Z prasy i innych mediów

30.12.2016

 

Zbrodnia tak szokująca,
że nawet Talibowie
nie wzięli za nią odpowiedzialności.

 

W miejscowości Latti w prowincji Sar-e-Pol w Afganistanie ścięto głowę kobiecie za to, że wyszła z domu na zakupy bez męża, łamiąc w ten sposób islamską tradycję i prawo – donoszą pakistańska gazeta „Tha Nation” i „Jihadwatch”.

 

30-letnia Afganka musiała pójść kupić coś do jedzenia, gdyż w domu nic już nie miała, a mąż od dawna przebywa w Iranie. Rzecznik gubernatora tej prowincji Zabiullah Amani potwierdził fakt dokonania egzekucji na kobiecie przez „grupę uzbrojonych mężczyzn”.

 

Islamskie prawo mówi dosłownie: „Kobieta nie może opuścić miasta bez męża lub towarzyszących jej krewnych, chyba że udaje się na pielgrzymkę Hadż. Nawet mąż nie ma prawa jej na to pozwolić”.

 

Ścięcie Afganki za wyjście z domu potwierdziła też lokalna organizacja broniąca praw kobiet. Gubernator twierdzi, że dokonali tego Talibowie, którzy od dawna kontrolują całą tę prowincję. Oni sami stanowczo temu zaprzeczają i zapewniają, że nie mieli z tym nic wspólnego. Dotychczas żaden z oprawców nie został aresztowany.

 

Źródło: reporters.pl  opublikowano 29.12.2016

 

                                       *     *     *

30.12.2016

 

Islamscy imigranci zaczęli masowo
przechodzić na chrześcijaństwo!
Oto dlaczego

 

Chrześcijańscy księża i pastorzy w Niemczech są nie mniej zaskoczeni niż same władze.

 

W ostatnim czasie w Niemczech rozpoczęła się konwersja z islamu na chrześcijaństwo na wielką skalę – donosi „Rheine-Neckar Zeitung”, powołując się na lokalnych pastorów i organizacje kościelne.

 

Nawróciła się wielka liczba Irańczyków. Większość z nich jest w wieku 20-35 lat i należą raczej do grup lepiej wykształconych” – przyznaje lokalny pastor w Heidelbergu. Dodaje jednak, że nikt w Niemczech – ani kościoły, ani służby imigracyjne – nie prowadzi statystyk, na podstawie których można by było dokładnie określić liczbę muzułmanów nawróconych na chrześcijaństwo.

 

Służby imigracyjne podejrzewają jednak, że wielu spośród „nowo nawróconych” przeszło na chrześcijaństwo wyłącznie aby uniknąć deportacji do Iranu. Teraz niemieckie sądy zleciły więc badania, aby sprawdzić, „czy ich wiara jest szczera”. Swoją drogą ciekawe, jak świecki sąd może zbadać taką kwestię.

 

Przypomnijmy, że w Iranie przejście z islamu na chrześcijaństwo jest uznawane za apostazję i grozi za to kara śmierci.

 

W takiej sytuacji władze Niemiec są więc zmuszone udzielić tym uchodźcom azylu politycznego i nie mogą ich deportować do ich ojczyzny.

 

Podobna sytuacja jest z Afgańczykami, a czasem także z Syryjczykami.

 

Część z nich zapewnia jednak, że przyjmuje chrześcijaństwo ze szczerych pobudek.

 

Portal Breitbart.com cytuje 31-letniego Irańczyka, którego imię dla bezpieczeństwa zmieniono na Sijawasz. Mówi, że kiedy mieszkał w Iranie nie wyznawał islamu, ale uczestniczył w islamskich praktykach, żeby zachować pozory.

 

Wkrótce jednak został dwukrotnie zaproszony do domu przez chrześcijanina i pod jego wpływem postanowił przyjąć chrzest. Bał się jednak, że zostanie za to zabity i dlatego postanowił w końcu uciec do Niemiec, gdzie wystąpił o azyl polityczny.

 

Chrześcijańska organizacja „Otwarte Drzwi” informuje też, że muzułmanie, którzy przyjmują chrześcijaństwo, są również atakowani i prześladowani we własnych domach i obozach dla uchodźców w Niemczech. Część z nich w obawie przed zemstą dawnych współwyznawców, musiano przenieść do oddzielnych pomieszczeń.

Podobnie jest w Austrii i we Włoszech.

 

Źródło: reporters.pl  opublikowano 27.12.201

29.12.2016

 

Około 700 tysięcy Niemców w ciągu roku opuściło RFN z powodu polityki kanclerz Angeli Merkel, a na ich miejsce przyjechały setki tysięcy migrantów, którzy są ciężarem dla systemu socjalnego kraju – powiedział w wywiadzie dla Ria Novosti współzałożyciel i jeden z przewodniczących ruchu Pegida Lutz Bachmann.


Młodzi muzułmanie, którzy w liczbie setek tysięcy przenikają do Niemiec, są ciężarem dla systemu świadczeń socjalnych, do tego żaden z nich nie wnosi wkładu do tego systemu. W ubiegłym roku z Niemiec wyjechało 700 tys. Niemców, należących do tzw. klasy średniej, dobrze wykształconych, płacących podatki — powiedział Bachmann.

 

Według niego rząd RFN popiera migrację hasłem, które głosi, że Niemcy potrzebują specjalistów.

 

To prawda, ale być może musimy coś zrobić, żeby Niemcy znów były atrakcyjnym miejscem do zamieszkania? A nie zastępować 700 tysięcy specjalistów i podatników migrantami. Federalny Urząd ds. Migracji i Uchodźców dosyć jasno podał — ponad 80% przyjezdnych to albo analfabeci, albo osoby z bardzo niskim poziomem wykształcenia. Ci ludzie nie mogą zastąpić braku specjalistów — dodał Bachmann.


Źródła: ndie.pl / focus.de / sputniknews.com

29.12.2016

 

Prof. Klaus Bachmann dla Frondy :
"W Niemczech żaden polityk
nie powie dobrze o rządzie PiS
"

 

Tomasz Wandas, Fronda.pl: Kończy się rok 2016, jak w tym właśnie roku przebiegały relacje polsko-niemieckie? Co się nam udało, co nie? Z jakich powodów?

 

Prof. Klaus Bachmann:

Tak jak w każdym innym roku, tak teraz, negatywny stosunek niektórych członków rządu do inwestycji zagranicznych nie przekładał się ani na spadek niemieckich inwestycji w Polsce, ani na ucieczkę niemieckiego kapitału z Polski, a członkowie rządu bardzo złagodzili ton w tym zakresie. Daleko idące cele i zapowiedzi, co nowy polski rząd osiągnie w stosunkach z Niemcami, też nie przekładają się na konkretne osiągniecia: Polacy w Niemczech nadal są Polonią i nie mniejszością polską, Polska nadal nie uczestniczy w formacie normandzkim, Niemcy nie zrobili ustępstw ani w sprawie stałych baz NATO ani w polityce energetycznej.

 

Czy to nie cztery warunki ministra Szczerskiego z 2015 roku, które później zostały określone jako “tematy do rozmów”?

 

Tak. Niestety, ale w dalszym ciągu polityka zagraniczna Polski, w dalszym ciągu nie funkcjonuje na odpowiednio dobrym poziomie.

 

Dlaczego?

 

Najpierw stawia się bardzo daleko idące postulaty, które są nie do osiągniecia (między innymi też dlatego, że adresat - tu Niemcy - nie są jedynymi, którzy o danej polityce decydują, jak np. w sprawie unijnej polityce klimatycznej, albo w sprawie baz NATO), potem się to relatywizuje niemal do niepoznania. Tak robiły też poprzednie rządy. Różnica miedzy PO i PiS nie polega na tym, że PO osiągnęła więcej, lecz na tym, że była bardziej ostrożna w stawianiu sobie celów, co często naraziło PO na zarzut braku ambicji. Jest jeszcze jedna różnica: za czasów Donalda Tuska polskie rządy relatywnie szybko zgodziły się na niekorzystne dla Polski rozwiązania w UE, ale potem ich nie wcieliły w życie w Polsce - np. uchwalając w Sejmie dyrektywy unijne w taki sposób, że zaprzeczyło to ich sensowi. Na skutek tego Polska ma teraz rekordową liczbę skarg w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości. PiS 2005-2007 głośno protestował i głosował przeciwko takim propozycjom, ale kiedy Polska została przegłosowana, to wcieliła w życie te rozwiązania niemal pod przymusem. Dziś PiS robi to samo, co kiedyś PO: Zgadza się retorycznie na przyjęcie uchodźców, ale de facto nie przyjmuje żadnego.

 

Jakie wyzwania stoją przed nami? Na co w relacjach polsko-niemieckich powinniśmy kłaść szczególny nacisk?

 

W stosunkach polsko-niemieckich, nie mamy szczególnych wyzwań, miedzy innymi dlatego, że niemieccy politycy już wiedzą, że z polskim rządem nie ma za bardzo o czym rozmawiać. Minister Szymański za każdym razem podkreśla, prawie w każdej sprawie, że “źródło żadnego kryzysu nie bije w Polsce”.

 

Jak to rozumieć?

 

Można to rozumieć jako twierdzenie, że Polska nie jest źródłem konfliktów, ale też tak, że Polska trzyma się od wszystkiego z daleka. I tak faktycznie jest, polityka zagraniczna jest całkowicie podporządkowana polityce wewnętrznej. W dodatku zwolennicy obecnego rządu w Polsce, żyją trochę w swoim świecie, zwłaszcza kiedy chodzi o Niemcy. Obraz Niemiec w prawicowej prasie jest dość spójny, ale on nie ma nic wspólnego z Niemcami, które naprawdę istnieją. To czasami ma absurdalne skutki, na przykład to, że się dyskutuje o tym, że Niemcy powinny uznać Polaków w Niemczech za mniejszość, co dotyczyłoby (gdyby Niemcy to zrobili) może kilku tysięcy osób (mianowicie tylko tych, którzy mają obywatelstwo niemieckie i żyją od ok 100 lat na danym terytorium jako zwarta grupa).

Natomiast to, że niemiecki rząd chce obniżyć dodatek na dzieci, tym wszystkim Polakom w Niemczech, których dzieci zostały w Polsce, nie jest żadnym tematem w Polsce, choć jest to prawdopodobnie sprzeczne z prawem UE i dotyczyłoby setki tysięcy Polaków!

 

Z czym zatem wiązałyby się konkretne wyzwania? 

 

Największej wyzwania nie są związane z relacjami polsko-niemieckimi, lecz z tym, co się dzieje w każdym z tych krajów. Największe obciążenie tych relacji w ostatnich dekadach to podporzadkowanie sobie przez rząd polski Trybunału Konstytucyjnego. Rząd niemiecki nie krytykował tego, ale on będzie coraz bardziej pod naciskiem niemieckiej opinii publicznej, która uważa to za krok ku wprowadzeniu systemu autorytarnego.

 

Z podporządkowaniem Trybunału to bardzo ryzykowne stwierdzenie. Ale zostawmy to. Dlaczego przywołuje Pan opinię publiczną?

 

Mówię specjalnie o opinii publicznej, bo w tej sprawie wszystkie partie mają podobny stosunek.  Jedyni politycy, którzy na ten temat milczą, to politycy AfD, którzy w ogóle jeszcze nie mają programu w polityce zagranicznej, a wewnątrz partii dyskutują o dogadaniu się z Rosją w stylu kanclerza Bismarcka. Można znaleźć polityków w Francji, Austrii, Wielkiej Brytanii którzy chwalą polski rząd, ale w Niemczech takich nie ma. Jedyni, którzy dotąd występowali w polskiej prasie prawicowej, to politycy ALFA, to kilku posłów w Parlamencie Europejskim, którzy odeszli z AfD, kiedy Frauke Petri tam przejęła władze. 

Największe wyzwanie w Niemczech to polityka migracyjna i reakcje na zamachy terrorystyczne. Każdy niemiecki rząd będzie tu pod naciskiem opinii publicznej, aby skłonić inne kraje UE to dzielenia się z tym ciężarem. I każdy będzie miał wsparcie rządów we Włoszech i w Grecji (i pewnie też tych krajów UE, którzy dotąd przyjęli najwięcej uchodźców, jak Szwecja i Austria). 

 

Czy nasi dyplomaci pracują w sposób odpowiedni?

 

Po stronie niemieckiej dyplomaci pracują jak zawsze pracowali, cicho i profesjonalnie. Po stronie polskiej widać, że pospieszna wymiana kadr wprowadziła trochę zamętu. Jest też duża różnica w stosunku do poprzednich rządów. 

 

To znaczy? 

 

Wcześniej zazwyczaj tak było, że w wyniku kohabitacji miedzy rządem i prezydentem, ustępujący rząd wysyłał “swoich ludzi” na placówki, po czym musieli oni reprezentować tam rząd, tworzony przez ich przeciwników politycznych. Z nielicznymi wyjątkami robili to dobrze i trudno było za zwyczaj ustalić na podstawie ich publicznych wypowiedzi, z jakiej opcji pochodzą. Z tym jest teraz koniec - obecny rząd wysyła prawie wszędzie “swoich”, którzy bronią go tam żarliwie i z przekonaniem, ale często bez najmniejszego wyczucia dla opinii publicznej w danym kraju. To szczególnie widać w sprawie Instytutów Polskich. Jeśli pójdzie tak dalej, to wkrótce w Niemczech jedyna publiczność, która jeszcze przyjdzie, to starsi, zgorzkniali działacze, którzy w Niemczech nie maja żadnego znaczenia. Nie przyjdą natomiast ludzie z towarzystw polsko-niemieckich, którzy lubią Polskę, ale mają duży dystans do polskiego rządu, totalnie się wycofają.

 

„Członkostwo w UE i NATO też nie jest celem samym w sobie, tylko narzędziem. Naszym celem jest upodmiotowienie Polski, zdobycie wpływów w tych instytucjach, dzięki którym możemy współdecydować przynajmniej o polityce wschodniej tych instytucji. I to nam się udaje realizować. A że nas krytykują? Niektórzy chcieliby mieć do czynienia z Polską spolegliwą, podporządkowaną, a nie z Polską asertywnie realizującą swoje interesy narodowe”- Powiedział minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. Jak ocenia Pan Profesor te słowa? 

 

Jako propagandę skierowaną do opinii publicznej w kraju. W kontekście likwidacji Bielsatu i obniżenia dotacji dla Radia Racja ta wypowiedź jest nawet troszeczkę śmieszna. Trudno w tej chwili określić, na czym ta polityka Polski ma polegać i w jaki sposób Polska chciałaby współdecydować o polityce wschodniej NATO i UE. Przez lata celem Polski na Ukrainie było zbliżenie Ukrainy do UE i polscy dyplomaci walczyli o to, aby żaden dokument UE nie wykluczył członkostwa dla Ukrainy. To jest w tej chwili już zbędne, bo wszyscy wiedzą, że inwazja rosyjska w Donbasie i aneksja Krymu przekreśliły pełne członkostwo. Polska chciała mieć wpływ na przeprowadzenie reform na Ukrainie. Teraz mają to prawie wyłącznie politycy którzy są w opozycji do rządu w Warszawie i pochodzą z PO. Polscy politycy czasami występowali jako mediatorzy w wewnętrznych konfliktach na Ukrainie - ale to byli politycy PO, SLD i UW. 

W stosunku do Białorusi Polska chciała utrzymać dobre stosunki z Łukaszenką, popierać ruchy opozycyjne, w tym (niezależny od władz Białorusi) Związek Polaków na Białorusi. Dlatego sądzę, że tło wypowiedzi ministra Waszczykowskiego jest inne: tu nie chodzi o pozycję Polski, lecz o pozycję “naszych ludzi” w instytucjach międzynarodowych. Bo to faktycznie tak jest, że ugrupowania, które rządziły podczas i po wejściu Polski do UE i NATO - a wiec głównie SLD, UW i PO - maja sporo kadr w tych organizacjach, również na bardzo eksponowanych stanowiskach. Tusk jest tu tylko pewnym, najbardziej widocznym symbolem. PiS takich kadr nie ma i mieć nie może, bo nie miał możliwości, aby ich wprowadzić. Na razie ma pojedynczych przedstawicieli, ale nie ma “swojego lobby”. Stąd się bierze ta retoryka o asertywności - z biedy robi się cnotę. To jest poniekąd logiczne. Ale to też przekreśla szansę na poprawę sytuacji, bo taka retoryka odstrasza tych, którzy musieliby się zgodzić na większy udział przedstawicieli PiS w tych organizacjach. Dam przykład: PiS jest mało wpływową frakcją w Parlamencie Europejskim, która w dodatku w wyniku Brexitu i wycofania się Brytyjczyków z Parlamentu Europejskiego może szybko się rozpaść. Jeśli polityk PiS ma ochotę na karierę w strukturach unijnych, to może to robić tylko wyłącznie dzięki wsparciu rządu polskiego. Nie ma szans na to, aby mógł się kreować na kandydata kompromisowego między dużymi frakcjami socjalistów i chadeków (jak często robią to liberałowie, którzy też są mało liczni w PE), nie ma żadnej szansy, aby wykręcić rządom UE taki numer, jak to zrobili 3 lata temu Martin Schulz i Jean Claude Juncker, obsadzając pozycje szefa Parlamentu i szefa Komisji wbrew woli rządów największych państw UE. 

 

Czy Niemcom uda się pokonać kryzys migracyjny? Czy może wizja Angeli Merkel nie ma szans na powodzenie? Jaki będzie finał tej sprawy?

 

Kryzys migracyjny będzie nam towarzyszył jeszcze przez wiele lat, jeśli nie przez pokolenia. USA bardzo wyraźnie (to było już widocznie w kryzysie ukraińskim za Obamy) wycofują się z Europy i koncentrują się na Azji. Jeśli faktycznie chcą zwalczyć wzrost wpływów chińskich - jak zapowiada Trump - to nie da się tego bez jakiegoś porozumienia z Rosją. Wycofanie się USA z Europy - i pewnie też z Afryki, gdzie wpływy chińskie już teraz są duże - destabilizuje te kontynenty i przyczyni się do wzrostu migracji na północ. Paradoksalnie w tym pomaga dość wyraźny w ostatnich latach rozwój niektórych państw afrykańskich: rozbudowa infrastruktury, lepsza komunikacja. 

Imigrant bez wymaganych dokumentów może pokonać drogę z Czadu do Paryża o wiele szybciej niż jeszcze 10-15 lat temu. Ma on też lepsze możliwości organizowania sobie podróży. To jest problem, przed którym stoimy wszyscy.

Polska też. W Polsce obecnie żyje już ok 2 mln imigrantów, z Ukrainy, Chin, Rosji, Turcji, Białorusi. Bedzie ich więcej, bo przedsiębiorcom już teraz zaczyna brakować rąk do pracy, a obniżenie wieku emerytalnego i emigracja Polaków po 2004 pogłębiły ten problem jeszcze bardziej. Na razie nie mamy z tych imigrantów żadnych korzyści w Polsce - tylko kilkanaście procent tych Ukraińców płaci podatki i ZUS, nie osiedlają się tu, lecz wysyłają zarobione pieniądze na Ukrainę. “Wizja Angeli Merkel”, która moim zdaniem nie ma wizji, tylko jest bardzo pragmatyczna, polega na tym, aby tych imigrantów integrować, dbać o to, aby mieli wyksztalcenie i pracę i pomagali wyrównać starzenie się społeczeństwa niemieckiego. Obserwowałem to wcześniej w Holandii, tam też była taka polityka. W pewnym momencie ona zaczęła napotykać na duży opór społeczny, na lęki przed utratą tożsamości, na islamofobię.

2002 wybory wygrała powstała znikąd partia populistyczna Pima Fortuyna i Holandia przekształciła się z najbardziej liberalnego na najmniej liberalny kraj Europy. To się może powtórzyć w Niemczech. Na razie na to nie wygląda, bo w Niemczech w  wyniku zamachów terrorystycznych i kryzysu migracyjnego wybory może nawet wygrać koalicja czerwona, czerwono-zielona. To jedyna konstelacja, która pozwala socjaldemokratom na obsadzanie fotelu kanclerza, przy wielkiej koalicji kanclerzem byłaby znowu Merkel. Paradoksalnie bowiem w wyniku tego kryzysu najbardziej traci nie CDU, lecz SPD, a najbardziej zyskują partie które są zarówno anty-imigranckie jak i proimigranckie: AfD i Zieloni. 

 

Źródło: fronda.pl

Opublikowano: 29.12.2016, o godz. 14:15

29.12.2016

 

Ambasador RP w Niemczech: „(Niemcy) nie zwracają się do mnie z prośbą o wyjaśnienie pewnych zjawisk, tylko to ja jestem instruowany o tym, co się w Polsce dzieje”.

 

Prowadziłem dużo rozmów, bo odwiedzałem najważniejszych polityków. Moje doświadczenia są różne, dobre i złe – mówi ambasador RP w Niemczech prof. Andrzej Przyłębski o realizacji swego priorytetowego zadania – poprawy wizerunku Polski w rozmowie z niemiecką rozgłośnią publiczną „Deutsche Welle”.

 

Według niego „w ostatnim roku pojawiły się jakieś drobne napięcia związane ze zmianą władzy w Polsce i z takim trochę brakiem zrozumienia dla tej zmiany”.

 

Ale powolutku mam wrażenie, że pewne rzeczy się prostują i po tych pierwszych miesiącach krytyki ze strony niemieckich polityków, teraz już jej niemal nie ma. Politycy z Niemiec obserwują to, co się dzieje i powiedziałbym, że starają się zrozumieć sytuację i uznać ją za w miarę trwałą. Mam też wrażenie, że tu i ówdzie zmiany następujące w Polsce znajdują akceptację czy nawet uznanie - przekonuje. Jednocześnie zaznacza, że „poziom analizy jest czasami bardzo powierzchowny”.

 

Prowadziłem dużo rozmów, bo odwiedzałem najważniejszych polityków. [….] Jako człowiek żyjący w Polsce a teraz jako ambasador tego kraju wychodzę z założenia, że jestem podstawowym źródłem informacji o Polsce. A niejednokrotnie było tak, że przyjeżdżam na wizytę i mnie się mówi, co się w Polsce dzieje. Nie zwraca się do ambasadora z prośbą o wyjaśnienie pewnych zjawisk, tylko to ja jestem instruowany o tym, co się w Polsce dzieje - wyjaśnia prof. Przyłębski.

 

Błyskawicznie widzę, jak powierzchowna jest to wiedza, ale jako dyplomata jej nie kwestionuję, tylko uzupełniam. Mówię, wie pan, generalnie ma pan rację, ale ja bym tu jeszcze widział taki aspekt, albo bym to uzupełnił, dodał. Jest to jakoś akceptowane, ale to minimum, które mogę zrobić. Liczyłem, że ten dialog będzie bardziej otwarty i że będzie to autentyczne wsłuchiwanie się w to, co mówi druga strona - dodaje. Jak podkreśla jego priorytetem pozostaje poprawa wizerunku Polski.

 

Dlatego rozmawiam ze wszystkimi, którzy chcą ze mną rozmawiać, próbuję im tłumaczyć, że w Polsce nic się nie dzieje strasznego, że wkrótce będą zadowoleni z tego, co ma miejsce w Polsce, jeśli głębiej wnikną w kwestie, że pewne problemy zostaną rozwiązane - mówi. Według niego Polska to kraj europejski, ale kraj, który nie chce płynąć bezmyślnie w głównym nurcie, dostosowywać się do wszystkiego, co jest już gdzieś na Zachodzie, tylko dlatego, że to jest Zachód, tylko chce zachować swoją tożsamość i widzi bogactwo Europy w różnorodności kulturowej jej krajów a zarazem zjednoczonych pewnymi podstawowymi regułami poprzez bycie w Unii Europejskiej.

 

Tylko, że te reguły unijne są zawsze interpretowane i ta interpretacja, która teraz dominuje, nie do końca się Polsce podoba. Jeśli o coś będziemy zabiegać, to o to, żeby trzymać się ram traktatowych, czyli Unia Europejska pomaga tylko tam, gdzie państwo nie daje rady albo przekracza to jego możliwości. A w innych sferach rozwijamy się niezależnie. Już papież Jan Paweł II, który był przecież wielkim entuzjastą UE, mówił, że bogactwo Europy, to jest bogactwo tych państw, tych kultur - zaznacza ambasador RP w Niemczech.

 

Źródło: wpolityce.pl
Ryb, Deutsche Welle
Opublikowano 28.12.2016

29.12.2016

 

Polski bohater 

 

Łukasz Urban, do niedawna jeden z tysięcy polskich kierowców. Zginął w obronie bezbronnych przechodniów na berlińskim deptaku. Walczył do samego końca. Zamachowiec kłuł go nożem w trakcie jazdy po deptaku i w końcu go zastrzelił. Łukasz był już postrzelony na kilka godzin przed zamachem. Ranny przebywał w szoferce i przeszkodził zamachowcowi w dokonaniu większej masakry niewinnych ludzi. Zwykły polski kierowca. Niezwykły człowiek.

 

Dlaczego doszło do tej tragedii?

 

Kolejny muzułmanin opętany ideologicznym szaleństwem morduje Europejczyków.

 

Dlaczego?

 

Firma Thyssen Krupp nie pozwoliła zaparkować Polakowi jego TIR-a z towarem na ogrodzonym terenie.

 

Dlaczego?

 

Zaraz po zamachu niemiecka policja zakazała publikowania wizerunku terrorysty z ”obawy o naruszenie jego prywatności”.

 

Till Steffen, członek niemieckiej Partii Zielonych, szef organu sądowego w Hamburgu, przez 12 godzin nie zezwalał niemieckiej policji na opublikowanie wizerunku 24-letniego Tunezyjczyka Anisa Amri. Ze strachu „o naruszenie prywatności” nie publikowano twarzy mordercy, który zamordował Polaka Łukasza Urbana i 11 Niemców, raniąc jeszcze 48 osób.

 

Dopiero po 12 godzinach, podczas przypadkowej kontroli, został zastrzelony przez policjantów w Mediolanie.

 

Czy niemieccy politycy wyszli z amoku po tej tragedii?

 

Tunezyjczyk Anis Amri, mieszkający w Tunezji w Tataouine, przyjechał do Europy jako uchodźca przez wyspę Lampedusę, potem Palermo, podając się za nieletniego – choć miał wówczas 19 lat.

 

Został aresztowany w 2011 za drobne przestępstwa. Miał mimo to wciąż zgodę na przebywanie w Unii Europejskiej.

 

Przez Italię przedostał się w lipcu 2015 do obozu uchodźców w Kleve przy granicy z Holandią.

 

W Dortmundzie był aresztowany i podejrzewany o kontakty z ISIS.

 

Podawał fałszywe nazwiska i fałszywe narodowości.

 

W lutym 2016 przeniósł się do Berlina. Tam był ponownie aresztowany w lipcu.

 

Posługiwał się fałszywymi włoskimi dokumentami. I wciąż zwiedzał Europę. Przywiózł jej cały bagaż swej kultury. I ten bagaż wyładował w Berlinie.

 

Brytyjscy kierowcy zorganizowali akcję zbierania funduszy na wdowę i osierocone dziecko. Tysiące bezimiennych ludzi do tej pory zebrało już ponad 50 tysięcy funtów.

 

Premier Beata Szydło przyznała rodzinie tragicznie zmarłego kierowcy specjalną rentę.

 

Zwykli Niemcy domagają się przyznania pośmiertnie medalu za odwagę, a politycy niemieccy… jak można było się spodziewać boją się polskiego bohatera. To nie w tonacji multi-kulti, żeby nagradzać obrońcę niewinnych ludzi, a do tego Polaka. Ślepi prowadzą kulawych.

 

Czego jeszcze trzeba, żeby lewaccy politycy opamiętali się?

 

Ilu ludzi musi zostać zamordowanych, żeby przestali rysować kredkami po asfalcie i zabrali się za obronę swoich narodów?

 

Na pewno nie zrobią tego figuranci udający mężów stanu w Brukseli i Berlinie. Nie zrobią tego europejscy tchórze.

 

Ale w końcu Niemcy nie wytrzymują. Normalni Niemcy stracą cierpliwość. Policja kilkanaście dni temu siłą stłumiła protesty pod siedzibą centrali CDU.

 

Niemcy poddali się bez walki?

 

Całe dzielnice Berlina są już opanowane przez środowiska islamistów-slafitów” – jak mówi Witold Gadowski.

 

Enklawy islamistyczne w Europie są już twardym faktem.

 

Ale to święta Bożego Narodzenia są zakazane, to katolickie kościoły są burzone we Francji, to chrześcijanom nie wolno okazywać publicznie swej wiary.

 

Europo, idź dalej w tym kierunku, idź na zatracenie, a obudzisz się w przepaści.

 

Dr Paweł Janowski
Redaktor naczelny miesięcznika „Czas Solidarności”
Felieton ukazał się w najnowszym wydaniu „Tygodnika Solidarność”
Za: prawy.pl , opublikowano 28 grudnia 2016

28.12.2016

 

    Śledczy dementują informacje "Bilda" nt. kierowcy

 

Polska Prokuratura Krajowa dementuje pogłoski niemieckiego dziennika na temat tego, kiedy zginął Łukasz Urban, polski kierowca, którego ciężarówka została wykorzystana w zamachu w Berlinie. Od wczoraj ciało Polaka badają śledczy ze Szczecina.

 

Według wstępnych ustaleń polskich śledczych godzina śmierci polskiego kierowcy nie zgadza się z informacjami, do których miał dotrzeć w ostatnim czasie niemiecki "Bild".

 

Przypomnijmy: wczoraj dziennik podał, że według wyników sekcji zwłok, do których dotarli dziennikarze tej gazety, Łukasz Urban miał zostać postrzelony na kilka godzin przed zamachem na berliński jarmark bożonarodzeniowy.

Te informacje stanowczo dementuje Zachodniopomorski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Szczecinie, którego śledczy badają obecnie ciało Polaka.

 

Na podstawie materiału, który zebraliśmy do tej pory, mogę powiedzieć, że zaprzeczamy informacji podawanej przez niemiecki "Bild", jakoby śmierć miała nastąpić kilka godzin wcześniej – powiedziała Aldona Lema, naczelnik zamiejscowego wydziału Prokuratury Krajowej.

 

Wszystko wskazuje więc na to, że najbardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym Łukasz Urban żył jeszcze w chwili zamachu. Nie wiadomo jednak, czy faktycznie próbował powstrzymać zamachowca.

 

Taką wersję również podawały media. O tym, że tak mogło być, mówił również Marcin Jakubowski z Ambasady Polskiej w Berlinie, dwa dni po zamachu. – Pewne sygnały sugerują, że mogło tak być – stwierdził krótko.

 

Przypomnijmy, że do zamachu doszło 19 grudnia w Berlinie. Rozpędzona ciężarówka wjechała w tłum znajdujący się na jarmarku świątecznym. Tego dnia zginęło 12 osób, w tym polski kierowca Łukasz Urban, którego ciężarówka została wykorzystana w ataku.

 

Źródło: onet.pl

22.12.2016

 

 Seria dużych awarii na terenie Polski.
Dziwnym zbiegiem okoliczności
występuje ona w momencie
politycznego przesilenia
 

 

Ogólnopolskie problemy z przekazem sygnału TVP, awaria rejestrów państwowych i systemu "Źródło", awaria systemów informatycznych PAP, awaria sieci T-Mobile czy usterka awaryjnego systemu zasilania Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej skutkująca ograniczeniem ruchu powietrznego nad Polską. Wszystkie te tele-informatyczne awarie wydarzyły się w krótkim okresie czasu.

 

Dziwnym zbiegiem okoliczności pokryły się one z największą od lat próbą destabilizacji politycznej połączoną z silnym wzmożeniem części mediów zachęcających do rewolucji.

 

Przypadek?

 

Fakty są następujące - w piątek doszło do poważnej awarii systemu "Źródło", czyli zintegrowanego systemu rejestrów państwowych, gdzie znaleźć można takie informacje jak numery PESEL, dane z dowodów osobistych czy akty stanu cywilnego.

 

Dodatkowo zaczęły występować poważne problemy z odbiorem sygnału TVP na multipleksie.

 

To jednak nie koniec - padły systemy informatyczne Polskiej Agencji Prasowej (PAP), a w nocy z piątku na sobotę wprowadzono czasowe ograniczenia w ruchu powietrznym nad Polską. Powodem była usterka awaryjnego systemu zasilania wykorzystywanego przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej.

 

Jakby tego było mało przedwczoraj potężna awaria dotknęła sieci T-Mobile - na terenie całego kraju występowały problemy z telefonowaniem i wysyłaniem wiadomości tekstowych.

 

Wszystko powyższe zbiegło się z największą od lat próbą destabilizacji politycznej połączoną z silnym zaangażowaniem części mediów (głównie posiadających zagranicznych właścicieli), które serwisami serwisami specjalnymi wzmagały atmosferę przewrotu i niepewności.

 

Czysty przypadek?

 

A może - tak jak sugeruje bloger Stanislas Balcerac - na naszych oczach rozpoczęła się operacja "regime change" według recept z Majdanu: 

 

"Jesteśmy świadkami próby obalenia demokratycznie wybranej władzy w Warszawie poprzez awantury i zamieszki, tak jak wcześniej miało to miejsce na Ukrainie. Majdan w Kijowie zaczął się spontanicznie 21 listopada, zadyma w Warszawie wybuchła spontanicznie 16 grudnia. Pretekst jest podobny, wystarczy jakiś ruch władzy – wcześniej niepodpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią przez Janukowicza, teraz głosowanie nad ustawą o dezubekizacji w Sejmie". 

 

Powstaje pytanie - czy działania PONowoczesnej opozycji totalnej i KOD-u są rzeczywiście sterowane z zagranicy (pośrednio - poprzez przekazywanie know-how, środków finansowych lub bezpośrednio - poprzez uruchomienie odpowiedniej agentury)?

 

Czy może być tak, że wszystkie ostatnie awarie tele-informatyczne nie były przypadkowe?

 

Osobiście uważam to za mało prawdopodobny scenariusz, nie mniej jestem bardzo ciekaw, co w tym zakresie przyniosą nam kolejne dni.
 
Źródło: Piotr Maciążek mikroblog (Facebook.com)
Źródło: Trwa duża awaria T-Mobile w całej Polsce (SpidersWeb.pl)
Źródło: Desperacka gra CIA (Monsieurb.neon24.pl)

wpis z dnia 21/12/2016

16.12.2016

 

Niemiecki polityk porównał Polaków i muzułmanów. Niemcy wreszcie zaczynają to dostrzegać…

 

Thilo Sarrazin, niemiecki polityk SPD w popularnym talk show telewizji RTL „Gorące krzesło” zadał wymowne pytanie retoryczne: W Berlinie, według nieoficjalnych szacunków, żyje obecnie 300 tys. muzułmanów i tyle samo Polaków. Czy słyszeli państwo o jakichś szczególnych problemach z Polakami?

 

Sam na nie zaraz odpowiedział:

 

Niestety, jeśli są problemy to głównie z muzułmanami.

 

Wymienił również inne nacje, które nie nastręczają problemów.

Nie ma kłopotów z Wietnamczykami, nie ma większych problemów z Rosjanami, Polacy nie sprawiają żadnych problemów – podkreślił.

 

Jego zdaniem, tylko Turcy i Arabowie wymagają specjalnego nadzoru.

 

Czy słyszeli państwo, żeby w stosunku do Polaków ktoś mówił o potrzebie jakiejś specjalnej polityki integracyjnej, czy o masowym zjawisku przemocy wobec kobiet?. Przecież to są kwestie czysto muzułmańskie i powstające głównie w tym środowisku – dodał.

 

Źródło: Tysol.pl

Opublikowane 2016/12/15

14.12.2016

 

W ośrodku dla uchodźców w Bad Säckingen w Badenii-Wirtembergii działy się „dantejskie sceny” . Doszło tam do serii bijatyk pomiędzy uchodźcami różnych narodowości. Do których dołączyli imigranci z sąsiednich ośrodków.

 

Jak donosi dziennik „Die Welt” w obozie dla uchodźców w Bad Säckingen w niemieckim kraju związkowym Badenia-Wirtembergia odegrały się w miniony weekend „dantejskie sceny”.

 

Według gazety doszło tam nie do jednej, a kilku masowych bijatyk. Co najmniej trzy osoby zostały przy tym ranne, w tym jedna ciężko.

 

Cztery osoby trafiły do aresztu. W bijatykach brała udział „nieokreślona liczba” osób. Pierwsza bijatyka wybuchła w sobotę wieczorem koło 22h. Kierownictwo ośrodka wezwało policje, której udało się spacyfikować okładających się pięściami, krzesłami i kawałkami drewna imigrantów.

 

Spokój nie trwał jednak długo. W niedzielę bowiem awantura wybuchła na nowo — pisze „Die Welt”.

Zmobilizowano aż 11 ekip radiowozów.

 

Pod wieczór i ten spór został zażegnany, ale gdy tylko  znajdujący się przy granicy ze Szwajcarią ośrodek, opuściła policja, wybuchła kolejna, trzecia, bijatyka. Tym razem do awanturników dołączyli imigranci z sąsiednich ośrodków.

 

– Kilka narodowości toczyło ze sobą spór, nie wiemy o co – powiedział mediom rzecznik policji we Freiburgu.

 

Źródło: www.diewelt.de

13.12.2016

 

Bezimienne ofiary stanu wojennego

 

http://niepoprawni.pl/blog/romuald-kalwa/bezimienne-ofiary-stanu-wojennego

12.12.2016

 

Przełom w sprawie przeszłości posła Piotrowicza

 

Represjonowana działaczka "S" z Krosna wspomina: "Dzięki jego odwadze nie trafiłam do więzienia, nie odebrali mi dzieci, a sprawę umorzono."

 

wPolityce.pl: Zdecydowała się Pani z nami porozmawiać o pośle Stanisławie Piotrowiczu. Dlaczego?

 

ZOFIA JANKOWSKA, działaczka krośnieńskiej „Solidarności”, represjonowana przez SB, w 1982 roku złapana wraz z braćmi na kolportażu podziemnych ulotek: Bo już nie mogę patrzeć na to co się dzieje, na ten lincz na uczciwym człowieku. Na tę nagonkę i ataki na osobę, której zawdzięczam tak wiele: wolność, dzieci, wyjście z trudnej sytuacji. Tak nie można!

 

Opowiedzmy to po kolei. Działała pani w „Solidarności”?

 

Tak. Także po stanie wojennym. Nosiłam ulotki, pomagałam związkowi jak mogłam. Nie tylko ja, także moi bracia. Wszyscy uważaliśmy, że to jest walka w której trzeba wziąć udział, walka o wolną od sowieckiej dominacji ojczyznę. Byliśmy za to inwigiliwani i prześladowani przez SB. Wreszcie ktoś mnie podkablował, zostałam namierzona. Rewizja w domu, przeszukanie i straszna presja, potworne groźby. Mówili, że ja już idę do więzienia, mąż tak samo, podobnie moja mama, a dzieci do domu dziecka. Zaczęło się dręczenie, ciągłe przesłuchania, rozmaite formy znęcania. Żeby ratować innych wzięłam winę na siebie. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Na szczęście dla mnie sprawa trafiła do prokuratora Stanisława Piotrowicza. Powiedział mi już podczas pierwszej rozmowy, że zrobi wszystko by mnie uratować. Słowa dotrzymał.

 

W jaki sposób?

 

Robił wszystko by nie było dowodów, podpowiadał co mam mówić żeby on mógł sprawę umorzyć. I ta się stało mimo iż esbecy byli bardzo brutalni, pewni siebie i mojego skazania. Sprawa została jednak przez prokuratora Piotrowicza umorzona, a ja nie trafiłam do więzienia, nie straciłam dzieci. Choć oczywiście SB chodziła za mną nadal i prześladowania trwały.

 

Znała pani wcześniej pana Piotrowicza?

 

Nie. Spotkałam pana Piotrowicza wtedy pierwszy raz. Byłam w szoku, że trafiłam na tak porządnego człowieka, ktory tyle dla mnie ryzykuje. Gdyby wtedy wydało się to, co robił, jak ze mną rozmawiał, to dla niego skończyłoby się to bardzo źle. Wiem, że inni ludzie z naszego środowiska wspominali go równie dobrze jak ja. Pozostali też zostali uniewinnieni.

Proszę pamiętać, że działaliśmy w konspiracji, im mniej było wiadomo, tym lepiej. A już działalność pana Piotrowicza, jego potajemna pomoc dla ludzi takich jak ja, dla ludzi „Solidarności”, była skrajnie niebezpieczna. Dużo ryzykował.

 

Dlaczego ludzie na Podkarpaciu często nie wierzą posłowi Piotrowiczowi gdy mówi, że jako prokurator pomagał opozycjonistom?

 

Nie dziwi mnie, że ludzie o tym nie wiedzą. To były rzeczy o których się nie mówiło. To była konspiracja. Ale fakty są takie, jak mówię. Nie mogę w tej sytuacji milczeć bo jako katoliczka nie mogę przejść obojętnie wobec zła, kłamstwa, ludzkiej krzywdy. Gdybym tylko mogła pojechałabym sama do Warszawy by powiedzieć jak było naprawdę, by zatrzymać tę nagonkę. Niestety, zdrowie, bardzo osłabione tymi esbeckimi prześladowaniami, już nie pozwala.

 

Czy poseł Piotrowicz kontaktował się jakoś z panią ostatnio? Namawiał do wystąpienia?

 

Nie. Nie mam do niego telefonu, nie spotykamy się, nie należy do grona moich znajomych. Zobaczyłam w telewizji co się dzieje, zbulwersowało mnie iż krzywdzi się porządnego człowieka, któremu tyle zawdzięczam, postanowiłam więc o tym opowiedzieć. Stąd nasza rozmowa. Zresztą, materiały poświadczające to, co mówię, taki właśnie przebieg sprawy, z tego co wiem są w IPN.

 

Wie pani, że pan Antoni Pikul, działacz „Solidarności” z Podkarpacia, ostatnio zmienił zdanie co do swojej oceny postępowania posła Piotrowicza i nagle zaczął go na antenie TVN oskarżać?

 

Nie znam tamtej sprawy, ale wiem, że pan Piotrowicz pomagał ludziom. Mogę tylko zachęcić wszystkich by bez względu na okoliczności mówili prawdę. Pan Bóg wszystko widzi. Powtarzam: dzięki jego odwadze nie trafiłam do więzienia, nie odebrali mi dzieci, a sprawę umorzono.

 

OD REDAKCJI: Zapytaliśmy posła Stanisława Piotrowicza czy pamięta tę sprawę.
Odpowiedział:

 

Pamiętam. W moim życiu niewiele razy zetknąłem się ze sprawami politycznymi. Zawsze robiłem wszystko, by ludziom pomóc. W sprawie pani Jankowskiej i innych osób udało mi się umorzyć. Był to rok 1982. W sprawie pana Pikula tak działałem by sąd musiał go uniewinnić. To się stało. Potem zwierzchnicy zorientowali się, że w sprawach politycznych nie mogą na mnie liczyć i zostałem zdegradowany. Cóż mogę dodać w obliczu nagonki? Może tyle, że wierzę iż prawda się obroni.

 

Rozm. Gim

Źródło: w.polityce

30.11.2016

 

Dorota Kania napisała o twarzach KOD-u.
Do ataku ruszyli nawet internetowi trolle z... Rosji

 

"Adam Michnik, Jarosław Kurski, Renata Kim, Tomasz Lis, eksperci z Fundacji Batorego – to osoby, które wspierają Mateusza Kijowskiego w działaniach przeciwko rządowi i prezydentowi. Na marszach współorganizowanych przez KOD, a przedstawianych jako protesty różnych grup zawodowych, pojawiają się przede wszystkim ci, którzy wraz z przegraną PO utracili lukratywne kontrakty, wpływy ze spółek skarbu państwa, a także funkcjonariusze służb specjalnych PRL oraz ich tajni współpracownicy.
 
18 listopada 2015 r. na portalu internetowym Studio Opinii ukazuje się artykuł Krzysztofa Łozińskiego pt. „Trzeba założyć KOD”. Autor – od lat znany z krytyki PiS oraz Lecha i Jarosława Kaczyńskich – wzywa „autorytety” do założenia ruchu, który będzie walczył o przestrzeganie demokracji. Na jego czele mają stanąć ludzie znani, którzy publicznie będą reprezentantami spontanicznie powołanej inicjatywy. Liderem KOD zostaje Mateusz Kijowski, który wcześniej był znany wąskiej grupie osób z tego, że publicznie wkładał spódnice jako protest przeciwko gwałtom i przemocy. Dziś już wiadomo, że ruch społeczny, jakim miał być KOD, nie walczy o żadną demokrację, lecz w rzeczywistości zrzesza ludzi niezadowolonych z utraconych przywilejów i korzyści, które mieli za czasów rządów PO-PSL, i tęskniących do powrotu poprzedniej władzy. Według oficjalnych danych KOD jest finansowany ze zbiórek publicznych. Z dokumentów złożonych w MSWiA wynika, że KOD zebrał od anonimowych darczyńców 1 094 754,70 zł. Inną zbiórką publiczną przeprowadzoną przez KOD była zbiórka komitetu obrony przed PiS, podczas której zgromadzono ponad 22 tys. zł.
 
Po zarejestrowaniu KOD w jego poparcie zaangażowały się media sprzyjające PO i Bronisławowi Komorowskiemu. Nie było tygodnia, by nie pisano o KOD w kontekście walki o demokrację; w miasteczku ruchu usytuowanym przed Kancelarią Premiera pojawiali się dziennikarze Adama Michnika; na marszach KOD widać było polityków opozycji i dziennikarzy „Newsweeka”. Okazuje się, że nie są oni jedynie uczestnikami, lecz zaangażowanymi w walkę z PiS działaczami KOD – wśród nich jest m.in. Jarosław Kurski, zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”, czy Renata Kim, publicystka tygodnika „Newsweek” i portalu internetowego Onet.pl."
 
Cały artykuł ukazał się w tygodniku „Gazeta Polska” z 23 listopada.

29.11.2016

 

Kolejny fragment książki
Wojciecha Sumlińskiego
pt. „Niebezpieczne związki Andrzeja Leppera”

 

Przewodniczący Samoobrony miał długofalowy plan i właśnie rozpoczynał jego realizację. Czy jednak był to plan realny, czy tylko stek pobożnych życzeń?

 

Do rozwiązania pozostały trzy kwestie: skąd wziąć pieniądze na spłatę długów i zbliżającą się kampanię wyborczą? Jak doprowadzić do szybkiego i pozytywnego zakończenia procesów? W jaki sposób zabezpieczyć przyszłość?

 

Stosunkowo najprostsze wydawało się rozwiązanie pierwszego problemu.

 

Nie wiele osób wiedziało, że Andrzej Lepper miał przyznaną promesę kredytową na dziesięć milionów dolarów w jednym z banków w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Pieniądze te, rzecz jasna, nie były przeznaczone w całości dla niego, bo lwią część mieli otrzymać ludzie, którzy zorganizowali przedsięwzięcie – protektorzy z WSI. A jednak to, co miało zostać, wystarczało na bieżącą działalność i zabezpieczenie kampanii wyborczej.

 

Pełnomocnikiem operacji był Walendzik, do którego Lepper miał ograniczone zaufanie, ale to nie on decydował o roli Walendzika w tej historii. Nie wiadomo, co stało się z tymi pieniędzmi po śmierci byłego wicepremiera - to nigdy nie zostało wyjaśnione. Jedyne, co wiadomo na pewno, to fakt, że niedługo później Walendzik wyjechał do Emiratów. I jeszcze to, że mieszka tam po dziś dzień.

 

Tak więc Andrzej Lepper miał wizję, jak pozyskać pieniądze i jak je wydać. Wiedział jednak, że aby zakończyć złą passę i realnie myśleć o korzystnym rozwiązaniu najważniejszych problemów, musiał uderzyć bardzo mocno, do tego w miejsce na tyle czułe, by odeprzeć oskarżenia i odzyskać inicjatywę. Wiedział, co to za miejsce. I wiedział jak w nie uderzyć.

 

W relacjach między ludźmi w świecie władzy i brudnej polityki, podobnie jak w działalności służb specjalnych, zawsze chodzi o osiągnięcie „celu operacyjnego”, czyli specyficznie rozumianej przewagi. Przewaga zaś danego polityka nad innym – podobnie jak jednego państwa nad innym - nie musi być pochodną zajmowanego stanowiska bądź siły, ale po prostu pochodną informacji. Doskonale wiedzieliśmy o tym w ABW, gdzie zawsze, odkąd tylko sięgam pamięcią, najważniejszą jednostką był Departament Zabezpieczenia Technicznego, powstały w 1999 roku z połączenia Biura Techniki i Biura Obserwacji. Departament ów zajmował się inwigilacją osób będących w zainteresowaniu ABW za pomocą obserwacji i techniki operacyjnej, czyli podsłuchu telefonicznego, podsłuchu pokojowego i podglądu dyskretnej fotografii (PDF). Informacje uzyskiwane z jednostek ZT w centrali i delegaturach stanowiły kopalnię wiedzy, niemożliwą do uzyskania metodami pracy operacyjnej, zresztą kiepsko prowadzonej przez ABW. Szacuje się, że około 80 procent informacji wykorzystywanych przez „firmę” pochodzi z Departamentu Zabezpieczenia Technicznego, stąd powiedzenie: „kto panuje w DZT, ten rządzi w ABW, a kto rządzi w ABW, ten rządzi w kraju”.

 

Tak więc podstawą sukcesu w tym brudnym świecie była informacja i Andrzej Lepper miał do niej dostęp, choć nie zawsze znał źródło jej pochodzenia. Szef Samoobrony znał wiele tajemnic, spraw opatrzonych klauzulą tajności i zamierzał zrobić z nich użytek. Zwłaszcza dwa z moich „kanałów informacyjnych”, zawodowo i towarzysko związane z Konradem Rękasem i Bolesławem Borysiukiem, do roku 2007 zarządzającym Samoobroną na Lubelszczyźnie i kierującym zespołem doradców Leppera, miały świetne rozpoznanie. By to wyjaśnić, trzeba cofnąć się do wydarzeń z roku 2002.

 

W owym czasie w wyborach samorządowych do sejmików wojewódzkich i organów samorządu terytorialnego partia Andrzeja Leppera uzyskała 16 procentowe poparcie w skali kraju, tymczasem w województwie lubelskim aż 22 procentowe. To z kolei pozwoliło na wygranie wyborów i stworzenie koalicji rządzącej z SLD. Przewodniczącym sejmiku został z ramienia Samoobrony Konrad Rękas, dziennikarz i samorządowiec z Chełma - człowiek mało ciekawy, który później złożył rezygnację z funkcji przewodniczącego wskutek afery ze sfałszowanym indeksem, obecnie funkcjonujący w środowiskach zbliżonych do zatrzymanego za szpiegostwo na rzecz Rosji Mateusza Piskorskiego. Dwaj moi informatorzy brali udział w „imprezach integracyjnych” polityków lubelskiej Samoobrony, zarazem jednak stanowili doskonałe źródła informacji o kontaktach członków tej partii na Ukrainie i Białorusi. Potwierdzenie prawdziwości ich informacji uzyskałem później dodatkowo od Marcina S., działacza Samoobrony, a w następnych latach dyplomaty.

 

Działacze Samoobrony, w większości ludzie prości, nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństw czyhających za wschodnią granicą i nie przypuszczali, że ich wyjazdy są monitorowane przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy, a zdobyte informacje trafiają bezpośrednio do bratniej Federalnej Służby Bezpieczeństwa w Moskwie. Trzeba przypomnieć, że w owym czasie SBU dowodził generał Wołodymyr Radczenko prywatnie przyjaciel i kolega z kursów KGB w Mińsku ówczesnego szefa rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa Nikołaja Patruszewa. Przy braku zabezpieczenia kontrwywiadowczego i co tu dużo kryć, przy sporej infantylności polityków Samoobrony, na terenie tak newralgicznym z punktu widzenia rosyjskich interesów, jakim była i jest Ukraina – jeszcze całkiem niedawno rosyjskie służby specjalne działały tu swobodnie, traktując Ukrainę jako kraj przyjazny – podopieczni Leppera pozostawali w przekonaniu, że z dala od oczu żon i kamer dziennikarzy, można do woli oddawać się uciechom życia. I oddawali się, niekiedy „tylko” do granicy dobrego smaku, częściej daleko poza tą granica. A wszystko to przy pełnej rejestracji ze strony SBU i FSB.

 

Nie potrafię powiedzieć, jak dalece zostało to później wykorzystane przez wspomniane służby, ale sam fakt, że zostało wykorzystane, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości. Nie było zresztą w tym nic dziwnego, bo tak stanowiła pragmatyka służb specjalnych - i dopiero brak wykorzystania takich materiałów byłby czymś zgoła nienormalnym i stanowił zwyczajne marnotrawstwo.

 

Mając dwa świetnie ulokowane kanały informacyjne w kierownictwie Samoobrony, a nadto dysponując obszerną wiedzą spoza tych źródeł, już później, z dystansu, z niejakim rozbawieniem myślałem o przebiegu wątku lubelskiego seks-afery bo doskonale wiedziałem, że obciążające Leppera zeznania żony Piotra Podgórskiego i Agnieszki Kowal były niczym innym, jak tylko elementem gry zainicjowanej przez Rękasa i Podgórskiego, którzy zresztą sami byli w tej rozgrywce pionkami  wykorzystanymi do robienia wrzawy.

 

Gdy rejwach minął, gdy wszyscy się już nakrzyczeli i nakłamali w mediach do woli, a ludzie zapomnieli, co jest istotą sprawy, Anna Podgórska usunęła się po cichu na bok – dzięki wpływom ojca, Krzysztofa Dudy, zamojskiego przedsiębiorcy, usunęła się w miarę skutecznie. Z kolei Agnieszka Kowal po złożeniu zeznań w prokuraturze przestraszyła się wezwaniami do sądu i możliwością ujawnienia kasety z seksualnej orgii w jej wiejskim domu pod Lublinem – kaseta była źródłem nacisku, dla którego zdecydowała się składać zeznania w prokuraturze – i najzwyczajniej w świecie uciekła do Włoch, uniemożliwiając tym samym przesłuchanie w charakterze świadka, w toku procesu.

 

Takimi znaczonymi kartami odbywała się ta brudna gra.
Ja zaś sam, dzięki dobrze ulokowanym informatorom, z perspektywy czasu, mogłem doskonale rozeznać się w mniej lub bardziej interesujących aspektach działań dotyczących tej znaczącej w pewnym okresie III RP partii politycznej.

 

Obok dwóch źródeł w postaci informatorów dodatkowym zaworem bezpieczeństwa dla prawdziwości moich informacji były działania operacyjne, o szczegółach których mówić mi nie wolno, i jeszcze jeden człowiek - wspomniany Marcin S., który funkcjonował w środowisku byłych działaczy Samoobrony, także po roku 2007 i kandydował na stanowisko jednego z dyrektorów w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Ostatecznie nie trafił do KRRiT, a zamiast tego został radcą handlowym polskiej ambasady w Chinach. W oparciu o wieloletnią praktykę oficera ABW czułem to, że Marcin nie jest zdolny do konfabulacji. Przeciwnie, należał do ludzi, którzy analizują i potwierdzają uzyskane informacje.

 

Któregoś razu w 2012 roku, gdy przyjechał na urlop z placówki dyplomatycznej, powiedział mi, że ma ważne informacje, pewne i wiarygodne - uzyskane prywatnie i nie związane z pracą zawodową. Według jego relacji wiosną 2011 roku podczas spotkania nad Jeziorem Świteź na pograniczu ukraińsko - białoruskim Andrzej Lepper otrzymał od Ukraińców materiały, także w formie audio, dotyczące nieprawidłowości skandalicznego kontraktu podpisanego w 2010 roku przez wicepremiera Waldemara Pawlaka z wicepremierem Rosji Igorem Sieczinem, generałem KGB, a ówcześnie drugą osobą w Rosji, po premierze Putinie - wbrew pozorom prezydent Miedwiediew w ogóle nie liczył się w tym rozdaniu - odpowiedzialną za sprawy energetyczne, w tym za dostawy rosyjskiego gazu do Polski. Były to informacje najwyższej wagi, a tym samym szalenie niebezpieczne dla ich dysponenta, z gatunku tych, które windują mocno w górę lub zakopują człowieka półtora metra pod ziemią.

 

Dlaczego właśnie te informacje zwróciły moją uwagę?

 

Nawet nie dlatego, a przynajmniej nie przede wszystkim dlatego, że takich informacji nie dostaje się ot tak, i było dla mnie oczywistą oczywistością, że Lepper musiał zaoferować coś w zamian – miałem tu swoje hipotezy, bo te same się narzucały. Najważniejsze dla mnie w tej historii było co innego: stanowiła uzupełnienie wiedzy pozyskanej wieloma niezależnymi „kanałami”  oraz nieomal dosłowne potwierdzenie tego, co na ten temat słyszałem wcześniej od dwóch informatorów.  Ani Marcin S. ani nikt z jego kręgu nie wiedział, kim są moje osobowe źródła informacji.

 

Zadałem więc sobie pytanie, które na moim miejscu zadałby sobie każdy: jak to możliwe, że opowiedział mi dokładnie tę samą historię, nieomal kropka w kropkę, co nieznani mu dwaj inni informatorzy? Na gruncie logiki i zdrowego rozsądku nie było tu innego wyjaśnienia, jak tylko takie, że są to po prostu informacje prawdziwe.

Początkowo zlekceważyłem wiadomości od moich dwóch informatorów, gdy jednak teraz uzyskałem ich potwierdzenie, zacząłem wszystko rozumieć – niekiedy, by coś zrozumieć, wystarczy błysk chwili – bo wszystkie elementy tej układanki zaczęły do siebie idealnie przystawać. Gdybym jednak jeszcze miał w tym zakresie jakieś wątpliwości, musiałbym je stracić definitywnie po uzyskaniu kolejnej informacji.   

 

Okazało się, że w tym samym czasie, co Andrzej Lepper, nad Świteź przyjeżdżał Aleksiej Miller, prezes Gazpromu. Przyjeżdżał pod pozorem wizyt u rodziny żony, w rzeczywistości jednak co najmniej dwa razy spotkał się z Lepperem! Łącząc wszystkie te kropeczki, wszystkie informacje, jakie miałem teraz przed sobą, wiedziałem już, co Andrzej Lepper chciał zrobić i wiedziałem, jak chciał to zrobić…

 

Pierwsza umowa z Rosjanami w ramach tak zwanego kontraktu jamalskiego z 1993 roku, była punktem wyjścia dla późniejszych negocjacji na dostawy gazu do Polski. Przewidywała dostarczanie Polsce rocznie 7,4 miliardów metrów sześciennych gazu oraz tranzyt tego surowca w czterokrotnie większej ilości polskimi rurociągami do Niemiec. Rosyjskie dostawy gazu pokrywały większość zapotrzebowania Polski, a pozostała część zaopatrzenia pochodziła z wydobycia w Polsce i ze złóż norweskich.

 

Na jakiej zatem podstawie w kontrakcie z 2009 roku polscy decydenci zobowiązali się do odbioru ponad 11 miliardów metrów sześciennych gazu z Rosji rocznie, co stanowiło ilość znacznie przekraczającą zapotrzebowanie Polski?

 

Nie zostało to nigdy wyjaśnione.

 

Wiadomo za to, że zgodnie z zapisami umowy aż do 2022 roku Polska na własne życzenie zobowiązała się kupować od Rosji półtora razy więcej gazu, niż tego potrzebowała. Nie wiedzieć czemu niejako „przy okazji” strona polska zrezygnowała z 1,2 miliarda złotych, które Gazprom był winien z tytułu niedopłat za lata 2006 – 2009.

 

Co zdumiewające, rząd nie tylko rezygnował z dywersyfikacji źródeł gazu, całkowicie uzależniając nasz kraj od dostaw Gazpromu, ale jednocześnie zmniejszył kontrolę nad strategiczną spółką EuRoPol Gaz SA, a jakby jeszcze tego było mało, zgodził się na skrajnie niekorzystne dla Polski zapisy dotyczące trybu podejmowania decyzji.

 

Umowę podpisano aż do roku 2022 - i „tylko” do roku 2022. Rząd Donalda Tuska chciał bowiem, by obowiązywała do roku 2037, uzależniając całkowicie Polskę od rosyjskiego gazu na całe dziesięciolecia.

 

Dopiero wskutek ostrych protestów opozycji i burzliwej debaty w Sejmie zwołanej na wniosek PiS, ostatecznie rząd zgodził się odstąpić od najdłuższej wersji, co jednak i tak stawiało Polskę w fatalnej pozycji na wiele następnych lat.

 

Podpisany kontrakt był - i jest - dla Polski skrajnie niekorzystny, bo cenę gazu w umowie oparto odnosząc ją do ceny ropy naftowej, co spowodowało, że do dziś płacimy najwyższą stawkę w Unii Europejskiej – znacznie wyższą, niż odbiorcy w Niemczech, Francji czy Włoszech. W całej tej sprawie jest szereg pytań, na które mimo upływu lat nikt nie odpowiedział.

 

Jak to możliwe, że dodatkowe zakupy gazu były negocjowane na szczeblu rządowym, nie zaś na poziomie PGNiG – Gazprom, czyli firm bezpośrednio zaangażowanych w wypełnianie warunków kontraktu?

 

Dlaczego premierowi Pawlakowi tak bardzo zależało, by utajniono część dokumentów dotyczących negocjacji?

 

I dlaczego, choć po latach samą umowę ostatecznie opublikowano, nie ujawniono instrukcji negocjacyjnych zatwierdzonych przez Donalda Tuska, a tym samym uniemożliwiono porównanie tego, co zamierzano osiągnąć z tym, co osiągnięto?

 

Dlaczego, gdy ceny gazu gwałtownie spadały na skutek kryzysu gospodarczego i rewolucji łupkowej w USA, Donald Tusk nawet nie podjął próby zmiany formuły cenowej w kontrakcie jamalskim, choć w tym samym czasie zachodnie koncerny zmuszały Gazprom do obniżki cen kontraktowych?

 

Dlaczego Waldemar Pawlak, już jako minister gospodarki w rządzie Donalda Tuska, storpedował rozpoczęty przez rząd premiera Jarosława Kaczyńskiego projekt budowy gazociągu do Danii o nazwie Baltic Pipe, dzięki któremu już w grudniu 2010 roku do Polski mogło trafić ponad 2 miliardy metrów sześciennych gazu z duńskiego systemu przesyłowego?

 

Skąd brała się determinacja ministra Pawlaka, by zadowolić Gazprom, któremu przeszkadzało operatorstwo spółki Gaz - System na gazociągu jamalskim, co umożliwiało zawieranie poza Gazpromem małych kontraktów gazowych z partnerami z Europy Zachodniej?

 

I dlaczego minister Pawlak tak bardzo troszczył się o interesy Gazpromu w Polsce kosztem polskiego operatora?

 

Dlaczego organy państwa powołane do dbałości o bezpieczeństwo energetyczne Polski nie zareagowało w żaden sposób na tak jawnie szkodliwe dla Polski działanie najważniejszych ówcześnie polskich polityków, które już tylko na gruncie logiki i zdrowego rozsądku wyglądało na ordynarny przekręt? Czy wpływ na to mógł mieć fakt, że jednym z zastępców ówczesnego szefa ABW był Zdzisław Skorża, kolega ze studiów Waldemara Pawlaka? 

 

Ostatnie pytanie możemy sobie darować, bo są sytuacje, gdy nie trzeba stawiać kropki nad „i”. To właśnie jest jedna z takich sytuacji.

 

Fakty wskazują, że ludziom na wysokich stołkach w rządzie PO - PSL bardzo zależało, by Polska aż do 2022 roku płaciła za rosyjski gaz kwotę opartą o wygórowaną formułę cenową z 2006 roku, w następstwie czego do dziś płacimy za gaz o kilkaset milionów dolarów rocznie więcej (równowartość nawet kilku miliardów złotych rocznie), niż odbiorcy analogicznej ilości tego surowca w Niemczech, Włoszech czy Francji.

 

W całej tej sprawie i w tych decyzjach, za które odpowiadali polscy premierzy Waldemar Pawlak i Donald Tusk, było coś tak absolutnie niepojętego i zarazem irracjonalnego, że aż nie trzeba było stawiać tu żadnych hipotez, bo te same się narzucały. W tym kontekście fakt, że podpisanie takiego kontraktu na takich warunkach rząd Donalda Tuska i ministerstwo Waldemara Pawlaka lansowały, jako „sukces” i dowód dobrosąsiedzkich relacji z Rosją, był czymś tak aroganckim i kuriozalnym zarazem, że aż nieprawdopodobnym.

 

Absolutnym i niezrozumiałym paradoksem jest, że mimo prowadzenia przez nich tak ewidentnie brudnej gry cała ta sprawa rozeszła się po kościach. Donald Tusk i jego koledzy z PSL mogli otwierać szampany, bo zrozumieli, że jeżeli Polacy uwierzyli w brednie o „sukcesie” w tej sprawie, to znaczy, że przy odpowiednim natężeniu propagandy uwierzą już we wszystko.

 

Ale był ktoś, kto nie wierzył w ani jedno słowo. Ktoś, kto wiedział, jak wygląda prawda i co ważniejsze - kto potrafił to udowodnić. Bo dowody, nagrania rozmów i dokumentację dotyczącą zagranicznych kont, zdobył na Ukrainie, nad jeziorem Świteź…

 

Powstaje pytanie: na jakich warunkach i jak to się stało, że Andrzej Lepper - bo o nim mowa - stał się posiadaczem materiałów, które mogły wysadzić w powietrze nie tylko rząd Donalda Tuska?

 

Najbardziej prawdopodobna wersja oparta na relacjach informatorów oraz na wiedzy, którą mogę ujawnić tylko prokuratorom po wznowieniu śledztwa w sprawie śmierci Leppera, wskazuje, że pośrednikiem w tej „transakcji” był Zakon Rycerzy Michała Archanioła.

 

Wydarzenia nad Jeziorem Świteź były zatem kulminacją wielopiętrowej gry, w których tak lubują się służby specjalne, a w której swoją rolę miał do odegrania także były wicepremier RP.

 

W tej grze Andrzej Lepper postanowił grać vabank i był w tym postanowieniu zdeterminowany.  

Wiedział, że aby zrealizować zamierzenia, musi mieć mocne argumenty – i takie miał. W przeszłości pokazał już, że ma dostęp do wiedzy danej nielicznym, a ujawniając fakt przebywania talibów w Kiejkutach i pozostawiając niedopowiedzianą kwestię, co stało się z 15 milionami dolarów, które CIA zapłaciło za pośrednictwem zastępcy szefa AW, pułkownika Andrzeja Derlatki, Agencji Wywiadu i polskim politykom udowodnił też, że potrafi grać ostro. Ta sprawa nie została nigdy wyjaśniona, ale ludzie na wysokich stołkach wiedzieli już - że on wie.

 

A teraz Lepper zyskał nowe, jeszcze potężniejsze argumenty.

 

Przewodniczący Samoobrony był zdeterminowany, by wiedzę o kulisach kontraktu gazowego oraz związanych z nim łapówkach wykorzystać w sposób polityczny. Tym razem jednak nie dzieląc się informacjami - jak miał w zwyczaju - przed kamerami, lecz w sposób kontrolowany, używając metod nacisku i szantażu.

 

Były wicepremier doskonale rozumiał swoją epokę, widział, że o ile w mediach politycy często robili rejwach, o tyle potem, poza obiektywami kamer, w kuluarach, zawierali pakty i układy. Ich clou było czytelne: polemizujemy, niekiedy ostro, ale na gruncie prawa wy nie ruszycie nas, my nie ruszamy was.

 

Przez ponad dwadzieścia lat III RP tak to właśnie działało:

z różnych stron było wiele pohukiwań, oskarżeń, a nawet gróźb. Zawsze jednak, gdy przychodziło do realizacji, zapadała cisza – bo w tej „zabawie” nie chodziło o to, by króliczka złapać, lecz gonić.

 

W efekcie o ile tak zwana sprawiedliwość mogła się jeszcze od biedy upomnieć o szeregowego posła lub senatora, o tyle ludzie na wysokich stołkach byli już nietykalni. Leszek Miller, Józef Oleksy, Aleksander Kwaśniewski, Waldemar Pawlak, Bronisław Komorowski, Donald Tusk i dziesiątki innych, o których nadużyciach, a nawet przestępstwach mówiono miesiącami, tak naprawdę nigdy nie zbliżyli się nawet do ławy oskarżonych, bo zawsze wtedy, gdy trzeba było powiedzieć „sprawdzam”, współuczestnicy „gry” odchodzili od stołu.

 

Miało to w sobie coś z teatru stworzonego na użytek opinii publicznej, w którym prawdziwe życie toczyło się nie na scenie, lecz za kurtyną. 

 

Lepper wiedział i widział - bo widział to każdy, kto chciał widzieć - że przez ponad dwadzieścia lat III RP nie wykryto ani jednego sprawcy z wielu głośnych morderstw, nie odzyskano ani jednej złotówki ze zdefraudowanych i wytransferowanych za granicę miliardów złotych, nie wyjaśniono do końca ani jednej z dziesiątek najgłośniejszych afer.

 

Widział i wiedział, jak machina prawa z trudem się obraca i to tylko w tę stronę i tylko wtedy, gdy ludzie na wysokich stołkach pozwalali, by się obracała.

 

Widział i wiedział dość, by rozumieć, że w tym kraju sprawiedliwość się kupuje lub wymienia na „przysługi” - i był zdeterminowany, by do takiej właśnie „transakcji” doprowadzić.

Wiedział o pieniądzach CIA i o politykach SLD, wiedział o tajnych kontach w Coutts Banku, Voglu, Kwaśniewskim i Millerze, wiedział o kontrakcie gazowym, Pawlaku i Tusku, wiedział wreszcie o Pro Civili i prezydencie Komorowskim, o którym informował go Janusz Maksymiuk, ważne ogniwo w tej potężnej przestępczej organizacji zwanej dla niepoznaki fundacją.

 

Jednym zdaniem, Andrzej Lepper wiedział dość, by w oparciu o tę wiedzę i wynikające z niej metody szantażu oraz nacisku, podjąć niebezpieczna, ale logiczną i konsekwentną grę. Grę, w której stawką miały być jego wolność, przyszłość i życie. Grę, która zaczęła się kilka lat wcześniej i którą zamierzał doprowadzić do samego końca.

 

Czy mógł wtedy przypuszczać, że ten koniec nastąpi tak szybko i że kilkanaście godzin później nie będzie już żył? 

 

sumlinski.com.pl

 

Źródło: Telewizja Republika

28.11.2016

 

     Na 3 dni przed wyborami
min. Borys Budka
podniósł minimalne stawki wynagrodzeń
adwokatom i radcom aż o 100%!
Czy tak się dba o przychylność prawniczego środowiska?

 

Grono adwokackie i radcowskie w Polsce musi być bardzo wdzięczne poprzedniej władzy, która w sposób wyjątkowy zadbała o ich finansowe interesy. Przypomnijmy, że Borys Budka - minister sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz - na trzy dni przed przegranymi wyborami parlamentarnymi podwyższył aż o 100 proc. minimalne stawki wynagrodzeń, jakich mogą się domagać od swoich klientów adwokaci i radcowie prawni. Warto to przypomnieć bowiem nie często zdarza się, że cena jakiejś usługi z dnia na dzień rośnie aż o 100 proc...

 

Borys Budka - minister sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz - tuż przed wyborami parlamentarnymi, po których PO-PSL oddały władzę PiS, podpisał dwa rozporządzenia: (1) w sprawie opłat za czynności adwokackie oraz (2) w sprawie opłat za czynności radców prawnych. W obu przypadkach rozporządzenia te zmieniły narzucane prawem minimalne stawki wynagrodzenia, jakie adwokaci i radcowie mogą żądać od swoich klientów. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że wzrost minimalnych stawek wynagrodzeń został ustalony przez ministra Budkę aż o 100 proc. w porównaniu do poprzednio ustanowionych stawek.

 

(...)

 

Powstaje pytanie - co skłoniło ministra Budkę do tak wielkiej podwyżki adwokackich i radcowskich wynagrodzeń? Dlaczego zrobił to dokładnie na 3 dni przed przegranymi wyborami? Czy decyzję tą można interpretować jako element dbania o przychylność prawniczego środowiska?

 

Źródło: niewygodne.info.pl

wpis z dnia 28.11.2016

25.11.2016

W środę 23 listopada w warszawskim klubie Hybrydy odbyło się spotkanie z Jürgenem Rothem, autorem książki „Smoleńsk 2010. Spisek, który zmienił świat”. Organizatorem spotkania było Wydawnictwo Zysk i Spółka oraz „Gazeta Polska” wraz z klubem „Gazety Polskiej”. Spotkanie prowadził Grzegorz Wierzchołowski, redaktor naczelny portalu Niezalezna.pl oraz dziennikarka "Gazety Polskiej Codziennie" Magdalena Piejko.

 

Niemiecki dziennikarz pytany o okoliczności, w jakich wszedł w posiadanie tajnego raportu BND wyjaśnił, że z jednej strony ma świadomość, że nie powinien dysponować tym dokumentem, jednak z drugiej strony jego obowiązkiem, jako dziennikarza było zapoznać się z jego treścią.

 

- Oczywiście jako dziennikarz nie powinienem być w posiadaniu takich dokumentów, ale z drugiej strony, to jest nasze zadanie jako dziennikarzy, żeby w posiadanie takich dokumentów po prostu wejść. Co do gen. Desinowa to jest klarowne, że jest on odpowiedzialny za ten zamach. Potwierdzają to zarówno wypowiedzi funkcjonariusza BND na ten temat, oraz informacje wynikające z innego źródła.

 

To powinno zobowiązywać do dalszej dyskusji. Tego raportu nie należy traktować jako dowodu. To jest element puzzli, część większej układanki. Są tam opisane jedne z wielu powodów, które doprowadziły do katastrofy smoleńskiej. Dokument ten wprowadzam do obiegu w związku z innymi różnymi papierami z BND.

 

Trzeba przyznać, że nie wszystkie źródła, które miał BND były wiarygodne. Przypomnę choćby to, co doprowadziło do wojny w Iraku. To była wypowiedź jednego z informatorów BND. Państwo wiedzą, że przekazywane przez niego informacje były fałszywe i zostały politycznie wykorzystane i zinstrumentalizowane. To jest co do zasady problem informacji pochodzących ze służb.

 

Wracając do raportu dot. Smoleńska, ja sam początkowo byłem do niego nastawiony bardzo sceptycznie. O jego wiarygodności przekonały mnie informacje uzyskane od funkcjonariusza BND, którego dobrze znałem – mówił Jürgen Roth.

 

Pytany o to, dlaczego książka nie wyszła w pierwszej kolejności w języku niemieckim, tylko skierowana została od razu do polskiego czytelnika Roth przyznaje, że niemiecka opinia publiczna nie jest zainteresowana kwestią Smoleńska.

 

- Książka ta jest skierowana do polskiego czytelnika, gdyż w tej książce nie chodzi tylko o Smoleńsk. Smoleńsk jest w to wpleciony. Jest to wplecione w cała sytuację Niemca - Jürgena Rotha - który z jednej strony krytycznie podchodzi do spraw związanych z Polską, a z drugiej strony się z nią solidaryzuje. Powody katastrofy w Smoleńsku, to co do niej doprowadziło, te sygnały mało kogo w Niemczech interesują.

Denerwowałem się, że niemieccy dziennikarze, którzy pisali na temat katastrofy smoleńskiej bazowali tylko na oficjalnym raporcie rosyjskim i polskim. Nie interesowało ich nic innego.

 

Do tej pory niemieckiemu czytelnikowi sugeruje się, że krytyka raportu MAK równa się teorii spiskowej. Nawet w małym stopniu do tego to nie prowadzi, żeby zdać sobie pytanie czy faktycznie tak było. Dlatego wplatam spór o Smoleńsk w kwestie związane z dezinformacją Putina i jego polityki kłamstwa. To właśnie widzimy również na przykładzie MH17, który został zestrzelony nad Ukrainą. To widzą również państwo ws. zamordowania Litwinienki. To widzą państwo ws. okupacji Krymu. To widzą państwo ws. wsparcia rebeliantów prorosyjskich na wschodzie Ukrainy. To widzą państwo do dnia dzisiejszego, jak są prowadzone działania wojenne w Aleppo, gdzie bombardowane są szpitale. W tych okolicach w powietrzu są wyłącznie Syryjskie i Rosyjskie samoloty. Pomimo tego rosyjski rząd wszystkiemu zaprzecza.

 

Dlatego tak ważne jest żeby w ten cały system dezinformacji wpleść również wiedzę na temat Smoleńska, bo Smoleńsk jest częścią tej całej polityki dezinformacji – mówił niemiecki dziennikarz.

 

Odnosząc się do tego, że skoro w raporcie BND oraz jego książce pojawiają się nazwiska m.in. gen. Jurij Desinow z FSB oraz innych osób, które miały zorganizować zamach w Smoleńsku, istnieją jakieś dowody na to, że którakolwiek z wymienionych w publikacji osób faktycznie istnieje, Jürgen Roth podkreślił, że wskazywałyby na to informacje przekazane przez jego kontakt w BND.

 

- Nie mam na to dowodów. Mam raport roboczy funkcjonariusza BND, którego znam od wielu lat, który te źródła znał osobiście i zna. On mówił mi o tym już o wiele wcześniej, zanim ten raport powstał. Z drugiej strony już wtedy było to do udowodnienia, że to źródło, o którym wówczas mówił egzystowało – tłumaczył niemiecki dziennikarz.

 

Poproszony o wyjaśnienie informacji z treści raportu BND sugerującej, jakoby jakiś polski polityk miał zlecić rosyjskim służbom zamach na polskiego prezydenta autor książki „Smoleńsk 2010. Spisek, który zmienił świat” tłumaczył, że jego głównym obowiązkiem, jako dziennikarza było umożliwienie zapoznania się z treścią raportu i wyrobienie sobie własnego zdania na jego temat.

 

- To się składa. Oczywiście jakiś polski polityk może przekazać innym służbom werbalnie lub niewerbalnie, że ktoś mu przeszkadza... Ja oczywiście nie mówię, że tak musiało być. Czasami ktoś może przeoczyć lub nie chce tego przeczytać... Podkreślam jednak, że ten dokument roboczy urzędnika BND jest tylko jednym z wyjaśnień bardzo wielu rzeczy.

 

Naturalnie nie mówię w tej książce, że to, co tam zostało napisane jest absolutną prawdą. Tego nie wiem. Jeśli taki dokument istnieje, to moim obowiązkiem jest go przedstawić razem z krytycznym odniesieniem się do działania służb. Ten raport był już opublikowany w pierwszej książce. Wtedy sprowokowało to reakcję rzecznika BND. Wtedy powiedziano „tego nie ma”. Dlatego zdecydowałem się na upublicznienie raportu w całości, żeby czytelnicy sami mogli sobie wyrobić swoje własne zdanie na ten temat – tłumaczy Jürgen Roth.

 

Pytany o to, czy BND skomentowała tę najnowszą publikację autor książki wyjaśnia, że z całą pewnością kierownictwo niemieckiego wywiadu zostało już o wszystkim poinformowane.

 

- Nie wiem co BND czyta. Całe szczęście, że tego nie wiem. Myślę jednak, że zostali już o tym poinformowani. Bo ten funkcjonariusz BND, z którym miałem kontakt, zerwał całkowicie ze mną wszelkie kontakty. Nie może ze mną rozmawiać. Do lata tego roku mógł ze mną rozmawiać. Teraz już nie może.

 

Dlatego właśnie uważam, że BND już dokładnie o wszystkim wie, ale to tylko moje przypuszczenie. Oczywiście nie mam w tej kwestii pewności, bo nie jestem funkcjonariuszem BND – mówił niemiecki dziennikarz.

 

Źródło: niezależna.pl

23.11.2016

 

Fragment najnowszej książki Wojciecha Sumlińskiego "Niebezpieczne związki Andrzeja Leppera". Telewizja Republika objęła nad nią patronat.

 

Premiera już dziś.

 

"- Prześledźmy pokrótce wydarzenia, które w owym czasie zmieniały się, jak w kalejdoskopie. Zamiast naprawdę poddać gruntownej weryfikacji wersję samobójstwa i dalej prowadzić śledztwo, prokuratura błyskawicznie zamyka sprawę – zamyka, nim tak naprawdę ją zaczyna. Media bez mrugnięcia okiem przyjmują prokuratorską narrację.

 

Tak zaczęła się rodzić wersja o długach Leppera, które jakoby miały doprowadzić do jego załamania, a która jak wiemy, nie miała nic wspólnego z prawdą. 

 

Oczywiście jest faktem, że Lepper miał problemy finansowe, bo kto ich nie ma, ale po pierwsze nie takie, jak przedstawiano, a po drugie – i to jest bardziej istotne – miał jasną i pewną perspektywę pozyskania środków z wielu źródeł, między innymi z promesy i unijnych dotacji. Nie wiadomo też, co stało się z pieniędzmi – a mówimy tu o milionach – przesyłanych kanałem ukraińskim. To jedna z wielu zagadek w tej historii, której dziwnym trafem nikt nie próbował nawet wyjaśnić.

 

Co dzieje się dalej?

 

Masa świadków zeznała, że w przededniu oraz w dniu śmierci Andrzej Lepper był pełen wigoru, a nawet dawno u niego nie widzianego entuzjazmu, opowiadał o planach na przyszłość, odbywał spotkanie za spotkaniem, ale prokuratura uwierzyła jednemu świadkowi, który twierdził, że Lepper był załamany.

 

Dlaczego prokuratura lekceważy wiarygodne i spójne zeznania kilkunastu osób, a zamiast tego „kupuje” wersję jednego człowieka, który tej wiarygodności nie ma za grosz – bo tak naprawdę trudno o mniejszą wiarygodność, niż Rudowskiego, który kłamie, kluczy i przeczy sam sobie?

 

Jak w tej sprawie zachowuje się prokuratura?

 

Jeden wielki chaos. Co napisał nasz policjant ze Stołecznej?

 

Cytuję:

„to najbardziej niedbale śledztwo, z jakim miałem do czynienia.” Nic dodać, nic ująć, mógłbym się pod tym podpisać obiema rękami. Przeczytałeś uzasadnienie prokuratury?

 

W jednym i tym samym prokuratorskim protokole zawarto informację o braku prądu w siedzibie Samoobrony - co teoretycznie uniemożliwiałoby otworzenie od zewnątrz zamka cyfrowego zamontowanego w drzwiach prowadzących do prywatnych pomieszczeń Leppera - i o czynnym dekoderze telewizyjnym, włączonym telewizorze oraz stacjonarnym komputerze, a przecież wszystkie te urządzenia działały wyłącznie na prąd. Jak wytłumaczyć tę absurdalną sprzeczność?

 

To nie brak prokuratorskiego profesjonalizmu, a na pewno nie tylko to – to coś znacznie gorszego. Ten dokument mówi bardzo wiele o podejściu prokuratury do tej sprawy, tak naprawdę mówi więcej, niż jakiekolwiek słowa. No bo był prąd, czy nie było?

 

To wszystko nie trzyma się kupy. Nie wierzę, by prokurator, sam z siebie, podpisał się pod czymś takim. – Tomek zapalił kolejnego papierosa, nie zliczę już, którego podczas tej rozmowy, a ja zamyśliłem się nad jego słowami.

 

Przypomniały mi one podobne historie, które poznawałem jako dziennikarz śledczy. Myślałem o ludziach, którzy zginęli w niewyjaśnionych i tajemniczych okolicznościach, myślałem o innych głośnych tak zwanych samobójstwach, o zdefraudowanych i wytransferowanych za granicę miliardach złotych. Był dla tych wszystkich historii jeden wspólny mianownik: gdy ktoś miał odwagę pytać, na jakim etapie są śledztwa we wszystkich tych sprawach, odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: „tajemnica państwowa”… 

 

- Idźmy dalej – major podjął przerwany wątek. - Mnożone są fałszywe tropy, pojawiają się różne wersje, media mają używanie. Tak naprawdę już nawet nie nazajutrz, a jeszcze tego samego dnia prawie wszystkie serwisy informacyjne – telewizja, radio, Internet - przesądzają o samobójstwie Leppera. Na jakiej podstawie, skoro śledztwo nawet się nie rozpoczęło? Prokuratura, ta sama, która jeszcze nawet nie rozpoczęła śledztwa, od samego początku tej historii cieknie, jak dziurawy okręt - a mimo to nikt z tym nic nie robi i wszyscy sprawiają wrażenie zadowolonych. Zupełnie tak, jakby ktoś chciał oszczędzić roboty prokuraturze.

 

Pytań jest więcej: dlaczego lekceważone są ślady traseologiczne, choć to przecież koronny dowód, że ktoś o nieustalonej tożsamości był na miejscu zdarzenia w dniu śmierci Leppera? Ale to wychodzi dopiero później. Podobnie jak sprawa wytar-tych odcisków z pętli i krzesła, na którym Lepper stał przed powieszeniem…

 

– Co powiedziałeś? – nie zdawałem sobie sprawy, że prawie krzyknąłem. Patrzyłem na mojego rozmówcę coraz szerzej otwartymi oczami, bo rozumiałem, że wszystko to razem wzięte do kupy już dawno przekroczyło granicę absurdu. 

 

- Nie wierzę, że to pominąłeś.

 

- Naprawdę nie wiem, o co chodzi.

 

– Powiedziałem, że na krześle, które Lepper miał sobie podstawić, nim zawisł na sznurze, nie było ani jego, ani zresztą żadnych innych odcisków palców. Ani jednego pieprzonego maleńkiego odcisku. To bardzo dziwne samobójstwo, prawdopodobnie najbardziej niezwykłe w dziejach sądownictwa, i to nie tylko polskiego sądownictwa. Każdy prawnik, policjant czy sędzia powie ci, że w historii prawa nie było dotąd takiego samobójstwa. Bo, co już naprawdę zastanawiające, żadnych odcisków palców nie było też na sznurze, na którym Lepper zawisł, a który podobno sam włożył sobie na szyję. 

 

– Nie wierzę własnym uszom – powiedziałem na poły do siebie, patrząc gdzieś w punkt na ścianie za moim rozmówcą. Ten uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały smutne.

 

– To byłoby wytłumaczalne tylko w jednym przypadku: gdyby zmarły miał na rękach rękawiczki – ale nie miał. I żadnych rękawiczek w pomieszczeniu nie znaleziono. Jeśli zatem nie założył rękawiczek, to przyjąwszy, że zabił się sam, musiałby wejść na krzesło, następnie już na nim stojąc musiałby starannie wytrzeć zeń wszystkie odciski palców. Następnie musiałby założyć sobie na szyję pętlę i z kolei musiałby z tej pętli wytrzeć dokładnie wszystkie odciski palców. Na koniec jeszcze musiałby zniszczyć chusteczkę czy cokolwiek innego, czym wycierał to wszystko, bo niczego takiego nie znaleziono.

 

Pytanie – kto w momencie samobójczej śmierci zadaje sobie tyle trudu, by tak skrupulatnie wytrzeć odciski palców?

 

I po co Lepper miałby to robić?

 

A jak mówiłem - w pomieszczeniu nie znaleziono niczego, czym można by to zrobić. A jednak prokurator chce, abyśmy uwierzyli, że Lepper wszedł na krzesło, po czym wytarł ślady odcisków palców, następnie założył pętle na szyję i znów wytarł ślady odcisków palców, zniszczył „narzędzie” wycierania owych śladów i dopiero potem się powiesił. Trzeba przyznać, że jak na samobójcę Andrzej Lepper zatroszczył się o zadziwiająco wiele rzeczy – rzeczy, o które nie zatroszczył się chyba jeszcze żaden samobójca w historii kryminalistyki, i to nie tylko polskiej kryminalistyki. 

 

- Nie wierzę własnym uszom – powtórzyłem, bo mimo że w moim zawodzie widziałem i słyszałem już niejedno, to tym razem rzeczywiście nie dowierzałem, że takie rzeczy mogły wydarzyć się naprawdę. Ale to działo się naprawdę! –

 

Zastanawiam się, jak to wszystko jest możliwe? – powiedziałem, gdy już odzyskałem głos. 

 

– To bardzo dobre pytanie: jak to możliwe? Na gruncie logiki i zdrowego rozsądku trudno znaleźć na nie odpowiedź. Ale są inne pytania, nie mniej ważne. Kto naprawdę zabił? I kto jest władny przez tyle lat utrzymywać to w tajemnicy? 

 

– To nieprawdopodobna historia – przerwałem przedłużającą się ciszę.

 

– Powiedziałbym raczej, że nieprawdopodobnie prawdziwa.

 

Bo to, co tu przedstawiłem, to same fakty. A jak dobrze wiesz, fakty nie wymagają interpretacji. Po prostu są, jakie są. A przecież jest jeszcze sprawa monitoringu, choć to wątek ostatecznie niepotwierdzony.

 

- O tym też nie słyszałem. 

 

- Bo ci nie mówiłem. Tamtego dnia zaszedł jeszcze jeden dziwny wypadek: w dniu śmierci Andrzeja Leppera pojawiły się jakieś problemy z miejskim monitoringiem, były krótkotrwale przerwy. Miałem o tym informacje z kilku niezależnych i wiarygodnych źródeł. Przypadek?

 

Dużo tych przypadków. No i kolejne pytanie bez odpowiedzi: dlaczego z rozpoczęciem śledztwa zwlekano trzy dni, gdy wiadomo, że po takim czasie z organizmu zniknie trucizna i wszystkie podobne substancje, które tam były – jeśli oczywiście były. Ale tego właśnie nikt już nie sprawdzi, bo ktoś ewidentnie pokpił sprawę. Realizowałem wiele śledztw na zlecenie prokuratury, ale jeśli tak prowadziłbym którekolwiek z nich, choćby w sprawie o przejechanego kota – inna sprawa, że aby ABW prowadziła taką sprawę, kot musiałby prowadzić działalność szpiegowską – tabloidy miałyby używanie.

 

A przecież w tym przypadku chodziło o znanego polityka, do niedawna wicepremiera i wice-marszałka Sejmu, który wciąż był w polityce i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Co dzieje się dalej? 

 

Absurdalna wersja o rzekomym samobójstwie obiega kraj i zakłóca zdrowy rozsadek. W efekcie rzekome samobójstwo byłego wicepremiera zostaje uznane za rozpaczliwy akt desperata, którego złamały trudy życia. Kto będzie rozpaczał po skompromitowanym polityku, któremu zniszczono reputację i na którym media od dawno miały używanie, choć sprawy były dęte?

 

Tymczasem było i jest wielu zaineresowanych, by tej sprawy broń Boże nie ruszać, bo cisza wokół niej była i jest na rękę różnym środowiskom - z wielu powodów, do których zaraz dojdziemy.

 

Przy okazji wyjaśniania prawdziwych okoliczności tej zbrodni mogłyby wyjść na światło dzienne fakty dotyczące innej niezwykłej historii, która – jak wiesz - dotąd nie znalazła swojej pointy, a wtedy ziemia zatrzęsłaby się na dobre. I nikt nie wie, co byłoby dalej…"

 

Źródło: sumlinski.com

23.11.2016

 

Jürgen Roth w TV Republika:
Nie możemy wierzyć Rosji Putina. To mafia.


- Władza w Rosji leży w ręku grup przestępczych. To nie jest żadna odległa historia, ponieważ jeśli zobaczymy, w jaki sposób Władimir Putin doszedł do władzy, to widać, że od początku związany był z grupami przestępczymi - mówił dziś w TV Republika Jürgen Roth, niemiecki dziennikarz i autor książki "Smoleńsk 2010. Spisek, który zmienił świat".

 

- Wiemy, co stało się w Smoleńsku, ale nie wiemy, jaki był cel tych wydarzeń, co do niego mamy jedynie spekulacje. Prezydent Kaczyński był wielkim wrogiem Władimira Putina, ponieważ walczył z jego zapędami przestępczymi i władczymi związanymi z Europą Zachodnią - wyjaśniał Roth.

 

I dodawał:
Rosja do tej pory uprawia politykę kłamstw, destabilizacji, dezinformacji czy manipulacji. Dlaczego mamy wierzyć w to, co mówi rząd rosyjski, skoro do dziś mamy zaprzeczenia prawdy związane z Ukrainą, Krymem czy malezyjskim samolotem.

 

Roth w swojej książce sporo miejsca poświęca tłu geopolitycznemu katastrofy: rosyjskiej mafii, Gazpromowi, stosunkom niemiecko-rosyjskim. Ale przygląda się też zakłamaniu niemieckich mediów analizujących sytuację w Polsce.

Dziennikarz mówił dziś o tym w TV Republika:
 W Niemczech mamy jedno źródło informacji o Polsce – "Gazetę Wyborczą", która jest cytowana przez większość mediów, będąc tym samym głównym źródłem informacji o naszych wschodnich sąsiadach. Niemiecka opinia publiczna powinna uzyskiwać przekaz ze wszystkich stron politycznych, a niestety uzyskują informacje tylko z jednej strony.

 

Źródło: TV Republika

22.11.2016

 

Niemiecka demokracja: ministrowie z SPD brali
tysiące euro za spotkania z lobbystami!

 

Niemcy nieustannie pouczają polski rząd, a przodują w tym politycy centrolewicowej SPD. Tymczasem dziś niemieckie media ujawniły niezwykły skandal: firmy i lobbyści mogli rezerwować sobie spotkania z wysoko postawionymi oficjelami SPD, w tym ministrami, za kwoty od 3 do 7 tysięcy euro!

 

To się nazywa dopiero demokracja.

 

Spotkania z czołowymi politykami SPD za pieniądze były organizowane przez agencję tej partii Network Media GmbH. Jak ujawnił program telewizyjny "Frontal21" w stacji ZDF - z lobbystami spotykali się m.in. minister sprawiedliwości Heiko Maas, minister pracy Andrea Nahles, minister środowiska Barbara Hendricks, minister spraw rodziny Manuela Schwesig, szef klubu parlamentarnego SPD Thomas Oppermann, sekretarz generalny SPD Katarina Barley i sekretarz stanu w ministerstwie spraw gospodarczych Matthias Machnig.

 

Prezes SPD Sigmar Gabriel powiedział telewizji ZDF, że nic nie wiedział o tego rodzaju spotkaniach. I że nie brał w nich udziału. Ale organizację sponsorowanych rozmów potwierdziła agencja Network Media GmbH. Nie chciała jednak zdradzić, do ilu dokładnie takich spotkań doszło. Zaznaczono jedynie, że w ciągu ostatnich 5 lat nie było ich więcej niż dziesięć rocznie.

 

ZDF podaje, że minister sprawiedliwości Heiko Maas uczestniczył w dwóch takich rozmowach. Jedną z nich sponsorował holenderski bank ING-DiBa.

 

W rozmowie z telewizją specjalistka od prawa państwowego i administracyjnego Sophie Schönberger oceniła takie praktyki jako nielegalne.     

 

Autor: wg

Źródło: heute.de, niezalezna.pl

21.11.2016

Dziennikarz śledczy Wojciech Sumliński w tej książce odważa się odsłonić tę część prawdy o polskiej mafii, której poruszania śmiertelnie obawia się najsłynniejszy polski świadek koronny - Jarosław Sokołowski „Masa”.

 

Sumliński bezkompromisowo ujawniaja skrzętnie ukrywane fakty o prawdziwej polskiej mafii a nie tej „trzepakowej”, której emanacją jest niezaprzeczalny celebryta „Masa”.

 

Lektura tej książki, to lektura dla ludzi myślących odważnie, trzeźwo i niezależnie,

 

Jej wydawca przytoczył fragment wywiadu Jarosława Sokołowskiego ps. "Masa" z 14 maja 2015 r.: 

 

"(...) — W czasie rządów Lecha Kaczyńskiegi doszło do likwidacji WSI. Służb do których "Pruszkowa" nawet nie chciał Pan porównywać. Mówił Pan: "przy nich to my byliśmy mafią trzepakową".

 

— Cała ta esbecja, ludzie z WSI…

 

— Jakie mają dziś wpływy?

 

— Nieograniczone. Tylko dziś nie latają jako wywiad, tylko jako biznesmeni. Kliki układowe, kolesiostwa, przyjaźnie zawarte w wojsku, na szkoleniach, wyjazdach. Z pełnym dostępem do służb, CBŚ, CBA. Dziś mówimy o nich „szara strefa”, a w następnym dziesięcioleciu powiemy wprost: mafia.

 

— Na czym polega ich siła?

 

— Mają haki na wszystkich. Ta cała stara esbecja, WSI, może roztoczyć przed każdym czerwony dywan do gigantycznej kariery. Haki na polityków, którzy przecież są upier... w tym gównie od karku po pięty.

Czemu oni nie chcieli weryfikacji?

Rozliczeń komuny?

Wchodzimy już w politykę, ale przynajmniej wiem, dlaczego krzyczano o Okrągłym Stole, że to zdrajcy.
 
— Grupa pruszkowska robiła niezłe interesy z WSI.

 

Dlaczego nie zgodził się Pan zeznawać na ten temat?

 

— Powiedziałem Mierzewskiemu wprost, że nie powiem ani słowa. Nie chcę z nimi zadzierać. Uwierzcie mi, żaden program świadka koronnego by mi nie pomógł. Pewnie komuś się kiedyś wszystko znudzi i powie, jak to wyglądało. Zanim go upier..., to będzie sensacja na całą Polskę. Wspomnicie moje słowa. (...)"

 

Poniżej przytaczam fragment książki.
(js)

18.11.2016

18.11.2016

Stanisław Piotrowicz w środku

- Reagujemy na krytykę, umiemy wyciągać wnioski, wychodzimy naprzeciw opozycji, uwzględniamy argumenty Komisji Weneckiej. To chyba dobrze? Czy to też przerobią na zarzut? – mówi w rozmowie z Jackiem i Michałem Karnowskimi na łamach najnowszego numeru tygodnika „wSieci” Stanisław Piotrowicz, prawnik, poseł PiS, sprawozdawca projektów ustaw o Trybunale Konstytucyjnym.

 

- Prezes Andrzej Rzepliński zobaczył, że już nawet najbliżsi współpracownicy od niego odstępują, że nawet składu dziewięcioosobowego nie jest w stanie sklecić, choć wcześniej nie miał z tym problemu. Okazało się, że chętnych do dalszej przygody w łamanie prawa ubywa.

 

Sklecono więc skład pięcioosobowy i uznano, że w tej sytuacji, w której wprost wymagany jest pełen skład, lepiej uniknąć zwarcia w sprawie procedury wyboru prezesa TK – czytamy w wywiadzie tygodnika „wSieci”.

 

Redaktorzy rozmawiają ze Stanisławem Piotrowiczem także o jego przeszłości oraz o zarzutach, jakie kieruje w stosunku do niego opozycja.

 

- Jedyną instytucją, która oferowała mi pracę od zaraz, była prokuratura. Po dwóch latach aplikacji zdałem egzamin prokuratorski. Nieskromnie powiem, że najlepiej z całej grupy. Ale tuż przed egzaminem prokurator wojewódzki zorientował się, że nie należę do partii. Dał prosty wybór: albo dopuszczenie do egzaminu i zapisanie się do partii, albo… – opowiada o swoich pierwszych problemach zawodowych poseł.

 

Zapytany o istotę konfliktu z Trybunałem Konstytucyjnym Stanisław Piotrowicz jasno daje do zrozumienia, co o całej sprawie mówi prawo.

 

- Trybunał powinien szanować prawo parlamentu do regulowania sposobu pracy TK. To uprawnienie parlamentu wymienione wprost w konstytucji. Gdyby jej twórcy chcieli stworzyć ciało niebieskie raz puszczone w ruch, zrobiliby to. Zdecydowali inaczej – mówi w rozmowie z braćmi Karnowskimi.

 

Dziennikarze pytają także posła o to, kiedy możemy liczyć na zakończenie sporu wokół Trybunału Konstytucyjnego i jakich rozwiązań możemy się spodziewać.

 

Wiele wskazuje na to, że moment przywrócenia praworządności [...] jest już bliski. Prezes TK niedługo odchodzi. Nowa ustawa zaś, która jest już po pierwszym czytaniu w Sejmie, kształtuje tę materię w ten sposób, że Zgromadzenie Ogólne sędziów TK odbędzie się już po zakończeniu kadencji prezesa, w ciągu miesiąca. Ono przyjmie regulamin i przedstawi prezydentowi kandydatów na nowego prezesa – uspokaja Stanisław Piotrowicz.

 

Cały wywiad do przeczytania na łamach najnowszego numeru tygodnika „wSieci”, w sprzedaży już od 14 listopada, także w formie e-wydania na http://www.wsieci.pl/e-wydanie.htm

18.11.2016

 

Syryjczyk oskarżony o zbrodnie wojenne

 

Niemiecka Prokuratura Federalna oskarżyła o zbrodnie wojenne 41-letniego Syryjczyka. Zarzuca mu się, że lokalna milicja, którą dowodził w syryjskim Aleppo, dopuszczała się plądrowania, bezprawnego pozbawiania wolności oraz stosowania tortur.

 

Milicja ta – Ghurabaa al-Szam – wchodziła w skład Wolnej Armii Syryjskiej walczącej z reżimem prezydenta Baszara al-Asada. Według informacji przekazanych w czwartek przez prokuraturę, oskarżony Ibrahim Al-F. wraz ze swoimi bojownikami uwięził co najmniej osiem osób protestujących przeciwko plądrowaniu i część z nich osobiście torturował. Jedna z ofiar zmarła w wyniku tortur, inna w niewyjaśnionych okolicznościach.

 

Agencja dpa informuje, że oskarżony od kwietnia przebywa w areszcie śledczym. Nie ujawniono, w jakich okolicznościach przybył do Niemiec.

 

Źródło: RS, PAP

Niemieckie gazety obszernie komentują dziś (16.11.2016) nie tylko wielką obławę policyjną na salafitów ale i ciągle powtarzające się akty przemocy i gwałty popełniane przez imigrantów.

 

W dzisiejszym "Münchner Merkur" czytamy na przykład:  

 

Holzkirchen

- Ein Pakistani attackierte eine Holzkirchnerin (20) in der Marienpassage. Eine andere Holzkirchnerin (54) wollte helfen - und wurde von ihm niedergeschlagen.

 

Am Dienstag, den 15.11.2016 gegen 13 Uhr, kam es in der Marienpassage in Holzkirchen zu einer Gewalttat durch einen pakistanischen Staatsangehörigen. Der seit kurzem in der Traglufthalle Holzkirchen untergebrachte zirka 40-jähriger Mann machte seinem Ärger über die Verlegung in die Traglufthalle Holzkirchen durch lautes Schimpfen und Schreien in der Nähe des Rathauses Luft. 

 

Als er auf seinem Weg in Richtung Bahnhof in der Marienpassage auf eine 20-jährige Holzkirchnerin traf, schlug er ihr unvermittelt zweimal mit der Hand auf den Kopf. Der jungen Frau wurde neben einem gehörigen Schrecken durch die Schläge schwarz vor Augen und sie klagte bei der polizeilichen Aufnahme über starke Kopfschmerzen. Sie ließ sich anschließend ärztlich behandeln.

 

Weil die Frau verängstigt um Hilfe schrie, wurde eine 54-jährige Angestellte aus Holzkirchen auf sie aufmerksam. Die Dame war gerade am Marktplatz aus einem Bus gestiegen und hörte die Schreie der jungen Frau. Sie eilte ihr zu Hilfe. Als sie bei dem Pakistani angekommen war, holte dieser weit aus und schlug ihr mit der flachen Hand ebenfalls ins Gesicht. Durch die Wucht des Schlages ging die Frau zu Boden. Sie erlitt dabei eine starke Rötung der Gesichtshälfte. Durch den Aufprall auf dem Boden prellte sich die Frau beide Handballen.

 

Weitere herbeieilende Passanten konnten weitere Übergriffe verhindern und den Täter in die Flucht schlagen. Dank einer vorhandenen Täterbeschreibung konnte der Mann binnen weniger Minuten von Zivilkräften der Polizeiinspektion Holzkirchen noch in Tatortnähe festgenommen werden. Bei seiner Überprüfung wurde festgestellt, dass der Mann polizeilich gesucht wurde. Der Täter wurde wegen einer zu vollstreckenden Freiheitsstrafe noch am gleichen Tag in eine Justizvollzugsanstalt verbracht.

16.11.2016

 

Szwajcarzy nie chcą
polskiego muzeum w Rapperswil

 

Muzeum o ogromnym dla Polaków znaczeniu ma zostać zlikwidowane. Szwajcarzy nie chcą polskiej placówki w Rapperswil, ponieważ widzą w pięknym zamku symbol swojego miasta.

 

Pół godziny jazdy pociągiem od Zurychu, w absolutnie bajkowej scenerii, znajduje się wyjątkowe dla polskiej kultury i polskiej historii miejsce. To właśnie tu, na zamku w Rapperswil, hrabia Władysław Plater założył po powstaniu styczniowym polskie muzeum. Kolekcja, gromadzona dzięki wysiłkowi Polaków z całego świata, rozrosła się do wielkich rozmiarów.

 

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zbiory muzeum przeniesiono do kraju, ale po drugiej wojnie światowej placówka została odtworzona na nowo w Rapperswil. To było ważne miejsce antykomunistycznej działalności. Tu mówiło się o Katyniu wtedy, gdy w Polsce było to oficjalnie zakazane. Dziś miejsce to jest chętnie odwiedzane przez Polaków, ale nie tylko.

 

Ta historia ma jednak także swoją mniej radosną stronę. Lokalne władze chcą się pozbyć polskiego muzeum z zamku. Klimat wokół placówki zaczął się zmieniać 10 lat temu. Szwajcarska lokalna prasa regularnie stawia pytania, czy dla Polaków na zamku powinno być wciąż miejsce. Zorganizowano nawet referendum, w którym większość mieszkańców opowiedziała się przeciw utrzymaniu muzeum.

 

Wszyscy prezydenci wolnej Polski odwiedzili to miejsce.
W ostatnią niedzielę był tu także Andrzej Duda.
Prezydent nie tylko zwiedził muzeum, rozmawiał także na temat problemów placówki. Temat Rapperswil pojawił się również w rozmowach Andrzeja Dudy z prezydentem Szwajcarii.


Kluczowe znaczenie ma tu zdanie władz miasteczka. Ich przedstawiciele spotkali się z polskim prezydentem. Burmistrz Rapperswil nie pojawił się jednak na spotkaniu. Czas płynie dla polskiej placówki bardzo szybko i niestety cały czas działa na jej niekorzyść.

 

(BB)

 

Źródło: onet.pl / dodano 15 listopada

Wybitny prawnik prof. zw. dr hab. Henryk Cioch:
"Całkowita odpowiedzialność
za kryzys wokół Trybunału
spoczywa na PO.
Ostrzegałem ich."

 

wPolityce.pl: Obóz liberalno-lewicowy rozdziera szaty z powodu zmian ustawy o Trybunale Konstytucyjnym.
Jak pan profesor postrzega ten spór?

 

PROF. NAUK PRAWNYCH, WYKŁADOWCA KUL, BYŁY SENATOR, HENRYK CIOCH: Przede wszystkim uderza krótka pamięć niektórych uczestników życia publicznego. Czy zapomnieli, że to poprzedni obóz rządowy jako pierwszy zaproponował i przeprowadził zmianę ustawy o Trybunale Konstytucyjnym? Było to przecież bardzo niedawno, zaledwie w czerwcu tego roku.

 

Przypomnijmy, co było celem tamtej nowelizacji?

 

Inicjator tamtych zmian, klub Platformy Obywatelskiej, otwarcie dążył do obsadzenia nie tylko trzech listopadowych wakatów w Trybunale, ale także dwóch grudniowych, które powinien obsadzić już parlament kolejnej kadencji. Z ustawy o Trybunale Konstytucyjnym jednoznacznie wynikało, że kadencja sędziego wynosi dziewięć lat, nie ma możliwości jej skracania, nie ma możliwości odwołania sędziego. Platforma połamała te zasady. Było to wyraźnie motywowane politycznie. PO czuła, że przegra wybory i postanowiła zabezpieczyć sobie Trybunał. Taka jest prawda.

 

Politycy Platformy wiedzieli czym to się może skończyć? Że wchodzą na niebezpieczną ścieżkę?

 

Tak, bo sam im o tym mówiłem. W kuluarach prac w Senacie ostrzegałem polityków PO, że postępują bardzo niedobrze, bo nowa większość rządowa będzie musiała to odkręcać. I to się właśnie dzisiaj dzieje. Całkowita odpowiedzialność za obecną sytuację ciąży na parlamentarzystach Platformy, którzy w poprzedniej kadencji zaczęli grzebać przy tej ustawie i chcieli obsadzić większą liczbę sędziów niż mogli to uczynić. Mówienie dziś, że PiS dokonuje jakiegoś zamachu na Trybunał, jest niepoważne. Całkowita odpowiedzialność spoczywa na PO. Ostrzegałem ich, że tak to się skończy.

 

Media wtedy reagowały?

 

Skąd! Całkowita cisza, tylko protesty posłów i senatorów PiS. Bardzo to kontrastuje z obecną histerią. A przecież jedyne co PiS próbuje zrobić, to naprawić tamtą sytuację.

 

Wśród kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego wymienia się także Pana. Przyjąłby Pan taką propozycję?

 

Dla każdego prawnika, zwłaszcza po wielu latach aktywności zawodowej i akademickiej, taka propozycja jest zawsze zaszczytem i ukoronowaniem kariery. Ale wybór należy do posłów i senatorów.

 

Rozm. gim

Autor: Zespół wPolityce.pl
Data publikacji: 22 listopada 2015

10.11.2016

 

On zostanie sekretarzem stanu u Trumpa? 

Dla Polski to doskonała wiadomość

 

Natychmiast po wygranych wyborach ruszyła giełda nazwisk kandydatów do administracji Donalda Trumpa. Wśród wymienianych osób pojawia się Newt Gingrich, nestor Partii  Republikańskiej, działający w polityce od 1979 roku, kongresmen i przewodniczący Izby Reprezentantów.  Jeśli te przewidywania się spełnią, to będzie dobra wiadomość dla Polski.

 

Według portalu Politico, sekretarzem stanu, czyli członkiem administracji odpowiedzialnym za politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych, mógłby zostać Newt Gingrich. To republikański polityk z dużym doświadczeniem, który przychylnie odnosi się do Polski.

 

W rozmowie z „Gazetą Polską Codziennie” Iwo Bender zaznaczał, że jeśli sekretarzem stanu w administracji Trumpa faktycznie zostanie Newt Gingrich, sympatyzujący z Polską, to nie mamy czego się obawiać.
 Bardzo dobrze orientuje się w geopolityce, co gwarantuje nam ochronę ze strony USA w relacjach z Rosją 
– podkreślał Bender.

 

Sam Gingrich doskonale orientuje się w sprawach polskich. Był na przykład producentem filmu „9 dni, które zmieniły świat”, opowiadającego o historycznej pierwszej pielgrzymce św. Jana Pawła II do ojczyzny w 1979 r. Polityk, który jest katolikiem, mówił o filmie w wywiadzie dla telewizji Fox News w kilka dni po tragedii smoleńskiej. Nawiązując do katastrofy, mordu w Katyniu i innych wątków polskiej historii, Gingrich powiedział, że pomysł filmu jest owocem jego fascynacji Polską, która – jak przypomniał – była liderem procesu wyzwalania się narodów Europy Środkowej i Wschodniej z jarzma ZSRS i komunizmu.

 

Newton Leroy Gingrich w latach 1979-1999 zasiadał w Izbie Reprezentantów. Od 1989 do 1995 był zastępcą lidera – rzecznikiem dyscyplinarnym mniejszości. Uważany za jednego z głównych autorów zwycięstwa Republikanów w wyborach do Kongresu w roku 1994, w wyniku których zdobyli większość w Izbie Reprezentantów po okresie dominacji Partii Demokratycznej trwającym od 1954. Przez następne cztery lata był Spikerem Izby.

 

Gingrich był przez wielu uważany za jednego z najbardziej wpływowych spikerów w historii Stanów Zjednoczonych, albowiem nie tylko przewodniczył izbie, ale uchodził za czołowego lidera większości w całym Kongresie, oraz czołową postać partii i zarazem „Republikańskiej Rewolucji”.

 

Otrzymał tytuł Człowieka Roku 1995 magazynu „Time”. Był jednym z kandydatów Republikanów w prawyborach w 2012 roku.

                             —      —      —

 

Tekst znaleziony w komentarzach do powyższego artykułu:

 

Trzecią żoną Newta Gingricha, republikańskiego kandydata w wyborach prezydenckich, jest mająca polskie korzenie Callista Gingrich (z domu Bisek). Jej babcia, Agnieszka Możdżeń, urodziła się w okolicach Nowego Targu, a do USA przyjechała w 1907 r. Callista przypuszcza, że jej dziadek, John Bisek był również z pochodzenia Polakiem, ale nie ma na to dowodów. Ojciec Callisty rozmawiał ze swoją matką i rodzeństwem po polsku, ale ona sama nie zna naszego języka. Ma ponad 40 polskich kuzynów, uwielbia polską kuchnię. Ma duży wpływ na męża.

 

Źródło: niezależna.pl / foto: facebook.com/newtgingrich/

9.11.2016

9.11.2016

 

Lech Wałęsa w ramach serii spotkań organizowanych przez KOD udał się z wizytą do Monachium. Zapewne sądził, że za granicą nie będzie musiał mierzyć się z delikatnie to ujmijmy - niewygodnymi pytaniami. Nic z tych rzeczy. Podczas spotkania jeden z uczestników wstał i zaczął zadawać mu niewygodne pytania. A gdy próbowano go wyprosić z sali odpowiedział, że nie trzeba, że sam wyjdzie.

 

http://wrealu24.pl/polityka/2498-niech-pan-opowie-o-wczasach-w-armalowie-awantura-na-spotkaniu-kod-z-walesa-w-monachium-video

6.11.2016

 

Niemiecka Minister ds. integracji: Nie możemy zakazać wszystkich małżeństw z dziećmi

 

Niemiecka minister ds. integracji wypowiedziała się przeciwko całkowitemu zakazowi małżeństw z dziećmi. W Niemczech toczy się dyskusja nad tym, jak zintegrować dużą liczbę imigrantów, którzy przybyli do kraju w ciągu ostatnich kilku lat. Jednym z problemów są małżeństwa z dziećmi.

 

„Całkowity zakaz małżeństw z dziećmi ma być może dobre zamiary, ale w indywidualnych przypadkach może też prowadzić do wykluczenia społecznego kobiet” – stwierdziła minister Aydan Özoguz z Partii Socjaldemokratycznej.

 

„Jeśli małżeństwa nie będą uznawane, to kobiety stracą podstawy prawne do zasiłków na dzieci lub spadków, a dla wielu uniemożliwi to nawet powrót do ich ojczyzny” – dodała.

 

Choć małżeństwa nieletnich to problem obecny w Niemczech już od wielu lat, sprawa nabrała szczególnej ostrości dopiero po masowym napływie muzułmańskich uchodźców do kraju.

 

Według danych niemieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na terenie RFN mieszka 1475 nieletnich małżonków, przede wszystkim dziewczynek. 361 spośród nich mają mniej niż 14 lat, 120 mają 14 albo 15 lat. W 664 przypadkach chodzi o imigrantki z Syrii.

 

Obecnie niemieckie prawo dopuszcza małżeństwa nie tylko między pełnoletnimi partnerami. Wystarczy, by jedno z małżonków miało ukończone 16 lat.


źródło: "politico.eu" oraz "ndie.pl"

Niemiecka Minister ds. integracji Aydan Özoguz / Foto: Flickr.com

6.11.2016

 

Federalna Policja Kryminalna Niemiec
upubliczniła statystyki, z których wynika,
że w pierwszej połowie 2016 roku
imigranci w Niemczech uznani zostali winnymi popełnienia 142500 przestępstw.
Oznacza to około 780 wykroczeń dziennie
i wzrost aż o 40 procent w odniesieniu do roku 2015.

 

Podobny wzrost zanotowano w latach ubiegłych. W 2015 r. wśród imigrantów odnotowano łącznie 208344 przestępstwa, był to wzrost o 80 proc. w porównaniu z 2014.

 

Najczęstsze przestępstwa to: zabójstwa, gwałty, rozboje, rabunki, pobicia, handel narkotykami.

 

Statystyki dotyczą tylko tych, których udało się złapać i skazać. O tysiącach innych policja nie ma informacji.

 

Brytyjski „Express” cytuje Freddiego Lohse z Niemieckiego Związku Policji w Hamburgu, który przyznaje, że imigranci nie mają dla funkcjonariuszy żadnego respektu. „Widzą wyrozumiałość niemieckiego prawa i traktują to jako zielone światło, aby dokonywać kolejnych przestępstw.
W swoich krajach za to samo ponieśliby o wiele bardziej srogie konsekwencje” – mówi policjant. Z kolei policjantka Tania Kambouri w wydanej niedawno książce napisała, że funkcjonariusze są przez imigrantów nieustannie atakowani i obrażani, a „niemieckie sądy to jakiś żart”.

 

Władze w Berlinie i rząd kanclerz Angeli Merkel, która jako pierwsza otwarcie zapraszała imigrantów do Europy, coraz poważniej dotyka również zagrożenie związane z faktem, że spośród 1,1 mln przyjętych imigrantów kilkadziesiąt tysięcy znajduje się poza kontrolą służb.

 

Imigranci nie rejestrują się i przebywają w kraju nielegalnie, policja nie posiada na ich temat żadnych informacji, co powoduje, że walka z taką przestępczością jest znacznie trudniejsza.

 

Źródło: ndie,pl

28.10.2016

 

Mec. Hambura: Gdyby dokumenty BND nie istniały,
książkę Jürgena Rotha zdjęto by z rynku

 

– Gdyby takiego dokumentu nie było w BND, to książka Jürgena Rotha, która ukazała się także po niemiecku, natychmiast zniknęłaby z niemieckiego rynku. Zostałaby zdjęta w postępowaniu zabezpieczającym. Do dziś dnia można kupić w niemieckich księgarniach pierwszą książkę Jürgena Rotha –  powiedział mecenas Stefan Hambura, pełnomocnik części rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, komentując informacje niemieckiego dziennikarza śledczego, który dotarł do pełnego raportu niemieckiego wywiadu BND na temat katastrofy smoleńskiej.

 

Czytaj więcej:

http://niezalezna.pl/88104-rosyjski-general-dokonal-zamachu-w-smolensku-jurgen-roth-ujawnia-dokument-niemieckiego-wywiadu

 

– To pokazuje, że materiały te, jeżeli okażą się prawdziwe, pokazują nam powiązanie rosyjsko-niemieckie w bardzo szerokim zakresie Jest wiele pracy przed nami, myślę, że polskie służby po "dobrej zmianie" będą na serio nad tym materiałem się pochylały – powiedział mec. Hambura.

 

Nie można w tych sprawach smoleńskich niczego wykluczać. Badajmy wszystkie wątki. Prokuratura to bada, sprawą powinny zająć się też służby i myślę, że się zajmują, ale również dziennikarze śledczy.I rozmawiajmy na ten temat. Nie wykluczajmy żadnego z powodów tej katastrofy. Rozmawiajmy bez zacietrzewienia, rozmawiajmy na argumenty i dlatego spójrzmy jak wygląda ten raport, jak wyglądają załączniku i zacznijmy o tym merytorycznie rozmawiać. Myślę, że nadszedł na to czas – mówił Hambura.

 

Czytaj więcej:

http://niezalezna.pl/88122-imiona-nazwiska-jednostki-zobacz-kto-stal-za-smolenskim-zamachem

 

Ówczesne władze nic nie wiedziały o apteczce technicznej w prezydenckim samolocie.

 

Notatka BND oznacza, że musimy sprawdzić jak to wtedy było(...). Prawie tona apteczki technicznej została załadowana 9 kwietnia 2010, dzień przed wylotem samolotu prezydenckiego do smoleńska. Poseł Opioła zwrócił się do ówczesnych władz i pytał, czy służby cos wiedziały - nic nie wiedziały. I to jest jakby dodatkowy punkt, żeby to zbadać. Bo co było w tej apteczce? Zapasowe koła, kanistry oleje? Tam można było wszystko wnieść – mówił pełnomocnik części rodzin smoleńskich na antenie telewizji Republika. 

 

Kontrola pirotechniczna została przerwana ze względu na hałas.

 

Tak zwana kontrola pirotechniczna, krótko przed odlotem nie została do końca przeprowadzona ze względu na hałas. Po prostu BOR-owiec, który sprawdzał z psem wycofał się.

 

To są fakty i skonfrontujmy to z notatką BND. Zacznijmy do tego poważnie podchodzić, bo właśnie nastał na to czas. 

–  powiedział mec. Stefan Hambura.

 

Autor: Marek Nowicki
Źródło: telewizjarepublika.pl

Generał Ryszard Kukliński

Prezydent Andrzej Duda mianował pośmiertnie płk. Ryszarda Kuklińskiego na stopień generała brygady.

 

Jak poinformował dyrektor biura prasowego Kancelarii Prezydenta RP, Marek Magierowski, prezydent na wniosek szefa MON mianował pułkownika Ryszarda Kuklińskiego generałem brygady.

 

Wniosek o pośmiertny awans dla Kuklińskiego minister Macierewicz złożył w lutym. Jak wówczas mówił szef resortu obrony:

 

"To się należy pamięci pułkownika, to należy się też polskiej armii, która musi mieć wzory jasne i odróżniać co jest dobre, a co jest złe. Żołnierze muszą wiedzieć kiedy mają do czynienia ze zdradą, a kiedy z bohaterstwem".

Przez jednych uznany po latach za "pierwszego polskiego żołnierza NATO" czy "ostatniego w Wyklętych", przez innych za "zdrajcę", pułkownik Ryszard Kukliński przekazał Amerykanom informację o planach wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Brał udział w opracowaniu związanych z tym dokumentów i uważał, że w ten sposób może zapobiec wielkiemu rozlewowi krwi.

 

Współpracę z CIA podjął z własnej inicjatywy w 1971, w wyniku przemyśleń po udziale polskiego wojska w interwencji państw Układu Warszawskiego w Czechosłowacji i pacyfikacji robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970.

 

Używał pseudonimu "Jack Strong". W nocy z 7 na 8 listopada 1981 został potajemnie przetransportowany wraz z rodziną do Stanów Zjednoczonych. W USA został ekspertem Departamentu Obrony i Departamentu Stanu, otrzymał również stopień pułkownika armii amerykańskiej i wysokie odznaczenie CIA. W 1984 r. władze PRL zdegradowały go i skazały na karę śmierci za zdradę. W 1994 r. obaj synowie Kuklińskiego zginęli w tajemniczych okolicznościach w Stanach Zjednoczonych.

 

W Polsce za pułkownikiem Kuklińskim wstawiło się grono intelektualistów, którzy apelowali do ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy o jego rehabilitację. W tym gronie byli m.in. Czesław Bielecki, Marek Nowakowski, Jarosław Marek Rymkiewicz, Jacek Trznadel, zaś Zbigniew Herbert napisał w tej sprawie listo do Wałęsy, który działania Kuklińskiego oceniał niejednoznacznie.

 

W 1995 r. Izba Wojskowa Sądu Najwyższego uchyliła wyrok ciążący na Kuklińskim. W tym samym roku podjęto ponownie śledztwo w jego sprawie. Zostało umorzone przez Naczelną Prokuraturę Wojskową w 1997 r. Kukliński został uniewinniony. "Solidarność" domagała się dla niego awansu na stopień generała. Pod koniec lat 90. i w początku lat 2000. pułkownik odwiedzał Polskę, planował nawet zostać tu na stałe. Zmarł w 2004 r.

 

Źródło: JJ/tvpparlament.pl, Fronda.pl z 24.10.2016

21.10.2016

 

Kto jest właścicielem mediów w Polsce?

20.10.2016

 

Sejmowa komisja kultury zajmie się w najbliższym czasie sytuacją własnościową w działających w Polsce mediach - pisze portal niezalezna.pl.

 

http://wpolityce.pl/polityka/312504-jest-szansa-na-repolonizacje-mediow-poslowie-pis-przygladaja-sie-sprawie-kruk-chcemy-zbadac-taka-mozliwosc

10.10.2016

 

Były premier Jan Olszewski: Kukiz nic nie rozumie ze zbrodni wołyńskiej. Bandera nie miał z tym nic wspólnego

 

http://niezlomni.com/byly-premier-jan-olszewski-kukiz-nic-rozumie-ze-zbrodni-wolynskiej-bandera-mial-tym-nic-wspolnego/

 

Opublikowane na stronie: niezlomni.com

06.10.2016

 

Kultura i codzienność Polaków
w powojennych Niemczech

 

W 1945 r., w czterech strefach okupacyjnych Niemiec znajdowało się ok. 2 mln Polaków. Ci, którzy pozostali w Niemczech, stworzyli jako tzw. dipisi - bezpaństwowcy – podwaliny polskiego życia publicznego i kulturalnego. 

 

Cały artykuł na stronie DW.COM:

http://www.dw.com/pl/kultura-i-codzienno%C5%9B%C4%87-polak%C3%B3w-w-powojennych-niemczech/a-35897549

06.10.2016

 

Rewolta na Kresach we wrześniu 1939 r. Mniejszości narodowe stanęły przeciw Polsce

 

http://historia.wp.pl/title,Rewolta-na-Kresach-we-wrzesniu-1939-r-Mniejszosci-narodowe-stanely-przeciw-Polsce,wid,18515838,wiadomosc.html?ticaid=117d94

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 21.08.2017 r.

w rubrykach:

"Z prasy i innych mediów"

oraz

"Z notatnika redagującego - Jerzego Sonnewenda.

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

 

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend