Bliżej Boga

Ksiądz Dr hab. Jerzy Grześkowiak

12 Sonntag im Jahreskreis A (2023)
„Fürchtet euch nicht!...“  (Mt 10,26-33)


Seien wir ehrlich: Manchmal erscheint uns das Leben wirklich zu fürchten. Das liegt nicht allein an den immer wiederkehrenden Katastrophen und Kriegen. Es liegt schlicht daran, dass der Mensch sich als „unbehaustes Wesen“ erfährt. Nackt kommt er  in diese Welt, nackt wird er sie verlassen. Familie und Freunde, Haus und Habe, Lebensstil und Denken, das alles kann nur zeitweise und partiell Schutz und Heimat geben. Jeder irgendwann stellt fest: Ich bin ein endliches Wesen. Dann kann sich die Furcht vor etwas Bestimmten zur Angst ausweiten, welche die ganze Existenz erfasst und sukzessive lähmt. Und man fühlt sich wie in einer Sackgasse.
Bei einer Kunstaustellung wurde ein Werk gezeigt, dass die Länge des Saals einnahm: am Boden eine gerade Linie von geöffneten, leeren Konservendosen – am Ende stand ein Mülleimer. Einige blickten kopfschüttelnd auf das Kunstwerk, andere blieben stehen und dachten nach.
Blechbüchsen und Mülleimer sind wie ein Schrei nach Lebenssinn. Wozu bin ich in dieser Welt? Wo endet mein Leben? Diese  Art Kunst besagt, wie sinnlos und wertlos ein gottleeres Leben ist: Abfall für den Mülleimer! Weniger wert als ein Spatz! Zwei von der Sorte kosten immerhin paar Cents. Der Wert steigert sich bei dem, der sie geschaffen hat – bei Gott! Er kümmert sich auch um ihr Ende. Beim Menschen hat Er sogar die Haare auf dem Kopf gezählt. Wenn ein Haar ausfällt, weiß es nur er, der sie gezählt hat.  Bei den meisten Menschen lichtet sich mit den Jahren der Kopfwald. Der Kahlköpfige kann die Haare, die noch verbleiben, zählen, - nicht aber die  ausgefallenen. – Dem Vogel, der gemäß des väterlichen Willens vom Dach fällt, ergeht es übel. Den Menschen, der mehr wert ist, als alle Spatzen, trifft das gleiche Übel: der Tod, das Übel der ganzen Schöpfung.
Jesus erlöst aus der üblen Lage im Wort: „Fürchtet euch nicht…“ Alles wurde von liebenden Händen gebildet. Hände Gottes sind der Abflugs Ort der Spatzen und ihnen erwächst auch der Mensch bis hinauf zum Haarschopf. Auf und ab, Freud und Schmerz wurden von Gottes Weisheit eingeplant. Was seine Hand geformt, kehrt in sie zurück, um die Reise  in die Unvergänglichkeit anzutreten.
In seiner Hand  hat auch alles Üble Platz: Leid und Sünde, Kranksein und Zweifel, Unglück und Angst, vorab das Übel des Todes. Aber Jesus sagt: Habt keine Angst! Seine Einladung zur Furchtlosigkeit meint: Kuschle dich wie ein verängstigter Spatz in die offene Hand Gottes. So mancher Mensch, dem Unglück und Sorgen die Haare grau färbten, ja, sie zum Ausfallen nötigten, strahlt Weisheit aus: ein weises Herz schlägt den Rhythmus der Liebe.  Zur Liebe gesellt sich der Glaube – Glaube, dass der Allmächtige sich um Kleinigkeiten  wie Haarausfall kümmert.
Therese von Lissieux sagte: „Heiligkeit ist die Veranlagung einer Seele, die uns in den Armen des Vaters klein werden lässt wie Kinder, vertrauend auf seine Güte bis zu Kühnheit“.
Das Wort Furcht ist ein doppeldeutiges Wort. Es gibt Menschenfurcht – also die menschlich natürliche Furcht und Gottesfurcht – die göttlich-übernatürlicher Furcht.
Die menschliche Furcht ist eine Furcht im Menschen, die innerweltlich verursacht wird. Je andersartiger, unübersichtlicher, unberechenbarer etwas oder jemand ist, desto mehr fürchtet sich der Mensch. Diese Furcht löst Angst aus, die den Menschen beengt. Sie  nimmt ihm das klare Urteilsvermögen und die innere Freiheit. Sie wirkt unheilvoll aus, Leben zerstörend und ruft Isolierung hervor.
Ganz anders verhält  es sich mit der Gottesfurcht. Diese hebt die Isolierung auf und schenkt Gemeinschaft. In der Gabe der Gottesfurcht will Gott den Menschen aus der Menschenfurcht erlösen. Wenn Jesus sagt: „Fürchtet euch vor dem, der Leib und Seele ins Verderben stürzen kann“, so ist hier die Gottesfurcht angesprochen. In ihr fürchtet sich der Mensch die Gemeinschaft mit Gott zu verlieren und so ewig von ihm getrennt zu sein. Nur diese Furcht  hat ihre Berechtigung, denn die vom Geist gewirkte Furcht lähmt nicht, sondern spornt an.
Liebe Schwestern und Brüder! Von den gezählten Haaren auf dem Kopf und dem sorglos fallenden Spatz hätte Jesus nicht erzählt, wenn er unsere Ängste nicht kennen würde.  Mit den Worten: „Fürchte dich nicht… hab keine Angst“, will er sagen: Hoffe, auch wenn es nichts mehr zu erhoffen gibt. Wisse um eine Liebe, die dich wärmt. Glaube beim Sturz, das meine Hand dich auffängt und dorthin trägt, wo Hoffen in Erfüllung geht, wo Glaube Gott von Angesicht zu Angesicht schaut, wo die Liebe bleibt für ganze Ewigkeit.


Dr. Jerzy Grzeskowiak

Narodzenie św. Jana Chrzciciela  -  24 czerwca
 

Narodziny św. Jana Chrzciciela obchodzi Kościół dokładnie trzy miesiące po Zwiastowaniu Maryi, i sześć  miesięcy przed Bożym Narodzeniem, a to ze względu na  słowa anioła Gabriela skierowane do Maryi przy Zwiastowaniu: „A oto również krewna twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,36-37). Świętowaniu narodzin św. Jana podobnie jak narodzin Jezusa towarzyszą nie tylko cudowne wydarzenia, ale także  ogromna radość. Narodzenie Jana maluje św. Łukasz w barwach tryskającej radości: „Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu z jego narodzenia cieszyć się będzie. Będzie bowiem wielki w oczach Pana” (Łk 1, 14-15) – tak mówi anioł Gabriel do Zachariasza.

 

Ale od początku! W relacji Łukasza kapłanowi Zachariaszowi składającemu w przybytku Pańskim ofiarę kadzenia ukazuje się anioł Pański Gabriel i zapowiada, że mimo starości zostanie ojcem. „Nie bój się Zachariaszu! Twoja prośba została wysłuchana; żona Twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan”  (Łk 1,13). Zachariaszowi ta obietnica wydawała się niewiarygodna, zapewne wątpił w jej spełnienie, bo „za karę” stracił mowę. Anioł rzekł do niego: „A oto będziesz niemy i nie będziesz mógł mówić aż do dnia, w którym się to stanie, bo nie uwierzyłeś moim słowom, które się spełnia w swoim czasie” (Łk 1,20).


Wielki ciężar spadł z  serca posuniętych już w latach rodziców Jana. Brak potomstwa uchodził w Izraelu jako trudne i bolesne doświadczenie, a niekiedy nawet jako „kara boska”. Dlatego Elżbieta, gdy poczuła, że poczęła dziecko, woła radośnie: „Tak uczynił mi Pan – mówiła – wówczas, kiedy wejrzał łaskawie i zdjął ze mnie hańbę w oczach ludzi” (Łk 1,25).


Wielkość i znaczenie, szczególną rolę i zadania św. Jana na przełomie Pierwszego i Nowego Przymierza ukazują słowa Gabriela skierowane do Zachariasza:


„Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem świętym. Wielu spośród synów Izraela nawróci się do Pana, Boga ich; on sam pójdzie przed Nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych – do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały” (Łk 1,15-17).


Skoro Jan nie będzie pił wina, to znaczy, że będzie zakorzeniony w tradycji starotestamentalnych proroków, sam będąc jednym z nich, co dobitnie akcentują również słowa anioła nawiązujące do Eliasza, w którego „duchu i mocy” będzie działał.


Jego istotne zadania to „nawracanie rodaków” ku Bogu; po pierwsze wierność w wierze ojców i przekaz wartości religijnych następnym pokoleniom („serca ojców nakłonić ku dzieciom”); po drugie doprowadzenie grzeszników do sprawiedliwości, jakiej chce Bóg. Właściwie to nic szczególnie nowego, bo taki sam mandat przekazywał Bóg wszystkim dotychczasowym prorokom. W czym więc tkwi nowość? Otóż w tym, że Jan przygotowując Bogu „lud dokonały” będzie „poprzednikiem Pana” („pójdzie przed  Nim”). Tym Panem zaś nie jest sam Bóg, który będzie sędzią, gdy zakończy się ziemska historia, lecz  Jezus Chrystus, w którym Bóg stanie się człowiekiem. Funkcja św. Jana nie jest zatem w pełni „samodzielna”, bo on jedynie przygotowuje drogi dla Jezusa i ma na Niego wskazać. Tu mam przed oczami pełen dramaturgicznego  napięcia obraz Matthiasa Grűnewalda w tzw.  ołtarzu z Isenheim w Colmar, na którym Jan Chrzciciel przesadnie wyolbrzymionym  palcem wskazuje na Ukrzyżowanego: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata!” (J1,29). W tym geście została streszczona cała prorocka tradycja Starego Testamentu, bo nauczanie proroków, ich upominanie i dzieła (znaki i cuda) zmierzały ku przyszłemu Zbawicielowi – Jezusowi, który wprawdzie w tym fragmencie Ewangelii nie jest wyraźnie nazwany, ale cały kontekst ma właśnie Jego na myśli. Wielkość Jana Chrzciciela polega na tym, że on jest tym jedynym powołanym przez Boga, który ma pokazać na tego Jedynego, który zakończy i wypełni oczekiwania ludzkości, na Bożego Syna Jezusa Chrystusa.


Przy narodzeniu Jana jest nieco zamieszania. Z jednej strony ogromna radość rodziny, sąsiadów i krewnych z nowego życia, z drugiej zdziwienie, że przy obrzezaniu i nadaniu dziecku imienia Elżbieta (bo Zachariasz jest nadal niemy) sprzeciwia się życzeniu rodziny, by nadać mu według zwyczaju imię jego ojca Zachariasza. „Jednakże matka jego odpowiedziała: <Nie, lecz ma otrzymać imię Jan>. Odrzekli jej: <Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię>. Pytali więc znakami  jego ojca, jakby go chciał nazywać. On zażądał tabliczki i napisał: < Jan będzie mu na imię>. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga (Łk 1,60-64).


Znacząca jest owa kara na Zachariaszu za jego sceptycyzm i słabą wiarę. Traci mowę,  a odzyskuje ją dopiero wtedy, gdy posłusznie wypełnia wolę Boga i nadaje dziecku imię przekazane przez anioła. To apel do nas. Niewiara zamyka usta, a nasza wiara otwiera je, by świadczyć o Bogu i wielbić Go za to, co czyni w naszym życiu.


.„Jan będzie mu na imię”. – Łacińskie powiedzenie „Nomen ist omen”  można przetłumaczyć jako „Imię jest zapowiedzią”, imię oznacza zadanie, albo krótko: Imię to program. Imię Jan znaczy: „Bóg jest łaskawy” lub „Bóg okazał łaskę”. Tej łaski doświadczyli namacalnie oboje małżonkowie. Co więcej - przez narodziny tego dziecka Bóg oznajmia światu swój zbawczy plan: On chce ludzkości na nowo i w sposób przekraczający wszystko, co dotąd znane, okazać swoją łaskawość w swoim Synu Jezusie Chrystusie, któremu Jan ma przygotować drogi w ludzkich sercach.


Zachariasz po odzyskaniu mowy jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i swą radość i wdzięczność wobec Boga wyśpiewuje w kantyku, w którym wielbi Boga za wierność Przymierzu i w profetycznych słowach zapowiada przyszłą działalność  tego dziecka, o którym rozpowiadano w całej górskiej  krainie Judy i pytano: „Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim.” (Łk 1,66). Ponieważ kantyk Zachariasza stał się trwałym elementem codziennej modlitwy porannej Kościoła, cytuję go w całości:

 

Niech będzie uwielbiony Pan, Bóg Izraela,
że nawiedził lud swój i wyzwolił go, 
i moc zbawczą  nam wzbudził 
w domu sługi swego, Dawida: 
jak zapowiedział to z dawien dawna 
przez usta swych świętych proroków, 
że na wybawi od nieprzyjaciół 
i z ręki wszystkich, którzy nas nienawidzą; 
że miłosierdzie  okaże ojcom naszym 
i wspomni na swoje święte Przymierze –
ma p[przysięgę, którą złożył ojcu naszemu Abrahamowi, 
że nam użyczy tego, 
iż z mocy nieprzyjaciół wyrwani 
bez lęku służyć Mu będziemy 
w pobożności i sprawiedliwości przed Nim 
po wszystkie dni nasze.
A i ty dziecię, prorokiem Najwyższego zwać się będziesz, 
bo pójdziesz przed Panem torując mu drogi;
Jego ludowi dasz poznać zbawienie, 
co się dokona przez odpuszczenie mu grzechów, 
dzięki litości serdecznej Boga naszego.
Przez nią z wysoka Wschodzące Słońce nas nawiedzi, 
by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, 
aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju (Łk 1, 68-79).


Dziecko Elżbiety i Zachariasza zostało przez nich wychowane w głębokiej pobożności w duchu ich wiary.  Już we wczesnej młodości Jan udał się na pustynię: „Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem” (Łk 1,80). Nastąpiło to w 15 roku rządów  cezara Tyberiusza, gdy namiestnikiem Judei był Piłat, a Herod tetrarchą Galilei, czyli w 28/29 roku. Jan usłyszawszy głos wzywającego go Boga rozpoczął publiczną działalność. Udał się nad Jordan, gdzie obchodząc okolice wzywał do pokuty i przyjęcia chrztu nawrócenia dla odpuszczenia grzechów jako przygotowanie na przyjście Mesjasza. Głosił: „Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien  rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem>” (Łk 3,16). Przyszedł do niego także sam Jezus prosząc o chrzest, podczas którego dokonało się pierwsze objawienie Trójcy Świętej: „Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się glos: <Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie>” (Łk 3,21-22).


Według relacji św. Marka Jan Chrzciciel został uwięziony przez Heroda w twierdzy Machairus, ponieważ ten wymagający i bezkompromisowy prorok upominał go za niemoralny styl życia: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. Herod cenił Jana  „jako męża prawego i świętego”, czuł przed nim lęk, mimo to chętnie go słuchał. Historia skończyła się tragicznie z powodu zemsty jego żony Herodiady. Podczas świętowania urodzin Heroda ich córka zachwyciła swym zmysłowym tańcem ojca i współbiesiadników do tego stopnia, że przyrzekł jej dać wszystko, czego zażąda. Ta zaś za namową matki zażyczyła sobie głowy Jana Chrzciciela. Kat wykonał rozkaz, ściął go w więzieniu i przyniósł jego głowę na misie. Tak poniósł śmierć męczeńską ostatni prorok Starego Testamentu, wielki herold Jezusa Chrystusa.


Według świadectw Biblii i Józefa Flawiusza św. Jan Chrzciciel już krótko po śmierci cieszył się wielka czcią, zwłaszcza że pamiętano  o pełnych uznania słowach Jezusa pod adresem Tego, który przygotowywał mu drogę: „Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela.” (Mt 11,11).


Ks. Jerzy Grześkowiak

 

11 Sonntag im Jahreskreis A  (2023)
„Er sandte sie aus“  (Mt 9,36-10,8)


Jesus hatte Mitleid mit den Menschen, die erschöpft waren wie Schafe, die keinen Hirten haben. Auch heute gibt es so viele Mutlose und Traurige, die sich nicht selbst helfen können und am Leben verzweifeln. Wer ihnen zur Seite steht, wer ihnen hilft und sich um sie kümmert, der handelt wie ein Erntearbeiter Gottes. Leider gibt es solche Menschen zu wenig, Menschen, die nicht sagen: „Da soll sich doch die Polizei darum kümmern!“ oder; „Wozu spende ich etwas für die Caritas?“ Die Welt braucht Menschen, die als Erntearbeiter Gottes bereit sind zu helfen und zu trösten, die nicht bloß in der Kirche fromm sind, sondern ihre Frömmigkeit durch Nächstenliebe beweisen. Solche Menschen sind nicht im Supermarkt zu kaufen, sie sind ein Geschenk. Deshalb sagt Jesus: Bittet Gott um solche Menschen! Die Welt wartet auf sie – wie ein reifes Kornfeld auf Arbeiter. Aber hilft das Gebet denn? – Wir beten immer wieder, und haben dennoch Mangel an Nachwuchs in dienenden Berufen.
Der heilige Charles  de Foucauld, ein französischer Einsiedler, der für seinen Glauben in Afrika ums Leben kam, hat  geschrieben; „Wir vermögen alles durch das Gebet. Wenn wir nichts erlangen, dann haben wir entweder an Glauben fehlen lassen, oder wir haben zu wenig gebetet, oder aber es wäre nicht gut für uns, wenn unsere Bitte erhört würde, oder Gott will uns etwas Besseres geben, als wir erbitten. Aber  niemals erhalten wir das nicht, worum wir bitten, weil die Sache selbst zu schwer zu erlangen wäre. Es gibt nichts, was wir mit dem Gebet nicht erlangen könnten. Zögern wir daher nicht, von Gott die schwierigsten Dinge zu erbitten, wie die Bekehrung großer Sünder oder ganzer Völker!“.
Der zweite Hauptgedanke zum heutigen Evangelium:  Er sandte sie  aus! Sie – d.h. Jesus beruft zwölf Jünger, die er Apostel nennt und mit seiner Vollmacht ausstattet. Sie sollen zu den Menschen gehen und ihnen die Frohe Botschaft verkünden. Auffallend und für uns nicht leicht verständlich ist an dieser Aussendung ein Zweifaches: - die von Jesus angegebene Zielgruppe, - und die näheren Umstände der geplanten Mission.
Der Evangelist Matthäus lässt Jesus sprechen: „Geht nicht zu den Heiden und betretet keine Stadt der Samariter, sondern geht zu den verlorenen Schafen des Hauses Israel“! Man fragt betroffen: Hat Jesus sein Mitleid auf die Juden beschränkt? Hat er die Samariter und die Heiden bewusst ausgegrenzt?
Nun, die Fachleute, die Bibelwissenschaftler, belehren uns, dass der eben zitierte Missionsbefehl das theologische Denken einer judenchristlichen Gemeinde wiedergibt. Was Jesus selber gewollt und gesagt hat, erfahren wir aus dem letzten Kapitel des Mt-Ev., wo der Auferstandene seinen Jüngern aufträgt: „Geht zu allen Völkern und alle Menschen  zu  einen Jüngern!“  (Mt 28,19). Jesus ist der Heiland aller Menschen und Zeiten; er denkt und fühlt nicht jüdisch, sondern universal.
Das zweite, das uns in der Aussendungsrede Probleme bereitet ist, ist die Aufforderung an die Apostel, ihre Predigt durch Wunder zu beglaubigen. Mit großer Selbstverständlichkeit sagt Jesus: „Geht und verkündet: Das Himmelreich ist nahe. Heilt Kranke, weckt tote auf, macht aussätzige rein, treibt Dämonen aus!“
Dass Jesus oft Wunder gewirkt und damit die macht seines Wortes bewiesen hat, steht außer Frage. Auch von Petrus und Paulus wird uns in de Apostelgeschichte ähnliches berichtet. Aber Wunder sind Ausnahmen. Nicht jeder Verkünder des Evangeliums kann damit rechen, dass Gott ihn mit Wunderkraft ausstattet. Wir kommen der Wirklichkeit wohl näher, wenn wir die wunderbaren Wirkungen der christlichen Botschaft geistig deuten. 
Man kann durch das Evangelium „geheilt“ werden, ohne dass man körperlich gesund wird. Das „Heil“ kann darin bestehen, dass man in seiner Krankheit einen neuen Sinn entdeckt und sie als Reifungschance begreift. 
Man kann durch das Evangelium „vom Tod erweckt werden“, indem man im Blick auf Jesus den Tod nicht mehr nur als etwas Absurdes erlebt, sondern als Übergang in ein höheres Leben. 
Das Evangelium kann einem „Aussätzigen“, d.h. einem ausgesetzten, isolierten Menschen, eine geistige Heimat bieten, in der er sich angenommen fühlt. 
Und schließlich kann es  „von Dämonen  befreien“, indem es einem von Ehrgeiz, Genuss Streben, Alkohol, Narkotika oder Arbeitswut „Besessenen“ die Augen öffnet für geistige Werte, für die es sich wirklich zu leben lohnt. Wunder in diesem Sinne gibt es wohl auch heute noch!
Als letztes hören wir aus dem Munde Jesu die Mahnung: „Umsonst habt ihr empfangen, umsonst sollt ihr geben!“ – Auch damit ist ein zeitlos aktuelles Problem angesprochen: Die Verbindung von Religion und Geschäft. Wer sich einer religiösen Gemeinschaft anschließt und in ihr Geborgenheit und „Heil“ erfährt, wird in der Regel bald darauf zu Kasse gebeten. Die „Heilvermittler“ fordern manchmal einen unverschämt hohen Preis. Jesus wollte seine Missionare freihalten vom Streben nach materiellen Gewinn. Wie Apostel das Evangelium „umsonst“, d.h. ohne eigene Verdienste empfangen haben, so sollten sie es weitergeben. Der einzige Lohn, den Jesus ihnen zugesteht, ist die tägliche Nahrung: „Wer arbeitet, hat ein Recht auf seine Unterhalt!“ - sagt er bei Mt 10,10. Wie weit die Finanzpraxis der heutigen christlichen Großkirchen den Absichten Jesu entspricht, ist eine schwierige Frage, die wir hier nicht zu diskutieren haben.
Missionsauftrag Jesu gilt für uns alle. Er sandte sie aus! Er sendet auch uns heute! Uns alle!  Es gibt ein sehr schönes Gebet, das sagt, wie wir Jesus unter den Menschen ansichtig machen können:


Christus hat keine Hände, nur unsere Hände,
um seine Arbeit heute zu tun.
Christus hat keine Füße,  nur unsere Füße,
um Menschen  auf seinen Weg zu bringen.
Christus hat keine Lippen, nur unsere Lippen,
um Menschen von ihm zu erzählen.
Er hat keine Hilfe, nur unsere Hilfe,
um Menschen an seine Seite zu bringen.
Wagen wir es, seine Hände, Füße, Lippen und sein Herz füreinander zu sein. Dazu beruft und segnet Jesus heute einen jeden/e von uns!


Dr. Jerzy Grzeskowiak

Refleksje na Uroczystość Serca Jezusa (2023)

Kult Serca Jezusa dzisiaj

 

Nikogo – mówięć – nie słuchaj, jedynie

własnego serca, - jeśli serce swoje

umiałeś życiem zamienić w świątynię,

w której się ciszą stają niepokoje

życia…

Jan Kasprowicz

 

Od Soboru Watykańskiego II kult Serca Jezusa na Zachodzie Europy stopniowo słabnie. Przyczynę widzieć można chyba w słusznym wyakcentowaniu Misterium Paschalnego Chrystusa, czyli w Krzyżu i Zmartwychwstaniu, a w jakimś sensie także w całym życiu Jezusa. W tym kontekście dzięki Biblii i teologii odkrywamy w odniesieniu do Chrystusa wiele obrazów. Nie proponuje się już zatem wiernym tylko jednego dominującego symbolicznego obrazu, jakim było Serce Jezusa, lecz pozostawia wolność w wyborze innych ujęć i symboli, byleby miały one odniesienie do centrum, którym jest Misterium Paschalne. 

Józef Ratzinger tak pisał o sensie i walorach kultu Serca Jezusa, mających znaczenie dla tamtej epoki, pytając zarazem o jego aktualność dzisiaj:

„Czy nabożeństwo do Serca Jezusa może nam jeszcze coś powiedzieć? Barokowa przesada, łatwość, z jaką wymawia się największe słowa, stały się tu dla nas podejrzane. Kto spojrzy jednak wnikliwiej, ten za przesłoną ekstatycznych form i gestów dojrzy to, co było wielkim odkryciem kultu Najświętszego Serca, a co znalazło wyraz właściwy epoce, w której to nabożeństwo powstało. To, co odnaleziono na nowo, było tym, co dawne i najbardziej zasadnicze: człowieczeństwo Boga w Jezusie Chrystusie. Odnaleziono na nowo cielesność człowieka Jezusa. Wszystko to wyraża słowo „Serce”, które miało i ma być nie tylko symbolem, lecz zakotwiczeniem ducha w realności ciała… Nabożeństwo do Serca Jezusa było w swych wielkich czasach czymś w rodzaju „ruchu Jezusowego” w Kościele. Pośród politycznego chrześcijaństwa dworów baroku nabożeństwo to odkryło prostotę Jezusa i związało Kościół na nowo z tą Jego prostotą, W czasach doczesnej potęgi Kościoła rozpoznało Chrystusa cierpiącego i samotnego. Zapoczątkowało dialog człowieka z samotnością Jezusową i nakłoniło do współcierpienia z Nim. „Protestem”, które to  nabożeństwo wniosło wobec świata, było cierpienie; lepiej powiedziawszy: - dążenie do przezwyciężenia zła świata poprzez przemianę winy w cierpienie. W dobrowolnie przyjętym cierpieniu nabożeństwo to odnalazło środek zbawiennej przemiany człowieka. Odkryło „lekkie jarzmo” Jezusa właśnie w przyjęciu Jego męki. Mieć serce takie jak On – w tym mieści się cała tajemnica. To, co było zakryte sporom „mądrych i przewidujących”, objawione zostało „maluczkim” (por. Mt 11,25). Serce wskazuje drogę. Czy to wszystko nie ma już nam naprawdę nic do powiedzenia?” (Służyć prawdzie. Myśli na każdy dzień, Poznań 1983, s. 162).

 

W odnowionej duchowości kultu Serca Jezusa, propagowanej zwłaszcza przez Zgromadzenie Księży Sercanów (założone przez ojca Leona Dehona), a praktykowanej w różnych kręgach, akceptuje się elementy uczuciowe i emocjonalne jako coś pozytywnego i naturalnego, ponieważ człowiek ma nie tylko mózg i rozum, lecz także uczucia. Ta emocjonalność musi jednak być kontrolowana. Poza tym nie wolno ulec niebezpieczeństwu kultywowania cierpienia i bólu z miłości do Chrystusa, z drugiej strony należy Chrystusa przedstawiać zgodnie z tradycją biblijną, w której przecież ten kult ma zakorzenienie. Kult Serca Jezusa jako realnego symbolu miłosierdzia Boga wobec ludzi musi w konsekwencji znaleźć wyraz w relacjach międzyludzkich, w praktycznej miłości na co dzień, czyli w „otwartości serca” i w „czynach serca”.

Mimo, iż nabożeństwo do Serca Jezusa nie jest już w życiu Kościoła dominujące, to jednak jako „podziemny strumień” krzepi ono nadal życie duchowe wielu wiernych, animując zwłaszcza jego sferę afektywną i umacniając ich w służbie Bogu i bliźnim. Kult Serca Jezusa otrzymał nowy impuls od papieża Benedykta XVI w Orędziu na Światowy Dzień Młodzieży w 2011 roku. Apelował w nim do młodzieży całego świata o zwrócenie się z ufnością do Chrystusa z prośbą, by pomógł jej „zapuścić w Nim korzenie”, „na Nim się budować” i „umacniać się w wierze” (por. Kol 2,7). Chodzi o ożywienie doświadczenia św. Jana, umiłowanego ucznia Jezusa, który wpatrując się w Jego otwarte serce na krzyżu stał się świadkiem jego bezgranicznej miłości.  „Gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział i świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy uwierzyli” (J 19, 33-35). Według Benedykta XVI z otwartego na krzyżu serca Jezusa wypłynęło boskie życie. 

Drodzy Przyjaciele, częstokroć lękamy się Krzyża, gdyż zdaje się być on zaprzeczeniem życia. W rzeczywistości jest jednak na odwrót! Jest on Bożym „tak” dla ludzkości, najwyższym wyrazem miłości i źródłem, z którego wypływa życie wieczne. W istocie to z serca Jezusa (podkr. J. G.), przybitego do krzyża, zaczęło płynąć życie, na zawsze już dostępne dla tych, których oczy wzniesione są ku Ukrzyżowanemu.

Tak więc na Krzyżu Jezus przemienia nasze „serca z kamienia” w „serca z ciała”, podobne do Jego Serca. Daje nam swoją miłość i uzdalnia nas, by kochać mocą Jego miłości. Ze zmartwychwstałego Serca Jezusa wypływa źródło, z którego ma pić człowiek, by zaspokoić nienasycone pragnienie kochania i bycia kochanym. Właśnie na tym polega świętość, by zanurzyć się całkowicie w to źródło miłości, tryskające z Serca Jezusa. Idzie o realizację tego, co wyrażało motto błogosławionego kard. John Henry Newmana: „Serce mówi do serca” (Cor ad cor loquitur).

Logika Boga jest logiką serca. Serce Jezusa, włócznią przebite, to wymowny znak po wszystkie czasy. Bóg ma serce dla człowieka i dla całego stworzenia, a tym sercem jest Jezus Chrystus. „Serce” Zmartwychwstałego Pana bije dla wszystkich, jest otwarte dla każdego zawsze i wszędzie – tak jak na krzyżu. Janusz St. Pasierb wyrazi to słowami:

świat pękający z lamentem

zgniatanej karoserii

niebo czarne słońca obręcz czerwona

skrzepłe powietrze

 

zasłona rozdarta

szaty podzielone

ciało rozpięte

od ostatniego krzyku

ogłuchło niebo

a serce

Swego czasu przeprowadzono interesujący eksperyment z dziećmi urodzonymi wcześniej, niż przewidywał to biologiczny kalendarz. Gdy bicie serca matki podłączano do inkubatora, stwierdzano, że oddziałuje to bardzo pozytywnie na rozwój niemowląt. Współczesne chrześcijaństwo dla odrodzenia i umocnienia potrzebuje wyraźnego głosu bicia Serca Jezusa. Jego tętno daje się słyszeć w Ewangelii oraz w Eucharystii i innych sakramentach. Zimne, słabe, błądzące, grzeszne serca ludzkie mogą ogrzać się przy tętniącym miłością i miłosierdziem Sercu Chrystusa.

Jak człowiek współczesny pojmuje bez komentarzy „mowę serca” („Prawdziwie widzi się tylko sercem” – A. Saint d‘Exupéry), tak rozumie też – bez konieczności wgłębiania się w opasłe teologiczne tomy - istotę kultu serca Boga, niezależnie od formy, w jakiej się wyraża. Najlepszą odpowiedzią na krytykę tego kultu uprawianą przez „postępowych teologów” (że jest przestarzały, nie na czasie, jednostronny, ckliwy, przesadnie uczuciowy itp.) są słowa jednego z największych teologów XX wieku Karla Rahnera:

„Moje życie jako kapłana i teologa będę mógł uznać za udane i spełnione, jeżeli potrafię choćby jednego człowieka pobudzić do tego, by w godzinie śmierci powiedział z zaufaniem: „Serce Jezusa, zmiłuj się nade mną!” (…) Dzisiaj trzeba stale na nowo podkreślać, że centrum świata i prawdy jest serce: płonące serce, serce, które było gotowe poddać się wszelkim próbom, które wycierpiało wszystkie ciosy losu, nie uciekło przed nimi w martwą znieczulicę, i nikt w swym palącym bólu już się do niego nie zbliży, bo ono zamiast umrzeć w miłości jest już martwe. Serce doskonałe to serce przebite, serce, z którego wszystko wypłynęło, serce które nie cofnęło się przed ryzykiem miłości i nie zamknęło się w sobie tylko dlatego, że jego miłość nie doczekała się odpowiedzi.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Jeszcze raz o Trójcy Świętej

Najpierw coś z historii. Ponieważ „Bracia z Tegernsee”, czyli bawarscy Benedyktyni, chcieli dowiedzieć się czegoś więcej o Trójcy Świętej, słynny filozof i teolog Mikołaj z Kuzy (zwany Kuzańczykiem) posłał im w 1453 roku swój znakomity traktat o „Widzeniu Boga”. Idzie w nim o dwa różne „widzenia”. Jeżeli człowiek „wypatruje” Boga, „patrzy” na Boga, to On również „patrzy” na owego człowieka. Kiedy zatem Bóg zwraca się ku nam i z miłością patrzy na nas, wówczas te „dwa spojrzenia” Boga i człowieka spotykają się i w ten sposób „poznajemy” Boga. Człowiek nie ma być „obserwatorem” Boga z oddali, nie ma odnosić się do Niego tak, jak spogląda na rozgwieżdżone niebo ani tworzyć sobie o Nim jakichś obrazów rysowanych własną fantazją lub ukrytymi pragnieniami. W spotkaniu wiary Bóg sam objawia człowiekowi siebie, swoje „prawdziwe oblicze” odbite w Jezusie Chrystusie. Jezus objawia nam Boga. „Kto mnie widzi, widzi i Ojca” (por. J 14,8-10). On jest „obliczem Ojca”. Z tej racji papież Benedykt XIV zakazał przedstawiania Trójcy Świętej jako Boga z „potrójną twarzą”. Była to ulubiona forma przedstawiania Boga w sztuce ludowej w średniowieczu: jedna głowa, trzy twarze i czworo oczu. Ale Bóg to przecież nie jakaś forma „boga Janusa”, to nie bóstwo z trzema twarzami.

Skoro wspomniałem Kuzańczyka, to pozostańmy przy filozofach. Czołowym katolickim filozofem w drugiej połowie XX wieku był w Polsce ks. Józef Tischner. Korciło go, by zająć się także teologią trynitarną. Tischner po lekturze ważnych dzieł  z zakresu teologii Trójcy Świętej (Gisbert Greshake, Hans Urs von Balthasar, Karl Rahner, Martin Biehler) tak pisał o złożonej problematyce w tej materii:

Ewangelia nie miała problemu z koncepcją jedności Boga. Nie zaprzątały jej problemy greckich metafizyków. Szło jej o zbawienie, a nie o zaspokojenie teoretycznej ciekawości. Objawienie dokonywało się pod kątem – jak się dziś mówi – „ekonomii zbawienia”; ono podsuwało człowiekowi do wierzenia te prawdy, które były i są mu potrzebne jako „pokarm” do osiągnięcia „żywota wiecznego”. Refleksja teologiczna przychodziła później i była swoistym luksusem, Kierunek refleksji teologicznej szedł pod prąd ruchu filozofów. Teolog miał przed oczyma teksty Pisma, w których była mowa o Ojcu, Synu i Duchu, i zastanawiał się, jak w tej Trójcy odkryć i z niej wydobyć jedność. Jedność jawiła się bardziej jako pojednanie, niż jako formalna spoistość bytu podniesionego do poziomu Absolutu.

Dwa podejścia do sprawy jedności i różnicy podzieliły teologię Wschodu i Zachodu. Teologia Wschodu walczyła z pokusą „teogonii” – koncepcji szczególnego „wyłaniania się” Syna i Ducha z Boga Ojca, który był jak plotyńskie Dobro. Teologia zachodnia walczyła z pokusą traktowania Osób jako sposobów działania jednego Boga w świecie poza Bogiem. Harnack powiadał, że ci ze Wschodu troistość mieli za „skałę, a jedność za tajemnicę”, natomiast ci z Zachodu „jedność za skałę, a troistość za tajemnicę”. Współczesna refleksja nad Trójca  wyraźnie  nawiązuje do teologii wschodniej. Stąd na drugi plan schodzą takie pojęcia jak „substancja” czy „relacja samoistna”, a na pierwszy plan wysuwają się: „dobro”, „miłość”, „ofiarowanie siebie” itp. W miejsce pojęcia „jedyności” wchodzi pojęcie pojednania. Zmienia się też kierunek szukania „śladów” troistości w stworzeniu. Święty Augustyn szuka ich we wnętrzu pojedynczej osoby, stworzonej na obraz i podobieństwo Boże; dziś poszukuje się ich w relacjach międzyludzkich, szczególnie rodzinnych, łączących człowieka z człowiekiem – ojca z matką, matkę z ojcem, rodziców z dzieckiem, dziecko  z rodzicami.

J. Tischner wprowadził do teologii trynitarnej  pojęcie „dialogiczności Boga”. Bóg w Trójcy Jedyny jest „rozmową”, „dialogiem miłości”. Tylko w ten sposób można pogodzić troistość z jednością. 

„Bóg jest rozmową”. Oznacza to, że jest wiekuistym wybieraniem wybrania, w którym Dobro wybiera własną swą dobroć i w doskonałej miłości obdarowuje nim Innego. A jeśli Bóg jest „rozmową”, to taką, do której kluczem jest dar. Do daru dołącza się wdzięczność za dar, ale ona w końcu także jest darem.

Inne słowo z filozofii dialogu które Tischnerowi pomaga coś zrozumieć z tajemnicy Trójcy Świętej  to  „inny”.  Rzeczy różnią się od siebie, osoby są „inne” Gdy idzie o „wnętrze Boga”, to – kontynuuje Tischner:

Syn jest i n n y, Ojciec jest i n n y, Duch jest i n n y – a nawet c a ł k i e m   i n n y. (…) W Bogu nieskończona inność łączy się z nieskończonym podobieństwem Osób. Nieskończona inność i nieskończone podobieństwo… To brzmi jak sprzeczność. Są jednak sprzeczności, które otwierają niezwykłe horyzonty. Gdy Ojciec „wpatruje  się” w Syna, którego zrodził, widzi nieskończoną inność i zarazem  nieskończone podobieństwo, prowadzące aż do tożsamości. Podobnie, gdy Syn wpatruje się w Ojca. Nie inaczej jest z Duchem Świętym. To bowiem, co przeżywamy na ziemi, napotykając inność, jest jedynie dalekim odbiciem tamtej Inności.

Sięgnijmy do Ewangelii. Gdy Syn staje się człowiekiem, staje się całkiem po ludzku inny niż Ojciec i Duch. Ale to nie przeszkadza w wyznaniu: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” ani „…kto widzi mnie, widzi ojca”. W modlitwie w Ogrójcu dramat inności narasta. Ojciec inny, Syn inny. Ale zarazem potem następuje: „Nie moja, lecz Twoja wola”. Wreszcie przychodzi doświadczenie krzyża. Czym są słowa: „… czemuś mnie opuścił?” Są wysłowieniem nieskończonej inności – inności aż do opuszczenia. A przecież w tej inności kryje się nieskończone podobieństwo, jedność. Ten, kto kocha, cierpi cierpieniem ukochanego. Bóg opuścił, ale wezwany zaraz powrócił i okazał swą moc w zmartwychwstaniu. Wewnętrzna jedność – jedyność – Boga nie okazuje się tutaj jako jedność czystej formy. Jest jednością nieskończonego jednania.

Wystarczy cytatów popularnego profesora, twórcy „filozofii po góralsku”. Bo te mądre dywagacje wprawdzie sporo wyjaśniają, ale każda wypowiedź ewokuje kolejnych pytania i jasność staje się znowu ciemnością wywołaną oślepiającym blaskiem niezgłębionej tajemnicy Boga w Jego wewnętrznym życiu. Inaczej,  bardziej poetycko, mówił na ten temat także wielki uczony, twórca bioelektroniki, geolog, wędrujący z łopatą po Górach Świętokrzyskich ks. Włodzimierz Sedlak. Tak przybliżał on z ambony swoim słuchaczom nieogarnioną tajemnicę Bożej Trójcy:

Obchodzimy Boga pociesznie z różnych stron, nie potrafimy tej olbrzymiej Nieskończoności objąć jednocześnie. Bóg musi nam się  ciągle rozmieniać „na drobne”, byśmy cokolwiek mogli Go zrozumieć. Gdy nic zamienia w byt, gdy chaos wszechświata porządkuje, gdy powołuje do istnienia nieśmiertelną duszę – nazywamy Go Bogiem Ojcem. Gdy cierpi, pochyla się do człowieka, łamie z nami dolę i chleb, kiedy wypija kielich goryczy – nazywamy Go Synem Bożym. Gdy jest szumem gwałtownym duszy, gdy ją porywa do bohaterstwa oddania życia za Chrystusa, gdy tajemniczo wychodząc prowadzi po zakrętach życia, gdy w jakiś niepojęty sposób wyznacza bieg łodzi Kościoła – nazywamy Go Duchem Świętym. To Pan Bóg, ten sam, nieskończenie rozmieniany ciągle „na drobne” swego działania. Niemożliwy do objęcia jednym rzutem myśli, nieogarniony, kolos potęgi istnienia. O Przenajświętsza Trójco!.

Jeden i Jedyny Bóg jest świętym Misterium.  Jeden Bóg w Trzech Osobach jest wspólnotą Miłości, która wszelkie stworzenie chce doprowadzić do uszczęśliwiającego oglądania Boga. Kto chce Boga oglądać, może to uczynić tylko sercem, bo „dobrze widzi się tylko sercem” – jak mówi Antoine de Saint Exupéry („Mały książę”). Można nie rozumieć Trójcy Świętej, być niezdolnym do Jej pełnej analizy, ale można pojmować co nieco  duchem, nią żyć i w niej się rozwijać na żywot wieczny. Zatem sercem oglądać Boga, który jest większy niż nasze serca! Stanie się to ostatecznie, kiedy staniemy przed Nim „twarzą w twarz” i poznamy Go, jako i poznani jesteśmy. (św. Paweł….)  Mniemam, że właśnie do tej tajemnicy naszej wiary  odnoszą się w sposób szczególny słowa Błażeja Pascala (+1662): „Bóg zechciał, aby Boże prawdy wchodziły nie przez rozum do serca, lecz przez serce do rozumu.  Bo ludzkie rzeczy trzeba znać by je pokochać, a boskie trzeba kochać, aby je poznać.”

Najbardziej przemawiająca do mnie egzystencjalnie formuła o Trójcy Świętej pochodzi od szwajcarskiego teologa Hansa Künga, któremu za czasów Jana Pawła II i kard. Józefa Ratzingera ze względu na podważanie niektórych aspektów wiary chrześcijańskiej i ostrą krytykę struktur Kościoła odebrano prawo nauczania w imieniu Kościoła Katolickiego: 

Bóg, niewidzialny Ojciec ponad nami.

Jezus, Syn Człowieczy, jest Bogiem dla nas i z nami.

Duch Święty, z mocy i miłości Boga, to Bóg w nas.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Procesja w St. Michael, Alt Perlach

Teksty do medytacji na Uroczystość Bożego Ciała (2023)


Czym jest adoracja Jezusa w Najświętszym Sakramencie, o tym mówi w prostych słowach ks. Jan Twardowski:
a On przecież jest
w małej hostii jak w iskierce ciepła
w mocnych ścianach nadziei.

Czeka z sercem jak z Wielkim Piątkiem
w tabernakulum umówionej alei –
w domkniętym milczeniu –

Przychodzę tu nieraz jak pogryziony psiak
i ostrożnie, dokładnie, po kolei wyjmuję z łap
kolce lęku.

Przed Najświętszym Sakramentem
Niech będzie uwielbiony Jezus Chrystus, Pan nasz, Syn Boga żywego
- który większy jest niż nasze serca i wie wszystko
- który odpowiada na pytania, wobec których wszystko milknie
- który ogarnia naszą najgłębszą samotność
- który jest z nami przez wszystkie dni, także w tej godzinie
- który umacnia nas w każdym niebezpieczeństwie
- który utwierdza nasze serca w cierpliwości
- który nasze cierpienia włącza w swój krzyż
- którego miłość jest większa niż wszystek ból świata
- który obiecał nam udział w swojej chwale.
Jezu Chryste, Zbawicielu świata, Mistrzu nasz i Bracie, zmiłuj się nad nami!
Romano Guardini
Stajesz się opłatkiem, Jezu. Tak jak stawałeś się barankiem,
jak stawałeś się człowiekiem,
tak przede mną stajesz się opłatkiem.
Cicho. Kościół. Sam przed sobą.

Stajesz się opłatkiem, Jezu,
cały stajesz się przede mną ciszą.
Jak stawałeś się człowiekiem,
jak stawałeś przed innymi krzyżem.
Półmrok. Niewidoczne prawie światełko.

Stajesz się opłatkiem, Jezu.
Jaki Ty jesteś w opłatku ubogi.
Jaką Ty jesteś ciszą, że milczysz.
I że jesteś krzyżem, i chlebem
w jednej tylko, w zwykłej dobrej myśli.
Komunia. Przechodzę w wędrówce.

Stajesz się opłatkiem, Jezu.
Stajesz się murami świątyń.
Solą życia. Fundamentem domów.
A krzyż w Tobie staje się pokorą.
Spychacze. Plac budowy pod Dom Boży.

Stajesz się  opłatkiem, Jezu.
Jak stawałeś się dzieckiem w Betlejem.
Tak przede mną na ołtarzu leżysz
chlebem, dzieckiem, człowiekiem śmiertelnym.
Cicho, Kościół. W rozmowie przed Tobą.


Leszek Aleksander Moczulski


* * *
Pewien kapłan obserwował kobietę, siedzącą w pustym kościele, z głową ukrytą w dłoniach. Minęła godzina. Potem dwie. Ona wciąż tam była.
Myśląc, że jest ona nieszczęśliwą duszą potrzebująca pomocy, kapłan podszedł do niej i rzekł: „Czy mogę ci w jakiś sposób pomóc?”
„Nie, dziękuję Ojcze”, odrzekła. „Właśnie otrzymywałam całą pomoc, jakiej potrzebowałam”.


* * *
Pewien stary człowiek zwykł siadywać w kościele bez ruchu i trwać tak długie godziny. Jednego razu kapłan zapytał go, o czym Bóg do niego mówi.
„Bóg nie mówi. On po prostu słucha”, brzmiała odpowiedź.
„A więc o czym ty do Niego mówiłeś?”
„ja również nie zabierałem głosu; po prostu słuchałem”.
Cztery etapy modlitwy: Ja mówię, ty słuchasz.
                           Ty mówisz, ja słucham.
                            Żaden nie mówi, obaj słuchamy.
                            Żaden nie mówi, żaden nie słucha: panuje cisza
Anthony de Mello.
Spotkanie

Dotknąłeś mnie ciszą 
w kościele świętego Jakuba
Wstąpiłem na chwilę milczenia 
na ten kawałek ziemi 
ocalony miedzy Tobą a mną
Staruszka w kącie 
dawała Ci znaki 
rozgarniała dłonią ciemności
Czy rozumiesz, że dajemy Ci znaki
Czy tkwimy w swojej wolności 
i umieramy w niej 
skazani na wieczne mylenie 
miłości Twojej 
z gąbka octu 
na złudę nadzieję 
z drogi naszej nie do przebycia
Klęczałem przed Tobą
Cisza stała chwiejnie 
w płomyku wiecznej lampki

 
Kazimierz Nowosielski


Zebrał ks. Jerzy Grześkowiak

Uroczystość Najświętszej Trójcy 
 

Oko w trójkącie, jasne oko,
Widzialne niewidzeniem,
Jakże dosięgnąć twą wysokość
Śpiewaniem i modleniem?
                 Wojciech Bąk


W niedzielę po święcie Zesłania Ducha Świętego – ostatnim akordzie świętowania Zmartwychwstania Pana - Kościół Katolicki obchodzi święto Trójcy Świętej. Wchodzi niejako do samego źródła zbawienia, które celebruje przez cały rok kościelny, a jest nim „Jeden Bóg w Trzech Osobach”. Bóg Ojciec jest źródłem i początkiem wszelkiego życia; Syn Boży przyprowadził z powrotem do Ojca upadłą ludzkość; Duch Święty prowadzi Kościół po drogach doczesności, aż Chrystus przyjdzie powtórnie i przekaże Ojcu swoje Królestwo. Niedziela Trójcy Świętej ukazuje i przybliża drogocenną Tajemnicę – prawdę wiary i samą jej rzeczywistość - której możemy bezpiecznie powierzyć wstrząsaną i chyboczącą się na falach historii łódź Kościoła i łódź życia osobistego. Jesteśmy bowiem córkami i synami Boga-Ojca, braćmi i siostrami Syna Bożego i partnerami Ducha Świętego.
Nowy Testament nie zna pojęcia „Trójca Święta”. Niewiele w nim miejsc, w których Ojciec, Syn i Duch Święty są wymieniani – że tak powiem – na jednym oddechu. Istotne jednak jest to, że cały Nowy Testament jest przeniknięty żywą i ożywiającą rzeczywistością „troistego Boga”. On jest obecny w Jezusie Chrystusie, który mówi często o Ojcu, od którego pochodzi, i o Duchu, którego pośle. Nowy Testament nie zna spetryfikowanych formuł ani dogmatów.
Jeżeli jesteśmy szczerzy wobec samych siebie, to każdy przyzna, że nie są mu obce trudności z prawdą wiary o Trójcy Świętej. Jak bowiem pogodzić, że „jeden to trzy”. Chrześcijaństwo to religia monoteistyczna, czyli głosząca wiarę w jednego Boga. A tu nagle mówi się o Trzech Boskich Osobach. Jedna Boża istota, ale trzy osoby. Co to jest „istota”? Co należy rozumieć pod pojęciem „osoba”? To zbyt skomplikowane na nasze głowy.
Troistość w Jedynym Bogu jest niezgłębioną tajemnicą i dlatego chętnie przywołujemy na pomoc obrazy i porównania. Na katechezie demonstrowałem dzieciom trzy płonące świece, trzymając przy tym ich płomienie tak blisko siebie, że tworzyły tylko jeden płomień, aczkolwiek pochodził on od trzech świec. Odwoływałem się także do wysiłków owego osiemnastowiecznego biskupa, który w intencji nawracania chasydów podolskich tłumaczył im, że z Trójcą Świętą jest podobnie jak ze świecą, która stanowi jedność wosku, knota i płomyka. Mówiłem im także: „Pomyślcie o wodzie. W zimie „szalejemy” bawiąc się na śniegu, suniemy po nim na sankach lub nartach, jeździmy na łyżwach po lodzie – a śnieg i lód to przecież woda. Wiecie doskonale, jak ożywcza jest woda, jak bardzo potrzebujemy jej do życia i jak dobrze czyni nam kąpiel w niej. Znacie także parę, której siła napędza turbiny i gotuje nam potrawy na obiad. Te trzy różne elementy to zawsze woda, jedna i ta sama woda w jej różnych przejawach, formach i stanach”.  Symboliką wody posługiwał się także św. Augustyn pisząc: „Źródła nie można nazwać rzeką, ani rzeki źródłem: kropla pochodzi ze źródła, ale też nie jest ani źródłem ani rzeką – a we wszystkim jest ta sama woda. Zatem źródło, rzeka, kropla trzy rzeczy, ale woda jedna! (De fide et symbolo, c. 9,17). Z jego warsztatu pochodzi też analogia z duszą ludzką: pamięć, rozum i wola - to trzy właściwości jednej duszy. Inni teologowie wpadli na nowe porównania: Troje ludzi myśli o tej samej rzeczy – a zatem trzy myśli, a jedna prawda;  akord muzyczny to np. trzy tony, ale jeden akord; ametyst oglądany z trzech stron w wyniku czego widzimy trzy kolory w jednym kamieniu; elektryczność posiada potrójną moc: świeci, grzeje i porusza, trzy właściwości a jedna istota. 
To są tylko analogie, pomagające nam nieco przybliżyć się do tej wielkiej tajemnicy, jaką jest Bóg. Jako teolog wiem jednak, że takie tłumaczenia jedynie błąkają się po opłotkach problemu, że to tylko kulejące porównania usiłujące uchylić rąbka istoty życia Boga, ale niezdolne zgłębić bezdennej tajemnicy Trójcy Świętej. Nie sposób jednakże żywić o to żalu, gdyż „wyjaśnianie” tejże tajemnicy w kategoriach pojęć ludzkich jest absolutnie niemożliwe. Umysł człowieka godzi się w sposób rozumny z istnieniem rzeczywistości przekraczających pojęcia, które korzeniami tkwią ostatecznie w doświadczeniach ludzkości. Ale w końcu nic innego do dyspozycji nie mamy jak tylko nasze słowo, obrazy, porównania i przenośnie, by wyrazić to, czego w wierze doświadczyliśmy, osobiście lub jako wspólnota Kościoła, ale czego nigdy w całej głębi i rozpiętości nie pojmiemy. Przy całej złożoności i głębi tajemnicy Trójcy Świętej wystarcza nam wiara w Jej istotę, a mianowicie, że Bóg zwraca się do nas, wychodzi nam naprzeciw jako Ojciec, jako Syn i jako Duch Święty. W każdej z tych „form przejawiania się i działania” jest to zawsze jeden i jedyny Bóg, nieskończenie bogaty w swej treści i kształtach, jak o tym pisze Roman Brandstaetter:  

 

Wszystko minęło.

 

Dobrze, że wszystko 
płynie.

 

Bóg także płynie.

 

Jest codziennie
Ten sam
I inny.

 

Jest nieskończoną
Ilością treści
I nieskończona
Ilością kształtów.

 

I zawsze ten sam
Na Trzech Wzgórzach Jedności


Najbardziej przemawiająca do mnie egzystencjalnie formuła o Trójcy Świętej pochodzi od szwajcarskiego teologa Hansa Künga, któremu za czasów Jana Pawła II i kard. Józefa Ratzingera ze względu na podważanie niektórych aspektów wiary chrześcijańskiej i ostrą krytykę struktur Kościoła odebrano prawo nauczania w imieniu Kościoła Katolickiego: 


Bóg, niewidzialny Ojciec ponad nami.
Jezus, Syn Człowieczy, jest Bogiem dla nas i z nami.
Duch Święty, z mocy i miłości Boga, to Bóg w nas

 

Ks. Jerzy Grześkowiak.

 

Katolik

Stworzony – wielbię w duchu Stworzyciela,
Zbawiony – wielbię w prawdzie Zbawiciela,
A poświęcony przez Ducha Świętego –
Wielbię Go w Jego
Kościach i Ciele,
W Kościele.

 

Wielbię Opatrzność, której Oko patrza
Przez trzy źrenice, i wszystko opatrza.
Pierwszą źrenicę stwarza, drugą zbawia,
Trzecią odnawia.
Trzy  słońca piękne –
I klęknę.

 

Człowiek – uderzę czołem Bogu memu,
A syn człowieczy – Synowi  Bożemu,
A synojc ziemi – Synojcowi nieba,
Synojcem trzeba
Zwać – współpoczęty –
Duch Święty.


Adam Celiński

kaplica w kościele św. Józefa w Holzkirchen. Foto: Jerzy Grześkowiak

Głosić Boga dzisiaj

bywa, że im wiara słabsza
tym grubszymi murami obrasta
potężniejszymi pałacami
okopami świętych dogmatów

urodzonemu w lichej szopie
za twierdze posłużyły
serca prostych rybaków
            Józef Baran

 

    Nikt, kto związał swój los z Chrystusem, kto w chrzcie z wody i z Ducha pozwolił wyryć na sobie Jego niezatarte znamię, nie będzie ograniczał swej wiary do prywatnego sektora życia. Bycie chrześcijaninem oznacza pełnienie specjalnej misji -  posłannictwa wobec świata. Chrześcijanin to „człowiek, któremu Jezus powierzył innych ludzi” (Jean Baptiste Henri Lacordaire). Nie wystarczy tylko akceptacja Bożego daru wiary, odpowiedź na objawienie się Jego zbawczej miłości uosobionej w Jezusie. Nikt nie wierzy tylko dla siebie. Wierzy się prawdziwie – świadcząc. Wiarę otrzymuje się poprzez wspólnotę Kościoła, wierzy się we wspólnocie i dla wspólnoty. Jezus zapewnił swoich wyznawców: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32. A podstawowym świadczeniem o Jezusie jest nie tylko mówienie o Nim, lecz samo życie. Kard. Emmanuel Celestin Suhard (+1949), arcybiskup Paryża powiedział: „Być świadkiem, to nie znaczy uprawiać propagandę lub szokować. To znaczy tak żyć, by tego życia nie można było zrozumieć bez istnienia Boga”.
Każdy człowiek jest otwarty na prawdę, szuka jej, jest jej spragniony, jak spragniona jest wody popękana od spiekoty ziemia. Współczesny człowiek łudzony tyloma obiecankami, kuszony obietnicami różnobarwnych ideologii potrzebuje jasnych drogowskazów. Trzeba do niego wyjść i mu powiedzieć: „I Ty możesz otrzymać takie samo życie, jakie ja otrzymałem od Boga: życie z miłości Boga, z siły Ducha Świętego. To jest dla Ciebie ratunek z bagna i nędzy naszego mrocznego świata. To jest nowa rzeczywistość, życie wyzwolone, życie we wspólnocie z Bogiem – Miłością, życie wieczne”. Od obowiązku głoszenia Boga, Chrystusa i Jego Ewangelii nie ma odwrotu, jeśli tylko chcemy w pełni do Niego należeć, jeśli chcemy być żywotnymi członkami Jego Ciała, a nie uschłą gałęzią zdatną tylko na spalenie. Nosimy przecież w sobie mandat Chrystusa: „Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam” (J 20,21); „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16,15). Trzeba zatem wyjść do ludzi i im powiedzieć: „Prawda ma twarz Chrystusa! Prawda – to nowe życie, jakie daje Bóg. To życie Jego miłości i życie miłością - do każdego człowieka i do stworzeń. Prawda to życie we wspólnocie z Bogiem i z braćmi i siostrami całej rodziny ludzkiej, życie nie znające śmierci ani końca”.
Czy znalazłszy źródło wody żywej można nie prowadzić do niego tych, co z pragnienia bliscy są śmierci? Głoszenie chrześcijańskiego Orędzia to dziś jednoznaczny ratunek dla zagubionego świata, to szansa uniknięcia wielu pułapek współczesnej cywilizacji i rozwiązania nabrzmiałych problemów. Ewangelia Chrystusa pomaga ustalić właściwą hierarchię wartości, stosownie rozłożyć akcenty na tym, co doczesne i przemijalne, i na tym, o trwałe i wieczne. W ten sposób potrafimy zrezygnować z mitu nieograniczonego rozwoju, który doprowadził świat na krawędź przepaści, oraz ze zniewalającej człowieka i depersonalizującej go żarłocznej konsumpcji. Tym samym potrafimy dać priorytet wartościom duchowym nad materialnymi i w centrum postawić człowieka, ocalając jego godność i broniąc jej przed wszystkimi atakami ze strony niesprawiedliwych systemów i demoralizujących struktur. Współczesny świat potrzebuje „cywilizacji miłości”, która jest sercem Ewangelii Chrystusa! Papież Franciszek delikatnie, ale jak zwykle z żarem osobistego przekonania, wzywa wszystkich chrześcijan:
Jeżeli muzyka Ewangelii przestanie rozbrzmiewać w naszym wnętrzu, to utracimy radość płynącą ze współczucia, czułość, rodzącą się z ufności, zdolność pojednania, mającą swoje źródło w świadomości, że zawsze jesteśmy tymi, którym przebaczono i którzy są posłani. Jeżeli muzyka Ewangelii przestanie rozbrzmiewać w naszych domach, na naszych placach, w miejscach pracy, w polityce i w gospodarce, to stłumimy melodię, która pobudzała nas do walki o godność każdego człowieka. Inni czerpią z odmiennych źródeł. Dla nas tym źródłem ludzkiej godności i braterstwa jest Ewangelia Jezusa Chrystusa (Encyklika Fratelli tutti nr 277).
Oczywiście nie należy się łudzić, że każdy, do kogo pójdziemy z Dobrą Nowiną, natychmiast ją przyjmie. Wymagana tu jest niesłychana cierpliwość. Wiara na ogół wzrasta powoli. Z wiarą jest podobnie jak z miłością: jedna i druga potrzebuje czasu, by dojrzeć. Gdy ktoś kogoś pozna i pokocha, potrzebuje na ogół wiele czasu, miesięcy, nieraz lat, nim ostatecznie stwierdzi, że znalazł/a „partnera na całe życie”. Podobnie jest z człowiekiem inicjującym drogę wiary. Trzeba mu dać czas na cichą i czułą tajemnicę narzeczeństwa z Chrystusem, dopóki nie upewni się o konieczności ostatecznego z Nim związania na zawsze.
Głosząc w świecie i światu Dobrą Nowinę Chrystusa trzeba oczywiście zawsze szanować wolność człowieka, na którą wszyscy są dziś tak uwrażliwieni. Godność człowieka, godność osoby ludzkiej nie pozwala na zewnętrzny przymus ani na wewnętrzną presję przez zastraszanie i formy duchowego terroru. Do istoty wiary należy także wolność. Chrystus zawsze mówił: „Jeśli chcesz…”. Bóg nigdy nie zmusza człowieka. On tylko „pociąga”, czyli zaprasza i woła w głębi sumienia, woła każdego „po imieniu”.
Duch Święty przez chrzest i bierzmowanie bierze chrześcijanina w swoje władanie, ubogaca przeróżnymi darami i uzdolnieniami, rozpala w nim swój ogień i chce, by ten ogień płonął i by nim oświecać i ogrzewać innych. Prawdziwa ewangelizacja to „ewangelizacja z Duchem Świętym”, ponieważ On jest duszą ewangelizującego Kościoła. Tak właśnie przedstawia istotę ewangelizacji Papież Franciszek w Adhortacji apostolskiej Evangelii gaudium:
Duch Święty obdarza siłą do głoszenia nowości Ewangelii śmiało, głośno, w każdym czasie i miejscu, także pod prąd. Wzywajmy Go dzisiaj, umocnieni na modlitwie, bez której każde działanie  narażone jest na ryzyko, że pozostanie puste, i bez której orędzie w końcu zostaje pozbawione duszy. Jezus pragnie ewangelizatorów głoszących Dobrą Nowinę nie tylko słowami, ale przede wszystkim życiem przemienionym obecnością Bożą (nr 259).

Ewangelizatorzy z duchem to ewangelizatorzy, którzy się modlą i pracują. Z punktu widzenia ewangelizacji nie są potrzebne ani propozycje mistyczne bez mocnego zaangażowania społecznego i misyjnego, ani też mowy czy działania społeczne i duszpasterskie bez duchowości przemieniającej serce. Takie propozycje częściowe i dezintegrujące docierają tylko do małych grup i nie mają większego oddziaływania, ponieważ okaleczają Ewangelię. Trzeba zawsze dbać o wewnętrzną przestrzeń, nadającą sens chrześcijańskiemu zaangażowaniu i aktywności. Bez dłuższych chwil adoracji, modlitewnego spotkania ze Słowem, zadania łatwo pozbawione zostają sensu, my zaś czujemy się osłabieni z powodu zmęczenia i trudności, a zapał gaśnie. Kościół nie może się obyć bez oddychania płucami modlitwy (nr 262).

Czy moc i ogień Ducha płonie w nas? Czy zapalamy innych ludzi i prowadzimy do wartości, które nas zafascynowały? Jeśli w naszym świecie i otoczeniu tak mrocznie i zimno, to trzeba jeszcze wiele błagalnej modlitwy, by Pan zesłał na nas swego Ducha. By Jego światło nas prześwietliło, a ogień ogrzał i zapalił nas jak pochodnię rozjaśniającą mroki dzisiejszego świata, jako nieomylny znak wskazujący wszystkim ludziom dobrej woli właściwy kierunek i cel.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Refleksje na Święto Zesłania Ducha Świętego (2023)
Piękno i urok początku


Każdy poranek to nowość, życie, nadzieja, jakiś czar i tajemnica. Dzień dopiero „wstaje”, jest w zaczątku. Jego treści są jeszcze utajone, spoczywają w głębi. Nic nie jest pewne, ani oczywiste, a możliwości bez liku. Hermann Hesse pisze o uroku ukrytym w każdym początku: „W każdym początku tkwi jakiś czar, który nas strzeże i pomaga nam żyć”. W przełożeniu na język prozy znaczy to: Jeżeli później, pośród ciężarów utrudzenia nie wiesz, co dalej; jeżeli twoja dobra wola osłabła i sięga granic, a Twoje dobre zamiary spełzły na niczym lub zaowocowały odmiennym skutkiem, to pomyśl o urokach początku. Wtedy zyskasz nowe, nieprzeczuwalne siły. Skostniałe, zgorzkniałe, na pół obumarłe małżeństwa, są do uratowania i uleczenia, jeżeli oboje partnerzy ożywią w sobie pamięć początków ich zakochania i wszystkich związanych z tym romantycznym okresem fenomenów – czekania, tęsknoty, listów, pocałunków, gestów miłości. Podobnie na drodze „stawania się człowiekiem” bylibyśmy o wiele dalej i bardziej dojrzali, gdybyśmy tzw. „dziecka w nas” nie zaniedbali, nie zapomnieli, nie wypchnęli z naszego życia, nie uśmiercili.
Kościół ma też swój początek, „swój poranek”, w którym nie wiedział jeszcze nic o ambicjach i sporach, o pokusach władzy i pieniądza, o własności i pałacach, o bezduszności administracji, o honorach i tytułach, fioletach i mitrach, o księżach, kanonikach, prałatach, biskupach, kardynałach. Wtedy nie był jeszcze zbrukany rozbiciem na różne wyznania ani letniością lub zimną obojętnością swoich członków. Tą pierwszą godziną Kościoła jest Zesłanie Ducha Świętego. „Poranek Kościoła” – świeży, czysty, lśniący, pełen pierwotnej energii – jak ogień i wiatr…
Pierwszą godzinę Kościoła cechuje „bycie razem” – jedność. Wszyscy zgromadzili się w jednym miejscu i, choć tak różni, stanowili „jedno ciało i jedną duszę”: rybacy, rolnicy, rzemieślnicy, kupcy, celnicy, mężczyźni i kobiety, dzieci i starcy. Po śmierci Jezusa szukali Jego bliskości, tęsknili za Nim. Szukali też siebie nawzajem, nie dlatego, że czuli do siebie sympatię, albo że potrzebowali „ciepła” wspólnoty – jak owce bliskości stada. Stało za tym życzenie Jezusa: Wy jesteście moim Ciałem! Modlił się za nich tak żarliwie w dniu pożegnania w Wieczerniku, tuż przed śmiercią: „Ojcze, nie tylko za nimi  proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie, aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty mnie posłał” (J 17,20-21). Wszystko, co szkodzi tej  jedności jest zadawaniem ran Ciału Jezusa i deformacją Jego obecności w świecie. Stąd mandat Pana wszystkich zobowiązujący: W miłości szukać bliskości i więzi z wszystkimi, którzy słuchają Jego głosu i pełnią Jego wolę, a właściwie z wszystkimi ludźmi, ponieważ On powiedział: „Idźcie na cały świat i głoście Dobrą Nowinę wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16,15).
W pierwszej godzinie Kościoła pośrodku zebranej wspólnoty jest Maryja. Ona jest dla niej jakby świetlistym centrum. Bo wszystko zaczęło się z Nią i przez Nią, poprzez Jej czujność i wsłuchiwanie się, Jej posłuszeństwo, Jej „tak” – „Niech mi się stanie według Twego Słowa”. Maryja była pierwszym człowiekiem, w którym zamieszkał Bóg. Zanim jeszcze ktokolwiek należał do Kościoła, Ona już była Kościołem - przez jakiś czas była nim sama, jedyna. Nam wszystkim trzeba zatem iść ku temu żarzącemu się miłością centrum Kościoła – ku Maryi. Bo „Przez Maryję do Jezusa”. A konsekwencją tej orientacji na „pokorną Służebnicę Pańską” jest: istoty Kościoła i Jego posłannictwa szukać nie tylko w teologii, w książkach, instytucjach, gremiach i radach, lecz także w osobach odważnych, zafascynowanych i przenikniętych Bogiem, pokornych i cichych, w ludziach modlitwy i medytacji, w tych, którzy Bogu dają miejsce w swoim życiu, w myśleniu, w działaniu, w sumieniu. 
Pierwsza godzina Kościoła to jakby energetyczna przestrzeń Bożego Ducha, to porywające, rozgrzewające i przemieniające działanie Świętego Ducha Ojca i Syna. Pierwsi uczniowie Jezusa nie zaczynali powierzonego im dzieła z pomocą wielkich idei, z genialnymi planami. Nie, po prostu działali według poruszeń serca, od przypadku do przypadku idąc za impulsami „z góry” – za natchnieniami Ducha Bożego.  Stopniowo coraz bardziej postrzegali i rozumieli, że to Bóg kierował ich każdym krokiem. Niektórzy ponieśli śmierć męczeńską dla tej wiary, dla swoich przekonań i dokonanych dzieł. Żaden nie zdezerterował, nie szukał szczęścia gdzie indziej.  To dla nas sygnał: Nie wielkie koncepty, wizje, plany, gotowe recepty są najważniejsze, lecz przede wszystkim silna wiara i zaufanie, modlitwa i wielbienie Boga, oraz miłość do każdego człowieka.  A zatem: przyjąć jako pewnik, że ON jest pośród nas obecny. I słuchać, słuchać, słuchać! A potem czynić to, co i jak czyniłby Jezus!
 I co najważniejsze – jak we wszystkim - to „rozpocząć”. To nie takie łatwe - zacząć raz jeszcze, jeżeli zaczynało się już tysiące razy. Ale jako chrześcijanie możemy wiersz H. Hesse nieco zmodyfikować: „… i w każdym początku ukryty jest Duch Święty, który nas strzeże i pomaga żyć.”  Zacząć – naprawdę zacząć! Tu nie jest potrzebna siła  czarów i magii. Każdego dnia otrzymujemy nową szansę, nowy etap i nową moc. To dzieło Świętego Ducha Bożego!
Co roku w Zielone Świątki odżywają we mnie głębią swoją nie do przewyższenia przepiękne słowa aleksandryjskiego biskupa z IV wieku (przypisywane także patriarsze Athenagorasowi) o znaczeniu Ducha Świętego  dla wspólnoty Kościoła:


Bez Ducha Świętego Bóg jest bardzo odległy,
Chrystus przeszłością, 
Ewangelia martwą literą, 
Kościół tylko towarzystwem lub klubem, 
władza i autorytety formą panowania, 
misja propagandą,  
liturgia zaklinaniem duchów, 
a życie chrześcijańskie moralnością  niewolników!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

HYMN
VENI CREATOR
NARODU ŚPIEW
DUCHA ŚWIETEGO
WEZWANIE

 

CZYLI
W  SEJMOWYM KOLE
W ŚWIĄTYNI ŚWIĘTYCH
W KATEDRZE
W GROMADZIE GMINY
W ZBORZE PRACUJĄCYCH
W HUFIE ŻOŁNIERZY
W POLU NA ROLI
W DOMIE
W ZAGRODZIE RĘKODZIELNIKA
WE DWORZE W PAŁACU W ZAMKU
W CHAT OKOLU
JAK RZEK STRUMIENIE
OD PONIKÓW GÓR
PO WÓD ROZTOCZE
WE WICHRZE
W PROMIENIU W GROMIE
W ORCE
PRZY ZIAREN SIEJBIE
JAK MOWA SIĘGA

 

ORĘDZIE

Zstąp, Gołębico, Twórczy Duch,
byś myśli godne wzbudził w nas,
ku Tobie wznosim wzrok i słuch,
spolnie żyjący, wzrośli wraz.
Który się zwiesz, Biesiada dusz,
Wszechmogącego Boży dar,
płomieniem duszom piętno włóż,
przez czułość serc, zdrój żywy, żar,
zbrój nas we siedem darów łask,
Prawicą Ojca ojce wskrzesz,
w Obrzędzie roztocz wieszczy blask,
we Słońce dusze w lot Twój bierz.
Zestąp, Światłości, w zmysłów mrok,
dobądź serc naszych zapał z łon,
by człowiek przemógł cielska trok
i mocen wzniósł się w męski ton.
Odwołaj wroga z naszych dróg,
w pokoju pokój zbawczy nam,
powiedziesz nas Wieszczący Bóg,
przejdziemy cało złość i kłam.
Zwól przez Cię w Tobie Ojca znać,
zwól, by był przez Cię poznan Syn,
zwól w Tobie światłość światu dać,
zwól z Wiarą wieków podjąć CZYN.

 

Stanisław Wyspiański

Wniebowstąpienie Pańskie

Chrystus uwielbiony zasiada po prawicy Ojca.

 

Komentarze do liturgii i modlitwa wiernych.

Wprowadzenie do liturgii

Dzisiaj dzień Wniebowstąpienia. Chrystus po czterdziestu dniach przestał się ukazywać widzialnie na ziemi, ale nadal jest obecny w Kościele i działa dając życie, przebaczenie, zbawienie. Ta niewidzialna obecność Pana daje i nam nadzieję oraz wskazuje cel naszego życia — być razem z Bogiem. Abyśmy więc mogli być kiedyś razem z Bogiem, już teraz dajemy wyraz oczekiwaniu, przychodząc na Mszę św. i chociaż Go nie widzimy, wierzymy, że jest zawsze z nami.

Przeprośmy za grzechy, by tutaj przeżyć obecność Pana, a kiedyś spotkać Go w chwale nieba.

 

Wprowadzenie do liturgii słowa

Chrystus wstąpił do nieba i zasiadł po prawicy Ojca. W Jego imię apostołowie głoszą wszystkim narodom zbawienie. Dzięki zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu dzieło Chrystusa trwa w Kościele, a On sam jest obecny w zwiastowanej na całym świecie Ewangelii.

 

Modlitwa powszechna

Chrystus wstąpił do nieba i jest naszym Pośrednikiem u Ojca, przez Niego kierujemy nasze modlitwy, nasze pragnienia, nasze zwykłe, ludzkie sprawy.

Chrystus jest obecny w Kościele — prośmy, by ludzie z Kościoła czerpali życie i nadzieję na spotkanie z Jezusem w chwale.
W imię Chrystusa jest głoszone nawrócenie i odpuszczenie grzechów — prośmy, by ludzie słuchali Ewangelii, a ci, co ją głoszą, byli wiernymi świadkami Jezusa.
Bóg wszystko poddał pod stopy Jezusa — prośmy, aby ludzie kierujący światem przyczyniali się do zrealizowania planu Bożego, a wszyscy w tym świecie mogli dostrzec niewidzialne nadprzyrodzone wartości.
Chrystus zasiadł po prawicy Ojca — prośmy, by konający ufnie oczekiwali na wyzwolenie od cierpień i na uczestnictwo w zwycięstwie Chrystusa.
Chrystus niewidzialnie towarzyszy ludziom w ich życiu i oczekiwaniu — prośmy o nowe kościoły w naszej ojczyźnie, by ludzie wznosząc materialne świątynie, kiedyś mogli oglądać Boga w świątyni nieba.
Chrystus umarł, a żyje w niebie otoczony gronem zbawionych — prośmy, aby wszyscy nasi zmarli należeli do grona głoszących wieczną chwałę Boga.
Jesteśmy w drodze do niebiańskiej ojczyzny — prośmy o wytrwanie w wierze, nadziei i miłości, byśmy doszli tam, gdzie oczekuje nas chwalebny Zwycięzca śmierci, piekła i grzechu.
Chryste, który jesteś w niebie, Panie, który jesteś naszym Pośrednikiem, wysłuchaj modlitw, przymnóż nam wiary, umocnij naszą nadzieję, byśmy doszli do Ciebie i razem z całym odnowionym stworzeniem uczestniczyli w Twoim zwycięstwie. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków.

 

Przed prefacją

Chociaż nie widzimy Boga, wierzymy. Dziękujemy więc za wiarę, która daje nam nowe oczy, dziękujemy za niebo — naszą ojczyznę, dziękujemy za wniebowstąpienie, które jest ukoronowaniem zwycięstwa zmartwychwstałego Pana.

 

Przed rozesłaniem

Nasza ojczyzna jest tam, gdzie jest Chrystus, nasza ojczyzna w niebie. Idźcie w życie i żyjcie tak, aby być tam, gdzie jest nasz Pan, który wstąpił do nieba. Niech błogosławieństwo Boga umacnia nas w nadziei i dążeniu do zbawienia.

 

(Źródło: liturgia.wiary.pl)

Zmartwychwstanie Chrystusa
a powszechne braterstwo


Zmartwychwstanie naszego Pana świętujemy przez 50 dni – aż do Jego Wniebowstąpienia i do Zesłania Ducha Świętego.
Nigdy dość akcentowania, że święta Zmartwychwstania to święta powszechnego braterstwa, co niestety bywa zbyt mało dostrzegane i akcentowane. Jeżeli święta Bożego Narodzenia przeżywamy ewidentnie w kategoriach miłości i więzi rodzinnej i społecznej, nawet ogólnoludzkiej, to świętowanie Wielkanocy zacieśnia się do przeżyć bardziej natury indywidualnej, osobistej. Cieszymy się perspektywą osobistego zmartwychwstania i szczęścia w wieczności, niewiele myśląc o innych. Tymczasem Święta Paschalne to przeżywanie zmartwychwstania Pana, Boga-Człowieka, wywyższonego i uwielbionego – przez Którego i w Którym jesteśmy na nowo dziećmi Ojca i zarazem wzajemnie siostrami i braćmi. Jezus w dzień przed śmiercią modlił się żarliwie, „aby wszyscy stanowili jedno”, jak On jest „jedno z Ojcem” (J 17,21). Umarł na krzyżu „aby rozproszone dzieci zgromadzić w jedno”. Międzyludzkie braterstwo zostało zatem uświęcone ofiarną śmiercią Chrystusa i przypieczętowane mocami Jego zmartwychwstania. W paschalnym misterium Chrystusa świętowanym w liturgii Kościoła i przy wielkanocnym rodzinnym stole słyszę zatem wyraźny apel: Niech znikną wszelkie podziały rasowe, religijne, wyznaniowe, systemowe, ekonomiczne, militarne! Niech nie będzie więcej podziału na Wschód i Zachód, Północ i Południe, na biednych i bogatych, sytych i głodnych, ciemięzców i zniewolonych, terrorystów i zabijanych! Niech zapanuje miłość powszechna i nastanie pokój na całym świecie – od krańca do krańca!


Zmartwychwstanie to ŻYCIE. Wielkanoc – to Święta Życia! One zobowiązują nas do troski o każde życie. O życie człowieka i przyrody, naturalne i nadprzyrodzone, cielesne i duchowe, dopiero co poczęte i gasnące w starości, życie ludzi bliskich i nieznanych, we własnym kraju i na innym kontynencie. Zmartwychwstały Pan, Zwycięzca śmierci, zawsze Żywy, swoim Duchem wszystko Ożywiającym apeluje do naszych sumień: Nie niszcz żadnego życia, lecz je chroń, uzdrawiaj, podnoś, uszlachetniaj, ratuj, ocalaj. Złamanych okrutnym losem czy podłością ludzką podnoś w górę słowem dobrym, leczącym zadane rany, objawiającym sens wszystkiego w zmartwychwstałym Panu. Umacniaj każdego człowieka gestem miłości. Pamiętaj o tych, co gasną z głodu i chleba im nie żałuj. Wiersz Anny Kurczab pt. „Alleluja” brzmi jak tchnące powszechnym braterstwem wielkanocne orędzia papieża Franciszka:
 

Z wielkanocnego stołu
zrzuć wszystko…
i tak się nie potoczy 
do twych stóp
ciemnoskóra matko głodnych
przez kontynenty 
jak ci przesłać
poświęcony
 chrupiący chleb…
- Buona Pascha „urbi et orbi”
może dzisiaj
znowu krzyż
na grobach twoich
wielkookich dzieci…


Każdy głodujący  człowiek oskarża nas chrześcijan rozradowanych triumfem Zmartwychwstania Pana przy suto zastawionym stole!


W rozprawie habilitacyjnej Przemysława Chojnowskiego (Wiedeń), poświęconej poetyckiej twórczości Petera (Piotra) Lachmanna, znalazłem tekst pokazujący, jak święta Zmartwychwstania wywołują poczucie bliskości i braterstwa między ludźmi. Jest to fragment z krótkiego tekstu epickiego Lachmanna o św. Edycie Stein, o jej znaczeniu jako Żydówki dla Kościoła katolickiego i dla relacji między chrześcijaństwem a judaizmem.

 
Pod wpływem jej losu i jej myślenia Kościół zmienił swoje stanowisko w kwestii żydowskiej, a jej autorytet jako błogosławionej i świętej powinien wpłynąć w podobnym kierunku na zrzeszonych w Kościele wiernych, również na tych, których postać Edith Stein, niedostatecznie wyjaśniona i  dalej zagadkowa, zaskakuje, zastanawia – i irytuje. Opowiem w tym kontekście historię, którą opowiedział mi w Tel Awiwie polski Żyd, były więzień Oświęcimia.


 Działo się to w pierwszym okresie prześladowania Żydów pod okupacją niemiecką nieopodal Łodzi. Mój rozmówca w Izraelu zachorował był wtedy jako młody chłopak i znalazł się w jakimś prowincjonalnym szpitalu. Polacy, chłopi, z którymi dzielił salę chorych, nie szczędzili mu przykrych uwag i komentarzy. W czasie Wielkiego Tygodnia szpitalik odwiedził miejscowy ksiądz i pobłogosławił wszystkich pacjentów bez wyjątku. Wtedy chłopi zwrócili  księdzu uwagę, iż pobłogosławił również Żyda. Ksiądz odpowiedział: Żyd ale też człowiek.


Od momentu usłyszenia tych słów zmieniła się diametralnie sytuacja żydowskiego pacjenta. Chłopi nie tylko zaczęli odnosić się do niego życzliwie, ale w dodatku obsypywali go na święta wielkanocne wspaniałymi jak na owe czasy prezentami – wielce dla niego kłopotliwymi – kiełbasą, jajkami, szynką…


Na tym przykładzie widzimy, jak ważne może się stać słowo wypowiedziane w odpowiednim czasie – zwłaszcza przez sługę Bożego. Znała tę pragmatyczną prawdę Edith Stein, mistyczka i bojowniczka o prawa człowieka do życia i do duchowej przemiany. (Przemysław Chojnowski, Liminalność i bycie „pomiędzy” w twórczości Petera (Piotra) Lachmana. Studium literacko-kulturowe, Kraków 2020, s. 278-279).

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Ekumeniczna modlitwa chrześcijańska papieża Franciszka

 

Boże nasz, Trójco miłości,
z potężnej komunii Twojego boskiego życia wewnętrznego
rozlej pośród nas rzekę braterskiej miłości.
Daj nam tę miłość, która się odzwierciedliła w gestach Jezusa,
w jego nazareńskiej rodzinie i w pierwszej wspólnocie chrześcijańskiej.

Daj nam, chrześcijanom, żyć Ewangelią
i rozpoznawać Chrystusa w każdym człowieku,
by zobaczyć Go ukrzyżowanego w udrękach opuszczonych
i zapomnianych tego świata
i zmartwychwstałego w każdym bracie, który powstaje.

Przybądź Duchu Święty, ukaż nam swoje piękno
odzwierciedlone we wszystkich ludach ziemi,
by odkryć, że każdy jest ważny,
że wszyscy są potrzebni, że są różnymi obliczami
tej samej ludzkości umiłowanej przez Boga. Amen
(Z encykliki „Fratelli tutti”, zakończenie)

 

Fotografia rodzinna

- więc trzeba było
aż tak oderwać się
od praw grawitacji
żeby móc zobaczyć
jacy jesteśmy sobie bliscy
czarni żółci czerwoni i biali
dzielący się przy stole ziemi
wspólnym powietrzem
pomyślał z goryczą
osamotniony kosmonauta
pstrykając nam
z całego serca
familijne zdjęcie z Marsa.

szkoda że przy wywoływaniu
zatarła się ostrość
i nikt z nas nie mógł
nikogo rozpoznać
może gdyby to rodzinne zdjęcie się udało
byłoby nam już wstyd
wszczynać wojny
o skibkę zaoranej miedzy


Józef Baran

Aklamacja „Alleluja!” we Mszy świętej

 

                        Wstał Pan Jezus z martwych
                        Po trzydniowej męce,
                        Chodzi po wsi naszej
                        Z chorągiewką w ręce,
                        Powiewa nią, wyśpiewuje
                        Swoją Aleluję..
                                Jan Kasprowicz 


Tradycja przekazuje wzmiankę o wydarzeniu, które miało miejsce w wigilię wielkanocną w Kartaginie. Kantor śpiewał właśnie Alleluja, gdy strzała Wandalów, którzy wtargnęli akurat do miasta, wpadła przez bramę katedry i przeszyła mu szyję. Wypuścił z rąk księgę, osunął się na ziemię; Alleluja mógł kontynuować już w niebie przed Panem! 
W ramach soborowej odnowy liturgii Mszy świętej przywrócono ten dawny śpiew w jego starożytnej formie: 
Po czytaniu bezpośrednio poprzedzającym Ewangelię wykonuje się Alleluja lub inny śpiew przewidziany w rubrykach zgodnie z wymogami okresu liturgicznego.     Aklamacja ta stanowi samodzielny obrzęd, przez który zgromadzenie przyjmuje i pozdrawia Pana mającego doń przemawiać oraz śpiewem wyznaje wiarę. Wszyscy, stojąc, wykonują tę aklamację pod przewodnictwem scholi albo     kantora oraz powtarzają, werset zaś śpiewa schola lub kantor (Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego nr 62). 


Ów krótki werset to tekst zaczerpnięty z Ewangelii bądź odsłaniający charakterystyczną dla danego święta lub dnia myśl. Po wersecie znowu rozbrzmiewa Alleluja całego zgromadzenia. 


Psalm responsoryjny mówiąc obrazowo – patrzy wstecz, związany jest z poprzedzającym go czytaniem. Natomiast śpiew po drugim czytaniu spogląda do przodu, jest krótką aklamacją skierowaną ku Ewangelii. Śpiew Alleluja jest aktem czci wobec Chrystusa, który przychodzi w swoim słowie, by nas „ewangelizować”, a jednocześnie jest duchowym przygotowaniem do wsłuchania się w Dobrą Nowinę Chrystusa. Wspólnym mianownikiem treści wszystkich wersetów pomiędzy początkowym i końcowym Alleluja są słowa młodego Dawida: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3, 9—10).


We wszystkich liturgiach chrześcijańskich Alleluja jest obok Kyrie, eleison, Amen i Hosanna najczęściej używanym okrzykiem - wołaniem. To pochodzące z hebrajskiego słowo jest trudno przetłumaczalne. Już w greckim tłumaczeniu Starego Testamentu pozostawiono je w oryginalnym brzmieniu, ponieważ dosłowne tłumaczenie „Chwalcie Jahwe - (Halelu-Jáh) – Chwalcie Boga” nie oddawało w pełni jego sensu jako wiwatującego okrzyku radości i zwycięstwa. Jako taki radosny okrzyk pojawia się już w Księdze Tobiasza: „Bramy Jerozolimy rozbrzmiewać będą pieśniami wesela, a wszystkie jej domy zawołają: Alleluja, niech będzie uwielbiony Bóg Izraela!” (Tb 13,18). Kościół wraz z psalmami przejął Alleluja z liturgii synagogalnej Izraela. Tam było  ono okrzykiem, którym uczestnicy liturgii odpowiadali na odśpiewany psalm. W Nowym Testamencie spotykamy Alleluja w Księdze Apokalipsy (19,1-10)) jako radosne, wiwatujące okrzyki zbawionych, co pozwala wnioskować, że miało ono swoje miejsce już w liturgii bardzo wczesnego chrześcijaństwa. Tertulian (+ ok. 220) zna Alleluja jako element modlitwy prywatnej i na zakończenie psalmów; Hieronim opisuje, że Alleluja było bardzo lubiane w chrześcijańskich gminach Palestyny: „Gdziekolwiek się zwrócisz, śpiewa się Alleluja”. Prawdopodobnie nie interesowano się szczególnie dosłownym sensem tego słowa, lecz śpiewano  je jako wyraz „bezsłownej radości”, której – według Augustyna – bezwiednie oddaje się człowiek, gdy jego radość jest tak wielka, iż nie potrafi jej wyrazić słowem, lecz ją po prostu wykrzykuje, bądź wyśpiewuje. Stosownie do tego ostatnią sylabę wydłużano, coraz bardziej  podkładając pod nią różne melodie.


Alleluja ma przede wszystkim charakter wielkanocny, początkowo było prawdopodobnie śpiewane tylko w  tym okresie.  Papież Grzegorz Wielki rozszerzył je na pozostałe okresy roku liturgicznego. Alleluja we Mszy potwierdza eschatologiczny wymiar Eucharystii, będącej zapowiedzią i zadatkiem uczty w Królestwie Boga:


Potem usłyszałem jak gdyby głos donośny wielkiego tłumu w niebie –     mówiących: Alleluja! Zbawienie i chwała, i moc u Boga  naszego, bo wyroki Jego     prawdziwe są i sprawiedliwe (Ap 19,1-2).


Na koniec jeszcze uwaga praktyczna. Dość często psalmy i Alleluja wraz z wersetem w są czasie Mszy świętej mówione. Tymczasem te teksty są z natury przeznaczone do śpiewania. Psalm mówiony daje taki efekt jak recytowana pieśń. Wypowiadanie Alleluja jest czymś sprzecznym z jego istotą. Proszę darować to porównanie, ale to tak, jakby kilkadziesiąt tysięcy kibiców piłki nożnej w decydującym momencie wymamrotało przez zęby: „gol”! Alleluja jest i ma być spontanicznym, pełnym entuzjazmu i radości okrzykiem uwielbienia i wdzięczności. Bo oto Pan jest z nami! Przychodzi w słowie, które nie przeminie!


Ks. Jery Grześkowiak

 
Alleluja!
Co znaczy Alleluja? Chwalcie Pana! 
Jedynie aniołowie chwalą Pana bez przerwy: nie łakną nie pragną, nie chorują, nie umierają… I my wypowiadaliśmy Alleluja, i śpiewaliśmy je tu rano i gdy przybyliśmy tu niedawno temu, rano, śpiewaliśmy również Alleluja. 
Nas więc również dosięgła woń Bożej chwalby i owego odpoczynku, ale o wiele bardziej uciska nas śmiertelność. Męczymy się, gdy je odmawiamy i pragniemy pokrzepić nasze ciało, a jeżeli dłużej odmawiamy Alleluja, to ciężka się staje dla nas służba Boża ze względu na ociężałość naszego ciała. Bo pełnia bez końca nastąpi w owym Alleluja, po tym życiu i po jego trudach. 
Cóż więc, bracia? Odmawiajmy je, ile tylko możemy, byśmy zasłużyli, by je odmawiać zawsze. Pokarm nasz niech będzie w Alleluja, napój nasz w Alleluja, jedyną działalnością odpoczynku będzie Alleluja, całą radością niech będzie Alleluja, to jest chwała Boga. Któż bowiem chwali doskonale, jeżeli nie ten, kto używa wszystkiego z radością? Jakaż to będzie moc umysłu, jak wielka będzie sama nieśmiertelność i moc ciała, gdy ani umysłowi nie zabraknie napięcia kontemplacji Boga, ani ciało nie osłabnie w nieustannej kontemplacji Boga.
Św. Augustyn

Zmartwychwstanie – tajemnica wiary

 

Albowiem krzyż jest życie już wiek dziewiętnasty:
Nowina! – którą przecie z najweselszym żalem
Maryje i Salome, trzy święte niewiasty,
Przyniosły były jeszcze – tam, do Jeruzalem!...
Cyprian Kamil Norwid

 

 Z lubością czytam od lat publikowane w „Gościu Niedzielnym” genialne felietony Franciszka Kucharczaka z serii „Myśl wyrachowana”. Kiedyś tak pisał o zmartwychwstaniu Jezusa:


Jakoś dziwnie Bóg unika ostentacji. No przecież ażby się prosiło, żeby Jezus po tym, co się zdarzyło na Golgocie, przynajmniej zmartwychwstał z większym przytupem. Skoro już musiał cierpieć, to przecież mógł potem dać taki pokaz triumfu, że faryzeuszom sandały by pospadały, a Wysokiej Radzie opadły szczęki.
A tu nic. Cicho, ciemno. Kamień odsunięty nie wiadomo jak i kiedy, pod osłoną mroku. I tylko pusty grób świadczył o tym, że specom od śmierci Boga coś poszło nie tak. Ale to wszystko poszlaki, nie żaden mocny dowód. No, widzieli potem Zmartwychwstałego różni ludzie, ale też tak jakoś bez fajerwerków. Tu Go za ogrodnika wzięli, tam za przygodnego wędrowca, a jak się w końcu pokazał większemu gronu, to jednak nie tak wielkiemu, żeby się skończyła wszelka dyskusja.
Taka okazja zmarnowana ! – chciałoby się zawołać. No tak, Bóg mógł to zrobić, żeby zmartwychwstaniu Jezusa nie dało się zaprzeczyć, a tym samym żeby żaden człowiek nie miał szansy nie wierzyć. A ponieważ tak nie zrobił, to ludzie nie tylko nie wierzą w zmartwychwstanie, ale w ogóle w jakąkolwiek siłę wyższą, a czasem wątpią nawet w to, że sami naprawdę żyją („Gość Niedzielny” 95 (2018) nr 13, s. 47).


Czy biblijne opisy o zmartwychwstaniu Jezusa są wiarygodne? Takie pytanie stawia sobie wielu chrześcijan.
O tym wydarzeniu najbardziej tajemniczym w historii świata, który zmienił jej tok, nic dokładnego nie wiemy i nigdy więcej się nie dowiemy. Pewne są tylko dwa fakty: pusty grób i ukazywanie się Zmartwychwstałego Pana Jego uczniom. Ich przeżycia skrystalizowały się w wyznaniu: „Bóg wskrzesił Jezusa z martwych”. Jest to centralne wyznanie wiary, na którym wspiera się cały gmach chrześcijaństwa, o czym dosadnie mówi św. Paweł: „A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. (…) Skoro zmarli nie zmartwychwstają, to jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy” (1 Kor 15, 17. 32).
Dla wielu wiara w zmartwychwstanie jest nie do pogodzenia ze zdrowym rozsądkiem i z „naukowym” obrazem świata. Czyż ona nie ma swego źródła w infantylnej postawie życzeniowej uczniów Jezusa, broniącej się w ten sposób przed twardą rzeczywistością zła i cierpienia, przemijania i śmierci?
A może było tak? Uczniowie Jezusa, po katastrofie, jaką przeżyli, po Jego haniebnej śmierci na krzyżu, zgromadzili się razem, by zdecydować, co dalej, co zrobić, by uratować jeszcze coś z tego, co było ich „skarbem” w ostatnich trzech latach. Bo przecież z Mistrzem było tak pięknie! „Chwilo trwaj wiecznie!” I Jego sprawa powinna „iść dalej”. Jego Dobrą Nowinę trzeba głosić innym! On przecież nadal żyje w ich myślach i sercach. Skoro Jezus wspominał, że „trzeciego dnia zmartwychwstanie”, to należy taką wersję „puścić w obieg”. Trzeba tylko działać rozważnie i roztropnie, przede wszystkim coś zrobić, by zniknęły zwłoki Jezusa…
Z taką „opcją oszustwa” rozprawił się już Ewangelista Mateusz pisząc o zabiegach starszyzny żydowskiej, która przekupiła strażników przy grobu każąc im rozgłaszać plotkę, iż uczniowie Jezusa wykradli jego ciało (Mt 28,11-15).
Istnieje też „interpretacja psychologiczna”, według której zmartwychwstanie Jezusa nie jest żadnym realnym faktem, lecz wynikiem wewnętrznych przeżyć Jego uczniów. Dramatyczne wydarzenia sprawiły, że coś głęboko wstrząsającego dokonało się w ich wnętrzu, w psychice, w ich duszach, i rzekome ukazywania się Jezusa to tylko pewnego rodzaju „wizje”, jakieś „wewnętrzne obrazy”, z pomocą których łatwiej im było uporać się z bólem spowodowanym śmiercią ich Mistrza, jakoś tę tragedię i potworny zawód duchowo przepracować.
Jeszcze inni głoszą, że u podstaw wiary w zmartwychwstanie stoi mitologiczny obraz świata. I nie jest wcale ważne, co się wtedy naprawdę wydarzyło. Należy się koncentrować tylko na samym Orędziu o zmartwychwstaniu. Jezus po prostu „zmartwychwstał w kerygmie” – „żyje w przepowiadaniu” wzywającym ludzi do zmiany życia.
A co sądzić o pustym grobie i ukazywaniach się Chrystusa? Wydarzenie zmartwychwstania nie ma świadków. Nikogo przy tym nie było. Świadkiem są tylko pusty grób, leżące prześcieradła i chusta. Doświadczają tego najpierw Maria Magdalena i inne kobiety, potem Piotr i Jan. Ale sam fakt pustego grobu nie wystarcza, bo zwłoki Jezusa mógł ktoś wykraść. 
Decydującym dowodem zmartwychwstania jest ukazywanie się Jezusa. On pojawia się cieleśnie ze śladami ran w wieczerniku, pozwala się dotykać (Tomasz), każe podać sobie rybę, objawia się Marii Magdalenie, towarzyszy dwom uczniom  rozmawiając z  nimi w drodze do Emaus i spożywa z nimi posiłek, ukazuje się nad Jeziorem Genezaret. Te spotkania wywołują u uczniów wstrząs i niedowierzanie (Mk 16,8; Łk 24,36). Jak rozumieć te objawienia? Czy to realne fakty czy wytwór fantazji? Przeciw tej ostatniej interpretacji świadczą następujące okoliczności:
Po pierwsze, wierzący Żyd wierzył w zmartwychwstanie, ale wyłącznie jako wydarzenie na końcu świata. Było więc wręcz niemożliwe, by w głowach uczniów mogła zrodzić się myśl o czymś tak zaskakującym i niewiarygodnym jak zmartwychwstanie już teraz, w tym świecie.
Po drugie, w oczach uczniów Jezus ich całkowicie zawiódł. Jego śmierć była dla nich niezbitym dowodem, że „postawili na fałszywą kartę”, że zostali oszukani. Mieli prawo myśleć: Jezus to kolejny idealista, którego ideały roztrzaskały się o brutalną rzeczywistość tego świata. Nie tylko sama śmierć, lecz również jej sposób – umieranie jako przestępca na krzyżu - było dla każdego pobożnego Żyda, znającego Biblię dowodem, że Jezus został przez Boga przeklęty: „Bo wiszący jest przeklęty przez Boga” (Pp 21,23; Ga 3,1).
Po trzecie: jeżeli idea pustego grobu i ukazywania się Jezusa były wymysłem uczniów, tzn. wynikiem ich fantazji i „wewnętrznych obrazów”, to dla rozpowszechniania ich nie popełniliby przecież takiego błędu, by pierwszymi głosicielkami zmartwychwstania uczynić kobiety, ponieważ według żydowskiego prawa miarodajnymi świadkami byli tylko mężczyźni.
Po czwarte: od strony psychologicznej jest nie do przyjęcia, że ktoś jest gotów oddać życie za świadczenie o czymś, czego w ogóle nie było. Dla normalnie myślących ludzi jest to nie do zaakceptowania. Zresztą uczniowie są realistami. Ci dwaj z Emaus wracają z Jerozolimy pozbawieni wszelkich iluzji. Piotr i pozostali powracają do swego rybackiego zawodu nad Jezioro Galilejskie.
Niepodważalny fakt istnienia opisów o ukazywaniu się Jezusa jest wytłumaczalny tylko w ten sposób, że one faktycznie się wydarzyły. Ich świadkowie musieli przeżyć coś tak niewiarygodnego i porażającego, tak ewidentnego i nie do odrzucenia, że oni – Apostołowie oraz wiele kobiet i mężczyzn – na nowo porzucili tym razem nie tylko rodziny, ale także ojczyznę, by z orędziem o zmartwychwstaniu iść „na cały świat”, gotowi za te przekonania poświęcić i oddać wszystko, włącznie z życiem. Czegoś takiego nikt nie czyni dla „jakiejś wyimaginowanej historii”! I ponieważ ta mała, najpierw przerażona i rozbita grupka ludzi, wtedy coś tak wstrząsającego i niebywale Nowego przeżyła, ponieważ torturowany i zabity na krzyżu ukazywał  im się jako Żyjący z  ranami na przemienionym ciele, ponieważ On otworzył im oczy na „rozumienie Pisma” i na Jego własne słowa i czyny za życia, w końcu ponieważ posłał ich z Dobrą Nowiną o Zmartwychwstaniu i Zbawieniu na cały świat – tylko dlatego istnieje dziś chrześcijaństwo, i tylko dlatego my jako chrześcijanie świętujemy Wielkanoc i żyjemy Nieskończenie Wielką Nadzieją sięgającą poza doczesność i grób.


Ks. Jerzy Grześkowiak


Umieram w Tobie – zmartwychwstaję w Tobie!
I czuję krzyża ciężar, gwoździe w dłoni
I śmierć na krzyżu – chłód wilgoci w grobie
I zimno w całym ciele, ciszę w skroni…

Umieram w Tobie – zmartwychwstaję w Tobie!
I czuję żywy oddech i krwi bicie,
I uwolnione nagle ręce obie,
I w stopach moich zmartwychwstaje życie…

Umieram w Tobie – zmartwychwstaję w Tobie!
I jasne oczy mam, wyciągam ramię –
I czuję – opadł grobu wielki kamień…

I żywy ponad życie w słońcu stoję,
I ciało me jest wiarą, krew pokojem,
Umarłszy w Tobie – zmartwychwstawszy w Tobie!
                            Wojciech Bąk

Słowo na II niedzielę Wielkanocy


Apostoł Tomasz: niewierny – wątpiący - szukający?
        
            Przez zamknięte drzwi wszedł Chrystus
            I położywszy dłoń na mojej głowie, rzekł:
            „To ty jesteś dowodem mojego istnienia,
            Tomaszu, gdyż jesteś moją otwartą raną,
            Miejscem cierni, gwoździ i włóczni”
                        Roman Brandstaetter

 

W drugą niedzielę Wielkanocy tradycyjnie słyszymy w kościele Ewangelię o Apostole Tomaszu, któremu trudno dać wiarę kolegom relacjonującym mu z pasją, że ukrzyżowany Jezus zmartwychwstał i ukazał się im zgromadzonym w wieczerniku.  „Widzieliśmy Pana!” Tomasz nie może uwierzyć, podobnie jak przedtem oni sami nie wierzyli słowom Marii Magdaleny i jej przyjaciółek.
Tomasz miał przydomek Didymos, czyli „bliźniak” - bliźniak w realu, ale także w przenośni: „bliźniak naszych wątpliwości”! Tomasz - ktoś kto chce wszystko wiedzieć, wszystko i bardzo dokładnie, precyzyjnie, kto potrzebuje namacalnych dowodów. To, że inni mówią, iż Jezus wyszedł z grobu i przenika także przez zamknięte drzwi – nie ma dla niego znaczenia, jemu to nie wystarcza. On musi zobaczyć Jezusa na własne oczy, musi widzieć Jego rany i ich dotknąć. Bo tylko takiemu Bogu może uwierzyć, który nosi na sobie rany i zna ból człowieka poranionego przez życie.
Tomasz, widząc potem własnymi oczami rany Jezusa, już nie czuje potrzeby ich dotykania. Już samo widzenie dokonało w nim przemiany. Wątpliwości pierzchły, ich miejsce zajęła wiara. Już nie chodzi tu więcej o Tego, którego można widzieć, dotknąć i wziąć w ramiona, lecz o Tego, który z tymi ranami jest uwielbiony, wywyższony u Boga, który jest Bogiem. To głębokie duchowe przeżycie i doświadczenie wypowiada Tomasz w słowach: „Pan mój i Bóg mój!”. Ten okrzyk jest wyznaniem wiary, wypowiedzianym z głębin poznania nie rozumem, lecz sercem. Tu kłania się Blaise Pascal: „Wiara to doświadczać Boga sercem, nie rozumem”.
Jezus poprzez stojącego przed nim Tomaszem widzi także nas, tych, którzy „nie widzieli”, których przy tamtym Jego objawieniu się nie było. I ogłasza nas „błogosławionymi”! Jesteśmy błogosławieni, jeżeli nie polegamy tylko na tym, co dotykalne, sprawdzalne, lecz ukierunkowujemy całą naszą egzystencję na Niego i z Nim. Jemu można zaufać i zawierzyć, bo jako naszemu Bratu nie są Mu obce nasze zranienia, a jako Zmartwychwstały przynosi nam Boży Pokój!
Może mówisz: „Chciałbym wierzyć, ale nie potrafię, stale napadają mnie wątpliwości”.  Kto tak mówi, już jest wierzącym. Wiara i wątpienie należą do siebie. Nie ma wiary bez pytań. Wiara nie wyklucza zwątpień, lecz je implikuje. Kto jeszcze nigdy nie wątpił, nie jest prawdziwie wierzącym. Wątpienie jest drogą do wiary.
Wierzyć, po łacinie credere – pochodzi od cor dare, czyli „dać komuś, powierzyć komuś serce”.  Tomasz swoim zachowaniem mówi: „Moje serce mogę tylko wtedy komuś powierzyć, gdy wiem: Jemu nie są obce moje ciemności i moje rany. Wierzyć mogę tylko temu, kto może i chce dzielić moje życie. Chrystus unoszący się gdzieś w niebieskich przestworzach, który nie zna cierpienia tego świata – jakie znaczenie mógłby On mieć dla mnie, dla mojego życia?” 
Tomasz pytał zatem w duchu, czy Zmartwychwstały Jezus jest nadal tym, który wie, co znaczą zranienia, łzy i cierpienie? Czy stoi nadal – jak wtedy, gdy z Nim przemierzali palestyńska ziemię słuchając Jego Dobrej Nowiny - po stronie małych, słabych, chorych, ubogich, wykluczonych?
 Chrystus zrozumiał to pytanie Tomasza zawarte w stwierdzeniu: „Jeżeli nie włożę mego palca w Jego bok, nie uwierzę”. Każe mu zatem dotykać swoje już teraz chwalebne rany. One są dla Tomasza niejako „dowodem osobistym” Jezusa, trwałym „znakiem rozpoznawczym”. Jezusowe rany mówią: „Także po moim Zmartwychwstaniu jestem po stronie wszystkich poranionych przez życie, przez los, przez ludzką podłość i okrucieństwo!
Czy Tomasz faktycznie dotykał ran Jezusa, tego nie wiemy. Załóżmy, że tak. To dotknięcie uleczyło jego wątpienie. Odtąd nie jest on „na zewnątrz” wspólnoty Apostołów, lecz wewnątrz niej,  My też należymy do „wspólnoty Jezusa”, jeżeli poruszają nas, wzruszają „zranienia powstałe z miłości”, jeżeli naszym życiem kieruje prawo miłości. Do tego potrzebny jest mocny punkt oparcia. „Dajcie mi mocne oparcie, a ruszę z posad, z zawiasów świat” – mówił Archimedes. Tym punktem oparcia w naszym życiu jest Jezus Chrystus. Czerpiąc z tego centrum mogę kochać i odkryć moje posłannictwo i zadania, i być może wtedy „rany miłości” przemienią się  w „cud miłości”.
I jeszcze jedna myśl: Zmartwychwstały przychodzi „do swoich” z pokojem – do wspólnoty wierzących, niepewnych, wątpiących, zawiedzionych, pytających, szukających, ufających. Dobrze jest wiedzieć, że Zmartwychwstały Pan ogarnia nas zawsze swoim miłosierdziem i pokojem, nawet wtedy, jeżeli nie jesteśmy tacy, jakimi być powinniśmy. Wątpiącego Tomasza bierze Jezus całkiem na serio. To, że Tomasz doszedł do wiary, było jednak też zasługą wspólnoty Apostołów. Nie odrzucili go z jego wątpliwościami. Nie wykluczyli. Potraktowali poważnie jego pytania i problemy. Taka postawa decyduje o autentyczności chrześcijańskich wspólnot: wzajemnie się akceptować i przyjmować - mimo wątpliwości, różnic w poglądach, mimo  grzechu i win. We wspólnocie wiary jeden dźwiga brzemiona drugiego.
Wątpienie nie jest grzechem – jest drogą do wiary. „Panie wierzę, ale wesprzyj mnie w mojej niewierze!”


Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Chryste, bądź dla nas jak Tomasz niewierny
Taki ciekawy i niemiłosierny
Dotknij naszego boku, spróbuj go otworzyć
I na krwi ciepłej palce swe położyć
Spróbuj domacać się, czy myśmy żywi
Czy już pomarli dawno - nieprawdziwi
Zechciej doszukać się chociażby drgnienia
Półmyśli, półpragnienia – najmniejszego cienia
Co własne w nas zostało…
Co się nie poddało…
Co nie zmieniło się w kamień kamienia

 

Ernest Bryll

 

Bo dla księdza – proszę księdza – to jest wszystko takie proste
Pan Bóg stworzył muchę, żeby ptaszek miał co jeść
Pan Bóg daje dzieci i na dzieci i na Kościół
prosta ręka – prosta ryba – prosta sieć

Może tak należy mówić ludziom cichym ufającym
obiecywać – deszcze łaski – światło – cud
lecz są także tacy którzy wątpią niepokorni
bądźmy szczerzy – to jest także boży lud


Zbigniew Herbert

Rozważanie na Wielkanoc

 

Wielkanocna reanimacja

            Zmartwychwstanie już we mnie działa – w radości, nadziei, 
            w woli i zdolności podążania za religijnie pojętą prawdą,
            w wytrwałości i czynnym zaangażowaniu na rzecz innych.
                                ks. Jan Sochoń


„Myślę, więc jestem” –  ta słynna sentencja filozofa Kartezjusza stanowi centralną wypowiedź i ideę nowożytnego i oświeceniowego myślenia. Bardziej niż sądzimy wycisnęła ta teza piętno na mentalności i ogólnym nastawieniu do życia człowieka czasów nowożytnych. Na pierwszym miejscu stoi myślenie, ludzki rozum,  świadomość człowieka, czyli jego głowa, zdolność do wynalazczości i obliczania, do planowania i konstruowania.  Jestem o tyle, o ile potrafię myśleć; kto dużo myśli, jest także dużo wart, kto jest mądrym myślicielem, jest w stanie wiele osiągnąć. Dlatego testy inteligencji cieszą się dużą popularnością, a dzieci ocenia się i odpowiednio klasyfikuje według ilorazu inteligencji.


I dopiero potrzebny był kryzys wiedzy i wiary w postęp, by powoli zaczęło zwyciężać prawidłowe pojmowanie człowieka, gwarantujące równą wartość i godność wszystkich, głoszące, że głowa nie jest ośrodkiem człowieka. Człowiek ma także serce. I stąd  słuszne jest powiedzenie: „Kocham, wiec jestem”. Wpływy wschodniej mądrości i wschodnich religii, a ostatnio nieszczęsna pandemia coronawirusa, pomogły nam na nowo odkryć głęboką prawdę: „Oddycham, dlatego jestem”. 


Jak ważny jest pierwszy krzyk noworodka – o tym wiedzą rodzące matki i ich mężowie, lekarze, położne! Z nim zaczyna się jego samodzielne życie.  Całe nasze życie zależne jest od tego pierwszego wdechu i wydechu. Kto żyje, oddycha i kto oddycha, ten żyje. Zanik oddechu oznacza śmierć. 


Kilkanaście razy dziennie słyszę wycie syreny pogotowia ratunkowego na sąsiedniej ulicy. Wozy pogotowia - wyposażone w ratujący życie sprzęt medyczny -  pędzą zawrotnie z przeraźliwym dźwiękiem syreny, by zdążyć na czas do kliniki. Najczęstsze przyczyny wezwania medycznej ekipy ratunkowej to wypadki drogowe, zasłabnięcia, trudności w oddychaniu, zawały serca, kollaps krwioobiegu. Zawsze przy tym istotne jest zapewnienie regularnego oddechu. Oddycham, więc jestem…


Wielkanoc to święto oddechu. W opisie stworzenia świata czytanym w noc paschalną słyszymy: Bóg pochylił się nad światem i uporządkował chaos tchnąc swoje życie, „swój oddech” w stworzony świat, a jako dopełnienie stwórczego dzieła stworzył człowieka, jego też obdarzając swoim „oddechem”. W języku biblijnym jedno i to samo słowo Ruah oznacza: Duch, oddech, życie. Bóg działa i wypowiada się w swoim stworzeniu - słusznie zatem modli się psalmista: „Wszystko, co oddycha, chwali Pana”. Bo oddech pochodzi od „Boga żywego”. Moim oddechem wdycham także Boga, moje ciało i krew są wzbogacane Jego życiem. Ten który sprawia, że oddycham i dlatego żyję, wstaję stoję, idę, biegnę, jest Bogiem Życia. Właśnie to Życie celebrujemy w  Paschalne Święta.


Niekiedy nasz oddech staje się krótki, płaski, spazmatyczny, „dech nam odbiera”, bo… poraża nas diagnoza, że złośliwy rak umiejscowił się we mnie, bo cierpię z powodu stresu i ustawicznych napięć w pracy zawodowej, bo partner lub partnerka mnie opuściła… Mimo wszystko nie poddam się, także wtedy chcę ufać i błagać: Oddychaj we mnie Duchu darujący mi życie Boga!

 
Przecież całe stworzenie oddycha tym stwórczym Bogiem i w tej nadziei zakotwiczony św. Franciszek z Asyżu wyśpiewał swoją wielkanocną „pochwałę słońca”. Ziemia, woda i słońce są jego i naszymi siostrami, księżyc, wiatr i ogień braćmi, cała natura i wszystkie stworzenia to „nasze rodzeństwo” obdarzone tym samym Bożym oddechem. Taka jest wielkanocna prawda wiary o człowieku i świecie głosząca zbawienie pośród obecnych kryzysów świata i przyrodniczego środowiska. Wielkanoc to Boża reanimacja. Bóg chce w nas tchnąć nowe życie i woła: „Ja jestem Panem, Twoim Bogiem, Bogiem jednego nieba i jednej ziemi dla wszystkich”. Kto się otworzy i pozwoli, by ten Bóg w nim oddychał, nauczy się szacunku dla siebie samego i dla bliźnich oraz prawidłowego, czyli braterskiego traktowania wszelkiego stworzenia.


Wielkanoc – święto nowego oddechu! Zaczerpnijmy spokojnie więcej powietrza. Czy czujesz, jak to dobrze czyni, gdy w spokoju głęboko oddychasz, świadomie wciągasz powietrze i je wydalasz, wdech i wydech, wdech i wydech…. Tu też obecny jest Bóg, to On sprawia, że oddycham…


 I to właśnie dla tego Boga – „Boga-Życia” i „Boga Tchnienia-Oddechu” żył Jezus.  On chciał tylko jednego, by człowiek w pełni i prawdziwie żył – chory i grzesznik, wiarołomna kobieta, oszust podatkowy, trędowaty, niewidomy od urodzenia, paralityk, opętany przez szatana. Życie – dla tego programu Jezus oddał „swoje” życie. Pochylił się z miłością ku ludziom, rozpiętymi ramionami na krzyżu objął wszystkich, by podźwignąć tych, którzy upadali albo którym z powodu nieszczęść „ziemia usuwała się spod nóg”, i oddał  Bogu swego ducha, swój ostatni oddech.


Arystoteles opisał przed około 2300 laty okrutną, odrażającą praktykę etruskich piratów. Jeńców przykuwali kajdanami do martwych zwłok swoich poprzedników - twarzą w twarz. Nieszczęśnicy musieli nieustannie wdychać smród rozkładającego się ciała i powoli sami umierali. Dla Arystotelesa był to symbol: życie ludzkie to stałe wdychanie fetoru psucia się, rozkładu, zgnilizny; żyjąc kroczymy ku śmierci.

 
Któż nie doświadczył już na sobie lub na innych poczucia bezradności i beznadziejności w sytuacji, gdy coś obumiera – coś z jasnego płomienia szczęściodajnej miłości, z zaangażowania w pracę, z sukcesów, z silnej wiary? Śmierć jest różnokształtna, wieloraka i różne są formy, w jakich jej zarodki i początki mogą nagle dopaść nas samych. Depresja, całkowite wyczerpanie, zwątpienie, nieuleczalna choroba, a myśląc w kategoriach globalnych - śmierć głodowa, terror, wojna. Wbrew naszej woli jesteśmy skuci niewolniczo ze śmiercią, co dosadnie wyraził

 

Rainer Maria Rilke:


Wielka jest Śmierć.
My do nie należymy,
do życia śmiejąc się kras.
Gdy w pełni życia stać sądzimy,
ona śmie płakać
w środku nas.


„Boża reanimacja dziś” – to znaczy: Kto dziś (np. podczas wielkanocnej liturgii lub w swej izdebce) czuje się samotny i opuszczony, przykuty do swego krzyża i nękany lękiem przed nieuniknioną śmiercią, niech się wsłucha w orędzie Zmartwychwstałego, że jesteśmy związani z Kimś innym: sam Bóg związał się ze śmiercią twarzą w twarz i zwyciężył! Odtąd nie życie umiera poprzez śmierć, lecz śmierć umiera zwyciężona przez Życie. A ci, których ożywia Boży oddech, sami stają się ratownikami i dawcami życia – metodą „usta w usta” dalej przekazują Boże Tchnienie i Życie, by w Bożej atmosferze i klimacie Ducha mogły żyć także przyszłe generacje. To wymaga „głębokiego i długiego oddechu”, czyli cierpliwości i wytrwałości, które może dać tylko Bóg, bo zbyt wiele wokół nas złego, zużytego, zakażonego i śmiertelnie niebezpiecznego „powietrza”.


 Wielkanoc to spotkanie z Tym, który jest Życiem. Zmartwychwstały Pan chce być z nami wszędzie.  Dlatego nieoczekiwanie zjawia się także wtedy, gdy żaluzje spuścimy i drzwi pozamykamy ze strachu, jak Jego uczniowie. Ale gdy przychodzi, na przykład w celebrowanej przez nas Eucharystii, nie strofuje, nie krzyczy, nie grozi, lecz delikatnie proponuje: „Pokój mój wam daję!” Nowe tchnienie owiewa wylęknionych i załamanych, gdy słyszą: „Jesteś zbawiony i pojednany, jesteś córką i synem Boga, możesz do mnie mówić „Ty”. Jezus otwiera okna i drzwi, aby świat mógł wejrzeć do środka i zobaczyć, co my tu właściwie czynimy, gdy śpiewamy radosne Alleluja, gdy rękę podajemy na znak pokoju i spożywamy ucztę. Tak to w liturgii realizuje się wielkie święto „uwolnionych”, świętowanie Nowego Stworzenia: otwarcie serc, umysłu i zmysłów, nowe usposobienie, zachwyt i entuzjazm, łaska zamiast kary, przebaczenie zamiast zemsty, dzielenie się zamiast chomikowania dla siebie. To jest reanimacja, zmiana dotychczasowego kursu: Zmartwychwstały zmienia śmiertelne struktury, które obiecują życie, ale kosztem drugich, i rozprzestrzenia nowe tchnienie. Głębokie wdychanie tych żywotnych  fluidów pokaże, kto na dłuższą metę wygra: zwiastun pokoju czy szwadron śmierci, pojednawcze objęcie w ramiona czy zaciśnięta pięść, braterskie otwarcie i współpraca czy mordercza konkurencja, śmierć czy Życie?


 Alleluja, Chrystus żyje! On sam oddycha w nas. Raduj się człowiecze!


Ks. Jerzy Grześkowiak


Pascha Anastasimon
Gdzież jest zwycięstwo twe, o śmierci?
Gdzie jest, o śmierci, oścień twój?
Zerwał trzeciego dnia pieczęcie
koronowany cierniem Król.

Gdzież jest zwycięstwo twe, o śmierci?
Światłością powalona straż - -
Głaz odepchnięty. Krzyż na wietrze:
pusty, odarty z żagla maszt.

Gdzież jest zwycięstwo twe, o śmierci?
Dłonią przebitą przaśny chleb
łamał i błogosławiąc części 
rozdawał Uczniom z Emaus.

Gdzież jest zwycięstwo twe, o śmierci?
Gdzie jest, o śmierci, oścień twój?
Wplątał mnie w szymonowe sieci
 z martwych powstały Pan i Bóg.

I - - bym pożywał - - dał swe Ciało
i Krwi niewyczerpany zdrój - -
Spod głazu grzechów - - zmartwychwstałem!
Gdzież jest, o śmierci, oścień twój?


                    Maciej Józef Kononowicz

Wielka Sobota

                

               Nie pamięta się ostatnich słów
                one są tak ważne
                że muszą być zapomniane
                aby dojrzewały ukryte
                w ciszy i tęsknocie
                Bóg jest Wielką Rozłąką
                więc toną w nim wszystkie
                nasze małe na wieczność rozstania
                                Anna Kamieńska


Pomiędzy Wielkim Piątkiem a Wielkanocą - Wielka Sobota: ponury dzień grobu Jezusa. Jego uczniowie i kobiety, które Mu towarzyszyły są w szoku, załamani, pogrążeni w rozpaczy. Dla nich to dzień pustki,  bez promienia nadziei, bez przyszłości. Ich umiłowany Mistrz i Przyjaciel został okrutnie zamordowany. Kamień, którym Józef z Arymatei zamknął wejście do grobu, oznacza rozłąkę na zawsze. Przerażająca ostateczność. Niewypowiedzialny ból. Dlaczego Jego, w którym uznali Mesjasza Bożego, to spotkało?  Czy to możliwe, że taki jest Bóg? -  Bóg, który cierpi i umiera….


Tylko ten,  kto stracił kogoś bliskiego, wie co znaczy „Wielka Sobota”. Dzień bez perspektyw, bez drogi przed sobą, bez odpowiedzi na dręczące pytania, bez nadziei. Dzień, w którym Bóg milczy. W którym kram świata toczy się dalej, a własny świat zapada się, zamiera, ulega zagładzie. Dopiero inny Poranek – Świt Zmartwychwstania zakpi sobie z mocy śmierci!


W norymberskim procesie hitlerowskich wojennych katów i zbrodniarzy zjawił się jako świadek człowiek, który długi czas żył w grobie na żydowskim  cmentarzu w Wilnie. To była jedyna kryjówka, gdzie on  i kilkanaścioro innych Żydów mogli jeszcze wegetować,  po tym, gdy  cudownym trafem udało się  im uniknąć komory gazowej. W jednym z grobów młoda kobieta urodziła syna. 80-letni grabarz, przyodziany w pogrzebowy strój, pomógł jej przy porodzie. Gdy  nowonarodzone niemowlę wydało swój pierwszy krzyk, ów stary człowiek zawołał: „Wielki Boże, czy wreszcie  zesłałeś nam Mesjasza? Bo kto inny, jak tylko sam Mesjasz,  mógłby się urodzić w grobie?”


Jezus musiał zostać  złożony do grobu, aby stać się „Chrystusem”, czyli Tym, przez którego Bóg pokonał śmierć!!!


    Wielka Sobota to jedyny dzień w roku kościelnym bez jakichkolwiek aktów liturgicznych.  To dzień ciszy, smutku, wręcz żałoby po śmierci Jezusa, ale nie dzień rozpaczy, bo na horyzoncie jaśnieje z wiary Kościoła zrodzona pewność Zmartwychwstania. Jedyną czynnością wspólnoty Kościoła w tym dniu jest modlitwa  -„Modlitwa Godzin”.


Wszystkie wielkie święta kościelne mają swój odpowiednik w Apostolskim Wyznaniu Wiary. Artykuł wiary, któremu liturgicznie odpowiada Wielka Sobota to słowa: „Zstąpił do piekieł” („descensus ad inferos”). Dziwny to i niejednoznaczny artykuł wiary, który stosunkowo późno, bo dopiero w drugiej połowie IV wieku, został  włączony do kościelnego wyznania wiary (sformułowany przez Marka Syryjczyka z Aretuzy), a który wielu współczesnym sprawia trudności w zrozumieniu. Co więcej nie istnieje żaden niepodważalny nowotestamentalny dowód w tej sprawie. Nawet św. Augustyn  w swoim dziele „Enchiridion” czyli w „Małym podręczniku”, napisanym około 423 roku, nie objaśnia tego artykułu wiary, gdyż najwyraźniej nie znajdował się on jeszcze w Credo Kościoła.


    Niejednoznaczność  tego artykułu wiary wynika z jednej strony z braku niepodważalnej bazy biblijnej, z drugiej  z tłumaczenia słów „ descendit ad inferos”. W polskim tłumaczeniu oddano ich sens słowami „zstąpił do piekieł”, natomiast w innych językach tłumaczy się je nieraz jako „zstąpił do królestwa śmierci” (np. w niemieckim „hinabgestiegen in das Reich des Todes”.  Ta prawda wiary może zatem mieć podwójne znaczenie.

 
    W pierwszym znaczeniu  Jezus „zstępuje” do „piekła” (łacińskie „infernum”, hebrajskie „gehenna”), czyli do miejsca ludzi nieszczęśliwych, potępionych na wieki. Tak rozumiano to zstąpienie od średniowiecza.  Wierzono, że zmarli idą albo do nieba („paradisus”), albo do czyśćca („purgatorium”), albo do piekła („infernum”). Ponadto  przyjmowano istnienie jeszcze dwóch innych „miejsc” podziemnych: „przedpiekła” albo „przednieba”– miejsca dla starotestamentalnych sprawiedliwych („limbus patrum”) oraz miejsca dla nie ochrzczonych dzieci („limbus puerorum”).

 
     W drugim znaczeniu Jezus zstępuje do „królestwa śmierci”, do królestwa zmarłych (hebrajskie scheol, greckie hades), czyli miejsca przebywania wszystkich zmarłych - tak dobrych jak złych. Tak pojmowano zstąpienie Jezusa po śmierci przez ponad tysiąc lat. 


    Reformatorzy do poprzednich interpretacji dodali nową, psychologiczną: „zstąpił do piekieł” oznaczało według nich, że Jezus na krzyżu przecierpiał prawdziwe „męki piekielne”, skoro umierając doświadczył gniewu Boga i pokusy ostatecznego zwątpienia.

 
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że  dla współczesnego człowieka dawne obrazy świata zawarte w Biblii nie mają żadnego znaczenia (ani obraz świata w Biblii Hebrajskiej mówiący o trzypoziomowym kosmosie: niebo, ziemia, świat podziemny, ani helleński obraz świata), to trudno się dziwić, że ten artykuł wiary nie ma dla współczesnych prawie żadnego egzystencjalnego znaczenia. Dziś  słowa „zstąpił do królestwa śmierci” należy rozumieć jako symboliczny opis  w rozumieniu Kościoła pierwotnego, mówiący o tym, że zmartwychwstały Chrystus głosił Dobrą Nowinę zmarłym, przede wszystkim Ojcom Izraela, aby ich zabrać ze sobą do Królestwa Boga. Szwajcarski teolog Hans Kűng pisał: 
    Zstąpienie do królestwa zmarłych, pojęte symbolicznie, to nie przejaw     cierpienia, ostatni akt poniżenia, nie, to pierwszy akt triumfu i wywyższenia.     Dlatego też zejście do świata podziemnego można także dzisiaj    rozumieć     jako symbol możliwości zbawienia również przedchrześcijańskiej, a więc     niechrześcijańskiej ludzkości: symbol możliwości zbawienia ludzi pobożnych     z epoki Starego Testamentu, tych, do których nie dotarła nauka     chrześcijańska, a nawet wszystkich umarłych. 
Potwierdzeniem słuszności takiej interpretacji jest  ikonografia Kościołów Wschodnich. W sztuce bizantyjskiej zstąpienie Jezusa do królestwa śmierci przedstawiano od VII wieku jednoznacznie jako „anastasis”, czyli jako zmartwychwstanie, i to jest zasadniczy sposób przedstawiania Zmartwychwstania w Kościele Wschodnim (rozpowszechniony również na Zachodzie od XI wieku). Na pięknych i mądrych ikonach widzimy Chrystusa, naprzeciw spętanego szatana i piekielnej otchłani, który pociąga ku sobie, ku górze, ludzi zmarłych przed Jego wcieleniem. Na wielu z nich widnieje Chrystus w mandorli symbolizującej chwałę niebieską, burzący bramy owego szeolu; jedną ręką podnosi z otchłani śmierci ukoronowaną postać Ewy, drugą zaś równie ukoronowaną postać biblijnego Adama. Oboje reprezentują tu każdego z nas; zaś owe korony widniejące na głowach naszych biblijnych prarodziców oznaczają chwalebne przemienienie człowieka w „nowe stworzenie i obdarowanie go nową godnością.


    W przeżywaniu Wielkiej Soboty pożyteczną inspiracją może być dla nas ciekawa refleksja kard.  Józefa Ratzingera, którą warto zabrać ze sobą jako medytację podczas wielkosobotniego odwiedzania Grobu Jezusa! 


    W Wielki Piątek mimo wszystko nasz wzrok spoczywa na Ukrzyżowanym,     natomiast Wielka Sobota jest dniem „śmierci Boga”, dniem wyrażającym     niesłychane doświadczenie naszego wieku, że Bóg wydaje się nieobecny, że    grób kryje Go tak, że się już nie obudzi i nie przemówi; nie trzeba Go już     nawet negować, wystarczy po prostu ignorować. ”Bóg nie żyje i to my zabiliśmy      Go” – te słowa Nietschego należą, co do języka, do tradycji pobożności     opartej na Męce Pańskiej, wyrażają treść Wielkiej Soboty: zstąpienie do piekieł.     (…) Nasuwa się tu historia dwóch uczniów idących do Emaus (Łk 24,13-35).     Zawiedzeni, zdezorientowani, mówią o śmierci swej nadziei. W ich mniemaniu     nastąpiła jakby śmierć Boga: moment, w którym, wydawało się, że    Bóg     przemówił, zgasł naraz… Posłany przez Boga nie żyje, nastąpiła zupełna     pustka. Nic już nie daje odpowiedzi. Lecz kiedy ci dwaj uczniowie mówią o     śmierci swej nadziei, kiedy nie potrafią już dojrzeć Boga, nie zauważają, że Bóg     stoi pośrodku nich. W ten sposób artykuł wiary o zstąpieniu Pana     do piekieł przypomina nam, że do objawienia     chrześcijańskiego należą nie     tylko    słowa Boga, lecz także milczenie Boga… Tylko wówczas, gdy     doświadczyliśmy Go jako Milczenia, możemy     mieć nadzieję, że dosłyszymy     Jego słowo, które rozlega się w milczeniu…

 
Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Zstąpienie Chrystusa do piekieł

Umęczona do dna jaźń uszła ze straszliwego
Ciała cierpienia porzucając je. W górę.
A ciemność przeraziła się samej siebie
i na śmiertelną bladość
rzuciła nietoperze – I jeszcze wciąż wieczorami
kołysał się w ich lotach lęk przed dotknięciem
wystygłej męczarni. Ciemny, zmącony dech
zamierał nad zwłokami, a w mocarnych,
bezsennych zwierzętach nocy rosła głuchota i niechęć.
Jego zbawiony Duch krążył nad krajobrazem,
jakby tam zostać chciał jeszcze. Cierpieniu jego już dość
było doznania. I zgodne
wydały się nam sprawy pochłonięte nocą.
Jak zasmucona przestrzeń sięgnął wysoko nad siebie,
ale ziemia zapiekła w pragnieniu Jego ran.
Ale otwarła się skała i krzykiem wołała przepaść.
On, znawca kaźni, usłyszał jęk
piekła żądnego nowiny
o wypełnionym trudzie. I wiedział, że nad kres 
(bez końca) jego ofiary ono trwa własną męką.
I runął duch całą pełnią zdjęty ciężaru
Tworzenia. On zaś kroczył jak zwiastun 
przez poblask niesamowity pasących się cieni –
wzniósł oczy na Adama. Spiesznie 
podążył niżej, zniknął, pojawił się i zapadł  
w zdziczałe głębie sztolni. Nagle (wysoko) nad grzywą 
spienionej wrzawy, na smukłą 
wieżę swej łaskawości wstąpił. Bez tchu, 
bez tła – Pan cierpienia – i milczał.


                        Reiner Maria Rilke

VII medytacja na Wielki Post


Na krzyżu między ziemią a niebem

Od ręki, od kamienia, od młota, od koła
Potoczyły się dzieje w bezdziejach –
I drzewo dosłużyło się krzyża
Mieczysław Jastrun


Nowy okrutny ból zadano Zbawicielowi, gdy oprawcy zdarli z Jego ciała przyschniętą do krwawych ran szatę. Mdlejącemu z bólu podali gorzki napój zaprawiony żółcią, mirrą i octem. Jezus nie chce przyjąć odurzającego napoju. Chce zachować dla siebie pełną - również po ludzku pełną - miarę cierpienia. Nie chce w niczym umniejszyć tortury ukrzyżowania. Ono ma objąć całe ciało, przeniknąć cały organizm. To ciało, o którym napisano: „Ofiary ani daru nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało. Oto idę, abym spełniał wolę Twoją Boże” (Hbr 10,5-7). To ciało zostało na Golgocie odarte z szat. Bóg przyszedł na tę ziemię w Betlejem jako nagie niemowlę, bez szat. Teraz na krzyżu - obnażony Bóg, który przyodziewa cały świat. Nawet nie pozostawili Mu jedynej Jego szaty.
Świat chciał ujrzeć Boga w całej prawdzie – „Boga nagiego”! Kard. Stefan Wyszyński powiedział: „Odsłonił się Bóg, a ty chciałbyś przejść przez życie nie obnażony? Twoje najbardziej osobiste sprawy są własnością wspólną, społeczną i przynoszą społeczeństwu dobro lub zło.”
Nieraz odczuwamy swe życie jako „odarcie z szaty”. Ale boleśniejsze niż  odarcie  z „szat materialnych”, jest odarcie z szat ducha, z wolności, z praw umysłu, woli i uczuć. Można obrabować człowieka do końca, ale najważniejsze w nim zostanie - godność dziecka Bożego.
„Gdy przyszli na miejsce, zwane Czaszka, ukrzyżowali tam jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Lecz Jezus mówił: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,33-34).
Oprawcy bezlitośnie rzucają wyczerpanego Jezusa na drzewo krzyża. Ręce, które torturują, ręce, które wbijają gwoździe w dłonie i w stopy Jezusa. Ręce, które wznoszą krzyż z przybitym doń Jezusem.
I dłonie Jezusa, które leczyły i błogosławiły, teraz już nie mogą czynić dobra. Błogosławione stopy Jezusa, które nosiły Dobrą Nowinę, już jej nieść nie mogą.
Ciało skazane na godziny męczarni, na czas straszliwej agonii w objęciach sztywnych ramion krzyża. Jezus uwięziony na krzyżu. Już nie może nic czynić. Może  rozmawiać z Ojcem i modlić za oprawców. I skruszonemu złoczyńcy - niebo obiecać. I jeszcze matkę swoją Maryję opiece Jana powierzyć. I przed Ojcem się pożalić, że jest taki samotny, iż ma wrażenie, że Go całkowicie opuścił. A mimo to oddać się Jemu całkowicie: „Ojcze, w ręce Twoje oddaję ducha mego”.
Każdy człowiek nie tylko swoją postacią, gdy rozłoży szeroko ramiona, przypomina krzyż; on sam jest krzyżowany w różnoraki sposób przez życie. Krzyż to także zaznanie ogólnej niemocy, niemożności jakiegokolwiek działania. Ale nawet wtedy, w różnych „przybiciach do krzyża”, mam szansę  wznieść swego ducha ku Bogu i oddać Mu to, co we mnie Boże!
Przyjmę z zaufaniem moje osobiste krzyże, do których jestem raz po raz przybijany, bo także w nich jest ukryty jakiś dar, jakieś nieznane mi jeszcze dobro. Unieruchomiony, zniewolony – mogę przecież jeszcze rozmawiać z moim Bogiem i modlić się za Kościół i za ludzkość. Bo krzyż jest nie tylko męką i cierpieniem, lecz także Zbawieniem. W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie, w krzyżu miłości nauka! 
„Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Po tych słowach wyzionął ducha” (Łk 23,44-46).
Jezus w agonii. Największa i najważniejsza chwila w dziejach stworzonego świata. Dawca życia, zawieszony między niebem a ziemią. Zawieszony między łotrami. Żałującemu obiecuje „jeszcze dziś” zbawienie. Gdy umiera – życie daje. 
Gdy Jezus umierał, pozostały przy Nim tylko najwspanialsze charaktery: Maryja i Jan – Matka Słowa Wcielonego i autor Prologu o Słowie Odwiecznym. Zapewne też Maria z Magdali. Pozostało pod krzyżem to, co najszlachetniejsze. Pod krzyżem mogą wytrwać tylko Wielkie Duchy! Swoją Matkę daje Jezus nam wszystkim za matkę. Modli się za swoich oprawców. Wykrzykuje w Niebo swoje opuszczenie. Ducha oddaje w ręce Boga Ojca i skłoniwszy głowę na piersi umiera wołając: „Wykonało się!” 
Św. Paweł mówi: „Stał się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,8). Przyjął śmierć – prawdziwie ludzką śmierć, zadaną przez człowieka i posłuszeństwem „aż do śmierci” – przezwyciężył śmierć. Pokonał śmierć, bo zwyciężył grzech. Grzech ma swój korzeń w nieposłuszeństwie stworzenia wobec Stwórcy i Ojca – a owoc w śmierci. Jezus w śmierci otrzymuje na nowo od Ojca dar Życia: początek Nowej Ziemi i Nowego Nieba. To dlatego religia Chrystusa jest religią optymizmu. W niej śmierć nie jest końcem. A Chrystus na krzyżu jest sztandarem ludzkości i wszystkich, którzy w Panu umierają.
Krzyż - znak klęski, znak cierpienia, znak bezbronności, znak pohańbienia – stał się mocą Boga znakiem Zwycięstwa. Krzyż - znak losu, który Bóg podzielił z człowiekiem. Razem z człowiekiem przyjął mękę, klęskę, samotność, zniósł szyderstwo, okazał bezbronność i wybaczył prześladowcom. „Krzyż stał się nam bramą” (C. K. Norwid).
Krzyż pozostaje za nami – przed nami Życie. Po Wielkim Piątku przychodzi nadzieja Wielkiej Soboty. A po niej przyjdzie triumf Wielkiej Niedzieli Zmartwychwstania.


ks. Jerzy Grześkowiak

 

O podniesiony na krzyżu, o Chryste,
Wyciągnij ku nam przebite ramiona!
Gdy duch w ciemnościach omdlewa i kona,
Ty nad nim rozpal swe światło wieczyste!

O podniesiony na krzyżu, o Panie!
Z otchłani wieków wołamy ku Tobie.
Ty zbaw swe wierne, a nawiedź je w grobie
I ducha ożyw, i daj zmartwychwstanie!
Maria Konopnicka

Proszę nakliknąć aby powiększyć.

Niedziela Palmowa

 

                    A Pan Jezus jechał bardzo smutny,
                    bo Go czekał ból i śmierć okrutna,
                    to nad Jego śmiercią ulicami
                    tłum powiewał, powiewał palmami
                                Antoni Gołubiew

 

Niedziela rozpoczynająca Wielki Tydzień nosiła w historii różne nazwy. Jej obecna nazwa  „Niedziela Palmowa” pochodzi od obrzędu poświęcenia palm, po którym następuje procesja wspominająca wjazd Jezusa do Jerozolimy. Po tej radosnej części celebracji zmienia się nastrój na poważny, ponieważ w drugiej części liturgii  czyta się Mękę Pańską i sprawuje Eucharystię. Robert Féry pisze:
To święto w pewien sposób pozwala nam usłyszeć dwa pierwsze fragmenty koncertu, którego radosne allegro trwa tylko tyle, co przejście pochodu, po czym rozlega się długie andante, rozwijające swoje motywy przez kolejne dni Wielkiego Tygodnia, a na ostatnią radosną część trzeba czekać aż do nocy Paschy, aby usłyszeć ją w  formie Alleluja.
Ewangeliści opisują szczegółowo ostatnie pielgrzymowanie Jezusa do Jerozolimy. Przychodzi z Jerycha, a za Nim podąża wielka rzesza, do której dołączyli dwaj uzdrowieni niewidomi (Mt 20,29-34). Droga prowadzi przez Betanię i Betfage. Widok z Góry Oliwnej na święte miasto jest imponujący, robi ogromne wrażenie, co potwierdzi każdy współczesny pielgrzym do Ziemi Świętej. Jezus ogarnia wzrokiem miasto i świątynię. Jerozolima jest poruszona. Lud od bardzo dawna oczekuje wyzwoliciela. Ale Jezus nie przychodzi jako zwycięski wódz na bojowym rumaku, lecz jako pokojowy Mesjasz, który wie, że bliska jest „Jego godzina” i że spełnia się proroctwo Zachariasza: „Oto Król  twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny – jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy” (Za 9,9). Wie też, że to właśnie On będzie „cierpiącym Sługą” zapowiedzianym przez Izajasza. Z tłumem Jemu towarzyszącym idzie pod górę do Jerozolimy, a ludzie z miasta wychodzą  naprzeciw. Jego uczniowie nie posiadają się z radości, bo oto nadeszła oczekiwana chwila triumfu. Ludzie rozpościerają płaszcze przed Jezusem siedzącym na osiołku, ścinają gałęzie z palm i z drzew oliwnych i wymachując nimi skandują okrzyki: „Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie! Hosanna na wysokościach!” (Mt 21,1-11).
Procesja w Niedzielę Palmową jest obrzędowym naśladowaniem tamtego wydarzenia, a  o tym, że chrześcijanie już wcześnie ją praktykowali, świadczy opis Eterii w jej dzienniku z podróży do Jerozolimy (IV wiek). Opowiada ona, że lud gromadził się na szczycie Góry Oliwnej o godzinie jedenastej. Po odczytaniu fragmentu Ewangelii o wjeździe Mesjasza (Mt 21,1-11) ruszano w drogę do miasta.
Cały lud wstępuje na Górę Oliwna (…),  również biskup. Śpiewają hymny i antyfony (…) mówiąc: ”Błogosławiony, który przybywa w imię Pańskie”. (…) I wszystkie dzieci tamtejsze – nawet takie, które jeszcze chodzić nie mogą, bo są słabe i obejmują szyje swoich rodziców – trzymają gałązki, jedne palm, inne oliwek, prowadzą biskupa w ten sposób, jak wówczas prowadzono Pana. I tak idą wszyscy pieszo ze szczytu góry do miasta, a potem przez całe miasto do Anastasis (tj. bazyliki Zmartwychwstania); wśród idących są znakomite niewiasty i panowie; prowadzą biskupa, powtarzając „Błogosławiony”.
Losy tej religijnej manifestacji układały się w historii różnie w zależności od tego, do kogo należała Jerozolima (mahometanie, krzyżowcy). W 1648 roku procesja została zakazana, a stary zwyczaj wznowiono dopiero w roku 1933 - w jubileuszowym Roku Świętym Odkupienia.  Obchody  Niedzieli Palmowej z procesją rozpowszechniły się z Jerozolimy na cały świat - najpierw na Wschodzie, zwłaszcza w Syrii i  Egipcie, potem na Zachodzie (IX wiek), gdzie akcent uprzednio był bardziej położony na opisie Męki Pańskiej według św. Mateusza, najpóźniej w Rzymie, bo dopiero w XII wieku. 
Z czasem przyjął się zwyczaj, że wierni wracali z procesji do domu z palmą – znakiem zwycięstwa, lub z gałązkami oliwnymi, wawrzynowymi czy pęczkami bukszpanu, które - na przykład według zachęt Mszału z Bobbio (VII wiek) – miały być zachowywane jako lekarstwo na choroby i podstępy szatana. I tak do dziś poświęcone gałązki umieszcza się na domowym ołtarzyku, przyczepia do krzyża, do przydrożnych i polnych kapliczek, składa się na grobach jako znak zwycięstwa i życia. Zwyczaje typowo polskie opisuje malowniczo Zofia Kossak-Szczucka:
W Palmową Niedzielę każdy kościół polski zakwita wiązankami wierzbiny, modrzewiu, borówek, borowinku, jak gdyby całe gaje weszły do świątyni oddać hołd Zbawicielowi. Wierzbina usiana białymi kotkami – to polska palma wdzięczna i pokorna. (…) Wychodząc po nabożeństwie z kościoła należy połknąć parę poświęconych baziek. Miękkie, kosmate, z trudem przechodzą przez krtań, lecz zabieg wart jest trudu, chroni bowiem od chorób gardła na przeciąg roku.
Słuszność przekonania w ludowej tradycji o leczniczych właściwościach wierzbowych baziek potwierdzają odkrycia z początku XX wieku, że wierzba zawiera  kwas acetylosalicylowy, z którego wytwarzana jest aspiryna. Według dawnych wierzeń połknięte „kotki” zapobiegały chorobom gardła, sproszkowane i dodane do naparów z ziół posiadały moc uzdrawiającą, a zmieszane z ziarnem siewnym i podłożone pod pierwszą skibę zapewniały urodzaj. Palmy z wierzbiny po procesji stawiano  w oknach, by odwracały pioruny, a prochem powstałym po ich spaleniu posypywano głowę w środę popielcową następnego roku.
W realiach naszego kraju „gałęzie palmowe” z Jerozolimy lub stosowane przez chrześcijan na Południu Europy zastąpiono rodzimymi krzewami i roślinami. „Palmy”, które przygotowuje się w Polsce do poświęcenia, mają na ogół postać ozdobnych kompozycji z kolorowych, żywych lub suszonych kwiatów, zbóż, bazi, zielonego bukszpanu. W dawnych czasach były to wiązanki z  gałązek wierzby, leszczyny, cisu, jałowca i dzikiego wina, czyli tych krzewów i drzew, które według ludowych opowieści, gdy cała przyroda pogrążyła się w żalu po ukrzyżowaniu Chrystusa, najbardziej opłakiwały Zbawiciela. Do takiej wiązanki nie było jednak wolno włączać gałązek topoli, ponieważ według legendy ona – dumna i wyniosła – nie ugięła swych gałęzi na znak żałoby po Chrystusie. Z tego powodu listki topoli po wiek wieków muszą drżeć z trwogi przed Bożym majestatem.
Hosanna! – „Błogosławiony, Król, który przychodzi w imię Pańskie. Pokój w niebie i chwała na wysokościach!” (Łk 19,38) - tym radosnymi okrzykami zachwyconego tłumu, towarzyszącymi wjazdowi Jezusa do Jerozolimy, rozpoczyna się ostatni tydzień Jego doczesnego życia. Słowa są prawdziwe, ale wydźwięk  fałszywy. Bo po entuzjastycznym powitaniu ów zachwyt w kilka dni później przemienia się w diametralne przeciwieństwo - w wołanie: „Ukrzyżuj, ukrzyżuj Go!” (Łk 23, 21). Dlaczego? Bo Jezus, w którym pokładano wielkie nadzieje, że okaże się potężnym królem, owe tłumy całkowicie zawiódł. Bo nie przyjął i nie spełnił roli, jakiej od Niego oczekiwano. Człowiek ma czcić i wielbić Boga, a nie swoje marzenia. Nasze wiwatowanie i gloryfikujące okrzyki należą się Bogu i Jego woli, a nie zamkom budowanym w powietrzu lub na lodzie.  Orędzie Jezusa nie ma na celu spełnienia naszych osobistych czysto doczesnych tęsknot. Jego życie i przepowiadanie są w gruncie rzeczy prowokacją, która obnaża nasze życzenia i marzenia właśnie „w tym czułym miejscu”, gdzie one są naznaczone miłością własną, albo miały się realizować kosztem drugich.
„Hosanna!” - krzyczy jerozolimski tłum. Na fali tego zachwytu Jezus mógłby wraz z nim przepędzić ówczesnych władców i zaprowadzić Królestwo Boga! Ale nic takiego się nie dzieje! On zamiast święcić triumf i delektować się popularnością i sukcesem, ma na oku inny cel: wnętrze człowieka, jego odnowę, zbawienie. Z punktu widzenia świata zawiódł całkowicie! I o tym mówi czytana w drugiej części liturgii Niedzieli Palmowej pasja – opis męki i śmierci Jezusa
On zawiódł lud, który zamiast się nawrócić, żąda jakichś nadzwyczajnych znaków i cudów!
Zawiódł uczonych w Piśmie i kapłanów, którym strach siedzi na karku, którzy lękają się o ich znaczenie i wpływy w zakresie religijnym. 
Zawiódł uczniów, którzy Go nie rozumieją. 
Na koniec pozostaje tylko pogarda, szyderstwo i naigrawanie się:
- przez strażników i żołnierzy, którzy sadystycznie rozkoszują się Jego bezsilnością, 
- przez Heroda, dla którego Jezus nie uczynił żadnego cudu, choć ten tak bardzo tego pragnął;
- przez Piłata, który obmywa swoje ręce na znak niewinności; 
- przez lud, bo Jezus nie spełnił jego oczekiwań i okazał się bezsilny; 
- przez łotra urągającemu Jezusowi z krzyża: „Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas”.
Tylko jeden przełamuje to pasmo szyderstwa – ów drugi łotr na krzyżu.  W przestępcy, który patrzy śmierci w oczy, zwycięża wiara i dlatego modli się: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego Królestwa”.
Niedziela Palmowa stanowi zaproszenie do osobistej refleksji: Jaką rolę odgrywam w pasji Jezusa - w Jego męce? W jakiej mierze i dlaczego jestem też winien Jego męki i śmierci? Z jakimi negatywnymi postawami tamtych oprawców i świadków drogi krzyżowej Jezusa winienem się identyfikować? Może pęknie coś w moim sercu, jak u skruszonego łotra, i poznam - jak on - że niemoc na krzyżu jest mocą miłosiernej Miłości?
Najpierw „Hosanna” – i krótko potem: „Ukrzyżuj go”.  Częściowo z tych samych ust i serc! Trzeba być  czujnym i  uważnym, by nie postępować podobnie, by nie wołać:  dziś „Hosanna”, a  jutro „Ukrzyżuj go!”.  W naszym świecie okrzyki  uznania, podziwu i zachwytu  z jednej strony oraz pogardy, odrzucenia, potępienia, linczu z drugiej, stoją tak blisko siebie. „Hosanna” może być  bardzo ciche, a nawet kryć się w milczeniu, w braku protestu; ale także  „Ukrzyżuj go!” może być anonimowe, wypowiedziane w skrytości, tylko szeptane. Istotne jest: obydwa tak różne wołania odnoszą się zawsze bezpośrednio także do Chrystusa obecnego w naszych bliźnich.


Ks. Jerzy Grześkowiak

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 29.2.2024 r.

w rubryce:

"Z notatnika redagującego - Jerzego Sonnewenda".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 89 32765499

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend