poznanie świata,

Jeśliś w tym życiu

I na tym świecie

Nie znalazł brata.

Bo cóż są skarby

Gdy bez podziału

I bez człowieka

Próżno je zbierasz

W zgiełku ogromnym

Naszego wieku.

Bowiem, nie z brania

Ale z dawania

Bogactwo rośnie –

I obiecaną

Obejrzysz ziemię

W szczodrobliwości.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Słowo Życia na 17 niedzielę zwykłą (C)28.07.2019

„Proście, a otrzymacie…”

Ewangelia: Łk 11,1-13.

Głównym tematem Liturgii Słowa tej niedzieli jest modlitwa. Jaką rolę pełni ona w moim życiu? Czym jest prawdziwa modlitwa? Odpowiedzi mogą być różne. Jedno z najwłaściwszych określeń wyraża się w stwierdzeniu: Modlić się, to znaczy rozmawiać z Bogiem jak z przyjacielem”Ci, którzy przeżywają w tym zakresie trudności, powiadają: „Ale co to za rozmowa, w której mówię tylko ja, Bóg wcale mi nie odpowiada?” Każdy ma swój sposób rozmowy z Bogiem. Tej prawdziwej, najgłębszej – trudno nauczyć. Trzeba znaleźć własną drogę. 

Dzisiejsza Ewangelia jest klasycznym tekstem o modlitwie błagalnej. W niej sam Jezus odpowiada na często stawiane pytaniaJaki sens ma proszenie Boga o cokolwiek? Czy modlitwa błagalna nie jest wyrazem prymitywnej i egocentrycznej pobożności? Czy człowiek współczesny znającprawa natury może jeszcze dzisiaj prosić: Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj!”. 

Odpowiedź Jezusa jest jednoznaczna: Człowiek nie tylko może, lecz powinien prosić Boga. Mówi bowiem:„Tak macie się modlić…” oraz: „Proście, a otrzymacie”. Nie tylko tak nam polecił, lecz sam dał przyad takiej modlitwy.

Jezus lękając się cierpień i śmierci modli się rozpaczliwie w Ogrójcu: „Ojcze, jeśli to możliwe, niech odejdzie ode mnie ten kielich”. I chociaż tej prośby Bóg Ojciec nie wysłuchał – kielich cierpienia Jezusa nie ominął – nie utracił przecież zaufania do Ojca i w chwili śmierci wołał: „Ojcze, w Twoje ręce oddaję mojego ducha”. Czy zatem także Jezus, Boży Syn, doświadczył, że modlitwa błagalna, „błagalne prośby” nie przynoszą skutku”? Doświadczenie Jezusa jest pozytywne. Bóg wprawdzie nie uchronił Go przed „kielichem cierpienia”, ale przecież przeprowadził Go zwycięsko przez okrutne cierpienia i śmierć i wywyższył Go obdarzając mocą i chwałą i „dał Mu imię, które jest ponad wszelkie imię”(Flp 2,10). W ten sposób w modlącym się i błagającym Jezusie, który „stał się nam podobny we wszystkim oprócz grzechu”, dostrzegamy sens modlitwy błagalnej: Bóg tym, którzy Go o cokolwiek proszą, daje nie „coś”, nawet nie to, o co Go pros, lecz o wiele więcej: On ofiaruje im „swojego świętego Ducha”, siebie samego, czyli najwyższy dar, jakiego może udzielić. Przypomnę w tym miejscu trafne słowa ewangelickiego teologa Dietricha Bonhoefera (zamordowanego przez niemieckich Nazistów): „Bóg nie spełnia wszystkich naszych życzeń i tęsknot, ale spełnia wszystkie swoje obietnice”.

Przeczytajmy raz jeszcze dokładnie istotne zdanie tej Ewangelii: „Jeżeli wy, staracie się dać waszym dzieciom, to co dobre, o ile bardziej wasz Ojciec w niebie udzieliDucha Świętego tym, którzy Go o to proszą”.

A zatem pełna ufności modlitwa jest zawsze skuteczna, osiąga zawsze coś bardzo ważnego: a mianowicie to, że  otwiera nas na większe i wyższe dary Boga, otwiera na Ducha, który prowadzi nas w zaufaniu i spokoju przez ciemne drogi życia, który w godzinach załamania pomaga powiedzieć: „Abba – mój dobry Ojcze!”

W naszej modlitwie idzie zatem o to, by wznieść się ponad nasze prośby i otworzyć się na „większe rzeczy”, które Bóg chce nam dać. Innymi słowy - w naszych prośbach do Boga nie upodobniamy się do egocentrycznych i kapryśnych dzieci, które tupią nogami i krzykiem bądź płaczem wywierają presję na rodzicach i ich szantażują,  lecz zachowujemy się jak dzieci, które pewne miłości rodziców czują bezpieczeństwo rodzinnego domu i dlatego w zdumieniu i z wdzięcznością przyjmujemy słowo Jezusa: „Ojciec wie, czego potrzebujecie (Mt 6,8), bo „Ojciec was kocha” (J 16.27) W ten sposób za każdą modlitwą stoi niewypowiedziana prośba istotna dla wszystkich próśb: „Bądź wola Twoja!”.

Każdy, kto to dogłębnie przemyśli, zaakceptuje i sobie przyswoi w wierze, będzie – jak Pan Jezus w noc przed śmiercią – prosił Boga o wszystko, co uważa za bardzo potrzebne dla siebie, ale ufając mądrości i miłości Boga zawsze doda: „Ale nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie”. Bo dopełnieniem wszystkich naszych modlitw, błagań i wszelakich stukańdo Bożych drzwi pozostanie zawsze prośba z Modlitwy Pańskiej: „Bądź wola Twoja!”

Jeszcze raz pytanie: Czy nasze modlitwy są skuteczne i jaki z nich pożytek?

Jeżeli ktoś traktuje Boga jak kupca, handlarza, przedsiębiorcę, agenta ubezpieczeniowej firmy, z którym mna się targować, albo zachowuje się jak dziecko usiłujące coś na rodzicach chytrze wymusić, tego modlitwy będą bezowocne. Natomiast szczere modlitwy kierowane do Boga z głębi serca w pełni zaufania nigdy nie są „słane w pustkę”, one zawsze docierają do Ty” Boga, który czujnie i z troskliwą miłością na nas patrzy i wsłuchuje się w nasze wołanie; one zawsze zostaną pochwycone przez Tego, którego Jezus doświadczył jako swojego i naszego Ojca; one są jak dobre ziarno, które pada na Bożą Rolę i kiedyś wzrośnie i przyniesie owoc.

Bóg zawsze wysłuchuje. Wiara to jednak nie magia. Nic się nie dzieje za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bóg to nie „cudowna automatyka”. Rób zatem wszystko najlepiej, jak potrafisz, On doceni twój wysiłek. Po pewnym czasie dostrzeżesz, że Bóg jednak poukładał pewne sprawy w Twoim życiu, chociaż może nie zawsze tak, jak chciałeś. Człowiek modląc zmienia się, nawet tego nie dostrzegając. Jeżeli ktoś modli się, to staje się bardziej delikatny, łagodny, nie będzie używał siły. Modlitwą i miłością można rozproszyć ciemności współczesnego świata.

Na koniec do przemyślenia satyryczny rysunek w pewnym piśmie – „Człowiek na kolanach modlący się takimi słowy: „Dobry Boże, uczyń mnie bogatym, bym wreszcie mógł kupić sobie rzeczy, które mnie i tak nie uszczęśliwią…

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Wiara i humor

• Dekarz poślizgnął się i w ostatniej sekundzie zdołał chwycić się rynny. Właśnie przechodzi ksiądz i radzi mu: „Synu, trzymaj się Pana Boga!” W odpowiedzi słyszy: A ja się cieszę, że utrzymała mnie ta deszczowa rynna”.
• Proboszcz daje kościelnemu (zakrystianinowi) polecenie: „Kolektę proszę zebrać tym razem już przed kazaniem, ponieważ będę dziś mówił o cnocie oszczędności.”
• Po długiej zimie spotykają się dwa kościelne pająki. „Ja spędziłem zimę na wieży kościelnej. Prawdziwa katorga – niemożliwe zasnąć przy tym ciągłym dzwonieniu. - „Och - mówi ten drugi ja przespałem całą zimę, nikt mi nie przeszkodził?” – „A gdzie byłeś w tym czasie?” - „W skarbonie na chleb św. Antoniego dla biednych”.
• Kolekta (zbieranie ofiar w kościele) jest dla wielu chrześcijan zakłócaniem ich pobożności. Dlatego stają się nerwowi, gdy koszyk już jest w ich pobliżu. W Szkocji jeden z parafian, aby uniknąć konieczności składania ofiary, przychodził z synami do kościoła regularnie dopiero po kolekcie. Pewnego razu przyszli jednak zbyt wcześnie. Jak uchronić się przed nveszczęściemzłożenia ofiary? Gdy zbierający składkę był już blisko nich, nagle w ostatnim momencie ojciec padł zemdlony, a dwaj synowie sprawnie go pochwycili i wynieśli z kościoła.

 

 

Słowo Życia na 16 niedzielę zwykłą (C)
21.07.2019

Marta czy Maria? – albo: Jedynie konieczne

Ewangelia Łukasz 10, 38-42.

 

Jezus odwiedza w wiosce Betanii, położonej niedaleko Jerozolimy, swoich przyjaciół: Łazarza i jego dwie siostry Martę i Marię. Marta zatroskana, by godnie - może nawet wystawnie - przyjąć znanego Mistrza, z zapałem uwija się wokół rozmaitych posług. Maria korzystając z wyjątkowej okazji bliskiego spotkania z wielkim, mądrym i dobrym Nauczycielem uważa nie bez podstaw, że zapobiegliwa Marta da sobie radę z przygotowaniem posiłku i z tej racji „siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie”.

 

Marcie po jakimś czasie „puściły nerwy” i w swym zniecierpliwieniu i żalu wybucha skarżąc się wobec Jezusa na taki brak domowej siostrzanej solidarności: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy obsługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”.

Reakcja Jezusa jest dla większości z nas zaskakująca. Nie uznał pretensji Marty. Nie zwraca się do Marii, by pomogła siostrze. Co więcej, zwraca się do Marty ze słowami, które korygują jej błędne mniemanie: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała lepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”.

 

Przewodniczę kręgu biblijnemu poświęconemu tym razem rozważanemu fragmentowi Ewangelii. Po pierwszym czytaniu tekstu zaczyna wrzeć. To kobiety zaczynają głośno protestować. Jak to? Nic nie rozumiem. Tego zawiele… Dlaczego Pan Jezus tak niekorzystnie wyraża się o naszej pracy domowej. Codziennie tak się trudzimy, poświęcamy się dla rodziny, nasze własne potrzeby stawiamy na drugim miejscu i w nagrodę słyszymy tego rodzaju słowa Jezusa deprecjonujące naszą pracę? Czy od jutra mam porzucić domowe zajęcia, zwłaszcza sprawy kuchenne i zabrać się do modlitwy i czytania Pisma Świętego? 

 

Inne ostro krytykują postawę Marii. Całą pracę zrzuca na siostrę, a sama, paskudna wygodnisia, pod pretekstem pobożności siedzi sobie wygodnie u stóp Jezusa i wsłuchuje się w Jego słowa! Dokąd zajdziemy, jeżeli wszystkie zachowamy się jak Marta? Wtedy stoły w naszych rodzinach będą świeciły pustką!

 

„Troszczysz się o wiele, a potrzeba tylko jednego!”.Wielu teologów przemyśliwało nad tymi słowami Jezusa. Na przykład mistrz Eckhard (13-14 wiek) w cyklu kazań o mistyce. Albo św. Teresa z Avila (16 wiek) - „Bóg jest obecny także pod pokrywami garnków”– powiedziała do swoich współsióstr zakonnych, które w medytacji i kontemplacji wznosiły się na duchowe wyżyny, a zapominały, że Boga można znaleźć wszędzie, także w najbardziej niepozornym miejscu jak kuchnia, gdzie nie świeci się wieczna lampka.

 

„Maria obrała lepszą cząstkę…”  Czyli co? Co z tego wynika? Mamy postępować jak Maria, czy jak Marta? Wygodnie siąść, przysłuchiwać się, modlić, medytować - czy pracować aż do bólu rąk, nóg i pleców? To fałszywa alternatywa. Nie: „albo – „albo”, lecz „i”: Maria i Marta! Obydwie postawy, obydwa uzdolnienia i skłonności tkwią w nas: zamiłowanie do aktywności, działania, nieustannej krzątaniny a z drugiej strony skłonność do spokoju, ciszy, wyczekiwania, medytacji, tęsknoty za czymś wielkim, nieznanym, ponad-doczesnym, transcendentnym.

 

Słowa Jezusa skierowane do Marty: „potrzeba tylko jednego”wkładają niejako do ręki kompas tym wszystkim, którym zagraża zagubienie się w codziennych obowiązkach i zajęciach, w nieustannej krzątaninie wokół doczesnych spraw. Ten kompas pomaga zbadać i przeanalizować nasze priorytety: czy nie zajmujemy się zbyt bardzo „tym, co użyteczne”, co mi przynosi wymierne korzyści, a za mało tym co, duchowe, co naprawdę „bezwzględnie konieczne”?

 

Wybieramy „dobrą cząstkę”, gdy przyjmujemy Chrystusa „do naszego domu”, w nasze życie, w codzienność, w nasz świat - jak to uczyniła Marta. Ale zaniedbujemy „to co lepsze lub najlepsze”, jeżeli sądzimy, że On w swoim działaniu na nas jest uzależniony od nas: od naszej krzątaniny, duchowego zabiegania, od naszej mądrości bądź pobożności.

 

Wybieramy i zachowujemy „lepszą cząstkę”, gdy nasze uszy, ręce i serca otwieramy na Jego obecność i Jego słowo - jak Maria.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Wiara i humor

  • Przyczynić się w jakiś sposób do tego, by wzrosła ilość wiernych uczestniczących w niedzielnej Eucharystii, to sprawa honoru każdego duszpasterza. Jeden z nich wpadł na dobry pomysł i w liście do parafian napisał:

„Gdy się urodziłeś, do kościoła przyniosła Ciebie w swoich ramionach Twoja matka; - gdy zawierałeś związek małżeński, Twoja żona; - gdy umrzesz, przyniosą Cię tutaj Twoi przyjaciele.  - Dlaczego nie chcesz od czasu do czasu sam tutaj przyjść?”

  • Inny pomysłowy ksiądz proboszcz liczył na ciekawość czytelników i namalował w liście parafialnym kwadrat, a do tego następujące zaproszenie:

„Proszę Cię serdecznie, chuchnij na to miejsce! – Jeżeli ono się zazieleni, powinieneś pójść do lekarza. – Jeżeli zbrązowieje, do dentysty! – Przy kolorze fioletowym, należy skonsultować jak najszybciej psychoanalityka!   - Jeżeli ten kwadrat sczernieje, to wołaj notariusza i sporządź testament. – Jeżeli to miejsce pozostanie białe, to znaczy, że cieszysz się jak najlepszym zdrowiem i trudno zrozumieć, dlaczego nie miałbyś w niedziele przyjść do kościoła!”

  • Przed Soborem, gdy jeszcze kazanie głoszono z ambony, jeden z księży napisał w swoim liście parafialnym:

„Tak….wygląda….niekiedy….kościół….gdy….ksiądz…wejdzie…na….ambonę”.

ATAKBYWYGLĄDAŁGDYBYKAŻDYPRZYPROWADZIŁ JESZCZEKOGOŚINNEGO”

Modlitwa wieczorna

 

Kończę ten dzień i jestem niezmiernie wdzięczny.

Nie wszystko osiągnąłem i nie wszystko zrealizowałem, co zamierzałem.

Ale mimo to jestem zadowolony.

Mogłem myśleć, poruszać się, chodzić, pracować, pomagać innym.

Ten dzień był pełen niespodzianek.

Moje ręce mogły pracować, wspierać, pocieszać i dodawać odwagi.

Bicie mojego serca zdradza największą tajemnicę:

Jestem bogaty, obdarowany, szczęśliwy i błogosławiony, 

bo mogę żyć, kochać i wielbić Boga,

bo ze mną w drodze są bliscy mi ludzie,

bo Ty sam jesteś ze mną i we mnie, dobry Boże.

Przyjmij moje słowa zdumienia, uwielbienia i wdzięczności.

Dzięki Ci za wszystko, 

dobry i miłosierny Boże!

 

  *   *   *

Dobry i wierny Boże, 

także dziś obejmowałeś nas swoimi ramionami 

poprzez wszystko, co przeżywaliśmy – co piękne i co trudne.

We wszystkim kryła się oferta Twojej miłości.

Chcę zakończyć ten dzień podziękowaniem 

za Twoją obecność w naszym świecie, 

w życiu wszystkich ludzi i w moim osobistym  

i powierzyć się całkowicie Tobie.

Czuwaj nad naszym odpoczynkiem i snem 

i racz nam dać spokojna i dobrą noc.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Słowo Życia na 15 niedzielę zwykłą (C)                                               14.07.2019.

Idź i czyń podobnie…

Ewangelia: Łk 10,25-37.

 

Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie jest dla większości chrześcijan dobrze znana. Jeśli jakiś tekst słyszy się wielokrotnie, nasza uwaga słabnie, sądzimy, że nie zawiera on dla nas nic nowego. Gdy jednak chodzi o słowo Boże, należy pamiętać, że Bóg zwraca się do nas stale na nowo i ma nam do przekazania coś bardzo ważnego.

 

W tej przypowieści trzykrotnie pojawia się słowo „widzieć”. Jest to jednak bardzo różne „widzenie”. Gdy idzie o kapłana i lewitę: „on zobaczył go i poszedł całej”. Ale o człowieku z Samarii Jezus powie: „Gdy go zobaczył, ulitował się nad nim”. W pierwszym przypadku owo „widzenie” było tylko czystym spostrzeżeniem, przyjęciem do wiadomości, ale bezskuteczne. W drugim przypadku widzenie wywołuje współczucie, widzący czuje się zobowiązany do pomocy. Oczywiście obaj przechodzący spiesznie obok tragedii napadniętego człowieka mieli swoje powody, by pójść dalej bez troski o niego. Może naglił ich czas, musieli być o wyznaczonej godzinie w świątyni? Albo po prostu przerazili się, opanował ich lęk, że zbójcy są jeszcze w pobliżu i także ich spotka podobny los? Dlatego trzeba uciekać, „nogi za pas”, jak najszybciej daleko stąd!

 

Fakt, że ktoś poraniony leży na drodze, wydarza się także współcześnie dość często.  Ileż to razy dowiadujemy się z prasy, że ktoś po wypadku leży ranny i zakleszczony we wraku auta, ale dziesiątki kierowców mijają go obojętnie usprawiedliwiając się w myślach – wkrótce pojawi się przecież ktoś kompetentny i odpowiedzialny w takich sytuacjach.

 

„Zauważył go i poszedł dalej”. Na co dzień spotykamy wielu ludzi w potrzebie, „poranionych” lub nieszczęśliwych. Na przykład od dawna chory sąsiad, znajomy z firmy, który stracił pracę i w jego podeszłym wieku nie ma szansy na nowe zajęcie zarobkowe, cudzoziemiec, który nie daje sobie rady z władzami i papierową biurokracją. Albo ktoś w rodzinie ma poważne problemy lub dziecko nie radzi sobie w szkole… „Zobaczył go i poszedł obojętnie dalej”.

 

Codziennie wstrząsają nami obrazy z różnych regionów świata: ludzie umierający z głodu, na obszarach wojennych konfliktów zburzone domy, wioski i miasta, porzucane dzieci, ginący w falach morza uciekinierzy, ofiary potwornego terroru. Jak na to reagujemy? Czy nasze serce odczuwa współczucie? Często wspieramy akcje dobroczynne. Ale może myślimy: Zbyt wiele się żebrze! Czy nie za dużo wymaga się ode mnie? Ile wolno mi wydać na dobre cele z budżetu rodzinnego? Przecież muszę myśleć także o najbliższych i o sobie! 

Ale gdybyśmy sami byli w takiej trudnej sytuacji, jak ci, którzy liczą na naszą pomoc, jakże bylibyśmy wdzięczni i szczęśliwi, gdyby ktoś okazał nam serce. A przecież nam wiedzie się dobrze. Żyjemy w pokoju, mamy dość pieniędzy na codzienne wydatki, na urlop, podróże i różnego rodzaju przyjemności.

 

W przypowieści uczony w piśmie zapytał Jezusa: „Kto jest moim bliźnim?”. Jezus odpowiada mu obrazowo: „Twoim bliźnim jest ten, kto tutaj i teraz potrzebuje twojej pomocy, obojętnie kim on jest”.  Nam chrześcijanom - uczniom Jezusa nie wolno inaczej myśleć i postępować niż On sam i ów Samarytanin.

 

Jezus powierzył nam troskę o ludzi będących w potrzebie. Mamy obowiązek dostrzegać nędzę czułym sercem, a nie tylko ją „rejestrować”. Znane nam jest powiedzenie z „Małego Księcia”: „Dobrze widzi się tylko sercem”.  Jeżeli mamy „serce otwarte” na ludzi obok nas, widzimy ich w całej prawdzie i rozpoznajemy, czego im naprawdę potrzeba.

 

Jasne, że nie usuniemy całej nędzy świata. Ale w miarę, jak czynimy to, co jest w naszej mocy i możliwościach, gdy dostrzegamy troski ludzi wokół nas, potrzeby w rodzinie, gdy dajemy sobie czas na rozmowę z chorymi, osobami starymi i samotnymi, przyczyniamy się do tego, że w świecie jest więcej miłości, dobra i człowieczeństwa. A więcej człowieczeństwa oznacza więcej chrześcijaństwa!

 

To niewiele, co czynię, może w porównaniu do biedy całego świata być tylko przysłowiową kroplą w morzu albo kroplą na rozpalone żelazo. Ale dla człowieka, któremu pomagam, jest to nieskończenie wiele – i dla mnie samego też!

 

Wobec człowieka, który właśnie mnie potrzebuje, okazać się bliźnim – oto kwintesencja tej niedzielnej Ewangelii. Idzie o duchowość otwartych oczu i otwartego wrażliwego serca! „Idź i czyń podobnie” – mówi do mnie Jezus!

Na koniec przypowieść z Indii: 

Pewien pobożny człowiek odwiedzał codziennie swojego Boga w świątyni. Pewnego razu poprosił, by Bóg wreszcie odwiedził także jego - w jego domu. Bóg obiecał mu to - nazajutrz.

 

Ów człowiek przygotował zatem uroczystą ucztę. Czekał, czekał…, ale Bóg się nie pojawił.  Zjawił się natomiast mały chłopiec i prosił o jakiś dar, potem przyszedł żebrak i błagał o wsparcie, następnie jakiś pielgrzym – ale on wszystkich przepędził. Na próżno czekał na Boga. Wieczorem więc poskarżył się i czynił Bogu wyrzuty, że go zawiódł. I w odpowiedzi usłyszał: „Trzykrotnie daremnie pukałem do twoich drzwi!”

 

Panie, pomóż mi dziś i w każdym dniu tego nowego tygodnia rozpoznać Ciebie w tym i owym człowieku, którego spotkam!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Wiara i humor

  • Nauczyciel religii pyta uczniów: „Kto z was mi powie, co trzeba zrobić, zanim zostaną nam odpuszczone grzechy?  - Cisza. W końcu zgłasza się jeden z chłopców: „To oczywiste, najpierw trzeba zgrzeszyć!”.
  • Młody ksiądz głosi kazanie: „Za każdym razem, gdy widzę pijanego wychodzącego z knajpy, mówię mu: „Jesteś na złej drodze. Zawróć!”.
  • Pacjent: „Panie doktorze, widzę podwójnie”. - Doktor: „To przymknijcie jedno oko!”.
  • Rozmawiają dwie sąsiadki: „Całą noc nie mogłam spać z powodu bólu zębów.” Ta druga: „Mnie coś takiego nie może się przydarzyć. Ja i moje zęby - śpimy oddzielnie”.
  • Lekarz: „Panie Kowalski, znowu wypił pan zbyt wiele alkoholu. Powiedziałem przecież: „Tylko jedna butelka piwa na dzień.” – „Czy pan doktor uważa, że jest pan jedynym lekarzem, do którego chodzę?”.
  • Kolega: „To brzydko z Twojej strony – Twoja żona leży w łóżku z powodu grypy, a ty przesiadujesz tutaj w knajpie?”. – „A dlaczego nie, przecież ja piję za jej zdrowie!”

Słowo Życia na 14 niedzielę zwykłą (C)

7. 07.2019

Posłani, by przygotować drogę Panu 

Ewangelia: Łukasz 10,1-12.17-20.

 

„Idźcie, ja was posyłam!”– mówi Jezus do siedemdziesięciu dwóch uczniów. Wśród tłumów, które oblegały Jezusa i chętnie słuchały Jego nauk, była też gromada młodych ludzi, którzy chcieli być uczniami Mistrza z Nazaretu. Towarzyszyli więc Jezusowi, obok Dwunastu wybranych, i pilnie wsłuchiwali się w to, co mówił.  Kiedy w tej szkole poczynili postępy, Jezus postanowił wysłać ich do pracy ewangelizacyjnej, w pewnym zakresie samodzielnej. Wezwał zatem aż 72 i posłał po dwóch do wskazanych im miejscowości, do których z kolei On sam chciał przybyć. Mieli zatem przygotować ludzi na spotkanie z samym Jezusem. To była zatem ich próbna misja, coś w rodzaju praktyki, jaką nakłada się dziś na studentów niektórych kierunków.

 „Idźcie!”– brzmi jak dźwięk fanfary. Idźcie! – to znaczy: nie czekajcie aż ludzie do was przyjdą. Idźcie do nich, do zdrowych i chorych, do zadowolonych i zawiedzionych, połamanych przez życie, do wszystkich obciążonych i utrudzonych, i głoście: „Królestwo Boże jest blisko was!” A że to niezmiernie trudne zadanie, mówią o tym słowa Jezusa, że posyła ich „jak owce między wilki”.

 „Idźcie we dwóch”, aby wasze przepowiadanie było wiarygodne. Co jeden powie, niech ten drugi to potwierdzi. W Izraelu do wiarygodnego świadectwa potrzebnych było zawsze dwóch świadków.

Wskazania Jezusa co do zachowań na tej apostolskiej drodze są dość surowe: bez laski wędrownej, bez torby z zapasowym prowiantem, bez butów, bez pieniędzy, bez karty bankowej….  Cóż zatem pozostaje do zabrania?  Weź tylko samego siebie na drogę - mówi Jezus. Wszystko inne pozostaw w domu. To ty sam jesteś bogactwem, które masz zanieść innym wraz z orędziem: „Królestwo Boże jest blisko?”.

„Bez laski podróżne”- Laska – kij pasterski, czyli to, co mnie podtrzymuje w chwilach trudnych. Niektórzy potrzebują dodatkowych pomocy, zabezpieczeń, tzw. „krokwi” jak stanowiska, tytuły, dobre znajomości, zaistnienie na tytułowych stronach czasopism i w internecie. Tego rodzaju „laski podróżne” często utrudniają bądź blokują prawdziwe spotkanie między ludźmi. Tylko ty sam i twoje serce, twoja życzliwość i oddanie się liczą.

„Bez torby z zapasami” -Właściwe to logiczne, że trzeba zabrać ze sobą jakiś prowiant, zabezpieczyć się, „tak na wszelki wypadek”. A jednak jakże często „torba z zapasami” staje się zaczątkiem bojaźliwego troszczenia się o jutro i pojutrze. Zapasowa torba to początek lodówek i wielkich spożywczych magazynów – to także początek wyzyskiwania przyrody i ludzi. Bo jeżeli popadnę w wir nadmiernego troszczenia się o przyszłość, ludzie stają się moimi konkurentami, a nie partnerami, wtedy konsumuję do maksimum zasoby naturalne, zaczynam mnożyć bogactwo, które w takiej ilości nie jest mi potrzebne. I zapominam, że na drodze apostolskiej idzie o mnie samego, o moją wiarę, nadzieję i miłość, krótko - o sedno ewangelii Jezusa.

„Bez pieniędzy”.-  Pieniądz jest zawsze pokusą, by go mieć coraz więcej. Ale nie wszystko można kupić za pieniądze i - jak mawiamy - „Pieniądze szczęścia nie dają!” Nie ma magazynów z przyjaciółmi – powiada mały książę ze znanej opowieści. Miłości, nadziei, radości nigdzie nie kupisz. Nie brać na drogę pieniędzy, to znaczy zaufać innym ludziom, do których się idzie, że mnie nie opuszczą, jeżeli przyjdę do nich z darem serca i orędziem o miłości Boga.

„Nikogo w drodze nie pozdrawiajcie”. To znaczy: niech nie powstrzymują was i nie utrudniają wykonania zadań apostolskich skomplikowane zwyczaje orientalnych powitań. Oczywiście pozdrowić należy każdego wchodząc do jego domu i życzyć mu przede wszystkim pokoju. I ten pokój ze sobą przynosić – poprzez wybaczanie win i wzajemne pojednanie.

Właśnie w tych postulatach Jezusa z dzisiejszej Ewangelii znalazł św. Franciszek z Asyżu inspirację dla własnego życia. Wezwanie Jezusa: bez trzosu z pieniędzmi, bez butów, bez zapasów żywności na drogach życia i apostolstwa – to odpowiadało jego wewnętrznemu przekonaniu. On złożył swoje życie w ręce Boga: 
„Panie, w Twoich ramionach jestem bezpieczny. Gdy Ty mnie trzymasz, niczego nie muszę się obawiać. Nie wiem nic o przyszłości, ale ufam Tobie”.

 Moje niedzielne postanowienie: każdy dzień nowego tygodnia zacznę tymi słowami świętego Biedaczyny z Asyżu!

Ks. Jerzy Grześkowiak

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 17.08.2019 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend