Bliżej Boga

19.04.2019

Wielki Piątek 

„Godzina Jezusa” - dla nas

 

W życiu każdego człowieka istnieją okresy o szczególnym znaczeniu; są to „godziny”, w których koncentrujemy wszystkie swoje siły, w których jesteśmy w pełni obecni – bo jest to czas ważnych wydarzeń, wyjątkowych przeżyć lub istotnych decyzji. W takich godzinach kumuluje się całość naszego życia; one wyciskają na całości swoje piętno. Takie szczególne momenty skupiają w sobie wszystkie „linie życia”, podobnie jak promienie światła skupiają się w soczewce - zdolne rozpalić ogień. Takie wyjątkowe godziny stają źródłem nowej dynamiki życia.

W Wielki Piątek celebrujemy w liturgii Kościoła najważniejszą godzinę życia Jezusa Chrystusa. Gdy Jezus podczas publicznej działalności zapowiadał swe przyszłe cierpienia i śmierć, mówił o „swojej godzinie” (por. J 13,1). W mowie pożegnalnej Jezus modli się: „Ojcze, nadeszła godzina”(J 17,1). W Ogrodzie Oliwnym zwrócił się do śpiących uczniów ze słowami: „Śpicie jeszcze i odpoczywacie? A oto nadeszła godzina i Syn człowieczy będzie wdany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy! Oto blisko jest mój zdrajca” (Mt 26,45). Całe życie Jezusa skupia się w tej szczególnej i okrutnej godzinie Jego umierania na krzyżu. To godzina, którą sam określił jako „Wykonało się”(J 19,30).

W tej „godzinie Jezusa” decydują się niesłychanie wielkie sprawy, o czym  jego oprawcy i przyglądający się gapie nie mają najmniejszego pojęcia. Godzina decydująca o śmierci Jezusa staje się godziną decydującą o naszym zbawieniu. Jezus nie niósł tylko „swojego” krzyża. On niósł także „nasz krzyż”. I zanim krzyż stał się znakiem zwycięstwa i życia, był najpierw znakiem śmierci i przyczyny tejże śmierci – grzechu człowieka. Krzyż jest wyrazem skutku dobrowolnego sprzeciwu człowieka wobec pełnego miłości „Tak” Boga skierowanego do całej ludzkości. Jezus wkracza niejako w ten sprzeciw i poprzez krzyż staje się pośrednikiem między Bogiem i człowiekiem. Krzyż staje się kluczem zdolnym otworzyć drzwi prowadzące do nowej wspólnoty życia z Bogiem.

I tu od wieków trapiące wszystkich pytanie: Dlaczego właśnie taka okrutna droga do zbawienia? Dlaczego przez cierpienie, krzyżowanie i śmierć Niewinnego Syna Bożego? To pytanie dręczy każdego człowieka i nigdy nie znajdziemy na nie stuprocentowej odpowiedzi. Wielu czyni Bogu zarzut stwierdzając, że Bóg chrześcijan to Bóg żądny krwi, Bóg żądający śmierci własnego Syna.

Musimy przyznać, że w pismach nowotestamentalnych, a co za tym idzie także w literaturze pobożnościowej i w pieśniach pasyjnych znajdziemy słowa mówiące o tym, iż zostaliśmy odkupieni i zbawieni za cenę krwi Jezusa, że zasłużyliśmy na „gniew Boga”, że Sprawiedliwy musiał „zapłacić” za winy grzesznych ludzi.

Trzeba zatem głębiej wniknąć w sformułowania o odkupieńczej funkcji cierpień i śmierci Jezusa. Nie czuję się dobrze i coś buntuje się we mnie, gdy czytam bądź słyszę, że śmierć krzyżowa Jezusa była konieczna dla zgładzenia naszych grzechów, że Ktoś Niewinny musiał ponieść zastępczo karę i odpokutować winy człowieka. Wydaje się, że zbyt łatwo (choć po ludzku jest to częściowo zrozumiałe) schemat wina-kara, wina – zadośćuczynienie, wina – pokuta, przenosimy na Boga według dewizy: ludzie grzeszą – konieczna jest zatem kara – Bóg sam dokonuje zastępczo skutecznego pojednania przez ofiarę swojego Syna.

Tak myślimy w tej kwestii czysto po ludzku i tak samo po ludzku myślimy o Bogu. Tymczasem Bóg, którego reprezentuje i przepowiada Jezus, do którego mówił „Ojcze” i tak też kazał nam do Niego się modlić, który temu orędziu o miłosiernym Bogu poświęcił się całkowicie aż do oddania życia, ten Bóg nie potrzebuje żadnego kozła ofiarnego, na którym mógłby odreagować swój skumulowany gniew.

Jezus chciał swoim życiem i śmiercią powiedzieć ludziom coś zupełnie innego: Mylicie się, wasze myślenie o Bogu jest z gruntu fałszywe! Bóg, od którego przychodzę i który mnie do was posłał, a którego wam przepowiadam, nie jest budzącym strach buchalterem i sędzią, lecz jest Przyjacielem, jest Troskliwym Ojcem i Miłującą Matką, największą Dobrocią, zawsze godzien zaufania. Szczególnie dobitnie stawił nam to przed oczy w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Jezus czuł się władny, by ludziom obciążonym winą powiedzieć wprost: „Twoje grzechy są ci odpuszczone”. Jeżeli nasz schemat wina-kara miałby odnosić się do śmieci krzyżowej Jezusa, to On nie miałby właściwie prawa tak mówić. Musiałby raczej powiedzieć: „Poczekaj, aż zostanę ukrzyżowany, a wtedy moja krew wylana na krzyżu obmyje twoje grzechy”. Tymczasem Jezus przebaczał grzechy nic nie wspominając o swej przyszłej śmierci. Przebaczenie win nie było przez Jezusa uwarunkowane krzyżowaniem i ofiarną krwią.

I tu rodzi się nowe pytanie: Dlaczego zatem został ukrzyżowany? Ewangelista Jan wkłada w usta przeciwników Jezusa następujący powód: oskarżyciele Jezusa na słowa Piłata: „Weźcie Go i sami ukrzyżujcie”odpowiadają: „Mamy Prawo, a według Prawa powinien On umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Bożym”(J 19,6-7). Faktycznie - Jezus miał tak rewolucyjny obraz Boga i Jego woli, że On sam był kolcem w oku dla stróży Jego tradycyjnego obrazu, który właściwie już nie odpowiadał w pełni obrazowi Starego Testamentu. Oni musieliby właściwie zmienić swój sposób myślenia o Bogu, dokonać reorientacji, nawrócić się. Ale do tego nie byli zdolni i tego nie chcieli. Z tej racji należało Jezusa usunąć.

Jezus „musiał” zatem umrzeć, ponieważ konsekwentnie pozostał wierny swojemu Bogu, wierny w swoim niosącym wolność, uzdrawiającym i przebaczającym przepowiadaniu i działaniu.  Pozostał – na szczęście dla nas – wierny takiemu Bogu aż do krańcowych konsekwencji, aż po śmierć na krzyżu. Jego krzyż był skutkiem otwierającego nowe drogi zastępczego czynu uwolnienia. Ponieważ Bóg był dla Niego tak bardzo ważny i ponieważ my byliśmy dla niego ważni, oddał za nas swoje życie.

Dlatego jest czymś oczywistym, że adorując w Wielki Piątek krzyż wspólnota Kościoła śpiewa z wdzięcznością: „Oto drzewo krzyża, na którym zawisło zbawienie świata. Pójdźcie, oddajmy Mu pokłon”. A każdy uczestnik liturgii może z serca wołać:  „Ave crux – spes unica! – Witaj krzyżu – jedyna nadziejo nasza!”.

Błogosławiony kardynał John Henry Newman, konwertyta z anglikanizmu na katolicyzm, wybitny teolog XIX wieku, nazwał krzyż „sercem religii”. Krzyż rzuca światło na sens Ewangelii. Kto rozumie krzyż, potrafi zrozumieć Ewangelię. Gdyby ktoś chciał wyciąć z Ewangelii krzyż, to tak jakby wyciął z niej jej serce, czyli sfałszowałby ją, okaleczył, uśmiercił. Coś takiego dzieje się zawsze wtedy i tam, gdzie próbuje się głosić i wyjaśniać Ewangelię nie wychodząc od krzyża, lecz od innych źródeł. Na przykład, gdy zamiast krzyża sercem Ewangelii stają się sprawy społeczne, rozwój, polityczne utopie, dialektyczny marksizm, feminizm, ekologia lub jakieś inne świeckie idee, wówczas orędzie Ewangelii zostaje sfałszowane. Zamiast wokół krzyża wszystko kręci się wokół spraw społecznych, wyzwolenia, zmiany struktur, ochrony środowiska i równouprawnienia. Krzyż nie jest wtedy widziany jako znak zbawienia, lecz jako inspiracja do walki z niesprawiedliwością przez rewolucję, jako symbol niesprawiedliwości we współczesnym świecie.  Na miejsce zbawienia przez krzyż - wkracza próba samozbawienia.

Kto Ewangelię intepretuje bez klucza krzyża, lecz przy pomocy innych pomysłów i obcych Ewangelii ideologii, ten nie dostrzeże w krzyżu znaku pociechy i nadziei. Dla niego ważne są inne pojęcia i symbole. Stąd spotykamy dziś nieraz zjawiska wewnętrznie sprzeczne jak na przykład próby stworzenia „chrześcijaństwa bez krzyża”, w którym krzyż nie jest centralnym znakiem zbawienia. 

Takie chrześcijaństwo nie byłoby jednak niczym innym jak tylko jedną z wielu świeckich doktryn o zbawieniu. Nawet gdyby przejściowo było bardzo popularne, nie przetrwałoby próby czasu i pewnego dnia jak wiele innych świeckich nauk o zbawieniu znalazłoby się na śmietniku historii.

We współczesnych zawirowaniach w sprawach wiary chrześcijańskiej i różnych jej nurtów i wspólnot dobrym sprawdzianem ich prawdziwości jest to, czy krzyż jest sercem ich wiary i przepowiadania. Można zatem łatwo rozróżnić między prawdziwą Ewangelią a czysto ludzkimi usiłowaniami samozbawienia.

Krzyż Jezusa Chrystusa nie jest programem ulepszenia świata ani drogą samozbawiania. Jest we właściwym sensie programem „przewyższenia świata”, zwycięstwa nad światem, bo jest początkiem nowego, innego świata, który pochodzi nie od ludzi, lecz od Boga. Jego światło przebija się w wielkanocny poranek poprzez zwycięski krzyż Chrystusa i nam będącym jeszcze w „łez dolinie” obiecuje pokój i szczęście.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Słowo Życia na Niedzielę Palmową 14.04.2019.

Od „Hosanna” do „Ukrzyżuj Go!”

Ewangelia: Łukasz 19, 28-39
           oraz Pasja: Łk 22,1- 23,56.

 

„Hosanna Synowi Dawida!” – „Błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pańskie. Pokój w niebie i chwała na wysokościach! (Łk 19, 38) - tym radosnymi okrzykami zachwyconego tłumu, towarzyszącymi wjazdowi Jezusa do Jerozolimy, rozpoczyna się ostatni tydzień Jego doczesnego życia. Słowa zgadzają się, są prawdziwe, ale wydźwięk jest fałszywy. Bo po entuzjastycznym powitaniu ów nastrój w kilka dni później przemienia się w diametralne przeciwieństwo - w wołanie: 

„Ukrzyżuj, ukrzyżuj Go!”(Łk 23, 21).

Dlaczego? Bo Jezus, w którym pokładano wielkie nadzieje, że okaże się potężnym królem, ich całkowicie zawiódł. Bo nie przyjął i nie wypełnił spełnił roli, jaką na Niego projektowano. Bo zawiódł tęsknoty zawieszone w próżni.

Człowiek ma czcić i wielbić Boga, a nie swoje marzenia. Nasze wiwatowanie i gloryfikujące okrzyki należą się Bogu i Jego woli, a nie zamkom budowanym w powietrzu lub na lodzie.

Orędzie Jezusa nie jest spełnieniem naszych osobistych czysto doczesnych tęsknot. Jego życie i przepowiadanie są właściwie prowokacją, która obnaża nasze życzenia i marzenia właśnie „w tym czułym miejscu”, gdzie one są nacechowane miłością własną i urzeczywistniane kosztem drugich.

„Hosanna!” - krzyczy tłum w zachwycie podczas wjazdu Jezusa do Jerozolimy. Na fali tego zachwytu Jezus mógłby wraz z tłumem przepędzić ówczesnych władców i zaprowadzić Królestwo Boga! Ale nic takiego się nie dzieje! On zamiast święcić triumf i delektować się popularnością i sukcesem, ma na oku inny cel: wnętrze człowieka. Z punktu widzenia świata zawiódł całkowicie!

Zawiódł lud, który zamiast się nawrócić, żąda jakichś nadzwyczajnych znaków i cudów!

Zawiódł uczonych w Piśmie, którzy lękają się o ich stan znaczenie i wpływy posiadania w zakresie religijnym. 

Zawiódł uczniów, którzy Go nie rozumieją. 

Na koniec pozostaje tylko pogarda, szyderstwo i naigrawanie się:

- przez strażników i żołnierzy, którzy sadystycznie rozkoszują się Jego bezsilnością, 

- przez Heroda, dla którego Jezus nie uczynił żadnego cudu, choć ten tak bardzo tego pragnął;

- przez Piłata, który obmywa swoje ręce na znak niewinności; 

- przez lud, bo Jezus nie spełnił jego oczekiwań i okazał się bezsilny; 

- przez łotra urągającemu Jezusowi z krzyża: „Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas”.

Tylko jeden przełamuje to pasmo szyderstwa – ów drugi łotr na krzyżu.  W przestępcy, który patrzy śmierci w oczy, zwycięża wiara, i dlatego modli się: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego Królestwa”.

A Jezus nawet w ostatniej godzinie swego życia, tuż przed śmiercią – jest przykładem dla wszystkich. Modli się za swoich wrogów, a żałującemu łotrowi udziela rozgrzeszenia i jedna go z Bogiem: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju”.

W ostatnim momencie swego życia czyni Jezus to, co czynił przez całe życie - wszystkim ludziom otwiera drzwi do domu swego Ojca. Nikt nie powinien stać przed zaryglowaną bramą. On przepowiadał i życiem objawiał bezgraniczne i bezwarunkowe miłosierdzie Boga i w ten sposób zakwestionował obraz Boga zastanej religii i tamtych czasów. Sprzeciwił się jednoznacznie i zdecydowanie oczekiwaniom Jemu współczesnych, którzy chcieli w Nim widzieć Mesjasza, uwalniającego Izrael z rzymskiej okupacji. Dlatego wjeżdża do Jerozolimy na oślęciu – symbolu pokory i pokoju.

Każdy, kto opowiada się za Jezusem i chce iść za Nim, musi być gotowy na „karierę do dołu”, która jest przeciwieństwem wdrapywania się po szczeblach „ku górze”. Żaden człowiek nie może zatem żyć poniżej tych wymagań i tej poprzeczki, jaką ustawił Jezus, ponieważ sam Bóg wybrał właśnie taką drogę pokory i uniżenia „zstępując” w nasz świat i stając się człowiekiem. Jezus oczekuje od wszystkich wyznawców prostoty, pokory i służby bliźnim. Chrześcijaninowi nie wolno pochylać się przed władcami tego świata, przed tymi, którzy o wszystkim decydują; ma kłaniać się i pochylać wobec tych, którzy nie mają nic do powiedzenia, niewiele w tym świecie znaczą.

A teraz osobista refleksja: może w tym tygodniu – jeśli zdecydujemy się iść razem z Jezusem aż do Wielkanocy – odkryjemy, jaką rolę odgrywamy w Pasji Jezusa - w Jego męce? Czy nie jestem też winien Jego męki i śmierci? Z jakimi negatywnymi postawami tamtych oprawców i świadków drogi krzyżowej Jezusa winienem się identyfikować? Może pęknie coś w moim sercu, jak u skruszonego łotra, i poznam - jak on - że niemoc na krzyżu jest mocą Miłości?

Gdy Jezus rozciągnięty na krzyżu, wisząc między niebem a ziemią, krzyczał: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” (Mt 27,46), wydarzyło się coś nieodwołalnego: - Bóg sam zburzył i przekreślił, po prostu „ukrzyżował”, wszystkie fałszywe obrazy, wyobrażenia, życzenia i marzenia, jakie ludzie sporządzili sobie o Nim. Krzyż Jezusa ukazuje prawdziwe oblicze Boga: to moc i potęga w bezsile, to całkowicie wydające się oddanie, to bezbronna miłość, to wydanie siebie samego. 

Bóg zstąpił na samo dno, na punkt zerowy ludzkiej egzystencji, by złamać ostrze dręczącego wszystkich pytania: „dlaczego cierpienie?”. Na to pytanie nie ma pełnej odpowiedzi. Część odpowiedzi kryje w sobie sama kondycja człowieka, jego stworzoności, jego losu, jego życia na ziemi. Głębszy wgląd w tajemnicę cierpienia daje kontemplacja cierpiącego Jezusa, rozważanie Męki Pańskiej, do której ten Wielki Tydzień nas zaprasza. Jego cierpienie ma wymiar zbawczy.

Dlaczego Bóg wybrał taką drogę dla Jezusa? - to Jego tajemnica. Przeczuwamy jedynie: Taka jest miłość! Taka jest miłość Boga! Ona pochwytuje nasz krzyk i włącza go w krzyk Jezusa na krzyżu. Chrystus nie tylko zbawił świat przez cierpienie i krzyż, lecz także „odkupił i zbawił” samo cierpienie każdego człowieka. Jego męka będzie dla wszystkich do końca świata niewyczerpanym źródłem miłości.

Krzyż, dla jednych znak oburzenia, sprzeciwu i zgorszenia, bo Bóg wszechmocny i potężny Bóg nic przeciw temu krzyżowi cierpienia nie uczynił, jest dla innych pociechą, wsparciem i nadzieją, ponieważ Bóg nas wszystkich wraz z ukrzyżowanym Synem wywyższa – „podnosi w górę” – ku Niebu. W tym wymiarze – „na wysokości krzyża” - życie człowieka zyskuje nową godność i wielkość oraz niezniszczalną przyszłość – w Bogu!

Ks. Jerzy Grześkowiak

Słowo Życia na 5 niedzielę Wielkiego Postu
(rok C) 7.04.2019.

Nie bierzmy do rąk kamieni

Ewangelia: Jan 8,1-18

To wydarzenie ewangeliczne wstrząsa każdym, kto o nim słucha lub je czyta. Dramatyczna sceneria: kobieta przyłapana na cudzołóstwie, jej oskarżyciele i miłosierny, przebaczający Jezus. „Grzech należy nienawidzić, potępiać, ale grzesznika kochać” – tak brzmi stara reguła dotycząca obchodzenia się z ludźmi, którzy obarczyli się poważną winą. Odnajdujemy ją w tej Ewangelii w dwóch wypowiedziach Jezusa: „Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” – tymi słowy Jezus poleca tej grzesznej kobiecie zerwać z grzechem. Druga Jego wypowiedź: „I ja ciebie nie potępiam” ukazuje Jezusa jako miłosiernego Zbawiciela, który przyszedł, aby wzywać grzeszników, a nie sprawiedliwych (Mt 9,13).

Gdzie jest nasze miejsce w tej historii? Po stronie miłosiernego Jezusa, czy po stronie tych, którzy zamierzają ową kobietę zgodnie z prawem Mojżesza ukamienować? Słowa Jezusa do „nadgorliwych sędziów”: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”, uświadamia nam jednoznacznie, że wszyscy jesteśmy grzesznikami i potrzebujemy Bożego przebaczenia. Nikt z nas nie żyje tak cnotliwie, by miał prawo jako pierwszy wziąć kamień do ręki. Tymczasem jak często rzucamy na innych kamieniami – jakikolwiek kształt by one przybierały... 

Oskarżycielom w tej historii w zasadzie nie chodzi wcale o ową grzeszną kobietę ani o Jezusa. Ona jest tylko środkiem do celu. Już to jest w oczach Boga grzechem, że niestosowne zachowanie człowieka jest wykorzystywane, by na kogoś innego zastawić pułapkę. Uczeni w Piśmie i faryzeusze już kiedyś przynieśli mu monetę czynszową i chcieli Go pogrążyć, wymuszając odpowiedź na chytrze obmyślone pytanie, czy godzi się płacić podatek cesarzowi? Wtedy – myślą zapewne – zręcznie się wykręcił, ale teraz już nam się nie wywinie. Występują przecież w imieniu prawa, sprawiedliwości, wielkiej tradycji narodu, bo od samego Mojżesza pochodzącej: „W Prawie Mojżesz kazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?” Tym cwaniakom nie chodziło w owym momencie ani o moralność, ani o sprawiedliwość, ani nawet o poszanowanie Prawa.
To było zagranie wyłącznie taktyczne, dobrze zresztą obliczone. Chcieli postawić Jezusa w sytuacji bez wyjścia.

Jezus nie tylko ominął w sposób niezmiernie prosty zastawioną na Niego zasadzkę, ale właściwie uwolnił od śmierci właściwie już skazaną kobietę. Odpowiedź Jezusa zawstydza oskarżycieli i w milczeniu zaczynają odchodzić „jeden po drugim, poczynając od starszych, aż do ostatnich”. Tylko On sam – we wszystkim nam podobny oprócz grzechu – mógł rzucić na nią kamieniem potępienia. Ale On jej nie potępia – właśnie dlatego, że jest bez grzechu. Bo ten, kto jest bez grzechu, nigdy nie potępia nikogo, nie rzuca kamieniami niosącymi śmierć. Jezus zaś nie tylko jest bez grzechu, ale też od grzechu uwalnia. Każdego winnego i od każdego grzechu. Stąd Jego ostatnie słowo do uwolnionej kobiety: „I ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz!”. A to było tak, jakby ją umył w źródlanej wodzie. Tak jakby przywrócił jej dobre imię, to które utraciła. Nikt dotąd tego nie uczynił.

Jezus złamanego życia nie dobija kamieniami. On daje szansę każdemu człowiekowi nie banalizując winy. Osądza i potępia grzech, ale nie grzesznego człowieka.

Każdego czytającego ten fragment Ewangelii frapuje tajemniczy gest Jezusa piszącego palcem po ziemi. Po słowach oskarżycieli następuje cisza. „Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi”.

Pisanie w ciszy! Jezus „coś” pisze. O czymś takim nie wspomina żaden inny tekst Nowego Testamentu. Tylko w tym jedynym przypadku: Jezus pochyla się ku ziemi i pisze palcem. Nie znamy wcale treści tej jedynej notatki Jezusa. Jeżeli któryś ze świadków rozpoznał owe znaki na ziemi i umiał wyjaśnić ich sens, to zatrzymał to dla siebie; tego co przeczytał, dalej w tradycji nie przekazano. Widocznie nie było to takie ważne. Odczytanie owych liter, jeżeli faktycznie były to litery, nie wniosłoby nic znaczącego do zrozumienia tego gestu… Jezus daje tym gestem czas do namysłu – swoim przeciwnikom i stojącej przed nim kobiecie! Bo najważniejsze jest to, co następuje potem: Jego słowo przebaczenia i uwolnienia od grzechu stojącej przed nim, zapewne spłakanej kobiety: „I ja ciebie nie potępiam!”

Jezus pochyla się i pisze palcem po ziemi! Gdybyśmy tak potrafili pisać! Ta „notatka”, to niejako rozgrzeszenie – czy to nie są „dzieła zebrane” Jezusa?
W każdym bądź razie ta symboliczna czynność Jezusa mówi więcej aniżeli kilometrowe rzędy regałów z książkami w bibliotekach świata. 

Pisać i czytać – to umie człowiek od wieków. Ale gdy wpatrzymy się dobrze w Jezusa piszącego palcem po ziemi i ten obraz zinterioryzujemy, to zabłyśnie nam myśl: do jakiej mądrości i poglądów można dojść, gdy przy szukaniu prawdy będziemy się kierować miłością i miłosierdziem!

Tak „pisać i czytać”, by ludzie biedni, uwięzieni, uzależnieni, uciskani, grzesznicy - wreszcie ujrzeli światło nadziei, bo przynosimy im Dobrą Nowinę o przebaczeniu, sprawiedliwości i wolności. A szkołą, gdzie tego się uczymy, jest naśladowanie Jezusa. 

 Zastanawiam się, czy Adam Asnyk kreśląc poniższe słowa o przebaczeniu miał w oczach obraz Jezusa piszącego palcem po piasku:

Jeśli wielkość duszy

w pełnym chcesz okazać blasku,

pisz dary na marmurze,

a krzywdy na piasku.

 

ks. Jerzy Grześkowiak

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 19.04.2019 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

 

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend