Bliżej Boga

Słowo Życia na 20 niedzielę w ciągu roku – B

19.08.2018

 

„Ja jestem chlebem żywym,
który zstąpił z nieba”

Ewangelia według św. Jana 6,51-58.

„Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”.Tajemnicze słowa z ust Jezusa. Nic dziwnego, że słuchacze zaczynają szemrać, sprzeczają się między sobą i w końcu pytają: „Jak On może nam dać swoje ciało do spożycia?”

Gdy chrześcijanie w cesarstwie rzymskim stanowili jeszcze mniejszość i nigdy nie byli pewni czy wkrótce znów nie wybuchnie nowa fala ich prześladowań, jednym z zarzutów wobec nich była plotka, że chrześcijanie zabijają dzieci, których ciała są im potrzebne do obrzędów w celu uczczenia ich Boga. Głupie i bezsensowne podejrzenie. Ale ono ujawnia bezradność, jaką wywoływała dziwna wiara chrześcijan i zagadkowe słowa Jezusa. Ich symbolem nie jest potężne i pełne chwały bóstwo, lecz człowiek wiszący na krzyżu. Co to za ludzie, którzy centrum ich życia czynią zmarłego? Co to za Bóg, który dla zbawienia świata rozpoczyna skazaniem na śmierć swojego proroka?

Tego rodzaju pytania stawiane są również dzisiaj. Być może są one także naszymi osobistymi pytaniami. Odpowiedzi trzeba szukać w Ewangelii.

Ewangelista Jan swoją wielką mowę o „chlebie z nieba”, tzw. mowę eucharystyczną (którą w naszych kościołach słyszymy już czwartą niedzielę z rzędu) sytuuje w pobliżu święta Paschy. Chleb, ciało baranka paschalnego, krew, którą mazane są drzwi domów Izraelitów – to symbole wywołujące u wierzących Izraelitów ważne wspomnienia: pamięć wyjścia z niewoli Egipcjan, wielki czyn zbawczy odwiecznego Boga Jahwe, co Izrael celebruje każdego roku po dzień dzisiejszy. Także tamto „wybawienie” działo się „we krwi”: zabijano baranki, umierały pierworodne dzieci Egipcjan, wojska egipskie zostały zatopione w morzu. Ale niektórzy Żydzi tę „krwawą cenę” ich wolności już wtedy widzieli jako problem.

Dowodzi tego dawne żydowskie opowiadanie tzw. midrasz. Gdy żołnierze faraona, właściwie cała armia, zginęli w falach Morza Czerwonego, chóry aniołów chciały w niebie zaśpiewać pieśń zwycięstwa. Bóg jednak zakazał im tego i rzekł: „Jak możecie śpiewać, gdy moje stworzenia potopiły się w wodzie?”

Ten dobry, bardzo ludzki Bóg w żydowskim opowiadaniu, który smuci się, gdy jego stworzenie cierpi i umiera, świadczy o oczyszczonym pojęciu Boga. Jeszcze o wiele bardziej Bóg Jezusa Chrystusa nie jest Bogiem żądającym krwi. Inaczej trzeba zatem interpretować „krwawą ofiarę”, którą złożył Jezus.

„Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata”.Jezusowi i Jego Ojcu idzie o „życie świata”, nie o śmierć. Krzyż Jezusa należy zatem rozumieć jako „służbę życiu”. Dzieło Jezusa, fundamentalna Jego misja to głosić orędzie o Bogu, który jest miłosiernym Ojcem, bliskim człowiekowi i miłującym go zawsze i bezwarunkowo. „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” (J 18,37). Właśnie z powodu tego świadectwa Jezus musiał umrzeć. To nie Bóg chciał śmierci Jezusa. To ludzie chcieli za wszelką cenę usunąć tego świadka Boga i w końcu przybili Go do krzyża. „Przyszedł do swojej własności, ale swoi Go nie przyjęli” (J1,11). Jezusa nie zniszczył „gniew Boga”, lecz gniew ludzi. Tę złość, podłość, zdolność do gwałtu i zadawania śmierci Jezus wziął na siebie i zabrał ją na krzyż – by do końca wypełnić swoje orędzie o miłującym i miłosiernym Bogu. A Bóg w ten sposób przez swojego Syna zwycięża ludzki grzech i stwarza pojednanie z ludzkością.

Odpowiedzią Boga na tę śmierć „ze względu na świat i dla świata” jest Zmartwychwstanie. Bóg okazuje się mocniejszy niż grzech i śmierć. Dlatego z tej śmierci wypływa dla człowieka życie. Ukrzyżowany żyje, a my mamy szansę żyć z Nim Z tej racji chrześcijanom nie wolno ustawać w celebrowaniu dziękczynienia za ten dar, czyli w sprawowaniu Eucharystii. W uczcie z chleba i wina w tajemniczy sposób uobecniają się po wszystkie czasy śmierć Jezusa, Jego oddanie się i Jego wielkanocne zwycięstwo. On sam staje się naszym pokarmem i pokazuje: Bóg nie wymaga ofiary z życia, On daje życie. Bóg chce sam - przez Jezusa - być pokarmem naszego życia.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

17.08.2018

 

W poszukiwaniu szczęścia (5)

 

Ks. Jan Twardowski o szczęściu:

Łatwe i trudne szczęście

 

Co to jest szczęście?

Słownik języka polskiego nazywa je „pomyślnym losem, pomyślnością, powodzeniem”.

Dla niektórych szczęściem jest nawet mieszkanko M-1, jeden pokój z kuchnią. Są bardziej łakomi, którzy chcą mieć dom z basenem. Dla innych szczęście to mieć urodę, podobać się, mieć zabójcze spojrzenie, poddać się operacji plastycznej i mieć nos mniej zadarty.

Są tacy, dla których szczęściem jest mieć pieczątkę „dr. hab.”

Wiemy, że można mieć piękny dom, ale nie mieć w nim nikogo bliskiego. Mieć pieczątkę, wyjeżdżać na Wyspy Kanaryjskie, ale być utopionym w łyżce wody.

Ostatecznie, jeśli będziemy długo o tym myśleli, dojdziemy do wniosku, że nie można rozważać o szczęściu poza miłością. Szczęście kojarzy się zawsze z miłością.

Szczęście to kochać i być kochanym. Wszyscy tego pragną. I młody, i stary Werter ma swoje cierpienia z miłości. Starego człowieka mniej boli noga niż to, że wnuczka go nie odwiedziła.

Tylko kochać to za mało. Być kochanym – też nie wystarczy. Jedno drugiemu jest potrzebne do szczęścia.

Właściwie nigdy na ziemi nie osiągnie się pełni szczęścia. Można je znaleźć tylko w Bogu, bo nawet najbardziej kochający ludzie są samotni.

Szczęścia można szukać wszędzie, byle nie wymyślonego przez siebie. Szczęście wymyślone przez nas samych często bywa pół-szczęściem albo wygląda potem jak półtora nieszczęścia. I odwrotnie – może się zdarzyć, że to, co nazywamy nieszczęściem, okaże się szczęściem.

Prawdziwe szczęście, jakiego szukamy, jest najczęściej inne niż je sobie wyobrażaliśmy. Jest tajemnicą, która przekracza nasze ludzkie wyobrażenie. Bywa, że przychodzi, kiedy wydaje nam się, że go nie szukamy.

Ks. Jan Twardowski 

        

J. Twardowski, Czas bez pożegnań. Wybór wierszy i prozy, red. A. Iwanowska, Warszawa 2004, s. 277-278.

15.08.2018

 

Słowo Życia na Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny    

15.08.2018

Oczywiście można to święto opacznie rozumieć, jakoby Maryja cieleśnie odbyła jakąś podróż przez kosmiczne przestworza w zaświaty do Boga w niebie. Prawda chrześcijańskiej wiary celebrowana w to święto orzeka, że Maryja w całej swej cielesno-duchowej integralności została odkupiona, wywyższona i uwielbiona. Na czym dokładnie takie dopełnienie i uwielbienie polega, tego dokładnie nie wiemy. Naszymi ułomnymi słowami opisujemy ten fakt jako „wzięcie do nieba”.

To, co chrześcijańska liturgia wyraża i potwierdza jako powszechną od setek lat prawdę wiary Kościoła, to papież Pius XII ogłosił 1.XI.1950 roku jako dogmat. Celebrując święto wzięcia także w ciele Maryi do nieba potwierdzamy jedność nauki i kultu oraz uznajemy Maryję za Matkę wszystkich wierzących. Dogmat orzeka, że Maryja w swej cielesno-duchowej integralności jest zbawionym człowiekiem i praobrazem Kościoła i jako taka jest w pełni „spełniona”, na co wyznawcy Chrystusa czekają do końca świata.

Święto odejścia Maryi do Domu Ojca Kościoły Wschodnie obchodzą od ok. 450 roku, natomiast Kościół Rzymski od VII wieku.

Przekonanie, iż Maryja została z duszą i ciałem wzięta do nieba ma głębokie uzasadnienie w Jej wyjątkowej więzi ze swoim Synem. W II czytaniu we Mszy św. Apostoł Paweł mówi, że „Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli” (1 Kor 15,20)i zestawia Adama z Chrystusem. Adam – to bytowanie ku śmierci, życie człowieka to zmierzanie do kresu. Natomiast Chrystus to bytowanie ku Życiu. Dzięki Niemu i przez Niego wszystko w naszym życiu, co jest dobrem i pięknem, miłością, szczęściem, wolnością, zostanie zachowane - na przekór śmierci!  Wszystko, co w jakikolwiek sposób jest wartościowe i nas uszczęśliwia wiąże nas już teraz z Wiecznością. Mimo to stale tkwimy pomiędzy wątpieniem i nadzieją, bo jesteśmy ludźmi. Paweł mówi dalej: „W Chrystusie wszyscy będą ożywieni, lecz każdy według własnej kolejności. Chrystus jako pierwszy, potem ci, co należą do Chrystusa w czasie Jego przyjścia” (1 Kor 15,22-23).  Jak nie odnieść tego przede wszystkim do Maryi?

Nieliczne teksty o Maryi w Nowym Testamencie kończą się z Wniebowstąpieniem Jezusa, gdy Ona razem z Apostołami i innymi kobietami modli się o Zesłanie Ducha. Nie znajdziemy potem żadnej wzmianki o jej śmierci lub wzięciu do nieba. Ale to, co o Maryi zostało napisane, pokazuje, że Ona jest w sposób bardzo ludzki i duchowy niezwykle intensywnie zawsze razem z Jezusem. Jak miałby Jezus nie wziąć jej jaką pierwszą do siebie?

Ona jest matką Syna Bożego i pierwszą wierzącą. Ona dała Go światu, była wypełniona Jego Bożą mocą i Jego światłem i przez Niego została „dopełniona”, uwielbiona. Prefacja liturgii mszalnej mówi, że „Jej ciało, które urodziło Dawcę życia, nie mogło zaznać zepsucia”.Wyobrażenia o „tajemnicy wniebowzięcia Maryi” mogą być bardzo różne, ale jej istotę można wyrazić tak: Nie tylko jakaś część człowieka, czyli dusza, lecz cały człowiek jest przeznaczony i powołany do zbawienia. Człowiek – w jedności ciała i duszy - także w śmierci zachowa swoją osobową identyczność i integralność. Nasze cała egzystencja: praca, twórczość, miłość, cierpienie, umieranie realizuje się przez ciało, ducha i duszę. I także ta całość zostanie zbawiona i uwielbiona, jak to miało miejsce u Maryi. Stąd obrazy próbujące wyrazić zbawienie jako przemianę całego człowieka. Będziemy podobni do Zmartwychwstałego Pana, w zmartwychwstaniu otrzymamy nowe ciało. Nasze ciała zostaną przemienione na podobieństwo uwielbionego ciała Chrystusa.

Zwyczaj błogosławieństwa w to święto ziół i kwiatów – ku czci Maryi – potwierdza powyższe myśli. Zbawienie jako Boży Dar dotyczy także naszego ciała. Ciało jest czymś z gruntu dobrym, Bóg troszczy się również o nasze ciało i przeciw jego słabościom i chorobom ulokował w ziołach wartości lecznicze. Zioła co prawda nie uczynią nas nieśmiertelnymi. Jak mawiamy – „przeciw starości i śmierci jeszcze nie wyrosło żadne lekarstwo”. Ale medyczne właściwości złożone w przyrodzie łagodzą ból i cierpienie, stanowią wydatną pomoc w chorobach. Dziś na nowo odkrywamy, że nawet w najbardziej niepozornych roślinach tkwią życiodajne i zdrowotne energie. 

To samo dotyczy wiary w Boga i naszej miłości do bliźnich. Jedno i drugie może okazać się również pomocą w walce z chorobą, bólem i cierpieniem. A zapach ziół i kwiatów ma wypełniać podlegającą przemianie i śmierci ziemię, jak według legendy po zaśnięciu i odejściu Maryi do Boga roznosił się wokół niespotykany zapach jako obietnica naszej chwalebnej przyszłości.

Każdy człowiek jest powołany do tego, co ujawniło się w Maryi – być w drodze do „nowego nieba i do nowej ziemi”, gdzie nasza doczesność i śmiertelność przemieni się w nieśmiertelność i wieczne szczęście.

To święto napełnia mnie cichym i wewnętrznym spokojem, że wiem do Kogo należę i od czego zależy moje życie; ukazuje, po co żyję i gdzie jest mój ostateczny dom. Nie jestem tylko istotą tej ziemi - moim czołem dotykam Nieba. To święto doprawdy nadaje smaku mojemu życiu!

Matko Maryjo, bądź nam bliska tu na ziemi. 

Wspieraj nas we wszystkim. 

Wstawiaj się za nami w Duchu u Ojca i Syna w niebie! 

I idź z nami przez życie!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Proszę nakliknąć aby powiększyć.

11.08.2018

 

Słowo Życia na 19 niedzielę zwykłą B. - 12.08.2018.

 

Załamanie i nowy początek

1 czytanie ze Mszy św.: 1 Księga Królewska 19,4-8

 

Wspólną cechą wielkich gwiazd: filmu, piłki nożnej, piosenkarzy, modelek (np. Diego Maradona, Michel Jackson, Kate Moos) jest to, że po wielkich sukcesach dość często popadają w głęboką depresję - aż po nadużywanie alkoholu i narkotyków. Najpierw triumfy, potem upadek. Coś takiego znamy zresztą też z własnego doświadczenia. Z wielkim trudem osiągnęliśmy to lub tamto, po czym następuję wielka pustka.

Także prorok Eliasz zna to uczucie. Odniósł wielki sukces. W zapierającym oddech widowisku dowiódł Izraelitom, że to nie kananejski bóg płodności Baal jest najpotężniejszym Bogiem, lecz że cała siła Izraela spoczywa w Jahwe.

Co takiego się wydarzyło? Żona króla Ahaba - Jesabel czci namiętnie bożka Baala i lekceważy proroka Eliasza. Sam król Ahab też zarzuca Eliaszowi, że to on jest winien długotrwałej suszy. Oboje chcą dostać Eliasza w swoje ręce. Eliasz staje zatem przed nimi, by dowieść, kto jest prawdziwym Bogiem. Na górze Karmel wzniesiono dwa ołtarze, zabito dwa woły na ofiarę, ale nie zapalono ognia. Który Bóg potrafi zesłać ogień z nieba, który spali złożoną ofiarę? Kapłani Baala na rozkaz królowej Jesabel błagają o to Baala ze wszystkich sił poprzez modły, zaklęcia, śpiewy i rytualne tańce - ale bezskutecznie. Natomiast gdy prorok Eliasz odmówił swoją błagalną modlitwę, z nieba spadł ogień Jahwe i spalił ofiarę oraz kapłanów Baala. Wywołuje to piorunujące wrażenie, lud Izraela jest zachwycony i staje po stronie Eliasza i Jahwe.

Ale triumf Eliasz trwa krótko. Jesabel postanawia zemstę i chce zabić Eliasza. Ten ucieka na pustynię i popada w głęboką depresję. „Nie jestem lepszy od moich ojców, czyli poprzedników” – powiada. Przed Bogiem chce wykręcić się ze swojego posłannictwa.  Ponieważ życie proroka wiąże się zawsze ściśle z jego posłannictwem, Eliasz mówi do Boga: „Weź moje życie!”. Nie znaczy to, że Elias życzy sobie śmierci. Raczej to, że w swej depresji spiera się z Bogiem, wykłóca: „Mam dość, już więcej nie mogę!” Prosi Boga, by uwolnił go od tego trudnego posłannictwa i to właśnie po swoim największy triumfie, po cudzie, który lud Izraela sprowadził na właściwą drogę do Jahwe.

I oto Eliasz leży na ziemi, załamany, bez sił – ma dość Boga i świata. Wszyscy to dobrze znamy!  Duszpasterze, katecheci, nauczyciele, twórcy, artyści, politycy, społecznicy, menadżerowie… tylu doświadcza tego samego. Przychodzi moment nerwowego załamania, ma się wszystkiego dość, jest się skończonym, leży się po prostu jak Eliasz „pod jakimś krzakiem na pustyni”. Fachowcy nazywają to „bourn-out-syndromem”. 

Fascynuje mnie, jak Bóg obchodzi się z tak „załamanym Eliaszem”. Nie stosuje żadnej terapii, przepracowywania przeszłości, nie ma dyskusji o tym, co można było zrobić lepiej lub inaczej. Nie ma pospolitych słów jak np. „Weź się w garść”, „Nie mazgaj się”, „Wszystko znów będzie dobrze”. Zamiast tego są całkiem proste znaki jak chleb i nieco świeżej wody i Ktoś kto mówi: „Wstań i jedz!”.

I jak gdyby przedtem nic się nie wydarzyło, Eliasz znów podejmuje swoje prorocką misję. Spotyka Boga na górze Horeb i otrzymuje od Niego nowe zadania. Na tej górze Eliasz znów przeżywa dziwne zjawiska: wicher, trzęsienie ziemi, ogień – ale prorok stwierdza ze zdziwieniem, że tam nie ma Boga. Bóg przychodzi do Niego i przemawia dopiero w lekkim cichym wietrzyku.  Doświadcza zatem, że Bóg nie zawsze objawia się w wielkich wydarzeniach, lecz często w całkiem małych i niepozornych znakach: nieco chleba, trochę wody i ktoś kto powie: „Najpierw się wzmocnij, jedz i pij!”

Każdy z nas potrzebuje takich znaków!

Skoro Bóg jest obecny w małych znakach, to znaczy, że On spotyka nas częściej niż myślimy. Chleb i woda – to takie oczywiste rzeczy… Być może dlatego nie dostrzegamy maleńkich znaków podnoszących nas na duchu? Niepozorny gest, krótkie słowo pociechy i zachęty – zdarzają się częściej niż sądzimy. Nieraz przychodzi do nas Anioł „z nieba” i ingeruje w nasze życie - nie koniecznie ze skrzydłami, lecz ktoś ze wspomagającym słowem bądź gestem pełnym ciepła i miłości.

I co bardzo ważne – w każdej Eucharystii odczuwamy i przeżywamy w małym znaku chleba i wina realną obecność Chrystusa. To On chce nam dać siłę i moc, za każdym razem na nowo. Dlatego uczestnictwo we Mszy św. nie może się stać nic niemówiącą rutyną. 

Bóg nie potrzebuje wielkich cudów. On przychodzi do nas codziennie i jest blisko nas. Zwłaszcza wtedy, gdy jesteśmy „u kresu” „wykończeni”, „w dołku”. Boża pomoc przychodzi na różne sposoby, czasem jest nierozpoznana. Trzeba rozejrzeć się w codzienności. Nieraz dopiero patrząc od tyłu odkrywamy Boże ślady w naszym życiu. Często bardzo niepozorne jak chleb i nieco świeżej wody, a przecież są to znaki pełne mocy na dalszą drogę.

Jakiego Anioła pośle mi Bóg? Czy sam będę dla kogoś takim Aniołem?

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Wiara i humor

* Kardynał Józef Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI, słynął zawsze z technicznego antytalentu; zrobienie zwykłego prawa jazdy na przykład nigdy nie przyszło mu do głowy. Na jednym z bawarskich „Oktoberfestów” jako gość honorowy miał otworzyć beczkę piwa.  „O nie, niech to zrobi ktoś inny” – rozległ się w pewnym momencie czyjś przerażony głos. „Jak Ratzinger otworzy, zostanie nam połowa!”

 

* Jan XXIII zaprotestował któregoś dnia przeciwko codziennej zmianie białych skarpet. – To przesadne i zbędne – powiedział.

- Wasza Świątobliwość – odpowiedział garderobiany – tylu ludzi czeka na te skarpetki. Są przekonani, że pomagają na reumatyzm.

- Ale przecież ja także mam reumatyzm – zaoponował papież.

 

* W czasie przyjęcia nowo akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej dyplomaty, ten zapytał papieża, ilu ludzi pracuje w Watykanie.

- Och, nie więcej niż połowa - odpowiedział Jan XXIII.

 

* Gary Cooper zwrócił się do znajomego księdza z prośbą o pobłogosławienie jego nowego samochodu. Po ceremonii ksiądz poprosił go na bok i szepnął do ucha: „Jako twój przyjaciel pragnę ci jednak zwrócić uwagę, że moje błogosławieństwo sięga tylko do 60 kilometrów na godzinę.”

9.08.2018

 

W poszukiwaniu szczęścia (3)

 

Jedna z nowszych prób określenia istoty szczęścia pochodzi od austriackiego filozofa z Grazu Petera Strassera. Według niego „szczęście to przeżywanie i odczuwanie pełni życia, bycie aktywnym, żywotnym”[1]Tej „radości z istnienia”nie można odczuwać bez zdolności do wzruszeń, bez świętej bojaźni i szacunku wobec tajemnic istoty człowieka, ludzkiej egzystencji i wszelkiego życia. Niezależnie od tego, czy nasze dochody zabezpieczają minimum egzystencji lub są tak wysokie, że budzą u innych zazdrość, a majątek liczy się w milionach euro lub złotych, czy mieszkamy w suicie na sześćdziesiątym piętrze siedmiogwiazdkowego hotelu w Dubaju lub w prostej chacie, ważne jest zawsze tylko jedno: czy jesteśmy egzystencjalnie skoncentrowani na najprostsze sprawy życia i z nich zadowoleni. Według Strassera nie ma szczęścia bez „umiejętności (sztuki) życia pośród drobiazgów codzienności i otoczenia” (kleinteiligste Lebenskunst), która prowadzi do – jak on się wyraża - „niemal liturgicznej kultury dnia powszedniego” (alltagsliturgische Kultur). Idzie tu - jak rozumiem - o radość i poczucie zadowolenia z najmniejszych spraw i wydarzeń codziennej egzystencji człowieka. 

 

Ta koncepcja szczęścia przypomina nieco przemyślenia Gabriela Marcela. Ten przedstawiciel egzystencjalizmu przybliżał ludziom rozumienie istnienia ukazując jego swoistą dialektykę oraz jego jednostkowość, jedyność i konkretność. Zasadniczy fundament w jego koncepcji stanowi fenomenologiczna analiza „posiadania”, które jest przeciwstawne wobec sfery „istnienia”. W gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do różnicy między „tym, co się ma”, a „tym czym się jest”. Według Marcela szczęściem jest samo istnienie[2].

 

Swoistą koncepcję szczęścia prezentował filozof Josef Pieper. Dla niego szczęście tkwi w kontemplacji[3]. Kontemplacja to ogląd (uważne patrzenie) i rozważanie „dokonanego dzieła”. Człowiek jest więc szczęśliwy, gdy pracuje, tworzy, bo kontemplując swoje dzieła przeżywa prawdziwą radość. Przez kontemplację Pieper rozumie „zwrócenie się ku rzeczywistości (ku temu, co istnieje) całkowicie niezależne od wszelkich praktycznych celów aktywnego życia”. Określa ją jako „poznanie całości wszystkiego, co nas otacza, nie w sposób dyskursywny, lecz przez oglądanie i zdumienie”. Odwołuje się m. in. do greckiego filozofa Anaxagorasa, który na pytanie: „Po co jestem na świecie?”, odpowiadał: „Do patrzenia na słońce, księżyc i niebo”, przez co rozumiał ogląd całego kosmosu. 

 

Często cytowany przez Piepera św. Tomasz z Akwinujest w pełnej harmonii z nauką o zbawieniu w Nowym Testamencie, z poglądami Platona, Arystotelesa i św. Augustyna, że ostateczne szczęście człowieka, stanowiące cel życia, będzie mu dane w „widzeniu”, w „oglądaniu” (visio beatifica). Szczęście na ziemi to zatem także „widzenie”, a chodzi w nim również o wszystkie wrażenia zmysłowe konieczne do „oglądania i kontemplacji”. Dlaczego szczęście z oglądania?
Bo wszystkie rzeczy tego świata „są dobre”. I ten kto je widzi, ogląda, rozważa, kontempluje, jest szczęśliwy. Istotą szczęścia – przez „patrzenie i ogląd” - jest doświadczenie, że całe stworzenie jest cudownie piękne, godne podziwu, niewyczerpanie wspaniałe tak w małych jak w wielkich wymiarach.

 

Bliskie pokrewieństwo w takim rozumieniu szczęścia odnajduję w myśleniu teologicznym 
ks. Jerzego Szymika, co uwyraźnia jego wiersz „To nie był sen”:

„(…) można samą siłą kochania, jak wyspę wśród morza,

uchować coś przed zmianą”
S. Barańczak, Płynąc na Sutton Island

To się przydarza ludziom,

choć niezmiernie rzadko, a jeśli już, to późną porą,

pod koniec dnia lub życia

dopada ich owa chwila

widzenia,

kiedy wszystko staje się przejrzyste na wylot.

Potem, przez sekundę, błękitna poświata.

To wystarczy[4]

 

Ileż intensywności szczęścia może się kryć w takiej „chwili widzenia”! Trzeba tylko mieć oczy otwarte, „oczy” poszczególnych zmysłów. Do istoty kontemplacji należy jednak to, że nie sposób się nią dzielić. Wydarza się w najbardziej wewnętrznych zakamarkach ducha człowieka, gdzie nie ma widzów, świadków, „kibiców”, niemożliwy jest też jej zapis, protokół. 

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

[1]P. Strasser, Was ist Glück? Űber das Gefühl, lebendig zu sein, München 2011.

[2]G. Marcel, Być i mieć, Warszawa 1962; tenże, Homo viator. Wstęp do metafizyki nadziei, Warszawa 1984.

[3]J. Pieper, Glück und Kontemplation, Kevelaer 2012.

[4]J. Szymik, Chwila widzenia. Augenblick des Sehens, Darmstadt 2008, s. 44.

9.08.2018

4.08.2018

 

Słowo Życia na niedzielę – 5.08.2018

 

Co jest ważne a co nieistotne?

 

„Mistrzu, jeżeli nie potrafisz mi wyjaśnić, czy świat będzie istniał wiecznie, skąd przyszedłem i co będzie ze mną po śmierci, to nie widzę powodu, dlaczego miałbym być dłużej twoim uczniem” - skarżył się nowicjusz.

„Czy ja ci kiedyś obiecałem udzielić odpowiedzi na te pytania i czy już mi kiedyś je postawiłeś?”

„Nie, o tym dotąd jeszcze nie rozmawialiśmy” – odpowiedział uczeń. „Ale właśnie o to chodzi. Jeżeli na te pytania nie mogę otrzymać odpowiedzi, na nic nie przyda mi się to całe studiowanie!”

„No to przemyśl przypowieść, którą ci teraz opowiem” – polecił mistrz.

„Pewien człowiek został w walce ciężko zraniony strzałą. Doczołgał się w cień drzewa i gdy wreszcie dotarł do niego lekarz, ranny mówi do niego: „Nie wyciągaj jeszcze strzały. Najpierw muszę się dowiedzieć, kto do mnie strzelał, gdzie stał, gdy mnie trafił, jakiego użył łuku i z jakiego drzewa jest ta strzała”. Gdyby ten ranny człowiek chciał czekać na odpowiedzi, w międzyczasie z pewnością by umarł.

Jeżeli jesteś przekonany, że nie możesz być moim uczniem, dopóki ja tobie nie rozszyfruję wszystkich zagadek tego świata, to z pewnością umrzesz, nie otrzymując odpowiedzi na twoje pytania.

By kroczyć drogą prawdy, nie są ci potrzebne ani te pytania ani odpowiedzi. One nie skończą twojego cierpienia ani nie poprowadzą do szczęścia. Dlaczego więc zatruwać sobie nimi życie i utrudniać wewnętrzny postęp?”

Ks. Jerzy Grześkowiak

1.08.2018

 

 

W poszukiwaniu szczęścia (2)

Od starożytności po współczesność

 

a szczęście tak jak skrzypce

im starsze tym lepsze

Jan Twardowski 

 

Nad istotą szczęścia łamali sobie głowy najbardziej dociekliwi myśliciele wszystkich epok, ale wnioski, do jakich dochodzili, były bardzo rozmaite, często sprzeczne ze sobą. Dla przykładu podaję jedną z prób systematyzacji dociekań filozofów kręgu kultury europejskiej, jakiej dokonał Czesław Głombik[1]. Wyróżnił on następujące koncepcje szczęścia: 

- szczęście jako wiedza i wynikające z niej czynienie dobra (Sokrates i ateńscy sofiści); 

- szczęście jako umiar w posiadaniu dóbr zewnętrznych, cielesnych i duchowych, czyli życie zgodne z rozumem i życie cnotliwe - czynienie dobra (Platon, Arystoteles);

-  szczęście jako przyjemność (Epikur);

- szczęście jako powinność (stoicyzm - Zenon z Kition, Kleantes z Assos Chryzyp z Soloi, Seneka Młodszy, Marek Aureliusz);

-  szczęście jako dar (dar Boga, szczęście to Bóg – św. Augustyn);

- szczęście jako użyteczność (David Hume, Jeremy Bentham, John Stuart Mill);

-  szczęście jako twórczość (Karol Marks).

Jak widać, jedni w koncepcji szczęścia kładą nacisk na postawę wewnętrzną, inni na czynniki zewnętrzne; jedni na rozum i wiedzę, inni na wolę i etyczne postępowanie; jedni sądzą, że szczęście przypada w udziale tym, którzy wystarczają sami sobie, drudzy natomiast dowodzą, że to człowiek jest człowiekowi najbardziej potrzebny do szczęścia. 

Marie M. de la Fayettetwierdziła: „Jeśli ktoś sądzi, że jest szczęśliwy, to już to wystarcza, by nim był”. 

Inny pogląd głosił William Szekspir„Nie byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym mógł powiedzieć, jaki jestem szczęśliwy”. 

Wielu sądzi, lub przynajmniej żyje według założenia, że szczęście płynie z gromadzenia dóbr, z ich posiadania i używania, natomiast Albert Schweitzerwyznaje: „Szczęście, to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się je dzieli”.

W tym samym duchu Franz Grillpalzer powie: „Kto chce rozkoszować się radością, musi się nią dzielić. Szczęście rodzi się jako bliźniak”.

Szczęście wiążemy z przyjemnością, z sukcesem, z karierą, z posiadaniem pieniędzy i bogactwa, z miłością, czyli z kochaniem i byciem kochanym, z religią. Jedni znajdują szczęście w zaspokajaniu zmysłów (pokarm, napój, seks), inni w przeżyciach estetycznych, w twórczości (artyści, literaci, malarze, rzeźbiarze, filmowcy, muzycy), inni w popularności i sławie (sportowcy, gwiazdy filmu, sceny i ekranu), w karierze naukowej lub w działalności politycznej i społecznej, jeszcze inni w bogactwie, w pomnażaniu majątku, w przepychu życia, w luksusowych domach i autach, w egzotycznych podróżach po świecie. Nawet samobójca, niezdolny rozwiązać swoich problemów, które wydają mu się być kwadraturą koła i uciekający w ten sposób od zawinionej lub niezawinionej tragicznej sytuacji, w jakiej się znalazł, w pewien sposób też szuka szczęścia. Tak o szczęściu pisał Leopold Staff:

Szczęście przemija, jak dym ginie,

Nikną ułudy mgliste kraje.

Rzeczywistością jest jedynie

To, co po wszystkim pozostaje.

 

Nie mów o szczęściu, stara złudo!... Szczęście

Nie stwarza nic prócz wspomnienia,

A jedna chwila radości wystarczy

Na długie lata cierpienia[2].

 

Według psychologa Zygmunta Freudaszczęście to przede wszystkim zaspokojenie naszych popędów. Gdy jednak te popędy nie mogą być zaspokojone, bo np. na tej drodze stoją ważne zakazy, człowiek, chcąc uniknąć cierpienia „sublimuje” owe popędy, czego skutkiem jest zadowolenie duchowe, a więc również szczęście. Freud uważał także, że człowiek zdrowy psychicznie to ten, kto potrafi kochać i pracować. Idąc za tą opinią, można obiektywne czynniki szczęścia upatrywać po pierwsze – w dobrych relacjach z innymi ludźmi (relacje małżeńskie, rodzinne, przyjacielskie), po drugie – w satysfakcjonującej pracy, odpowiadającej uzdolnieniom i wykształceniu. 

Zdaniem psychologa Konrada Banickiegotypowe rozumienie szczęścia można określić jako „subiektywny dobrostan”[3]. Ma on dwa wymiary: afektywny i poznawczy. Wymiar afektywny wiąże się z przeżywaniem wielu emocji pozytywnych (a jak najmniej negatywnych), a poznawczy z zadowoleniem z różnych aspektów życia. 

Pojęcie subiektywnego dobrostanu ma tę zaletę, że każdy człowiek może sam decydować, jak rozumie szczęście. Ponieważ jednak teoretycznie nawet zbrodniarze mogą być „zadowoleni” i cieszyć się „subiektywnym dobrostanem” (o czym świadczy poczucie szczęścia u terrorystów i terrorystów-samobójców), inni badacze szukają obiektywnych wyznaczników ludzkiego szczęścia. Zaliczają do nich: posiadanie zasadniczego celu w życiu, realizowanie celów drugorzędnych, akceptację siebie, osobisty rozwój, bycie niezależnym i utrzymywanie dobrych relacji z innymi.

C.d.n.

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

 

[1]Cz. Głombik, Oblicza szczęścia, Warszawa 1982.

[2]L. Staff, Poezje wybrane, Warszawa 1978, s. 282.

[3]K. Banicki, Bufor na stres, „Tygodnik Powszechny”  nr 36 (2012) s. 18 (rozmawia z nim Artur Sporniak).

28.07.2018

 

Słowo Życia na 17 niedzielę B.  – 29.07.2018

Dziękować Bogu i rozdawać ludziom

Ewangelia według św. Jana 6,1-15

 

Jezus – zawsze uważny na ludzkie biedy - dostrzega, że ludzie gromadzący się wokół Niego są głodni i trzeba ich nakarmić. „A szedł za Nim wielki tłum, bo oglądano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali”.Do rozwiązania problemu włącza swoich uczniów pytając Filipa: „Gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli? A mówił to wystawiając go na próbę.” Tu włącza się Andrzej i powiada: „Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?” Podkreślmy: chłopiec, którego prawdopodobnie pośród tłumu inni w ogóle nie zauważali. Jezus czyni teraz to, co najważniejsze, istotne.  Odmawia modlitwę dziękczynienia – dziękuje Bogu Ojcu - i rozdaje chleb siedzącym na trawie (liczba samych mężczyzn dochodziła do pięciu tysięcy – mówi Ewangelista). To samo czyni z rybami „rozdając tyle, ile kto chciał”.A gdy wszyscy się nasycili, zebrano dwanaście koszów ułomków chleba!

 

Co to znaczy dla nas dzisiaj?  

 

We wspólnocie Kościoła Jezusa są zawsze ludzie, którzy posiadają to, co najważniejsze, by nasycić ludzki głód. Po drugie: jeżeli wtedy tak ważny okazał się mały chłopiec, to Jezus może dziś posłużyć się czymś jeszcze mniejszym i bardziej niepozornym i uczynić z tego „Coś Wielkiego”. Wtedy wystarczyło pięć chlebów i dwie ryby. Podobnie dzisiaj wystarczy to, co mam do dyspozycji, co Bogu i bliźniemu przyniosę. Jeżeli „to małe” przedłożę Bogu, jeżeli Mu za te dary dziękuję i przekażę Jemu do przemienienia i pomnożenia, to wszyscy będą syci – w sensie cielesnym i duchowym. Bo nie tylko idzie o dość chleba! Wielu nieświadomie tęskni za Chrystusem, bo wielu szuka kogoś, komu mogłoby w pełni zaufać.

Dzisiaj ludzkość posiada właściwie dosyć środków żywnościowych, aby nakarmić wszystkich, ale niestety nie potrafimy tak skutecznie globalnie zarządzać, by wystarczyło „chleba” dla wszystkich.

 

I to jest wielki skandal współczesnego bogatego świata!

 

Niestety patrzymy tylko na siebie. I zmuszeni jesteśmy wznosić mury, by dobrze zadbać o siebie, by nam nikt niczego nie zabrał! Wiadomo, że mury potrafią zburzyć całkiem drobne rzeczy: przyjazny uśmiech, wyciągnięta ręka głodnego – i zdumiewające, jak jednak stabilne są te mury naszej obojętności!

 

Ojcze Niebieski! Wielu ludzi dziś głoduje i tęskni za tym, by wreszcie być sytym. Jedni cierpią cieleśnie głód i pragnienie, są niedożywieni i potrzebują pilnie pożywienia i napoju. Inni żywności pod dostatkiem, ale są wygłodniali duchowo i pragną miłości, bliskości, schronienia, ukojenia i bezpieczeństwa. Spraw, byśmy zburzyli mury dzielące nas od ludzi w potrzebie; byśmy poznali, gdzie i jak możemy pomóc; gdzie nasze dary są potrzebne, kogo możemy uszczęśliwić tym, co posiadamy – fizycznie i duchowo. Amen.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Wiara i humor

  • Ksiądz pyta chłopca: „Czy modlisz się każdego wieczoru?” – „Nie, to robi moja mama.” – „I jak się modli?” – „Boże, dzięki Ci, że ten łobuz idzie wreszcie do łóżka!”
  • Mama budzi w niedziele rano mała Kasię: „Co ty jeszcze jesteś w łóżku? Idziemy przecież do kościoła. Już jest dziewiąta. Powinnaś się wstydzić!” Kasia przytula się jeszcze bardziej do poduszki i mówi: „Och, mamo, pozwól mi jeszcze kwadransik się powstydzić. Tak tu rozkosznie w łóżku.”
  • Czy Pański pies dopuszcza obce osoby do siebie? – „Naturalnie, inaczej nie mógłby ich przecież pogryźć!”
  • W więzieniu: - „Halo, panie wartownik, uciekł więzień z celi 354!” – „Wreszcie! To piłowanie szło mi coraz bardziej na nerwy.”
  • - „Czy nie mówiłeś niedawno, że chcesz swojej żonie zrobić wykład o oszczędzaniu?” – „Tak, zgadza się, zrobiłem to.” – „I z jakim skutkiem?”  - „Już nie palę i nie piję!”

27.07.2018

 

W poszukiwaniu szczęścia

 

Jeżeli chcesz zrozumieć, co to jest szczęście,

musisz je ujmować jako nagrodę, a nie jako cel,

bo w przeciwnym razie nie ma ono żadnego znaczenia.

Antoine de Saint-Exupéry

 

W latach mojej młodości bardzo popularna była w środowiskach młodzieżowych prosta, w odbiorze niektórych być może naiwna, a przecież intrygująca podtekstami i głęboka w wymowie „Ballada o szczęściu”, skomponowana przez siostrę Marię – Nazaretankę:

Był sobie raz zielony las, a w lesie sejm burzliwy.

Bo zwierząt chór prowadził spór, co znaczy być szczęśliwym.

 

Więc bury miś, kudłaty miś, pomedytował krótko:

Szczęśliwym być, to miodek pić i mieć porządne futro.

 

Pracować wciąż i piąć się wzwyż – orzekła mała mrówka.

A ślimak rzekł: mieć własny dom z garażem i ogródkiem.

 

Przyleciał kos i zabrał głos, i rzekł niewiele myśląc:

Szczęśliwym być – to z losu drwić i gwizdać na to wszystko.

 

A polny wiatr – obieżyświat przyleciał z końca świata:

Szczęśliwym być to znaczy żyć, nie robiąc nic i latać.

 

Zasępił się posępny sęp i rzecze zasępiony:

A czy ja wiem, szczęśliwy ten, kto ma silniejsze szpony.

 

Aż nagle ktoś na pomysł wpadł wśród sporów i dociekań,

A może by, a może tak zapytać też człowieka.

 

I właśnie tu, aż przyznać wstyd, skończyła się ballada,

Bo człowiek siadł, w zadumę wpadł i nic nie odpowiada

 

Ballada opowiada o różnych koncepcjach ludzkiego szczęścia, by skończyć na pesymistycznym stwierdzeniu, jak niezmiernie trudno jest człowiekowi orzec, co znaczy: być naprawdę szczęśliwym.

Czy jest na świecie ktoś, kto nie chciałby być szczęśliwy? Każdy chce przeżyć dobre, wypełnione radością i satysfakcją, udane, bogate, sensowne, spełnione życie. I dlatego goni za szczęściem, poszukuje go na różnych drogach i na różny sposób przez całe życie, a jednocześnie każdy inaczej i po swojemu je pojmuje. 

Szczęście to pojęcie nieostre i bardzo pojemne. Posługujemy się nim chętnie i często, ale zapytani, co ono dla nas znaczy, zakłopotani zwlekamy z precyzyjną odpowiedzią. Nie potrafimy szczęścia jednoznacznie zdefiniować, określić dokładniej, od czego ono zależy, czym jest uwarunkowane, gdzie są jego źródła i w czym się przejawia. Próba poddania pojęcia szczęścia rozumowej analizie wprowadza nas natychmiast w głąb niezliczonych opinii. Już św. Augustyn pytał, dlaczego tak się dzieje, że wszyscy pragną szczęścia, a tak wielka istnieje różnorodność poglądów na jego istotę. Dziwił się, że ludzie nie wiedząc, czym szczęście jest, tak natarczywie go poszukują.

Uważam za niezbędne dla analizy pojęcia szczęścia zwrócić na samym początku uwagę na rozróżnienie w języku łacińskim pomiędzy fortunafelicitas. Łacina wpłynęła przecież decydująco na szereg języków europejskich. Otwierając słownik, czytam: fortuna– przypadek, zdarzenie, los; a) szczęście, nieszczęście; b) bogini szczęścia; c) szczęśliwe okoliczności, położenie, stosunki; d) zewnętrzne położenie (stanowisko, pochodzenie, majątek, mienie). 

Sfera szczęścia wyrażona słowem fortunaobejmuje elementy  materialne, to, co krótkotrwałe, podlegające przemianie, związane z losem, coś, na co nie mam wpływu, niezależne od mojego udziału, coś, co jest konkretne, zmysłowe, daje rozkosz, jest uwarunkowane sytuacyjnie, przychodzi z zewnątrz. Szczęście oznaczane przez słowo fortunanależy zatem do sfery tego, co jest „darem losu”, czyli „szczęście, które się ma”.

Pod hasłem felicitasczytamy: a) urodzaj; b) szczęście, szczęśliwość, powodzenie, pomyślność, błogosławieństwo, wynik. Szczęście określone słowem felicitasto zatem wynik prowadzenia przemyślanego, dobrze zaplanowanego dobrego, szczęśliwego życia, życia cnotliwego, zorientowanego na „wyższe wartości”, całościowo udanego. Jest ono nie dziełem przypadku, zewnętrznych okoliczności, lecz owocem przemyśleń i długoterminowego planowania, czyli „dziełem człowieka” powstałym przez „rozwój od wewnątrz”. Szczęście na tym poziomie jest czymś „do osiągnięcia”, widziane jest jako cel i można je określić jako „jest się szczęśliwym”.

W języku polskim na jedno i drugie pojęcie szczęścia używamy niestety tego samego słowa: „szczęście”. W innych językach różnica zaznacza się bardzo wyraźnie, gdyż mają one do dyspozycji dwa różne słowa. Szczęście, które „się ma”, wyraża się na przykład przez fortune, suerte, luck, Glück, natomiast do stanów i sytuacji, w których człowiek czuje się szczęśliwy, używa się słów felicité, felicidad, Glückseligkeit, happines.

C.d.n.

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

24.07.2018

 

Modlitwa rano i wieczorem

 

Gdy budzę się rano, 

mówię….

jak celnik Zacheusz będę rozdawać,

jak Szymon będę nosić krzyże innych,

jak Weronika będę ocierać twarze,

jak Szczepan dam się kamienować,

Jak Franciszek będę kochać.

Jak Jezus na krzyżu będę przebaczać.

 

Wieczorem spoglądam w lustro… 

I widzę…

Adama, który dopiero co zjadł owoc,

Kaina, który dopiero co zabił,

Judasza, który dopiero co zdradził,

Piotra, który dopiero co się zaparł,

Piłata, który dopiero co obmył ręce,

I zasypiam na mokrym od łez poduszce.

A w nocy przychodzi Jezus i pyta:

„Miłujesz Mnie?”

 

Tekst znaleziony po śmierci
biskupa Józefa Życińskiego 
w jego brewiarzu.

 

22.07.2018

 

Słowo Życia na niedzielę 22.07.2018

 

Klucz do Nieba

 

Gdy Bóg stworzył świat, wszyscy ludzie byli początkowo razem z Nim w Jego Królestwie Niebieskim. Bóg postanowił jednak, by przenieśli się na ziemię, którą przecież dla nich przeznaczył. 

„Co mamy uczynić – spytał Archanioł Gabriel – by ludzie nie próbowali tutaj do nas powrócić?  Mają żyć tam, gdzie ich miejsce – na ziemi.”

Pan Bóg i Archaniołowie zebrali się na naradę. 

Archanioł Michał rzekł: „Po prostu, musimy zaryglować bramę do nieba.” 

„W porządku, ale gdzie schowamy klucz?” – zapytał Gabriel.

Michał: „Trzeba go dobrze ukryć. W jakimś miejscu, gdzie go ludzie nie znajdą.”

Jeden z Aniołów zaproponował: „Moglibyśmy wrzucić ten klucz do morza.”

Na to Pan Bóg: „Znam ludzi, znajdą go tam.”

Inny Anioł: „No to ukryjemy go w śniegu najwyższej góry.”

Bóg: „Znajdą go tam.”

Anioł Ezekiel, z natury bardzo modernistyczny, powiedział: „Wystrzelimy go w kosmos”.

Bóg: „I tam też go ludzie znajdą.”

Tu znów zgłosił się Gabriel: „Już wiem, mam świetny pomysł: ukryjemy ten klucz w sercu ludzi.”

Na to Pan Bóg: „Tak, tak zrobimy. Łatwiej znajdą go ludzie w morzu i w kosmosie, aniżeli w ich własnym sercu. Ale jeżeli go tam znajdą, to powinni go także móc wykorzystać i wejść do Nieba.” 
 

(z mądrości Sufis)

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Słowo Życia na 15 niedzielę zwykłą B. 15.07.2018

 

Posłani przez Jezusa

 

Ewangelia: Marek 6,7-13

„Następnie Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien.”

 

Dziś pewnie Jezus jeszcze by dodał: „ani karty kredytowej”. No to mamy twardy orzech do zgryzienia. Chyba lepiej zamknąć księgę Ewangelii i wygodnie rozsiąść się w fotelu. To nie dla mnie! Jak dobrze, że Jezus wymagał tego od Dwunastu i to przed 2 tysiącami lat, w całkiem innych uwarunkowaniach społeczno-kulturowych. Może tak właśnie myślimy i czujemy słysząc te słowa. Ale przecież wiemy, że Ewangelia Jezusa jest orędziem skierowanym także do nas, dzisiaj. Ten tekst należałoby zatem nieraz trzymać przed sobą jako lustro. Słowa Jezusa odnoszą się nie tylko do osób piastujących władzę w Kościele i spełniających różne posługi. Każdy chrześcijanin winien zapisać je w swoim sercu. Bo wszyscy ochrzczeni są posłani przez Jezusa.

 

Zanim Jezus powie uczniom, co mają zabrać na drogę, daje im „pełnię władzy”.Dał im „władzę”, czyli upoważnienie, mandat - mimo że nie byli wykształconymi teologami, nie ukończyli kursów retoryki, tylko względnie krótki czas „wędrowali” z Jezusem i doprawdy jeszcze nie wszystko zrozumieli z Jego nauk. Mimo to zostają posłani „z pełnią władzy” i w Jego Imieniu, nie z jakimiś nadzwyczajnymi środkami, lecz z autorytetem mandatu Jezusa. Właściwie „słabi i bezbronni”, ale jako „ktoś od Boga”; ubodzy, ale z cudownym orędziem: „Bóg kocha ten świat i ludzi! Bóg jest miłosiernym Ojcem! Bóg chce, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i uczestniczyli w Jego wiecznym szczęściu w Królestwie Niebieskim”. I w tylko w ten sposób są oni wiarygodni. Tak głoszą, tak żyją i tak sami stają się orędziem. Wielu słuchając ich nawraca się, bo oni przychodzą nie „z góry”, lecz jako ludzie im równi”, bo nie są sługusami władców i możnych tego świata. Posłańcy Jezusa ukazują im Boga jako „Boga dla ludzi i pośród ludzi”. 

 

Jak dzisiaj naśladować te radykalne początki? Może po prostu wiele spraw uprościć, żyć skromniej, nie stawiać zbyt wielu narzędzi i środków pomocniczych pomiędzy posłanym i odbiorcą, a przede wszystkim żyć tym i według tego, co się przepowiada! Brat Roger Schütz, założyciel ekumenicznej Wspólnoty w Taize sformułował to tak: „Żyj tym, co zrozumiałeś z Ewangelii; nawet gdyby to było bardzo mało, ale tym żyj!

 

Do tego dodam mądre słowa papieża Pawła VI: „Kościół i świat potrzebuje dzisiaj nie tak bardzo nauczycieli i teologów. Takich mamy dosyć. Kościół, Bóg i Jezus Chrystus potrzebują świadków!”.

Ja zaś od siebie powiem tak: „Bądź piątą Ewangelią!”Istnieją cztery wersje Ewangelii Jezusa: według św. Mateusza, Marka, Łukasza i Jana. Niewielu je czyta. Ale ludzie patrzą na nasze życie, jak żyjemy jako chrześcijanie. Dlatego piątą Ewangelią jest moje życie!

Jezus rozesłał uczniów „po dwóch”.To było ważne według żydowskiego prawa. W wielu sprawach, zwłaszcza w konfliktach wymagano zawsze dwóch świadków. Poza tym w dwójkę łatwiej żyć, działać, wzajemnie sobie pomagać i się wspierać.

Jezus dał im „władzę nad duchami nieczystymi”,co oznacza „uzdrawianie chorych”. W dawnych czasach przyczynę każdej choroby upatrywano w nieczystym duchu, który zdobył władzę nad człowiekiem. Chcąc kogoś uzdrowić, trzeba było wypędzić z niego tego złego ducha. Dziś dobrze rozpoznajemy źródła i przyczyny chorób, znamy cały medyczny kontekst, powiązania, zależności i możliwości skutecznego zastosowania medykamentów. Ale mimo to doświadczamy, że zdrowie to nic oczywistego, lecz zawsze dar. Ktoś zdrowieje, aczkolwiek lekarze bynajmniej się z tym nie liczyli. A ktoś inny nadal ciężko choruje wbrew dobrym prognozom specjalistów.

 

Nieczyste duchy, demony… - to nie zagadkowe wrogie istoty, czające się pod łóżkiem, w piwnicy lub niewidzialnie krążące wokół naszych domostw. Znamy je dobrze. To na przykład „duch strachu”, że nie wykorzystujemy życia, nie czerpiemy z pokus świata. Nauka Jezusa prowadzi do zaufania, otwiera przed nami większe horyzonty niż ukazuje je doczesność. Złe duchy zapędzają nas w zaułki, w ciasnotę, w lęk. To także te demony, które w naszej wierze zawsze podszeptują nam różne „ale”.  „Wierzę, ale … żyję inaczej”. „Wierzę w Boga, ale… nie w Jezusa Chrystusa”. „Wierzę w Chrystusa, ale… nie w Kościół”. „Ufam, ale… lękam się.” „Kocham, ale… tylko na jakiś czas”. „Kocham Cię, ale… tylko tak długo jak jesteś młoda i piękna i zdrowa”.

Współczesne demony to także demon władzy i demon posiadania. Panować nad drugimi! Mieć coraz więcej! Skutkiem ulegania tym demonom są wojny, terror, niesprawiedliwość, głód, zniszczenie środowiska.  Musimy dziś bardzo poważnie wziąć do serca słowa mądrości Indian Cree: „Dopiero, gdy zostanie wyrwane z ziemi ostatnie drzewo, gdy zatruta zostanie ostatnia rzeka i złowiona ostatnia ryba, zrozumiecie i stwierdzicie, że złotem nie można się karmić”.

„…żeby nic z sobą nie brali oprócz laski!”

 

Orędziem uczniów, z jakim zostają posłani jest zatem postawa pełnego zaufania. To zaufane mają przepowiadać w Jego imieniu i sami się go uczyć.  Postawie zaufania sprzeciwia się posiadanie zbędnych rzeczy. Istnieje w życiu Kościoła wiele „symboli stanu”, które stanowią tylko pozorne wsparcie w ewangelizacji (tytuły, fioletowe szaty, mantolety, mitry, pasterskie krzyże). W gruncie rzeczy to wszystko jest zbędne, co więcej sprzeczne z wiarygodnością, prostotą, pokorą i przekonaniem, że na pierwszym miejscu stoi Bóg. 

„…nic oprócz laski wędrownej…”

 

To symbol dla Chrystusa. Całkowicie wspierać się tylko na Jezusie. To On jest jedynym fundamentem, źródłem, oparciem i drogowskazem!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Wiara i humor

  • Ksiądz proboszcz próbuje przemówić do sumienia jednej z czarnych owieczek. - „Mój synu, obawiam się, że się nigdy w niebie nie spotkamy…” – „Ojej, księże proboszczu, cóż takiego niemoralnego się Wam przytrafiło?”
  • Policjant zatrzymuje księdza jadącego w pośpiechu z Komunią św. do chorego, ponieważ przekroczył dozwoloną szybkość. – „Niestety, mandacik, płaci ksiądz 50 złotych”. Wypisując pokwitowanie policjant nadmienia: „Czy obywatel nie obawia się, że przy takiej prędkości może przytrafić się coś złego?” - Ten odpowiada: „Nie, nie boję się, bo Pan Bóg jest ze mną”. -  Policjant: „Co? Jeżeli jest was dwóch, to następne 50 złotych”. Po uregulowaniu mandatu Ksiądz odjeżdża i cieszy się w duchu: „Jak dobrze, że ten urzędas był niewierzący, bo gdyby wiedział, że Bóg jest w Trzech Osobach, to zapłaciłbym 200 złotych!”.
  • Ksiądz składa pod koniec ceremonii pogrzebowych przy grobie kondolencje krewnym zmarłego, o którym wiedziano, że był bardzo majętny. „Czy pan jest też krewnym zmarłego?” – pyta duszpasterz jednego z uczestników, który szlochał najbardziej? – „No właśnie nie jestem!”
  • Pewna kobieta wchodzi do księgarni: „Szukam książki dla chorego.” – „Czy coś religijnego?”. – „Nie, nie, już nie jest z nim tak źle!

8.07.2018

 

Słowo Życia na

14 niedzielę zwykłą B.                                      

7.07.2018.

 

Moc w słabości się doskonali…. 

2 List św. Pawła do Koryntian 12, 7-10

 

W społeczeństwie dzisiaj liczą się przede wszystkim „mocne typy”, brylujące dobrą pozycją, sukcesami, karierą, władzą. W reklamach widzimy tylko osoby dynamiczne, aktywne, witalne, tryskające zdrowiem.  Dla słabych, chorych i niepełnosprawnych nie ma miejsca. Być cool, nie okazać słabości – to jest ważne! 

Apostoła Pawła (II czytanie liturgii mszalnej) cechuje całkiem inna postawa. On mówi dobitnie o swoich słabościach, bezsilności, niedostatkach, obelgach, prześladowaniach, uciskach „z powodu Chrystusa”, o „ościeniu w ciele”. Bibliści nadal dyskutują o owym „ościeniu danym dla ciała”.  Czy były to napady epileptyczne albo jakaś inna ułomność? Najwyraźniej cierpiał on z powodu jakiejś nieuleczalnej choroby i tłumaczył sobie, że Bóg mu w ten sposób sugeruje, iż potrzebna mu jest tylko „Jego łaska”.

 Słowa św. Pawła są trudne do zrozumienia, zwłaszcza gdy się zważy, jakich wielkich dzieł Paweł dokonał. Był nadzwyczaj silną osobowością. Tę wewnętrzną moc zawdzięczał Bogu.  W życiu wielokrotnie doświadczył: „Ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny”, bo Pan był z nim we wszystkich skrajnie trudnych momentach, tak jak mu kiedyś objawił: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali”.

Paweł zna swoje granice, nie zamyka przed nimi oczu, rozpoznaje je i uznaje. Wie, że Bóg jest z nim także w jego słabościach. I tak choroba i cierpienie, każda forma niedomagań i utrapień to dla niego nie nieszczęście. On widzi w nich raczej szansę, chroniącą go przed traktowaniem zdrowia, sił witalnych i sukcesów jako najwyższą wartość.

Często przy składaniu życzeń przy różnych okazjach (urodziny, imieniny, jubileusze) słyszymy słowa: „… a przede wszystkim zdrowia, bo to jest najważniejsze”.W takich przypadkach wnoszę na ogół poprawkę mówiąc: „Nie, nie zdrowie jest w tym życiu najważniejsze. Bo znam wielu zdrowych ludzi, którzy mimo to nie są szczęśliwi. Najważniejsza jest wiara w Boga, która ukazuje sens wszystkiego, co mnie w życiu spotyka”. 

Jeżeli jestem zdrowy, to mam być wdzięczny Bogu za ten dar, jeżeli jednak nęka mnie choroba, to najważniejsza jest wtedy łaska Boga, Jego duchowa moc, która mnie pociesza i umacnia.

Choroba może być także „łaską”, czymś, co otwiera mi w życiu nowe horyzonty, perspektywy i drogi. Andre Gide(+1951), francuski myśliciel i literat pisał:

„Uważam, że choroby są kluczem, który może nam otworzyć pewne bramy. Sądzę, że istnieją takie drzwi i bramy, które jedynie choroba jest w stanie otworzyć. W każdym razie jest taki stan zdrowia, który nie pozwala nam wszystkiego zrozumieć. Być może choroba zagradza nam dostęp do niektórych prawd, ale tak samo zdrowie udaremnia nam dostęp do innych. Ludzie, którzy jeszcze nigdy nie chorowali, są niezdolni do współczucia wobec tak licznych sytuacji nędzy”.

 

Oczywiste, że podstawowe zadanie w obliczu choroby to walka z nią w nadziei, że zostanie pokonana. Z drugiej strony chorobę należy przyjąć jako wyzwanie, jako naglący apel, że w życiu coś trzeba zmienić i budować je na Bogu. Katechizm Kościoła Katolickiegodostrzega ambiwalencję choroby i jej skutków:

„Choroba może prowadzić do niepokoju, do zamknięcia się w sobie, czasem nawet do rozpaczy i buntu przeciw Bogu, ale może także być drogą do większej dojrzałości, może pomóc lepiej rozeznać w swoim życiu to, co nieistotne, aby zwrócić się ku temu, co istotne. Bardzo często choroba pobudza do szukania Boga i powrotu do Niego.” (nr 1500).

Jako kilkuletni duszpasterz w monachijskich klinikach często słuchałem w pokorze wyznań ludzi mówiących o przebytej chorobie jako o „swoistym darze”. Odczytali oni chorobę jako specjalne orędzie i wezwanie: „Stań się bardziej sobą, żyj intensywniej, ciesz się każdym dniem, bądź bardziej Bogu wdzięczny, gdy ci się dobrze powodzi”.Wyrażali oni wdzięczność, bo przez chorobę wiele się nauczyli. Nauczyli się cenić życie jako dar, a przede wszystkim lepiej rozumieć siebie i innych oraz więcej uwagi, czasu i serca poświęcać tym, z którymi żyją. Zrozumieli, że istnieją także inne wartości niż zdrowe ciało i dobrobyt, a mianowicie miłość, dobroć, uczynność, wierność, przyjaźń, czas dla rodziny, odpoczynek, cisza, modlitwa, wiara w Życie „po tym życiu”. Poznali wartość każdego dnia i każdej chwili oraz pojęli, że z wdzięcznością należy przyjmować od Boga każdy moment życia.

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Wiara i humor

Papież Franciszek o plotkach

Pewien kardynał powiedział mi, że spotkał księdza z wielkim poczuciem humoru. Miał on w swojej parafii taka plotkarę, która mówiła o wszystkim i o wszystkich. Mieszkała tak blisko kościoła, że z okna swojego pokoju widziała ołtarz. Codziennie chodziła na Mszę świętą, a następnie krążyła wokół parafii i mówiła o innych. 

Pewnego dnia zachorowała i zatelefonowała do księdza: „Ojcze, leżę w łóżku z grypą. Proszę, czy przyjdziesz do mnie z Komunią św.?” Na co ksiądz odpowiedział: „Nie martw się, z tak długim językiem, jaki masz, z okna dosięgniesz tabernakulum”.

Wspominam o plotce, bo to dla mnie jedna z najgorszych rzeczy w społeczności chrześcijańskiej. Czy wiecie, że plotki to terroryzm? Tak, ponieważ plotki powodują to samo, co terrorysta. Pochodzi, rozmawia z kimś, „podrzuca” plotkę, niszczy i cicho odchodzi…

1.07.2018

 

Słowo Życia na 13 niedzielę zwykłą B     1.07.2018

 

Czy wiara uzdrawia?

Ewangelia: Marek 5,21-43

 

W roku 2000 wiele dyskusji wywołała książka amerykańskiego lekarza Dale A. Matthewsa zatytułowana: „Wiara uzdrawia”. Opierając się na badaniach zestawiono w niej wiele faktów dowodzących, że ludzie wierzący szybciej przezwyciężają chorobę, oraz że w 50% rzadziej chorują na wysokie ciśnienie lub zawał serca. Także przy chorobach chronicznych stwierdzono, iż osoby religijne lepiej sobie z nimi radzą. Dlatego w Ameryce są już tacy lekarze, którzy przed operacją modlą się wespół z pacjentem.

 

Niedzielna Ewangelia napisana 2 tysiące lat przed Matthewsem mówi to samo: „Wiara uzdrawia”. Przykładem jest cudownie uzdrowiona kobieta cierpiąca od 12 lat z powodu krwawienia i zmarła 12-letnia dziewczynka, którą Jezus przywraca do życia ze względu na wiarę jej ojca Jaira.

 

Jezus współczuje ojcu, którego córka dogorywa i dlatego błaga: „Przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła”. Jezus wyrusza natychmiast do jego domu. Po drodze uzdrawia chorą kobietę - ze względu na jej silną wiarę: „Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa”.  Jezus zwraca uwagę, że to nie Jego moc jest tu najważniejsza, lecz wiara w Niego: „Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości”.

 

Gdy jeszcze są w drodze do domu Jaira, przychodzą ludzie i powiadają przełożonemu synagogi: „Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?”.Jezus uspokoił go mówiąc:„Nie bój się, wierz tylko”.

Gdy przyszli do domu, rzekł do płaczących: „Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi”. Ewangelista notuje: „I wyśmiewali Go”.Ale ich śmiech musi ustąpić miejsca osłupiające zdumieniu, gdy po słowach Jezusa wypowiedzianych tylko wobec jej rodziców i uczniów: „Dziewczynko mówię ci, wstań!” widzą, że „dziewczynka natychmiast wstała i chodziła”.

„Dziecko nie umarło, tylko śpi.”Dla Jezusa śmierć jest jak sen, z którego On może każdego wybudzić.  To stanowi rdzeń orędzia tego fragmentu Ewangelii dla nas dzisiaj: z Jezusem zostaje przełamana ostateczność śmierci. W obliczu zmarłej dziewczynki Jezus kwestionuje moc śmierci. Jego słowo wyraża niesłychaną prawdę o mocy Boga, który „nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych” (I czytanie).

 

„Ona tylko śpi”- mówi Jezus. Kościół pierwotny wybrał to piękne słowo Jezusa, by wyrazić własne rozumienie śmierci. Śmierć jest dla wierzącej wspólnoty chrześcijan jak sen, z którego wybudza Pan. Cmentarze wczesnych rzymskich wspólnot chrześcijańskich, które później nazwano katakumbami, nosiły pierwotnie nazwę „koimaeterion”, czyli po polsku „miejsce snu” (sypialnia). Najczęstszym obrazem w tych podziemnych cmentarzach jest obraz Dobrego Pasterza, który odkupioną ludzkość niesie jak owieczkę na swoich ramionach i prowadzi ją do Królestwa Ojca. On umierając wyciągnął ramiona, które teraz niosą owcę, aby wydać się śmierci i ją dla wszystkich na zawsze pokonać. Jezus swoja śmiercią uśmiercił śmierć!

 

Jair i uczniowie nie ulegli śmiechowi i kpinom wątpiących. Także pierwotni chrześcijanie, aczkolwiek przez długi czas byli pogardzaną mniejszością, zawierzyli pełnym otuchy słowom Jezusa z Ewangelii: „Nie bój się. Wierz tylko!”.

 

Ten apel odnosi się także do nas, dzisiaj, w obliczu śmierci, pośród bezradności wielu ludzi wobec konieczności umierania.

 

Filozof Feuerbach zarzucał chrześcijanom, że pocieszają się jakimś zaświatem i ułudą życia po śmierci, a zaprzepaszczają walkę o sprawiedliwość na ziemi. Wielu ludzi współcześnie, aczkolwiek nie przeszli przez szkołę marksistowską, prezentują przeciwną postawę życiową, a mianowicie żyją „pocieszając się doczesnością”, dobrami tego świata. To sprawia, że zostają wyolbrzymione oczekiwania od życia, oczekuje się szczęścia i wolności od cierpienia, a nieuniknione zawody jawią się jako tragedia.  

 

Chrześcijanin nie opowiada się za takim życiem bez nadziei i bez dalszych perspektyw. Ewangelia niedzielna jest wezwaniem, by postawić na przyszłość. Chrześcijaninowi nie wypada „smucić się jak inni, którzy nie mają nadziei”(1 Tes 4,13). Bo jest pewnikiem naszej wiary, że Dobry Pasterz poprowadzi Swoich w wieczną przyszłość do niewyobrażalnej chwały!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Wiara i humor

  • W środę wieczorem ma odbyć się zebranie rady parafialnej. Obecni są przewodniczący rady, jego zastępca i proboszcz. Pan A. usprawiedliwił się z powodu bólu krzyża, pan B.  ma bardzo ważne spotkanie, pan C. powiadomił, że jego żona jest chora i musi zostać z dziećmi. Inni też nie przybyli. Na to ksiądz proboszcz: „No to chodźcie ze mną, my też obejrzymy sobie ten półfinałowy mecz piłki nożnej na mundialu”.
  • Tematem lekcji religii jest kapłaństwo i kapłańskie święcenia. Na pytanie, dlaczego tylko mężczyźni mogą zostać kapłanami, Piotruś odpowiada: „Bo kobiety głosiłyby zbyt długie kazania i nie umiałyby zachować tajemnicy spowiedzi”.
  • Rozprawa rozwodowa w sądzie. „Dlaczego wnosi pan o rozwód?” – pyta sędzia. - „Bo żona od lat rzuca we mnie talerzami”. - „To dlaczego dopiero teraz zdecydował się pan na rozwód?” - „Bo ona dopiero od niedawna celnie trafia”.

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 19.08.2018 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

 

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend