Bliżej Boga

Ks. Dr hab. Jerzy Grześkowiak

Jestem przekonany, że w Monachium, względnie w Bawarii żyje i pracuje co najmniej kilkudziesięciu absolwentów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Jako absolwent KUL z bólem dzielę się bulwersującymi atakami red. Zbigniewa Nosowskiego („Więź”) na tę zasłużoną dla Kościoła i Polski katolicką  uczelnię, na które odpowiada profesor Jacek Wojtysiak

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Anty-KULizm? 

pastedGraphic.png

Wywiad, którego weekendowemu wydaniu „Gazety Wyborczej” udzielił Zbigniew Nosowski, przedstawia fałszywy obraz Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Pracuję w tej uczelni, więc dobrze znam jej zalety i wady. Nigdy mi jednak nie przyszło do głowy, że jej istotą jest bycie „na służbie antysemickich bredni i władzy”. 

Unikam personalnych polemik. Unikam też zanudzania czytelników wewnętrznymi sprawami środowiska akademickiego, w tym mojej uczelni. Tym razem jednak miarka się przebrała. Redaktor naczelny „Więzi” przedstawił w „Gazecie Wyborczej” kilka kontrowersyjnych spraw związanych z kilkoma pracownikami KUL-u. Wywiad jest zredagowany tak, że czytelnik odnosi wrażenie, iż KUL jako całość jest przesiąknięty wielkim złem. Na dodatek redakcja Wyborczej.pl opatrzyła tekst tytułem: „Zbigniew Nosowski: KUL w PRL był oazą wolności. Gdzie jest teraz? Na służbie antysemickich bredni i władzy”. Choć ostatnia część tytułu jest parafrazą wypowiedzi Nosowskiego, tytuł ten (od którego Nosowski się nie odciął) „robi swoje”… Przykro mi, że Zbigniew Nosowski – którego zawsze ceniłem jako autentycznego chrześcijanina, interesującego publicystę i propagatora duchowości małżeńskiej – niekompetentnie lub nieuczciwie „oczyszcza” moją uczelnię.

Wywiad rozpoczyna się zdaniem, z którym w pełni się zgadzam: „W KUL skupia się jak w soczewce kilka problemów, z którymi borykają się dziś Kościół i intelektualne środowiska katolickie.” Rzeczywiście, KUL – na którym kształci się ponad dziesięć tysięcy studentów i pracuje około dwóch tysięcy nauczycieli akademickich i innych pracowników – jest miejscem, gdzie spotyka się wielu polskich katolików. Wykładowcy uczelni różnią się pod względem specjalizacji i poglądów na rozmaite kwestie, ale łączy ich wiara.  Nic więc dziwnego, że członkowie KUL-owskiej wspólnoty akademickiej rozmawiają o sprawach, „z którymi boryka się Kościół”. W patrzeniu na te sprawy nie ma jednak – doświadczam tego codziennie – żadnej jednolitości. Siłą KUL-u jest różnorodność.

Niestety, red. Nosowski nie dostrzega tej różnorodności. Nie dostrzega też, że na KUL-u pisze się liczne książki i artykuły (w tym książki i artykuły, które Nosowskiego mogą pozytywnie zainteresować), popularyzuje się wiedzę, prowadzi się debaty (z autentycznymi sporami!), podejmuje się rozmaite inicjatywy społeczne, przyciąga się zagranicznych gości i studentów z różnych krajów i środowisk itp. W „Wyborczej” (lub wybiórczej) wizji red. Nosowskiego całe życie KUL-u toczy się wokół trzech osób oraz sprowadza się do szerzenia antysemityzmu, prześladowania etyków, chronienia pedofili i przyznawania sobie punktów. Ciekawe, jak by się czuł Zbigniew Nosowski, gdybym cały dorobek „Więzi” sprowadził do kilku trudnych (i wyrwanych ze skomplikowanego kontekstu) faktów z jej dziejów, informując o nich w wywiadzie pt. „Więź” na służbie antykościelnych bredni i „Gazety Wyborczej”? Byłoby to równie nieuczciwe lub niekompetentne, jak red. Nosowski postępuje wobec KUL-u. Kto nie mówi pełnej prawdy tam, gdzie można i należy ją podać, jest kłamcą lub ignorantem.

Mam żal do Zbigniewa Nosowskiego nie tylko za (podawane świadomie lub mimowolnie) fałszywe uogólnienia. Przykro mi też, że doświadczony publicysta dogmatycznie trzyma się jednej wersji wydarzeń i nie próbuje życzliwie spojrzeć na racje drugiej strony. Poniżej spróbuję skrótowo przedstawić je z mojego punktu widzenia.

Red. Zbigniew Nosowski jest oburzony, że komisja dyscyplinarna KUL nie ukarała ks. prof. Tadeusza Guza za wypowiedź o rzekomych „mordach rytualnych”. Uważam, że komisja postąpiła roztropnie. Władze uczelni wyraźnie odcięły się od antysemityzmu, a już samo postępowanie komisji było czytelnym wezwaniem oskarżonego do unikania w swych wypowiedziach gorszących sugestii lub podtekstów. Natomiast ewentualna kara mogłaby zostać odczytana przez środowisko naukowe jako prewencyjne ograniczanie wolności w interpretowaniu źródeł historycznych. Więcej na ten temat pisałem na łamach gosc.pl. w tekście pt. „ O mordach rytualnych”. 

Red. Zbigniew Nosowski dopatruje się asymetrii w traktowaniu ks. Guza i ks. prof. Alfreda Wierzbickiego. Pierwszy ma być „chroniony”, a drugi – „piętnowany”. To nieprawda. Pomijając emocjonalne aspekty sprawy, z czysto formalnego punktu widzenia obaj są traktowani równo. Różnica polega tylko na tym, że postępowanie dyscyplinarne w sprawie pierwszego już (po kilku latach) się skończyło, a postępowanie w sprawie drugiego jest w toku i (w co wierzę) skończy się bez żadnych kar. W mojej opinii bowiem celem komisji dyscyplinarnych nie jest karanie. Chodzi raczej o kwestię szerszą, dotykającą nie tylko KUL, ale i całe środowisko akademickie. Otóż niektórzy akademicy – oprócz działalności naukowo-dydaktycznej – prowadzą aktywność publiczną lub publicystyczną. Problem polega na tym, że niekiedy zapominają, że ich wyrazisty lub kontrowersyjny głos bywa publicznie odbierany nie jako prywatna opinia, lecz jako głos uczelni, nauki, Kościoła itp. Władze i stosowne organy uczelni mają prawo do tego, by wszelkie takie sytuacje wyjaśniać, szukając równowagi między wolnością akademicką a dobrym (zgodnym z własnym profilem) imieniem. Zbigniew Nosowski chyba to rozumie. Różnica miedzy nami polega na tym, że on domaga się kar – ja jestem przeciwny karom. Poza tym domniemywam, że red. Nosowski dostrzega tylko jedno „magisterium”, które należy brać pod uwagę (to z ul. Czerskiej), ja zaś jestem przeciwny monopolom.

Według red. Nosowkiego, „KUL jest obiektem ostracyzmu ze strony poważnych uczonych”. Skomentuję to anegdotą. Otóż pewien polski katolicki uczony odmówił uczestnictwa w konferencji na KUL-u po to, by wyrazić swój sprzeciw wobec „prześladowania” ks. Wierzbickiego. Rzecz w tym, że ks. Wierzbicki był akurat na tej konferencji prelegentem. Z kolei antykatolicki uczony przyjął zaproszenie, mówiąc: „wreszcie będę miał z kim się pospierać!” Kto z tych zaproszonych gości okazał się „poważnym uczonym”, niech ocenią czytelnicy.

Co do rzekomych korzyści finansowych, które KUL otrzymuje od ministra (a zarazem profesora mojej uczelni, który swego czasu też stawał przed komisją dyscyplinarną) Przemysława Czarnka, to red. Nosowski podaje jeden przykład: dotację na tłumaczenie Powszechnej Encyklopedii Filozofii. Nie wypowiadam się na temat jej – bardzo zróżnicowanej tematycznie i jakościowo – zawartości. Odnotuję tylko trzy fakty: decyzja o dotacji została wydana zgodnie z prawem; autorami Encyklopedii są badacze z różnych ośrodków (w tym dalekich od katolicyzmu); „zhejtowany” redaktor naczelny Encyklopedii już nie żyje. Natomiast zgadzam się, że wprowadzona przez ministra Czarnka nowa punktacja czasopism naukowych jest nieprzejrzysta. Nie wyciągałbym jednak z tego wniosku, że istnieje jakaś zmowa punktacyjna między ministrem a KUL-em. Jedni na KUL-u zyskali, a inni (w tym redagowane przeze mnie czasopismo) – w porównaniu z zewnętrznymi awansami – realnie stracili. Całościowa (a nie wybiórcza!) analiza tej listy pokazuje raczej, że trudno znaleźć w niej jednolite i konsekwentne – nawet spiskowe, towarzyskie lub ideologiczne – kryterium. Szkoda, że w tej sprawie wielu dziennikarzy woli powtarzać zasłyszane slogany niż próbuje zdobyć więcej informacji. Problem w tym, że każda lista punktacji wywoływała i będzie wywoływać spory i podejrzenia. Mój pogląd jest taki, że dopóki czasopisma wyceniać będzie minister lub nawet najobiektywniejsza komisja, nigdy nie wyjdziemy z tego klinczu. Jak na rynku towarów cenę reguluje popyt, tak na rynku naukowym wartość czasopisma powinna (pomimo wszystko) być regulowana przez (długofalowe) współczynniki wpływu.

W jeszcze jednym zgadzam się z red. Nosowskim: decyzja o przyznaniu nagrody biskupowi, wobec którego toczy się postępowanie kanoniczne, była nieroztropna. Zasada domniemania niewinności wymaga powstrzymania się (do czasu wydania prawomocnego wyroku) od publicznych osądów – zarówno negatywnych, jak i pozytywnych. Red. Nosowski nie zaznaczył jednak, że wspomniana decyzja nie była decyzją KUL-u, lecz stowarzyszenia absolwentów jednego z jego wydziałów. Domyślam się, że Zbigniew Nosowski wprowadził do wywiadu wspomniany wątek po to, aby płynnie przejść do problematyki zaniedbań w polskim Kościele w sprawie ochrony dzieci przed duchownymi pedofilami. Popieram red. Nosowskiego w walce z tymi zaniedbaniami – ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze, w walce tej nie należy mieszać nielicznych winnych z liczniejszymi niewinnymi. Po drugie, walka ta nie może przekształcić się w monotematyczną i krzywdzącą narrację o Kościele.

A skoro mowa o narracji, to warto podkreślić, że red. Nosowski mówi o „katastrofie wizerunkowej” KUL-u. Rzecz w tym, że od pewnego czasu uczestniczy on w kształtowaniu tego wizerunku. Jego prawo, ale obłudą jest tworzyć czyjąś karykaturę, współczując mu „katastrofy wizerunkowej”. Mówiąc szerzej, Zbigniew Nosowski popełnia błąd typowy dla niektórych katolików krytycznych. Wyraża się on w zasadzie: jeśli widzisz – realne lub domniemane – zło w polskim Kościele, to opowiedz o nim w „Gazecie Wyborczej” lub w TVN-ie. Taka „spowiedź” nie przynosi jednak realnego oczyszczenia. Przeciwnie, kumuluje uproszczenia i obsesje, wikła się w politykę i manipulację, pogłębia konflikty. W takiej sytuacji problemów nie ubywa, lecz przybywa, a niemal żaden z nich nie zostaje rzetelnie rozpoznany i rozwiązany.

Jacek Wojtysiak 

www.gosc.pl  (22.06.2021)

„Popis” dominikanina ojca Adama Szustaka 

Popularny i zaliczany do najlepszych kaznodziei w Polsce ojciec Szustak, mający tysiące zwolenników na swoim blogu, zbulwersował niedawno opinię publiczną w wywiadzie udzielonym w Internecie. Idzie tu i o treść i o formę. Jak widać na nagraniu ów kapłan klnie. I chociaż czyni to niby „bezgłośnie”, to doskonale wiadomo, jakie słowo pada z jego ust. I to, co gorsza, w trakcie krytyki Episkopatu, który pragnie, by przy słabnącej pandemii katolicy zaczęli znowu chodzić do kościoła na Mszę św. Brzmiało to właściwie jak kpina z biskupów. Oto fragment:

„Było jakieś spotkanie episkopatu i wydali takie tam oświadczenie, m. in. Stanisław Gądecki, o tym co jest teraz najważniejszą potrzebą Kościoła. Tak aktualnie, że kończy się pandemia, jak teraz Kościół powinien zafunkcjonować i pierwszy punkt ku..a, który podobno, Gądecki podał, to najważniejsze jest to, żeby teraz zrobić wszystko, co się tylko da, żeby ludzie wrócili do kościoła. No do ku…y nędzy, w takim razie mi ręce opadają.”

Dominikanin podsumował: „Ja nie mam już żadnej nadziei w tych gościach”.

Wyjątkowo niemądry popis. Bo po pierwsze, biskupi mają w pełni rację. Zapomniał o. Szustak, co jest „źródłem i szczytem” życia całego Kościoła i każdego chrześcijanina? A może uważa, że ważniejsze od sprawowania we wspólnocie Kościoła Pamiątki śmierci i zmartwychwstania Chrystusa i karmienie się Jego Ciałem są jego występy w przestrzeni publicznej kościołów i internetu?

Po drugie, uderza jak obuchem pycha. Ale pycha nigdy nie prowadzi do świętości. Powiadają też, że pycha stoi przed upadkiem!

Po trzecie: forma jego wypowiedzi jest po prostu skandaliczna. Nie przystoi, gdy jest się  duchownym, w habicie, gdy przed mikrofonem i kamerą udziela się wypowiedzi publicznej.  Nie dziwi mnie zatem, że publicysta Tomasz Łysiak pełen oburzenia pisze:

„Jeśli ktoś sprawuje zawód tzw. zaufania społecznego – jest nauczycielem, księdzem, profesorem uniwersyteckim, to obowiązuje go pewien kodeks zachowań społecznych na co dzień, nie tylko gdy wypowiada się publicznie. Zawsze było to oczywiste. Czy komuś wpadłoby do głowy, by zacny profesor uniwersytecki w udzielanym wywiadzie klął jak szewc? Nie. Bo nie jest szewcem, lecz profesorem. Tak jest też z kapłanami. Habit zobowiązuje. Coś znaczy. Ten, kto wypowiada się w habicie, niesie z sobą obraz Kościoła, instytucji, ten jest Kościołem. I dlatego pewnych słów nie powinien używać, Szczególnie publicznie” (Sieci nr 22/2021, s. 18).

A co na to zakon Dominikanów Polsce? 

Podobno o. Szustak został zaproszony na rozmowę przez arcybiskupa Stanisława Gądeckiego. Szkoda, że nie znamy w detalach jej przebiegu. Mam nadzieję, że nie było już tam słów, od których puchną ściany i których nie trzeba wykropkowywać!?

Ks. Jerzy Grześkowiak

24.06.2021

Błogosławieństwa par homoseksualnych
są bluźnierstwem

Na zagrożenia dla jedności Kościoła, jakie stanowi podjęta w Niemczech 10 maja 2021 r. próba błogosławienia par homoseksualnych, zwraca uwagę w artykule na łamach portalu „The First Things” emerytowany prefekt Kongregacji Nauki Wiary, niemiecki kard. Gerhard Ludwig Müller.

Oto całość artykułu w tłumaczeniu na język polski:

10 maja ponad stu księży katolickich w całych Niemczech udzieliło błogosławieństwa związkom osób tej samej płci. Była to reakcja na lutowe oświadczenie Kongregacji Nauki Wiary, w którym powtórzono, że Kościół nie może błogosławić takich związków. Ta inscenizacja pseudo-błogosławieństw homoseksualnych par męskich i żeńskich jest, teologicznie rzecz biorąc, bluźnierstwem – cynicznym zaprzeczeniem świętości Boga. Paweł napisał do Kościoła w Tesalonice, że Bóg nie pragnie niczego innego, jak tylko „waszego uświęcenia: powstrzymywanie się od rozpusty, aby każdy umiał utrzymywać ciało własne w świętości i we czci, a nie w pożądliwej namiętności, jak to czynią nie znający Boga poganie” (1 Tes 4, 3-5).

Miejscem uprawnionym i świętym cielesnego zjednoczenia mężczyzny i kobiety jest naturalne lub sakramentalne małżeństwo męża i żony. Każda dobrowolnie wybrana aktywność seksualna poza małżeństwem jest poważnym naruszeniem świętej woli Bożej (Hbr 13,4). Grzech przeciwko czystości jest jeszcze poważniejszy, jeśli ciało osoby tej samej płci jest wykorzystywane do pobudzania pożądania seksualnego. „Wszelki grzech popełniony przez człowieka jest na zewnątrz ciała; kto zaś grzeszy rozpustą, przeciwko własnemu ciału grzeszy. Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego?” (1 Kor 6,18-19).

Poważne grzechy przeciwko Dziesięciu Przykazaniom, które streszczają się w przykazaniu miłości Boga i bliźniego, powodują utratę łaski uświęcającej i życia wiecznego tak długo, jak długo nie żałujemy za te grzechy w naszych sercach, nie wyznamy ich przed kapłanem i nie otrzymamy rozgrzeszenia, które pojedna nas z Bogiem i Kościołem. „Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6, 9-10).

W Biblii błogosławieństwo Boga jest wspomniane po raz pierwszy, gdy człowiek zostaje stworzony na Jego obraz i podobieństwo. Instytucja małżeństwa ma swój udział w prawdzie, że nasze stworzenie jako „mężczyzny i kobiety” (Rdz 1,27) wyraża zasadniczą dobroć Boga. Kiedy mężczyzna i kobieta dobrowolnie wyrażają zgodę i w małżeństwie stają się „jednym ciałem” (Rdz 2,24; Mt 19,5), odnosi się do nich obietnica, którą Bóg złożył od początku: „Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się»” (Rdz 1,28).

Bóg określił liczbę ludzi, którzy dzięki dziełu przekazywania życia swych rodziców narodzą się do tego życia i które, jako niepowtarzalne jednostki, „z miłości przeznaczył dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli” (Ef 1,5). Każda osoba zrodzona i wychowany przez ojca i matkę jest objawieniem chwały Bożej, a to ukazuje, że wynikająca z aktu stwórczego różnica między mężczyzną a kobietą, i ich jedność w małżeństwie są błogosławieństwem dla nich, dla Kościoła Trójjedynego Boga i dla całej ludzkości.

Błogosławieństwo ślubne udzielane przez kapłana w katolickim obrządku małżeńskim odwołuje się do objawionej dobroci Boga i prosi o Jego pomocną łaskę w modlitwie wstawienniczej Kościoła (ex opere operantis). Przekazuje ono również małżonkom łaskę uświęcającą małżeństwo poprzez ich przysięgę małżeńską (ex opere operato). Dlatego cielesny i duchowy potencjał życia w akcie małżeńskim i jego otwartość na przyjęcie dzieci, w których Bóg chce objawić swoją chwałę i zbawienie, jest nie tylko dobry sam w sobie i wolny od grzechu, ale jest także zasługującym aktem rodzicielskim, który liczy się na życie wieczne (zob. Tomasz z Akwinu, Komentarz do 1 Kor 7, lectio 1; Summa Contra Gentiles IV, rozdz. 78).

Błogosławieństwo ślubne jest ściśle związane z małżeństwem jako instytucją stworzenia i sakramentem ustanowionym przez Chrystusa. Błogosławieństwo ślubne jest pełną mocy modlitwą Kościoła za pannę młodą i pana młodego, aby mogli mieć udział w zbawieniu: aby ich małżeństwo budowało Kościół i służyło dobru małżonków, ich dzieci i społeczeństwa (Lumen gentium 11).

Błogosławieństwo ślubne nie jest podobne do innych błogosławieństw i konsekracji. Nie może być oderwane od jego specyficznego związku z sakramentem małżeństwa i zastosowane do związków pozamałżeńskich lub, co gorsza, nadużywane dla usprawiedliwienia grzesznych związków.

Oświadczenie Kongregacji Doktryny Wiary z 22 lutego po prostu wyraziło to, co wie każdy katolicki chrześcijanin, który został pouczony o podstawach naszej wiary: Kościół nie ma władzy błogosławienia związków osób tej samej płci.

Nie do wiary, że biskupi i teolodzy nagle nalegają na duszpasterską pilność błogosławienia par homoseksualnych na terenach, gdzie przez wiele miesięcy wierni byli pozbawieni pocieszenia i łaski sakramentów w okresie pandemii koronawirusa. Fakt ten pokazuje, jak nisko opadł poziom dogmatyczny, moralny i liturgiczny. Jeśli biskupi zakazali uczestnictwa we Mszy świętej, odwiedzania chorych przez kapłanów i udzielania ślubów kościelnych z powodu ryzyka zakażenia, to ich twierdzenie, że istnieje pilna potrzeba błogosławienia par tej samej płci, nie jest nawet w najmniejszym stopniu wiarygodne.

Skandal w Niemczech nie dotyczy więc pojedynczych osób i ich sumień. Nie jest też sygnałem troski o ich doczesne i wieczne zbawienie. Mamy natomiast do czynienia z heretyckim zaprzeczeniem katolickiej wiary w sakrament małżeństwa oraz z zaprzeczeniem antropologicznej prawdy, że różnica między kobietą a mężczyzną wyraża wolę Boga względem stworzenia.

W tle kryje się antykatolicyzm, który od dawna cechuje niemiecką kulturę, a także głupia wrogość wobec papieża jako następcy św. Piotra. Niemiecki duch jest skłonny do uniesień idealizmu, wierząc, że jest duchowo i moralnie ponad granicami tego, co sakramentalne i widzialne, ponad ich zbyt ludzkimi formami określonymi przez Rzym. W końcu, ta pycha prowadzi na powrót do niewoli ciała i jego nieodkupionych instynktów. Ponieważ wielu wierzy, że bycie „przeciwko Rzymowi” jest znakiem prawdy, agitatorzy ciężko pracują, aby narzucić swój punkt widzenia, nawet jeśli zagraża on jedności Kościoła i jest sprzeczny z jego apostolskim nauczaniem. Przeciwstawianie „żywego doświadczenia” – objawieniu ma w Niemczech smutną historię. Ta fałszywa dychotomia, czy to naiwnie, czy też świadomie akceptowana, prowadzi ducha chrześcijańskiego w kierunku nowego spoganienia, które jest ledwo zawoalowane pod chrześcijańską szatą liturgiczną.

We wczesnych latach trzydziestych XX wieku miliony zostały sprowadzona na manowce nie tylko przez sprzeciw wobec Kościoła katolickiego, lecz także przez sprzeciw wobec „ortodoksji” protestanckiego Kościoła Wyznającego (niem. Bekennende Kirche). Nazistowski propagandzista Alfred Rosenberg oczerniał Kościół Wyznający jako sprzymierzony z władzą rzymską i jako stawiający „prawo, objawienie, Kościół i wyznanie wiary jako dogmatycznie wznioślejsze od żywotnych potrzeb narodu niemieckiego walczącego o wolność wewnętrzną i zewnętrzną”.

Tak naprawdę, życie i prawda są jednym w Chrystusie (J 14, 6). A miłość nie jest tym, co czyni człowieka szczęśliwym, co zaspokaja moje instynkty, paraliżuje mój nihilizm i chwilowo łagodzi chorobę duszy. „Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia nie pochodzi od Ojca, lecz od świata. Świat zaś przemija, a z nim jego pożądliwość; kto zaś wypełnia wolę Bożą, ten trwa na wieki” (1 J 2, 15-17).

Owi niemieccy biskupi i teologowie traktują ludzi jak głupców; twierdzą, że posiadają tajemną wiedzę egzegetyczną, która pozwala im interpretować wersety Pisma Świętego, potępiające coś sprzecznego z naturą, jako w jakiś sposób zgodne z afirmacją związków osób tej samej płci. (Dokonuje się tego poprzez rozbicie miłości małżeńskiej na poszczególne aspekty, z których niektóre stosuje się do związków osób tej samej płci). Ustawodawstwo pro-gejowskie wspierane przez oceniane na wiele miliardów dolarów funduszy lobby gejowskie, nie mogą zniszczyć prawdy o ludzkiej naturze. Błogosławieństwo Boga może być przekazane tylko przez Jego Kościół.

„Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich – w Chrystusie” (Ef 1,3). Błogosławieństwo to jest skuteczną mocą miłości, która uwalnia nas od miłości własnej, abyśmy mogli być dla siebie nawzajem braćmi i siostrami, i jednoczy nas razem jako dzieci Boże. Następująca zasada jest najważniejsza: „nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie!”(Ga 5,13).

Spektakl błogosławieństw osób tej samej płci nie tylko podważa prymat Piotrowego urzędu nauczycielskiego, który opiera się na Objawieniu, ale także kwestionuje autorytet samego Bożego Objawienia. To, co jest nowe w owej teologii, która powraca do pogaństwa, to jej bezczelny upór w nazywaniu siebie katolicką, tak jakby można było odrzucić Słowo Boże zawarte w Piśmie Świętym i Tradycji Apostolskiej, jako jedynie pobożne opinie oraz ograniczone w czasie wyrazy uczuć i ideałów religijnych, które muszą ewoluować i rozwijać się zgodnie z nowymi doświadczeniami, potrzebami i mentalnością. Dziś mówi się nam, że redukcja emisji CO² jest ważniejsza niż unikanie grzechów śmiertelnych, które oddzielają nas od Boga na zawsze.

„Droga synodalna” nie jest usankcjonowana przez ustrój Kościoła katolickiego. Jest ona motywowana stereotypami antyklerykalnymi: opętani władzą księża i biskupi, którzy z powodu przyrzeczenia celibatu są rzekomo skłonni do perwersji seksualnych i którzy celowo trzymają kobiety poza swoim męskim klubem i odmawiają im wysokich kościelnych zaszczytów.

Ze względu na prawdę Ewangelii i jedność Kościoła Rzym nie może przyglądać się w milczeniu, mając nadzieję, że sprawy nie przybiorą nazbyt złego obrotu, albo że Niemcy dadzą się spacyfikować taktyczną finezją i małymi ustępstwami. Potrzebujemy jasnej deklaracji zasad z praktycznymi konsekwencjami. Jest to konieczne, aby po pięciuset latach podziału nie doszło do rozpadu resztek Kościoła katolickiego w Niemczech, co miałoby katastrofalne skutki dla Kościoła powszechnego.

Kościołowi rzymskiemu przyznany jest prymat nie tylko ze względu na prerogatywy Stolicy Piotrowej, której lokator mógł czynić, co mu się podobało, ale przede wszystkim ze względu na poważny obowiązek papieża, powierzony mu przez Chrystusa, strzeżenia jedności Kościoła powszechnego w wierze objawionej.

W uroczystość Piotra i Pawła papież Leon Wielki mówił o próbie wytrwałości, jakiej wymagano od wszystkich apostołów w czasie Męki Pańskiej: „Jednak szczególniejszą opieką otacza Pan Piotra i dla Piotra modli się o wiarę (por. Łk 22,32), jako że pewniejszą będzie postawa innych, gdy wódz zachowa niezłomną odwagę. W Piotrze zatem doznaje umocnienia męstwo wszystkich, a pomoc łaski Bożej w takim idzie porządku, że moc dana przez Chrystusa Piotrowi — przez Piotra udziela się apostołom” (Mowa 83, 3, w: Św. Leon Wielki, Mowy (Księgarnia św. Wojciecha), 1958, s.396).

25 maja 2021  (KAI) | Watykan

Kult Serca Jezusowego  (Część III)

Zanikający od końca XX wieku na Zachodzie Europy kult Serca Jezusa otrzymał nowy impuls od Papieża Benedykta XVI w jego Orędziu na Światowy Dzień Młodzieży w 2011 roku. Apeluje w nim do młodzieży całego świata o zwrócenie się z ufnością do Chrystusa z prośbą, by pomógł jej „zapuścić w Nim korzenie”, „na Nim się budować” i „umacniać się w wierze” (por. Kol 2,7). Chodzi o ożywienie doświadczenia św. Jana, umiłowanego ucznia Jezusa, który wpatrując się w Jego otwarte serce na krzyżu stał się świadkiem jego bezgranicznej miłości.

Gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział i świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy uwierzyli (J 19, 33-35).

Według Benedykta XVI z otwartego na krzyżu serca Jezusa wypłynęło boskie życie. 

Drodzy Przyjaciele, częstokroć lękamy się Krzyża, gdyż zdaje się być on zaprzeczeniem życia. W rzeczywistości jest jednak na odwrót! Jest on Bożym „tak” dla ludzkości, najwyższym wyrazem miłości i źródłem, z którego wypływa życie wieczne. W istocie to z serca Jezusa (podkr. J. G.), przybitego do krzyża, zaczęło płynąć życie, na zawsze już dostępne dla tych, których oczy wzniesione są ku Ukrzyżowanemu.

Tak więc na Krzyżu Jezus przemienia nasze „serca z kamienia” w „serca z ciała”, podobne do Jego Serca. Daje nam swoją miłość i uzdalnia nas, by kochać mocą Jego miłości. Ze zmartwychwstałego Serca Jezusa wypływa źródło, z którego ma pić człowiek, by zaspokoić nienasycone pragnienie kochania i bycia kochanym. Właśnie na tym polega świętość, by zanurzyć się całkowicie w to źródło miłości, tryskające z Serca Jezusa. Idzie o realizację tego, co wyrażało motto błogosławionego kard. John Henry Newmana: „Serce mówi do serca” (Cor ad cor loquitur).

Logika Boga jest logiką serca. Serce Jezusa, włócznią przebite, to wymowny znak po wszystkie czasy. Bóg ma serce dla człowieka i dla całego stworzenia, a tym sercem jest Jezus Chrystus. „Serce” Zmartwychwstałego Pana bije dla wszystkich, jest otwarte dla każdego zawsze i wszędzie – tak jak na krzyżu. Ks. J. St. Pasierb wyrazi to słowami:

świat pękający z lamentem

zgniatanej karoserii

niebo czarne słońca obręcz czerwona

skrzepłe powietrze

 

zasłona rozdarta

szaty podzielone

ciało rozpięte

od ostatniego krzyku

ogłuchło niebo

a serce

 

Swego czasu przeprowadzono interesujący eksperyment z dziećmi urodzonymi wcześniej, niż przewidywał to biologiczny kalendarz. Gdy bicie serca matki podłączano do inkubatora, stwierdzano, że oddziałuje to bardzo pozytywnie na rozwój niemowląt. Współczesne chrześcijaństwo dla odrodzenia i umocnienia potrzebuje wyraźnego głosu bicia Serca Jezusa. Jego tętno daje się słyszeć w Ewangelii oraz w Eucharystii i innych sakramentach. Zimne, słabe, błądzące, grzeszne serca ludzkie mogą ogrzać się przy tętniącym miłością i miłosierdziem Sercu Chrystusa.

Jak człowiek współczesny rozumie bez komentarzy „mowę serca” („Prawdziwie widzi się tylko sercem” – A. Saint d‘Exupéry), tak zrozumie też – bez konieczności wgłębiania się w opasłe teologiczne tomy - istotę kultu serca Boga, niezależnie od formy, jaką ten kult przyjmuje. Najlepszą odpowiedzią na krytykę tego kultu ze strony „postępowych teologów” (że jest przestarzały, nie na czasie, jednostronny, ckliwy, przesadnie uczuciowy itp.) są słowa jednego z największych teologów XX wieku Karla Rahnera:

Moje życie jako kapłana i teologa będę mógł uznać za udane i spełnione, jeżeli potrafię choćby jednego człowieka pobudzić do tego, by w godzinie śmierci powiedział z zaufaniem: „Serce Jezusa, zmiłuj się nade mną!”.

A o samym kulcie Serca Jezusa pisał tak:

Dzisiaj trzeba stale na nowo podkreślać, że centrum świata i prawdy jest serce: płonące serce, serce, które było gotowe poddać się wszelkim próbom, które wycierpiało wszystkie ciosy losu, nie uciekło przed nimi w martwą znieczulicę, i nikt w swym palącym bólu już się do niego nie zbliży, bo ono zamiast umrzeć w miłości jest już martwe. Serce doskonałe to serce przebite, serce, z którego wszystko wypłynęło, serce które nie cofnęło się przed ryzykiem miłości i nie zamknęło się w sobie tylko dlatego, że jego miłość nie doczekała się odpowiedzi

.

gdyby

 

gdyby nie rana w boku

skądże byś wiedział

 

gdyby nie ciemność wokół

kogo byś widział

 

gdyby nie cisza głucha

po co byś wołał

 

gdyby nie blizna na sercu

jak byś pamiętał

Janusz St. Pasierb

 

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

W uroczystość Serca Jezusa (ubiegły piątek – 11 czerwca 2021) Przewodniczący Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki w sanktuarium Serca Jezusowego w Krakowie poświęcił naszą Ojczyznę Jezusowemu Sercu odnawiając niejako akt dokonany przed 100 laty po zwycięstwie w wojnie z bolszewikami. W związku z tym ważnym wydarzeniem kontynuujemy na naszym portalu tematykę kultu Serca Jezusa.

Kult Serca Jezusowego  (cz. II)

Najbardziej znany do dziś typ obrazów Serca Jezusa ma związek z objawieniami zakonnicy, wizytki, św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690) w klasztorze w Paray-le-Monial (Burgundia): jest to otoczone cierniową koroną gorejące serce z wyrastającym zeń krzyżem. W latach 1673-1675 Chrystus objawił się czterokrotnie siostrze Małgorzacie podczas sprawowania Eucharystii bądź w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu. Ukazał jej przy tym w pełni blasku swoje Serce, dopuścił ją do „spoczęcia” na jego Sercu i żądał wynagrodzenia temuż Sercu zranionemu grzechami i niewdzięcznością ludzi. W ostatnim wielkim objawieniu w piątek po oktawie Bożego Ciała (10.VI.1675), wskazując na swoje Serce Chrystus powiedział do klęczącej przed tabernakulum Małgorzaty: 

Oto serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Lecz najbardziej boli mnie to, że w podobny sposób obchodzą się ze mną serca służbie mojej szczególnie poświęcone. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci mojego Serca i na wynagrodzenie mi przez Komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję. W zamian za to obiecuję ci, że Serce moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do jej rozszerzenia. (…) Będę błogosławił wszystkie miejsca, w których będzie wystawiony i czczony obraz mojego serca.

Duchowym kierownikiem siostry Małgorzaty Marii Alacoque był jezuita św. Klaudiusz de Colombière (1641-1682). To on uznał za swoje zadanie propagować wszędzie miłość Serca Jezusowego. I to pod jego wpływem zakon Jezuitów postawił sobie jako jedno z zadań szerzenie kultu Serca Jezusa, bo uznali go za doskonale współgrający z ich duchowością. Rozwiązanie zakonu jezuitów w 1773 roku nie wpłynęło negatywnie na ów kult, jak mogłoby się wydawać. Stało się wręcz przeciwnie: jezuici rozproszeni wśród kleru diecezjalnego z tym większą gorliwością rozpowszechniali to nabożeństwo wśród ludności, tak że stało się ono znakiem rozpoznawczym ex-jezuitów, cechą charakterystyczną jezuickiej duchowości.

Wiarygodność objawień św. Małgorzaty Marii Alacoque została uznana przez Stolicę Apostolską dopiero po długim okresie wnikliwych badań, a pośrednim ich potwierdzeniem była także jej beatyfikacja (1864) i kanonizacja (1920). Z tym długim procesem związane jest także zezwolenie Kościoła na obchodzenie święta jak i na cześć obrazów Serca Jezusa w formach współcześnie powszechnie przyjętych. Dopiero w sto lat po wspomnianych objawieniach papież Klemens XIII na prośby zanoszone z całego świata przez biskupów, zakony i wiernych zatwierdził nabożeństwo do serca Pana Jezusa (1765). Trudno nie wspomnieć tu o decydującym znaczeniu „memoriału” biskupów polskich, który podaje historyczny zarys kultu i uzasadnia godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa. Święto Serca Jezusowego, obchodzone w niektórych regionach już wcześniej (np. w Polsce już od 1765 roku), zostało rozszerzone na cały Kościół przez Piusa IX w 1856 roku, a Leon XIII nadał mu najwyższą rangę (1889). Tenże papież ogłosił także encyklikę Annum sacrum (2.05.1899), w której zwracał się do wszystkich biskupów Kościoła Katolickiego z apelem o poświęcenie rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusa. Poświęcenie to miało się dokonać na końcu triduum obejmującego dni 9-11 czerwca tegoż roku. Sam papież Leon XIII dokonał tego aktu w przeddzień Roku Jubileuszowego (31.12.1899). Akt poświęcenia Sercu Jezusa ułożony przez Leona XIII polecił odnawiać każdego roku papież Pius X, zachęcając dodatkowo do poświęcenia całych rodzin.

Z rozwojem kultu Serca Jezusa pojawiają się charakterystyczne praktyki, takie jak codzienne „ofiarowanie”, pierwsze piątki miesiąca, Komunia wynagradzająca, Godzina Święta, litania do Serca Jezusowego, nabożeństwa czerwcowe. Ten kult szybko związał się z kultem eucharystycznym (adoracja, Kongresy Eucharystyczne) oraz z nabożeństwem do Niepokalanego Serca Maryi. Powstają też liczne męskie i żeńskie zgromadzenia noszące imię Serca Jezusa i Maryi.

Opinie o kulcie Serca Jezusa są podzielone. Jedni widzą w nim znak słabości duchowej oraz dekadencji intelektualnej i moralnej katolicyzmu w obliczu procesów modernizacji, laicyzacji i liberalizmu czasów nowożytnych. Kościół dostrzegając oddalanie się od niego klas wykształconych, znalazł w tym kulcie środek zbliżenia się do słabo wykształconych mas. Krytycznie oceniane są w tym kulcie tendencje cierpiętnicze i nadmierna emocjonalność. Inni natomiast oceniają ten kult pozytywnie widząc w nim udany sposób, w jaki katolicyzm potrafił włączyć się w procesy modernizacji przez „uwspółcześnienie symboliczno-pobożnościowe”. Akcentują przy tym przede wszystkim trzy aspekty:

  • - odwołanie się do „religii serca”, mającej swe korzenie w tradycji mistycznej;
  • - podkreślenie miłosierdzia Bożego w przeciwieństwie do „Boga gniewu i kary”;
  • - uwzględnienie antropologicznej prawdy o psycho-somatycznej jedności człowieka, jego głębi psychologicznej (podświadomość) i egzystencjalnej.

Jest jeszcze aspekt społeczno-polityczny tego kultu. W XIX wieku kult Serca Jezusa był zwłaszcza we Francji powiązany z kręgami występującymi przeciwko rewolucji francuskiej, a w związku z tym także w jakiś pośredni sposób przeciw proklamowanym prawom człowieka. Było słychać głosy domagające się ponownego wprowadzenia monarchii W tym kulturowym i politycznym kontekście duchowość związana z kultem Serca Jezusa uchodziła za konserwatywną i anty-modernistyczną.

Od Soboru Watykańskiego II kult Serca Jezus na Zachodzie Europy stopniowo słabnie. Przyczynę widzieć można chyba w słusznym wyakcentowaniu Misterium Paschalnego Chrystusa, czyli w Krzyżu i Zmartwychwstaniu, a w jakimś sensie także w całym życiu Jezusa. W tym kontekście dzięki Biblii i teologii odkrywamy w odniesieniu do Chrystusa wiele obrazów. Nie proponuje się już zatem wiernym tylko jednego dominującego symbolicznego obrazu, jakim było Serce Jezusa, lecz pozostawia wolność w wyborze inych obrazów, byleby miały one odniesienie do centrum, którym jest Misterium Paschalne. 

W odnowionej duchowości związanej z kultem Serca Jezusa, propagowanej zwłaszcza przez Zgromadzenie Księży Sercanów (założone przez Ojca Leona Dehon) akceptuje się elementy uczuciowe i emocjonalne, uznając to za rzecz pozytywną i naturalną, ponieważ człowiek ma nie tylko mózg i rozum, lecz także uczucia. Ta emocjonalność musi jednak być kontrolowana. Poza tym czyni się wszystko, by nie ulec niebezpieczeństwu kultywowania cierpienia i bólu z miłości do Chrystusa, oraz by Chrystus był przedstawiany zgodnie z tradycją biblijną, w której przecież ten kult ma zakorzenienie. Kult Serca Jezusa jako realnego symbolu miłosierdzia Boga wobec ludzi musi w konsekwencji znaleźć wyraz w relacjach międzyludzkich, w praktycznej miłości na co dzień, czyli w „otwartości serca” i w „czynach serca”.

Podsumowując należy stwierdzić, że mimo, iż nabożeństwo do Serca Jezusa nie jest już w życiu Kościoła dominujące, to jednak jako „podziemny strumień” krzepi ono nadal życie duchowe wielu wiernych, animując zwłaszcza jego sferę afektywną i umacniając ich w służbie Bogu i bliźnim.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Zdjęcie z kościoła akademickiego KUL zrobione przed dwoma laty przez Ks, drą hab, Jerzego Grześkowiaka

Święto Najświętszego Serca Jezusa                                11.06.2021

 

Serce Człowiecze, które jak dzwon pękło

pod ciśnieniem miłości Twej na Drzewie,

z martwych powstało – bo czujemy tętno

w Winie i Chlebie

 

Maciej Józef Kononowicz

 

Co jest bardziej miękkie od wosku, a twardsze od kamienia? – Serce człowieka! Serce - centrum życia i osoby. Bez serca każdy czyn jest właściwie bez wartości. „Nie tak człowiek widzi, jak widzi Bóg, bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce” (1 Sam 16,7). Bóg zna jego tajemnice (por. Ps 44,22; 139,23; Jer 17,9), zna naszą dobrą wolę, ale też naszą obojętność i twardość serca. On jest władny wyjąć z nas serce kamienne i dać nam „nowe serce”, byśmy Jemu służyli zgodnie z Jego wolą.

Korzenie kultu Serca Jezusa tkwią w Nowym Testamencie. Idzie tu o dwa teksty biblijne. Najpierw są to słowa samego Jezusa, który swoje duchowe wnętrze (serce) opisuje jako źródło:

Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie żywej wody popłyną z jego wnętrza. (J 7,37) 

Druga wypowiedź dotyczy przebicia boku ukrzyżowanego Jezusa: 

Jeden z żołnierzy włócznią przebił mu bok i natychmiast wypłynęły krew i woda. (J 20,34)

Już we wczesnym chrześcijaństwie widziano zatem w otwartym boku Chrystusa tajemnicze źródło wszystkich łask. Ten temat podjęli niektórzy Ojcowie Kościoła. W średniowieczu, gdy w kulcie Chrystusa zwrócono szczególną uwagę na jego człowieczeństwo, „pobożne dusze” usiłowały przez ranę w jego otwartym boku dotrzeć jeszcze głębiej, aż do samego serca, które z miłości do ludzi cierpiało aż po śmierć na krzyżu. Cielesne serce Jezusa, Człowieka-Boga, było postrzegane jako miejsce nie tylko Jego miłości, ale i Jego całego życia wewnętrznego. I ten sposób widzenia i rozumienia rany serca Jezusa zachował się, przynajmniej co do istoty rzeczy, aż do naszych czasów. Ks. Jerzy Szymik pisze:

Tajemnicą Jezusa Chrystusa jest przebite serce, najgłębsza rana najgłębszej miłości. Poznać tę Tajemnicę – Tajemnicę Boga samego – można jedynie patrząc na Tego, „którego przebodli” (J 19,37); uczestnicząc w ranie miłości, widząc rzeczywistość z jej otwartego wnętrza.

Jednym z pierwszych, którzy pisali o Sercu Jezusa, jest św. Anzelm (1033-1109): „Jezus okazuje się słodkim w Ranie swego boku. Rana ta bowiem odsłoniła nam bogactwa Jego dobroci, miłości Jego serca”.

W tym samym duchu wypowiadają się o Sercu Jezusa św. Bernard (1090-1153), św. Bonawentura (1221-1274), św. Małgorzata z Cortony (1247-1297), bł. Aniela z Foligno (1248-1309), Jan Tauler (+1361), bł. Henryk Suzo (1295-1366), św. Bernardyn ze Sienny (1380-1444), św. Katarzyna ze Sienny (1347-1381),

Pierwszym tekstem poświęconym wprost Sercu Jezusa, jest średniowieczny hymn Summi Regis cor, przypisywany Hermanowi Józefowi von Steinfeld (+1241). Serce Jezusa jest tu opiewane jako symbol jego bosko-ludzkiej miłości. 

Ważne przyczynki do kultu Serca Jezusa zawdzięczamy czterem wielkim mistyczkom w Niemczech: św. Mechtyldzie z Magdeburga (ok. 1208 - ok. 1285), św. Mechtyldzie z Hackerborn (1231-1298), jej młodszej siostrze, św. Gertrudzie z Helfty (1250-1303). i św. Gertrudzie Wielkiej (1256-1301). Wszystkie one żyły i działały w klasztorze cysterek w Helfta, który w XIII w. stał się centrum kultu Serca Jezusa.

Zasługi w dalszym rozwoju tego kultu przypisuje się św. Piotrowi Kanizjuszowi (+1597), św. Franciszkowi Salezemu i św. Janowi Eudes (1601-1680).

Św. Franciszek Salezy był niejako ogniwem łączącym pod tym względem średniowiecze z epoką nowożytną. W liście do św. Joanny de Chantal (1608) pisał: 

Kiedy pewnego razu rozmyślałem o przebitym boku Pana Jezusa i wpatrywałem się w Jego serce, przyszło mi na myśl, że nasze serca są dookoła Jego serca i składają Mu hołd jako najwyższemu Królowi serc. Oby był naszym Sercem na zawsze.

W piątek po oktawie Bożego Ciała, a więc w dniu, w którym zostanie na życzenie Pana Jezusa ustanowione święto jego Serca, św. Franciszek pisał do św. Joanny de Chantal:

Bóg mi dał tej nocy myśl, że nasze zgromadzenie jest z Jego łaski dość godne i zasługujące, by mogło mieć własny herb, dewizę i hasło. Pomyślałem więc, że trzeba nam wziąć za herb Serce przeszyte dwoma strzałami, otoczone koroną cierniową. To serce będzie uwieńczone krzyżem, wznoszącym się nad nim.

Najżarliwszym apostołem kultu Najświętszego Serca Jezusa, jeszcze przed św. Małgorzatą Marią Alacoque (a potem równocześnie z nią), był w XVII wieku niewątpliwie św. Jan Eudes. W dekrecie o heroiczności cnót (1903) jest on nazwany „twórcą liturgicznego kultu Serca Jezusa i Maryi”. Czytamy tam m. in.:

Płonąc sam szczególną miłością ku Najświętszemu Sercu Jezusa i Maryi powziął pierwszy – a nie było to bez natchnienia Bożego – myśl publicznego kultu ku ich czci. Należy go przeto uważać za ojca tego, tak miłego nam nabożeństwa. (…) Był także tego kultu doktorem, albowiem ku czci obu Serc ułożył oficjum i Mszę świętą. Był wreszcie ich apostołem, bo całym sercem przykładał się do szerzenia tego zbawiennego nabożeństwa.

Św. Jan Eudes słowem, pismami i dziełami żarliwie propagował i popularyzował kult Serca Jezusa oraz Serca Maryi. W dziele „Cudowne serce Najświętszej Matki Boga”, w którym księga 12 jest całkowicie poświęcona Sercu Jezusa, pisał:

Serce Jezusa jest sanktuarium i obrazem Boskich doskonałości: ono jest świątynią, ołtarzem i kadzielnicą miłości Boga. Ono jest zasadą życia Boga-Człowieka, Maki Bożej i dzieci Boga. Ono jest ogniskiem tej miłości, która oczyszcza, oświeca, uświęca, przemienia i ubóstwia.

Św. Jan Eudes tworzył modlitwy i nabożeństwa. Założył także ku czci tych dwóch Serc i pod ich imieniem rodzinę zakonną (1641). a dla ludzi świeckich Bractwo Najświętszych Serc. W zakonie polecił obchodzić święto Najśw. Serca Maryi (8 lutego) oraz Serca Pana Jezusa (20 października), które wprowadzono następnie w diecezjach w Burgundii i Normandii.

Panie, daj mi czujne serce, które nie da się od Ciebie odwieść żadną próżną myślą.

Daj mi serce odważne, które nie pozwoli się ściągnąć w dół przez żadne niegodne skłonności.

Daj mi serce proste, którego żaden fałszywy zamiar nie sprowadzi z prawej drogi.

Daj mi serce mocne, którego nie znieprawi ani nie złamie żadna przeciwność.

Daj mi serce wolne, które nie pozwoli się zniewolić przez żadna namiętność.

Św. Tomasz z Akwinu

Ciąg dalszy nastąpi!

Ks. Jerzy Grześkowiak

Program prawdziwej odbudowy

 

Tegoroczna beatyfikacja Prymasa Tysiąclecia przypada w czasie poważnego zamętu. Stajemy wobec fundamentalnych pytań o przyszłość.

 

Budowa Pałacu Kultury i Nauki, „daru” Sowietów, została uzgodniona i przyjęta przez strony, polską i sowiecką, podpisaniem specjalnego protokołu. Kolos paraliżujący centrum stolicy był znakiem zniewolenia i wchłonięcia Polski przez blok sowiecki, w którym z czasem Polacy mieli się roztopić. Prezent Stalina propagandowo ilustrował niejako całość odbudowy zdewastowanego kraju i tworzenia „nowego społecznego ładu”. Potężny obiekt miał być też przykładem „awansu cywilizacyjnego” peryferyjnej i zacofanej społecznie „pańskiej Polski”. Aby warszawiacy mogli przyjąć ten „symbol odbudowy”, wyburzono 170 kamienic, które przetrwały wojnę (w tym dom dziecka Janusza Korczaka), wysiedlając mieszkańców i właścicieli. Trzech z nich popełniło samobójstwo.

 

W tym samym czasie w lasach i więzieniach likwidowano resztki niepodległościowego podziemia. Gdy trwa budowa PKiN, władze sowieckiej Polski przystępują do rozprawy z Kościołem. Do więzienia trafia prymas Wyszyński. Część społeczeństwa zdawała sobie sprawę, z czym ma do czynienia, ale nie wszyscy. Realizowane terrorem podporządkowanie wszystkich sfer życia, z gospodarką, informacją, nauką i kulturą, partii komunistycznej sprawia, że część mniej zorientowanych daje się omamić, inni, ze strachu lub dla świętego spokoju, wybierają postawę milczenia lub współpracy. 

 

Prymas, choć uwięziony, dobrze orientuje się w sytuacji. W odpowiedzi przygotowuje (genialny, jak się później okaże) plan obrony – Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego. Przez pośrednictwo Matki Najświętszej kardynał Wyszyński zawierza Polskę Bogu, szczególną uwagą poświęcając kwestiom społecznym. Mamy tu, obok przysięgi wierności Bogu, Ewangelii, Krzyżowi i Kościołowi, przyrzeczenie wierności „Ojczyźnie naszej świętej”. Są przysięgi obrony życia, nierozerwalności małżeństwa, deklaracja obrony godności kobiety, troska o pielęgnowanie obyczajów chrześcijańskich i ojczystych. Prymas zobowiązuje Polaków do wychowania młodego pokolenie w wierności Chrystusowi, do obrony młodych przed bezbożnictwem i zepsuciem. W kolejnych przyrzeczeniach Polacy zobowiązują się do życia w zgodzie i sprawiedliwości, „aby wśród nas nie było nienawiści, przemocy i wyzysku”. W ślubach jest też przysięga walki z wadami narodowymi: „lenistwem i lekkomyślnością, marnotrawstwem, pijaństwem i rozwiązłością”.

 

Tekst ślubów został przemycony z miejsca uwięzienia prymasa do Częstochowy.  26 sierpnia 1956 r. na Jasną Górę przybywa milion pielgrzymów. Ogromna wspólnota wiernych przyjmuje słowa ślubowania i z rękoma wyciągniętymi w górę, powtarza: „Królowo Polski, przyrzekamy!”. Tekst ślubów upowszechniany w niezliczonych ozdobnych drukach, zaopatrzony w wizerunek Maryi Królowej Polski, dotarł praktycznie do każdego katolickiego polskiego domu. Obecny w kościołach, utrwalany podczas peregrynacji maryjnego obrazu, w potężnym programie duszpasterskim dziewięcioletniej Nowenny, aż do uroczystych obchodów milenium tysiąclecia Chrztu Polski 3 maja 1966 r. Jan Paweł nazwał ten tekst polską Kartą praw człowieka. W powojennej Polsce, zrujnowanej nie tylko materialnie, ale też moralnie i mentalnie, wobec terroru i ideologicznej indoktrynacji, wobec przesiedleń i wykorzenienia, Polacy otrzymali program duchowej odbudowy i narzędzie moralnego oporu. W opinii wielu historyków bez pokolenia milenium nie byłoby Solidarności.

 

Tegoroczna beatyfikacja Prymasa Tysiąclecia przypada w czasie poważnego zamętu. Stajemy wobec fundamentalnych pytań o przyszłość. Zarówno w skali globalnej, jak i narodowej. Jesteśmy pełni niepokoju wobec zmian w Kościele, wobec zagrożeń suwerenności Polski, wobec narzucanych globalnie ograniczeń wolności i niebezpiecznych trendów społecznych. Wczytując się w program ślubów, jestem pełen

podziwu dla proroczej intuicji Błogosławionego. Ten program, gdzie słowa: Polska, Ojczyzna i Naród, powtarzane są tak samo często jak Bóg, Chrystus i Matka Najświętsza, jest najlepszym umocnieniem na obecny czas. Czas, gdy ponure gmaszysko ufundowane przez marksistów ciągle straszy, przypominając niezwykłą zdolność przywdziewania przez diabelski totalitaryzm coraz to nowszych kostiumów.

 

Jan Pospieszalski

Sieci nr 20/2021

Katolickie piekiełko.

Możemy tworzyć nowe, piękne duszpasterskie programy, spotykać się, debatować, i analizować podstawy kościelnego kryzysu. Możemy prognozować dalsze kierunki zmian i generować coraz to nowe fantastyczne pomysły na zatrzymanie odpływu wiernych i przyciągnięcie do Kościoła młodych. Daremnie. Problem nie tkwi w tym, czego jeszcze nie zrobiliśmy, ale w tym, co już od dawna praktykujemy jako nasze osobiste, troskliwie pielęgnowane katolickie antyświadectwo.

Fakt, że Kościół wielu współczesnym jawi się jako zwietrzała, skostniała i martwa instytucja pełna pustych frazesów i ciemnych interesów, nie wynika z faktu, że Kościół jest taki w istocie, ale że tego rodzaju obraz utrwala się w świadomości ludzi jako efekt kontaktu z nami – chrześcijanami. I nie ma co szukać tu winy poza sobą – w seksualnych skandalach, zbrataniu religii z polityką, czy w innych ciemnych kartach najnowszej historii polskiego katolicyzmu. Prawdziwa linia demarkacyjna między tym, co budujące, a co gorszące, między przyciąganiem a odpychaniem od Kościoła przebiega zupełnie gdzie indziej. Ona wydarza się w nas.

Choć może wydawać się to dziwne, tym, co odróżnia chrześcijan od świata nie jest wcale pobożna narracja, ilość modlitw w przeliczeniu na metr kwadratowy naszej codzienności, czy deklarowane wszem i wobec chrześcijańskie wartości. Chrześcijan w świecie ma wyróżniać stosunek do bliźniego, a dokładniej – sposób, w jaki traktują siebie nawzajem. Taki od początku był zamysł Boga względem Kościoła. Gdy wczytamy się uważnie w słowa Ewangelii według św. Jana, odnajdziemy w nich wiele materiału do poważnego rachunku sumienia. Ewangelista wkłada bowiem w usta Jezusa następujące wezwanie: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 34). Co więcej, Jezus postrzega realizację tego przykazania, jako przejaw trwania w Jego miłości: „Jeśli będziecie zachowywali moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości […]. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali” (J 15, 10–12).

Tyle Ewangelia. A nasza praktyka? Wydaje się, że miłość bliźniego – także w odniesieniu chrześcijan do nich samych – jest tym nakazem Chrystusa, który najbardziej lekceważymy. I nie chodzi już tylko o to, że obsadzamy się w rozmaitych rolach, szufladkując w różnych ideologicznych frakcjach – wedle stosunku do pandemii, szczepionek, katolickiej tradycji, opcji politycznych czy pobożnościowych nawyków. Chodzi o to, że w taki sposób innych szufladkujemy. Sterowani resentymentem, podejrzliwością, uprzedzeniami, lękiem, stereotypami czy najzwyklejszą nienawiścią, traktujemy braci w wierze jak potencjalnych wrogów – otumanionych, zwiedzionych, głupich lub nieuświadomionych. Z pogardliwą wyższością przykrytą religijną kołderką spod znaku „biedaku, pomodlę się za ciebie” usiłujemy sprowadzać inaczej myślących na tę właściwą, zgodną z naszą opcją światopoglądową drogę. Ale gdy tylko nie posłuchają – przy pierwszym, najmniejszym nawet przejawie oporu – potrafimy natychmiast odpalić falę hejtu, nie przebierając przy tym w słowach. Quasi-teologiczny język służy nam przy tym głównie do tego, żeby skutecznie „dojechać” przeciwnika. Nieistotne, że odsłaniają się wówczas przepaście naszej niewiedzy i braki w podstawowym, teologicznym wykształceniu. Ważne, żeśmy należycie zbluzgali przeciwnika.

Przyglądam się temu czasem na rozmaitych internetowych forach, czy w mediach społecznościowych; śledzę także komentarze w tak zwanych „chrześcijańskich” grupach dyskusyjnych. I włos mi się na głowie jeży. Owszem, prawdą jest, że niejednokrotnie w tych właśnie przestrzeniach uaktywniają się agresywnie osoby, którym brakuje emocjonalnej równowagi – często opracowują sobie w taki sposób rozmaite psychiczne trudności. Nie zmienia to jednak faktu, że problem jest zdecydowanie szerszy, a ludzie wierzący, którzy są weń uwikłani, to wcale nie chrześcijański margines. Zresztą, problem hejtu i agresywnego języka, to tylko jeden z wielu przejawów „katolickiego piekiełka”, które sobie gotujemy. Koniec końców wszystkie one sprowadzają się do praktycznej postawy negacji nowego przykazania miłości wzajemnej, które pozostawił nam Jezus.

Czołowy ateistyczny egzystencjalista, Jean Paul Sartre mawiał, że piekło to drugi człowiek. My się na Sartre’a oburzamy, ale jego dewizę wcielamy w życie szybko i dokładnie, tylko że pod katolickim szyldem walki o moralność, chrześcijańskie wartości, czystość doktryny, czy jedyne słuszne – naszym zdaniem – przejawy pobożności. Nic dziwnego, że świat przygląda się nam z coraz większym zdziwieniem. I nie jest to bynajmniej zdziwienie spod znaku „jak oni się miłują”, które rodziło się w sercach pogan obserwujących pierwszą chrześcijańską wspólnotę. Choć, może to nawet nie jest zdziwienie. Może to raczej coś na kształt duchowych „mdłości”, które pojawiają się u tych, którym oferujemy cenny dar utaplany w lukrecji obłędu i nieautentyczności. Z pewnością ten dar odrzucą, a kiedyś – i niech to będzie dla nas przestrogą – odpowiedzą nam słowami z autobiografii Sartre’a: „Pragnąłem Boga, dano mi go, przyjąłem ów dar, nie pojmując, żem go szukał. Nie zapuściwszy korzeni w moim życiu, wegetował czas jakiś, a potem umarł. Dziś, kiedy mówią mi o nim, powiadam z rozbawieniem i bez jakichkolwiek ciągot, jak stary uwodziciel, który spotyka sędziwą piękność. »Gdyby nie to nieporozumienie, gdyby nie ta pomyłka, gdyby nie ten przypadek, co nas rozłączył, mogłoby pięćdziesiąt lat temu coś zajść między nami«. Nie zaszło nic”.

Autor: Aleksander Bańka, dr hab. prof. UŚ, filozof, członek Rady ds. Apostolstwa Świeckich KEP, politolog, lider Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej, przewodniczący Rodziny św. Szarbela w Polsce.

Od lat posługuje modlitwą i na wiele sposobów głosi Ewangelię. Autor książek, artykułów oraz audiobooków poświęconych filozofii i duchowości chrześcijańskiej. Współpracownik Radia eM, Gościa Niedzielnego. Członek Rady Duszpasterskiej Archidiecezji Katowickiej i przewodniczący Komisji ds. świeckich II Synodu Archidiecezji Katowickiej. Znawca życia i duchowości św. Szarbela. Prywatnie mąż i ojciec.

 

Przedruk z „Gościa Niedzielnego”

By w atrakcyjnych pomysłach liturgicznych
nie zagubić Boga!

 

Parę dni temu internet obiegł film przedstawiający ministrantów i ministrantki tańczących wraz z księdzem w rytm głośnej rozrywkowej muzyki. Rzecz dzieje się w Austrii, w barokowym kościele. Ksiądz jest w ornacie, służba liturgiczna w strojach ministranckich. Najpierw widzimy popis przed ołtarzem, ale nie wygląda to na taniec religijny i też nie Bóg wydaje się jego adresatem. Po chwili cała grupa, rytmicznie machając rękami i podskakując, zmierza ku drzwiom, odprowadzana oklaskami obecnych w kościele. Należy z tego wnosić, że właśnie kończy się Msza św. i obserwujemy „procesję wyjścia” Ciekawe, że wszyscy mieli na twarzach maseczki. I słusznie, ale wniosek z tego taki, że przepisów sanitarnych potrafią się trzymać, a liturgicznych – jakoś nie.

Śmiem twierdzić, że ten obrazek ilustruje szerszy problem, polegający na przestawieniu akcentów z Boga na człowieka. W pojęciu wielu wszystko ma teraz służyć człowiekowi, nawet służba Boża. Widzimy piękną świątynię, w której każdy detal został stworzony ze względu na Stwórcę, a oto zebrani tam ludzie odwracają od Niego uwagę, kierując ją na siebie. – Patrzcie, jak my ładnie tańczymy, jak równo. Przyjdźcie znowu, jutro też pokażemy coś fajnego – zdają się mówić.

Wydaje się, że wszystko to wynika z przekonania, że jak się nie zrobi w kościele czegoś „atrakcyjnego”, to nikt do niego nie przyjdzie. Pytanie jednak, po co ma ktokolwiek przychodzić, skoro zamiast Boga znajduje tam didżejów. Choćby się ci ludzie nie wiem jak gimnastykowali, przegrają z pierwszą z brzegu tancbudą, bo tam ławki nie przeszkadzają, światła mają fajniejsze, a dymownicę taką, że najlepszy ministrant nakadzić nie zdoła.

Nie chodzi o to, że mamy być w kościele sztywni jak mumie, chodzi o to, żeby nie kierować kultu na fałszywe tory. A fałszywy jest tor położony przez ludzi, którzy najwyraźniej przestali wierzyć, że Bóg sam umie upomnieć się o swoją chwałę.

Niedawno słuchałem świadectwa kobiety, która powiedziała, że przez 20 lat się nie spowiadała. Ale wreszcie to zrobiła – i wszystko się zmieniło. Była zachwycona, szczęśliwa. Chodzi na Msze i nie może się nadziwić, jakie to wszystko wspaniałe. A to zwykłe Msze, bez fikołków, a za to z Panem Jezusem w roli głównej. Otwarły się jej oczy duszy i w kościele dostrzegła Boga.

Dopóki człowiek celebruje siebie, nie widzi w Bogu nic atrakcyjnego. Próbuje Go więc przywołać sztuczkami, a ponieważ to nie działa, z czasem „odkrywa”, że Go nie ma. A trzeba po prostu uznać swoją grzeszność i szczerze zawołać do Zbawiciela. Wtedy do człowieka przychodzi Duch Święty i otwiera mu oczy na Boga, który nigdy się z Kościoła nie oddalił. 

Franciszek Kucharczak 

 

Dziennikarz działu „Kościół”

Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.

„Gość Niedzielny” 2021 nr 20. 

Kontakt:  franciszek.kucharczak@gosc.pl

Medytacja na święto Zesłania Ducha Świętego          23.05.2021

Ogień Ducha Bożego

        

        A ja pozostaję niewidzialny i nieosiągalny wśród was.

        Wybaczcie, ach wybaczcie waszemu Bogu,

        Że nie umiał zapewnić wam szczęścia na ziemi.

        O drobne cząsteczki mnie samego – drgające iskry.

        Przynoszę wam żar paleniska, 

        abyście mieli skąd zaczerpnąć ognia.

                            

Jules Supervielle

 

Wydarzenie zstąpienia Ducha Świętego na pierwszą wspólnotę wyznawców Chrystusa i jego duchowe skutki opisuje św. Łukasz z pomocą trzech znaków: wichru, ognia i mówienia różnymi językami. Za przedmiot naszej medytacji weźmy symbol ognia. 

„Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden” (Dz 2,3).

Ogień – to wielka siła, potężny i groźny żywioł. Stanowi dobrodziejstwo dla człowieka, ale też potworne niebezpieczeństwo. Potrafi stopić najtwardsze przedmioty i metale. Jego zastosowanie umożliwia tworzenie nowych przedmiotów i silnych konstrukcji. Ale jest również siłą niszczycielską - w żarze ognia płoną lasy i domy. Dawniej ogień pochłaniał całe wioski, osiedla i miasta.

W wielu kulturach i religiach ogień uchodzi za coś świętego. Woda wypływa z ziemi, a ogień pochodzi z nieba (błyskawice w czasie burzy podpalające domy i lasy). Ogień to coś „boskiego”, stąd w wielu kulturach istniały bóstwa ognia i kult ognia. 

Ogień potrafi oczyszczać i odnawiać. Czyści i uszlachetnia, co niedoskonałe. Złoto wytapia się w ogniu, który z wydobytych z ziemi grudek spala wszystkie nieszlachetne i zbędne elementy.  Ta symbolika mówi nam, że Duch Święty chce również w nas wypalić wszystko, co stoi na przeszkodzie w rozwoju pełni życia godnego człowieka i zamierzonego przez Boga. Jest w nas wiele „nieczystości” i „złych elementów” – skłonność do złego, złe namiętności, niezadowolenie, stany podenerwowania i gniewu, zgorzknienie, szybkie obrażanie się, zazdrość, mściwość. Na decyzje, które podejmujemy i na postępowanie wywierają znaczny wpływ nasze nieopanowane pożądliwości, kompleksy, poczucie niższości wobec innych, złe emocje, nienawiść. Te wszystkie „nieczyste duchy” utrudniają rozwój życia duchowego.

Konieczna jest zatem tęsknota za ogniem Ducha, by spalił w nas wszystko, co złe i mroczne, wyprostował co skrzywione, ugiął, co harde, zmiękczył, co twarde, byśmy decyzje podejmowali jasnym umysłem i oczyszczonym sercem. Ogień Ducha przygotowuje niejako nowe narodziny na wyższym poziome. Gdy wypali się to, co stare i zużyte, może powstać w nas nowe życie.

Ogień jest bowiem znakiem żywotności i życia. Mówimy czasem o kimś, że ma „ogniste oczy”. Z takich oczu bije jakieś światło, niejako wydobywa się z nich iskra i przeskakuje na drugich.  One promienieją życiem, radością, czujnością… Trudno oprzeć się ich urokowi i pociągającej sile. I odwrotnie -  od niektórych oczu lub twarzy biją jakieś negatywne fale, promienie zła, zły i niszczycielski ogień, przed którymi się wzdrygamy, uciekamy, bo czujemy, że w tym człowieku jest coś nieokreślonego i nieobliczalnego, wprost złego.  

Błagając o ogień Ducha Bożego, prosimy o ogień budzący życie, który na nowo roznieci w nas dogasający żar ukryty pod szarą warstwą popiołu. Dziś tak wielu ludzi czuje wewnątrz pustkę, czują się wypaleni. Grasuje po świecie syndrom Bourn-aut, szczególnie pośród tych, którzy ofiarnie poświęcają się służbie dla drugich. Tylko kto się pali, może się wypalić. Prawdopodobnie wielu z nich zaniedbało troskę o „ogień wewnętrzny”. Może jest tak, że drzwi ich „paleniska i pieca” są stale „otwarte” i właśnie z tej racji ogień wygasł i pozostał już tylko popiół. Efektem jest wewnętrzne wypalenie, letniość lub oziębłość, zawód, rezygnacja, bezsilność. Nic żywotnego, energetycznego i pozytywnego nie może już z nich promieniować.

Zesłanie Ducha Świętego to orędzie, że w głębi naszych serc leży nie sam popiół, lecz żar, który jest w stanie na nowo rozpalić nasze duchowe wnętrze.  Czerwony kolor szat liturgicznych tego święta przypomina o tym wewnętrznym żarze ukrytym pod warstwą spopielonego pyłu. Celebrujemy to święto, by ów żar na nowo wybuchnął w nas gorącym i jasnym płomieniem, przy którym będą mogli ogrzać się inni ludzie, przez co i oni odkryją w sobie Boży ogień prawdziwego życia.

Ogień ma jeszcze jeden wymiar -  pociąga, zaprasza ku siebie, skupia ludzi. Któż nie wspomina ognisk harcerskich, wieczornych ognisk na kajakowych spływach czy górskich obozach albo rodzinnych lub przyjacielskich spotkań przy grillowaniu. Usiąść wokół ogniska, śpiewać piosenki, wsłuchiwać się w dźwięki gitary, wpatrywać w buzujący ogień – to coś niezmiernie tajemniczego i fascynującego. Ogień jednoczy i tworzy wspólnotę.

W to święto prosimy zatem Ducha, by Jego ogień dotknął nie tylko poszczególnych chrześcijan, lecz by stał się centrum, wokół którego chętnie będą się gromadzić ludzie.  W ten sposób Kościół Jezusa Chrystusa jako środowisko żaru, ciepła i światła Ducha stanie się miejscem skupiającym ludzi wokół ognia, by śpiewać pieśni pełne radości i tęsknoty za Transcendencją, hymny uwielbienia i chwały ku czci prawdziwego Boga będącego Miłością i Życiem.

Jakie są moje doświadczenia z ogniem? 

Jakie przeżycia, odczucia, emocje łączę z nim? 

Zaufaj, że w Tobie pali się ogień Ducha Świętego, ogień miłości, żywotności, fantazji, mocy, braterstwa, jedności, wspólnoty, odpowiedzialności za siebie, za ludzkość, za Kościół i za świat

Strzeż tego ognia w sobie, by nie zagasł! Dbaj, by palił się w Tobie, wszystko oczyszczał i odnawiał, innych ogrzewał. Wtedy Twoje i ich oczy będą promieniować pełnią życia i nieodpartym żarem miłości z Ducha Bożego!

 

Veni Sancte Spiritus

 

Nie – iżbym niemoc krył, czuł w sercu lęk,

Gdy chcę, byś na mnie, gołąb -  spadł.

Lecz byś wypełnił sobą kształt,

Gdy tu udziałem moim dźwięk.

 

Jeżeli wzywam spłyń! – to nie, bym zgłuchł

I niemy czekał na słów dar,

Ale byh-m twoich dopadł miar,

Których nam skąpisz tutaj – Duch!

 

Ptak Święty, zatocz krąg i lot swój zniż,

Ufającemu tu – ślij znak!

Bo niech mi tylko łask twych brak,

Już pusty stoję – ludzki krzyż.

 

W trzepocie piór, ach, stań i radę nieś,

Żeś fruwający głos – więc mów!

Trzeba, niech grozy doznam słów,

Gdy tu udziałem moim pieśń!

 

Któryś jest sam wysoki ton i kształt

I z Ojcem, z Synem dzielisz rząd –

Nie daj, bym precz szedł darmo stąd,

Bo chcę, byś na mnie, gołąb – spadł.

                Jerzy Liebert

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

    Święto Wniebowstąpienia Chrystusa                13.05.2021

Zacznę anegdotą: Podobno w latach 70-tych XX wieku I Sekretarz ZSRR planował wizytę państwową w Niemczech Zachodnich. W toku przygotowań okazało się, że jego pobyt przypada w dniu wolnym od pracy, gdyż obchodzone jest święto Wniebowstąpienia (Himmelfahrtstag). Pyta więc swoich doradców, co to za święto? Jeden z nich po stosownych wnikliwych badaniach oświadcza: „To dzień, w którym świętuje się niemieckie podróże kosmiczne”.

Nieważne czy ta anegdota w pełni odpowiada prawdzie. Ale podejrzewam, że gdyby dziś dowolnych przechodniów na ulicy zapytano, co to jest Wniebowstąpienie, otrzymalibyśmy przeróżne odpowiedzi, ale niewiele właściwych. Wiedza religijna jest dziś znikoma, u wielu prawie szczątkowa, co potwierdzają także quizy w polskiej telewizji. 

 W starożytności wyobrażano sobie, że ziemia to coś w rodzaju płaskiego talerza, nad którym rozpostarta jest szklana półkula nieba. Odpowiednikiem tego wyobrażenia był obraz „wstąpienia Jezusa na chmurach do nieba”. Ale takie naiwne niebo jako geograficzna strefa duchowych zaświatów zdobycze naukowe stopniowo demaskowały, czego niejako symbolem są słowa rosyjskiego astronauty Gagarina, który po pierwszym kosmicznym locie kpiąco oświadczył: „Leciałem tak wysoko i daleko i żadnego Boga nie spotkałem”. Czyż nie jest zatem czymś logicznym i w pełni konsekwentnym, że odrzuca się te dawne archaiczne obrazy i święto Wniebowstąpienia przemianowuje i przekształca - jak na przykład w Niemczech - na „Dzień Ojca”?

„Wniebowstąpienie – to mieszanka słońca, alkoholu i Dnia Ojca” – tak skomentował przed kilku laty jeden z niemieckich policjantów demonstracje uliczne w jego rewirze przeciwko obcokrajowcom i azylantom.  Jakaż potwornie przykra degradacja tego chrześcijańskiego święta! Tak doniosłe w duchową treść zostało – że tak powiem - wyprzedane, bo większość społeczeństwa na chrześcijańskim Zachodzie nie ma o nim przysłowiowego „zielonego pojęcia”. Próżnię, jaka przez to powstaje, wypełnia się innymi obrzędami i tradycjami. Świat, który chrześcijańskich świąt nie akceptuje i nie rozumie, traci to, co dla egzystencji człowieka jest takie ważne i doniosłe - najważniejsze: zmysł dla transcendencji, tęsknotę, wyczekiwanie, nadzieję, traci wiarę w Boga. Podobnie widziała współczesną „niewiarę” Anna Kamieńska:

Któż może jeszcze wierzyć w Boga

już kosmonauci przeszukali niebo 

pod każdą gwiazdę jak pod krzesło zaglądali

 

Daremnie patrzą w górę łzawe oczy ikon 

drapią się w niebo wieże i kopuły 

krzyczą dżamije synagogi 

w dwudziestym wieku wierzą w Boga tylko starcy

 

Jeden sentymentalny staruch Einstein 

niezdarnie grał na skrzypcach 

chodził boso 

i rozmawiał z Bogiem o geometrii

 

Drugi Jan w Rzymie leży cicho 

pod kopułą Piotra 

nie ma nic do powiedzenia

 

Bo cóż tu mówić

kiedy Bóg jak każda mądra miłość 

jest milczeniem

 

Wniebowstąpienie Pana przypomina nam chrześcijanom, że życie na ziemi to nie wszystko, że istnieje jeszcze „Coś poza doczesnością”, i że „Najważniejsze jeszcze przed nami”. To wezwanie do świadczenia, iż nadejdzie dzień Powtórnego Przyjścia Pana, kiedy to nasza wiara i nadzieja ustąpią miejsca wiedzy i oglądaniu Boga „twarzą w twarz”.

Ale zanim Pan przyjdzie, mamy nie tylko „wpatrywać się w niebo”, jak anioł upomina uczniów Jezusa po Wniebowstąpieniu Pana (czytanie z dziejów Apostolskich we Mszy tego święta), lecz także troszczyć się o „tę ziemię”, na której stoimy. Tę dwubiegunowość wyraża najtrafniej indiańska rada: „Przyłóż jedno ucho do ziemi, a wtedy to drugie wskaże ci niebo!”. Wsłuchuj się zatem w jedno i w drugie!

To święto dodaje zatem odwagi do kroczenia drogą, którą szedł i którą ukazał nam sam Jezus. Polega ona na tym, by nasze istnienie rozumieć w kategorii tymczasowości jako mozolne wspinanie się na szczyt, które poprzez wszystkie przeszkody, przeciwieństwa i utrudzenie prowadzi nas do nieba. Na tej drodze ustawicznie wrastamy w Boga. Łatwa ona nie jest, przetykana wzlotami i upadkami, znaczona bliskością Boga  i dystansem wobec Niego. Jej opis znajduję w słowach Marii Rainera Rilkego:

„Sąsiedzie Boże, gdy w noc czasem tam

stukaniem twardym mącę Twoją ciszę, -

to stąd, że rzadko Twój oddech tu słyszę

i wiem: Ty jesteś w sali sam.

A gdy Ci czego trzeba, któż

Twemu szukaniu napój mógłby dać?

Ja słucham ciągle. Proszę, daj mi znać,

Ja jestem tuż

 

Dzieli nas tylko cienka ściana, Panie,

przypadkiem; bo pewnego czasu 

sprawi ust Twych lub moich jedno zawołanie,

że bez hałasu

runie ta cała ściana.

Z Twoich obrazów jest wybudowana.”

Ściana obrazów Boga, które w różnych etapach życia skrzętnie sobie „wymalowaliśmy”, a które nieraz utrudniały nam dostęp do prawdziwego Boga „runie” w momencie śmierci, która nie jest końcem, lecz ostatecznym i pełnym wejściem w przestrzeń Boga, zapoczątkowanym i realizowanym cząstkowo już tu w doczesności. Bóg, który zechciał, byśmy zaistnieli, chce także, byśmy na zawsze byli z Nim i w Nim.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Kościół św. Józefa w Holzkirchen pod Monachium

Modlitwa na nowy tydzień – 09.05.2021

 

Modlitwa noblisty Paulo Coehlo

 

Panie Boże, chroń nasze wątpliwości, bo zwątpienie jest rodzajem modlitwy, To ono pozwala nam dorastać, zmusza, byśmy bez strachu szukali równych odpowiedzi na to same pytanie. By tak się stało.

Panie, chroń nasze postanowienia, bo postanowienie jest rodzajem modlitwy. Daj nam odwagę, byśmy rozumiejąc nasze wątpliwości, umieli wybrać odpowiednią drogę. Aby nasze TAK zawsze znaczyło TAK, a nasze NIE zawsze oznaczało NIE. Byśmy, obrawszy daną drogę, nigdy nie patrzyli wstecz oraz by nasza dusza nie dała się zniszczyć poczuciu winy. By tak się stało.

Panie, chroń nasze działanie, bo działanie jest rodzajem modlitwy. Spraw, by nasz chleb codzienny stał się najlepszym owocem tego, co nosimy w sobie. Byśmy mogli przez pracę i działanie podzielić się choć odrobiną miłości, którą otrzymujemy. By tak się stało.

Panie, chroń nasze marzenia, bo marzenie jest rodzajem modlitwy. Spraw, byśmy niezależnie od wieku i okoliczności potrafili podtrzymywać w sercu święty płomień nadziei i wytrwałości. By tak się stało.

Panie, podtrzymuj w nas zapał. Bo zapał jest rodzajem modlitwy. To on wiąże nas z niebem i ziemią, z dorosłym i dzieckiem, pokazując, jak ważna jest pasja, i że warto się jej poświęcić. By tak się stało.

Panie, chroń nas, bo życie jest jedynym sposobem, byśmy mogli zaświadczyć o Twym cudzie. Że ziemia wciąż zmienia ziarno w mąkę, a my przemieniamy mąkę w chleb. A to możliwe jest tylko dzięki miłości. Dlatego nigdy nas nie opuszczaj. Bądź zawsze blisko i daj nam szansę przebywać z ludźmi wątpiącymi, którzy działają, mają marzenia, zapał i żyją, poświęcając każdy nowy dzień Twej chwale. Amen.

 

(Paulo Coehlo, Być jak płynąca rzeka, Myśli i impresje 1998-2005, tłum. Zofia Stanisławska Kocińska, Warszawa 2006, s. 144-145)

 

In den Fängen des Coronavirus
-In den Fängen des Coronavirus - Endg. F[...]
PDF-Dokument [447.9 KB]

Tego się nie da zapomnieć.
„Gazeta Wyborcza” przedstawia „Polskie Babcie”,

czyli siłę, której nikt już nie zatrzyma

 

Gdybym tego nie przeczytał, nie uwierzyłbym. A i po przeczytaniu trzeba się było kilka razy uszczypnąć, czy to jawa. To dużo lepsze niż „Kosmiczne jaja” Mela Brooksa. To rodzaj gazetowego „Hot Shots” (filmowe reżyserował Jim Abrahams).

Można się śmiać, płakać, a nawet doznać zatrzymywania mózgu z wrażenia. Niezawodna „Gazeta Wyborcza” zaangażowanym piórem Grzegorza Szymanika (w magazynie „Wolna Sobota”) zrobiła reportaż z życia „Polskich Babć”. Tekst jest długi, więc jeśli ktoś chciałby zajrzeć do oryginału, powinien przygotować ze dwa wiadra i jakieś dwadzieścia dużych paczek chusteczek. Chyba że lektura będzie w wannie, byleby nie była za bardzo wypełniona wodą. Na przeczytanie omówienia wystarczą dwie małe paczki chusteczek i średni kubek na łzy.

Pisałem już (20 lutego 2021 r.) na naszym portalu o językowych sztuczkach związanych z „babciami” o zdrobniałych imionach. Że „babcia” wywołuje ciepłe skojarzenia, że istnieje ogromna pozytywna mitologia babciologiczna wiążąca babcię z wychowaniem dzieci, szczególnie wnuków, z przekazywaniem tradycji, uczeniem, kształtowaniem osobowości i pozytywnych wzorów zachowań. Że istnieje ogromna literatura babciologiczna, gdzie babcie są pozytywnymi bohaterkami, z babcią Czerwonego Kapturka na czele, a często autorkami heroicznych czynów. A zdrobniała forma imion narzuca pozytywne emocje i takież nastawienie. Babcie Kasia, Gosia, Krysia czy Ania to samo dobro, opiekuńczość i ciepło. Taka babcia to ktoś, do kogo można się przytulić, znaleźć pomoc, opiekę, strawę, dobre słowo, gorące serce, empatię i wszelkie inne formy dobra oraz piękna.

„Babcie” są aktywistkami ulicznymi, a ich aktywizm to droga do szczęścia, spełnienia i niebywałych doznań oraz wzruszeń. Tak mówi o tym Małgorzata Wołyńska (ksywka „babcia Gosia”): „Latem, jak blokowałyśmy ulice, usiadłam na środku Nowego Światu. Piękne to było! Musiałam dożyć 77 lat, żeby coś takiego zrobić”. Ale nirwany tudzież szczytowania zabrakło. Wszystko przez to, że choć „próbowała tak się ułożyć, żeby [policjanci] wynieśli na pavulon [ha, ha, prześmieszne!], czyli tak, żeby ciało było w bezwładzie”, ale jednak „nie wyszło”. Wynoszenie „w bezwładzie” sprawia największą rozkosz. A rozkosz jest nagrodą, gdyż „mamy już swoje lata – bolą nas stawy biodrowe, strzyka nam w kolanach, odmawiają posłuszeństwa sfatygowane kręgosłupy”. Obok spełnienia jest oczywiście obowiązek: „Nie możemy przemilczeć i zignorować tego, co dzieje się w naszym kraju”.

Dla reportera „GW” rozkoszą był obiad u „babć” w sobotnie południe. Co chwila mógł się wzruszać troską, np. „babci Gosi”: „Młody człowieku, w ogóle nic pan nie je…”. Albo: „Proszę jeść, bo pan w ogóle nie je!”. Albo: „Młody człowieku, proszę wziąć talerzyk i jeść!” (to już „babcia Iwonna”, czyli Iwonna Kowalska. Młody człowiek odwdzięczył się zainteresowaniem, „czy pani ma skarpetki z piorunem?” (to do „babci Anny”, czyli Anny Jasik, w odróżnieniu od „babci Ani” – Anny Łabuś). Oczywiście miała, w dodatku w towarzystwie ośmiu gwiazdek. A niejako zbiorowo „babcie” miały własną „flagę”, czyli „proporzec w kolorach tęczy”. Gdy uraczony obiadem „młody człowiek” zapytał, „czy popierają panie postulaty społeczności LGBT”, odpowiedziały „chórem” – „absolutnie!”. Braw nie było, ale były wcześniej na ulicy, gdy „latem chodziły ubrane na tęczowo”. A po brawach „aż łzy nam poleciały”. Ale jak miały nie polecieć, gdy do „babci Iwonny” podeszła raz dziewczyna i wyznała, „że jest bi, ale w domu swojej prawdziwej babci nie może się do tego przyznać. Więc czy chociaż do mnie może się przytulić?”. Czyste piękno.

      

Po wzruszeniach nadszedł czas na deklaracje. „Babcia Iwonna” była „ateistką, ale do Popiełuszki na msze chodziła”. Bo „bardzo żeśmy szanowali Kościół za to, że wspierał opozycję. No i ten szacunek nam, niestety, w nowej Polsce pozostał. Ale w końcu trzeba się wyzwolić”. „Babcia Mariola” (Mariola Potapczuk) wyzwalać się nie musiała - jako „ateistka można powiedzieć od urodzenia”. „Babcia Iwonka” (Iwona Brandt) ateistką nie jest, „ale w Kościół też nie wierzy”. „Babcie” wierzą za to w ulicę, gdzie są „już prawie sześć lat” – „na marszach, demonstracjach, na pikietach”. „Babcia Mariola” pamięta na przykład „dziadka Przemka” (Przemysława Fedorowicza) „z kontrmiesięcznic smoleńskich”. Widziała, jak stał „w jutowym worku pokutnym, z napisem: Głosowałem na PiS, wybaczcie’”. To był oczywiście świetny żart, bo kto by tam na PiS głosował.

„Dziadek Przemek” jest w gronie „babć” kimś wyjątkowym dlatego, że wreszcie się uwalnia od żony „pisówki” – teraz już porozumiewa się z nią tylko w sądzie, a ostatnia rozprawa rozwodowa „w kwietniu”. Musi się od kobiety uwolnić, gdyż „wyjeżdżał wczoraj z domu, a cały samochód ma oklejony różnymi nalepkami i patrzy, że Strajk Kobiet naklejony na zderzaku został jakby wydrapany”. Poszedł więc do żony i polecił: „Pokaż pazurek!”. No i się „wydało”, że to ona wydrapała. Ale, na szczęście, zaraz się jej pozbędzie i będzie mógł zaznawać szczęścia z „babciami” na ulicy. Jak „babcia Ania”, która na marszach krzyczy tylko „PiS”, a „ludzie dodają ‘je…ać’”.

Ulica cementuje i uwzniośla, co „babcie” poczuły „na protestach w obronie profesor Gersdorf”. Uwznioślenie jest oczywiste, mimo że zaangażowanie „babć” może wyglądać na męczącą robotę, wszak stały „trzy miesiące, codziennie od ósmej do szesnastej”. Wtedy powstał też plan wspólnych działań, „na początku głównie przeciwko narodowcom”. Kiedy bowiem „dwa lata temu szli z rządem 11 listopada, przyłączyły się do akcji organizowanej przez Obywateli RP i stanęli razem w grupie z banerem Konstytucja’”. I to było doświadczenie bojowe, bowiem „rzucali w nas butelkami i racami”. A teraz nic nie jest „babciom” straszne, a zadymy nawet powodują większe szczęście. Jak u „babci Krysi” (Krystyny Piotrowskiej), która wracając po demonstracji „czuje się spełniona”. Tym bardziej że „ostatnio usłyszała od swojego 11-letniego wnuka, że jest z niej dumny”.

„Babcie” (i jeden „dziadek”) partyzantkę i opór mają we krwi. Dlatego bez żenady, wstydu i poczucia obciachu mogą się porównywać i odwoływać do walecznych przodków. Jak „babcia Gosia”, której „obaj dziadkowie byli w PPS-ie. Mąż jeszcze przed stanem wojennym działał w podziemnym kolportażu. Wcześniej przeszedł przez Łubiankę, łagier i zesłanie”. Z kolei ojciec „babci Iwonki” „był przedwojennym oficerem. Najpierw droga na wschód, a potem w lasach kieleckich w Okręgu AK Kielce Jodła. Po wojnie dostał wyrok śmierci, ale partyzanci odbili więzienie w Kielcach”. A jak „przyszła nowa Polska, pojechaliśmy na 6 lat do Paryża, mąż pracował w ambasadzie. Ja też się zatrudniłam – w dziale paszportowym”.

„Babcie” mają własne kombatanckie wspomnienia. „Babcia Anna” pamięta „ten numer, jak przyjechała portugalska telewizja kręcić o nich dokument” Szły akurat „na protest przeciwko ministrowi Czarnkowi”. Zatrzymała się „policyjna suka”, „wyskoczyło z dziewięciu, a z drugiej kolejni”. I brutalnie uderzyli w „babcie” zarzutem o „nielegalnym zgromadzeniu”. Ale „babcie” nie w ciemię bite, więc wytłumaczyły, że są „tylko cztery, a pozostali to są reporterzy z Portugalii”. Na szczęście „podszedł młody człowiek, który to widział, zresztą też z „Gazety Wyborczej”, i wszystko opisał. Tylko po co użył określenia „staruszki”, jak one takie żwawe. Pewnie dlatego, że zaprawione w konspiracji. Jak „babcia Ania, która choć „całe życie pracowała w Banku Narodowym”, to „jeszcze za rządu Olszewskiego i listy Macierewicza słuchała nocą radia. Była nocna audycja z piosenkami i jakaś dyskusja o weselach. Złapałam za telefon: Czy wy jesteście nieprzytomni? Nie wiecie, co się dzieje? Mówcie o tym, co ważne dla polskiej przyszłości!’”. Taka była!

„Babcia Iwonna” wyjaśniła, że „te nasze komunistyczne doświadczenia bardziej wiązały się z knuciem w podziemiu niż wychodzeniem na protesty. Ale teraz mamy taki power w sobie, że nic nas nie bierze. Jak stałyśmy ostatnio pod Sejmem, podszedł policjant. On: To nielegalne zgromadzenie. A my na to: No i co nam pan zrobi? I odszedł! Tak załatwiły obrońcę reżimu. Albo „babcia Ania”, która „drzewce od flag chowała w krzaki”, zaś „babcia Gosia” sama się schowała – „w kościele garnizonowym”. I bodaj najwspanialsza akcja, w 2017 r., o której opowiedziała „babcia Iwonka”: „W Noc Muzeów ubrane w białe koszulki idziemy zwiedzać Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. (…) Ustalone było, że jak jedna powie: Boli mnie głowa, to ruszamy. A byłyśmy wcześniej wyćwiczone, jak stanąć, jak się obracać. I ruszyłyśmy, stanęłyśmy, wokół krzeseł. I siup! Wyskoczyłyśmy z bluzeczek, a tam pod spodem napisy: „KONIEC PiS”. A była tam akurat, słuchajcie, premier Szydło!”. Wspaniałe!

„Babcie” nie będą w pełni szczęśliwe, jeśli nie zmieni się władza. Dlatego „babcia Iwonna” „leki bierze i sumiennie się leczy”. Ona, jak i pozostałe „po prostu musi dożyć chwili, gdy obalimy ten PiS. A jak obalimy, to nie znaczy, że zwiniemy żagle”. Przecież czeka „tyle roboty”, np. „poszanowanie konstytucji i prawa”. „I klimat, żeby nasze wnuki się nie podusiły. I jeszcze prawa zwierząt” – dodała „babcia Mariola”. A „babcia Krysia” brawurowo podsumowała, że „o demokrację to trzeba dbać jak o miłość. Chuchać, dmuchać, starać się”. No to się starają, razem z reporterem „GW”. „Jak jedna wieczorem dzwoni, że o północy musimy gdzieś być, to Małgosia nawet piżamy nie ściąga, żeby być szybciej” – zdradziła „babcia Iwonna”. Gdyby ta „piżama” skojarzyła się komuś ze snem, i to „snem wariata śnionym nieprzytomnie (Gałczyński - „Serwus, Madonna”), rozczaruje się. To się dzieje naprawdę.

Autor:

Stanisław Janecki

Publicysta tygodnika "Sieci".

Jasne stanowisko Kongregacji Nauki Wiary: 

W Kościele nie można udzielać błogosławieństwa parom homoseksualnym

 

Nie istnieje żadna podstawa do porównywania czy zakładania analogii, nawet dalekiej, między związkami homoseksualnymi a planem Bożym dotyczącym małżeństwa i rodziny — oświadczyła Kongregacja.

Stanowisko to znajduje się w opublikowanej przez Watykan odpowiedzi tego urzędu w sprawie udzielania błogosławieństwa związkom osób tej samej płci.

Negatywnie odpowiedziano na przedstawioną wątpliwość: „Czy Kościół ma władzę udzielania błogosławieństwa związkom osób tej samej płci?”.

Jak ogłoszono, papież Franciszek został poinformowany o tej odpowiedzi wraz z załączoną notą wyjaśniającą i wyraził zgodę na ich publikację.

 

Kongregacja następująco przedstawiła swoje stanowisko:

Nie jest dozwolone udzielanie błogosławieństwa związkom, także stałym związkom partnerskim, które zakładają praktykowanie seksualności poza małżeństwem, (czyli poza nierozerwalnym związkiem mężczyzny i kobiety, który sam w sobie jest otwarty na przekazywanie życia), jak to ma miejsce w przypadku związków między osobami tej samej płci.

Zaznaczono zarazem:

Obecność w takich związkach elementów pozytywnych, które same w sobie zasługują na uznanie i docenienie, nie może jednak ich usprawiedliwić i w ten sposób uczynić z nich prawowitego przedmiotu błogosławieństwa kościelnego, ponieważ elementy te służą związkowi, który nie jest ukierunkowany według zamysłu Stwórcy.

 

Istota błogosławieństwa

W nocie wyjaśniającej podkreślono, że „w niektórych obszarach kościelnych” rozpowszechniają się propozycje błogosławieństw dla związków osób tej samej płci. Są one nierzadko, jak się zaznacza, „motywowane szczerym pragnieniem przyjęcia i towarzyszenia osobom homoseksualnym, którym proponuje się drogi wzrostu w wierze, aby osoby o skłonności homoseksualnej miały konieczną pomoc w zrozumieniu i pełnej realizacji woli Bożej w ich życiu”.

 

Watykan wyraził przekonanie, że słuchanie słowa Bożego, modlitwa, udział w czynnościach liturgicznych Kościoła i praktykowanie miłości bliźniego „mogą odegrać ważną rolę w podtrzymywaniu zaangażowania w odczytywanie własnej historii oraz w wolnym i odpowiedzialnym podążaniu za własnym powołaniem chrzcielnym”. Z mocą zaznaczono, że „Bóg kocha każdego człowieka i podobnie czyni Kościół odrzucając wszelką niesprawiedliwą dyskryminację”.

 

Według Kongregacji, „aby być w zgodzie z naturą sakramentaliów, kiedy wzywa się błogosławieństwa dla jakichś relacji międzyludzkich, konieczne jest - oprócz właściwej intencji uczestniczących w tym osób - aby to, co jest błogosławione, było obiektywnie i pozytywnie ukierunkowane na otrzymanie i wyrażenie łaski, w funkcji planów Boga wpisanych w stworzenie i w pełni objawionych przez Chrystusa Pana”.

Dlatego, jak dodano, tylko te sytuacje, które są skierowane na służenie tym planom, zgodne są z istotą błogosławieństwa udzielanego przez Kościół.

W opinii Kongregacji Nauki Wiary ponieważ błogosławieństwa osób mają związek z sakramentami, błogosławieństwo dla związków homoseksualnych nie może być uznane za dozwolone, „ponieważ w pewnym sensie stanowiłoby ono naśladowanie lub analogiczne odniesienie do błogosławieństwa zaślubin” mężczyzny i kobiety.

 

Prawda obrządku liturgicznego

W dokumencie znajduje się też zapewnienie, że brak zgody na błogosławieństwa dla związków między osobami tej samej płci nie ma na celu „niesprawiedliwej dyskryminacji, lecz przypomnienie prawdy obrządku liturgicznego i tego, co głęboko odpowiada istocie sakramentaliów, tak jak je rozumie Kościół”.

 

Kongregacja wezwała wspólnotę chrześcijan i duszpasterzy do „przyjmowania z szacunkiem i delikatnością osób o skłonnościach homoseksualnych” i do znalezienia „najbardziej odpowiednich sposobów, zgodnych z nauczaniem Kościoła, aby głosić im pełnię Ewangelii”.

Osoby te „powinny uznać szczerą bliskość Kościoła, który modli się za nie, towarzyszy im i dzieli ich drogę wiary chrześcijańskiej i przyjąć jego nauczanie ze szczerą otwartością” - dodał Watykan.

Zastrzegł zarazem, że odpowiedź na zgłoszoną wątpliwość nie wyklucza udzielania błogosławieństwa dla pojedynczych osób o skłonnościach homoseksualnych.

Kościół przypomina, że sam Bóg nigdy nie przestaje błogosławić każdemu ze swoich dzieci pielgrzymujących na tym świecie, ponieważ dla Niego jesteśmy ważniejsi niż wszystkie grzechy, które możemy popełnić

— napisano w odpowiedzi.

 

wkt/PAP

ks. Jerzy Grześkowiak

Siedem mechanizmów zaprowadzania współczesnej dyktatury w demokracjach liberalnych

Michel Onfray to jeden z najbardziej wpływowych filozofów współczesnych. Jego książki tłumaczone są na wiele języków. „Traktat ateologiczny”, który opublikował w 2005 roku, w ciągu kilku miesięcy w samej tylko Francji sprzedał się w nakładzie 200 tysięcy egzemplarzy (na całym świecie rozszedł się łącznie w 370-tysięcznym nakładzie). Autor deklarujący się jako ateista znany jest z ostrzegania przed niebezpieczeństwami religii monoteistycznych oraz z propagowania hedonizmu. Politycznie definiuje się jako libertariański socjalista i postanarchista, a w wyborach głosuje na trockistów, alterglobalistów lub lewicowych eurosceptyków. W Polsce ukazało się kilka jego prac, m.in. „Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa” oraz „Manifest hedonisty”.

Ostatnia książka Michela Onfraya pt. „Teoria dyktatury” z 2019 roku, wydaje się najbardziej przemilczana ze wszystkich jego publikacji. Dlaczego? Otóż autor, wychodząc od antyutopijnych powieści George’a Orwella, dochodzi do wniosku, że w dzisiejszych demokracjach liberalnych niepostrzeżenie ustanowiona została nowa dyktatura. Filozof wskazuje na siedem mechanizmów zaprowadzania tego współczesnego reżimu. Przyjrzyjmy się im pokrótce.

Niszczenie wolności

Żeby zniszczyć wolność, należy zaprowadzić ciągły nadzór i kontrolę; życie prywatne uczynić sprawą publiczną; robić wszystko, by człowiek nie miał czasu być sam na sam ze sobą; narzucać nowe obowiązkowe święta; ujednolicić opinię publiczną; potępiać wszelką myślozbrodnię.

Zubożenie języka

Żeby zubożyć język, należy wprowadzić nowe słownictwo; zmienić znaczenie istniejących do tej pory pojęć; stosować dwójmyślenie; usunąć z nauczania klasykę, uniemożliwiając ludziom dostęp do myśli klasycznej. Chodzi o to, aby dotychczasowy sposób myślenia umarł, ponieważ zabraknie mu słów do wyrażenia siebie. Ten atak na język zaczyna się już w szkole, która niszczy tradycyjną, sprawdzoną przez pokolenia, metodę czytania i zapamiętywania.

Obalenie prawdy

Żeby obalić prawdę, trzeba podporządkować naukę ideologii, zinstrumentalizować media, rozpowszechniać fałszywe informacje, tworzyć rzeczywistość wirtualną. Prawda nie ma być czymś niezmiennym, lecz stać się płynna i zmienna, zależnie od okoliczności.

Wymazywanie historii

Aby wymazać historię, by ją móc następnie dowolnie zmieniać, należy zniekształcić przeszłość; przepisać dzieje na nowo pod kątem z góry założonej tezy; dyskredytować starych bohaterów i kreować nowych; wymyślić nowe rodzaje pamięci, marginalizować książki.

Zaprzeczanie naturze

Żeby zaprzeczyć naturze, należy zniszczyć pragnienie bycia płodnym i dawania życia, organizować frustrację seksualną, sztucznie rozmnażać się. Tę walkę z prawem naturalnym widać szczególnie w sferze gender, która przeciwstawia sobie ludzką naturę i kulturę. Tego rodzaju teza to „pierwsza głupota uniemożliwiająca myślenie”.

Szerzenie nienawiści

Żeby szerzyć nienawiść, należy stworzyć wroga, wywołać wojnę kulturową, propagować krytyczne myślenie o ideowych przeciwnikach, traktując ich poglądy w kategoriach psychiatrycznych. Chodzi o to, by uniemożliwić dyskusję, wymianę myśli i jakąkolwiek możliwość dialogu. Tolerancję należy okazywać tylko wobec tych, którzy myślą w taki sam sposób jak my.

Dążenie do imperializmu

Żeby stworzyć nowe imperium, należy od najwcześniejszych lat formatować dzieci; zarządzać sprzeciwem, zwłaszcza młodzieży; zawrzeć sojusz z elitami, by wspólnie z nimi rządzić; szantażować i zniewalać postępem; ukrywać własną siłę i władzę, przedstawiając się jako strona słaba i prześladowana.

Ostrzeżenie przed nową „religią”

Każdy z powyższych mechanizmów jest w książce Onfraya szczegółowo omówiony. Wspólnym mianownikiem tego nowego postępowego świata, który ma się wyłonić ze zniszczenia starego porządku, jest – zdaniem autora – przenikający go nihilizm. Francuski filozof pisze:

„Progresywizm stał się religią czasów pozbawionych doświadczenia sacrum, stał się nadzieją czasów rozpaczy, cywilizacji bez wiary”.

Według autora odpowiedzialna za ten stan rzeczy jest nowa lewica, która w ostatnich dziesięcioleciach zdobyła monopol kulturowy w społeczeństwach Zachodu. Dokonała ona przekształcenia tradycyjnego marksizmu, zastępując materializm dialektyczny nihilizmem dekonstruktywistycznym. Stała się ona prawdziwym hegemonem kulturowym, który zwalcza jakiekolwiek przejawy samodzielnego myślenia. Każdy, kto próbuje myśleć inaczej niż ona oraz nadawać rzeczom właściwą im nazwę, staje się automatycznie podejrzanym i wrogiem tej kulturowej dyktatury.

Ta nowa dyktatura, głosząca wyższość idei nad rzeczywistością, uzurpuje sobie prawo decydowania, co jest prawdą, a co nią nie jest. Represjonuje nieposłuszne jednostki przez wprowadzanie nowych praw, a następnie działania prokuratury i sądów. Celem tego „bezmyślnego” i „postępowego” reżimu jest – według filozofa – skonstruowanie nowego człowieka: „pustej i płaskiej istoty, sterylnej i pozbawionej głębi, w całkowitej zgodzie z projektem posthumanistycznym”. W ten sposób obudzimy się w świecie odwróconych pojęć.

Jak to było?

Wojna to pokój.

Wolność to niewola.

Ignorancja to siła.

 

Autor

pastedGraphic.png

Grzegorz Górny

Reporter, eseista, publicysta, reżyser, producent filmowy i telewizyjny. Założyciel i redaktor naczelny kwartalnika „Fronda“ (w latach 1994-2005 i 2007-2012). Współautor i producent kilku cykli telewizyjnych dla TVP1, TVP2, TVP Polonia, TVP Historia, TV Puls, Polsat. W latach 2005-2006 redaktor naczelny tygodnika „Ozon“. Autor ponad 30 książek, ma na swoim koncie także 24 wydania zagraniczne w językach: angielskim (6 książek w USA), hiszpańskim, portugalskim, francuskim, niemieckim, węgierskim, chorwackim, słoweńskim, bułgarskim. Laureat wielu nagród dziennikarskich, filmowych i książkowych (m.in. Grand Press, Feniks i nagroda SDP im. J. Zieleńskiego). Odznaczony przez prezydenta Węgier Rycerskim Krzyżem Zasługi. Obecnie stały publicysta tygodnika „Sieci“ i portalu wpolityce.pl. Prowadzi Klub Trójki w Programie 3 PR.

Jeszcze raz święty Tomasz

 

Nie mogę odmówić sobie przyjemności podzielenia się fascynującym obrazem św. Tomasza pędzla wielkiego mistrza Caravaggio, z krótkim dotykającym sedna sprawy wierszem Jarosława Maćkiewicza (Łódź). Jego medytacje do Drogi Krzyżowej publikowaliśmy na naszym portalu w okresie Wielkiego Postu. Poniżej także jego „wielkanocne pozdrowienie”. Panu Jarkowi Maćkiewiczowi dziękujemy serdecznie za cenną współpracę. A wszystkim Przyjaciółkom i Przyjaciołom życzymy w dalszym ciągu „Radosnego Alleluja!”

 

ks. Jerzy Grześkowiak


Tegoroczne Święta powinny za patronów mieć Uczniów z Emaus: "A myśmy się spodziewali..." Wierzyliśmy, że czas pandemii się skończy, że wrócimy do normalności, że wyjdziemy z grobów izolacji. A tu przyszły kolejne święta w zamknięciu, z zakazem spotkań, nawet śpiewów gdzieniegdzie zabronili... 
Może tym bardziej powinniśmy usłyszeć przyganę: "Jak nieskore są wasze serca do wierzenia!"
Niech nas zatem prowadzą po drogach wiary i niewiary święci wątpliwi: Kleofas, Łukasz i Tomasz, zwłaszcza Tomasz, który na własnej skórze przekonał się, jak cennym darem jest łaska wiary.
Załączam wierszyk sprzed lat, trochę w stylu księdza Twardowskiego... Niech czas Wielkiej Nocy przepełnia nasze serca miłością i pokojem.

 

Jarosław Maćkiewicz

 Tomasz „niewierny”? – wątpiący? - szukający?...

        

            Przez zamknięte drzwi wszedł Chrystus

            I położywszy dłoń na mojej głowie, rzekł:

            „To ty jesteś dowodem mojego istnienia,

            Tomaszu, gdyż jesteś moja otwartą raną,

            Miejscem cierni, gwoździ i włóczni”

                        Roman Brandstaetter

 

W drugą niedzielę Wielkanocy tradycyjnie słyszymy w kościele Ewangelię o Apostole Tomaszu, któremu trudno dać wiarę kolegom relacjonującym mu z pasją, że ukrzyżowany Jezus zmartwychwstał i ukazał się im zgromadzonym w wieczerniku.  „Widzieliśmy Pana!” Tomasz nie może uwierzyć, podobnie jak przedtem oni sami nie wierzyli słowom Marii Magdaleny i jej przyjaciółek.

Tomasz miał przydomek Didymos, czyli „bliźniak” - bliźniak w realu, ale także w przenośni: „bliźniak naszych wątpliwości”! Tomasz - ktoś kto chce wszystko wiedzieć, wszystko i bardzo dokładnie, precyzyjnie, kto potrzebuje namacalnych dowodów. To, że inni mówią, iż Jezus wyszedł z grobu i przenika także przez zamknięte drzwi – nie ma dla niego znaczenia, jemu to nie wystarcza. On musi zobaczyć Jezusa na własne oczy, musi widzieć Jego rany i ich dotknąć. Bo tylko takiemu Bogu może uwierzyć, który nosi na sobie rany i zna ból człowieka poranionego przez życie.

Tomasz, widząc potem własnymi oczami rany Jezusa, już nie czuje potrzeby ich dotykania. Już samo widzenie dokonało w nim przemiany. Wątpliwości pierzchły, ich miejsce zajęła wiara. Już nie chodzi tu więcej o Tego, którego można widzieć, dotknąć i wziąć w ramiona, lecz o Tego, który z tymi ranami jest uwielbiony, wywyższony u Boga, który jest Bogiem. To głębokie duchowe przeżycie i doświadczenie wypowiada Tomasz w słowach: „Pan mój i Bóg mój!”. Ten okrzyk jest wyznaniem wiary, wypowiedzianym z głębin poznania nie rozumem, lecz sercem. Tu kłania się Blaise Pascal: „Wiara to doświadczać Boga sercem, nie rozumem”.

Jezus poprzez stojącego przed nim Tomaszem widzi także nas, tych, którzy „nie widzieli”, których przy tamtym Jego objawieniu się nie było. I ogłasza nas „błogosławionymi”! Jesteśmy błogosławieni, jeżeli nie polegamy tylko na tym, co dotykalne, sprawdzalne, lecz ukierunkowujemy całą naszą egzystencję na Niego i z Nim. Jemu można zaufać i zawierzyć, bo jako naszemu Bratu nie są Mu obce nasze zranienia, a jako Zmartwychwstały przynosi nam Boży Pokój!

Może mówisz: „Chciałbym wierzyć, ale nie potrafię, stale napadają mnie wątpliwości”.  Kto tak mówi, już jest wierzącym. Wiara i wątpienie należą do siebie. Nie ma wiary bez pytań. Wiara nie wyklucza zwątpień, lecz je implikuje. Kto jeszcze nigdy nie wątpił, nie jest prawdziwie wierzącym. Wątpienie jest drogą do wiary.

Wierzyć, po łacinie credere – pochodzi od cor dare, czyli „dać komuś, powierzyć komuś serce”.  Tomasz swoim zachowaniem mówi: „Moje serce mogę tylko wtedy komuś powierzyć, gdy wiem: Jemu nie są obce moje ciemności i moje rany. Wierzyć mogę tylko temu, kto może i chce dzielić moje życie. Chrystus unoszący się gdzieś w niebieskich przestworzach, który nie zna cierpienia tego świata – jakie znaczenie mógłby On mieć dla mnie, dla mojego życia?” 

Tomasz pytał zatem w duchu, czy Zmartwychwstały Jezus jest nadal tym, który wie, co znaczą zranienia, łzy i cierpienie? Czy stoi nadal – jak wtedy, gdy z Nim przemierzali palestyńska ziemię słuchając Jego Dobrej Nowiny - po stronie małych, słabych, chorych, ubogich, wykluczonych?

 Chrystus zrozumiał to pytanie Tomasza zawarte w stwierdzeniu: „Jeżeli nie włożę mego palca w Jego bok, nie uwierzę”. Każe mu zatem dotykać swoje już teraz chwalebne rany. One są dla Tomasza niejako „dowodem osobistym” Jezusa, trwałym „znakiem rozpoznawczym”. Jezusowe rany mówią: „Także po moim Zmartwychwstaniu jestem po stronie wszystkich poranionych przez życie, przez los, przez ludzką podłość i okrucieństwo!

Czy Tomasz faktycznie dotykał ran Jezusa, tego nie wiemy. Załóżmy, że tak. To dotknięcie uleczyło jego wątpienie. Odtąd nie jest on „na zewnątrz’ wspólnoty Apostołów, lecz wewnątrz niej,  My też należymy do „wspólnoty Jezusa”, jeżeli poruszają nas, wzruszają „zranienia powstałe z miłości”, jeżeli naszym życiem kieruje prawo miłości. Do tego potrzebny jest mocny punkt oparcia. „Dajcie mi mocne oparcie, a ruszę z posad, z zawiasów, świat” – mówił Archimedes. Tym punktem oparcia w naszym życiu jest Jezus Chrystus. Czerpiąc z tego centrum mogę kochać i odkryć moje posłannictwo i zadania, i być może wtedy „rany miłości” przemienią się  w „cud miłości”.

I jeszcze jedna myśl: Zmartwychwstały przychodzi do Swoich z pokojem – do wspólnoty złożonej z wierzących, niepewnych, wątpiących, zawiedzionych, pytających, szukających, ufających. 

Dobrze jest wiedzieć, że Zmartwychwstały Pan ogarnia nas zawsze swoim miłosierdziem i pokojem, nawet wtedy, jeżeli nie jesteśmy tacy, jakimi być powinniśmy. Wątpiącego Tomasza bierze Jezus całkiem na serio. To, że Tomasz doszedł do wiary, było jednak też zasługą wspólnoty Apostołów. Nie odrzucili go z jego wątpliwościami. Nie wykluczyli. Potraktowali poważnie jego pytania i problemy. Taka postawa decyduje o autentyczności chrześcijańskich wspólnot: wzajemnie się akceptować i przyjmować - mimo wątpliwości, różnic w poglądach, mimo  grzechu i win. We wspólnocie wiary jeden dźwiga brzemiona drugiego.

Wątpienie nie jest grzechem – jest drogą do wiary. „Panie wierzę, ale wesprzyj mnie w mojej niewierze!”

 

Chryste, bądź dla nas jak Tomasz niewierny

Taki ciekawy i niemiłosierny

Dotknij naszego boku, spróbuj go otworzyć

I na krwi ciepłej palce swe położyć

Spróbuj domacać się, czy myśmy żywi

Czy już pomarli dawno - nieprawdziwi

Zechciej doszukać się chociażby drgnienia

Półmyśli, półpragnienia – najmniejszego cienia

Co własne w nas zostało…

Co się nie poddało…

Co nie zmieniło się w kamień kamienia

 

Ernest Bryll

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Świat i moje życie w świetle Wielkanocy

 

Nie umiem być srebrnym aniołem –
i gorejącym krzakiem –
Tyle Zmartwychwstań już przeszło –
a serce mam byle jakie.

Tyle procesji z dzwonami –
tyle już alleluja –
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja.


Ks. Jan Twardowski


W latach 80-tych XX wieku wyprodukowano w USA film pt. „Świat w ciemnościach”. Opowiada on o archeologu prowadzącym wykopaliska w Jerozolimie. Sceptycznie nastawiony do Zmartwychwstania Jezusa przekopał wzgórze kalwaryjskie i cmentarz, na którym według świadectwa św. Jana złożono martwe ciało Jezusa. Pewnego dnia podał on do publicznej wiadomości, że znalazł zwłoki Jezusa. Pokazał ludziom zmumifikowane ciało, z ranami na rękach i nogach, z przebitym bokiem. Przy tej prezentacji jedna z kobiet woła: „A więc to prawda: ukrzyżowany, umarły i pogrzebany”. A archeolog dopełnia: „Ukrzyżowany – tak; zmartwychwstały – nie. Tu leży zmarły Jezus z Nazaret”. Następnie film pokazuje, jak konkretna wioska stopniowo przekształca w „wieś bez Wielkanocy”: kapłan gasi wieczną lampkę przed tabernakulum i zamyka kościół. Milkną kościelne dzwony. Usuwa się krzyże. Ludzie odchodzą od łóżek chorych, likwidują dom opieki. Gasi się światła na grobach, które dotąd wierzący zapalali dla swoich kochanych zmarłych jako znak ich nadziei na życie wieczne. Krótko mówiąc: „Świat w ciemnościach”.


Pod koniec filmu archeolog popada w ciężką chorobę i zbliża się jego śmierć. Woła więc dawnego kapłana do siebie i wyznaje ze skruchą, że oszukał ludzi, że spreparował czyjeś zwłoki i złożył je w grobie Jezusa.  I znowu zmienia się życie w tej wiosce. „Świat w ciemnościach” zamienia się w „świat wielkanocny”. Ludzie przychodzą znowu do kościoła i zapalają świece. Biją dzwony wielkanocne, a ulice rozjaśniają się dzięki  wielkanocnym świecom świętujących mieszkańców.


Ta wymyślona przez reżysera historia pokazuje, jak ważne w skutki jest pytanie, co wydarzyło się w Jerozolimie owego wielkanocnego poranka?


A co się wydarzyło? Dla ludzkich oczu i innych zmysłów jest to zakryte. Nikt tego osobiście nie przeżył. Nikogo nie było przy tym zdumiewającym wydarzeniu, gdy Jezus   - ukrzyżowany, zabity i złożony do grobu - został przez Ojca wskrzeszony do nowego życia. Nawet, gdyby jakiś naoczny świadek był przy tym obecny, to i tak nie mógłby tego pojąć. Bo jak może człowiek zrozumieć coś, co leży poza granicą jego zmysłowych doświadczeń?


Zmartwychwstanie nie oznacza, że zabity i martwy Jezus znów powraca do ziemskiego życia, jak wskrzeszony przez Niego Łazarz, lecz że On wkroczył teraz w inne życie, w nowy świat Boga. To nowe życie przerasta doświadczenia naszego widzialnego świata, jest nieuchwytne dla naszych zmysłów. A mimo to Zmartwychwstały, który już nie jest poddany granicom przestrzeni i czasu, naprawdę cieleśnie ukazał się swoim uczniom i Marii Magdalenie, w ciele i z ciałem należącym już do świata Boga, które było identyczne z jego ciałem ziemskim, o czym świadczą ślady ran na rękach, nogach i w boku.

 
A reakcja uczniów Jezusa? Przed tym spotkaniem byli załamani, bez okruszyny nadziei. Bo przeżyli ukrzyżowanie i haniebną śmierć. Teraz po spotkaniu ze Zmartwychwstałym wiedzą z absolutną pewnością: „On żyje. Spotkaliśmy Go”. To przekonanie niosą w świat i za nie umierają śmiercią męczeńską.


Ponieważ Chrystus żyje, żyjemy „w świecie wielkanocnym”. I słusznie palą się w naszych świątyniach paschalne świece – symbole Zmartwychwstałego. Słusznie dzwony głoszą na całym świecie wielkanocne orędzie. Słusznie w wielu publicznych miejscach miast i wsi, na skrzyżowaniach dróg i na szczytach gór stawia się krzyże, które przypominają nam Tego, który swoją śmiercią pokonał śmierć. I słusznie na grobach naszych bliskich często zapalamy światło jako znak naszej nadziei na życie wieczne i na spotkanie.

 
Wielkanoc to Pascha Chrystusa i moja osobista Pascha. Pascha znaczy „przejście”. A zatem Wielkanoc to moje osobiste „Przejście” - od śmierci do życia, - od grzechu do istnienia w miłości Boga, - od ciemności do światła, - od utrapień i ucisków do pokoju i radości, - od Wielkiego Piątku do Niedzieli Zmartwychwstania.


Ileż w moim życiu osobistych Wielkich Piątków! Ale zamiast się skarżyć, użalać, jęczeć i biadolić lepiej po prostu stanąć przed Bogiem w całej prawdzie i pokorze i Go poprosić: „Dobry Boże, pozwól mi choć trochę skosztować Wielkanocy i Zmartwychwstania, bo tak głęboko tkwię w Wielkim Piątku!”


Jak bardzo Wielkanoc oznacza osobistą Paschę, osobiste „przejście” i „przemianę”, to pokazuje obrazowo zwyczaj w Piemoncie we Włoszech.  W niektórych miejscowościach przy pierwszych dzwonach wielkanocnych ludzie biegną do studni pośrodku wioski i tam obmywają starannie swoje oczy: „oczy - chcę wszystko posiadać”, „oczy - pożądam ciebie”, „oczy - zejdź mi z oczu”, „oczy zwodzące - zróbmy jakiś niegodziwy interes”!  Oni są spragnieni oczu wielkanocnych! Dlatego zmywają zimne, żądne, chytre, nieufne spojrzenia. Zmywają z tych oczu strach, nienawiść, zazdrość, gniew. A ta zimna źródlana woda – jak tam powiadają – zmywa błoto całego długiego minionego roku.
 

Panie Zmartwychwstały, 
daj mi, proszę, 
takie wielkanocne oczy! 
I nie tylko oczy, lecz także 
wielkanocne uszy, 
usta, 
ręce i 
nogi. 
A przede wszystkim 
wielkanocne serce!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Twoim Zmartwychwstaniem żyję!
Ono śmierć mojego życia
W Twoje życie zmienia –
I Tyś jest we mnie
a ja w Tobie, Panie.
I żyję Twoim wielkim Zmartwychwstaniem!”
                              
- Wojciech Bąk –

Stacja XIII   Zdjęcie ciała Jezusa z krzyża
 
Zjełczałe progi praw krain arkadyjskich
Utopione idee recepty na cuda
Olśnienia polityczne i sukcesu błyski
Wszystko – wklęsłość wyżyny – idzie jak po grudach
 
Idee nie są wieczne – podlegają prawom
Podaży i popytu „niewidzialnej ręki”
Określa się ich ceny nadaje podstawom
Właściwości niezmienne wręcz boskiej poręki
 
I tak przeminąć muszą wyparte nowymi
Nawet idee świętsze niż wszystkie nam znane
Jedną właśnie zdejmują a my to widzimy
 
Tylko nieco zdziwieni że w ciało ubrane
Krócej żyją niż inne potworzone prawa
Skąd jednak w naszych sercach o powrót obawa
 
 
Stacja XIV   Grób Jezusowy
 
Utopić w wodzie kamień nie jest wydarzeniem
Chyba że kamień z szyją złączony powrozem
Albo wodą miał zgasić piekielne pragnienie
Albo wargi nawilżyć komuś po narkozie
 
Spalić książkę też nie jest przymnażaniem kosztów
Gorzej gdy książkę czytał niedołężny starzec
Wyrwać złotą pszenicę spośród szarych ostów
I zamiast ostów spalić w sobotnim pożarze
 
Nie złożono do ziemi aby kiełkowało
Ziarno życia na wieki co nam sens przywraca
Wolano aby ziarno cnie się zmarnowało
 
Bo ludziom nie na rękę to się nie opłaca
Szukać w świecie miłości i miłości służyć
Skały serc porozkruszać i wrogość wyburzyć

 

Jarosław Maćkiewicz

O autorze rozważania


Autorem poniższego rozważania o krzyżu jest  sługa Boży, ks. Aleksander Zienkiewicz, pseudonim „Wujek”, duchowny katolicki,  duszpasterz akademicki, pedagog, teolog. 
Urodził się 12 sierpnia 1919 roku w Lembówce na Wileńszczyźnie. Filozofię i teologię studiował w Wyższym Seminarium Duchownym w Pińsku. Miejsca jego duszpasterskiej działalności to Nowogród, Syców, Gorzów, Wrocław. Był rektorem Seminarium Duchownego we Wrocławiu, długoletnim ulubionym duszpasterzem akademickim, rektorem kościoła św. Piotra i Pawła we Wrocławiu, kanonikiem wrocławskiej kapituły katedralnej. Zmarł 21 listopada 1995 roku roku we Wrocławiu w opinii świętości. Jego grób znajduje się na cmentarzu św. Wawrzyńca we Wrocławiu.  Pani mgr Joannie Lubienieckiej, zaangażowanej w procesie beatyfikacyjnym,  redakcja „Polonika Monachijskiego” dziękuje za udostępnienie tego pięknego, pisanego przed prawie 70 laty, a przecież także dziś aktualnego tekstu.


Ks. Jerzy Grześkowiak
 

Mowa krzyża


„O cichy, milczący krzyżu, jakże nieskończenie wiele umiesz nam powiedzieć, jak potężnie poczynasz uczyć nas wówczas, gdy milkną już wszyscy inni nauczyciele, a wszelka mądrość mądrych staje u swego kresu” (Foerster – „Chrystus a życie ludzkie”).


Gdy po wstrząsającym wołaniu: „Eloi, Eloi, lema sabachthani” – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mk 15, 34) i po słowach: „Ojcze, w ręce twoje oddaję ducha mego” (Łk 23, 46) opadła Chrystusowi głowa na piersi i zamilkły zsiniałe usta, zdawało się wrogom Dobrej Nowiny, że ta skrwawiona Szubienica będzie stała na straży wieczystego milczenia nad Jego dziełami i nauką.


A tymczasem stało się wręcz coś przeciwnego. Gdy zamarły na ustach Jezusa ostatnie słowa, zrozumiałe tylko dla Żydów, zaczął donośną przemowę krzyż, najpierw skąpany w krwawych promieniach okrywającego się zaćmieniem słońca, a potem olśniony blaskiem Zmartwychwstania Ukrzyżowanego. I przemawia dotychczas językiem zrozumiałym dla wszystkich ludzi i dla wszystkich czasów. Wystarczy tylko przystanąć przy nim i zapytać, kto i za co na nim umiera, a wnet usłyszymy przedziwną i wstrząsającą naukę o wielkich dziełach Boga i zbrodniach człowieka, o naszych losach doczesnych i wiecznych. Przede wszystkim zaś krzyż Chrystusowy mówi nam o nieskończonej wartości duszy ludzkiej, o złości grzechu, o niepojętej miłości Boga dla człowieka i o triumfie zbawienia.


Nie ma człowieka, który by stojąc przed krzyżem z otwartymi oczyma i zdrowym słuchem serca nie usłyszał wołania: „Patrz, jak wielka i bezcenna jest twoja dusza”… i który by tej mowy zgoła nie pojął.


Gdyby wartość i wielkość duszy ludzkiej dawały się zamknąć w ograniczonych dniach ludzkiego życia na ziemi, czyż warto by było ponosić aż tak wielką ofiarę za prawdę i sprawiedliwość? Czyż nie mądrzej byłoby obrać wtedy drogę bardziej „życiową”, drogę kompromisu lub najmniejszego oporu? Wtedy bowiem ofiara i cierpienie za sprawy duszy nie miałyby przecież bezwzględnego dalekosiężnego sensu. Ale krzyż te mniemania i wahania prostuje – prostuje i bez żadnych niedomówień, jasno i bezwzględnie: dusza ludzka jest większa niż cały świat materialny i droższa niż wszystkie jego skarby, nie będzie za wiele oddać za jej zbawienie całe morze bólu, całą swoją sławę, wszystką krew swoją i życie.


Jezus Chrystus dobitnie i jasno podkreślał wielkość i wartość duszy, idąc przez wsie i miasta Palestyny, przemawiając do apostołów i tłumu z uroczych wzgórz galilejskich: „Co za pożytek człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł?” (Mt 16, 26). Ale dopiero teraz mowa krzyża z Góry Golgoty czyni tę prawdę wyrazistą i jaskrawą jak purpura krwi spływającej z ran Ukrzyżowanego.


Krzyż zbryzgany krwią Chrystusa nieustannie opowiada światu również o tym, jak wielkim złem, jak straszną przygodą jest grzech. Człowiek skłonny jest ustawicznie łagodzić sąd o złości grzechu, skłonny jest sprowadzać grzech do roli błahostki, bagateli, która niknie w przepaści między małością człowieka a wielkością Boga.


Są i tacy, którzy skłonni są uważać grzech za przygodę wzbogacającą i potęgującą życie. A tymczasem Krzyż mówi jasnym i potężnym jak piorun językiem zgoła coś innego o grzechu… Mówi, jak wielką siłą jest grzech, skoro potrzeba było potęgi ofiary Boga-Człowieka, aby go przezwyciężyć. Jak wielkim tyranem jest grzech, skoro potrafi ujarzmionego przez siebie człowieka przyprowadzić do zbrodni okrucieństwa nad dobrocią, sprawiedliwością i miłością, skoro potrafi zepchnąć opętanych przez siebie ludzi na niziny upodlenia, a nawet pchnąć do zbrodni bogobójstwa! Jakże straszną gangreną duszy jest grzech, skoro potrzeba było Boskiej Krwi Jezusa, aby go zmyć ze zbrukanych ludzkich serc!


Patrząc na krzyż uświadamiamy sobie jasno, że dziełem grzechu są skamieniałe serca, zabite sumienia, zwierzęce upodlenie, łzy pokrzywdzonych, przekleństwa torturowanych; dziełem grzechu są rozwalone domy, pożary i zgliszcza, jęki rannych, poszarpane ciała i stosy trupów na pobojowiskach. Tak, każdy Chrystusowy krzyż, wiszący w moim pokoju, stojący na rozstaju dróg czy strzelający w niebo z wieży świątyni mówi każdemu człowiekowi: „Patrz, jak straszny jest grzech!”.


Ale równocześnie z wrażeniem wstrętu i lęku, jaki budzi w nas grzech, wizerunek krzyża rodzi w duszy naszej uczucie niezrównanej otuchy i radości. Krzyż bowiem z rozpostartymi ramionami i rozpiętym na nim Chrystusem woła do całego świata: „Patrzcie ludzie, jak bezgranicznie wielka jest miłość Boga do człowieka”.


Prawdziwa miłość wyraża się ofiarą, poświęceniem. Im większe jest poświęcenie, tym większą miłość wyraża. Jezus na krzyżu spełnia najwyższą Ofiarę: poświęca wszystko, co przedstawia najwyższe wartości na ziemi: dobrą sławę (umiera na szubienicy pośród zbrodniarzy), zdrowie, krew, życie. A nie ma większej miłości nad tę, kiedy ktoś życie swoje oddaje za duszę bliźniego swego. I Syn Boży po przyjęciu ciała ludzkiego nie mógł już dać wyższego i doskonalszego wyrazu swojej miłości nad śmierć swoją na krzyżu.


Wprawdzie i słowa Pana Jezusa, zwłaszcza w przypowieściach, dobitnie i jasno podkreślały miłość Boga do człowieka. Wzruszająca przypowieść o dobrym Pasterzu i synu marnotrawnym wskazywały na niezrównaną miłość Stwórcy nawet do grzesznego człowieka. Ale te nauki i wyjaśnienia nabrały niezrównanej mocy oraz nadludzkiego wyrazu i blasku przez pieczęć krwawej Ofiary na krzyżu. Gdy Jezus zapłakał nad grobem Łazarza, żałobni goście Betanii szeptali między sobą: „Oto jak go miłował”. Jakiejże niezachwianej pewności i siły nabierają te słowa wobec krwawych ran Jezusa na krzyżu! Patrząc na to wijące się w bólu ciało, na te cierpiące lecz z niewymowną dobrocią patrzące na świat oczy, na te broczące krwią rany, słyszeć winniśmy przejmujący szept idący z krzyża przez wieki: „Oto jak umiłował człowieka”…


Gdybyśmy się dalej wsłuchiwali w tę niemą lecz donośną mowę krzyża, dowiedzielibyśmy się jeszcze niejednej prawdy i otrzymalibyśmy niejedną cenną wskazówkę dla naszego życia i działania. I tak winniśmy czynić. Krzyż Chrystusowy nie powinien być tylko wspomnieniem historycznym ani sprzętem w naszym mieszkaniu, ani dekoracją kościołów, ani tylko znakiem ochrzczonych. Krzyż winien być dla nas symbolem życia i aktualnych najwyższych spraw. Krzyż winien być dla nas skróconą codzienną Ewangelią, główną amboną, głównym nauczycielem i przewodnikiem. Słuchając go osiągniemy taką mądrość życia, jakiej nie dadzą nam najlepsi nauczyciele, posługujący się najpiękniejszą mową ludzką. Szczęśliwi będziemy, jeżeli nad naszym grobem stanie krzyż, którego mowy słuchaliśmy pilnie i szliśmy za nią. On nie będzie wtedy strażnikiem naszej nicości ani rozpaczy, lecz kotwicą szczęśliwej jasności wiekuistej, znakiem zwycięstwa.


Wielki Piątek jest dniem szczególnego kultu Krzyża. Nie przejdźmy obok tego wielkiego dnia. Ucałujmy z czcią i miłością wizerunek Chrystusa, ale na tym nie poprzestańmy…


Ks. Aleksander Zienkiewicz
„Wrocławski Tygodnik Katolicki” 1955 nr 13, s. 1 i 4.

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 17.10.2021 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga",

"Kącik Pani Marzeny"

oraz

"Z notatnika redagującego - Jerzego Sonnewenda".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend