Bliżej Boga

Słowo na niedzielę - 30.12.2017.

 

Spóźnialski Anioł

 

Pośród zastępów Aniołów był też taki, który mimo swej anielskiej doskonałości miał jedną wadę, a mianowicie zjawiał się prawie zawsze za późno. Przytrafiło mu się to także w czas narodzin Syna Bożego. W drodze do Betlejem wstąpił do domu pewnej kobiety, która – jak się okazało – była chora i nie miała nikogo, kto by się o nią zatroszczył i jej pomógł. Dobrotliwy i usłużny Anioł ugotował jej zatem smaczną zupę, posprzątał izbę, w końcu przysiadł na łóżku i trzymał czule jej rękę. Obydwoje długo milczeli, w końcu kobieta rzekła: „Jak dobrze, że tu jesteś!” Zjadła z apetytem zaserwowaną przez Anioła zupę i zasnęła. Anioł jeszcze długo trzymał jej dłoń, chustą wycierał pot z jej czoła, gdy niespokojnie się na łóżku kręciła, wypowiadał uspokajające słowa – i tak całkowicie zapomniał o wydarzeniu w Betlejem.  Stopniowo także jego ogarnęło znużenie, jego powieki coraz częściej opadały na senne oczy i w końcu popadł w głęboki sen.

No i oczywiście do stajenki przybył za późno. Spotkał już tylko osła, który mu z przejęciem opowiedział, jak to wczoraj właśnie tutaj pewna kobieta urodziła dziecko. „I znowu za późno – pomyślał Anioł. Nawet przy tak decydującym wydarzeniu nie potrafię być punktualny – ale czy miałem wczoraj wieczorem ową kobietę pozostawić samotną?”

 Anioł rzekł do osła: „Czy ty wiesz, co wczoraj tutaj się wydarzyło? W twojej stajni przyszedł na świat sam Bóg”.

- „A kto jest, Bóg?” spytał osioł ze spokojem.

- „Tak dokładnie tego wyjaśnić ci nie potrafię - mówi Anioł. Ale On Stwórca wszystkiego chciał przyjść na świat jako człowiek, aby w ten sposób wszystkim powiedzieć: Opłaca się żyć, warto żyć. Zrób coś sensownego ze swego życia!”

 - „Także nam osłom?” - zapytał z zainteresowaniem osioł.

 - „Tak, także wam osłom” – potwierdził Anioł.

 - „Także mnie, który zawsze jestem taki powolny?” – osioł był już teraz mocno podekscytowany.

 - „Tak, także tobie” – rzekł Anioł.

 - „No to jest doprawdy wspaniała nowina – rzekł osioł. I to chce ten Bóg sam osobiście przekazać wszystkim ludziom i wołom i osłom?”

  Anioł przytaknął i w tym momencie uświadomił sobie całkiem jasno, jak niesamowicie wielkiego zadania podjął się Bóg. Dodać ludziom odwagi do życia, do życia, w którym jeden drugiego szanuje, do życia z jego blaskami i cieniami, z uniesieniami i przepaściami. Do życia, w którym ludzie nie pozwolą się nikomu i niczemu zniewolić, lecz wezmą to życie w swoje ręce, by je sensownie według woli Boga kształtować.

  - „Posłuchaj – zaczął Anioł ostrożnie – czy masz ochotę wraz ze mną pomóc Panu Bogu przy przepowiadaniu tego orędzia?”

Osioł zerknął na niego swoimi dużymi oczami. - „Jak ty sobie to wyobrażasz?

- „Tak dokładnie to jeszcze tego nie wiem – powiedział Anioł – może moglibyśmy pójść w świat do ludzi i im opowiadać o tym, co z tego orędzia sami zrozumieliśmy!”.

Osioł długo przemyśliwał, w końcu powiedział: „Właściwie mogę sobie to wyobrazić. Ale żeby tylko opowiadać, to sądzę, że to jest trochę za mało. Może lepiej najpierw coś czynić, czegoś dokonać – i potem o tym opowiadać, jeżeli to w ogóle jest wtedy konieczne. Mówić dobrze przecież nie potrafię, już lepiej idzie mi przy oraniu… A zatem ruszajmy” - zakończył osioł, który poczuł w sobie ochotę do życia i aktywności.

- „Jasne – uśmiechnął się Anioł – bo ja wiem już także dokąd się udamy. Znam chorą kobietę, na pewno dobrze jej zrobi, gdy ja ugotuję jej zupę, a ty zaorzesz jej pole”.

 I tak ruszyli w drogę - powolny osioł i zapominalski Anioł, by Panu Bogu pomóc w jego wielkim dziele głoszenia wszelkiemu stworzeniu Dobrej Nowiny o zbawieniu świata i o nieodwołalnej miłosiernej miłości Stwórcy do wszelkiej istoty żywej.

Kto w noc Bożego Narodzenia usłyszał orędzie o prawdzie, że Bóg stał się człowiekiem, by nas uwolnić od zła, grzechu i śmierci, by nasze życie było udane i sensowne, by łatwiej było nam żyć, nie wolno mu tej prawdy zachować tylko dla siebie. Boże Narodzenie wydarza się nie tylko w święta, gdy Syn Boży rodzi się jako Dziecię z Maryi Dziewicy. Boże Narodzenie dzieje się każdego dnia, gdy miłość staje się faktem, gdy słowo staje się czynem, gdy człowiek pomaga człowiekowi, wszędzie tam, gdzie dostrzega się ludzką biedę i cierpienie oraz zaradza ludzkim potrzebom. W przekazie swej Dobrej Nowiny Bóg skazany jest na współdziałanie człowieka.

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

(Autorką legendy jest pisarka Andrea Schwarz. Niniejszy tekst jest bardzo dowolnym jej tłumaczeniem).

Gdy się Chrystus rodzi…

 

Święta Bożego Narodzenia to celebrowanie misterium wcielenia Boga. Im więcej przybywa mi lat i życiowych doświadczeń, tym więcej nowych aspektów w tej tajemnicy odkrywam. I wiem, że nikt z nas jej nigdy do końca nie zgłębi.

 

„Gwiazdkowe Święta”  to coś więcej niż spokojne dni wypoczynku. Coś więcej niż pełne tęsknoty wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. Więcej niż wypatrywanie pierwszej gwiazdy na niebie, rodzina zebrana przy wigilijnym stole z wolnym miejscem dla przypadkowego „gościa”, a na stole: trochę siana, biały opłatek, zupa grzybowa, barszcz, karp, śledź, kapusta z grzybami, makiełki, kompot z suszonych owoców, makowiec – by wymienić choćby niektóre z dwunastu polskich, tradycyjnych potraw wigilijnych. To nie tylko zapach jodły lub świerku, mieniące się barwami choinkowe ozdoby, blask świec i śpiew rzewnych kolęd. Nie tylko radość obdarowywania i otwierania prezentów. Te święta pełne czaru i romantyki to przede wszystkim stale na nowo przeżywane niesłychane orędzie, głoszone każdemu człowiekowi na tej ziemi: Bóg wszedł w nasz świat i stał się człowiekiem!

 

Choć wiemy, że „nasza planeta” nie jest centralnym punktem wszechświata, wierzymy, że odwieczny Bóg przed ponad 2000 lat przyszedł do nas jako dziecko, rodząc się z kobiety Maryi. Jeżeli pomyślimy, że to nieprawdopodobne, to zdrowy rozsądek mamy oczywiście po naszej stronie. Ale nie rozum zainicjował wcielenie Boga. „Co uczyniło Cię tak małym?” – pytał z pokorną ciekawością, na kolanach, przed żłóbkiem, św. Bernard z Clairveaux. I w mistycznej zadumie na to arcytrudne pytanie sam sobie udzielił odpowiedzi: „MIŁOŚĆ!” - miłość do świata, do stworzenia, do człowieka. „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy kto w Niego wierzy miał życie wieczne” – mówi ewangelista Jan. Stwórca świata staje się stworzeniem, cząstką tego świata. Mówi do świata i do człowieka „TAK” i tego nigdy nie odwoła. Bardziej tego świata już kochać nie można. Nikt ani nic nie jest tak „światowe”, tak „otwarte na świat”, jak sam Bóg.

 

W wydarzeniu Wcielenia Bóg przyjmuje nas wszystkich takimi, jacy jesteśmy: z naszym cierpieniem i łzami, z głodem chleba i z głodem miłości, z wielkimi czynami altruizmu i przekleństwami dyktowanymi przez doznany zawód, zranioną miłość,  porażkę, klęski; z wszystkimi wspaniałymi rzeczami, które człowiek wymyślił wyprodukował, oraz z tym wszystkim, co człowiek zniszczył w bliźnim i w naturalnym

środowisku. Wcielając się Bóg uczestniczy także w tym wielkim Dobru, jakie ludzie sobie ofiarują w zakresie wzajemnej pomocy, miłosierdzia, zrozumienia, tolerancji i cierpliwości.

 

Wcielony Syn Boży przyszedł na ten świat, „aby go zbawić, a nie potępiać”. Kto chce świat „ratować”, musi przyjąć go takim, jakim jest. Bóg nie powiedział: „Zanim przyjdę, zróbcie najpierw porządek na ziemi. Zanim mnie powitacie, umyjcie najpierw ręce i oczyśćcie serca. Schowajcie nóż, zanim otworzycie mi drzwi!”. On wchodzi w nędzę, w cierpienie, w brud, w błędy i w grzeszność tego świata, „by ratować to, co zginęło”.

 

Człowiek zawsze i chętnie sporządzał sobie „obraz Boga”. Często są to obrazy malowane pędzlami i farbami własnych lęków bądź skrytych życzeń. Z Biblii wiemy, że Bóg nie chce, by człowiek tworzył sobie Jego obraz, bo wie, że żaden nie odda jego istoty, ponieważ zna skłonność człowieka do adorowania także tego, co jest tylko bożkiem. „Swój obraz” dał Bóg człowiekowi już dawno – w akcie stworzenia. Tym „obrazem i podobieństwem” Boga jesteśmy my sami, jako „mężczyzna i kobieta”. A teraz w tajemnicy Wcielenia, ponieważ jest jednym z nas i nasze serca biją tak, jak biło Jego serce, jesteśmy jeszcze bardziej i to już na zawsze, „Jego obrazem”.

 

Gdy rodzi się dziecko, wszystko zaczyna się kręcić wokół niego. Chociaż leży ono nieporadne i słabe, to przecież pociąga wszystkich do siebie. Rodzina ma nagle nowy punkt ciężkości, i zarazem tworzy się nowy system relacji. Wiele spraw zyskuje inną wagę. W Betlejem narodziło się ludzkiej rodzinie DZIECKO - kruche, słabe, nieporadne. Dziecko - jak każde inne, a jednak jest ONO centrum całej rodziny ludzkiej, ośrodkiem systemu odniesień i wartości, które wszystkim wydarzeniom świata nadaje nowy ciężar i znaczenie, także temu  wszystkiemu, co dzieje się u nas, i w nas, teraz, współcześnie. W słabości tego Dziecka ukryta jest wszechmoc miłości Boga. Bóg wszedł w nasz świat – w ciszy, niepozorności i niezaradności małego dziecka. 
On przychodzi do nas także DZIŚ, aby w nas działo się „Boże Narodzenie”. Warunkiem tego jest jedynie proste, niezbrukane, spontaniczne, miłujące „serce dziecka”. To serce ma być otwarte dla wszystkich, bo to właśnie w drugim człowieku przychodzi dziś do nas Chrystus. O tym, jak to się dzieje, mówi syryjska modlitwa z VI wieku:

 

Gdy dzielę swój chleb z głodnym,

gdy podaję kubek wody spragnionemu,

gdy ocieram łzę z oczu dziecka,

gdy uśmiechem budzę nadzieję,

gdy sieję ziarna miłości,

gdy wraz z innymi buduję mosty pokoju,

to wtedy rodzi się w moim sercu

Książę Pokoju,

wtedy świętuje się naprawdę

Boże Narodzenie

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

16.12.2017

 

Słowo na niedzielę – 3. Niedziela Adwentu B. – 1. 12. 2017.

Powiedz, kim jesteś?

Ewangelia J 1,6-8, 19-28.

„Kim on jest?” – oto częste pytanie w naszym życiu. Może wówczas chodzić o różne rzeczy: o zawód lub miejsce pracy, o pochodzenie, o wykształcenie i osiągnięcia, o koneksje i wpływy. Odpowiedzi bywają różne, często niewystarczające, zagadkowe czy wręcz błędne. Pytanie niby proste, ale odpowiedź na nie wymaga namysłu, znajomości danej osoby, szczerości, niekiedy odwagi, a zawsze miłości.

Bywa też, choć rzadziej, że stawiamy komuś wprost takie pytanie: „Kim jesteś?”. Albo ktoś stawia je pod naszym adresem. Zmusza to do refleksji nad sobą samym. Na ogół otrzymujemy i dajemy odpowiedź. Czy jest ona w miarę obiektywna?

Zresztą nie potrzeba nawet pytać, kim jesteśmy. Bo mówimy o sobie chętnie, często i dużo – choćby nas nawet nie słuchano – oczywiście tylko dobrze. Prawie każda nasza rozmowa, z pozoru dialog, staje się w pewnym momencie (albo jest od początku) monologiem, bądź wiązanką monologów, A w nich słychać tylko „ja”, „według mnie”, „dla mnie”, „ja sądzę”, „ja byłem”, „ja widziałem” itp. Mój profesor od ascetyki w poznańskim seminarium ks. Aleksy Wietrzykowski zwykł mawiać: „Stale mówimy „ja”, „ja”, „ja” i z tego robi się taka „jajecznica”. „Miłość do siebie samego umiera w człowieku dopiero pięć minut po śmierci”.

Zaniepokojeni wielką popularnością Jana Chrzciciela i masowymi wędrówkami ludzi nad Jordan, wysłannicy z Jerozolimy (kapłani, lewici, faryzeusze) postawili także jemu pytanie: „Kto ty jesteś?”. Właściwie odpowiedź powinna być im znana. Wystarczyło tylko otworzyć szeroko oczy na fakty, zajrzeć w ich głębię, zapytać się własnego zdrowego rozsądku.

Św. Jan wie, kim jest.  On rozpoznał swoje powołanie, uzdolnienia i zadania, jakie wyznaczył mu Bóg. Dlatego odpowiada najpierw przeczeniem, odrzuceniem określeń, których nie czuje się godnym. Wyznaje: „Nie jestem Mesjaszem”. Mówi, że nie jest także Eliaszem, choć sam Jezus widzi go w tej właśnie roli. Nawet odmawia sobie zaszczytnego tytułu „proroka”, choć Jezus uzna w nim kogoś większego niż prorocy. To wszystko są imiona, nazwy, tytuły dla Zbawcy, którego ludzie tamtych czasów wyczekiwali.

Miano, które Jan sobie przypisuje i rola, którą wykonuje, odwołując się do słów Izajasza, są niezwykle skromne: „Jam głos wołającego na pustyni: prostujcie drogę Pańską!” Podziw i zachwyt mogą budzić skromność, prostota, pokora tego potężnego w słowie i czynie proroka na miarę Eliasza. „Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie”. Jan poznał swoje powołanie i zadania. On jest tym, który ma przygotować ludzkość na przyjście Zbawiciela – Jezusa – wtedy i dzisiaj. Czyni to, co jest w jego możliwościach i wie zarazem, że on sam – gdy przyjdzie Chrystus, musi ustąpić, zejść na dalszy plan. I dlatego mówi: „a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandałów”.

Kim naprawdę jestem?

Martin Buber, znany żydowski filozof, opowiada taką historyjkę. Rabbi Sussja na krótko przed swoją śmiercią powiedział: „W przyszłym świecie nie będą mnie pytali: „Dlaczego nie byłeś Mojżeszem?”.  Będą mnie pytać: Dlaczego nie byłeś Sussją?”.

Te słowa rabina mają głęboki sens. Bóg stworzył nas takimi, jakimi jesteśmy. On chciał nas, chciał mnie z moimi dobrymi cechami, zdolnościami, ale także z moimi mankamentami, wadami, z moją słabością. I On chce, byśmy byli wierni sobie, byśmy byli szczerzy wobec siebie samych. Chce, byśmy siebie samych znali i kochali („Miłuj bliźniego jak siebie samego”).  Swoje słabości należy najpierw rozpoznać i zaakceptować, a dopiero potem je korygować i z nimi walczyć. Natomiast moje mocne strony, walory i zalety są po to, bym przy ich pomocy starał się zmieniać świat. Nikogo nie musimy kopiować. Świat nie potrzebuje drugiego Jana Pawła II ani drugiej Matki Teresy z Kalkuty. Świat i Bóg potrzebują mnie i moich talentów, którymi mnie obdarzył.

Do adwentowych zadań należą m. in. dobre poznanie siebie samego oraz szczera odpowiedź na pytanie: „Kim jesteś?” Gdy powiem „tak” - „wobec siebie”, „wobec drugich” i „wobec Boga” - to nasz świat stanie się nieco piękniejszy i bogatszy w szczerość, prawdę i miłość.

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Humor i wiara

  • Adam wrócił do Ewy dopiero rankiem, gdy już było jasno. Ewa zazdrośnie czyni mu wymówki. „Rozważ – Adam próbuje ją uspokoić - na całym świecie jesteśmy tylko ty i ja”. Czule przytuliła się do niego. Ale gdy zasnął, policzyła dokładnie wszystkie jego żebra.
  • Młoda dziewczyna u ginekologa. Bada ją i mówi: „A zatem, proszę powiedzieć mężowi…”. - Ona przerywa: „Nie jestem zamężna.” – „No to proszę powiedzieć swojemu narzeczonemu”. – „Nie jestem narzeczoną”. - „W takim razie niech pani powie swojemu przyjacielowi…” - „Nie mam przyjaciela. Nie mam żadnych kontaktów z mężczyznami.”

Doktor podchodzi do okna i rozgląda się dokładnie na wszystkie strony. Po jakimś czasie dziewczyna pyta nieśmiało: „Czego pan tak szuka?” Doktor odpowiada: - „Otóż ostatni raz, gdy coś takiego się wydarzyło, pojawiła się jasna gwiazda na Wschodzie”.

  • Starsza dama do przyjaciółki: Ostatnio mój mąż stał się bardzo zapominalski. Ale właściwie nie skarżę się.  W tym roku obchodziłam już trzy razy urodziny.
  • Lekarz do mężatki w szpitalu; „Pani mąż coś mi się nie podoba. - „Panie doktorze mnie też nie, ale nasze dzieci są tak bardzo za nim”.

9.12.2017

 

Słowo na niedzielę – 2 niedziela Adwentu -  10.12.2017.

Przygotujcie drogę Panu!

Ewangelia: Marek 1,1-8

 

Adwent – okres tęsknego wyczekiwania. Na co czekamy?  Czekamy na coś czy na kogoś? – to decydujące pytanie tego okresu liturgicznego.

 

Pierwsze zdanie, którym św. Marek zaczyna Ewangelię o Jezusie, brzmi:
„Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym” (1,1). Te słowa wskazują na centrum Radosnej Nowiny przez niego spisanej: jest nim Jezus jako Chrystus, czyli jako Mesjasz (Posłaniec Boży, Pomazaniec) i Jezus jako Syn Boży. Zaś pod koniec swojej Ewangelii wkłada Marek w usta poganina, rzymskiego setnika, słowa wyznania: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym” (Mk 15,39). W ten sposób wyraża on także świadomość wiary młodego Kościoła. Pomiędzy tymi dwoma wyznaniami wiary opowiada Marek o życiu i męce Jezusa. Jezus jest dla niego wyjątkowym człowiekiem, w którym zamieszkało Odwieczne Słowo Boga, które Bóg posłał na świat jako ostatnie i najgłębsze Słowo dla ludzi; człowiekiem, którego światło wydarzeń paschalnych potwierdziło mesjańską prawdę Jego życia i czynów oraz objawiło ostatecznie jako Syna Bożego. Jezus jest Alfą i Omegą Ewangelii i On zaprasza nas, byśmy uczynili go Alfą i Omegą naszego życia.

 

A zatem na pytanie, na co czekamy i kto ma przyjść, trzeba w świetle Ewangelii św. Marka odpowiedzieć: Czekamy na Jezusa – Chrystusa, Syna Bożego, który – co wiemy z bogactwa całego Nowego Testamentu - przyszedł na świat wtedy w Betlejem, który przyjdzie „z wielką mocą i chwałą” na końcu historii, i który teraz jest obecny pośród nas, w życiu Kościoła, w Eucharystii, w sakramentach, także w bliskich już Świętach Jego Narodzenia.  I tak całe nasze życie jest Adwentem nacechowanym napięciem pomiędzy „już teraz” i „jeszcze nie”. Stąd można powiedzieć: w czasie Adwentu otwieramy Jemu tutaj i teraz nasze serca i czekamy na Niego z całym Ludem Bożym „oczekując Jego przyjścia w chwale”.

 

Główną postacią Adwentu jest oprócz Najświętszej Maryi Panny św. Jan Chrzciciel – ostatni z proroków, pustelnik w odzieniu z sierści wielbłądziej i karmiący się szarańczą i miodem leśnym. Przechodził doliną Jordanu i wzywał do nawrócenia i pokuty. Nie był filozofem, ani nawet nauczycielem. Był Głosem wołającym na pustkowiu. Słuchali go najpierw ubodzy z nad rzeki, potem cała judzka kraina, w końcu   także poważni ludzie z Jerozolimy. Jan wołał: „Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki” (Mk 1,3). Tłumaczył ludziom w swój zapalczywy i gniewny sposób, że cała ich mądrość, jest niewiele warta. Że ich drogi są kręte, myśli mroczne, a uczynki obrzydłe. Że gniew zawisł nad nimi. Że muszą coś zmienić w ich życiu.  Dlaczego? Bo: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym” (Mk 1,7).

 

Musiało coś Bożego i mocnego być w tym dziwnym człowieku, skoro wstępowali w nurt rzeki, prosząc, aby obmył ich z ich własnej przeszłości.

 

Czas Adwentu to wsłuchanie się w natarczywe słowa Jana Chrzciciela i zmiana sposobu myślenia (greckie: metanoein) i postępowania. Aby było w naszym świecie trochę mniej mroczno i nie tak duszno. Mniej hałasu a więcej ciszy, skupienia, refleksji. Mniej wojen, terroru, gwałtów, krzywdy i łez, a więcej światła dobrych słów i ciepła czynów miłości. Aby mniej było kłamstw, a więcej prawdy. Mniej cwaniactwa, egoizmu, pychy, a więcej postawy służebnej. Więcej przekory wobec świata i trendów czasu, a mniej uległości. Więcej Bożego Ducha w nas i pośród nas.

Aby się stało nawrócenie!

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

Humor i wiara

  • Św. Mikołaj pyta dzieci: „Kto był w waszym domu najbardziej grzeczny i zawsze czynił to, czego chciała mama?” -  Kilkoro dzieci woła: „Nasz Tata”.
     
  • W Bawarii: „Sepp, może ty wiesz, co to właściwie jest tolerancja? – „Jak by ci to wyjaśnić?... Widzisz, jeżeli pozwolisz, by jakiś luteranin, jakiś ewangelik zapłacił za ciebie „ein Maß Bier”, to to jest tolerancja”.
     
  • W jednym z kościołów w Berlinie znajduje się za ołtarzem obraz Ukrzyżowania Chrystusa a pod nim słowa: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Przed ślubami kościelny musi ten napis przykrywać kwiatami…
     
  • „Mamo, zaoszczędziłem dwa złote”. – „To ładnie, jesteś oszczędnym chłopcem, jak tego dokonałeś?” – „Twój anonimowy list do pani Kowalskiej   zaniosłem nie na pocztę, lecz  dałem jej osobiście”.
4.12.2017

1.12.2017

 

Słowo na niedzielę
1 niedziela Adwentu B   -  3.12.2017.

 

Czuwajcie!

Ewangelia: Marek 13,24-37

 

Z pierwszą niedzielą Adwentu rozpoczyna się w życiu wspólnoty chrześcijan Nowy Rok. Kościół Katolicki wita go nie petardami, hukiem wystrzałów, szampanem i proklamacjami, lecz cicho i skromnie, prawie niezauważalnie. Ale orędzie w tym dniu głoszone ma wagę ogromną: jest to wieść o Adwencie, tzn. o przyjściu Boga do nas.

 

Czy naprawdę liczymy się z przyjściem Boga w nasz świat? Czego oczekujemy od tego wydarzenia? Radosnego świętowania narodzin Jezusa? Świadomego doświadczenia bliskości Boga, Odkupiciela i Zbawcy? Powtórnego przyjścia Chrystusa na końcu czasów jako Sędziego, przed którym trzeba będzie zdać sprawę ze swego życia? Nowego Stworzenia, nowego Nieba i nowej Ziemi? Przeróżne mogą być nasze adwentowe oczekiwania i nadzieje.

 

„Czuwajcie! – mówi Chrystus w niedzielnej Ewangelii. „Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. (…) Czuwajcie wiec, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora, czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy nie zastał was śpiących” (Mk 13, 33. 35-36).

 

Czuwanie, czujność - mają różne niuanse. Może to być na przykład ostrożność lub czujna przewidywalność w obliczu konkretnych niebezpieczeństw lub po wstrząsających wydarzeniach.  Duchowa postawa czujności polega jednak na czymś innym. Idzie w niej o uważność, gotowość, obecność i zaangażowanie. Człowiek czuwający jest „u siebie” i „w sobie samym”, a przecież przerasta siebie, wykracza poza siebie, patrzy poza i ponad ciasny krąg swojego świata, swego małego podwórka. Jest skupiony, ale nie zamknięty na świat i na ludzi. Nie musi wszędzie być, nie musi czynić wszystkiego, ale jest gotowy do uczestnictwa, do współdziałania.

 

Być czujnym!… Są sytuacje w życiu, gdy czuwanie przychodzi z trudem – gdy jesteśmy zmęczeni, przepracowani, „wykończeni”, gdy nasze fizyczne i psychiczne energie są zużyte i potrzebujemy bezwzględnie jakiejś twórczej przerwy. Znają to dobrze kierowcy. Po wielogodzinnym prowadzeniu auta koncentracja słabnie, grozi niebezpieczeństwo spóźnionego reagowania. Różne środki pobudzające, np. „mała czarna”, mogą zadziałać tylko na krótko. Brak nam świeżości i uważności.

 

Są jednak w życiu sytuacje, kiedy mimo zmęczenia potrafimy być czujni i czuwamy: gdy rodzice oczekują narodzin dziecka lub gdy poważnie chore dziecko, współmałżonek, rodzice, przyjaciele oczekują naszej pomocy i obecności. Tym co wtedy pomaga nam być uważnymi i czuwać, godzinami i dniami, nawet nocą i przez tygodnie, jest postawa wierności i miłości.  Takie czuwanie staje się błogosławionym oczekiwaniem – w nadziei i radości.

 

Czas Adwentu zaprasza do takiego wyczekiwania, czuwania i wypatrywania. Dla chrześcijan to czekanie nie jest jakimś niepewnym „być może”, czekaniem na „godzinę X”, w której ma wydarzyć się coś nieznanego lub niesamowitego. Jest to pełne zaufania i nadziei radosne oczekiwanie na Kogoś, kogo znamy i kochamy: na Jezusa Chrystusa. Oczekiwanie Jego przyjścia można porównać do przyjścia człowieka, z którym już od dawna jest się w kontakcie telefonicznym lub listowym, ale którego jeszcze nie widzieliśmy „twarzą w twarz”, a którego chcielibyśmy zobaczyć, jak on naprawdę wygląda.

 

Jezusa poznajemy i spotykamy (duchowo) w słowie Pisma Świętego, w modlitwie, w sakramentach, we wspólnocie wiary, w sytuacjach życiowych, w których doświadczamy Jego obecności. Ale przecież coś w nas tęskni za czymś więcej, za tym, by zobaczyć Go takim, jakim jest. On przecież obiecał: „Idę przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę ponownie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14,2).

 

Na czas pomiędzy Jego odejściem a ponownym przyjściem Jezus powierzył odpowiedzialność za całe Jego dzieło nam wszystkim, podobnie jak czyni to w ewangelicznej przypowieści pan domu wobec sług, zanim uda się w podróż. Naszym zadaniem jest zatem mówić i działać w Jego zastępstwie, „na Jego miejscu”, według jego myśli i zamierzeń; operować słowami i czynami w Jego Duchu. Mamy być Jego świadkami, uobecniać Go całym swoim życiem.

 

Adwent wzywa nas do refleksji: Jak wypełnię to zadanie, by „w miejsce Jezusa” myśleć, mówić, działać jak On – w rodzinie i sąsiedztwie, w miejscu pracy, w życiu publicznym? Czy inni mogą odczytać we mnie obecność Jezusa?  Czy jestem poprzez moje życie Ewangelią Jezusa, dobrze czyniącym, uwalniającym i zbawczym orędziem Jego Bliskości?

 

Adwent 2017 – oczekiwanie na powrót Pana, zwracanie uwagi na znaki Jego Przyjścia, tęsknota serca taka, jaka cechowała pierwszych chrześcijan, którzy w modlitwie ustawicznie wołali: Maranatha! – Przyjdź, Panie Jezu! Przyjdź prędko! Nie zwlekaj!

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak


 

Humor i wiara

  • Mama mówi do swoich dwojga dzieci:
    „Na święta Bożego Narodzenia nie życzę sobie nic innego jak tylko dwoje grzecznych dzieci!”.„Wspaniale” – mówi najstarsze z nich. „Wtedy będzie nas czworo”.

     
  • - Kto to jest niedowiarek? – To taki człowiek, który modli się o deszcz i nie zabiera ze sobą parasola.
     
  • W proboszczowskim ogrodzie czereśnie już dojrzały. Ksiądz zna dobrze urwisów w sąsiedztwie i ich apetyty. Dlatego na drzewie umieścił szyld: „Pan Bóg widzi wszystko!”. Na drugi dzień spostrzega, że czereśni zostało niewiele i czyta na nowym szyldzie: „Ale nie donosi”.
     
  • - „Tato, jak to Pan Bóg zrobił, że udało mu się stworzyć świat w ciągu sześciu dni?” - „Nie musiał polegać na rzemieślnikach.”
     
  • Dwóch kumpli przy piwie:
    - „Podobno niedawno się ożeniłeś.”
    - „Zgadza się.”
    - „No to teraz wiesz, na czym polega prawdziwe szczęście.”
    - „Tak, ale już jest za późno”.

NIEDZIELA
19 listopada 2017

 

Służba na rzecz bliźnich jest przedłużeniem dzisiejszej niedzielnej Eucharystii. Jej cenę stanowi nie ludzki poklask, ale uznanie w oczach Boga.

 

Czytania mszalne na stronie:

http://liturgia.wiara.pl/kalendarz/67b60.Kalendarz-ekumeniczno-miedzyreligijny/2017-11-19

Słowo na niedzielę – 31 niedziela zwykła A -  5.11.2017.

 

       Jeden jest tyko wasz Nauczyciel i Mistrz

Ewangelia: Mateusz 23,1-12.

 

Słowa Jezusa są jednoznaczne: „Nikogo na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie”.  

 

A my wszystkich zakonników nazywamy bez zająknięcia „ojcami”.  Dla głowy Kościoła Jezusa, papieża (to słowo pochodzi też od „ojca”) wymyślono jeszcze znaczniejszy tytuł: on jest dla nas „Ojcem Świętym”. Ale Pan Bóg w modlitwie przekazanej przez Jezusa jest tylko „Ojcem naszym”.

 

„Nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel. (…) Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus”.

 

My zaś nazywamy się nauczycielami, ekscelencjami, magnificencjami, arcybiskupami, prałatami, kanonikami, księżmi (to od „księcia”), magistrami, doktorami - nawet habilitowanymi… I nawet przez moment nie przyjdzie nam do łepetyny myśl, że to jest sprzeczne z nauczaniem Jezusa, nie mówiąc już o dyskomforcie sumienia czy złym duchowym samopoczuciu. To przecież takie normalne, od wieków…

 

Jak widać, nie robimy sobie nic z Chrystusowej Ewangelii!!!

 

Jak dobrze zatem, że Jezus powiedział: „Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią.”

 

Zawsze tak jest: słowa mijają, a rzeczy, sprawy i czyny człowieka pozostają. Nie chcemy być oszukiwani, chcemy, aby uczynki „nauczycieli” i wszystkich postawionych na świeczniku w Kościele czy w państwie, w organizacjach lub stowarzyszeniach, w szkole i w rodzinie, odpowiadały słowom, a słowa prawdzie. Są to bowiem dla nas rzeczy tak nierozłączne, że w sytuacji rozbieżności podejrzane staje się wszystko: uczynki, słowa i prawda… A to jest bardzo niebezpieczne, nawet zgubne – dla nauczycieli i dla nauczanych!  Warto znać granice kłamstwa. Bo bywało i bywa, że przez obłudę tracimy wiele.

 

W życiu Kościoła często bywa tak, że trzeba odrzucić uczynki „wielu nauczycieli”, a wiernie zachować słowa Jednego Mistrza – Chrystusa!

 

Jezus ostrzega swych uczniów – wtedy i dziś - przed pychą intelektualną, to znaczy przed wynoszeniem się nad innych z powodu rzeczywistej lub rzekomej przewagi nad innymi w zakresie umysłu i wiedzy. Jego słowa odnoszą się zwłaszcza do tych, którzy w oparciu o wykształcenie, zajmowane stanowisko czy wykonywane funkcje górują nad innymi. Ich wszystkich ostrzega przed próżnością i tytułomanią. Apeluje o odcięcie się od złych wzorów, zaleca pokorę i prostotę braterską.

 

Najlepszym zaś sposobem zdobycia pokory jest wykonywanie posługi względem bliźnich, służenie im w braterskiej miłości: „Największy z was, niech będzie waszym sługą.”

 

Jerzy Grześkowiak  (zgodnie z Ewangelią Pana bez tytułów)

 

Humor i wiara

  • Przeżywaliśmy rok Jubileuszu Reformacji. Dlatego coś z życia Kościoła ewangelickiego:

Pastor od dłuższego czasu siedzi przy biurku przygotowując niedzielne kazanie. Jego mały synek pyta: „Tatusiu, skąd wiesz to wszystko, co masz napisać?” - „To podpowiada mi Pan Bóg” - odpowiada ojciec. – „To dlaczego tyle rzeczy skreślasz i stale coś poprawiasz?”

  • „Skąd właściwie bierze się reumatyzm?” – zapytuje Alojzy księdza proboszcza przy wspólnej kawie w barze. – „Przede wszystkim z nieprawidłowego stylu życia: za dużo jedzenia, picie alkoholu, złe prowadzenie się, kontakty z kobietami lekkich obyczajów. Ale właściwie dlaczego pytasz?” - „Bo czytałem w gazecie, że nasz biskup ma reumatyzm”.
  • Na lekcji religii katecheta uczy: „Dzieci są darem Boga!” Z tyłu pada pytanie: „To dlaczego te dary Boże się bije?”

Mówią, ale sami nie  czynią…

Słowo na niedzielę – 30 niedziela zwykła A – 30.10.2017.

Przykazanie największe

Ewangelia: Mateusz 22,34-40.

 

„Bogu dzięki!” – powiedzieli zapewne z głębi serca słuchacze Jezusa. Nie 248 przykazań i 365 zakazów, czyli razem 613 przykazań - bo tyle ich wyliczali uczeni Piśmie w czasach Jezusa - lecz tylko dwa przykazania, od których wszystko zależy. A właściwie tylko jedno przykazanie: Miłość! Miłość w dwóch uszczegółowieniach: Miłość Boga i miłość człowieka. Tak brzmi krótka odpowiedź Jezusa na pytanie uczonego w Piśmie: „Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?”

Tylko jedno przykazanie, ale ogromnie ważne i niesłychanie wiele wymagające. „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie”.

Przeliterujmy słowa Jezusa.

„Miłować całym sercem”: nie idzie o wiele słów, o długie modlitwy, o wielkie osiągnięcia. Idzie o wnętrze, o nasze serce, o szczerą miłość do Boga. Serce to centrum ciała. Kochać całym sercem, to znaczy kochać całym sobą, całą swoją osobowością, także ciałem i jego wszystkimi organami i zmysłami. Wierzyć i kochać oczyma i uszami, rękoma i nogami, oddechem, powonieniem, smakiem i dotykiem. Wiara to przede wszystkim relacja miłości. Chodzi o to, by wznosić ku Bogu swe serce. Nie tylko rano i wieczorem, lecz często trwać w dialogu z Bogiem: Ty jesteś dla mnie. Ja jestem dla Ciebie. Ty kochasz mnie. Ja kocham Ciebie. Ty mój Boże, moje szczęście i moje wszystko!

„Całą duszą”: to mój najbardziej wewnętrzny rdzeń, niezniszczalne centrum, któremu już w chrzcie przyobiecał Bóg wieczne życie. Ale i ono jest zależne od ludzkiej wolności. Mogę „swoją duszę stracić”, jeśli nie słucham jej głosu.

„Całym swoim umysłem”: Wiara wiąże się także z rozumem i z wiedzą. Starożytni mawiali: „fides quaerens intellectum”wiara szuka rozumu. Rozum pragnie uzasadnień dla tego, w co ma wierzyć. Wiara nie jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem. Papieże Jan Paweł II i Benedykt XVI pisali sporo na temat relacji między rozumem i wiarą.  Co czynię dla wzrostu mojej wiedzy religijnej? Co czytam? Jak się dokształcam w sprawach wiary?

Miłość to obecność.  Miłować Boga – to najpierw wierzyć, że jest obecny, bliski, i być z Nim, czyli cieszyć się Jego obecnością. Zapatrzyć się weń duchowo, radośnie i wielbić Go we wszystkich przejawach Jego obecności w tym świecie. Kontemplować Go w śladach Jego miłości i piękna – w świecie zewnętrznym, w mądrości, pięknie i harmonii wszechświata i w ludziach, stworzonych na obraz Boży.

Miłość znaczy zaufanie. To nie jest proste. W naszym ludzkim świecie zaufanie weryfikuje się doświadczeniem. Ale zaufania do Boga nie da się najczęściej zweryfikować. Ludzie tak często mają nieudane, kiczowate życie, chociaż nie tak je sobie układali i nie zawsze są winni, że wypadło odmiennie od zamierzeń. Jak trudno zawierzyć, że także i ono ma swój ukryty sen. Tyle modlitw niewysłuchanych. Tyle bolących zrządzeń losu. Trudno nieraz zaufać. Jego drogi nie są naszymi drogami. Jego wyroki bywają niepojęte. Ale przecież pomimo wszystko gra jest fair. Bo jeśli jest Bóg, to tylko taki, który z całą pewnością mnie kocha. Dlatego pozostaje mi tylko powtórzyć za św. Pawłem: „Wiem, komu zawierzyłem”.

Miłość to czynić dobro. Czym jest człowiek, aby mógł dobro czynić Bogu? Ale przecież Bóg stał się człowiekiem. Żadna ludzka logika nie wytłumaczy Wcielenia.  Odkąd jednak Bóg stał się człowiekiem, człowiek może czynić dobro Bogu – przez czynienie dobra człowiekowi. „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili” – to słowa Jezusa. I w tym jest piękno i groza. Z wielu powodów. Także dlatego, bo wiemy, co człowiek czyni człowiekowi. Co czyni każdy z nas. I dlatego drugie przykazanie „podobne” jest do pierwszego: „Będziesz miłował swego bliźniego, jak siebie samego”.

Miłość, o jakiej myśli Jezus, to nie uczucia, nastrój, lecz pójść do kogoś, kto samotny i czeka; to mieć czas dla tego, kto cierpi i jest udręczony; to wstawienie się i i otwarcie ust w imieniu krzywdzonych i poszkodowanych. Miłość bliźniego to walka z zazdrością, uczuciami wyższości i chęcią posiadania zawsze racji. Miłość to odgadywanie potrzeb drugich i pomoc w dźwiganiu ich cierpienia.

Na końcu życia Bóg nie będzie nas pytał o osiągniecia, sukcesy, tytuły, ordery, o zgromadzone bogactwa i konta w bankach, o wybudowane domy, o to, czy udało się nam przejść przez życie bez strat…  On popatrzy na nas z miłością i zapyta: Gdzie są ludzie, dla których byłeś im bliźnim, którym pomogłeś żyć po ludzku, których umocniłeś nadzieją? Karl Rahner powiedział: „Na wadze Boga będą ważone tylko serca”.

Właściwa odpowiedź na miłość Boga jest tylko jedna, a wyraża ją Jan Kasprowicz:

Sercem Go przyjąć gorącym,

Na ścieżaj otworzyć wrota.

Oto, co czynić wam każe

Miłość, największa cnota.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

Humor i wiara

* - „Witek, czy słyszałeś, że w Izraelu odkryto rękopisy, z których wynika, że Jezus miał żonę i sześcioro dzieci?” –  Witek: „Czyli innymi słowy, cierpiał jeszcze bardziej niż sądziliśmy.

* Szkockie małżeństwo wędruje w Alpach i wpada nieszczęśliwie w szczelinę lodowca. Następnego dnia słyszą głos z góry: „Halo, tutaj Czerwony Krzyż!”. Szkot z dołu odpowiada: „My nic nie dajemy”.

* Ksiądz u psychiatry. Ten mi. in. pyta go: „Czy ksiądz mówi we śnie?”

„Nie” - odpowiada ksiądz - „Ja mówię, podczas gdy inni śpią”.

                                 Słowo na niedzielę – 29 niedziela zwykła A – 22.10.2017.

                      

Cesarskie i boskie

                       Ewangelia: Mateusz 22, 15-21.

 

„Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?” Takie pytanie postawili Jezusowi Jego przeciwnicy z przewrotnym zamiarem, „by podchwycić Go w mowie”. Byli to faryzeusze podtrzymujący niezadowolenie z obcych rządów i podburzający skrycie lud do niepłacenia podatków, a razem z nimi zwolennicy Heroda będący jednocześnie obrońcami rzymskiej racji stanu. Nienawistny plan wykonują elegancko, „w białych rękawiczkach”, przymilając się obłudnie w patetycznym wstępie: „Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką, Powiedz nam więc…”.

Jakakolwiek odpowiedź Jezusa mogła spowodować groźne konsekwencje. Odpowiedź: godzi się płacić - oburzałaby lud; odpowiedź: nie godzi się – spowodowałaby represje ze strony władzy. Oto pułapka zastawiona Jezusowi przez wrogów.

Po odkryciu złych zamiarów stawiających obłudne pytanie, mógłby Jezus uchylić się od odpowiedzi. A jednak tego nie uczynił.  Po obejrzeniu wizerunku na monecie, którą przecież jak każdy Izraelita dobrze znał, dał odpowiedź zaskakującą pytających i jednocześnie odpowiedź na przyszłość. „Oddajcie Cezarowi, to co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”.

 Sens odpowiedzi leży w rozgraniczeniu dwóch obszarów, czy też odniesień, życia: państwowego i religijnego. W rozgraniczeniu jednak nie antagonistycznym, lecz zgodnym, zharmonizowanym. Władza państwowa i w ogóle ziemska, ma swoje, autonomiczne kompetencje, i należy je uszanować. Nie wolno jednak zapominać o tej innej, ważniejszej, Bożej władzy nad ludźmi. Wszyscy, a więc i reprezentanci władzy państwowej powinni uznać prerogatywy Boga, a więc oddać Bogu to, co do Niego należy.

A do kogo należy człowiek? Pewne jest, że ludzkie wnętrze nigdy nie bywa naprawdę puste. Zawsze jest w nim jakiś ołtarz i jakieś ofiarne pasemko dymu całopalnych ofiar. Bogu? Bożkowi? Cesarzowi? Bóg jest śmiercią bożków, ale oszczędza cesarzy. Problem w tym, że cesarzom często wadzi Bóg, zaś ludzie zapominają, że nie każdy stół bywa ołtarzem…

Chrześcijanie nigdy nie nadawali się na posłusznych obywateli imperiów przypisujących sobie niemal „boskie prerogatywy”. Ich lojalność miała swoje nieprzekraczalne granice. Płacili podatki, służyli w wojsku, wykonywali prace publiczne, ale były rzeczy, których nie zrobiliby nawet dla cesarza, króla, wodza, „pierwszego sekretarza”. Bo mieli innego Pana. W chrześcijanach jest coś takiego osobliwego, że każda samowolna władza czy dyktatura zwracała się zawsze nieomylnie przeciw nim. Bo chrześcijanie nie byli wszechpokornym cieniem ani schlebiającymi sługusami, ponieważ mieli „innego Pana”. Mimo wszystko wiedzieli, że nie każdy stół jest ołtarzem. I starali się oddawać Bogu to, co nikomu innemu nie jest należne.

A ja sam?

          Boże, to ja sam jestem tym, który należy do Ciebie. Bo Ty ofiarowałeś mi życie. Ty znasz mnie od początku. „Twoje oczy widziały, jak powołałeś mnie do istnienia. I wszystkie moje czyny są spisane w Twej księdze, dni określone zostały, chociaż żaden z nich jeszcze nie nastał. Ty, Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie moje drogi są Ci znane. Ty ogarniasz mnie zewsząd i kładziesz na mnie są rękę” (Ps 139, 16. 1-3. 5).

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

 

Humor i wiara

  • Napoleon - podczas jednego z licznych momentów furii, w których czuł się wszechmocny – zagroził, że zniszczy papiestwo i cały Kościół. Kardynał Consalvi, nie zdradzając najmniejszego poruszenia, skwitował:

„To się nie uda, Wasza Wysokość. Nie zdołaliśmy tego zrobić przez   osiemnaście wieków my, księża, naszymi błędami i słabościami, a Wasza Wysokość chciałbyś to zrobić sam w kilka lat?”.

  • Papież Jan XXIII określił kiedyś Karla Bartha (wybitny teolog protestancki) „największym teologiem współczesnych czasów”. Kiedy Barth dowiedział się o tym, wydał się bardziej zmartwiony niż zadowolony. Zdziwionym wyjaśnił: „Na litość, ależ mam dylemat! Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak przyznać, że papież jest naprawdę nieomylny!”

16.10.2017

 

Coś dla niedowiarków

 

https://milujciesie.org.pl/w-drodze-do-wiecznosci.html

15.10.2017

 

Słowo na niedzielę - 28 niedziela zwykła A -  15.10.2017

 

               Zaproszeni na ucztę

Ewangelia: Mateusz 22,1-14

 

W tej przypowieści napotykamy pewne niejasności bądź przerysowania. Gdzie zdarza się coś takiego, że król, czy ktokolwiek inny, zaprasza na uroczystość weselną, a zaproszeni odmawiają. Zaproszenie zostaje ponowione, ale niewielu to obchodzi, co gorsza posłańcy króla zostają znieważeni i zabici.

 

Gdyby się rozeszło, że w jakiejś restauracji serwują za darmo piwo i kiełbaski ludziska ustawialiby się w kolejce od rana. Czy gdziekolwiek dzieje się tak, że ktoś na własny koszt wyprawia ucztę i zaprasza na nią wszystkich napotkanych na ludzi, obojętnie kim są?

A jeśli ich zaprosił, to dlaczego wyrzuca kogoś, kto nie mógł mieć uroczystej szaty, tylko właśnie taką „z ulicy”?

 

To nie jest zatem opowieść wzięta żywcem z życia.

To przypowieść obrazująca historię Boga z ludzkością. Mówi nam ona coś bardzo ważnego i istotnego o Bogu. Bóg się nie zraża, gdy idzie o człowieka, tak łatwo się nie poddaje. Jest cierpliwy. Bóg wychodzi naprzeciw człowiekowi, szuka go i zaprasza. Świętowanie z Bogiem, uczta radości i szczęścia odbędzie się ze stuprocentową pewnością. Takie gwarancje może dać tylko miłosierna Miłość.

 

Na przykładzie człowieka bez odpowiedniej szaty godowej Jezus ukazuje, co jest bezwzględnie konieczne ze strony człowieka.  Ów z ulicy być może pomyślał: w łachmanach jestem, brudas, ale co mi tam, wszyscy idą, więc ja też się załapię. I chyba idzie w tej przypowieści o to, by sobie uświadomić, że ode mnie też coś zależy. Tu tkwi sedno tej przypowieści: zaproszeni są wszyscy. Bóg przyjmuje nas takich, jacy jesteśmy. Bo w swej nędzy duchowej i grzeszności wszyscy jesteśmy skazani na Boże miłosierdzie, które wychodzi naprzeciw wszelkim ludzkim tęsknotom. Ale to nie znaczy, że ma być nam obojętne, czy my w takiej godnej pożałowania sytuacji dalej tkwić będziemy, albo - co gorsza - mamy w niej upodobanie.

 

Przypowieść o godach weselnych jest poważnym upomnieniem Jezusa ze względu na naszą beztroskę, lekkomyślność i nieobliczalność. Człowieka, który bez odpowiedniej szaty wszedł na ucztę, czeka to samo, co tych, którzy wzgardzili zaproszeniem.

 

Bóg bierze nas takimi, jacy jesteśmy – to jedna prawda.

A druga: udział w świętowaniu z Bogiem wymaga „odpowiedniej szaty”.

 

Inaczej mówiąc: nieodzowne jest nawrócenie, zmiana w myśleniu i postępowaniu, lub lepiej: trzeba pozwolić Bogu, by coś we mnie zmienił.

 

Konsekwencje dla życia?

Kto przyjmuje zaproszenie od Boga, musi odrzucić niejedno inne zaproszenie. Bilet wstępu na ucztę weselną jest darmowy, ale mimo wszystko „coś kosztuje”. Ceną, jaką trzeba zapłacić, jest gotowość „przywdziania nowego człowieka, stworzonego na obraz Boży” (Ef 4,44).

 

Nie mogę tkwić wiecznie w starych łachmanach.  „Szata godowa”, szata weselna to: stać się nowym człowiekiem.

Przy chrzcie kapłan zakładając mi białą szatę powiedział: „Ta biała szata jest dla Ciebie znakiem, że przyodziałeś Chrystusa. Zachowaj tę godność na całe życie”.

 

Gdy Bóg zaprosi nas - ostatecznie w chwili śmierci - na wielką Ucztę w Królestwie Niebieskim – w jakiej szacie się przed Nim pojawimy?

 

„Weselną szatą” jest moje życie. To co przeżyłem i czego nie przeżyłem, z czego świadomie dla jakiegoś dobra zrezygnowałem; moje radości i ekstazy oraz mój ból i moje rany. To relacje z ludźmi, które nawiązałem, udane i nieudane. To czego dokonałem i czego zaniedbałem, to przeżycia pełne szczęścia, ale też cierpienia. Moja szata utkana jest z pyłu ziemskiego i z gwiazd, z codzienności i Bożego blasku ją upiększającego. Moja szata to całe moje życie. Z nim wejdę przez „Bramę Bożego Miłosierdzia” do świątecznej sali Niebiańskiej Uczty wiecznego wesela.

 

Dobrze nam zrobi, jeżeli od czasu do czasu spojrzymy w lustro, by popatrzeć wnikliwiej na szatę swojego życia. Może potrzebuje ona bezwzględnie solidnego prania?

Po to, by była naprawdę „szatą w duchu Chrystusa”!

 

A może trzeba ją nieco inaczej skroić, wnieść poprawki? 

 

Wszystko po to, by pewnego pięknego dnia Jezus powitał mnie słowami: „Przyjacielu, jak dobrze, że jesteś! Teraz możemy naprawdę radośnie świętować!”

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

Humor i wiara

Święta Teresa z Avili  (liturgiczne wspomnienie – 15. 10.)

Podczas jednej z podróży, której celem było wizytowanie klasztorów, ciągniony przez woły ciężki wóz, wiozący siostry zakonne, ugrzązł w mule kastylijskiej rzeczki. Teresa zaczęła żalić się Bogu:

 „Panie, zachowujesz się wobec mnie w sposób nad wyraz ekstrawagancki. Jeszcze chwila, a utopiłabym się wraz z moimi zakonnicami…”.

Po chwili usłyszała głos Boga, który wyjaśniał; „Tak traktuję moich przyjaciół…”.

„Teraz rozumiem, dlaczego masz ich tak niewielu!” – podsumowała Teresa.

Słowo na niedzielę – 27 niedziela zwykła A. -  8.10.2017

 

Boża winnica (Mateusz 21,33-43)

 

Wszystko, o czym opowiada przypowieść Jezusa o dzierżawcach winnicy stało się już w przeszłości, działo się w chwili jej opowiadania albo – skryte za horyzontem czasu – miało dopiero przyjść. Naród wybrany drobiazgowo wypełniał przepisy rytualne, mordując równocześnie proroków. Przywódcy religijni mieli przed oczyma wielkość wybrania i obowiązek wierności, kiedy jednak przyszedł Syn Boży, zabili Go, mniemając, że ratują Lud Przymierza: „Bo lepiej, aby jeden zginął za wielu...”

 

„Sprawa Jezusa” wraz z egzekucją na Golgocie pozornie została zakończona. W obliczu widomej klęski mizerna sekta Jego wyznawców powinna była zniknąć w ciągu kilku lub kilkunastu lat. A stało się całkiem inaczej. „Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił i jest cudem w naszych oczach”.

 

Jezus został wprawdzie zabity przez poprzednich dzierżawców winnicy Bożej, lecz mocą Boga zmartwychwstał. Założył Kościół i pozostał w nim jako Głowa Mistycznego Ciała.

 

A potem przyszedł czas, kiedy upadła Świątynia, a do nietykalnego miejsca „Świętego świętych” wszedł rzymski żołnierz z płonąca głownią w ręku. Jerozolima zmieniła się w martwe pole gruzów utkane krzyżami. Stało się, jak przepowiedział Odrzucony: „Kto padnie na ten kamień, rozbije się, a na kogo on spadnie, zmiażdży go”.

 

To, co zostało zapoczątkowane w Jezusie i przez Jego słowa i czyny, stało się w Jego wyznawcach ziarnem gorczycznym i zakwasem w cieście i stopniowo objęło ludy, o których się ani Izraelitom ani Rzymianom nawet nie śniło: „Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce.”   I tak się stało. Przyszli obcy z czterech krańców ziemi i stali się Kościołem Chrystusa, Ludem Nowego Przymierza.

 

Wraz ze szczęściem, że do tego Ludu Bożego należymy, błąka się trwożne pytanie: czy aby historia się nie powtarza?

 

To wszystko dotyczy także nas. Bo w naszych dziejach także bywali i są zabijani prorocy. Dziś też zabija się niewinnych. Bo i my sami – jak winnica, o której w czytaniu opowiada prorok Izajasz (5,1-7) –  bardzo często rodziliśmy i rodzimy owoce odmienne od oczekiwanych. Nikt nie jest bez winy. Czy w Bożej winnicy dziś nie za wiele troski o sprawy drugorzędne, o drobiazgowe przepisy dotyczące spraw wiary i kultu? Czymże się to różni od tamtych przepisów? Czy nie za wielu uwagi poświęconej urzędom, instytucjom, strojom, mitrom, tytułom, czołobitności dla „arcykapłanów i uczonych w Piśmie”?

 

Idzie tu też o winnicę Bożą w naszej polskiej wspólnocie narodowej.  Nie wolno i nie da się przekreślić tysiącletniej przynależności narodu polskiego do Boga, do Jezusa i Kościoła. Jest to dziedzictwo wielkiej tradycji naszej państwowości i tworzy sam rdzeń kultury narodowej. Nie pozwólmy jej usuwać ani z życia polskich rodzin ani z publicznego życia naszego państwa. Oby młode pokolenie nie wyrugowało z pamięci i serca tych wartości którymi żyło poprzednie, a które wyrażaliśmy w często śpiewanej pieśni: „My chcemy Boga w rodzin kole, w troskach rodziców, w dziatek snach. My chcemy Boga w książce, w szkole, w godzinach wytchnień, w pracy dniach”.

 

Oprócz wielkiej winnicy Bożej: światowej, narodowej, jest jeszcze inna winnica – w małej skali: to każdy z nas, to każdy pojedynczy człowiek, to ja sam - moja osobowość i moje życie. Nie wolno mi zaniedbać troski o uprawianie tej Bożej roli. Trzeba wyciągnąć ręce do modlitwy, także wspólnej – jak w minioną sobotę w „Różańcu do granic i poza granice” i do pożytecznej pracy przynoszącej owoce winnicy.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

Humor i wiara

Żarty proboszcza z Ars - św. Jana Vianneya (1786-1859)

  • Pewna wdowa. Niepocieszona w bólu po stracie męża, pyta proboszcza z Ars: „Czy mój mąż jest w czyśćcu?

W odpowiedzi słyszy: „Córko moja, nie wiem, nigdy tam nie byłem…”.

  • Jedna ze spowiadających się, po raz setny ze szczegółami opowiada koleje swego życia. Zmęczony już tym proboszcz pyta:

„Uprzejma damo, w którym miesiącu w ciągu roku mówi pani najmniej?”.

„Nie mam pojęcia…”.

„To ja pani powiem: to musi być luty, ponieważ jest o trzy dni krótszy od innych”.

7.10.2017

 

W całej Polsce akcja "Różaniec Do Granic"

Celem jest modlitwa o pokój dla Polski i całego świata

 

O pokój dla Polski i świata modlić się będą uczestnicy akcji "Różaniec Do Granic" - dziś milion osób ma stanąć wzdłuż granicy, by wspólnie odmówić różaniec. Modlitwa odbędzie się na górskich szczytach i na morzu, na lotniskach,

w bazie wojskowej w Afganistanie i za kołem podbiegu-nowym.

Proszę nakliknąć, aby powiększyć.

1.10.2017

 

Słowo na niedzielę – 26/ niedzielę zwykłą A.  – 1.10.2017

 

Co ważniejsze: słowo czy czyn?

     Ewangelia: Mateusz 21, 28-32.

 

Słowo bywa różne. Słowo wyraża, przekazuje i budzi – myśli, uczucia, przekonania, dążenia. Cenimy tylko słowo szczere i uczciwe, słowo prawdy. Bywa bowiem nadużywane i służy złu, a wtedy ginie jego sens i wartość. Klęska słowa, jego prawdziwości – w twierdzeniach czy w obietnicach – jest klęską człowieka w jego relacjach międzyludzkich i burzy podstawy społecznego współżycia.

 

Na pytanie Jezusa, który z dwóch synów w przypowieści spełnił wolę ojca, była tylko jedna odpowiedź, że ten drugi. Ten, który w pierwszej chwili odburknął ojcu niechętnie i powiedział „Nie”, a jednak po refleksji opamiętał się i poszedł do winnicy, podjął pracę i wykonał polecenie.

 

Adresatami nauki płynącej z przypowieści Jezusa są nie tylko arcykapłani i przywódcy ludu, lecz wszyscy Jego uczniowie i wyznawcy. Dwaj bracia w przypowieści są upostaciowaniem dwóch rodzajów ludzi.

 

Jedni celują w pozorach religijno-moralnych. Głoszą wspaniałe deklaracje wierności Bogu, wypowiadają spontanicznie piękne słowa: „Panie, Panie, tak!”, ale poprzestają na uczuciowych wzlotach nie mających pokrycia w czynach, w działaniu, w życiu moralnym, w trosce o człowieka, w sprawach społecznych. Dla nich ta przypowieść Jezusa stanowi groźne memento. Jezus ostrzega, że celnicy i nierządnice mogą takich uprzedzić w drodze do Królestwa Niebieskiego.

 

Druga grupa to ludzie świadomi swoich grzechów i słabości, mówiący nieraz Bogu: „Nie!”. Dla nich płynie z tej Ewangelii otucha, że nie muszą być ostatnimi, że mają stale szansę u Boga. Mogą być głęboko przekonani, że Ojciec Niebieski nigdy ich nie spisze na stratę. On ciągle czeka na ich powrót, nawet gdyby odeszli bardzo daleko od Bożej drogi przykazań. Należy tylko zejść z drogi „bezbożności”, czyli z drogi „bez-Boga”.

 

Bogu należy zawsze mówić „Tak”. Ale same słowa nie wystarczą, by się zbawić. Nawet najpiękniejsze i najbardziej wyszukane. Najważniejsze są czyny. Do wszystkich wołała mistrz słowa klasy najwyższej C. K. Norwid:

 

„Czynem bądźmy pierw, niźli grzmotem.

Górą czyny! Słowa? Potem!”

 

Jak często piękne słowa mają w naszych międzyludzkich relacjach wypełnić pustkę myśli, uczucia, woli! Usiłuje się nimi zastąpić dobre i mądre, niekiedy bardzo oczekiwane, nawet konieczne czyny. Mówi się dużo, choć to niepotrzebne ani nic nie wnosi. Trafnie to zauważył krakowski profesor i poeta Adam Asnyk:

 

Ten ma największe hojności porywy,

Komu fortu a odmówiła mienia.

A ten najbardziej bywa gadatliwy,

Co nie ma właśnie nic do powiedzenia.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

                          -                 -                 -

 

                                 Humor i wiara

 

Angelo Giuseppe Roncalli (późniejszy papież Jan XXIII) nie był osobą, która zawracała sobie głowę głupstwami; potrafił realnie patrzeć na życie, a uśmiech rzadko schodził z jego ust. Nawet z najbardziej trudnych sytuacji umiał wyjść bez kłopotu. Na jednym z przyjęć wszyscy goście z olbrzymim zaciekawieniem patrzyli, jak nuncjusz zachowa się w obecności niezbyt skromnie ubranych kobiet. Niektóre z nich, z udawaną pruderią, zakrywały nadmiernie wyeksponowane dekolty maleńkimi chusteczkami, ale skutek był dość śmieszny.

 

Tymczasem Roncalli, jak gdyby nic, degustował przystawki i wesoło rozmawiał. Kiedy jednak zorientował się, że zebrani próbują dostrzec u niego oznaki za żenowania, zareagował we właściwy sobie sposób: „Nie wiem, co jest we mnie tak interesującego i bardzo mnie dziwi, że zamiast skupiać wzrok na pięknie i elegancji obecnych tu kobiet, zatrzymujecie spojrzenie na nuncjuszu Jego Świątobliwości”.

                         

                          +       +     +

 

Podobna sytuacja spotkała go na innym przyjęciu. Pewna „gorąca” panna, siedząca obok niego przy stole, wystawiała na pokaz swój – przyprawiający o zawrót głowy – dekolt. Nuncjusz, pragnąc zrobić sobie małą przyjemność, poprosił kamerdynera o jabłko. Podał je swojej kusicielce ze słowami: „Postarajmy się zaradzić sytuacji, mademoiselle… Proszę nie wahać się i zjeść to jabłko. Ewa, dopiero kiedy je ugryzła, zauważyła swoją nagość”.

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 20.09.2018 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

 

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend