Bliżej Boga

Ks. Dr hab. Jerzy Grześkowiak

Świętych archaniołów  Michała, Rafała, Gabriela
(29 września)

 
Jak góry piętrzą się dookoła i ochraniają położne w nich doliny, 
tak święci aniołowie stoją wokół i nas chronią.
św. Albert Wielki


29 września Kościół co roku celebruje święto trzech w Biblii po imieniu nazwanych archaniołów: Michała, Gabriela i Rafaela. Początki tegoż święta są związane z poświęceniem kościoła św. Michała na Via Salaria w Rzymie, właśnie pod dniem 29 września wymienionym w Martyrologium Hieronimiańskim. Dawniej ze świętem archanioła Michała  wiązano wspomnienie wszystkich aniołów, także aniołów stróżów. Dopiero Pius X ustanowił osobne święto Aniołów Stróżów obchodzone w dniu 2 października. Do ostatniej reformy kalendarza liturgicznego (14.02.1969) każdy z archaniołów miał swoje własne święto: 24 marca – św. Gabriel, 29 września – św. Michał, 24 października – św. Rafał. Przy reformie wszystkich trzech archaniołów złączono w jednej uroczystości.
Kim są aniołowie? W rozumieniu Biblii i w nauce Kościoła aniołowie to istoty czysto duchowe, niecielesne, przewyższające doskonałością wszystkie stworzenia widzialne, stworzone przez Boga wyłącznie na Jego służbę i dla realizowania Jego poleceń. Są zatem sługami i wysłannikami Boga. Św. Augustyn powie tak na ich temat: „<Anioł> oznacza funkcję, nie naturę. Pytasz, jak nazywa się ta natura? – Duch. Pytasz o funkcję? – Anioł. Przez to, czym jest, jest duchem, a przez to, co wypełnia, jest aniołem”. A w Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Jako stworzenia czysto duchowe aniołowie posiadają rozum i wolę: są stworzeniami osobowymi i nieśmiertelnymi. Przewyższają doskonałością wszystkie stworzenia widzialne. Świadczy o tym blask ich chwały” (KKK 330). Do istoty aniołów należy wielbienie Boga, reprezentowanie Go w świecie i wypełnianie Jego woli. Stanowią „zastępy Boga” (Mt 26,53) i są „niebiańskimi posłańcami” (Mt 1,20; 2,13; Łk 1,11; Dz 8,26)). Aniołowie zawsze  kontemplują „oblicze Ojca, który jest w niebie” (Mk 18,10), są wykonawcami Jego rozkazów, „by słuchać głosu Jego słowa” (Ps 103,20), głoszą chwałę Ojca i „Baranka”, tzn. chwałę Jezusa Chrystusa (Ap 5,11). 
Nauka o aniołach w Starym Przymierzu jest mniej skomplikowana niż w chrześcijaństwie i mniej kiczowata niż popularne wyobrażenia o aniołach. Hebrajskie słowo w odniesieniu do anioła mal`ak i  greckie angelos  oznaczają tyle co: „wysłannik”.  W języku greckim nie ma w słownictwie różnicy między wysłannikiem Boga a posłańcami między ludźmi. Niemiecki teolog Claus Westermann w książce „Aniołowie Boży nie potrzebują skrzydeł” wykazał, że w trzech głównych epokach Starego Testamentu za każdym razem obowiązywało nieco inne rozumienie aniołów, a zbiorowe pojęcie „anioł” obejmowało przeróżne duchowe moce i funkcje. Na przykład precyzyjnie rozróżniano między dwoma kategoriami aniołów: wysłannikami Boga na ziemię i niebieskimi istotami otaczającymi tron Boga.
Aniołowie Biblii starotestamentalnej są bez skrzydeł i na ogół ukazują się w postaci męskiej. Bóg posługuje się nimi, by przekazać jakąś wiadomość, zapowiedzieć narodzenie dziecka, nadać mu imię, uniemożliwić w ostatnim momencie złożenie ofiary z człowieka (Rdz 22,11), wskazywać drogę, lub stanąć w poprzek na zgubnej drodze proroka Balaama (Lb 22, 21-35). Często ingerują  w losy ludzi spiesząc im z ratunkiem, niekiedy przynoszą nieszczęście jako skutek nieposłuszeństwa wobec Boga (2 Sam 24,16). Niekiedy ukazują się we śnie, ale często są też konkretnie widzialni, przy czym ich nagłe pojawienie się i zniknięcie jest uważane za dowód ich nie-ziemskiego pochodzenia. Nagłe pojawienie się anioła i jego sposób komunikacji niekiedy wywołuje przerażenie. Aniołowie Starego Testamentu nie działają zatem jako samodzielne osoby, lecz są „rzecznikami”, „listonoszami” i „prawą ręką” Najwyższego Boga. Ich „miejscem pobytu” są „sfery niebiańskie”, jak to ukazuje sen Jakuba o niebieskiej drabinie, po której aniołowie zstępują i wstępują (Rdz 28,12). Biblia nie zajmuje się ich pochodzeniem i istotą, nie spekuluje o ich nieśmiertelności (Łk 20,36), bezpłciowości (Mk 12,25) i języku (1 Kor 13,1). Dopiero w okresie po niewoli bardziej naglące staje się pytanie, kto należy do „dworu” Boga i pojawiają się aniołowie jako pośrednicy między człowiekiem i Bogiem (Hi 33,23-25), niekiedy wyjawiając swoje imię, jak archanioł Rafał w księdze Tobiasza (12,15) lub Gabriel i Michał w księdze Daniela.  Znamienne, że wyobrażenia o aniołach oraz innych istotach jak szatan (Hi 1-2) i demony zyskały na znaczeniu, gdy umocnił się monoteizm. Można powiedzieć tak: gdy ustabilizowała się wiara w Jedynego Boga, gdy uznano, że jest jeden i jedyny, czyli „w pełni sam”, natychmiast zatroszczono się o „Jego  towarzystwo” 
Patrząc od strony religioznawstwa aniołowie są niejako spadkobiercami „boskich mocy”, które koegzystowały w religiach politeistycznych. We wczesno judaistycznej literaturze aniołowie zajmują poczesne miejsce, aczkolwiek ich istnienie jest przedmiotem ostrych dyskusji między saduceuszami i faryzeuszami (por. Dz 23,8). Istnienie aniołów, ich istota i „zamieszkanie w niebie” budziło w judaizmie powszechne zainteresowanie (Mt 22,30).
Aniołowie są obecni od chwili stworzenia w całej historii zbawienia, zwiastują  i służą jego przepowiadaniu i wypełnieniu planu Bożego. Aniołowie zamykają raj (Rdz 3,23), chronią Lota (Rdz 19), ratują Hagar i jej dziecko ((Rdz 21,17), powstrzymują rękę Abrahama przed złożeniem go w ofierze (Rdz 22,11), pośredniczą w przekazywaniu Prawa (Dz 7,53), prowadzą lud Boży (Wj 23, 20-23), zwiastują narodziny (Sdz 13), pośredniczą w powołaniu do szczególnej misji (Sdz 6,11-24; Iz 6,6), towarzyszą prorokom ( 1 Klr 19,5), wyjaśniają sens prorockich wizji (Ez 40,3; Zch 1,8), czuwają nad ludźmi ( (Tob 3,17; Ps 91,11; Dn 3,49), przedstawiają ich prośby Bogu ( (Tob 12,12),  decydują o przyszłych losach narodów (Dn 10,13-21).
Gdy idzie o Nowe Przymierze, aniołowie są podporządkowani Chrystusowi i Jemu jako Panu służą w realizacji Jego zbawczej misji wobec ludzkości (Mt 4,11; Łk 22,43). Są z Nim w ścisłej relacji, ponieważ zostali stworzeni przez Niego i dla  Niego. Mówi o tym jednoznacznie św. Paweł:  „Bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone” (Kol 1,16). Realizując swe powołanie aniołowie otaczają opieką i służebnością całe życie Jezusa – od Wcielenia do Wniebowstąpienia: zwiastują Maryi Jego poczęcie (Łk 1,26-38), a przedtem narodziny Jana Chrzciciela (Łk 1,5-25), obwieszczają Jego narodziny pasterzom (Łk 2,9-14), strzegą Go w dzieciństwie (Mt 1,20; 2,13.19), w czasie między chrztem a publicznym wystąpieniem towarzyszą Mu na pustyni ( (Mk 1,13), umacniają i krzepią  w Ogrójcu (Łk 22,43), głoszą Jego zmartwychwstanie (Mk 16,5-7; Mt 28,5;), ukazują apostołom sens wniebowstąpienia (Dz 1,10 n.) w końcu będą Mu towarzyszyć przy powtórnym przyjściu na ziemię (Mt 25,31; Dz 1,10-11) i usługiwać podczas sądu ostatecznego (Mt 13,39.49; 24,31; Łk 12,8-9).
Także po odejściu Chrystusa do Ojca aniołowie zapewniają opiekę ludziom (Mt 18,10); Dz 12,15), przedstawiając Bogu ich modlitwy (Ap 5,8; 8,3) i prowadząc dusze sprawiedliwych do raju (Łk 16,22).  Opiekuńczą troską  ogarniają Chrystusowy Kościół, który korzystając bezustannie z ich tajemniczej i przemożnej opieki i pomocy (Dz 5,18-20; 8,26-29;10,3-8; 12,6-11; 27,23-25) okazuje wdzięczność  poprzez okazywany im kult, a w zjednoczeniu z nimi uwielbia „trzykroć świętego Boga”  głosząc Jego  chwałę. W szczególny sposób zaznaczają to słowa o aniołach w każdej Mszy świętej pod koniec każdej prefacji rozpoczynającej Wielką Modlitwę Eucharystyczną: „(…) Dlatego z Aniołami i wszystkimi świętymi głosimy Twoją chwałę, razem z nimi wołając: Święty…” (Druga Modlitwa Eucharystyczna).
Nauka o aniołach stanowiła przedmiot dociekań już u Ojców Kościoła, zwłaszcza w kontekście sporów z prądami filozoficznymi. Szczególne zasługi mają tu przede wszystkim św. Augustyn i św. Grzegorz Wielki. Spekulowano o ich naturze, ilości, funkcjach i zadaniach, i tak powstał w teologii odrębny traktat zwany „angelologią”, czyli nauką o aniołach, którego główne zręby przypisywane są Dionizemu Areopagicie (początek VI wieku). W nawiązaniu do Trójcy Świętej dzieli on świat aniołów hierarchicznie na  grupy: z góry w dół i od wnętrza na zewnątrz: serafini, cherubini, trony, panowania, moce, siły, książęta, archanioły, anioły .Te spekulacje teologiczne lub poglądy późniejszych dewocyjnych ugrupowań (np. Dzieło Aniołów – Engelwerk w Niemczech w XX wieku) nie mają żadnej mocy zobowiązującej dla wiernych. Niektórych aniołów, znanych z imienia, nazywamy archaniołami, ale motywem tego jest bardziej  doniosłość ich roli, aniżeli wzgląd na hierarchię istniejącą między nimi, którą można tylko przypuszczać nie posiadając na to żadnych dostatecznych podstaw biblijnych. Wiara w istnienie aniołów została sformułowana już w dokumentach IV Soboru Laterańskiego (1215). 

 

Ks. Jerzy Grześkowiak 

 

O Aniołach

Odjęto wam szaty białe,
Skrzydła i nawet istnienie,
Ja jednak wierzę wam,
Wysłańcy.

Tam gdzie na lewą stronę odwrócony świat,
Ciężka tkanina haftowana w gwiazdy i zwierzęta,
Spacerujecie oglądając prawdomówne ściegi.

Krótki wasz postój tutaj,
Chyba o czasie jutrzennym, jeżeli niebo jest czyste,
W melodii powtarzanej przez ptaka,
Albo w zapachu jabłek pod wieczór
Kiedy światło zaczaruje sady.

Mówią, że ktoś was wymyślił
Ale nie przekonuje mnie to.
Bo ludzie wymyślili także samych siebie.

Głos – ten jest chyba dowodem,
Bo przynależy do istot niewątpliwie jasnych,
Lekkich, skrzydlatych (dlaczegóż by nie),
Przepasanych błyskawicą.

Słyszałem ten głos nieraz we śnie
I, co dziwniejsze, rozumiałem mniej więcej
Nakaz albo wezwanie w nadziemskim języku:

zaraz dzień
jeszcze jeden
zrób co możesz

 

Czesław Miłosz

Mnich u bramy nieba
 

Dawno, dawno temu żył pewien podeszły już wiekiem mnich. We wspólnocie klasztornej był najstarszy i najmądrzejszy, prawdziwie dobry człowiek. Wiedział, że niewiele czasu mu z życia w doczesności pozostało. Dlatego pewnego ranka sam wybrał się  w długą drogę, stromo prowadzącą do nieba. Z ciekawością zapukał w potężną lśniącą wspaniałościami bramę. Raz, drugi, trzeci… I nic, cisza. Brama pozostała zamknięta. „Co to ma znaczyć? – deliberował. Czy nie jestem godzien Królestwa Niebieskiego? Czy za mało pościłem, zbyt mało się modliłem?” Smutny wrócił do swego klasztoru i zaczął jeszcze surowiej pościć, dłużej i intensywniej się modlić, staranniej i częściej zachowywać milczenie.

 
Rok później, wychudzony, zbolały, ponownie wyruszył w drogę do nieba. I znowu pełen nadziei puka w drzwi niebios. I znowu cisza, nikt nie otwiera. „Cóż ja robię nie tak, jak trzeba?” – zapytywał sam siebie. „Ach, to jasne, w klasztorze unikałem innych, byłem samotny, nikogo nie nawróciłem.” Zawrócił więc spod bramy niebios i udał się wprost do wielkiego miasta portowego. Wsiadł na okręt, który miał wkrótce wyruszyć do krajów pogańskich. Skoro tylko okręt przycumował, żwawo wyszedł na ląd i natychmiast nawet już w porcie zaczął głosić kazania. Przez cały rok  przepowiadał Ewangelię, gorliwie, z zapałem, porywająco jak żaden misjonarz dotąd, narażając się przy tym na nieuniknione zmęczenie, cierpienie, obelgi i odrzucenie. I znowu wrócił radosny do bramy nieba, przekonany, że teraz na pewno mu otworzą . Z misjonarską werwą uderza w drzwi nieba. „Być może zbyt mocno” – pomyślał. A więc puka ponownie, bardziej delikatnie, łagodniej. Ale znowu nic się nie dzieje. Ogarnął go blady strach. „Czego mi jeszcze brak? Acha – strzeliło mu do głowy – ciągle głosiłem kazania, a zapomniałem o służeniu ludziom”. 


Wrócił wiec ponownie do dużego miasta i poprosił o przyjęcie go do szpitala dla pielęgnowania chorych. I w tym zakresie czynił wszystko szczególnie dobrze, wzorcowo. Przecież chodziło o wejście do nieba! Co pół godziny pytał: „Czy Pan, Pani może chce herbatki?” - „Nie – odpowiadali pacjenci. Nie chcę herbaty, już przecież  Wam to powiedziałem.” Nocą często zaglądał do śpiących i budził ich: „Chcę tylko sprawdzić, czy Wam czegoś nie brakuje!” -„Ach, daj nam wreszcie pospać” – odpowiadali zniecierpliwieni. Mnich pracował w pocie czoła, obojętnie czy go chwalono czy ganiono.


Po roku, uszczęśliwiony, znów kroczy do niebieskich bramy. Puka, puka i nic! Smutny, ze zwieszoną głową usiadł pod bramą. Nie wiedział absolutnie, co jeszcze mógł zaniedbać. Pustka w głowie. Nagle spostrzegł, że obok bramy bawiło się dziecko budując zamek z piasku. „Zabawisz się ze mną? – spytało go. Mnich spontanicznie zaczął bawić się z dzieckiem tak, że zapomniał o swoich zmartwieniach. Nadszedł wieczór. Słońce się zaczerwieniło się ogniście i zaczęło znikać za wzgórzami. „Popatrz, jak pięknie!” – zawołało dziecko zapatrzone medytacyjnie na zachodzące słońce. „Tak, rzeczywiście, jakie to piękne!” – wykrzyknął mnich i jego serce szeroko się otworzyło - „Mój Boże, jak piękny jest Twój świat!”  I w tym momencie zaskrzypiały zawiasy otwierającej się bramy niebios, a mnich był pewien, że teraz może wejść do nieba.


Naiwne opowiadanie? Jeżeli tak, to w każdym razie w dobrym sensie. Ono pomaga nam zdystansować się  wobec przesadnie moralizującego chrześcijaństwa, które stawia wielkie, surowe wymagania. Wiara stawała się nader często ogromnym wysiłkiem, ciążącym balastem przeróżnych wymagań, obowiązków, nakazów i zakazów. Wielu tak rozumiało chrześcijaństwo: „Niebo musisz sobie zasłużyć!” Słyszano bowiem często słowa: „Musisz, powinieneś, nie wolno ci, to jest zakazane, to grzech. Nigdy nie uczynisz wystarczająco dla zbawienia duszy. Musisz jeszcze to i tamto, jeszcze wiele brak ci do doskonałości.” 


Powyższa historyjka czyni dobrze dla ducha, jest dobrodziejstwem, pomaga wejść w samo serce wiary. Wiara nie może „zamęczać człowieka”, prowadzić, że tak powiem do „utraty tchu”. Wierzyć w Boga, to być otwartym na Niego, Jemu ufać, pozwolić się obdarować. Po prostu czuć się kochanym i bezpiecznym w Jego  miłosiernych ramionach.


Ks. Jerzy Grześkowiak

Wybierz 50 15


Ten telefon nie kosztuje nic, a jednak osiąga Odbiorcę w sposób zobowiązujący, także  bez łączności z siecią. Gwarantowana jest natychmiastowa pomoc, aczkolwiek często zupełnie inaczej aniżeli się spodziewano. Cel osiągają tylko telefony traktowane w sposób poważny. Niekiedy można przypuszczać, że już samo wysłanie wiadomości przynosi ratunek, ponieważ dość szybko uległo zmianie samo widzenie spray bądź problemu. Przy wysyłaniu wiadomości należy pamiętać o tym, by pod koniec umieścić słowa: „nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!”. Takie winno być zawsze twoje nastawienie, również bez używania tych słów z modlitwy „Ojcze nasz”. Ludzie opowiadają o różnych cudownych reakcjach na tego rodzaju telefony. Zastosowanie takiego „zabiegu” i „lekarstwa” jest zalecane nawet bez uprzednich porad u lekarza czy aptekarza-aptekarki na przykład w następujących dolegliwościach: lęki, zawód miłosny, strach, stan nerwowy przed publicznym wystąpieniem, małżeńskie konflikty, bezskuteczne starania o dziecko, wszelkiego rodzaju choroby, problemy finansowe. Potwierdzono już niejednokrotnie ważne zmiany w postawach życiowych u tych, którzy skorzystali  z tego „telefonu  pogotowia ratunkowego”, jak na przykład: wewnętrzny spokój, ufność, ofiarność, miłosierdzie, bankowe przekazy pieniężne dla osób będących w potrzebie. Trzeba dodać, że istnieje tu też niebezpieczeństwo „zarażenia” innych ludzi, czyli że inni będą czynić podobnie. 
W tym wszystkim potrzebne jest tylko jedno: Biblia. Odpowiednie pouczenie znajduje się w Psalmie 50, w wierszu 15: „Wzywaj mnie w dniu utrapienia: Ja cię uwolnię, a ty mnie uwielbisz”.


Ks. Jerzy Grześkowiak

Bóg powołuje każdego!


Adam i Ewa zawiedli Boże zaufanie.
Noe się upił.
Abraham był starcem.
Sara była niecierpliwa
Jakub był oszustem.
Mojżesz się jąkał.
Miriam była plotkarą.
Dawid miał pozamałżeńską aferę miłosną.
Jonasz uciekał przed Bogiem i Bożym powołaniem.
Gideon był człowiekiem chwiejnym.
Eliasz miał depresję, załamał się i nie chciał żyć.
Paweł był mordercą chrześcijan.
Piotr zaparł się Jezusa.
Tomasz miał wątpliwości w wierze.
Marta troszczyła się o zbyt wiele spraw drugorzędnych.
Zacheusz był małego wzrostu.
Łazarz był trupem.
Bóg powołuje każdego, niezależnie od jego charakteru, uzdolnień, moralnej doskonałości czy grzeszności. On nie wzywa i nie powołuje do zadań specjalnych w swoim Królestwie osób szczególnie uzdolnionych, wykwalifikowanych i  będących na najwyższym stopniu moralności, lecz tych co powołuje obdarza specjalnymi talentami, darami, kwalifikacjami. On powołanych uzdalnia i umacnia w wykonywaniu powierzanej im misji.


Ks. Jerzy Grześkowiak

Bernried Marienkapelle

Najświętszej Matki Bożej Bolesnej  (15 września)

 

Kult Mater dolorosa – Matki Bożej Bolesnej rozwijał się szczególnie w średniowieczu. Nabożeństwo do Matki Bolesnej wprowadził w Kościele w XIII wieku zakon serwitów. Filip Benicjusz, piaty generał tego zakonu, nakładał również ludziom świeckim szkaplerz Matki Bolesnej. Od XVII wieku obchodzono dwa razy w roku uroczystość Siedmiu Boleści Najświętszej Maryi Panny: w piątek po niedzieli Meki Pańskiej oraz 15 września. Liturgiczne wspomnienie cierpień Maryi ustanowił dla całego Kościoła papież Pius VII w 1814 roku. W ten sposób chciał wyrazić Bogu wdzięczność za powrót z  tzw. niewoli awiniońskiej. Pius X wyznaczył na to wspomnienie dzień 15 września, czyli dzień po święcie Podwyższenia Krzyża.

Z maryjnych przedstawień w sztuce plastycznych najczęstsze to zwiastowanie, narodzenie w Betlejem i wniebowzięcie. Żadne z obrazów i rzeźb nie są jednak w odbiorze tak wstrząsające jak Pieta. Matka trzyma swego Syna i Syna Boga na swym  łonie. Ale to nie Boża Dziecina, nie promieniujące radością i szczęściem nowe życie, lecz zmaltretowany i  storturowany aż do śmierci człowiek. Nieskończony smutek otacza tę scenę odbierającą każdemu człowiekowi mowę. Jeżeli jeszcze krzyż w sztuce romańskiej patrzącemu nań w wierze chrześcijaninowi  w zwycięskiej postawie z otwartymi oczami i królewska koroną na głowie objawia chwałę zmartwychwstania, to Pieta nie ma w sobie nic z takiego charakteru.

Mimo to, bijące z tych rzeźb smutek i żałoba nie są pozbawione iskry nadziei. Wprawdzie nie widać w nich wprost elementu zwycięstwa i chwały, ale odczuwamy nieodparcie niezniszczalną miłość matki, która także to zniszczone ciało i zabite życie kocha i trzyma w swoich ramionach. Ten obraz mówi mi: krzyż pojawi się na pewno kiedyś w moim  życiu; bądź jako konsekwencja naśladowania Chrystusa, bądź przez własną winę, a nawet bez jakiegokolwiek powodu może wtargnąć  nagle w moje życie. Ale zawsze  będę podtrzymywany przez Boga, jak Jezus przez Jego Matkę.

Uśmiech Boga spoczął na Maryi – On wybrał Ją na Matkę Boga. Ale ten uśmiech kosztuje, to specjalne przeznaczenie, za które trzeba zapłacić, to największe wyróżnienie, ale niebywale kosztowne. I Maryja „zapłaciła” za nie cierpieniem: Stabat Mater Dolorosa – Matka Boleściwa… Zdajemy sobie dobrze sprawę z tego, że „tak” Maryi przy zwiastowaniu nie oznaczało automatycznie łatwego życia, „drogi wysłanej różami”, nie zapewniało przywilejów i orderów za zasługi. Wręcz przeciwnie, a zapowiedział to starzec Symeon podczas ofiarowania Jezusa w świątyni jerozolimskiej.  Symeon szczęśliwy, że spełniły się jego oczekiwania i może „odejść w pokoju”, tuli Jej dziecko do serca  wypełnionego czułością, ale dla Maryi ma tylko słowa groźnego proroctwa: „Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będę. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły, zamysły serc wielu” (Łk 2,34-35).

„A Twoją duszę miecz przeniknie”. Miecz bólu i cierpienia przebił ją wielokrotnie. Z tej racji kochamy Ją jeszcze bardziej, uciekamy się do Niej, bo w Niej znajdujemy prawdziwą Matkę, która nam pomaga żyć wiarą i nadzieją także pośród najbardziej skomplikowanych i dramatycznych sytuacji życiowych. Kościelna tradycja mówi o siedmiu boleściach Maryi, a są to: słowa starca Symeona, ucieczka do Egiptu, poszukiwanie zaginionego w Jerozolimie dwunastoletniego Jezusa, spotkanie z Jezusem na drodze krzyża, Maryja stojąca pod krzyżem na Golgocie, zdjęcie martwego ciała Jezusa z krzyża i złożenie go do grobu.  Zapewne to nie wszystko, co Maryja przecierpiała. Wniknijmy choćby pokrótce oczami duszy w  niektóre z jej boleści.

Dni po zwiastowaniu… Radość wypełniająca Jej serce, pod którym rozwijało się Życie samego Boga, była od początku przytłumiona. Wiedziała i czuła całą sobą, co dzieje się w głowie i w sercu Józefa, jakie może snuć podejrzenia. „Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie” (Mt 1,19). Dopiero interwencja anioła, wyjaśniającego mu we śnie pochodzenie dziecka w łonie Maryi  sprawia, że Józef przyjmuje Ją do siebie.

Potem narodziny Jezusa. Radość i pokój – w niebie i na ziemi! Ale rzeczywistość samych urodzin była twarda: bycie w drodze, bezdomność, opuszczenie przez ludzi, bieda. „Nie było dla nich miejsca  w gospodzie” (Łk 2,7). Nie było serca, współczucia, wolnego domu, ani rodziny, która by ich przygarnęła. Jedynym gościnnym miejscem okazała się pasterska szopa. W pamięci Maryi brzmiały być może słowa anioła: „Ciesz się Maryjo, Pan jest z Tobą!”. I mogła się jedynie w duchu pytać? „Gdzie On - Pan - teraz jest!”

Ucieczka do Egiptu… Musieli uciekać z własnego kraju, by ratować życie Dziecka. Nie móc wrócić do ich nazaretańskiego domu, do  krewnych i bliskich, uciekać pospiesznie, opuścić ojczyznę, długo być w drodze, bez dachu nad głową, znosić uciążliwości. niebezpieczeństwa i tarapaty wędrówki przez pustynię, szukać schronienia w obcym kraju, wśród pogan, którzy przed wiekami więzili i prześladowali ich naród! Maryja i Jozef byli azylantami, migrantami „w ziemi egipskiej, w domu niewoli”. Ich życie było stale zagrożone, a wszystko z powodu żądzy władzy i strachu przed jej utratą ze strony Heroda. Maryja znów mogła stawiać pytanie: Gdzie jest Ten, o którym mówił mi anioł?

Kolejny miecz bólu to zaginięcie 12-letniego Jezusa przy powrocie z pielgrzymki do Jerozolimy na święta Paschy. Prawdziwy koszmar! Tylko każda matka może wyobrazić sobie, co wtedy przeżywała i przecierpiała Maryja, gdy nie znajdując Go wśród wracających pielgrzymów, wraca z Józefem z obolałym sercem do Jerozolimy i  dopiero po trzech dniach odnajdują Jezusa kręcącego się w najlepsze w świątyni,  dyskutującego z uczonymi w Piśmie.  Zapewne zdyszana od biegu, odchodząc niemal od zmysłów z trwogi o Dziecko ze ściśniętym sercem czyni Mu wyrzuty: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On i  odpowiedział: <Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiecie, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?> Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział” (Łk 2,48-50). Kiedy Maryja to zrozumiała – nie wiemy. Zapewne w pełni dopiero wtedy, gdy po zmartwychwstaniu odszedł na zawsze!

Serce Mary cierpiało z pewnością także wtedy, gdy mając lat trzydzieści opuścił dom, by głosić Królestwo Boże! Początkowo jeszcze Go raz po raz widywała, o czym świadczy Jej wstawiennictwo u Jezusa za nowożeńcami w Kanie Galilejskiej, które dało początek cudom Jezusowym. Jej ingerencja skutkująca przemianą wody w wino, czyli smutku w radość, upoważnia nas dzisiaj do uciekania się do Maryi jako „Pocieszycielki strapionych” i „Przyczyny naszej radości”! 

Później Maryja widywała Jezusa coraz rzadziej. Jej miejsce zajęła „nowa rodzina”. „Wtedy przyszli do Niego Jego Matka i bracia, lecz nie mogli dostać się do  Niego z powodu tłumu. Oznajmiono MU: <Twoja Matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą>. Lecz On im odpowiedział: <Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je>” (Łk 8,19-21). Maryja nie protestowała, choć niełatwo było słyszeć to z ust kochanego Syna. Umiała być dyskretna,  pokorna i cicha. Więc odeszła bez słowa. Teraz wiedziała już, że to są „sprawy Ojca Jego”.

Według tradycji Maryja spotkała się z Jezusem na Jego drodze krzyżowej. Chciała być blisko Niego, szła w tłumie. Widziała, jak upadał, na ulicy. Błagała w duchu, by ją dostrzegł, by na nią spojrzał, żeby wiedział, iż nie jest sam, że jest blisko Niego.  Zapewne spotkały się ich spojrzenia, które mówiły to, co najważniejsze, że nawet taki ogrom cierpienie nie jest w stanie ich rozłączyć. „Synu, jestem z Tobą, tak jak zawsze przez całe moje życie. I choć wielu Cię opuściło, wiem, dlaczego musisz tak cierpieć!” A On: „Mamo, nie gniewaj się. Wiesz, że Cię kocham. Miłość często boli, znów cierpisz przeze mnie, ale muszę być  w tym, co należy do Ojca.”

Maryja stojąca pod krzyżem Jej Syna. Dla każdej matki nie ma gorszej i tragiczniejszej sytuacji jak śmierć syna lub córki. To chwile rozdzierające  serce. A my widzimy Maryję stojącą u stóp krzyża. Towarzyszy Synowi aż do końca. Cierpi bez granic. Nie mdleje, nie upada. Stoi - niezłomna jak każda matka. Wierna Bogu, Jezusowi, samej sobie. Niby klęska, ale to jest zwycięstwo – zwycięstwo Jej Syna i Jej własne. Gertrud von le Fort napisała: „Maryja zwyciężyła nie mieczem w ręku, lecz  mieczem w sercu; zwyciężyła przez cierpiącą miłość jej boskiego Syna”.

A gdy zdjęto ciało Jezusa  z krzyża, Maryja chciała Go przytulić do serca raz jeszcze. Ostatni raz. Wzięła Go w ramiona i zastygła w serdecznym uścisku. Pamięcią serca wróciła do Betlejem, gdy po raz pierwszy małe, kruche Maleństwo przytuliła do serca, zawinęła w pieluchy i położyła nie do kołyski, lecz do bydlęcego żłobu. Przelatywały przed oczami Jej ducha wszystkie wspólne lata, rozmowy, przeżycia, śmiech, lęki, ból, łzy. Ale w jej sercu trwał cichy pokój, bo wiedziała, że Jej słowa przy zwiastowaniu „Niech się stanie!” i słowa Jej Syna, by zawsze być „w sprawach Ojca” nie były daremne, gdyż przyniosły prawdziwy pokój między Niebem i ziemią.

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Pieta

 

Widzisz -

mówiłam -

Ludzie są dobrzy:

podnieśli Cię, Synu, wysoko.

 

Z wysokiego, wysokiego drewna,

gdy oczami wspierasz się o ziemię, 

i na mnie wsparło się Twe oko.

 

Pamiętam –

Dzieckiem małym 

chciałam Cię 

matka, 

zamknąć w łonie -  

a Tyś mi urósł 

i królujesz teraz 

w wielkiej cierniowej koronie.

 

To ludzie, 

choć sami mali, 

wznieśli Cię i 

ukoronowali.

 

Myślałam:

Dziecko bez serca –

gdyś zgubił się nam w drodze 

i znaleźliśmy Cię między kapłany 

nad księgą w synagodze.

 

A oto – 

bok Ci włócznią otwarli 

i serce Twe widać, 

jak krwawi.

 

Nie dziw się, Synu, 

że matka oprawcom Twym 

błogosławi.

Żeby nie ludzie, 

nie grzeszni, 

nic by nie zaszło w niebie: 

nie poczęłabym, 

nie urodziłabym 

Ciebie.

 

I nie poznałabym, co to 

matczyna radość i 

boleść.

 

Taka to, Synu Boży, 

o nas obojga opowieść.

Ewa Szelburg-Zarembina

  Podwyższenie Krzyża Świętego (14 września)


W europejskiej kulturze krzyż jest jednym z najbardziej rozpowszechnionych symboli. Spotykamy go w każdym chrześcijańskim domu, na skrzyżowaniach dróg, w wioskach, na miejskich placach, na cmentarzach i kościelnych wieżach, na górskich szczytach, na fasadach prywatnych domów, niekiedy jeszcze, ale już w zaniku także przy wejściach, w holach lub urzędowych salach państwowych. Wielu współczesnych nosi krzyżyki jako ozdobę na szyi. 
Doświadczanie krzyża w niezliczonych wariantach przyczynia się pośrednio niestety także do jego inflacji. Krzyż traci coraz bardziej na swej symbolicznej mocy stając się niekiedy pustym znakiem. Święto Podwyższenia Krzyża może być zatem dziś traktowane jako usprawiedliwiony  protest przeciw zapominaniu o istotnym sensie krzyża i o jego znaczeniu dla naszego życia oraz naszej aktywności w społeczeństwie i w Kościele. Przypomina ono dwa fakty: po pierwsze - znalezienie krzyża Chrystusa przez cesarzową Helenę w 326 roku; po drugie - poświęcenie kościoła, który dla uczczenia krzyża kazał zbudować w Jerozolimie cesarz Konstantyn. W nim Jezusowy krzyż został 14 września 335 roku „podwyższony”, tzn. uroczyście pokazany wiernym w celu oddania mu czci. To święto służy zatem  „podwyższeniu”, czyli uczczeniu krzyża, świętego znaku i narzędzia naszego Odkupienia. Święta liturgia przedstawia krzyż jako drzewo męczeństwa cierpiącego Jezusa i zarazem jako zwycięski znak Odkupiciela, Jego królewski sztandar, a dla nas drzewo żywota wiecznego. Na krzyżu Chrystus przeżył swoje najgłębsze uniżenie, zbezczeszczenie i hańbę. ”Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,8). Ale ten sam krzyż  stał się narzędziem  „wywyższenia”. Bo przez krzyż, na którym Jezusa umarł, otrzymał „imię ponad wszelkie imię” (Flp 2,9), imię Kyriosa, Pana. Na imię Jezus zgina się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych i wszelki język wyznaje, że Jezus Chrystus jest Panem ku chwale Boga Ojca (por. Flp 2,10-11). Krzyż wywyższa nie tylko Chrystusa, lecz także każdego chrześcijanina, który w Niego wierzy, staje przy Nim  i niesie za Nim swój krzyż. W krzyżu jest nie tylko cierpienie, ale przede wszystkim zbawienie, życie i zmartwychwstanie. W końcu krzyż jest także znakiem powtórnego przyjścia Pana na końcu świata, kiedy On  swoją Oblubienicę – Kościół weźmie do domu swego Ojca.
Znalezienie krzyża
Robert Féry  w książce o historii najważniejszych świąt chrześcijańskich prezentację święta Podwyższenia Krzyża Świętego rozpoczyna barwnym opisem:
„14 września dzwony bazyliki Anastasis donośnie biją, zapraszając jerozolimskich chrześcijan i pielgrzymów do obchodów Święta Podniesienia Krzyża Pańskiego (…).  Święto to obchodzone jest wyjątkowo uroczyście i wystawnie w liturgii prawosławnej.
Podczas nabożeństwa w dymach kadzidła, kiedy chór i wierni powtarzają aż sto razy Kyrie eleison, celebrans, stojąc przed carskimi wrotami ikonostasu, podnosi jak najwyżej krzyż, błogosławiąc zgromadzenie, najpierw  w kierunku południowym, potem zachodnim, północnym i wreszcie wschodnim. Tym gestem przypomina, że Chrystus chciał wszystkich pojednać „przez krew swojego krzyża” (Kol 1,20) i zgromadzić pod swoim „sztandarem” krańce ziemi.
Po raz pierwszy miał tego błogosławieństwa udzielić Makary, patriarcha Jerozolimy od roku 311-312, w chwili odnalezienia drzewa Krzyża Świętego w obecności Heleny, maki cesarza Konstantyna.”
Krzyż, na którym umarł Jezus, wraz z krzyżami dwóch łotrów wrzucono do głębokiego dołu (cysterny?) wydrążonego w skale u stóp niewielkiego wzniesienia zwanego Golgotą. Dół przysypano gruzami i ziemią, i tym sposobem na wiele lat niechcąco „zabezpieczono” bezcenną relikwię naszego Zbawiciela. Sto lat później w 135 roku po stłumieniu trzeciego powstania żydowskiego cesarza Hadrian karząc buntowników zadecydował, by Jerozolima stała się miastem całkowicie pogańskim. Odbudowano ją przekształcając  w rzymski obóz wojskowy o nazwie Aelia Capitolina. Na wzgórzu Kalwarii urządzono coś w rodzaju rzymskiego rynku – forum z ołtarzami Jowisza Kapitolińskiego i Junony. Zamierzano w ten sposób zatrzeć wszelki ślad z życia i śmierci Jezusa, a równocześnie zamknięto drogę do miejsc świętych zarówno Żydom, jak i chrześcijanom. Dopiero w 313 roku na mocy edyktu mediolańskiego, wydanego przez cesarza Konstantyna Wielkiego, chrześcijanie w całym Imperium Rzymskim zostali zrównani w prawach ze wszystkimi innymi obywatelami.  Wtedy to chrześcijanie rozpoczęli poszukiwanie krzyża oraz miejsca, gdzie umarł i zmartwychwstał Jezus.
Jednym ze świadectw znalezienia krzyża jest pisane po grecku dzieło bizantyńskiego adwokata Sozomena Hermiasza, (Sokratesa Scholastyka) pt. „Historia Kościoła”. Przekazuje on wiadomość o pielgrzymce sędziwej już cesarzowej Heleny (matki cesarza Konstantyna Wielkiego) w 326-328  roku (320?) i o jej poszukiwaniach krzyża. Święty Ambroży opisał mistyczną wizję cesarzowej, która spacerując po Jerozolimie, podobno wołała:
„Oto miejsce bitwy, a gdzie jest zwycięskie trofeum? Ja jestem na tronie, a Krzyż Pana zagrzebany w prochu? Ja otoczona złotem, a tryumf Chrystusa wśród ruin? Widzę, diable, że zrobiłeś wszystko, co możliwe, by pogrzebać szpadę, która cię unicestwiła.”
 Po żmudnych pracach wykopaliskowych spod warstw gruzów i śmieci wydobyto potrzaskane części trzech drewnianych krzyży. Ale jak weryfikować autentyczność relikwii,  czyli rozpoznać, który z nich jest krzyżem Zbawiciela, nie mając do dyspozycji - jak dziś - żadnej aparatury badawczej? Zdecydowano się na dowodzenie poprzez cud! Śmiertelnie chorej kobiecie polecono dotykać owych krzyży. Przy pierwszym i drugim nic się nie wydarzyło. Dopiero, gdy podeszła do ostatniego kawałka drewna, została uzdrowiona.
Wspomniany autor często opierał się na legendach. I zastanawiające jest to, że Euzebiusz z Cezarei, który skrupulatnie notował wydarzenia z życia cesarzowej Heleny, pisząc  swoją historię Kościoła nic nie wspomina o odnalezieniu krzyża!
 Uradowany odkryciem cesarz Konstantyn postanowił na tym miejscu wybudować świątynię. Według tradycji św. Helena podzieliła krzyż Chrystusowy na trzy części; największą część relikwii przekazała do sanktuarium Grobu Świętego w Jerozolimie, drugą przesłała do Konstantynopola, a trzecią przywiozła do Rzymu wraz z innymi relikwiami męki Pańskiej i ziemią z Golgoty. Jerozolimską część krzyża złożono w kosztownym relikwiarzu i umieszczono w bazylice Świętego Krzyża konsekrowanej 13 września 335 roku razem z bazyliką Zmartwychwstania; obydwie zostały zbudowane na miejscu świątyń Jowisza i Wenus, które Rzymianie (za Hadriana) postawili na Golgocie. To, że relikwie krzyża były czczone przez przybywających do Jerozolimy chrześcijan, potwierdza najstarszy opis pielgrzymki do Ziemi Świętej sporządzony przez Egerię (lata 80-te IV wieku). Wspomina ona, że w Jerozolimie istniał kult „krzyża świętego” sprawowany w kościele na Golgocie zwanym Ad Crucem.
Już w 384 roku biskup Jerozolimy Cyryl zapisał, że relikwiami krzyża świętego jest „zapełniony cały świat”, zaś Grzegorz z Nyssy i Jan Chryzostom pod koniec IV w. odnotowali, że chrześcijanie nosili na szyi cząstki krzyża oprawione w złoto. Niektórzy złośliwie twierdzą, że z relikwii krzyża (drzazg) rozproszonych po całym świecie mógłby powstać kilka krzyży (albo las!), ale specjaliści oponują, iż nie starczyłoby ich nawet na jeden.
W 614 roku król perski Chosroes II podbija Palestynę, pali wszystkie kościoły w Jerozolimie, rabuje m. in. srebrną skrzynię z relikwiami krzyża. Cesarz bizantyński Herakliusz po zwycięskiej wojnie z Chosroesem w 628 roku odzyskuje ją i dnia 3 maja 630 roku sam osobiście w uroczystej procesji wnosi te relikwie na swoich ramionach do Bazyliki Grobu Chrystusowego (zbudowanej przez cesarzową Helenę i konsekrowanej 14 września 335 roku). Na pamiątkę tego wydarzenia ustanowiono uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego właśnie na dzień 14 września.
Ze względu na stałe zagrożenie kolejnymi wojnami, relikwie drzewa Krzyża Świętego podzielono na mnóstwo drobnych kawałków i rozesłano do wielu świątyń na świecie. Największymi cząstkami szczyciły się obok Jerozolimy kościoły w Konstantynopolu, Aleksandrii, Antiochii, Edessie, Gruzji, Damaszku, Rzymie, Poitiers, na Krecie i na Cyprze. 
Obecnie największe cząstki Krzyża Świętego znajdują się w następujących miejscach: franciszkański klasztor Santo Toribio w Liebana, katedra św. Michała i św. Goduli w Brukseli, rzymskie bazyliki św. Piotra i Świętego Krzyża Jerozolimskiego, katedra Notre Dame w Paryżu, opactwo cysterskie w Heiligenkreuz w Austrii, katedry w Pizie i Florencji.
W Polsce relikwie Krzyża Świętego znajdują się m. in. na Świętym Krzyżu, w Elblągu, Częstochowie, Ibramowicach, Jadowie, Jeleniej Górze, Katowicach, Kcyni, Klebarku Wielkim, Krakowie, Lublinie, Łomży, Opolu, Owińskach, Wałbrzychu, Pabianicach, Pacanowie, Przeworsku, Wałbrzychu, Wrocławiu, Zamościu.
Trudno znaleźć pośród rzeczy tego świata drugą rzeczywistość, która uległa tak radykalnemu przewartościowaniu, jakiego doznał krzyż. Na poprzek zbite dwie belki, do których przybijano złoczyńców i niesubordynowanych niewolników, okrutne narzędzie tortur do zadawania cierpienia i zabijania, stało się miejscem naprawy historii świata, tragicznie wypaczonej przez grzech człowieka, narzędziem zbawienia i kluczem otwierającym perspektywy nowego życia. Znak pogardy, upodlenia i hańby stał się mocą zmartwychwstania Jezusa znakiem triumfalnego zwycięstwa. Znak cierpienia i śmierci doznał przemiany w znak życia i to życia na zawsze. Krzyż uświęcony cierpieniem i śmiercią Jezusa nie jest już rzeczą „nieludzką”, lecz „nad-ludzką”, jest siłą wznoszącą ludzkość „ponad ziemię”, na wyższy poziom bytowania z Bogiem. To istotny powód, dlaczego klękamy przed krzyżem z najgłębsza czcią wołając: „Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, boś przez krzyż Twój święty świat odkupić raczył!”


Ks. Jerzy Grześkowiak

 

O podniesiony na krzyżu, o Chryste,
Wyciągnij ku nam przebite ramiona!
Gdy duch w ciemnościach omdlewa i kona,
Ty nad nim rozpal swe światło wieczyste!

O podniesiony na krzyżu, o Panie!
Z otchłani wieków wołamy ku Tobie.
Ty zbaw swe wierne, a nawiedź je w grobie
I ducha ożyw, i daj zmartwychwstanie!


Maria Konopnicka

Najświętszego Imienia Maryi  (12 września)

 

Nikt o Matko Boża zbawionym być nie może, 

jak tylko przez Ciebie. 

Nikt nie ujdzie niebezpieczeństwa, 

jak tylko przez Ciebie, Dziewico-Matko; 

nikt daru nieba nie otrzyma, 

jak tylko przez Ciebie, o ukochana przez Boga.

Św. German z Konstantynopola

 

Od XVI wieku znane jest w Hiszpanii święto Imienia Maryi. Papież Innocenty IX rozszerzył je na cały Kościół jako wyraz wdzięczności za uwolnienie Wiednia od Turków 12 września 1683 roku. W Kalendarzu Rzymskim to święto obecnie nie istnieje, ale ze względu na głębokie zakorzenienie w pobożności ludowej obchodzone jest nadal w niektórych regionach (np. Polska, kraje języka niemieckiego).

Romano Guardini, w niewielkiej i prostej, a przecież niezwykle pięknej książeczce pt. „Znaki święte”, w której po mistrzowsku komentuje święte symbole liturgii, w rozdziale o „imieniu Bożym” tak pisze o istocie imienia:

„Na pierwszych stronicach Pisma Świętego czytamy, że  Bóg „przywiódł zwierzęta do Adama, aby zobaczyć, jak je nazwie”. Otwartymi zmysłami i bystro widzącą duszą człowiek patrzył poprzez postać w głąb istoty i to, co widział, wypowiadał w imieniu, w nazwie. A jego dusza odpowiadała stworzeniu. I poruszyło się w niej coś takiego, co pozostawało w szczególnym związku z istotą owego stworzenia, bo przecież człowiek jest ogółem i jednością całego dzieła twórczości Bożej. A te dwie rzeczy: istotę zewnętrznego przedmiotu i wewnętrzną odpowiedź, brzmiącą w samym człowieku, obie żywotnie z sobą zjednoczone, wypowiadał w on w dźwięku imienia.

W nazwie przeto, w imieniu, zamknęła się cząstka świata i cząstka ludzkiego wnętrza. A ilekroć człowiek wypowiadał jakieś imię, budził się w jego duchu istotny obraz danej rzeczy – i rozbrzmiewało znów to, co w jego własnym  wnętrzu odpowiedziało niegdyś owemu obrazowi. Imię przeto było tajemniczym znakiem, za pomocą którego człowiek rozumiał świat i samego siebie.

Słowa są imionami. Mówienie zaś jest wzniosłą sztuką posługiwania się imionami, nazwami rzeczy, posługiwania się istotą rzeczy oraz istotą własnej duszy w nadanej im przez Boga harmonii”.

Imię wyraża zatem istotę rzeczy, do której się odnosi. W tym świetle rozumiemy, dlaczego wierni Starego Testamentu w ogóle nie wymawiali imienia Boga, ale zastępowali je słowem „Pan”. Znali przecież to imię, bo Bóg sam objawił je Mojżeszowi „Jestem, który jestem” (Wj 3,14). Imię Boga było dla Izraelitów obrazem Jego Istoty. Z tej racji rozumiemy też sens przykazania: „Nie będziesz brał imienia Boga, Pana Twego, nadaremno” oraz co miał na myśli Jezus, gdy uczył modlić się: „Święć się imię Twoje”. Imię Boga jest tajemnicze i święte. Przebłyskuje z niego Istota  Nieskończonego i Stwórcy wszelkiego bytu, Istota Tego, „który jest”, który istnieje w niezmierzonej obfitości swego bytu i nieskończonej wielkości.

A co znaczy imię „Maryja”? 

Maria lub herbrajskie Mirjam to dość powszechnie używane żydowskie imię. W Starym Testamencie spotykamy Mirjam, siostrę Mojżesza, która walnie przyczyniła się do tego, że jej mały braciszek złożony w wiklinowym koszu na rzece Nil został uratowany od śmierci. W Nowym Testamencie znane są nam: Maria z Magdali, Maria – siostra Marty i Łazarza, Maria Salome – matka synów Zebedeusza i Maria – matka Marka, w której domu prawdopodobnie miała miejsce Ostatnia Wieczerza.

Istnieje ponad 60 wersji tłumaczenia imienia Maria. Jest rzeczą pewną, że w tymi imieniu – jak w imieniu Jezus – zawiera się imię Boga – Jahwe. Maria bądź Mirjam znaczy między innymi „umiłowana przez Boga” bądź „miłująca Boga”. „Ukochana przez Boga”, czyli zachowana od grzechu pierworodnego, wolna także od grzechów osobistych i przyjęta z duszą i ciałem do chwały Boga. Spośród wszystkich stworzeń Bóg właśnie Ją najbardziej ukochał.

Maria - „kochająca Boga”, tzn. Ona ukochała Boga, swego Pana całą duszą, całym sercem i ze wszystkich sił (Pwt 6,5). Ona kochała Go tak bardzo, że również do Niej mogą odnosić się słowa Jezusa o sobie samym: „Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. (…) Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4,32.34). Bo również Jej „pokarmem” - takim jak codzienny chleb – jest czynić  wolę Boga.

Maria – w to imię zwyczajnej dziewczyny z Nazaret  od dwóch tysięcy lat składa swe serca i dusze tyle kobiet i mężczyzn, zanurza w nie swą miłość i cierpienie, grzeszność i zwycięstwa, modlitwy i wdzięczność, by łaskawie utorowała dostęp do Chrystusa, bo droga do Syna łatwiejsza jest przez Matkę!  Wybrana przez Boga, „pełna łaski”, święta, a przecież taka zwyczajna. O tej zwyczajności tak niezwyczajnie pięknie mówił ks. Włodzimierz Sedlak:

Co było w tej dziewczynie nadzwyczajnego? To, że była zwyczajna. Jej wielkość, że nie różniła się niczym od pospolitej dziewczyny. Stojąc, oparta o kolana swej matki, uczyła się o Bogu. Od matki dowiedziała się o tajemnych sprawach przemijania i rodzenia życia. Miałą swój wiek dojrzewania jak każde dziewczątko, podlegała wszystkim znanym przypadłościom fizjologicznym organizmu dziewczęcego. Znała pracę fizyczną, jak dom i kądziel. Dyskretnie ukrywała swój kształt przed okiem ciekawych, jak każda niewiasta w okresie ciąży. Karmiła Dziecko piersią, jak to czynią niemal wszystkie matki od początku dziejów ludzkości. Kochała, nuciła kołysankę, płakała, tęskniła, znała cierpienie, przeżywała śmierć Dziecka. W pełni dziewczyna, w pełni kobieta fizycznie i psychicznie. Prawdziwa dziewczyna, typowa dziewczyna.

Jej niepospolitość to, że była bardzo pospolita. Jej nadzwyczajność – była ogromnie zwyczajna. Współcześni Jej wiedzieli o Niej, że była zwykłą dziewczyną, pospolitą niewiastą, jak każda inna. Dopiero później, dużo później Jan Apostoł, starzec wygnany na Patmos, w wizji ujrzał Niewiastę w koronie z gwiazd dwunastu.

Wielkość Marii to Jej zwyczajność. Krótko – dziewczyna i tym tylko była wśród Jej współczesnych. Jej własny Syn Ją traktował, w oczach innych, jak zwyczajną kobietę. Dano Mu znać: „Matka Twoja czeka przed domem, chce Cię widzieć” (por. Mt 12,47). Nie wyszedł – „Która jest matka Moja i brat i siostra? Ci, co słuchają słowa Mojego” (por. Mt 12,50). Jak wiele kobiet współczesnych Jej, nie mogła się docisnąć do Chrystusa, odeszła, Wielkość Marii to jej pospolita dziewczęcość.

W wyobraźni naszej Maryja jest pozbawiona tej prostej zwyczajności, wyjęta z ram codzienności i historii, malowana miłością ludzką, fantazją poetów i wyobraźnią malarzy. Wzbogacona o wiele cudowności, o aureolę nad głową, którą dorobili malarze i rzeźbiarze. Ale ona szła przez świat bez aureoli, jak każda kobieta. Nie jest prawdą, że gdzie Jej stopa stanęła, tam wyrastały kwiaty.  To nieprawda, że dziecko do snu kołysali aniołowie, że oni krzątali się po domu, gotowali i sprzątali. To Ona sama troszczyła się o jadło, prała pieluchy, nuciła kołysanki, jak każda matka na świecie sprowadzając sen na oczy ukochanego Maleństwa. Maryja to prawdziwa kobieta dzieląca dolę swoich rówieśnic, swego nazaretańskiego środowiska, swego narodu, swej epoki. Właśnie dlatego każda dzisiejsza kobieta, a zwłaszcza każda matka ma z Maryją coś wspólnego: miłość do męża i dzieci, domową codzienność przy garach i porządkach, kłopoty, nerwy, lęki o przyszłość.  Jest tylko jedna różnica, że była od nich bardziej święta – uświęcona wybraństwem Boga i macierzyństwem Jego Syna.

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

tyle wszystkiego było; aż niepamięć i 

trwoga i żal przeogromny że 

tak późno zatęskniłem prawdziwie do 

Boga

 

tyle już imion było mi wróżebnych i 

miłowania i obietnic daremnych

 

przeminęło wszystko tak prędko i tak 

szybko mija że zostały mi tylko dwa 

imiona: Jezus i Maryja

 

i jeszcze tęsknota i płacz cichy w modlitwie i 

znowu trwoga czy śmiercią zwykłą trafię do 

Boga

Marian Kostek-Zieliński

Narodzenie Najświętszej Maryi Panny (8 września)

 

Śmierć przyszła przez Ewę, 
a życie pojawiło się przez Maryję.
św. Hieronim

 

Święto narodzin Maryi nie należy do wielkich świąt Maryjnych, jak Niepokalane Poczęcie, Zwiastowanie lub Wniebowzięcie Maryi, ma raczej charakter rodzinny;  jest świętowaniem w małej wspólnocie codziennej Eucharystii w parafialnych kościołach. To piękne, radosne święto nie potrzebuje teologicznych roztrząsań i dogmatycznych uzasadnień. Bo idzie o prosty fakt narodzin dziecka – Maryi, przewidzianej przez Boga na Matkę Jego wcielonego Syna. 
Szukając genezy tego święta trzeba cofnąć się do aktu poświęcenia w  V wieku w Jerozolimie kościoła dedykowanego Maryi (pod tytułem „gdzie się urodziła”), dziś znanego jako „kościół św. Anny”. W Konstantynopolu obchodzono to święto już około 560 roku, a na Zachodzie dopiero od wieku VII. Papież Sergiusz (687-701) zarządził, że w święto narodzin Maryi, podobnie jak w Matki Bożej Gromnicznej, Zwiastowania i Wniebowzięcia, ma  odbyć się procesja do Maryjnej Bazyliki w Rzymie.
Kościół w zasadzie nie celebruje urodzin swoich członków, natomiast świętuje dzień ich śmierci jako narodzin do życia z Bogiem w niebie. Wyjątkiem jest tutaj Syn Boży, Jego Matka Maryja i Jan Chrzciciel. Świętowanie ich narodzin podkreśla doniosłość danej osoby w historii zbawienia. Termin święta narodzin Maryi był miarodajny w ustalaniu daty innego święta maryjnego – jej Niepokalanego Poczęcia w dniu 8 grudnia.
Rabindranat Tagore, indyjski poeta, powiedział: „Każde nowonarodzone dziecko przynosi na świat nowinę, że Bóg jeszcze nie zniechęcił się całkowicie do naszego świata”. Jeżeli te słowa odnoszą się do narodzin każdego dziecka, to w sposób szczególny dotyczą urodzin Maryi, która przez swe macierzyństwo dała światu „Słońce Sprawiedliwości”, czyli Tego, który jest uosobieniem nadziei świata, którego narodziny stały się epokowym wydarzeniem w jego dziejach. A narodziny Maryi czerpią blask, godność i znaczenie od jej Bożego Syna i Jego zbawczego dzieła. Św. Paweł tak opisuje misję Jezusa:
Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej (Ga 4,4-7).
Ten tekst św. Pawła jest najwcześniejszą wzmianką o narodzinach Jezusa (około 55 roku). Wcielenie Syna Bożego było od dawna przez proroków zapowiedziane, a szczególna rola w nim przypadła w udziale Maryi i Józefowi. Maryja swoim „Tak” na zwiastowanie anioła Gabriela otwiera drzwi dla szczególnego etapu w dziejach zbawienia. To, co zapowiedział prorok Izajasz: „Oto  Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel” (Iz 7,14) spełnia się teraz w osobach Maryi i Józefa. O tym mówi Ewangelia tego święta w opisie rodowodu Jezusa i okolicznościach Jego narodzin z podkreśleniem roli św. Józefa, który na polecenie anioła we śnie ma zaakceptować Maryję i nadać  Jej dziecku  imię Jezus, co znaczy „Bóg zbawia”: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów (Mt 1, 20-21).
Jezus, wcielone Słowo Boga, ma zatem rodziców, dziadków i długą listę przodków - aż do króla Dawida i do Abrahama. Wylicza ich sporządzony przez św. Mateusza rodowód, czytany w to święto jako Ewangelia. Jest to swoistego rodzaju drzewo genealogiczne, które różni się od rodowodu Łukasza (3,23-38) sięgające aż do Adama. Tych rodowodów nie należy traktować jak dzisiejszych wyciągów z rejestru urodzin w urzędzie stanu cywilnego. Mateusz nie ma ambicji przeprowadzić dokładnych badań i sporządzić  perfekcyjne drzewo genealogiczne. On „uprawia teologię”, to znaczy chce  pokazać Jezusa jako oczekiwanego przez Naród Wybrany Mesjasza. W konsekwencji wymienia 42 imiona w trzech grupach. W każdej jest 14 imion z ważnych epok historii Izraela: od Abrahama do Dawida; następnie do niewoli babilońskiej, w końcu do Józefa, Oblubieńca Maryi. Oczywiście nie wszystkie imiona w tych okresach są wymienione, nie ma tam też wzmianek o wydarzeniach historycznych. Frapujący jest fakt, że wymieniono tam także imiona czterech kobiet: Tamar, Rahab, Ruth i Batseba, których los nie był łatwy, były krzywdzone, nie cieszyły się tylko dobrą opinią, a mimo to odegrały ważną rolę w historii Izraela. W tym drzewie genealogicznym najważniejsza jest piąta kobieta - Maryja, wybrana przez Boga na Matkę Jego Syna. Jej narodziny to punkt zwrotny w historii zbawienia. Co od dawna było przygotowywane, teraz się spełnia. Bóg nie działa ponad naszymi głowami, ale przez ludzi, przychodzi do nas w ludzkiej postaci.  W osobie Maryi Bóg pokazuje, że On zawsze działa, Jego zbawienie dotyczy wszystkich, przekracza granice czasu i przestrzeni, pochodzenia i religii. Jego przygoda z ludzkością jeszcze nie jest zakończona. Ona trwa w Kościele i przez Kościół w świecie.
W Nowym Testamencie nie ma żadnych wzmianek o narodzinach Maryi. Jedynie w piśmie apokryficznym  Protoewangelia Jakuba, cytowanym już w związku ze św. Anną, znajdujemy krótki opis o narodzeniu Maryi i o jej dzieciństwie.
Narodziny. 
2. I wypełniły się jej miesiące około sześciu. W siódmym zaś miesiącu porodziła Anna i rzekła do położnej: "Co porodziłam?" I rzekła położna: "Dziewczynkę". I rzekła Anna: "W tym dniu dusza moja została wywyższona". I ułożyła ją [dziewczynkę]. Gdy zaś wypełniły się dni, została oczyszczona Anna ze swej nieczystości i poczęła piersią karmić dziecko, i nazwała je imieniem Maryja.
W rocznicę urodzin córki urządzono wielką rodzinną uroczystość. A  kiedy miała trzy lata, rodzice oddali ją do świątyni, gdzie wychowywała się wśród swoich rówieśniczek i poznała Biblię. 
Dzieciństwo Maryi. 
6. 1. Z dnia na dzień dziecko wzrastało w siły. Gdy zaś minęło sześć miesięcy, postawiła je matka na ziemi, by wypróbować, czy będzie stała. I przeszedłszy siedem kroków, wróciła na łono swej matki. I wzięła je matka w ramiona, mówiąc: "Na Boga żywego, nie będziesz chodziła po tej ziemi, dopóki nie zaprowadzę cię do świątyni Pańskiej". I uczyniła w swej komnacie sypialnej świątynię, i nie pozwoliła, by spożywała cokolwiek skalanego czy nieczystego. I zwołała córy Hebrajczyków, które były bez zmazy, i one bawiły ją. 
2. Gdy dziecko ukończyło pierwszy rok życia, wydał Joachim wielką ucztę i zaprosił kapłanów, arcykapłanów i uczonych w Piśmie, i radę starszych, i cały lud Izraela. I Joachim przyniósł dziecię kapłanom i pobłogosławili [je] mówiąc: "Bóg ojców naszych niech pobłogosławi to dziecię, niech da jej imię znakomite pośród wszystkich narodów na wieki". I rzekł cały lud: Niech tak się stanie, amen!" I zaniósł ją arcykapłan, i błogosławił ją, mówiąc: "Boże wysokości, spójrz na to dziecię i obdarz ją błogosławieństwem największym, ponad które nie ma już większego". 
3. I zaniosła je matka do świątyni, którą uczyniła w komnacie swojej sypialnej, i podała dziecku pierś do ssania. I zaśpiewała Anna pieśń Panu Bogu tymi słowami: "Pieśń świętą zaśpiewam Panu, Bogu mojemu, gdyż nawiedził mnie, i zdjął ze mnie szyderstwa moich nieprzyjaciół. I dał mi Pan Bóg owoc mojej sprawiedliwości, choć jedyny, jednak znaczący wiele w Jego oczach. Któż oznajmi synom Rubena, że Anna karmi mlekiem? Słuchajcie, słuchajcie dwanaście plemion Izraela: Oto Anna karmi mlekiem!" I złożyła ją w świątyni, którą uczyniła w swej komnacie sypialnej, i wyszła, aby im [gościom] służyć. Gdy zaś uczta się skończyła, odeszli pełni radości i chwalili Boga Izraela.
To, że Kościół świętuje narodziny Matki Jezusa, jest wyrazem wiary: Maryja jest kimś wyjątkowym pośród ludzkości, jest święta, prze Boga uświęcona i od  pierwszego momentu jej istnienia w łonie matki Anny wolna od grzechu. Dlatego wielbimy Ją jako „Jutrzenkę zbawienia”, „Gwiazdę zaranną”, „Nadzieję świata i nadajemy Jej dziesiątki innych imion w Litanii Loretańskiej.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Medytacja dla małżonków


Tekst kard. Karola Wojtyły o narzeczonych (Andrzej i Teresa), którzy w sklepie jubilera wybierają obrączki ślubne.

 

Obrączki ślubne

Jubiler długo patrzył nam w oczy.
Biorąc ostatnią już próbę szlachetnego metalu,
wypowiedział głębokie myśli, które w sposób przedziwny
utkwiły w mojej pamięci.

Ciężar tych złotych obrączek 
- tak mówił – to nie ciężar metalu,
ale ciężar właściwy człowieka,
każdego z was osobno
i razem obojga.
Ach, ciężar własny człowieka,
ciężar właściwy człowieka!
Czy może być uciążliwszy,
a zarazem bardziej nieuchwytny!
Jest to ciężar ciągłego ciążenia 
przykutego do krótkiego lotu.
Lot ma formę spirali, elipsy – i formę serca…
Ach, ciężar właściwy człowieka!
Te pęknięcia, ten gąszcz i to dno –
te przylgnięcia, kiedy tak trudno
odkleić serce i myśl.
A wśród tego wszystkiego wolność 
– jakaś wolność, a czasem aż szał,
szał wolności uwikłanej w ten gąszcz.
I wśród tego wszystkiego miłość, 
która wytryska z wolności 
jak źródło z gleby przeciętej na ukos.
Oto człowiek! Nie jest przejrzysty 
i nie jest  monumentalny, 
i nie jest prosty, 
raczej biedny.
To jeden człowiek – a dwoje, 
a czworo, a sto, a milion!

 

Kard. Karol Wojtyła, Przed sklepem jubilera. Medytacja o sakramencie  małżeństwa, w: Poezje i dramaty, Kraków 1979, s. 193.

Słowo na niedzielę (3.09.2023)

 

Prowokacje Jezusa

 

Złoszczę się, denerwuję, bo mnie skrzywdzono, a On mówi mi: Przebacz!
Boję się, a On mówi: Odwagi!
Wątpię, a On mówi mi: Zaufaj!
Pełno we mnie lęków i trwogi, a On mówi: Bądź spokojny!
Chcę być sam, a On mówi mi: Pójdź za mną!
Snuję wiele planów, a On mówi mi: Porzuć je!
Gromadzę bogactwa: a On mówi mi: Zrezygnuj z nich!  Rozdaj ubogim!
Szukam bezpieczeństwa, a On mówi mi: Tego ci nie obiecuję!
Chcę w pełni żyć, a On mówi mi: Oddaj swoje życie!
Uważam, że jestem dobry, a On mówi mi: Taki jakim jesteś mi nie wystarcza!
Chcę być szefem, a On mówi mi: Zacznij służyć!.
Lubię rozkazywać, a On mówi mi: Bądź posłuszny!
Chcę rozumieć, a On mówi mi: Wierz!
Żądam jasności, a On przemawia do mnie w przypowieściach!
Lubię poezję, a On mówi do mnie w konkretach!
Marzę o spokoju, a On chce, bym był pełen świętego niepokoju!
Mam skłonności do przemocy, a On  mówi mi o pokoju!
Sięgam po miecz, a On mówi: Schowaj go do pochwy!
Szukam zemsty, a On mówi mi: Nadstaw drugi policzek!
Mówię o pokoju, a On mówi mi, że przyniósł miecz!
Spory i konflikty usiłuję łagodzić pokojowo, a On mówi mi: Przyszedłem ogień rzucić na ziemię!
Chcę być wielki i ważny, a On mówi mi: Stań się jak dziecko!
Szukam skrytości, a On mówi mi: Pokaż twoje światło!
Zależy mi na  pierwszym miejscu, a On mówi mi:  Siądź na miejscu ostatnim!
Chcę być dostrzegany i widziany, a On mówi mi: Módl się w ukryciu!
Szukam szczęścia i radości, a On mówi: Weź swój codzienny krzyż i naśladuj mnie!

Nie! Nie rozumiem Ciebie, Jezu! 
Ty mnie ciągle prowokujesz!
Jak wielu Twoich uczniów mam nieraz ochotę szukać sobie innego Mesjasza, który nie będzie tak skomplikowany, złożony, zagadkowy, i mniej będzie ode mnie wymagał.
Ale jestem taki jak Twój uczeń Piotr: Do kogo miałbym pójść? Nie znam nikogo, kto jak Ty, ma słowa życia wiecznego. 
Dlatego pozostaję z Tobą!
Jestem i trwam z Tobą!
I Ty bądź ze mną!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Patron Dnia: św. Augustyn, biskup i doktor Kościoła
Autor: Ks. Arkadiusz Nocoń

 

Ojciec św. Augustyna, Patrycjusz, był urzędnikiem miejskim i zatwardziałym poganinem (ochrzcił się krótko przed śmiercią). Matka, Monika, była z kolei gorliwą chrześcijanką, „walczącą” przez całe życie modlitwą i łzami, o nawrócenie męża i syna. „Swoimi modlitwami i łzami prosiła Boga o nawrócenie syna; silna kobieta, dobra kobieta!” – powiedział Papież Franciszek podczas modlitwy Anioł Pański we wspomnienie św. Moniki 27 sierpnia br.

Jako dziecko i młodzieniec, Augustyn był uczniem niezwykle zdolnym, ale bynajmniej wzorowym. Lubił zabawy, uczty i walki gladiatorów: od hedonizmu uchroniła go lektura jednego z dzieł Cycerona („Hortensjusz”), które rozbudziło w nim zamiłowanie do zdobywania mądrości. Poza autorami klasycznymi poszukiwał jej także w Biblii, ale raził go język ówczesnych tłumaczeń i zawartość niektórych ksiąg Starego Testamentu. Przystąpił więc do sekty manichejczyków, bo odpowiadała mu jej filozofia, głosząca, m. in., że zbawienie można osiągnąć dzięki własnemu rozumowi.
Poparcie manichejczyków otwarło też Augustynowi drogę do kariery. To dzięki nim trafił do Rzymu, a później do Mediolanu, ówczesnej siedziby cesarza. Otrzymał tam dobrze płatne stanowisko nauczyciela retoryki. Po okresie fascynacji, zaczął jednak dostrzegać coraz więcej braków w samym manicheizmie. Dystans wobec tej nauki pogłębiał się pod wpływem kazań św. Ambrożego, biskupa Mediolanu. Augustyn słuchał go początkowo, aby oceniać wartość retoryczną jego wystąpień, z czasem jednak ich treść zaczęła przenikać coraz głębiej do jego serca.
W roku 387, po oddaleniu nielegalnej żony i odbyciu katechumenatu, Augustyn przyjął chrzest z rąk św. Ambrożego. Wracając w rodzinne strony pragnął poświęcić się życiu monastycznemu: wierni przymuszają go jednak do przyjęcia święceń (391 r.). Kilka lat później zostaje biskupem Hippony (396 r.) i z dawnego nauczyciela retoryki i heretyka staje się jednym z najgorliwszych głosicieli Słowa Bożego, ojcem ubogich i obrońcą prawdziwej wiary. Jego działalność duszpasterska szybko przekracza granice diecezji, czyniąc go duchowym przywódcą nie tylko Kościoła w Północnej Afryce, ale całego Kościoła łacińskiego.
Z „Wyznań” św. Augustyna: „Późno Cię ukochałem, Piękności dawna i zawsze nowa! Późno Cię ukochałem! We mnie byłeś, ja zaś byłem na zewnątrz i na zewnątrz Cię poszukiwałem. Sam pełen brzydoty, biegłem za pięknem, które stworzyłeś. Byłeś ze mną, ale ja nie byłem z Tobą. Z dala od Ciebie trzymały mnie stworzenia, które nie istniałyby w ogóle, gdyby nie istniały w Tobie. Przemówiłeś, zawołałeś i pokonałeś moją głuchotę. Zajaśniałeś, Twoje światło usunęło moją ślepotę. Zapachniałeś wokoło, poczułem i chłonę Ciebie. Raz zakosztowałem, a oto łaknę i pragnę...” (VII, 27, fragm.)
Nazwany „największym filozofem wśród Ojców Kościoła i zapewne najbardziej znaczącym teologiem Kościoła w ogóle” (Berthold Altaner), św. Augustyn pozostawił po sobie tak wiele znakomitych dzieł, że „wydaje się niemożliwe, aby jeden człowiek mógł napisać w swoim życiu tak wiele” (Possydiusz z Kalamy). Pośród wszystkich jego pism cytowane wyżej „Wyznania” zasługują jednak na osobną uwagę, nie tylko dlatego, że uważane są za pierwszą w historii autobiografię, ale i ze względu na „szczególne skupienie się na życiu duchowym, na tajemnicy ludzkiego +ja+ i na misterium Boga, który ukrywa się w tym +ja+, dzięki czemu jest to dzieło wyjątkowe, dzieło, które nie ma precedensu i które na zawsze pozostaje swego rodzaju +szczytem+ duchowym” (Benedykt XVI). Na podkreślenie zasługuje także błyskotliwość św. Augustyna. Komentując decyzję wrogów wskrzeszonego przez Jezusa Łazarza, którzy chcieli go zabić, św. Augustyn zauważył: „Och, cóż za głupi pomysł i zaślepiająca wściekłość! Czyż Chrystus, który wskrzesił zmarłego, nie mógłby wskrzesić zabitego?!”.
W życiu Augustyna wiara nie została mu „podana” na srebrnej misie, ale była owocem wielu lat poszukiwań, duchowej udręki i łaski Bożej. Ten, który jak mało kto doświadczył na sobie skutków tej łaski, stał się jej wielkim piewcą i obrońcą, do tego stopnia, że potomność nadała mu tytuł „Doktora Łaski”. Autentyzm duchowych poszukiwań zawarty w jego „Wyznaniach” sprawił, że na przestrzeni wieków dzieło to wywarło ogromny wpływ na rzesze czytelników, by wspomnieć tylko zmarłego w 2008 r. kardynała Avery’a Dulles’a, jednego z najwybitniejszych teologów w USA, który z agnostyka i agenta wywiadu, został katolikiem i księdzem, właśnie pod wpływem lektury „Wyznań”. Nie brak też opinii, że każdy chrześcijanin powinien przeczytać to dzieło przynajmniej raz w roku (abp Cosmo F. Ruppi).
„Aby mężczyzna zaczął się modlić, musi to zobaczyć u innego mężczyzny! Jeżeli ojciec się modli, jego syn prawdopodobnie też się będzie modlił, nawet jeśli po drodze będzie miał odstępstwa od wiary. W świecie starożytnym to ojciec uczył dzieci modlitwy, nie matka. Znakomitym przykładem jest święty Augustyn. Miał niewierzącego ojca i świętą matkę. Widział jej wiarę, ale nie robiło to na nim najmniejszego wrażenia. Nawrócił się, gdy spotkał modlącego się mężczyznę – Ambrożego, biskupa Mediolanu” (o. Tomasz Kwiecień OP). Do dnia dzisiejszego podobnie jest wśród Żydów, gdzie zadaniem ojca jest przekazywanie wiary i uświadamianie dziecku, kim w jego życiu jest Pan Bóg. Czy o słabości naszej wiary, nie decyduje właśnie brak w jej przekazie ojca? Są mężczyźni, którzy nie wstydzą się przy swoim dziecku przekląć, upić, użyć siły wobec niego czy jego matki. Tylko tego, co najważniejsze, w czym nikt ich nie zastąpi – przekazać dziecku wiarę, zrodzić je dla Boga, pobłogosławić... tego nie potrafią i wyręczają się matką, księdzem czy dziadkami. Skutek, dobrze znamy.
Gdy złożony ciężką chorobą biskup Augustyn umierał w oblężonej przez Wandalów Hipponie, poprosił najbliższych, aby dużymi literami napisali mu psalmy pokutne i przybili je do ściany. Czytał je ze swego łoża „wylewając obficie łzy” (Possydiusz z Kalamy). Wkrótce po jego śmierci Hippona padła, niewiele lat później upadło całe Cesarstwo Zachodnie. Paradoksalnie więc, właśnie wtedy, gdy imperium waliło się w gruzy, Bóg wzniósł jedną z „kolumn”, na której do dnia dzisiejszego opiera się Jego Kościół.


ks. Arkadiusz Nocoń / www.vaticannews.va/pl

21 Sonntag im Jahreskreis A  (2023)

„Ihr aber, für wen haltet ihr mich?“

  1. Der Schlüssel zum Gottes Reich.

Den Schlüssel verlegt zu haben, gehört zu  meinen unangenehmen Erfahrungen; egal – Hausschlüssel oder Autoschlüssel. Ich kann nicht weg, weil ich Haus  nicht zusperren kann, oder weil ich Autoschlüssel nicht finden kann.  Und umgekehrt – die Tür ist zu, ich stehe draußen und komme nicht herein, weil Schlüssel irgendwo in der Wohnung liegt, ich habe vergessen ihn mitzunehmen. Einmal musste ich sogar eine Leiter beim Nachbarn leihen und über Balkon in meine Wohnung steigen.

Keinen Zugang zu haben, ausgeschlossen zu sein, vor verschlossenen Türen zu stehen, das sind auch Erfahrungen, die wir im Miteinander, mit uns selbst und auch mit Gott machen. Manchmal erschließt sich etwas, da öffnet sich jemand, ich bekomme Zugang zu etwas, da tut sich eine neue Sicht auf!... Solche Schlüsselerfahrungen geschehen unerwartet. Sie werden geschenkt, sind letztlich Gnade.

Einen Schlüssel zu haben, ihn anvertraut zu bekommen, heißt auch immer Macht haben. Wenn ein neuer Pfarrer in eine Gemeinde kommt, überreicht ihm der Dekan den Schlüssel für die Kirche und für Tabernakel. Nicht umsonst sprechen wir von „Schlüsselgewalt“. Von einer solchen Vollmacht ist heute im Evangelium die Rede. Diese Vollmacht soll dazu dienen, den Weg zum reich Gottes zu erschließen.

In einem Märchen heißt es: Ein armer Junge muss im Winter Holz sammeln. Unter dem Schnee entdeckt er einen Schlüssel. Schließlich findet er auch ein Kästchen, und tatsächlich: der Schlüssel passt! Er dreht um und… Was in dem Kästchen ist, verrät das Märchen nicht. Es ist unserer Phantasie überlassen! Und das ist gut so, denn mit dem Schlüssel zum Glück und mit dem Schatzkästchen verbinden wir Unterschiedliches. Jeder  muss  diesen Schlüssel und das passende Schatzkästchen für sich finden.

Für Christen ist Jesus Christus diese Schlüsselfigur des Glücks. Er hat uns den Schatz des Himmels aufgeschlossen und uns die Schlüssel des Himmels in die Hand gelegt, damit wir einander Leben aufschließen.

Als Jesus Petrus die Schlüssel des Himmelreiches übergibt, gibt er ihm Vollmacht zu binden und zu lösen. An einer anderen Stelle spricht Jesus der ganzen Gemeinde die Binden- und Lösen Verantwortung zu (Mt 18,18). Binden und Lösen – das sind Lebenshilfen für ein Stück Himmel auf Erden: - der von Schuld und Angst Gefesselte braucht Lösung und Vergebung; - der Orientierungslose braucht Bindung an einen Lebenssinn; - wir alle brauchen einander, um uns aufzuschließen, den Blick zu weiten, etwas zu bewirken; damit wir einander werden, was Gott für uns ist: nämlich ein Schloss, zu dem uns der passende Schlüssel geschenkt worden ist. 

Der Schlüssel, der in der Tasche steckt, ist unverzichtbar, noch wichtiger aber sind Schüssel anderer Art – Schlüssel aus Fleisch und Blut. Den Autoschlüssel wieder wiederzufinden, den man verloren hat, ist erfreulich. Den Andern als Schlüssel empfinden, für einen Anderen Schlüssel sein dürfen: das geht weiter, tiefer. das ist  meine christliche Aufgabe. Verschlossenheit wegnehmen, eine Schlüsselrolle im Leben von Mitmenschen spielen: darin liegt eine Chance, die ein Glücksgefühl ganz eigener Art vermitteln kann. Wie zahlreich sind sie wohl, all die menschliche Schlüssel, die jede/r von uns kennt, denen wir Öffnungen verdanken, Befreiung aus Sackgassen, Verhängnissen!

  1. Jesus und Simon-Petrus

Auch Jesus und Petrus sind füreinander Schlüssel gewesen, Schlüssel aus Fleisch und Blut, bis in die Tiefe ihrer Seelen. Auf die Frage Jesu: “Für wen haltet ihr mich?“ antwortet Simon im Namen der Jünger: „Du bist der Messias, der Sohn des lebendigen Gottes.“ Es war nicht theologischer Scharfsinn, der ihn so sprechen ließ, sondern die Offenbarung des himmlischen Vaters, die Erleuchtung durch den Heiligen Geist. Um dieses Bekenntnisses willen wird Simon zum „Felsen“ der Kirche. Jesus sagt zu ihm: „Du bist Petrus, der Fels, auf dem ich meine Kirche baue.“ Christus hat seine Kirche nicht auf Ideen und Ideologien gebaut, sondern auf lebendigen Menschen, die glauben und bekennen. Gerade in fehlbaren Menschen wollte und will Christus seine unfehlbare Kraft zeigen, gerade im schwachen Simon Petrus soll seine Treue zur Kirche sichtbar werden.

Beide Bekenntnisse (von Jesus und von Petrus) haben Geschichte gemacht, werden bis heute glaubend nachgesprochen und in jubelnden Chören singend bekannt. Denken wir nur an die jauchzenden Melodien der großen Messen von Mozart, Haydn, Beethoven, Verdi, Saint-Saint. Beide Bekenntnisse haben zweitausend Jahre überdauert. Über beide sind Berge von Büchern geschrieben worden, ebenso leidenschaftlich dafür wie dagegen.

Wir  fragen uns: Was bedeuten diese beiden Bekenntnisse für unser Leben? Auch uns stellt Jesus die alles entscheidende Frage: „Ihr aber, für wen haltet ihr mich? Auch wir können die Antwort des Glaubens nicht aus den Kräften von „Fleisch und Blut“, unserem menschlichen Denken und Wollen, geben, sondern allein aus der Kraft des Heiligen Geistes. Dazu ist aber erforderlich, dass wir uns der Person und dem Wort Jesu öffnen, dass wir sein Wort in unser Herz und unser Leben einlassen, dass wir mit Jesus vertraut werden im Gebet und in der Nachfolge. Der Glaube kann nur leben, wenn er gelebt wird. Dann wächst in uns eine Zuversicht, die durch keine scheinbaren Vernunftgründen mehr erschüttert werden kann. Wir werden dann auch gefeit und stark sein gegen die heute andrängende Versuchung, Jesus auf eine Stufe mit den anderen Religionsstiftern zu stellen – einem Buddha, Mohammed oder auch kleinen Gestalten der modernen religiösen Szene. Soviel an Wahrheitskörner sich bei ihnen auch finden mag – Jesus ist der Unvergleichliche, das Wort Gottes, der Erlöser der Welt. Er ist es, kann es  nur sein, weil er „der Sohn des lebendigen Gottes“ ist.  Weil in diesem Jesus Gott selber auf mich zugeht, Gott selbst mich anspricht, darf ich überzeugt sein, dass dieser Jesus für mich der Weg, den ich gehen, die Wahrheit, die ich glauben, das Leben, das ich leben kann. Weil er sowohl wahrer Mensch wie wahrer Gott ist, darf ich glauben, dass mein Menschsein durch ihn einen Sinn und ein Ziel bekommen hat, das mein Menschsein durch ihn erlöst, gerettet, heimgeholt ist und eine Zukunft hat.

Zum Schluss unserer Meditation ein Gedicht von Andreas Knapp, der in kleiner Priestergemeinschaft in Leipzig lebt, unter dem Titel: „Bekenntnisfragen“:

glauben Sie

so wurde ich gefragt

an den lebendigen Gott

und ich antwortete

ich lebe davon

dass Gott an mich glaubt

 

und was halten sie

von Jesus Christus

und ich antwortete

ich baue darauf

dass er mich hält

 

und was denken Sie

vom Heiligen Geist

und ich antwortete

dass er uns beide tief verbindet

mehr als wir und denken können.

 

Dr. Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R.

20 Sonntag im Jahreskreis A

Jesus, der Lehrer wird belehrt  durch den Glauben einer heidnischen Frau.

Evangelium: Matthäus 15,21-28.

Ein ergreifendes Evangelium: Es beginnt mit einem Schrei und Ablehnung und endet mit einem Heilsversprechen. Jedes Mal, wenn ich dieses Evangelium lese oder verkünde, befällt mich ein großes Unbehagen. Ich kann ja verstehen, dass diese heidnische Frau den Jüngern Jesu auf die Nerven geht mit ihrem Geschrei und ihrer Aufdringlichkeit. Von Jesus hätte ich aber ein anderes, ein geduldigeres Verhalten erwartet. Wie er mit dieser Frau umgeht, ist nicht gerade „die feine Art“. Ist nicht liebevoll, sondern sogar grausam. Bis Du das wirklich Jesus? Sonst kenne ich dich anders. Hier in dieser Geschichte bist Du mir fremd. Deine Antwort klingt furchtbar. Sie könnte aus dem Mund eines Beamten stammen: Ich bin dafür nicht zuständig. Das fällt nicht in mein Resort. Kurz und bündig, schnell abgefertigt. Diese Frau will doch nichts anderes, als dass ihre Tochter wieder gesund wird. Kann Jesus denn das nicht verstehen? Mit einer Kälte ohnegleichen sagt er: „Ich bin nur zu den verlorenen Schafen des Hauses Israel gesandt!“ Das heißt doch mit anderen Worten: „Diese Frau geht mich nichts an!“ Redet so der Sohn Gottes? Passt das zu den Vorstellungen, die wir  von Jesus haben? Passt das zu seiner sonstigen Verkündigung?

Doch nicht genug damit; Die Frau gibt nicht auf, sie wirft sich Jesus vor die Füße und schreit: „Herr, hilf mir!“ Da kommt die niederschmetternde Antwort Jesu: „Es ist nicht recht, das Brot den Kindern wegzunehmen und den Hunden vorzuwerfen.“ „Hund“ – bei den Juden das übliche Schimpfwort für Heiden. Im Klartext heißt dies: „Du hast keinen Anspruch auf meine Hilfe. Für dich bin ich nicht zuständig.“

Ich kann nicht anders als fragen: Wie kann Jesus so reden? Darf er das überhaupt? Versetzen wir uns einmal in die Situation dieser Frau. Wie hätten wir reagiert? Wenn ich an ihrer Stelle wäre, was hätte ich gesagt? Wahrscheinlich wäre ich zornig geworden und hätte Jesus ins Gesicht geschrien; „Ich will die Hilfe durch deinen Gott nicht mehr! Wenn das so ist, dann ist deine Rede vom barmherzigen Gott ein leeres Gerede, Geplapper. Und wenn es diesen barmherzigen Gott dennoch gibt, dann bist du auf jeden Fall nicht sein Sohn“. Vielleicht aber brächte ich diese Kraft zum Zorn gar nicht mehr auf, sondern würde ich in mein Elend verkriechen und jede Hoffnung auf Rettung vergraben.

Aber diese Frau reagiert ganz anders. Sie sieht ihre Lage in einem unglaublich demütigem Realismus. Sie sagt zu Jesus: „Ja, du hast recht, Herr! Aber selbst die Hunde bekommen von den Brotresten, die vom Tisch ihrer Herren fallen!“ Sie will damit sagen:  Ich weiß, dass ich nicht zu denen gehöre, die ihr Juden für die Auserwählten Gottes haltet. Aber ich weiß, dass Gottes Liebe so groß ist, dass auch für die noch etliches abfällt, die in euren Augen gottlos sind, weil sie nicht zum „Volk Gottes“ gehören. Ich kann mir beim besten Willen nicht vorstellen, dass Gott so eng ist, dass er seine Liebe von unserer Geburtsurkunde oder Religionszugehörigkeit abhängig macht. Nein, Gottes Güte ist  nicht in solchen Grenzen einzuengen.

Wir sind hier zum wichtigen Punkt angelangt. Jesus der Lehrer, wird belehrt durch den Glauben einer heidnischen Frau. Jesus der Lehrer, muss also erst lernen, was Gottes Wille ist. Auch Jesus lernte den Glauben. Hier lernt er von einer Frau, einer Heidin, die er kurz zuvor noch bildhaft mit einem unreinem Hund verglichen hat. Auch Jesus muss, mit Verlaub gesagt, seine Hausaufgaben machen. Er muss an seinen Auftrag reifen. Er muss erkennen, dass  seine Sendung nicht eng begrenzt ist, sondern allen Menschen gilt, bis er endlich seinen Jüngern sagen kann: Geht hinaus an die Ränder der Erde und mach alle zu Jüngerinnen und Jüngern. 

Also eine wichtige Schlussfolgerung: Auch Jesu Menschwerdung war ein Prozess. Hier erinnere ich mich an das Studium der Theologie im Priesterseminar und an schwierige Themen in der Dogmatik über zwei Naturen (göttliche und menschliche) und wie sie in einer Person Jesu funktioniert haben. Wie geschah das alles im Bewusstsein Jesu? Kurz: ein Geheimnis, für uns Menschen nicht zu begreifen.

Jesus macht in der Begegnung mit den Menschen eine eigene Entwicklung durch. Wir schauen hier in das Herz Jesu: der Rabbi Jesus wandelt sich zum Messias Jesus, zum erhofften Davidsohn, zum Heilbringer in Gottes Namen. Es ereignet sich an Jesus das, was auch für uns alle gilt: Entweder kommen wir anders aus einer Begegnung heraus, als wir hineingegangen sind, oder es war keine echte Begegnung gewesen.

Das heutige Evangelium macht deutlich, dass im Leben und Wirken Jesu eine Entwicklung gibt, ein Weiter-Fortschreiten. Erst allmählich wurde aus der ersten Verkündigungstätigkeit Jesu in Galiläa jenes für alle Menschen offene und alle umfassende Christentum, das wir heute als selbstverständliche Grundlage unseres Glaubens an Jesus betrachten.

Unser Evangelium beginnt mit einer  großen Ouvertüre und endet mit einem kleinen, leisen Schlussakkord: „Frau, dein Glaube ist groß. Was du willst, soll geschehen. Und von dieser Stunde an war ihre Tochter geheilt“ (Mt 15, 28). Heil – das ist das Geschenk des Glaubens, weil Glauben Gotteskontakt schenkt und dieser Kontakt Heil stiftet. Heil, das meint gesund, gesundet, geheilt auf allen Ebenen, weil Gottes Nähe alles Zerbrochene, alles Zerschlagene heilt. Darum bewirkt heilender Glaube eine Verwandlung, eine nach und nach alles  durchwirkende Verwandlung.

Was nehmen wir heute aus diesem Begegnung mit Jesus mit? Zuallererst: Gottes Heil kennt keine Grenzen, keine politischen, religiösen, ethnischen Grenzen. Gottes Heil ist universal und global, setzt nur das eine voraus: den Glauben!

Wie steht es mit meinem Glauben? Sieht er so aus wie das Vertrauen dieser Heidin im Evangelium? Ist er wenigstens halb so groß?

Ich sollte mir bewusst machen, oder ins Gedächtnis rufen, dass zu diesem Glauben auch die Bereitschaft gehört, in die Knie zu gehen! Bin ich bereit, wie diese Frau, zu sagen: „Gott, ich weiß, dass ich eigentlich gar keinen Anspruch auf Dich und deine Güte habe. Ich habe von Dir nichts zu fordern. Aber, Gott, ich vertraue darauf, dass Du immer so viel vom Tisch deiner Gemeinde herabfallen lässt, dass ich nicht verhungere. Das soll mir genügen, aber  darum möchte ich auch Dich flehentlich bitten!

Ich wünsche uns allen, Dir und mir, dass wir uns um solchen Glauben bemühen! Und dass wir von Jesus hören: „Dein Glaube ist groß!“ Und dass wir, nicht nur einen kleinen Brocken vom Tisch der Liebe Gottes bekommen – auch heute in der Eucharistie – sondern viel mehr: Heilung und Heil für Leib uns Seele!

Dr. Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R.

Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny   (15 sierpnia)

 

Święto Wniebowzięcia Maryi jest rezultatem refleksji nad rolą Maryi w historii zbawienia. Prawda wiary, że Maryja nie umarła, lecz z duszą i ciałem została wzięta do niebieskiej chwały ma uzasadnienie w wyjątkowej więzi z Jej Synem. Jako pierwszy zbawiony człowiek jest Maryja pra-obrazem Kościoła. Na Niej spełniło się to, na co wszyscy chrześcijanie czekają aż do końca czasów. 
Święto odejścia Maryi do nieba obchodzone jest w Kościołach Wschodu od 450 roku i nosi nazwę „Zaśnięcie Maryi”. W Kościele Rzymskim celebrowane jest od VII wieku. To, w co chrześcijanie wierzą i świętują od kilkunastu wieków, zostało ogłoszone przez Piusa XII jako dogmat wiary w dniu 1 listopada 1950 roku. Celebrując święto Wniebowzięcia Maryi potwierdzamy jedność wiary i kultu (modlitwy) w Kościele i czcimy Maryję jako Matkę Kościoła.
Prastara legenda tak opisuje odejście Maryi do niebieskiej Ojczyzny: Apostołowie zebrali się w Jerozolimie wokół umierającej Matki Bożej i po Jej śmierci złożyli Ją w grobie. Wkrótce potem z tego grobu zaczęła rozszerzać się niespotykana,  przyjemna woń. Apostołowie  otworzyli zatem grobowiec i zdumieni zauważyli, że nie ma tam ciała Maryi, a w miejscu, gdzie je złożono, kwitną przepiękne białe kwiaty i rosną pachnące zioła.
Wniebowzięcie Maryi nie jest żadną legendą, lecz rzeczywistością. Bóg faktycznie wziął Matkę swego Syna „do nieba”, czyli do siebie. Oczywiście można to święto rozumieć opacznie, jakoby Maryja odbyła cieleśnie jakąś podróż przez kosmiczne przestworza w zaświaty do Boga w niebie. Tymczasem prawda chrześcijańskiej wiary celebrowana w to święto mówi nie mniej nie więcej jak to, że Maryja w całej swej cielesno-duchowej integralności została odkupiona, wywyższona i uwielbiona. Na czym dokładnie to dopełnienie i uwielbienie polega, tego dokładnie w warunkach naszej doczesnej egzystencji wiedzieć jeszcze nie możemy. I dlatego tę nową rzeczywistość opisujemy naszymi ułomnymi słowami jako „wzięcie do nieba”.
To, co chrześcijańska liturgia wyraża i potwierdza jako powszechną niemal od początku prawdę wiary Kościoła, papież Pius XII ogłosił 1.XI.1950 r. w konstytucji apostolskiej „Munificentissimus Deus” jako dogmat. Czytamy tam m. in.: „Powagą Pana Naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga, że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej.”
 Celebrując to święto potwierdzamy jedność przepowiadania wiary i kultu oraz uznajemy Maryję za Matkę wszystkich wierzących. Dogmat orzeka, że Maryja w swej cielesno-duchowej integralności jest zbawionym człowiekiem i praobrazem Kościoła, a jako taka jest w pełni „spełniona”, na co wyznawcy Chrystusa czekają do końca świata.
Popularne przedstawienia wniebowzięcia Maryi w świątyniach Kościoła Wschodu przejęto również w malarstwie Zachodu. Przykładem tego jest starożytna mozaika w bazylice Matki Bożej Większej (Santa Maria Maggiore) w Rzymie lub obraz w głównym ołtarzy w Sienie. Przedstawiają one Maryję na łożu w spokojnym śnie śmierci, w otoczeniu Apostołów i wielu świętych oraz aniołów w tle dalszym. W centrum stoi Jezus trzymający w ramionach dziecko – dziewczynkę: to Maryja, która stała się „maluczką” dla Królestwa Bożego i Pan niesie Ją wraz z całym „dworem niebieskim” do nieba.
Obraz Maryi jako dziecka w dłoniach Jezusa implikuje konsekwencje dla naszego życia. Być dzieckiem to znaczy być zależnym od innych i wdzięcznym, nie chwalić się osiągnięciami i sukcesami, pozwolić się obdarować, żyć w oczekiwaniu, spontanicznie, niewinnie, beztrosko, prawdziwie, szczerze. Patrząc na Maryję widzimy, jak te cechy dziecka się w Niej urzeczywistniły. Nic nie posiadać, a wszystkiego oczekiwać od Boga - to prawdziwy kapitał przynoszący tylko zyski.
Święto wyniesienia Maryi mówi nam: Twoja prawdziwa wartość nie leży w osiągnięciach i sukcesach, lecz w tym, że jesteś otwarty na Boga i człowieka, że   wierzysz, ufasz i kochasz. Powszechne doświadczenie uczy: najważniejszych rzeczy jak przyjaźń, miłość, szczęście nie można „zrobić”, wyprodukować, one są zawsze darem. Maryja wniebowzięta mówi do nas: „Powiedz „Tak” do dziecka w tobie, do zależności i wdzięczności wobec Boga. Gdy będziesz żył w pełnym zaufaniu wobec Niego, On przyjmie cię jak Mnie „do siebie”. Maryja mówi także: „Popatrz, jak wielką wartość i godność ma twoje ciało, żyj w pełni cieleśnie. Twoje ciało wyraża twoje wnętrze. Ono jest czymś więcej niż zespołem biologicznych organów i funkcji. Ono jest wyrazem duszy.”
Gdy w 1950 roku Pius XII ogłosił ten dogmat reakcje oscylowały między zaskoczeniem, zdziwieniem, niezrozumieniem, w niektórych kręgach oburzeniem a akceptacją i pełną aprobatę. W czasie, gdy dopiero co ocknięto się z szoku II wojny światowej i z poświęceniem oddano odbudowie zniszczonych krajów Europy, wielu oczekiwało od Kościoła czegoś innego niż maryjnego dogmatu. Palące wtedy pytania  brzmiały: Jaki obraz człowieka jest ważny dla przyszłości? Co wiara w Boga może dać mojemu życiu? A Kościół na to odpowiedział – jak krytycy to określali: „w sposób nienowoczesny i obcy światu” - prawdą wiary: „Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba”. 
Pośród różnych reakcji znamienna jest postawa Karola Gustawa Junga. Ten psycholog i badacz symboli urządził w swoim Instytucie w Zurichu - w związku z ogłoszeniem dogmatu - dla kręgu swoich uczniów całodzienne seminarium, którego większość uczestników stanowili, jak sam mistrz, protestanci. Jung nazwał ten dogmat i święto Wniebowzięcia genialną odpowiedzią Kościoła na pogardzanie człowiekiem i i na dewaluację wartości życia w drugiej wojnie światowej dopiero co przed 5 laty zakończonej, odpowiedzią na cynizm z jakim zabijano ludzkie życie lub na nim pseudonaukowo eksperymentowano. Równocześnie była to dla niego odpowiedź na pogardę wobec istnienia, jaką propagował wtedy egzystencjalizm. Ten nurt w filozofii ujmował egzystencję człowieka w obrazie nadaremnie trudzącego się mitycznego Syzyfa. Prowadziło to do nihilizmu i zachwalania samobójstwa jako formy samo zbawienia.
Święto Wniebowzięcia jest faktycznie uroczystą formą akceptacji wielkości i godności ludzkiego życia i ciała. Przed człowiekiem stoi perspektywa wstąpienia do nieba, a nie „zjazd do piekła” lub podróż do „królestwa cieni”, jak to było w starożytnych mitach, ani rozpłynięcie się w „niczym”, co głosi nihilizm. Przeznaczeniem ludzkiego ciała jest niebo: „Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni. Potem me szczątki skórą odzieje, i ciałem swym Boga zobaczę. To właśnie ja Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny” (Hi 19, 25-27 – tak wierzy i ufa  cierpiący Hiob.
Nieraz stawiane jest pytanie: Co Maryja jako święta i wniebowzięta może mieć wspólnego z nami, z naszym życiem, z naszymi problemami? Wspólnota z Maryją to przede wszystkim wspólnota w człowieczeństwie - zbawionym przez Chrystusa. Teologia mówi z upodobaniem o „drugiej Ewie”. Kościół zawsze widział w Maryi przeciwieństwo pra-matki Ewy. Przez pierwszą Ewę przyszła na świat śmierć. Ona, a z nią również Adam, oboje spożyli w raju owoc z zakazanego drzewa. Fundamentalne ukierunkowanie człowieka na Boga uległo zwichnięciu i zamieniło się w koncentrację na sobie, przez co szkodę poniosła ludzka natura. Bo bardziej nam bliski niż my sami sobie jest ktoś inny: Bóg.  Ewa i Adam mieli fałszywy obraz Boga. Co więcej, chcieli być jak Bóg, ale sądzili, że być Bogiem, to znaczy wszystko posiadać, wszystkim dysponować i zarządzać. Tymczasem „być Bogiem” to znaczy: wszystko dać i ofiarować, wszystkiego się wyzbyć z miłości. 
W Maryi obecne i widoczne jest coś z tej boskiej postawy. Jej życie jest oddaniem bez reszty, bezwarunkowym ofiarowaniem siebie. Ona nie zatrzymuje nic dla siebie, a jej postawa otwartości i gotowości na przyjęcie liczy się z wielkością Boga. W dopełnieniu Maryi przez wniebowzięcie spełnia się paradoks kazania na górze, które ubogim obiecuje prawdziwe bogactwo. Gdy Maryja mówi swoje: „Niech mi się stanie według słowa Twego”, gdy całkowicie powierza się Bogu, śmierć nie może jej już nic istotnego odebrać, bo jej istota już spoczywa gdzie indziej – w Bogu. Św. Efrem Syryjski wyraził to w jednej z homilii: „Ewa zjadła owoc z drzewa, w którym ukryta była śmierć. I wtedy powstał nowy krzew winny, którego owoc zjadła śmierć. Tym krzewem winnym była Maryja i na niej śmierć połamała sobie zęby. Śmierć nie ma już więcej mocy nad Maryją.”
Maryja jako pra-obraz wierzących jest pierwszą komórką Kościoła, jego pra-obrazem. Jest wierzącą tak samo jak my, co św. Augustyn wyraził w słowach: „Błogosławiona jest Maryja nie dlatego, że nosiła Pana, lecz że w Niego uwierzyła. Maryja jest wierzącą i właśnie przez to wskazuje na Jezusa”. Wyrazem tego jest ewangeliczne wydarzenie, którego opis przekazuje Ewangelia czytana w wigilię rozważanego święta. Pewna kobieta z tłumy zebranego wokół Jezusa nagle woła: „Błogosławione łono, które Cię nosiło i piersi, które ssałeś” (Łk 11,27-28). Ta pochwała odnosi się do Jezusa, a nie do Maryi. Piękny to zwyczaj człowieka Wschodu, że przeważnie nie chwali konkretnego człowieka, lecz jego rodziców. Podobnie nie przeklina tego, kto mu zaszedł za skórę, lecz jego rodziców. Jezus nie pozostawia tego komplementu bez komentarza, ale przenosi go na tych, którzy słuchają słowa Bożego i je realizują. I dopiero teraz idzie także o pochwałę Maryi, ale nie z racji jej biologicznego macierzyństwa, lecz ze względu na jej wiarę, wzorcową dla innych. Ona była otwarta na słowo Boże, słuchała go i żyła zgodnie z nim. Wniebowzięcie Maryi głosi „Dobrą Nowinę”, że kto otwarty jest na Boga, zostanie przez Niego „wzięty” na wieczność.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak
 

Wniebowzięcie

Nikt nie  biegł do Ciebie z lekarstwem po schodach 
lampy nie przymrużono żeby nie raziła 
nikt nie widział jak ręka Twa od łokcia blednie 
pies nie płakał serdecznie że pani umiera 
nawet anioł zaniechał nadymania trąby 
to dobrze bo śmierć przecież za dużo upraszcza 
a ponadto zbyt ludzka zła i niedyskretna 
nikt nie przymknął Twych oczu nie zasłonił twarzy 
ani w bramie nie szeptał rozebranym głosem 
o tym co za głośno słyszy się w milczeniu
Pan uchronił do końca i zdrową zostawił 
tylko kiedy pukano Ciebie już nie było 
nie śmierć ale miłość całą Cię zabrała 
jeśli miłość jest prawdą to ciała nie widać 
dzień był taki jak zawsze. Powietrze dzwoniło 
pszczołami co wychodzą rano na pogodę 
tylko ta sama cisza – to straszne milczenie 
to puste miejsce przy kubku na stole 
choćby się razem z ciałem opuszczało ziemię


ks. Jan Twardowski

Rohr Klosterkirche

Das Wort zum Sonntag
19. Sonntag  im Jahreskreis A
Bibeltexte: 1 Kön 19,8b-9a.11-13a; Mt 14,22-33.
Gotteserfahrung: Elija und PetrusA


Der Prophet Elija und Petrus haben etwas Entscheidendes gemeinsam. Beide Gottesmänner tun sich schwer mit sich selbst. An diesen beiden Männern bewahrheitet sich: der Mensch kann mit vielem fertig werden, mit sich selber aber oft ganz mühsam und langsam.


Elija wird zum Propheten berufen, als sich Israel mit König Ahab und seiner Frau Isebel den Baals Göttern zuwendet. Leidenschaftlich setzt sich Elija für Jahwe ein. Jahwes Feinde verfolgen und bedrohen ihn mit dem Tod. Er weiß nicht mehr, woran er mit sich selbst und mit Gott ist. Er will nicht mehr sehen und hören. Er flieht in die Wüste und verkriecht sich in einer Höhle. Er ist fix und fertig.  Hat er nicht alles ihm Mögliche für Gott getan? Er ist am Ende. Sein ganzes Leben ist in Frage gestellt und er erwartet von Gott Antwort und Zuspruch. Elija braucht die Wüste,  braucht die vierzig Tage, um sich selbst annehmen zu können und Gottes Wege zu verstehen. Er musss zuerst ganz unten sei, auf dem Wüstenboden der nackten Wirklichkeit, jenseits aller Illusionen über sich selbst. Sein Ja braucht viel Zeit und Geduld, viele kleine Schritte. Er lernt sich führen, leiten zu lassen. Bei seiner Verzweiflung hört er Gottes Ruf: „Steh auf und geh!“ Er  geht zum Gottesberg Horeb, wo ihm Gott begegnet. Aber wie?


Elija hat Gott früher in seiner Lebens- und Glaubensgeschichte vornehmlich im Sturm, im Erdbeben und im Feuer erfahren. Jetzt offenbart sich Gott ihm in einem überraschend neuem Bild. Gott ist nicht mehr  der laute Gott im Sturm, im Erdbeben, im Feuer. Gott ist der leise Gott. „Da zog der Herr vorüber in einem sanftem und leisen Säuseln.“ Zärtlich gibt sich Gott zu erkennen. Da spürt Elias, dass Jahwe ist, was sein Name aussagt;  Er ist doch „Ich bin da!“ Und Elias geht aus der Höhle heraus, aus seiner Resignation, aus der Depression, er lebt wieder auf, weil sein Gott ihn berührt, ermutigt, belebt hat. Wie? Sanft, leise, still!


Gott – in sanften, leisen Säuseln… Nicht bedrohlich und kraftvoll, sondern sanft in der Stille, in der Zartheit, in der Konzentration.  Da wo es still wird in mir, wo ich nicht abgelenkt bin, wo ich lerne zu schweigen und in mich hineinzuhorchen, da allein kann ich das sanfte leise Säuseln vernehmen. Johannes Bours hat geschrieben: „Gottes leise Melodie kann ich nur hören, wenn ich still werde, wenn ich mich zurücknehme, denn sein Lied ist leise.“ Also: Der Stille Raum geben in meinem Alltag, damit ich Gott nicht überhöre, wenn Er kommt und sacht an mein Leben rührt. Recht hat Werner Bergengruen, als er ruft: „O komm, Gewalt der Stille und wandle du die Welt!“.


Gott ist nicht mehr der Gott, der mit starkem, mächtigen Arm Gewalt ausübt, der Gott der Heerscharen, der Israel in Kriege geführt hat, Städte in Schutt und Asche legte und Menschen tötete. Gott imponiert fortan dadurch, dass Er die Menschen freundlich durch sein Wort zum Glauben einlädt. Das heißt für uns konkret: Gott ist für uns nicht der Machtgott, der Gott der Kreuzzüge, der Judenpogrome, des Hexenwahns, der Ketzerverbrennungen, der Exkommunikationen, der Ausgrenzungen.


Den Gott im sanften leisen Säuseln erfahren wir in Not und Elend, in Leid und Schicksal, in Gefährdungen und Bedrohungen. Darum ist Er still, unauffällig, behutsam und doch ermutigend für uns da. Den Gott im sanften, leisen Säuseln erfahren wir in Krisen, in Lebens- und Glaubenskrisen. Wenn wir nicht mehr zu glauben und zu hoffen wagen, wenn wir anfangen zu zweifeln und zu verzweifeln, dann ist Er für uns da. Sind wir sensibel und hellhörig genug, spüren wir seine Nähe?

 
Den Gott im sanften, leisen Säuseln erfahren wir im Versagen, in unserer Schuld, in unserer Gottlosigkeit. Denn gerade da, wo wir nichts mehr sind, kann Gott aus uns etwas machen. „Die in tränen säen, werden in Jubel ernten“ (Psalm). Gott ist also immer ganz anders, als wir ihn denken und uns vorstellen, als wir ihn haben wollen. Im Kreuz hat Er uns gezeigt, dass Er in seiner Liebe bis zum Äußersten geht. Und in dieser Feier der Eucharistie empfangen wir ihn in einem kleinen, unscheinbaren Stück Brot. Gott ist für uns immer näher, als wir ahnen. Er ist auch da gegenwärtig, wo wir ihn nicht vermuten. 
Gott kommt nicht immer so auf uns zu, wie wir es erwarten. Und Gott kommt nicht nur in schönen und erbaulichen Erlebnissen auf uns zu. Er kann uns auch in Ereignissen und Begegnungen entgegentreten, die uns zu tiefst verunsichern und erschrecken. So etwas erlebt Apostel Petrus. Er begegnet Gott in Jesus im Wind und im Sturm auf dem See. Nach dem Wort Jesu; „Komm!“ schreitet er auf den Wellen auf Jesus zu. Aber plötzlich verlässt Petrus der Mut, nachdem er gerade Mut gefasst hat. Weil er den Blick nicht mehr auf Jesus richtet, sondern zur Seite schaut, die hohen Wellen, den heftigen Wind sieht. Da kommt die Angst wieder und er geht  unter. Erst da, in nackter Existenznot, in  seinem Schrei „Herr, rette mich!“, erfährt er, dass er von Christus ergriffen und gehalten ist.


Schlussfolgerung für uns alle: Es geht nicht darum, in der Angst den Blick nicht abzuwenden und sich nicht lähmen zu lassen, sondern auf den zu schauen, der in und unter und über der Angst die Rettung ist. Auf Jesus, Heiler und Heiland schauen! Es gibt keinen Abgrund, der so tief ist, dass Er nicht dort wäre, um uns aufzufangen, wenn wir fallen. Wir fallen nichts ins Leere, wir sinken nicht ins Bodenlose. Da ist die Hand, die sich uns entgegenstreckt, da sind die Arme, in die wir mit all unserer Angst hineinsinken dürfen.
Ich wünsche Dir und mir, dass wir in den gefährlichen Stürmen unseres Lebens einen Schrei loslassen, der wirklich nur Gott  meint. Und zugleich die Erfahrung des Petrus: „Jesus streckte sofort seine Hand aus und ergriff ihn.“ Sofort!!! Manche Menschen lässt Gott sehr lange ohne Antwort hängen. Aber ich hoffe, dass Du spätestens wenn dir das Wasser bis zum Hals steht, die Stimme Gottes horchst: „Fürchte dich nicht, ich bin es!“


Dr. habil. Jerzy Grzeskowiak

Słowo na Święto Przemienienia Pana  (6 sierpnia 2023)
Na szczycie – chwała,  w dolinie - cierpienie

 

Góry są obrazem i znakiem Sacrum, czyli tego co Święte i Transcendentne, co równocześnie fascynuje i budzi lęk, porywa i przeraża. Dlatego uchodzą we wszystkich religiach za szczególne miejsce bliskości Boga. Zawsze wydaje się, że Niebo jest o wiele bliżej, gdy po trudach wspinaczki wreszcie wchodzi się na szczyt. Po drodze mozół, napięcie mięśni, pot na czole, szybszy oddech. A na szczycie: błękit nieba, rześkie powietrze, uczucie wolności i zapierające dech widoki na wszystkie świata strony - na wyniosłe szczyty, granie, osady w dolinach i hen daleko ku innym łańcuchom gór. To tu doznaje się olśnienia, dotyka Tajemnicy, przeżywa Misterium i doświadcza Absolutu – po prostu obcuje z Bogiem.


Jezus wybrał Górę Tabor, skąd roztacza się wspaniały widok na śnieżny Hermon aż do góry Karmel i gór Samarii, na miejsce objawienia trzem wybranym uczniom, kim On naprawdę jest. Tabor znajduje się w pobliżu Nazaretu. W okresie swego życia ukrytego Jezus musiał tam często się udawać, chcąc przebywać sam na sam z Ojcem. Na szczycie góry była osada, ale bez trudu znalazł na niej miejsce bezludne. To wydarzenie nazywamy „Przemienieniem”. Przemienieniu podlega nie tylko Jezus, którego uczniowie widzą w zupełnie innym wymiarze niż dotąd, przemienić miała się także ich wiara - z powierzchownej, słabej, może naiwnej w mocną, głęboką i dojrzałą, bo taka była im potrzebna w nadchodzącym czasie cierpienia Jezusa w Jerozolimie. Ponadziemskie zjawisko otwiera uczniom oczy ciała i serca na cel i sens Jego życia.


Po sześciu dniach Jezus wziął ze sobą Piotra, Jakuba i brata jego, Jana, i zaprowadził ich na górę wysoką osobno. Tam przemienił się wobec nich: Twarz jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś  stało się białe jak światło… (Mt 17,10-12).


To co zobaczyli, powaliło ich to tego stopnia, że niejako zapomnieli o sobie i o wszystkim wokół, że byli w ekstazie, czyli wyszli poza siebie jednocząc się z Bóstwem Jezusa. Dokonała się przemiana ich wnętrza, byli już innymi ludźmi. „Panie, dobrze nam tu być!” –  woła w zachwycie Piotr.  Jest tak cudownie, pięknie, wspaniale, jest bosko; wszystko takie jasne, przemienione, niech już tak zostanie na zawsze! Nic dziwnego, że Piotr chce to wydarzenie zatrzymać, utrwalić - „postawić trzy namioty”. W tych słowach widzimy nawiązanie do Wj 40,34-38. W czasie wędrówki Izraelitów przez pustynię Namiot Objawienia był miejscem obecności Boga. Teraz Bóg nazywa Jezusa swoim „umiłowanym Synem”, którego uczniowie mają słuchać. To znaczy: teraz sam Jezus jest „miejscem” obecności Boga! To jest szczytowy moment Objawienia.  François Mauriac tak literacko opisuje przeżycie trzech wybrańców:
„Nawet jeżeli to się stało za dnia, oblicze Jego jaśniejące jak słońce zgasiło blask nieba i śnieżna biel Jego szat zaciemniła resztę świata. Ubogi Żyd w płaszczu ze zgrzebnej wełny promieniował światłem, znanym nam z opisów tych, którzy je widzieli, od Pawła z Tarsu aż do Bernadety Soubirous – światłem, które oglądały oślepłe oczy starego Tobiasza.


Ci trzej mężczyźni, którzy krzyczeli z przerażenia widząc Jezusa idącego po morzu do łodzi, teraz nie odczuwali żadnego lęku wobec tego jaśniejącego oblicza. Człowiek dokonujący dzieł Bożych wzbudza lęk. Ale gdy Bóg się objawia, nie ma już powodu do lęku, wystarczy wielbić Go i miłować. Oto Mojżesz, oto Eliasz… Cóż prostszego? Podobnie jak tego musieli doświadczyć pielgrzymi na drodze do Emmaus, trzej uczniowie czuli, że ich dusze goreją, i niemal takimi słowami się odezwali: „Panie, dobrze nam tu być…” (…) Piotr zgłasza gotowość ustawienia trzech namiotów – dla Jezusa, dla Mojżesza i  dla Eliasza. Mrok nocy gęstnieje wokół nich i rozlega się głos mówiący: „Ten jest Syn mój miły” (Mt 17,5).


Przerażeni uczniowie padli na twarz. Pozostali tak aż do chwili, w której czyjaś ręka dotknęła ich ramienia. Jezus ze swoją znaną im dobrze nie zmienioną twarzą i w swoim ubogim płaszczu był sam. Zwykłe odgłosy dochodziły z doliny, natomiast oni sądzili, że są odmienieni na zawsze” (Życie Jezusa, Warszawa 1964, s. 120-121).


To zrozumiałe, że uczniów poraża lęk i padają na ziemię, bo tak przemienionego Jezusa w światłości i chwale dotąd nie widzieli. Tu spotykają się ziemia i Niebo, człowiek i Bóg. Jest to wydarzenie przekraczające możliwości ludzkiego pojmowania. Dopiero gdy Jezus ich niejako „dotyka” słowami: „Powstańcie, nie bójcie się” – uświadamiają sobie, czego doświadczyli i mogą z Nim zstępować z tej góry, która ich przemieniła.


 Ale w drodze ku dolinie następuje otrzeźwienie: już nie ma obłoku skrywającego bliskość Boga, nie ma „trzech namiotów” z imaginacji Piotra, a  zamiast głosu Boga z obłoku jest „tylko” głos Jezusa, nakazujący uczniom milczeć o tym, co widzieli i przeżyli – aż do chwili jego zmartwychwstania.


 A gdy zejdą w dolinę, tam czeka ich szara codzienność, wszystko dzieje się jak dawniej: wędrowanie od wsi do wsi, od miasta do miasta, przykra konfrontacja ze sprzeciwem przedstawicieli władzy religijnej wobec Jezusa i Jego orędzia, oraz ich osobiste wątpliwości i niepokoje, lęk przed tym, co może wydarzyć się w Jerozolimie.
Christian Heidrich, teolog i poeta, rozważając wydarzenie Przemienienia Pańskiego pisze:
„W opowiadaniu o Przemienieniu Pańskim (por. Mk 9,2-6) znajduje się relacja z daremnego żądania szybkiego, doczesnego dopełnienia. Kto jak Piotr, Jakub i Jan wspina się razem z Jezusem na wysoką górę, ten może wyrobić sobie przeczucie o dokończeniu, dopełnieniu. Jednakże niemożliwe jest zakonserwowanie przeżycia, jakie miało miejsce na szczycie, na szczycie „trzech namiotów”, aby na zawsze zachować te pozyskane przeczucia. Kto wspina się na górę, przed tym mogą otworzyć się wspaniałe widoki – ale wtedy musi również zejść na dół i tam poświęcać się dalej sprawom codzienności.


Pokusa przedwczesnego zakończenia i „zasiedzenia się” czyha nie tylko na wysokości. (…) Zawarcie pokoju z tym, co niedokończone w życiu na równinie, z tym, co fragmentaryczne i przerwane, wydaje się być jednym z wielkich wyzwań. Prawie nikt – niezależnie od tego, jakie sukcesy odnosi i jak suwerenne jest jego życie – nie będzie mógł określić swojego doczesnego życia  mianem dopełnionego albo też choćby doszlifowanego. Gdzieś zawsze pozostaje nienaświetlona resztka, cień, który zaakceptowany czy nie, czyni z naszego życia prawdziwie niedokończoną symfonię. Ale to nie brakujące dźwięki, nawet nie brakująca cała fraza, mogą symfonię życiową uczynić tragiczną. Tragiczne wydaje się jedynie zaślepienie, które w samozadowoleniu przerywa poszukiwanie tego, co możliwe, albo zadowala się łatwo osiągalną tandetą.” (Fascynacja Ewangelią. Eseje o nadziei, radości i prawdzie, Kielce 2008, s. 156-157.

 

W życiu każdego człowieka, także wierzącego, są dni „na górze” i „w dolinie”. Jedno i drugie jest nieuniknione, a nawet konieczne. W dolinach i na równinach codzienności każdemu są potrzebne dobre i piękne wspomnienia z przeżyć „na szczytach” oraz siła serca i ducha jako antidotum na monotonię codziennej egzystencji, pracy zawodowej i wszystkich trosk, oraz jako źródło nadziei, gdy pojawiają się wątpliwości w sens życia lub symptomy zawodu i porażek, gdy serce ogarnia lęk, co będzie dalej i dokąd to wszystko prowadzi? 


To samo dotyczy naszych lęków i pytań o przyszłość chrześcijaństwa w Europie, która coraz więcej traci ze swego judejsko-grecko-rzymsko-chrześcijańskiego dziedzictwa, gdzie Bóg i wiara w Niego idą w niepamięć, albo stają się przedmiotem satyry i kpin. W oparciu o nowe ideologie budowany jest nowy świat, zupełnie inny niż był dawniej, w poważnej mierze odcięty od natury, a zwłaszcza odcinany od Boga. To proces stale postępujący, a rozpoczęty już w dumnym okresie Oświecenia. Kazimierz Wierzyński już dość dawno temu opisał to nowe oblicze świata i straty, jakie ponosimy:
„Wymyśliliśmy wyścigi (…) loterie (…) pokazy (…)
Wymyśliliśmy tyle namiętności, że nie ma w nas nic prócz terroru życia.
Wymyśliliśmy systemy filozoficzne (…) wojny i pomniki.
Wymyśliliśmy brak czasu, aby nie zostawać ze sobą samym (…)
Wymyśliliśmy wszystko, by umniejszyć cierpienia.
Wymyśliliśmy wszystko, by zapomnieć o śmierci.
I zapomnieliśmy.
I cieszymy się z utraty pamięci.
I śmiejemy się z ludzi, którzy nie wymyślili nic,
Ale wierzą w inny początek i koniec.
I klękają utrudzeni.
I twarz kryją w dłonie. I wiedzą, co mówią.
Gdy szepczą przed nocą:
Odpuść nam nasze winy.”


W takich kryzysowych sytuacjach osobistych i społecznych jest rzeczą zbawienną umieć odświeżyć w sobie wspomnienia różnych „przeżyć na szczytach”, „chwil bycia w siódmym niebie”, godzin uniesienia i przemienienia, i z nich czerpać siłę dla serca i woli, by na nowo wierzyć   przemieniającej mocy Chrystusa. Z trzema świadkami z góry Tabor możemy wtedy wpatrywać się w „dopełnienie” drogi Jezusa. Ona jest także naszą drogą, a Jego zmartwychwstanie i uwielbienie po męczeńskiej śmierci będzie również naszym udziałem.


Szczęście na ziemi nigdy nie jest trwałe. Wprawdzie jego pełnię przyobiecał nam Chrystus, ale możliwe będzie ono dopiero po życiu doczesnym. Zanim to się stanie, trzeba stale z gór przemienienia „zstępować na ziemię”, a drogi po niej prowadzą nieuchronnie ku śmierci. Dla każdego. I dla każdego inaczej. Najważniejsze jednak to wiara: śmierć nie jest końcem – jest bramą wejścia na Tabor niezmierzonego szczęścia!   Dopełnieniem refleksji o górze Przemienienia niech będzie modlitwa ormiańskiego pisarza z XI wieku Nersesa Snorhali:
Ty, który swoim uczniom na Górze objawiłeś swoje Bóstwo 
i który im ukazałeś niewysłowioną chwałę Ojca, 
pełną blasku przed ich oczami, 
oczyść także mój mroczny umysł i moje zmysły pełne ciemności,
abym – gdy w końcu nadejdzie Paruzja – 
mógł nacieszyć się Twoją boską chwałą.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Świętej Marii Magdaleny (22 lipca)

Zamarła każda miłość

skamieniała każda żałoba

i nic już nie jest miłe

prócz Boga

Kazimiera Iłłakowiczówna

Ikona św. Maria Magdalena - Salon 12 DESA Katowice

Piękna uwodzicielka; znana w całym w mieście prostytutka, która łzami obmywa stopy Jezusa i długimi, aż po biodra spływającym włosami je osusza, a której Jezus odpuścił grzechy, „ponieważ bardzo umiłowała” (Łk 7,47); kobieta opętana przez siedem demonów (co podsuwa myśl o siedmiu grzechach głównych) i uzdrowiona przez Jezusa; symboliczna postać kobiety, która nawraca się i staje się wielką pokutnicą - czy to jest „nasza” Maria Magdalena? Odpowiedź brzmi jednoznacznie: Nie!  Taki jej obraz jest produktem fantazji. Nie ma w Ewangelii żadnej przesłanki, że Maria była prostytutką, wiarołomną żoną lub nimfomanką. Na taki negatywny jej obraz, jaki można odnaleźć w pismach apokryficznych, w wypowiedziach Ojców Kościoła i w malarstwie kościelnym (na obrazach jest często przedstawiana jako młoda, uwodzicielsko piękna kobieta) wpłynęły różne przekazy nowo testamentalne.

Różne Marie w Ewangeliach, co najmniej trzy, – a to było w tamtych czasach bardzo popularne imię (Maria – Mirjam) – wrzucono do jednego kosza, co doprowadziło do chaosu i błędnego scalenia w jedno kilka różnych osób: kobiety uwolnionej przez Jezusa od choroby przypisywanej dawniej demonom i może powiązanej z seksualnym nałogiem, uczennicy Jezusa wiernej aż po krzyż i pierwszego świadka zmartwychwstania, kobiety namaszczającej oliwą stopy Jezusa, jawnogrzesznicy oskarżanej przez faryzeuszy, Marii z Betanii, czyli siostry Marty i Łazarza, a nawet Samarytanki, której Jezus wypomniał, że miała już pięciu  mężów. W samej Ewangelii nie znajdujemy żadnych podstaw do takiego utożsamiania

W świetle współczesnych analiz ewangelicznych przekazów jest jasne, że Maria Magdalena nie jest symboliczną figurą nawróconej jawnogrzesznicy, lecz reprezentuje sobą pełne, doskonałe bycie uczennicą Jezusa. Na niej objawia się dobitnie działanie łaski Boga, okazane kobiecie, która na Jego przepowiadanie odpowiada czułością  i mocą dojrzałej miłości.

Święty Łukasz pisze, że Jezus wędrował z Dwunastoma przez miasta i wsie głosząc Ewangelię o królestwie Bożym: „A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia” (Łk 8,1-3).

Przydomek  Magdalena dodany do imienia Maria wskazuje na jej pochodzenie. Magdala w Galilei, na zachodnim brzegu Jeziora Genezareth, była ruchliwym kupieckim miastem, które dobrobyt zawdzięczało rybołówstwu i handlowi. Maria z Magdali pochodziła z zamożnego domu, była dobrze sytuowaną kobietą. Nie wiemy, ile miała lat. Nie była zamężną, bo gdyby tak było, Łukasz przy jej imieniu podałby imię jej męża, jak to uczynił w przypadku wymienionej z nią Joanny .

Jezus uwolnił ją „od siedmiu złych duchów” (Łk 8,2) – nie wiemy, jaka to była choroba. Dawniej chętnie mówiono o opętaniu. Dziś jesteśmy skłonni sytuować ją w zakresie zaburzeń psychosomatycznych. Zapewne była wewnętrznie dręczona, może były to lęki, poczucie braku sensu, traumatyczne przeżycia, zwątpienie w siebie, uzależnienia, odziedziczona mania depresyjna? Jakieś głębokie cierpienie Jezus zdjął z jej serca, zwrócił ją niejako „samej sobie”. Doświadczyła na sobie, na swym ciele, w  psychice i w duszy, dobrodziejstwa Boga. W obecności Jezusa jest szczęśliwa, czuje w sobie „nowe życie”, jego sens, przede wszystkim akceptację i miłość Mistrza. Porzuca zatem swe dawne środowisko i razem z kilkoma innymi kobietami, „które (Jezus) uwolnił od złych duchów i od słabości” (Łk 8,2) dołącza do Jezusa, dzieląc Jego „wędrowne życie”, na przekór ówczesnej opinii, że kobieta wędrująca razem z mężczyznami narusza „dobre obyczaje”. Urzeczona i zachwycona Jego nauką, niosącą wolność, radość i życie, należy do najwierniejszego grona uczniów i uczennic Jezusa i wspiera Go „swoim mieniem” (Łk 8,3).  Pośród grupy kobiet zajmuje wiodącą pozycję. Wynika to z faktu, że podobnie jak Piotr na wszystkich listach uczniów Jezusa stoi na pierwszym miejscu, tak Maria Magdalena jest wśród kobiet z otoczenia Jezusa wymieniana zawsze jako pierwsza. Towarzyszy Mu do Jerozolimy i jest świadkiem, jak został postawiony przed sąd, skazany przez rzymskiego namiestnika Piłata i w końcu ukrzyżowany. Po szoku Maria Magdalena udaje się wraz z innymi kobietami do grobu Jezusa i zastaje go pustym. To jej jako pierwszej objawia się Zmartwychwstały Pan i poleca iść z tą wieścią do uczniów. I tak staje się ona pierwszą Apostołką głoszącą Ewangelię o zmartwychwstaniu Jezusa, jest – jak ją nazwał św. Augustyn - „apostołką apostołów”: „Duch Święty uczynił Magdalenę apostołką apostołów” (Sermo 132,1). Doświadczenie nowej obecności Zmartwychwstałego Pana – Chrystus w niej, w jej sercu – dał Marii Magdalenie moc, by wypełnić powierzony jej mandat bycia świadkiem zmartwychwstania. Właśnie w tym jest dla każdego chrześcijanina wzorem: szukać bliskości Jezusa, w Nim posiadać fundament i z tej duchowej więzi kształtować chrześcijańskie życie.

O dalszych dziejach Marii Magdaleny Biblia nie przekazuje ani słowa. Jedynie krótka notatka w dziejach Apostolskich wspomina, że po Wniebowstąpieniu Jezusa przebywała w Jerozolimie grupa kobiet razem z apostołami i krewnymi Jezusa: „Wszyscy oni (tj. Apostołowie) trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matka Jezusa, i braćmi Jego” (Dz 1,14). Można zakładać, że Maria Magdalena do tej grupy z pewnością należała.  Brak szczegółów w Piśmie Świętym pozostawia oczywiście pożywny grunt dla ludzkiej fantazji. Podczas gdy jedni upiększali historię jej życia, inni próbowali jej rolę i znaczenie umniejszać. W różnych pismach wczesnochrześcijańskich, nie przyjętych do kanonu pism natchnionych, jawi się Maria Magdalena jako szczególnie miłowana przez Jezusa uczennica, która otrzymała od Niego różne objawienia. Jej przypisana apokryficzna „Ewangelia Maryi” opowiada między innymi o ostrym sporze ze św. Piotrem na temat jej wiarygodności jako kobiety. Zakończył się on polubownie stwierdzeniem: Także kobiety są uzdolnione i uprawnione do posiadania ważnych poglądów i opinii, a zatem Maria jest wiarygodną osobą. Piotr jednak podobno dalej w to powątpiewał, co odzwierciedla ówczesną ogólną mentalność mężczyzn w relacji do kobiet. 

W innych środowiskach czczono Marię Magdalenę jako apostołkę. W Kościele grecko-prawosławnym ma ona do dziś wysokie poważanie.  Ale gdzieś od VI wieku dominowały w tradycji Zachodu opowiadania, które próbowały pomniejszać i osłabiać szacunek i cześć wobec Marii Magdaleny, jakimi ją darzono w pierwotnym Kościele. Przyczynił się do tego zwłaszcza papież Grzegorz I, który powołując się na niektóre starsze tradycje utożsamił ją z anonimową grzeszną kobietą, która obmywała Jezusowi nogi i maściła je drogocennym olejem, a której Jezus przebaczył  grzechy (Łk 7,36-50). Sądzę, że trzeba przyznać również sporo racji protestanckiej teolog Dorothee Sölle, która analizując miejsce Marii Magdaleny w Nowym Testamencie i w dziejach Kościoła dochodzi do konkluzji: Coraz bardziej zdominowany przez mężczyzn Kościół potrzebował „obrazu wielkiej grzesznicy”, sympatycznej z racji jej nawrócenia, żalu i pokuty, by legitymizować własne seksualne upadki i kompleksy oraz uprzedzenia i wrogość wobec kobiet.

 Często mylono Marię Magdalenę także z Marią z Betanii. W średniowieczu doszło jeszcze do mylnego utożsamienia jej z Marią z Egiptu, która była prostytutką, a później jako pustelnica osiadła nad wschodnim brzegiem Jordanu. Tak to z Marii Magdaleny, uczennicy Jezusa i ważnego świadka Zmartwychwstania, uczyniono prostytutkę bądź wielką grzesznicę i nawróconą pokutnicę. Autor Złotej legendy, średniowiecznego zbioru legend o świętych, widział w niej porzuconą oblubienicę Jezusowego ucznia Jana. I nie mając żadnych biblijnych przesłanek napisał o niej: „Jej własnością jest zamek Magdala, i ponieważ jest tak bogata, staje się grzesznicą”. W Biblii nie znajdujemy w tej materii żadnych przesłanek. Mimo to także współcześnie wiele spekuluje się na jej temat. Szczególnie beletrystyka i literatura ezoteryczna rozpowszechniają jako fakty nieprawdziwe przypuszczenia, że Maria Magdalena była kochanką Jezusa lub Jego małżonką i że mieli potomstwo (zob. powieść Dan Brownsa „Sakrileg” – „Świętokradztwo”). Według średniowiecznych legend prowansalskich Magdalena  udała się wraz z Łazarzem i  Martą na Lazurowe Wybrzeże i z tej racji okolice Aix-en-Provence, Saint-Maximin, Sainte-Baume, a zwłaszcza Vezelay po dziś dzień  chlubią się miejscami upamiętniającymi jej rzekomy pobyt i ściągają rzesze pielgrzymów. Eucharystia celebrowana przeze mnie w Vezalay z grupą pielgrzymów do dziś jest żywa w mej wdzięcznej pamięci.

Aczkolwiek Biblia przekazuje nam niewiele konkretów o Marii Magdalenie, to podsumowując można o niej jako pewnik powiedzieć:  Ona  całą sobą wspierała Jezusa i jego naukę, nie uciekła tchórzliwie jak większość uczniów-mężczyzn spod krzyża i była najważniejszym świadkiem zmartwychwstania. To zaś wywarło takie wrażenie na potomnych, że także w czasach późniejszych nie udało się całkowicie zakwestionować jej znaczenia w gronie uczniów i uczennic Jezusa.

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

Arcybiskup Grzegorz Ryś kardynałem. 

Zobacz jak zmieniał się metropolita łódzki?

 

Sześć lat temu papież Franciszek zadecydował, że metropolitą łódzki zostanie pochodzący z Krakowa biskup Grzegorz Ryś. 4 listopada 2017 roku odbył się jego uroczysty ingres do bazyliki archikatedralnej w Łodzi. 29 czerwca następnego roku przyjął z rąk papieża paliusz symbolizujący władze arcybiskupią. Arcybiskup Grzegorz Ryś zastąpił abp Marka Jędraszewskiego, który został metropolitą krakowską.

Kościoła w Łodzi to ja się będę musiał dopiero nauczyć – mówił po nominacji bp. Ryś ówczesnemu rzecznikowi prasowemu Konferencji Episkopatu Polski, ks Pawłowi Rytel-Andrianikowi. - W Łodzi byłem wszystkiego kilka razy w życiu, więc nie mogę mieć innej postawy. Na szczęście nie jestem pierwszym biskupem w Łodzi, tylko siódmym, więc na miejscu jest z kim rozmawiać.

Respirator od arcybiskupa

Nauka przebiegała szybko. Nowy ordynariusz łódzki od razu zaskarbił sobie sympatię mieszkańców archidiecezji. Zarówno gorliwych katolików, jak i tych mających niewiele wspólnego z Kościołem. W stroju góralskim śpiewał kolędę, by zachęcić do udziału w Orszaku Trzech Królów, a także do zbiórki dla hospicjum przy ul. Łupkowej w Łodzi. Z własnej kieszeni ufundował testy na koronowirusa dla bezdomnych. Poprosił też o zbiórkę wiernych. Zebrano na ten cel 150 tysięcy złotych! W pandemii zainicjował zbiórkę pieniędzy na zakup respiratorów. W ciągu kilku dni zebrano 2 miliony złotych! Sam przekazał pieniądze na zakup dwóch respiratorów.. Jeden sponsorowała archidiecezja, a drugi sam metropolita łódzki.

Z inicjatywy abp Grzegorza Rysia odbył cykl spotkań nawiązujących do 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległość „Polskość - Inspiracje - Obowiązki”. Gośćmi byli m.in. nieżyjący już prof. Karol Modzelewski, prof. Adam Strzembosz, prof. Ryszard Bugaj i były marszałek sejmu Marek Jurek.

Dwa seminaria

Dzięki abp Rysiowi swoją siedzibę w Łodzi ma Ogólnopolskie Seminarium dla Starszych Kandydatów 35 plus oraz Seminarium Misyjne Redemptoris Mater kształcące kapłanów posługujących na Drodze Neokatechumenalnej. Święcenia diakonatu przyjęło w bazylice archikatedralnej 16 mężczyzn. Stało się to możliwe dzięki dekretowi abp Grzegorza Rysia z 2019 roku o ustanowieniu Ośrodka Formacji Diakonów Stałych. Diakon stały może odprawiać nabożeństwa, udzielać ślubów, chrztów, prowadzić pogrzeby, mówić kazania, udzielać komunii, , czytać Ewangelię podczas mszy św. Niedawno abp Ryś wypowiedział się odważnie na temat posługi kobiet w Kościele.

- Zgodziliśmy się w Konferencji Episkopatu Polski co do tego, że otwieramy przestrzeń przygotowania do posług - nie do funkcji, ale do posług, do urzędu - lektora, akolity, katechisty i też do urzędu nadzwyczajnego szafarza, że chcemy to otworzyć też dla kobiet – podkreślił metropolita łódzki.

Jak się robi słonia?

Abp Grzegorz Ryś niedawno odwiedził i wspomógł chrześcijan w Libanie. To on także zaproponował zbudowanie w Łodzi osiedla domków dla uchodźców z Ukrainy. Pomysł ten wsparł papież Franciszek, który przekazał na ten cel 30,5 tysięcy dolarów. Jednak to chyba jedyna inicjatywa abp Rysia, która nie wzbudziła aprobaty wielu mieszkańców archidiecezji łódzkiej. Ale domki stanęły. Na łódzkich Chojnach, na terenie parafii św. Wojciecha. Hitem Internetu okazał się taniec abp Grzegorza podczas Kongresu Nowej Ewangelizacji odbywającego się na Jasnej Górze. Bawił się i śpiewał z łódzkimi dziećmi pokazując jak „robi się słonia”...W archidiecezji łódzkiej zaczęto mówić o Efekcie Rysia...To on zainicjował Arenę Młodych, Arenę Rodzin czy Jerycho Modlitewne. A także Jerycho Rowerowe...Arcybiskup wsiada na rower i razem z innymi wiernymi jeździł po Łodzi modląc się za jej mieszkańców. Abp Ryś Abp Ryś jest członkiem watykańskiej Kongregacji ds. Biskupów. Osobiście od papieża Franciszka dostał zaproszenie do wzięcia udziału w Synodzie o Synadolności Kościoła.

Przedruk z "Dziennika Łódzkiego"

Meditation zum  15 Sonntag im Jahreskreis A (2023)

 

Aussaat und Ernte

 

Bald kommt die Zeit zu ernten, im Garten und draußen auf dem Feld. Dann zeigt sich, welche unsichtbare Kraft in dem Samen gesteckt hat, der im Frühling ausgesät wurde. Man konnte das dem unscheinbaren Samenkorn nicht ansehen. Die Kraft, die sich im Samenkorn verbirgt, ist für Jesus die geheimnisvolle Kraft, die dem Wort Gottes innewohnt. Deshalb erzählt er seinen Jüngern das Gleichnis vom Sämann.

 

Die Bibelwissenschaftler tun sich schwer mit dem Gleichnis. Wen hat Jesus damals gemeint? Gott, sich selbst oder die Jünger, die er in die Mission schickt, und die dort recht schnell merken werden, dass ihre Worte nicht immer auf fruchtbaren Boden fallen?

Gleich wie die Antwort auch ausfällt, die Botschaft lautet immer so: Am Ende winkt dem, der sich anstrengt, der Erfolg. Nur nicht aufgeben und sich nicht entmutigen lassen, wenn ein Teil der Saat weg gefressen wird von Widersachern oder erstickt in der Ungunst der Stunde. Die Mühe wird nicht umsonst sein. Aber auch: Sich nicht zu früh freuen über vermeintliche Erfolge, sondern warten, bis „die Sonne hochgestiegen“ und die Wahrheit ans Licht gebracht ist.

 

Aussaat braucht Mut zur Verschwendung. Der Sämann weiß, dass viele Körner, die er mit großem Schwung ausstreut, keinen gedeihlichen Boden zum Wachstum finden werden. Und dennoch wirft er die Lebenskeime so freigebig aus, auch wenn manche auf steinigen Boden fallen oder unter die Dornen. Jesus erklärt den Samen als das Wort vom Gottes Reich., das er unter die Menschen bringt in dem Wissen, das einiges von dem, was er sagt, vergeudet ist – aber auch in der Gewissheit, dass manches Wort reiche Frucht tragen wird.

Wir können von Jesu Mut zur Vergeblichkeit und seinem Vertrauen in das Wachstum des Lebens lernen. Es geht uns doch nicht anders. Sei es im beruflichen oder im  Privatleben. Da stehen Erfolg neben Misserfolg. Da blüht Lebendiges auf, oder Lebensbereiche bleiben kümmerlich. Wir sollen immer Mut haben das Feld des Lebens zu bestellen!

 

Wo bin ich persönlich in diesem Gleichnis Jesu?

Wir sind beides. Im Idealfall sowohl erfolgreiche Säleute als auch fruchtbarer  Ackerboden. In der Realität wird unser Reden und Handeln verworfen, missverstanden, oder verdreht, manchmal aber öffnen wir Türen. Genauso sind wir selber taub, verstockt oder ablehnend, manchmal aber wach und aufnahmebereit. Das Wort Gottes hören oder weitergeben kann nicht schematisch ablaufen. Ohne Bezug zur Wirklichkeit vertrocknet die Botschaft. Mit im Leben, im „Fleisch“, im Ackerboden ist das Wort Gottes lebendig, wirksam und fruchtbar. In unserem christlichen Glauben, in unserem Zeugnis für Jesus im Alltag, in unserem Engagement in der Seelsorge in den vielen bereichen des Pfarrlebens brauchen wir Mut und Vertrauen: Gott selbst schenkt den guten Samen und die Erne!

 

Diese Fruchtbarkeit schenkt der Geist Gottes. Und dieser Geist weht, wo er will, auch außerhalb der kirchlichen zugelassenen Windrichtungen.

Jesus lädt in seinem Gleichnis seine Jünger, die junge Kirche des ersten Jahrhunderts und uns selbst ein, trotz  verschiedenen Enttäuschungen darauf zu vertrauen, dass der Geist Gottes dreißig-, sechzig-, hundertfache Frucht schenkt. Ich sehe diesen Geist im Wachstum des Glaubens und der Liebe einzelner Gläubigen, in vielen Aktivitäten unserer Gemeinde am Werke,  im persönlichen Dienst vieler Christen am Nachbarn, an dem, der in Not ist, in dem gesellschaftlichen Engagement der Gruppen, die sich für mehr Gerechtigkeit, Frieden und Bewahrung der Schöpfung einsetzen. Ich hoffe, dass der Geist auch unsere Gottesdienste von innen heraus fruchtbar macht.

 

„Teils hundertfach“ wird ein Saatkorn fruchten – sagt Jesus. Er hat damit keine Phantasiezahl genannt, sondern genau beobachtet, wie Ähren wachsen können – bis zur Ernte. Und die Ernte ist in der Bibel immer auch ein Bild für das Ende der Zeit und den Beginn der ewigen Herrlichkeit. Spätestens dann wird sich die Mühe auszahlen und die Geduld belohnt werden. Die Zeit des Ackerns und Rackerns ist dann vorbei.

 

Dr. habil. Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R

Besinnung zum 14. Sonntag im Jahreskreis A (2023)

 

                       „Kommt alle zu mir, die ihr euch plagt“

 

„Deutschland sucht den Superstar!“, „Deutschland sucht das neue Topmodel!“ Man kann nur staunen, was Deutschland angeblich alles sucht. Wer behauptet das eigentlich? Ich gehöre schließlich auch zu Deutschland, und ich suche weder ein Topmodel noch einen Superstar und möchte auch keiner sein.

Und was ist mit denen, die es nicht geschafft haben? Wir leben auf allen Gebieten in einer Leistungsgesellschaft, und es zählen nur noch die Superlative. Da gibt es eine Sendung „Wer wird Millionär? Da verdienen Manager oder Fußball-Profi-Spieler in einem Jahr mehrere Millionen Euro. Da geht es in vielen Bereichen unserer Gesellschaft nur noch um Leistung und Geld. Und wer bleibt auf der Strecke? Der Mensch! Was ist mit denen, die nicht auf der sogenannten Sonnenseite des Lebens stehen? Was ist mit den Kranken und Alten, den Einsamen und Arbeitslosen?

Wie oft lese ich in der Tagezeitung, dass in einem Mehrfamilienhaus nach Wochen ein alleinstehende Mann oder Frau in seiner/ihrer Wohnung tot gefunden worden ist. Keiner hat ihn vermisst, keiner hat sich um ihn Sorgen gemacht, obwohl die Nachbarn ihn tagelang nicht gesehen haben und der Briefkasten übervoll war.

 

„Niemand fragt nach meinem Leben“ (Ps 142, 4b). Lange ist es her, da der lebte, der dies sagte. Aber sein Wort ist geblieben. Das Wort aus dem Psalm stammt von einem Mann, der in schwerer Bedrängnis war. Er fühlte sich gewiss arm und elend. Wohin er auch schaute, niemand beachtetet ihn. Diesen Eindruck haben heute nicht wenige. Da gibt es Menschen, die krank sind und verzweifelt, die ein Leid bedrückt, denn eine Freundschaft zerbrochen ist, die ohne Arbeit sind und mit sich selbst nichts anzufangen wissen, die von irgendetwas abhängig geworden sind und davon nicht mehr loskommen.

„Niemand fragt nach meinem Leben“. - Dieses Wort zieht nahezu magnetisch ein Wort Jesu auf sich zu, das wie ein Heilmittel gegen alle Einsamkeit, Verlassenheit und Traurigkeit wirkt:

„Kommt alle zu mir, die ihr euch plagt und schwere Lasten zu tragen habt. Ich werde euch Ruhe verschaffen“ (Mt 11,28).

 

Im Laufe meines Lebens habe ich viele Menschen kennen gelernt, die nicht leicht im Leben haben, deren Seele oft traurig ist, die viele Sorgen und Lasten zu tragen haben, die aber immer neu Kraft finden in dem Wort  Jesu aus dem heutigen Evangelium. Mit allen ihren Sorgen, Fragen, Leid und Kummer gehen diese Menschen jeden Sonntag in die Kirche, einige fast jeden Tag und suchen dort Ruhe und Frieden. Nach der Eucharistiefeier oder nach dem Kirchenbesuch, nach dem Gebet und Anbetung sind sie nicht von allem befreit, denn viele Sorgen und Fragen bleiben, aber sie spüren, dass Gott ihre Sorgen mitträgt.

 

Wer die Einladung Jesu „Kommt alle zu mir...“ annimmt, wird seine Sorgen nicht von jetzt auf gleich los, aber er spürt vielleicht ein Stück inneren Frieden und manches relativiert sich auch im Blick auf die Freundschaft mit Jesus. Jesus trägt unsere Lasten mit, er nimmt sie uns nicht ab. Es gibt eine sehr bekannte Geschichte, die diesen Gedanken so umschreibt:

 „Ein Mann hatte eines Nachts einen Traum. Er träumte, dass er mit Gott am 

Strand entlang  spazieren ging. Am Himmel zogen Szenen aus seinem Leben vorbei, und für jede Szene waren Spuren im Sand zu sehen. Als er auf die Fußspuren im Sand zurückblickte, sah er, dass manchmal nur eine da war. Er bemerkte weiter, dass dies zu Zeiten größter Not und Traurigkeit in seinem Leben so war. Deshalb fragte er den Herrn: „Herr, ich habe bemerkt, dass zu den traurigsten Zeiten meines Lebens nur eine Fußspur zu sehen ist. Du hast aber versprochen, stets bei mir zu sein. Ich verstehe nicht, warum du mich da, wo ich dich am nötigsten brauchte, allein gelassen hast. Da antwortete ihm der Herr: „Mein liebes, teures Kind. Ich liebe dich und würde dich niemals verlassen. In den Tagen, wo du am meisten gelitten hast und mich am nötigsten brauchtest, da wo du nur eine Fußspur siehst, das war an den Tagen, wo ich dich getragen habe.“

„Ich preise dich, Vater, weil du all das den Weisen und Klugen verborgen, den  Unmündigen aber offenbart hast.“ – auch das sagt Jesus im heutigen Evangelium

Den Weisen und Klugen bleibt verborgen, was den Unmündigen, also den „Kleinen“ offenbart wird – heißt das, auf ein religiöses Niveau hinabzusteigen, bei dem wir unseren Verstand an der Kirchentür abgeben müssen? Nein, Gott hat uns den Verstand gegeben, damit wir ihn nutzen und fähig sind, kritisch zu urteilen. Das ist das eine. Das andere: Wer sich nur auf seinen Verstand verlässt, dem stellt er sich wie eine Mauer in den Weg und hindert ihn, das anzunehmen, was ihm mit dem Evangelium gereicht wird. In diesem Sinne ist das Kluge und Weise in uns, was meint, von sich aus alles im Griff zu haben. In diesem Sinn ist es das Unmündige, das Kleine in uns, was mit leeren Händen dasteht und begreift, wie angewiesen wir darauf sind, uns beschenken zu lassen. Nur leere Hände lassen sich füllen. Die mit leeren Händen spüren ganz besonders das oft unerträgliche Gewicht des Jochs auf ihren Schultern. Jesus lädt deshalb gerade die mit leeren Händen ein, bei ihm Ruhe zu finden für ihre Seele. Er nimmt uns  unser Joch nicht einfach ab, aber er schneidet es so zu, dass wir es tragen können. Weil er wie kein anderer seine eigene Last trägt, sein Kreuz, macht er unsere Last erträglich. Kein menschliches Joch ist ihm fremd. Nehmen wir seine Einladung an, und wir können durchatmen, Kraft sammeln, unseren Weg weiter gehen und uns beschenken lassen von dem, der weiß, wessen wir am allermeisten bedürfen.

 

Dr. Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R.

Impuls na minione święto Apostołów Piotra i Pawła (29.06.2023)

Klucze i miecz

Piotr to Skała

a Paweł to z tej Skały Iskra

co od lat dwóch tysięcy

w mrokach dziejów błyska

a Skała

jak Kopuła nad światem

świetlista

Marian Piechal

Apostołowie Piotr i Paweł  - dwa filary Kościoła – są w sztuce kościelnej przedstawiani na ogół z ich nieodłącznymi symbolami: Piotr z kluczami, Paweł z mieczem.

Jezus przekazał Piotrowi „władzę kluczy”: „Ty jesteś Piotr (czyli Skała) i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16,18-19). Te słowa Pana mówią o  wyjątkowej pozycji Piotra pośród Apostołów, o jego specyficznym „urzędzie”. Piotr nie pojmował tego przywileju jako stanowiska władzy, lecz jako służbę. Jezus sam ukazał mu sposób sprawowania tej władzy we wspólnocie wierzących: „Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj swoich braci!” (Łk 22,32).

Umacniać, towarzyszyć, podnosić, wspierać, dodawać otuchy, - to szczególne zadania i związane z nimi uzdolnienia kościelnych urzędów. Do takich zadań są powołani przez Chrystusa wszyscy chrześcijanie: piastujący władzę, zajmujący odpowiedzialne stanowiska - duchowni i wierni świeccy. Nadużywać władzy to rzecz okropna. Równie paskudną sprawą jest sytuacja, jeżeli tylko wszystko krytykujemy, a stoimy na uboczu, nie wnosząc do wspólnoty żadnego osobistego wkładu. Klucze są po to, by nimi otwierać… - drzwi, domy, serca, przestrzeń dla życia, kajdany zniewoleń!

Św. Paweł trzyma w ręku miecz, który  wskazuje z jednej strony na „miecz jego misyjnego i ewangelicznego słowa”, z drugiej na rodzaj jego męczeńskiej śmierci jako świadek Chrystusa. Jako rzymski obywatel został zamordowany przez ścięcie głowy. 

Nikt nie musi życzyć sobie męczeństwa, na jakie narażeni są dzisiaj niemal codziennie chrześcijanie w krajach muzułmańskich na Bliskim i Dalekim Wschodzie i w Afryce. Natomiast należy życzyć sobie zdecydowania, zapału i gorliwości, jakie cechowały św. Pawła. Odwaga, jednoznaczność i konsekwencja w działaniu - to coś innego niż fanatyzm. Paweł, gorliwy wyznawca wiary jahwistycznej, należący do grupy faryzeuszy, był kiedyś też fanatykiem. Opętała go idea, że musi w imię Boga i Tory prześladować Chrystusa i chrześcijan. Ale wstrząsające spotkanie ze Zmartwychwstałym Chrystusem uleczyło go,  wyzwoliło z pęt zaślepienia, nawróciło z błędnych dróg i przemieniło w „nowego człowieka”. Odtąd ten największy misjonarz wszechczasów był „cały”  dla Chrystusa i Jego świętej sprawy oraz cały dla braci  i sióstr – wyznawców „nowej drogi”, 

Klucze i miecz – znaki przyjaźni i więzi z Chrystusem. Przyjaźń nie polega na obowiązku, ona rodzi się z miłości. To nie zabawa, ani gra pozorów. Przyjaźń jest jednoznaczna, zdecydowana, gotowa do poświęcenia i ofiar. Przyjaźń z Chrystusem to w miłości wypowiedziane „Tak” i wierne w niej trwanie.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Hymn na cześć św. Piotra i Pawła

 

Światło światłości! w dniu tym uroczystym

Myjącym grzechy skruszonych grzeszników,

Wonne nam róże trysły z złotem czystym

Ze krwi wylanej dwu tych męczenników.

 

Klucznik niebieski, nauczyciel świata –

Oba, wyrocznie  wieków, światła wzory,

Ten przez krzyż, drugi ginie od bułata –

I to wasz tryumf, niebios senatory.

 

Piotrze, pasterzu dobry, w łzach błagamy.

Rozkuj okowy grzechu, niech się skruszą

Mocą ci daną – wszak Ty niebios bramy

Otwierasz, albo zamykasz przed duszą.

 

Pawle! Ty mistrzu, obyczaj weź w kluby,

I wskazuj drogę blaskiem swej pochodni,

Aby ułomni, przechodząc przez próby,

W stan doskonały przeszli, nieba godni.

 

Dwa oliwniki zrośnięte w krzew bujny!

Gorących wiarą i mocnych nadzieją,

Co pili w zdroju miłości podwójnej,

Po śmierci nowym życiem niech rozgrzeją.

 

Sławę, cześć, dzięki, składajmy w daninie

Najświętszej Trójcy, która w swej jedności

Czerpie moc władzy, miała ją, ma ninie,

I mieć ją będzie do nieskończoności

 

(Anonimowy wiersz, rękopis poetycki z X wieku: Analecta Hymnica 51, 2016-217, nr 188;  opublikowany w: Andrzej Bober, Antologia patrystyczna, WAM, Kraków 1965, s. 549).

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 14.4.2024 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 89 32765499

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend