Niedziela Palmowa
A Pan Jezus jechał bardzo smutny,
bo Go czekał ból i śmierć okrutna,
to nad Jego śmiercią ulicami
tłum powiewał, powiewał palmami
Antoni Gołubiew
Niedziela rozpoczynająca Wielki Tydzień nosiła w historii różne nazwy. Jej obecna nazwa „Niedziela Palmowa” pochodzi od obrzędu poświęcenia palm, po którym następuje procesja wspominająca wjazd Jezusa do Jerozolimy. Po tej radosnej części celebracji zmienia się nastrój na poważny, ponieważ w drugiej części liturgii czyta się Mekę Pańską i sprawuje Eucharystię. Robert Féry pisze:
„To święto w pewien sposób pozwala nam usłyszeć dwa pierwsze fragmenty koncertu, którego radosne allegro trwa tylko tyle, co przejście pochodu, po czym rozlega się długie andante, rozwijające swoje motywy przez kolejne dni Wielkiego Tygodnia, a na ostatnią radosną część trzeba czekać aż do nocy Paschy, aby usłyszeć ją w formie Alleluja”.
Ewangeliści opisują szczegółowo ostatnie pielgrzymowanie Jezusa do Jerozolimy. Przychodzi z Jerycha, a za Nim podąża wielka rzesza, do której dołączyli dwaj uzdrowieni niewidomi (Mt 20,29-34). Droga prowadzi przez Betanię i Betfage. Widok z Góry Oliwnej na święte miasto jest imponujący, robi ogromne wrażenie, co potwierdzi każdy współczesny pielgrzym do Ziemi Świętej. Jezus ogarnia wzrokiem miasto i świątynię. Jerozolima jest poruszona. Lud od bardzo dawna oczekuje wyzwoliciela. Ale Jezus nie przychodzi jako zwycięski wódz na bojowym rumaku, lecz jako pokojowy Mesjasz, który wie, że bliska jest „Jego godzina” i że spełnia się proroctwo Zachariasza: „Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny – jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy” (Za 9,9). Wie też, że to właśnie On będzie „cierpiącym Sługa” zapowiedzianym przez Izajasza. Z tłumem Mu towarzyszącym idzie Jezus pod górę do Jerozolimy, a ludzie z miasta wychodzą Mu naprzeciw. Jego uczniowie nie posiadają się z radości, bo oto nadeszła oczekiwana chwila triumfu. Tłumy rozpościerają płaszcze przed Jezusem siedzącym na osiołku, ścinają gałęzie z palm i z drzew oliwnych i wymachując nimi skandują okrzyki: „Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie! Hosanna na wysokościach!” (Mt 21,1-11).
Procesja w Niedzielę Palmową jest obrzędowym naśladowaniem tamtego wydarzenia, a o tym, że chrześcijanie już wcześnie ją praktykowali, świadczy opis Eterii w jej dzienniku z podróży do Jerozolimy (IV wiek). Opowiada ona, że lud gromadził się na szczycie Góry Oliwnej o godzinie jedenastej. Po odczytaniu fragmentu Ewangelii o wjeździe Mesjasza (Mt 21,1-11) ruszano w drogę do miasta.
„Cały lud wstępuje na Górę Oliwna (…), również biskup. Śpiewają hymny i antyfony (…) mówiąc: ”Błogosławiony, który przybywa w imię Pańskie”. (…) I wszystkie dzieci tamtejsze – nawet takie, które jeszcze chodzić nie mogą, bo są słabe i obejmują szyje swoich rodziców – trzymają gałązki, jedne palm, inne oliwek, prowadzą biskupa w ten sposób, jak wówczas prowadzono Pana. I tak idą wszyscy pieszo ze szczytu góry do miasta, a potem przez całe miasto do Anastasis (tj. bazyliki Zmartwychwstania); wśród idących są znakomite niewiasty i panowie; prowadzą biskupa, powtarzając „Błogosławiony”.
Losy tej religijnej manifestacji układały się w historii różnie w zależności od tego, do kogo należała Jerozolima (mahometanie, krzyżowcy). W 1648 roku procesja została zakazana, a stary zwyczaj wznowiono dopiero w roku 1933 - w jubileuszowym Roku Świętym Odkupienia. Obchody Niedzieli Palmowej z procesją rozpowszechniły się z Jerozolimy na cały świat - najpierw na Wschodzie, zwłaszcza w Syrii i Egipcie, potem na Zachodzie (IX wiek), gdzie akcent uprzednio był bardziej położony na opisie Męki Pańskiej według św. Mateusza, najpóźniej w Rzymie, bo dopiero w XII wieku.
Z czasem przyjął się zwyczaj, że wierni wracali z procesji do domu z palmą – znakiem zwycięstwa, lub z gałązkami oliwnymi, wawrzynowymi czy pęczkami bukszpanu, które - na przykład według zachęt Mszału z Bobbio (VII wiek) – miały być zachowywane jako lekarstwo na choroby i podstępy szatana. I tak do dziś poświęcone gałązki umieszcza się na domowym ołtarzyku, przyczepia do krzyża, do przydrożnych i polnych kapliczek, składa się na grobach jako znak zwycięstwa i życia. Zwyczaje typowo polskie opisuje malowniczo Zofia Kossak-Szczucka:
„W Palmową Niedzielę każdy kościół polski zakwita wiązankami wierzbiny, modrzewiu, borówek, borowinku, jak gdyby całe gaje weszły do świątyni oddać hołd Zbawicielowi. Wierzbina usiana białymi kotkami – to polska palma wdzięczna i pokorna. (…) Wychodząc po nabożeństwie z kościoła należy połknąć parę poświęconych baziek. Miękkie, kosmate, z trudem przechodzą przez krtań, lecz zabieg wart jest trudu, chroni bowiem od chorób gardła na przeciąg roku.”
Słuszność przekonania w ludowej tradycji o leczniczych właściwościach wierzbowych baziek potwierdzają odkrycia z początku XX wieku, że wierzba zawiera kwas acetylosalicylowy, z którego wytwarzana jest aspiryna. Według dawnych wierzeń połknięte „kotki” zapobiegały chorobom gardła, sproszkowane i dodane do naparów z ziół posiadały moc uzdrawiającą, a zmieszane z ziarnem siewnym i podłożone pod pierwszą skibę zapewniały urodzaj. Palmy z wierzbiny po procesji stawiano w oknach, by odwracały pioruny, a prochem powstałym po ich spaleniu posypywano głowę w środę popielcową następnego roku.
W realiach naszego kraju „gałęzie palmowe” z Jerozolimy lub stosowane przez chrześcijan na Południu Europy zastąpiono rodzimymi krzewami i roślinami. „Palmy”, które przygotowuje się w Polsce do poświęcenia, mają na ogół postać ozdobnych kompozycji z kolorowych, żywych lub suszonych kwiatów, zbóż, bazi, zielonego bukszpanu. W dawnych czasach były to wiązanki z gałązek wierzby, leszczyny, cisu, jałowca i dzikiego wina, czyli tych krzewów i drzew, które według ludowych opowieści, gdy cala przyroda pogrążyła się w żalu po ukrzyżowaniu Chrystusa, najbardziej opłakiwały Zbawiciela. Do takiej wiązanki nie było jednak wolno włączać gałązek topoli, ponieważ według legendy ona – dumna i wyniosła – nie ugięła swych gałęzi na znak żałoby po Chrystusie. Z tego powodu listki topoli po wiek wieków muszą drżeć z trwogi przed Bożym majestatem.
Ks. Jerzy Grześkowiak
Święty Józef:
„Człowiek wiecznego uśmiechu i posłusznego pokiwania głową”
Postawa św. Józefa to spokojna, pokorna ufność Bogu, która pozwala działać wiernie nawet wtedy, gdy nie rozumie się Jego planów.
Święty Josemaría używał czasem bardzo obrazowych wyrażeń, aby opisać pewne charakterystyczne duchowe cechy. Kiedy mówił o św. Józefie jako o człowieku „posłusznego pokiwania głową”[1], nie miało to kontekstu negatywnego ani oznaczającego obojętność; przeciwnie, wyraża to bardzo głęboką postawę oddania się Bogu. I widział to jako:
1. Ludzki, zwyczajny gest. Wzruszenie ramion to prosty gest, który oznacza coś w rodzaju: „Nie rozumiem wszystkiego… ale idę dalej”. Święty Josemaría widział u św. Józefa taką właśnie postawę wobec Bożych tajemnic.
2. Święty Józef wobec niezrozumiałych sytuacji
W Ewangelii św. Józef kilkakrotnie znajduje się w sytuacjach, których po ludzku nie rozumie:
W Ewangelii nie zapisano żadnych wypowiedzi Józefa. Są tylko decyzje i jest posłuszeństwo. Święty Josemaría interpretował tę postawę następująco: Józef mógł powiedzieć w swoim wnętrzu: „Panie, nie rozumiem tego do końca… ale jeśli Ty tego chcesz, tak robimy”. To „wzruszenie ramion” byłoby więc gestem pokornej ufności, a nie pasywności.
3. Cecha duchowa: realizm i oddanie.
Dla założyciela Opus Dei święty Józef reprezentuje:
Dlatego widział u niego duchowość bardzo praktyczną: czynienie tego, o co prosi Bóg, bez robienia dramatów.
4. Postawa bardzo ludzka
Święty Josemaría bardzo cenił tę postawę, ponieważ uważał ją za użyteczną w codziennym życiu chrześcijańskim:
„Wzruszenie ramion” świętego Józefa oznaczałoby powiedzenie: „Cóż… jeśli Bóg tak chce, pracujemy dalej”.
5. U podstaw: nadprzyrodzony spokój
Dlatego to wyrażenie wskazuje na bardzo józefową cnotę: pogodę ducha kogoś, kto w pełni ufa Bogu. Bez narzekania, bez dramatyzowania, po prostu będąc posłusznym i pracując.
Z internetu: św. Josemaria z Opus Dei
(opracowanie: Jerzy Grzśkowiak)
Wilno przygotowuje się do Światowego Kongresu Miłosierdzia
Wilno to miejsce szczególnie naznaczone przesłaniem św. siostry Faustyny. Czciciele Miłosierdzia Bożego z całego świata spotkają się od 7 do 12 czerwca 2026 r. w Wilnie na Światowym Apostolskim Kongresie Miłosierdzia (WACOM). To właśnie tutaj przechowywany jest oryginalny obraz Jezusa Miłosiernego, namalowany pod kierunkiem apostołki Bożego Miłosierdzia.
Zaproszenie do zaufania
Serce Bożego Miłosierdzia wkrótce zabije mocniej tam, gdzie wszystko się zaczęło. Wilno finalizuje przygotowania do przyjęcia pielgrzymów, którzy chcą nie tylko słuchać o miłosierdziu, ale nim żyć. W wywiadzie ks. Mykolas Sotničenka, koordynator komunikacji Kurii Archidiecezji Wileńskiej i członek komitetu organizacyjnego, podkreśla duchowy wymiar tego wydarzenia: „Tym, którzy jeszcze się wahają, powiedziałbym bardzo prosto: jeśli w waszym sercu istnieje choćby najmniejsze pragnienie uczestnictwa, to już jest znak”. Kongres nie będzie jedynie sympozjum czy serią wykładów. To przestrzeń modlitwy, spotkania i odnowy wiary. To okazja, by zobaczyć, że Orędzie Miłosierdzia nie jest tylko pobożną ideą, ale realną odpowiedzią na rany współczesnego świata. „Dlatego zachęcam, by nie bać się zrobić pierwszego kroku i zapisać się”, mówi rzecznik kurii w Wilnie.
Miasto Miłosierdzia
Zainspirowany myślą św. Augustyna oraz listem pasterskim arcybiskupa Gintarasa Grušasa, Kongres proponuje wizję budowy „Miasta Miłosierdzia”. Nie chodzi wyłącznie o kilkudniowe wydarzenie, po którym wszystko wróci do dawnej codzienności. Organizatorzy pragną, aby uczestnicy stali się „żywymi cegłami”, ludźmi, którzy po powrocie do swoich domów, parafii i miejsc pracy będą wprowadzać miłosierdzie w konkret życia. Udział w Kongresie ma być początkiem drogi, zaproszeniem do praktykowania miłosierdzia w relacjach rodzinnych, zawodowych i społecznych.
Najważniejsze punkty i potwierdzeni goście
Przez sześć dni Wilno będzie gościć znaczące postacie świata katolickiego, wśród nich: kard. Grzegorza Rysia, autora książki „Skandal miłosierdzia”; Nicky'ego Gumbela, współtwórcę kursu Alpha i autora bestsellerów: „Po samobójstwie: nadzieja dla nich i dla ciebie” oraz „Jak zrozumieć miłosierdzie Boga”; Matta Fradda, prowadzącego podcast Pints with Aquinas; Chrisa Alara, MIC, oraz rodzinę Kissella, dającą świadectwo życia z rzadką chorobą genetyczną skóry.
Program obejmie uroczyste celebracje eucharystyczne, modlitwę w Godzinie Miłosierdzia, konferencje tematyczne oraz świadectwa w różnych częściach miasta. Przygotowano system wielojęzyczny, aby każdy uczestnik, niezależnie od kraju pochodzenia, mógł w pełni przeżyć to wydarzenie. „Oczekujemy wiernych z różnych kontynentów i kultur, dlatego tworzymy jasny, uporządkowany i wielojęzyczny program, zapewniając wsparcie wolontariuszy, skuteczny system informacyjny oraz sprawne przyjęcie uczestników. Ważne jest dla nas, aby każdy niezależnie od języka czy kontekstu kulturowego czuł się przyjęty i bezpieczny. Ten międzynarodowy wymiar nie jest wyzwaniem, lecz darem, który pozwala doświadczyć powszechności Kościoła i prawdziwej komunii”, mówi ks. Mykolas.
Informacje i zapisy
Na Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia (WACOM) w Wilnie w dniach 7-12 czerwca 2026 roku można się zapisywać do 1 kwietnia poprzez stronę internetową: wacomvilnius.org.
Vatican News
4. Fastensonntag A (2026)
Heilung des Blindgeborenen
Hast Du schon einmal mit dem Gedanken gespielt, wie das wäre, wenn Du auf einmal blind würdest? Viellicht als Dir ein Blinder auf der Straße begegnet ist? Es mag, dass Du es sogar einmal probiert hast, dieses Gefühl der Blindheit auszuloten, indem Du die Augen geschlossen hast und ein Stück des Weges „blind“ gegangen bist!
Es würde wahrhaftig eine Welt zusammenbrechen, könnten wir Sehenden von einem auf den anderen Moment nicht mehr sehen. Schrittweise müssten wir uns alles wieder neu erobern und oft hätten wir wohl gegen die Verzweiflung anzukämpfen…
Und doch gehen wir Sehenden wirklich so sehend durch die Welt? Entdecken wir nicht vielmehr immer wieder blinde Flecken in unserer Wahrnehmung? Unsere Sicht der Dinge hängt zusammen mit den Erfahrungen unseres Lebens, mit unseren Motivationen, den gegenwärtigen Stimmungen, Neigungen und Abneigungen. So sieht jeder so wie er sieht, die Welt durch seine eigene Brille
Und die sogenannten Blinden? Ist es entgegen dem Äußerem Augenschein nicht oft so, dass sie sogar mehr sehen? Der Verlust des äußeren Augenlichtes wird ersetzt durch den Aufgang eines inneren Lichtes. Sie werden empfänglich für die Tiefenschichten des Lebens. Sie haben ein Gespür für andere. Sie können ganz intensiv staunen und sich freuen. Sie sind dankbar aus der Erfahrung, dass nichts selbstverständlich ist. Ihr Geheimnis ist „Man sieht nur mit dem Herzen gut!“
Es geht also um die sg. „dopellte Augen“. Ich erinnere mich hier an meine Wahlfahrt mit der Gemeinde WdH nach Schlesien (Breslau, Oppeln, Krakau und Tschenstochau, Zakopane). In Krakow – die Kirche in Nowa Huta. Die berühmte Kirche, viele Jahre gebaut - gegen den Willen der Kommunisten. Jahrelang die hl. Messe draußen, auf der Wiese, bei der Kälte, im Winter… In dieser Kirche standen wir vor der moderner Figur der hl. Magdalena. Der Kirchenführer stellt die Frage: Was ist es Euch an dieser Skulptur aufgefallen?... Nach einiger Zeit der Stille sagt eine Frau: hl. Magdalena hat doppelte Augen! Ja, sie hat AUCH „Geistliche Augen“!
Mank kann auch mit Augen des Geistes sehen! Man kann mit Augen des Glaubens sehen! In diesem tieferen Sinn des Sehens ist auch die Sichtweise des Glaubens ein nie abgeschlossenes Abenteuer des Sehens. Ständig besteht die Gefahr zu erblinden. Wie kann man ihr entgegen gehen? Indem wir uns den Blindgeborenen des heutigen Evangeliums als Begleiter wählen, wird uns dazu einiges mit auf unserem Glaubensweg gegeben.
Was ist spezifisch in dieser Heilung Geschichte? Jesus spuckt auf die Erde. Er mischt einen Brei und streicht ihn auf die Augen des Blinden. Von einer Bitte des Blinden um Heilung ist nicht die Rede, geschweige von seinem Glauben als Voraussetzung für die Heilung. Jesus ergreift hier selber Initiative. Er heilt den Blinden durch das handgreifliche Zeichen und einen Befehl. Damit bricht er die Sabbatordnung. Aber viel wichtiger ist ihm das „Durchbrechen“ der alten Ordnung, nach der eine Krankheit ihre Ursache in der Sünde hat.
Die Jünger fragen nach dem „Warum?“. Jesus fragt nach dem „Wozu?“ Sie fragen nach der Ursache, Jesus nach dem Ziel: „die Werke Gottes sollen offenbar werden“. Dafür sind Menschen blind. Aber solche Blindheit zu überwinden, dazu ist Jesus von Gott gesandt als Licht der Welt. Darauf weist auch der Name des Teiches hin: „Schiloach“ = Gesandter! Jesus heilt den Blinden, der daraufhin zum ersten Mal sehen kann. Er heilt aber auch die anderen. Ihnen gibt er neue Augen für Gottes Absicht. Auch das ist Blinden-Heilung, gerade das!
Jesus räumt also hier gleich auf mit zwei verbreiteten Vorstellungen seiner Zeit – und vielleicht auch teilweise unserer Zeit.
Erstens: eine körperlich Krankheit oder Behinderung ist kein Zeichen einer persönlichen Schuld oder einer Schuld der betroffener Familie.
Zweitens – Es sind manchmal die so genannten Behinderten, die uns die Augen für die wahren Zusammenhänge unseres Lebens öffnen und tiefe Einsichten und Lebensweisheiten vermitteln können. Jesus dreht die gängige Vorstellungen genau ins Gegenteil um: nicht die Blinden sondern die Sehenden sind mit einem Makel behaftet. Die Blinden, die um ihre Blindheit wissen, tragen die Chance der Verwandlung in sich und sind damit vielleicht ganz besonders auserwählt. Die vermeintlich Sehenden bleiben jedoch oftmals ahnungslos an der Oberfläche der Dinge hängen und erreichen nicht die Tiefe und Innerlichkeit, den Blick für das Wesentliche, der aus dem Herzen kommt
Die Frage nach dem WARUM?- macht auch uns zu schaffen. Warum gerade ich? Womit habe ich das verdient? Die Warum-Frage führt aber nicht weiter. Sie verdunkelt das Bild Gottes. Es ist immer ein tiefer „Eingriff“ Gottes, ein barmherziger Eingriff, wenn einem Menschen ein Blick geschenkt wird für die Frage „WOZU?“ Solch ein Eingriff kann ein Leben von Grund auf verwandeln. Dann kann auch ein schwerer Weg zum Segen werden für den, der Leid trägt. Und ein Leidender kann auch für viele andere zu einem Segen werden.
Die Kinder haben manchmal einen tieferen und lebendigeren Glauben als wir Erwachsene… Das hat sich in einem polnischen Marienwahlfahrtsort ereignet – in Tschenstochowa. Vor dem berühmten Gnadenbild Mariens kniet eine polnische Familie, die in Schweden lebt. Man merkt, dass die Tochter, das 14-jähriges Mädchen, blind ist. Als die Familie nach dem langem Gebet die Wunderkapelle verlässt, spricht ein Pater das Mädchen an: Bist du nicht enttäuscht? Kein Wunder ist geschehen. Maria hat dich nicht geheilt! Das Mädchen antwortete: „Ich habe hier nicht für mich gebetet. Ich betete für meinen Vater, darum, dass er an Gott glauben kann und am Sonntag in die Kirche mit mir zu Eucharistiefeier geht.
„Jesus sagte. „Selig die nicht sehen, und doch glauben!“ Amen.
Dr Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R.
Papież Leon XIV : Także ten, kto nie ma wiary, może poszukiwać Boga„
Nie może być ateistą ten, kto kocha Boga, kto szuka Go szczerym sercem” - tak Papież Leon XIV odpowiada, cytując św. Augustyna, na list nadesłany do redakcji miesięcznika „Piazza San Pietro”, wydawanego w Watykanie. Autorem korespondencji jest mężczyzna o imieniu Rocco, pochodzący z regionu Reggio Calabria. Ojciec Święty dziękuje czytelnikowi za nadesłane słowa i odpowiada na jego wątpliwość: czy możliwe jest określanie siebie jako ateisty, a jednocześnie kochanie Boga?
Odnaleźć Boga we własnym wnętrzu
„Myślę, że nie wierzę; a będąc absolutnie pewnym nicości, wciąż pragnę Boga. Moim dramatem - pisze Rocco - jest Bóg! Moją niepokojem jest Bóg!”.
„To, co Pan stwierdza — odpowiada Papież — od razu przywołało mi na myśl słowa mojego umiłowanego ojca, świętego Augustyna, zapisane w Wyznaniach: 'Byłeś we mnie, a ja na zewnątrz. I tam Cię szukałem’”. Cytat ten bardzo jasno podkreśla, że poszukiwanie Boga jest pragnieniem.
W poszukiwaniu Jego oblicza tkwi godność ludzkiego życia
„Prawdziwym problemem wiary — kontynuuje Leon XIV — nie jest: wierzyć lub nie wierzyć w Boga, lecz szukać Go! On pozwala się znaleźć sercu, które Go szuka, i być może właściwy podział nie przebiega między wierzącymi i niewierzącymi, lecz między poszukującymi i nieposzukującymi Boga”. Papież dodaje, że można uważać się za wierzącego, a jednak nie szukać oblicza Boga, a więc Go nie kochać; a także przeciwnie: można być przekonanym, że się nie wierzy, a jednak „być gorliwym poszukiwaczem Jego oblicza, kochać Go tak jak czyni to Pan. A więc, wszyscy jesteśmy spragnieni Miłości, poszukiwaczami Boga. I właśnie w tym tkwi godność i piękno naszego życia”.
Vatican News
Bp Varden o duchowych źródłach kryzysu i drodze odnowy Kościoła
„Życie duchowe nie jest dodatkiem do reszty egzystencji. Jest jej duszą. Musimy wystrzegać się wszelkiego dualizmu, pamiętając zawsze, że Słowo stało się ciałem, aby nasze ciało zostało przeniknięte Logosem” - wskazał bp Erik Varden podczas kolejnego rozważania w czasie rekolekcji watykańskich, w których uczestniczy Papież i jego współpracownicy.
Upadek może stać się początkiem nawrócenia, ale może też przynieść długotrwałe zniszczenie - nie tylko dla winnego, lecz także dla wielu niewinnych. Bp Erik Varden w swojej refleksji pokazał, że największy dramat Kościoła nie przyszedł z zewnątrz, lecz wyrósł z wewnętrznej korupcji. Jednocześnie wskazał drogę wyjścia: głęboką jedność życia duchowego i ludzkiego.
Hierarcha rozpoczął od przypomnienia, że doświadczenie upadku nie jest jednoznaczne. Może ono prowadzić do pokory i stać się punktem zwrotnym w osobistej historii zbawienia. Człowiek, który konfrontuje się z własną słabością, odkrywa, że zbawienie nie jest owocem jego siły, lecz działania Boga.
Jednakże bp Varden przestrzegł przed naiwnym optymizmem. Nie każdy upadek kończy się oczyszczeniem. Są takie, które niosą ze sobą destrukcję – duchową, moralną i społeczną. Szczególnie dramatyczne są te sytuacje, w których grzech jednej osoby pociąga za sobą cierpienie wielu niewinnych. W tym kontekście przywołuje obraz z Psalmu 90: „Tysiąc padnie u twego boku, a dziesięć tysięcy po twojej prawicy” – to obraz duchowego pola bitwy, na którym straty bywają ogromne.
Najboleśniejszym wymiarem tej refleksji jest stwierdzenie, że największe szkody w historii Kościoła nie zostały wyrządzone przez jego wrogów, lecz przez zepsucie wewnętrzne. To ono najbardziej podważyło wiarygodność chrześcijańskiego świadectwa. Rany zadane przez skandale i nadużycia nie goją się szybko. Wymagają sprawiedliwości, skruchy i oczyszczenia.
Odwołując się do św. Bernarda, bp Varden przypomniał, że tam, gdzie podejmowane są szlachetne wysiłki duchowe, ataki bywają szczególnie gwałtowne. Im bardziej człowiek angażuje się w życie duchowe, tym bardziej odsłania własne wnętrze – także jego kruche i niezintegrowane warstwy.
Biskup Trondheim sprzeciwił się jednak uproszczeniom. Nie tłumaczył wszystkiego działaniem „zewnętrznego zła”. Podkreślił odpowiedzialność człowieka i jedność natury ludzkiej. Pogłębianie życia duchowego odsłania również głębiny egzystencjalne: głód sensu, potrzebę bliskości, pragnienie pocieszenia. Jeśli te sfery nie zostaną dojrzale zintegrowane, mogą stać się miejscem poważnych wypaczeń.
Szczególnie mocno wybrzmiewa ostrzeżenie przed dualizmem – oddzielaniem „duchowego” od „ludzkiego”. Życie duchowe nie jest dodatkiem do codzienności ani przestrzenią uprzywilejowaną, oderwaną od konkretu. Jest „duszą” całej egzystencji. Autentyczność duchowa weryfikuje się nie tylko w nauczaniu czy modlitwie, ale w codziennych gestach, relacjach, sposobie korzystania z wolności.
W centrum tej wizji znajduje się wcielenie: „Słowo stało się ciałem”. Oznacza to, że nie ma sprzeczności między naturą duchową a cielesną – obie mają zostać przeniknięte przez Chrystusa. Celem nie jest ucieczka od człowieczeństwa, lecz jego przemiana i zjednoczenie.
Refleksja bp. Vardena nie zatrzymuje się więc na diagnozie kryzysu. Wskazuje drogę: integralność, czujność i wewnętrzną jedność, dzięki którym Chrystus może „pokojowo panować” w całym życiu człowieka.
ks. Marek Weresa – Watykan
Przekazał : ks. Jerzy Grzeskowiak
Ks. prof. dr hab. Waldemar Rakocy CM.
Emerytowany profesor zw. KUL, ul. Św. Filipa 19, 31-150 KRAKÓW, e-mail: rakocyw@poczta.fm
List do: Jego Eminencja Ksiądz Kardynał Grzegorz Ryś, Kraków, 6 lutego 2026 r.
Jestem profesorem nauk biblijnych, specjalizującym się w pismach Pawłowych, i pragnę podzielić się z Eminencją Pawłowym i biblijnym postrzeganiem kilku istotnych dla chrześcijaństwa tematów. Są to tematy – poza jednym – powiązane z judaizmem. Dotykam tych z nich, które są źle rozumiane lub występują niejasności albo uproszczenia.
1.Czy Żydzi są narodem wybranym? W zamyśle Bożym przynależność etniczna do jakiegoś ludu nigdy nie równała się wybraństwu w znaczeniu ludu Bożego. Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną. W wybraństwie uczestniczy ten, kto odpowiada na Boże wezwanie. Celem wybrania Izraela było obwieszczenie światu przyjścia Mesjasza, Chrystusa. Cel był zbawczy. I z tym celem było związane jego wybranie. Historyczne wybranie ludu izraelskiego jako miejsca Bożego objawienia i przyjścia w nim Chrystusa jest powodem do chluby, ale nie gwarantuje ono automatycznie wybraństwa w sensie wejścia do ludu Bożego. Fakt urodzenia się Żydem nie zapewnia z góry takiego udziału. Stwierdza to jasno apostoł Paweł w Rz 9, 6b: „Nie wszyscy, którzy pochodzą z Izraela, są Izraelem”. Innymi słowy nie wszyscy, którzy urodzili się Żydami, są Bożym Izraelem, czyli wybranym ludem Bożym. Są nimi ci, którzy odpowiedzieli na Boże wezwanie (obecna w ST koncepcja ‘wiernej reszty’). I dalej: „[…] i nie wszyscy przez to, że są potomstwem Abrahama, stają się jego dziećmi” (w. 7). Biologiczne pochodzenie od Abrahama nie decyduje o przynależności do ludu Bożego, czyli o byciu dzieckiem Boga („nie synowie co do ciała są dziećmi Bożymi” w. 8a). Decyduje ono jedynie o przynależności do etnicznego Izraela, lecz nie do ludu Bożego. Tu musi mieć miejsce odpowiedź na Boże wezwanie. Stąd urodzenie się Żydem nie gwarantuje bycia w gronie wybranego ludu Bożego; decyduje jedynie o przynależności do ludu, w którym został zapowiedziany i przyszedł Mesjasz. W przeciwnym razie Bóg byłby niesprawiedliwy: Żyd apostata z racji swego urodzenia uczestniczyłby w Bożym wybraństwie, a bogobojny poganin byłby z niego wykluczony, bo nie urodził się Żydem. Takie są konsekwencje etnicznego rozumienia wybraństwa.
Niepoprawnym jest przede wszystkim określenie „naród wybrany”. Po pierwsze, Pismo św. nie zna określenia „naród wybrany” używanego powszechnie w jęz. polskim (lecz nie w jęz. obcych: np. the chosen people, le peuple élu, il popole eletto itd.); Pismo św. zna jedynie pojęcie ludu wybranego. Po drugie, w tamtych czasach nie istniała jeszcze koncepcja narodu, która jest zjawiskiem nowożytnym (na marginesie: tłumacze ksiąg Pisma św. na jęz. polski błędnie używają w odniesieniu do tamtych czasów terminu ‘naród’; wszędzie powinno być 1 ‘lud’, ‘plemię’ itp.). Po trzecie, Sobór Watykański II (Nostra Aetate, pkt. 4) używa w odniesieniu do Żydów określenia „lud wybrany”, a nie „naród”; naród może być izraelski, ale nie wybrany. Po czwarte, określenie „naród wybrany” jest niepoprawne teologicznie, ponieważ ma konotację etniczną, ograniczającą etnicznie dostęp do Bożej łaski, co jest sprzeczne z ekonomią zbawienia. Stąd nie mówimy ‘naród Boży’, ale ‘lud Boży’. Jedynie występującym i poprawnym określeniem jest „lud wybrany”. Wybraństwo jest kategorią zbawczą i obejmuje tych, którzy realizują zamysł Boży. Określenie „naród wybrany” kształtuje błędne przekonanie, że z racji bycia Żydem ktoś przynależy automatycznie do ludu wybranego. Nigdy przynależność etniczna / narodowa nie równała się Bożemu wybraństwu (chociaż w czasach Jezusa judaizm doszedł już do takiego przekonania). Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną. O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza i w tym sensie ich wybrał jako miejsce Bożego objawienia. Nie znaczy to jednak, że są ludem wybranym, że korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. Tą wolą było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili. Są ludem wybranym w pewnym momencie historii jako locus divinae revelationis; następnie część z nich do momentu przyjścia Chrystusa była ludem wybranym (Bożym) w ramach etnicznego Izraela (tzw. ‘wierna Reszta’). Obecnie lud wybrany, lud Boży stanowią ci, którzy przyjęli Chrystusa, tj. Kościół Chrystusowy. Lud wybrany jako lud Boży jest jeden. Z tej racji nie można mówić o wyznawcach prawa mojżeszowego, że są nadal ludem wybranym. Jest to tworzenie dwóch równoległych porządków zbawczych, co jest obce zbawczemu planowi Boga. Obecny stan wyznawców prawa mojżeszowego jasno obrazuje apostoł Paweł metaforą drzewka oliwnego (Rz 11, 16b-24). Żydzi są od niego odcięci. Mogą być na powrót wszczepieni (Bóg ich miłuje [w. 28b]). Ale aktualnie są odcięci. Z tej racji są według apostoła „nieprzyjaciółmi Boga” (w. 28a), co w języku biblijnym oznacza zerwanie z Nim relacji. Nie znaczy to jednak, że Bóg ich odrzucił definitywnie. Bóg nikogo nie odrzuca definitywnie. Żydzi są stale zaproszeni do tego, aby przyjąć Chrystusa, bo „dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne” (w. 29). Boże wezwanie jest stałe i dlatego Bóg stale wzywa ich do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.
2. Czy przymierze na Synaju jest stale aktualne? Przymierze na Synaju wygasło, i tym samym ustało z racji nowego przymierza zawartego w Chrystusie, do którego przygotowywało: „Ponieważ zaś mówi o nowym [przymierzu], pierwsze uznał za przestarzałe; a to, co się przedawnia i starzeje, zanika” (Hbr 8, 13). Utrzymywanie, że przymierze na Synaju nadal trwa, jest uznaniem za niepotrzebne (czy o względnej wartości) przymierza zawartego w Chrystusie. Tymczasem przymierze na Synaju jest etapem na drodze ku Chrystusowi i Jego Kościołowi. Doprowadziło ono do Chrystusa, spełniło swoją rolę i wygasa. Nie jest anulowane, odwołane, ale wygasa, ustaje. Gdyby Żydzi przyjęli Chrystusa, właśnie tak by o nim myśleli i mówili. Postrzegają je jako stale trwające, bo nie przyjęli Chrystusa. Utrzymywanie, że przymierze na Synaju jest stale aktualne, jest tworzeniem równoległej rzeczywistości zbawczej: jednej z Chrystusem, a drugiej bez Niego. Jest to występowanie przeciwko zbawczemu planowi Boga.
3. Czy Żydzi wierzą w prawdziwego Boga? Izraelitom (Żydom) objawił się Bóg prawdziwy, ale odrzucając Chrystusa, odrzucają oni prawdziwego Boga. Nie wygląda to tak, że Izrael odrzucił Syna Bożego, a trwa przy Bogu. Kto odrzuca Syna, nie ma też Ojca (1 J 2, 23), bo Bóg jest jeden. Izrael odwołuje się do prawdziwego Boga, ale Go nie zna, bo On objawił się w Chrystusie. Dopiero Chrystus objawia Ojca i tajemnicę Trójcy Świętej. To, co o Bogu poznał biblijny Izrael, jest mglistą wiedzą w porównaniu z poznaniem Go w Synu Bożym (J 10, 30: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”; 14, 9: „Ten, kto widzi Mnie, widzi i Ojca”). Sytuacja obecnego Izraela jest trudna, bo zna on Boga tylko w wąskim zakresie, bo Ten objawił się w pełni w Chrystusie. Na ich oczach spoczywa zasłona (2 Kor 3, 14). Odrzucając Syna Bożego, Izrael odrzucił Boga Jahwe, bo Jezus razem z Ojcem i Duchem Świętym jest Bogiem Jahwe: „Jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM [który jestem], pomrzecie w grzechach swoich” (J 8, 24. 58). Jezus jest Bogiem Jahwe i dlatego odrzucenie Go jest odrzuceniem prawdziwego Boga – stąd konkluzja: „[…] pomrzecie w grzechach swoich”. Nie można trwać przy Bogu, odrzucając Syna Bożego, który poprzez jedną naturę boską jest jednym Bogiem z Ojcem i Duchem Świętym. Odrzucenie Syna Bożego jest odrzuceniem (całego) Boga. Żydzi wiedzą, który Bóg jest prawdziwy, ale jednocześnie Go odrzucają. Czy w tej sytuacji wierzą w prawdziwego Boga? Chrystus nie jest dopełnieniem wiary Żydów w Boga (obrazowo brakujące np. 30%), ale całym poznaniem Boga (obrazowo 100%). Z tej racji w nikim innym nie ma zbawienia.
4. Czy Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak pozostała ludzkość? Żyd potrzebuje w takim samym stopniu Chrystusa, i nawrócenia w Nim do Boga, co wszyscy inni ludzie. Dlaczego? Bo odkupienie jest nowym stworzeniem w Chrystusie (Ga 6, 15; 2 Kor 5, 17; Ef 2, 15). Nie jest wydoskonaleniem starego porządku zbawczego, ale powołaniem go do istnienia od początku! Właśnie dlatego, że jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy musi do niego wejść: tak poganin, jak i Żyd, bo nikt wcześniej w nim nie trwał. Żyd był w korzystniejszej sytuacji jedynie z tej racji, że był lepiej przygotowany na przyjęcie nowego porządku zbawczego. Przyjęcie Chrystusa jest według NT najwyższą formą nawrócenia, której potrzebuje każdy: zarówno Żyd, jak i poganin. Jest odmianą człowieka, jakiej dokonuje w nim Bóg. Nic się nie równa temu, czego Bóg dokonuje w człowieku, kiedy przyjmuje on Chrystusa – odmienia go i wprowadza w nowe życie ze sobą. Żyd potrzebuje takiego nawrócenia tak samo jak poganin, bo porządek religijny Żydów wyznania mojżeszowego nie jest w stanie tego zapewnić. Nie jest prawdą, że przyjmując wiarę w Chrystusa, poganin się nawraca a Żyd jedynie dopełnia swoją wiarę. Skoro jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy wchodzi do niego na tych samych warunkach. Stąd Żyd bezwzględnie potrzebuje Chrystusa. Przykładem nowego stworzenia, czyli rzeczywistości nieobecnej w ST, a obecnej aktualnie, jest Kościół. Jest on nowym bytem, stworzeniem, bo jego Ciało, tj. Chrystus, jest nowe. Na 3 etapie ST nie ma niczego, co równałoby się darowi Kościoła. Na etapie ST lud Boży był zgromadzony przy Bogu. Obecnie jest on wszczepiony w Chrystusa, Jego Ciało, i stanowi z Nim jedno. W Kościele jesteśmy członkami Ciała Chrystusa. Nie jest to zatem wydoskonalenie porządku ST ani jego dopełnienie w sensie uzupełnienia brakującym elementem, ale danie czegoś nowego. Z tej racji do Kościoła jako nowego stworzenia, nieobecnego w ST, musi wejść zarówno poganin, jak i Żyd, bo żaden z nich wcześniej nie korzystał z takiego przystępu do Boga (jest on czymś nowym). Innym przykładem jest przymierze Boga z człowiekiem. Nie jest to już przymierze, w którym każda ze stron bierze na siebie określone zobowiązania, bo tu w razie nie wywiązywania się jednej ze stron ze swych zobowiązań, przymierze zostaje zerwane. Obecna relacja z Bogiem, zawarta w Chrystusie, nie ma odpowiednika w ST. Nie jest ona przymierzem, ale testamentem, czyli jednostronnym, wspaniałomyślnym obdarowaniem ludzkości przez Boga relacją ze sobą, gdzie Bóg czyni się gwarantem tej relacji i z tej racji nie zostanie ona nigdy zerwana. Testament nie podlega zerwaniu, a jedynie wykonaniu. Określenia jak wydoskonalenie czy dopełnienie nie są tu adekwatne. Obecna relacja z Bogiem na wzór testamentu, nawiązana w Chrystusie, jest ‘nowym stworzeniem’ względem tej starotestamentowej. Daje to, czego tamta nie dawała. To nie jest tylko danie czegoś więcej. Dobrze rozumieli to u początków chrześcijanie i dlatego nazwali księgi święte Starym i Nowym Testamentem, a nie Starym i Nowym Przymierzem. ‘Nowe stworzenie’ odnosi się także do koncepcji Mesjasza, synostwa Bożego, dekalogu, kapłaństwa, ekspiacji jako modelu pojednania z Bogiem itd. Każda prawda zbawcza ST, każdy przywilej zostają przewyższone w Chrystusie (nowe stworzenie), bo Bóg dał coś nowego i większego niż na etapie ST. Między Starym a Nowym Testamentem jest ciągłość, drugie wynika z pierwszego, ale między nimi jest jednocześnie niewyobrażalny przeskok jakościowy. Różnicę wyznacza osoba Chrystusa: mówimy tu o różnicy między brakiem Chrystusa a Jego obecnością. Między Starym a Nowym Testamentem nie ma przejścia w sensie dopełnienia pierwszego przez jakiś element drugiego; jest to danie czegoś nowego (nowe stworzenie w Chrystusie) – czegoś, co niewyobrażalnie przewyższa pierwsze (stan braku Chrystusa i stan Jego posiadania). Ten przeskok wyraża apostoł Paweł w 2 Kor 3, 10: „Wobec przeogromnej chwały [rzeczywistości nowotestamentowej] okazało się w ogóle bez chwały to, co miało chwałę tylko częściową [rzeczywistość starotestamentowa]. ST przy NT jest jak światło świecy przy świetle Słońca; traci całkowicie swój słaby blask.
5. Czy Żydzi są naszymi starszymi braćmi? Zdarza się nadużywać słów Jana Pawła II z 13 kwietnia 1986 r. z jego wystąpienia w synagodze w Rzymie. Przypisuje się papieżowi, że powiedział o Żydach „nasi starsi bracia”. Papież powiedział dokładnie: „[…] i w pewnym sensie można by powiedzieć nasi starsi bracia”. Nie powiedział, że są naszymi starszymi braćmi, bo nie są nimi. Byliby wtedy, gdyby przyjęli Chrystusa. Przez warunkowy charakter wypowiedzi („w pewnym sensie” i „można by powiedzieć”) papież unika znaczenia dosłownego. Jednocześnie wyznacza granicę i rozdział między judaizmem, który odrzucił Chrystusa, a chrześcijaństwem. Są to dwa porządki religijne, które rozwijają się niezależnie od siebie i nie ma między nimi braterstwa wiary w sensie dosłownym, bo występuje rozdźwięk w najistotniejszej kwestii, Mesjasza.
6. Czy Żydzi ukrzyżowali Chrystusa? Odpowiedzialni historycznie za ukrzyżowanie Jezusa byli Żydzi i Rzymianie. Ewangelie nie pozostawiają tu cienia wątpliwości. Chrześcijanie zaś są winni śmierci Chrystusa (KKK 598) w tym sensie, że nasze grzechy doprowadziły do ekspiacyjnej śmierci Chrystusa. Chrystus umarł, ponieważ zgrzeszyliśmy. W tym sensie odpowiedzialna jest cała ludzkość. Trzeba jasno rozgraniczać między historyczną odpowiedzialnością za śmierć Jezusa a winą w sensie religijnym. Nie należy wykorzystywać stwierdzenia Katechizmu Kościoła Katolickiego do wybielania Żydów z ich winy za ukrzyżowanie Jezusa. Nie rozumiem ich winy jako winy zbiorowej, ale winę tych, którzy usilnie zabiegali o wyrok śmierci dla Jezusa. To, że Drugą Wojnę Światową wywołali Niemcy, nie znaczy, że wszyscy Niemcy ponoszą za to odpowiedzialność, ale nie znaczy to też, że Niemcy nie wywołali Drugiej Wojny Światowej i nie ponoszą za nią żadnej odpowiedzialności.
7. Jaka powinna być nasza postawa względem judaizmu?
1) Należy podtrzymywać kontakty z Żydami, bo wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga, ale prawda zbawcza nie może być wyciszana.
2) Nie należy usprawiedliwiać, wybielać odrzucenia Chrystusa przez Żydów (wypaczanie historii zbawienia), ale trzeba pomóc im w otwarciu się na Niego. W latach 20. XIX w. Żydzi z synagogi w Strasburgu postanowili przeczytać Nowy Testament i przyjrzeć się jego przesłaniu. Kolejnych trzech rabinów, a z nimi kilkadziesiąt osób z synagogi, przyjęło Chrystusa. Pojawiła się dyspozycja otwartości na prawdę i łaska natychmiast zadziałała. Jest to kierunek, w jakim należy iść w kontaktach z wyznawcami prawa mojżeszowego – tak postępować, aby pojawiła się w nich dyspozycja otwartości na prawdę. Nie należy rezygnować z takich prób. Przykład mamy w apostole Pawle (Rz 11, 14). Nie wolno rezygnować z wysiłków na rzecz pozyskania Żydów dla Chrystusa. Misja ewangelizacyjna stale trwa i obejmuje wszystkich – bez wyjątku. Wymaga jednak roztropności w działaniu. W nawiązaniu do powyższego, w kontaktach z judaizmem nie może być to dialog jednostronny, w którym my, chrześcijanie, pochylamy się stale nad ich wiarą, zgłębiamy myśl żydowską, a oni zamykają się całkowicie na myśl chrześcijańską. Nie jest to dialog, ale jednostronna rozmowa. W szczerym dialogu każda ze stron powinna wysłuchać racji drugiej strony. Jeżeli tego nie ma, wzajemne spotkania skutkują „urabianiem” przez myśl żydowską chrześcijan biorących w nich udział, którzy przejmują żydowskie myślenie i rozumienie historii zbawienia. Chrześcijanie się judaizują, a Żydzi nie tylko się nie chrystianizują, ale jeszcze utwierdzają w swoich przekonaniach. Z takich spotkań korzyść dla siebie odnoszą jedynie wyznawcy prawa mojżeszowego.
8. Czy w modlitwie konsekracyjnej podczas Mszy św. powinny być słowa o Ciele Chrystusa wydanym i Krwi przelanej „za wielu” czy „za wszystkich”? Ten temat nie stanowi kontrowersji z Jego Eminencją, ale przedstawiam go, bo pojawiają się próby zmiany. W tekście greckim NT (Mt, Mk, Łk i 1 Kor 11) znajdują się dwie formy: „za wielu” (hyper pollōn) i „za was” (hyper hymōn). W żadnym z czterech świadectw nie mówi się o wydanym Ciele Chrystusa i przelanej Krwi „za wszystkich”. Według Ewangelii Mateuszowej Jezus ma na myśli tych, w których dzieło odkupienia odniesie zamierzony skutek: „Moja Krew …, która będzie wylana … na odpuszczenie grzechów”, czyli przelana za tych, w których dokona odpuszczenia grzechów, tj. którzy skorzystają z łaski odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Jezus nie ma na myśli tych, którzy nie skorzystają z łaski odkupienia, tj. w których przelana krew nie przyniesie zamierzonego skutku. Bóg nie działa na darmo, nie marnuje swojej łaski. Jako istota doskonała, kiedy działa, osiąga cel. Jezus nie ma zatem na myśli wszystkich ludzi, ale tylko owych wielu, którzy odpowiedzą pozytywnie na łaskę odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Zgodnie z intencją słów Jezusa poprawną formą jest „za wielu” (w tym także „za was” – dzisiaj w odniesieniu do każdego, kto uczestniczy w Eucharystii), co znajdujemy na kartach NT i co funkcjonuje w aktualnej modlitwie konsekracyjnej w jęz. polskim. Forma „za wszystkich” nie występuje w NT, bo jest niezgodna z rozumieniem dzieła odkupienia. Forma „za wielu” naprowadza na jego właściwe rozumienie. Należy porzucić myślenie, że wszyscy zostali odkupieni, czyli wprowadzeni w relację z Bogiem. Wszystkim została otwarta droga do Boga, ale odkupieni zostali ci, którzy weszli w relację z Bogiem (odpowiedzieli pozytywnie). I za nich Jezus przelewa krew (odkupienie jest stanem podobnym zbawieniu). Jezus nie przelewa krwi za tych, w których nie przynosi to zamierzonego skutku, bo byłoby to działanie daremne. Posługując się obrazem Jezusa, nie rzuca On pereł przed świnie. Zatem dzieło odkupienia swymi owocami dosięga tej części ludzkości, która odpowiada na nie pozytywnie. I to przesłanie zawiera się w wyrażeniu „za wielu”.
U początku sprawowania posługi pasterskiej w Archidiecezji Krakowskiej życzę Eminencji Bożego błogosławieństwa i wszelkiej pomyślności. In Christo Salvatore mundi,
ks. prof. Waldemar Rakocy CM
Sir MacMillan: religia nadal pozostaje głównym źródłem muzyki
Muzyka rodzi się w ciszy serca, tam, gdzie człowiek spotyka Boga – powiedział Radiu Watykańskiemu sir James MacMillan, jeden z najważniejszych współczesnych kompozytorów. Został on uhonorowany przez Papieski Instytut Muzyki Sakralnej doktoratem honoris causa.
W wykładzie z okazji przyznania doktoratu honoris causa papieskiej uczelni, MacMillan przypomniał, że sakralny repertuar odgrywa kluczową rolę w zachodniej muzyce klasycznej, a w umysłach kompozytorów nigdy nie ustało poszukiwanie sacrum. Co więcej, w XX i XXI wieku doszło do ponownego odkrycia treści religijnych. Tytułem przykładu wspomniał m.in. o Pendereckim i Góreckim.
„Najwięksi kompozytorzy modernistyczni ostatnich stu lat byli, na różne sposoby, głęboko religijni – przypomniał szkocki kompozytor. – Strawiński był równie konserwatywny w swojej religii, jak rewolucyjny w swojej muzycznej wyobraźni, głęboko kochając swoje prawosławne korzenie, a także katolicyzm, z którym zetknął się na Zachodzie. Komponował psalmy, msze; był człowiekiem wiary. Schönberg, ta druga wielka, kontrowersyjna postać modernizmu początku XX wieku, był mistykiem, który powrócił do judaizmu po opuszczeniu Niemiec w latach 30. Jego późniejsze dzieła są nasycone kulturą i teologią żydowską, a on sam głęboko rozważał duchowe powiązania między muzyką a ciszą”.
MacMillan wspomniał też o wielkim francuskim innowatorze Olivierze Messiaenie. Był on katolikiem i – jak twierdzi – każda nuta jego wyjątkowego wkładu w muzykę została ukształtowana przez głębokie przekonania religijne i praktykę liturgiczną. „Moim zdaniem – powiedział MacMillan – w historii są dwaj kompozytorzy, których można określić mianem teologów: jednym jest Bach, a drugim Messiaen”.
Zdaniem szkockiego kompozytora najbardziej udaną współczesną operą jest „Dialog karmelitanek” Francisa Poulenca. Jest ona oparta na prawdziwej historii szesnastu zakonnic zgilotynowanych w okresie terroru rewolucji francuskiej. Był to – jak zauważył MacMillan – akt retrospektywnego buntu kompozytora przeciwko świeckiemu terrorowi tamtych czasów i świeckim ortodoksjom naszego współczesnego świata. Nie jest to tylko kolejna próba poszukiwania sacrum, ale śmiałe odrzucenie świeckiej arogancji oraz piękne głoszenie katolickich prawd.
MacMillan podkreślił, że religia nie tylko nie wyczerpała swej inspirującej mocy, ale okazała się ożywczym elementem we współczesnej muzyce. „Można nawet powiedzieć – powiedział szkocki kompozytor – że każda dyskusja na temat głównego nurtu współczesności w muzyce byłaby niekompletna bez poważnej refleksji nad wartościami duchowymi kompozytorów, ich wierzeniami i praktykami religijnymi”.
MacMillan przyznał, że on sam został wprowadzony w wielki świat muzyki przez swojego dziadka, który był szkockim górnikiem, a zarazem członkiem kopalnianej orkiestry i parafialnego chóru. „Kochał muzykę i szukał jej piękna w każdy możliwy sposób, ponieważ jego świat, w którym pośród ciemności wydobywał węgiel, był pozbawiony tego piękna”. Muzyka była też ściśle związana z jego katolicką wiarą. Dotyczy to zresztą całej kultury zachodniej. Wielcy kompozytorzy, już do czasów średniowiecza, byli „akuszerami naszej wiary” – twierdzi MacMillan.
W ciszy człowiek spotyka się z Bogiem, a kompozytor szuka dźwięków
W końcowej części swego wykładu, powrócił do tematu ciszy jako miejsca, w którym człowiek spotyka się z Bogiem, zaś kompozytor szuka inspiracji dla swej muzyki. MacMillan przyznał, że nie jest to zagadnienie dla wszystkich oczywiste. Cisza konfrontuje nas z pustką, nicością czy wręcz śmiercią. Dlatego współczesny świat stara się ją zagłuszyć. Jednakże, walcząc z ciszą, walczy w istocie z człowiekiem. Jak mówił już bowiem Pascal, wszystkie problemy ludzkości wynikają z nieumiejętności trwania w ciszy.
W ciszy Beethovena powstały najpiękniejsze dzieła
Aby pokazać, jak płodna dla kompozytora może być cisza, MacMillan przywołał przykład Beethovena, który w ostatnich latach życia został skazany na ciszę. Głuchota, czyli: śmierć dźwięków – była niego dla oczywistą udręką. Zarazem jednak to właśnie w tej ciszy powstały jedne z największych arcydzieł, jakie kiedykolwiek skomponował człowiek – powiedział Mac Millan.
Jak przyznał, ilekroć rozmawia z młodymi kompozytorami zawsze odsyła ich do ciszy. „Ciągłe spotkanie z ciszą jest niezbędnym stanem dla kompozytora. Zarówno oczy, jak i uszy zwracają się ku tej pustej przestrzeni w oczywistym i paradoksalnym poszukiwaniu dźwięków. Dźwięki, które kiełkują w miejscu pozbawionym dźwięku. Dźwięki, które powstają w stanie próżni dźwiękowej – pozornej nieobecności, która rodzi obecność”.
Ks. Jerzy Grześkowiak (Źródło: Watykan)
24 godziny dla Pana: kościoły otwarte na modlitwę 13 i 14 marca
Jest to trzynasta edycja wydarzenia poświęconego refleksji i pojednaniu, które odbywa się co roku we wszystkich diecezjach w przeddzień IV niedzieli Wielkiego Postu. Inicjatywa „24 godziny dla Pana” stanowi okazję, aby zatrzymać się na adorację Najświętszego Sakramentu, a także przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania. Na stronie internetowej Dykasterii ds. Ewangelizacji dostępne są materiały duszpasterskie.
Tegoroczne hasło wybrane przez Leona XIV nawiązuje do Ewangelii św. Jana: „Przyszedłem, aby zbawić świat” (J 12,47).
W przygotowaniu do Wielkanocy, zachęca się wspólnoty kościelne do zorganizowania specjalnych godzin otwarcia swoich kościołów, oferując wiernym możliwość zatrzymania się w dowolnym momencie na adorację oraz spowiedź. Otwarte drzwi kościołów są symbolem Miłosierdzia Boga. Inicjatywa „24 godziny dla Pana” w tym roku wypadnie w piątek, 13 marca (wieczorem) oraz przez cały dzień w sobotę, 14 marca.
W ramach przygotowania do tej inicjatywy, Dykasteria ds. Ewangelizacji opublikowała materiały duszpasterskie, które zawierają modlitwy oraz propozycje celebracji wspólnotowej. Pomoce są dostępne do bezpłatnego pobrania w języku włoskim, angielskim i hiszpańskim na oficjalnej stronie internetowej Dykasterii. Zachęca się diecezje i parafie, zarówno we Włoszech, jak i w pozostałych częściach świata, aby przeżywały ten czas modlitewny w swoich wspólnotach.
Vatican News
Spór wokół Wielkiego Postu
Wielki Post bywa dziś postrzegany jako anachroniczny rytuał, relikt świata, który nie nadąża za tempem nowoczesności. W kulturze natychmiastowej gratyfikacji, coachingu, pozytywnego myślenia i nieustannego „dbania o siebie” 40 dni wyrzeczenia
brzmi jak prowokacja. Dominuje hasło „Kochaj siebie. Wszyscy inni są już zajęci”. A jednak właśnie w tym napięciu między duchem epoki a tradycją kryje się głęboki, psychologiczny sens Wielkiego Postu – sens, którego współczesny człowiek potrzebuje bardziej, niż chciałby przyznać.
Psychologia poucza, że osobowość nie rozwija się wyłącznie przez wzmacnianie przyjemnych doznań. Dojrzałość rodzi się w konfrontacji z brakiem, ograniczeniem, cierpliwym znoszeniem dyskomfortu. Dyskomfort, kryzysy, „dołki” psychiczne i konflikty bywają tak samo rozwojowe jak nagrody i przyjemności. A może nawet bardziej. Wielki Post jest więc szkołą samokontroli, a samokontrola – jak pokazują badania i doświadczenie życiowe – pozostaje jednym z fundamentów zdrowia psychicznego. Człowiek, który nie potrafi sobie niczego odmówić, nie jest wolny – jest jedynie niewolnikiem impulsów. Tak rodzą się wszelkie uzależnienia, które zamieniają jednostkę w niewolnika. Post nie polega wyłącznie na rezygnacji z jedzenia czy przyjemności. Jego istotą jest przywrócenie hierarchii wewnętrznej. W świecie, w którym emocje uznaje się za ostateczne kryterium prawdy, Wielki Post uczy, że nie każda zachcianka zasługuje na spełnienie, nie każda myśl musi zostać wypowiedziana. To doświadczenie porządkuje psychikę, wzmacnia poczucie sprawczości i przywraca elementarną logikę decyzji.
Istotnym, choć często pomijanym aspektem Wielkiego Postu jest również refleksja nad winą. Współczesna kultura psychologizuje grzech, redukując go do „niskiego poczucia własnej wartości” lub „toksycznego wychowania”. Tymczasem zdrowa świadomość nie niszczy winy – ona oczyszcza. Przyznanie się do błędu, nazwanie go po imieniu i podjęcie wysiłku naprawy porządkuje wewnętrzny chaos. Jest pierwszym krokiem do naprawienia błędu. Wielkopostna praktyka rachunku sumienia ma więc wymiar terapeutyczny: pozwala odzyskać spójność między tym, kim jesteśmy, a tym, kim powinniśmy być. Jakkolwiek banalnie to brzmi.
Nie bez znaczenia pozostaje także cisza, w każdym jej wymiarze. Wielki Post tradycyjnie sprzyja wyciszeniu, ograniczeniu bodźców, rezygnacji z nadmiaru słów i obrazów. Z perspektywy psychologii oznacza to przestrzeń do integracji doświadczeń, do myślenia głębokiego, a nie tylko reaktywnego. Człowiek, który nieustannie konsumuje informacje, traci zdolność do autorefleksji. Post przywraca ją w sposób naturalny i nienachalny. Codziennie otrzymujemy miliony informacji, których nie jesteśmy w stanie oszacować ani uporządkować. Świat mieni się błyskotkami, kolorami i nadmiarem słów, wielkopostne wyciszenie ma zatem charakter nie tylko duchowy, lecz także terapeutyczny. Nauczyliśmy się brać, trochę umiemy dawać, ale niemal w ogóle nie posiedliśmy sztuki świadomej rezygnacji z nadmiaru. Mądrość Wielkiego Postu polega więc na uznaniu, że człowiek nie jest istotą samowystarczalną. Potrzebuje ram, rytmu i sensu, który wykracza poza chwilowy nastrój. Psychologiczny wymiar postu nie polega więc na „karaniu siebie”, lecz na realistycznym spojrzeniu na ludzką kondycję: kruchą, podatną na chaos, ale zdolną do odnowy poprzez dyscyplinę i refleksję. Umysłowa dyscyplina i refleksyjność są niestety obce wielu naszym politykom. (…). Jeśli w ogóle mają rozum, to pozbawiony logiki i autorefleksji. Dla nich Wielki Post jest tylko hasłem, anachronizmem, zaściankiem i przeżytkiem. Nie są też w stanie wytrwać w ciszy ani jej docenić, a co dopiero – hołubić. Są bowiem specjalistami od mentalnego wrzasku, tyleż głośnego, co pustego i pozbawionego jakiegokolwiek sensu. Ich szczęście jest doraźne, krótkotrwałe i beztreściowe. Ot, migawka w telewizji, „kontrowersyjny” komentarz, głupota puszczona na antenie.
Wielki Post nie obiecuje zaś natychmiastowego szczęścia. Oferuje coś cenniejszego: wewnętrzny porządek. A bez niego żadna technika relaksacyjna, żaden lans, żaden poradnik ani terapia nie przyniosą trwałego pokoju. W tym sensie Wielki Post pozostaje jednym z najbardziej dojrzałych narzędzi formowania ludzkiej psychiki, jakie zna nasza wiara i kultura.
Z internetu
Przekazał: ks. prof. dr. hab. Czesław Krakowiak
Wielkopostne praktyki: Jałmużna
Jałmużna to przejaw miłości bliźniego, to pomoc udzielona człowiekowi będącemu w potrzebie. Na ogół rozumiemy przez nią finansowe czy materialne wsparcie ludzi biednych, zwłaszcza tych, co żebrzą na ulicy, przed kościołem bądź pukają wprost do naszych drzwi. Jałmużna może jednak mieć także wymiar globalny. Papież Franciszek upomina: „Nie dzielić się własnymi dobrami z ubogimi znaczy okradać ich i pozbawiać życia. Posiadane przez nas dobra nie są naszymi, ale ich dobrami” (Adhortacja Evangelii gaudium, nr 57).
W jałmużnie w szerszym rozumieniu chodzi także o wsparcie drugiego człowieka w obliczu jego głodu duchowego, zwłaszcza głodu miłości i prawdy. Na ogół jest tak, że nasi bliźni bardziej niż pieniędzy potrzebują miłości, naszego czasu, zainteresowania, cierpliwości, słowa otuchy i nadziei, a niekiedy też braterskiego upomnienia i powiedzenia twardej prawdy. Jałmużna to nie tylko dar pieniężny, to również odwiedziny chorego, pomoc przy dzieciach w rodzinie wielodzietnej, zakupy dla chorej samotnej osoby, wyprowadzenie pieska osób starszych. Jałmużną w sensie szerokim jest jakakolwiek prywatna czy społeczna akcja dobroczynna na rzecz ludzi biednych, bezdomnych, zaniedbanych, nieszczęśliwych, cierpiących.
W Środę Popielcową w Ewangelii mszalnej słyszeliśmy wezwanie Jezusa: „Kiedy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam Wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”. (Mt 6,2-4).
Właściwa jałmużna dzieje się zawsze w ciszy, nie jest na pokaz, nie jest środkiem do zdobycia uznania i pochlebstwa. Idzie zatem o stosowną jej motywację. Nie pomagam drugiemu dla osobistej satysfakcji („Jakiż to ja jestem wspaniałomyślny!”), lecz z miłości do niego. Niewłaściwą może być jałmużna również wtedy, gdy osoba ją przyjmująca poczuje się gorzej z powodu otrzymania daru lub jest upokorzona sposobem jej dawania.
Miłość bliźniego to nie tylko piękne uczucia, lecz przede wszystkim konkretne czyny. Uczucia przychodzą i odchodzą. Uczucie może być cudowną iskrą rozniecającą ogień miłości, ale nie jest jej pełnią. Nie można go wymusić, z czego wynika, że nie można go też nikomu nakazać. A przecież Chrystus uznał miłość Boga i bliźniego za ścisły obowiązek, czyli chodziło Mu nie o uczucia, lecz o czyny. Benedykt XVI tak pisze o tej wewnętrznej zależności w Encyklice Deus caritas est : „Miłość Boga i miłość bliźniego są nierozłączne: są jednym przykazaniem. Obydwie te miłości jednak czerpią życie z miłości pochodzącej od Boga, który pierwszy nas umiłował. Tak więc nie chodzi tu już o „przykazanie” z zewnątrz, które narzuca nam coś niemożliwego, lecz o doświadczenie miłości darowanej z wewnątrz, i tą miłością, zgodnie ze swoją naturą, należy się dzielić z innymi. Miłość wzrasta poprzez miłość. Miłość jest „Boska”, ponieważ pochodzi od Boga i łączy nas z Bogiem, a ten jednoczący proces przekształca nas w „My”, które przezwycięża nasze podziały i sprawia, że stajemy się jednym, tak, że ostatecznie Bóg jest „wszystkim we wszystkich” - por 1 Kor 15,28 (nr 18).
Według papieża Benedykta idzie zatem o czynną miłość bliźniego, która możliwa jest pod warunkiem zobaczenie w drugim człowieku siostry i brata, rozpoznania w nim obrazu Boga.
Pewien rabbi zapytał jednego ze swych wierzących współbraci: „Kiedy kończy się noc, a zaczyna dzień?”
Ten usiłował znaleźć właściwą odpowiedź: „Może wtedy, gdy widzimy pierwszy błysk światła na niebie?” Albo gdy można wyraźnie odróżnić krzak od człowieka?”
„Nie” – powiedział rabbi: „Noc ustępuje miejsca dniowi, gdy jeden człowiek w obliczu drugiego rozpozna brata lub siostrę. Jak długo to się nie dzieje, jest w nas ciągle noc.
Miłość bliźniego wyraża się nie tylko w zaniechaniu wyrządzania komuś krzywdy, lecz przede wszystkim w czynieniu dobra, szczególnie ludziom ubogim, chorym, potrzebującym, nieszczęśliwym. Takie postępowanie, a zwłaszcza pomaganie „najmniejszym”, Chrystus uznał za podstawowy warunek zbawienia. Kryterium sądu ostatecznego nad człowiekiem, czyli czynnikiem decydującym ostatecznie o wartości lub fiasku ludzkiego życia, o jego zbawieniu lub odrzuceniu, będzie według słów Chrystusa przede wszystkim miłość bliźniego jako weryfikacja autentyzmu miłości do Boga (Mt 25,31-46). Wyrażone w tym opisie utożsamienie się Chrystusa z każdym człowiekiem głodnym, spragnionym, chorym, bez dachu nad głową, samotnym i załamanym, uwięzionym, krótko mówiąc z człowiekiem, który cierpi, orzeka, że kto wspomaga bliźniego w potrzebie, ten ujmuje za dłoń samego Chrystusa. Z tej racji bł. brat Albert Chmielowski daje taką radę: „Jeśliby cię zawołano do biednego, idź natychmiast do niego, choćbyś był w świętym zachwyceniu, gdyż opuścisz Chrystusa dla Chrystusa.” Słychać tu echo wypowiedzi mistyka J. Ruysbroeka: „Jeśli znajdziesz się w stanie ekstazy, a twój brat ciebie potrzebuje, porzuć twą ekstazę i zanieś mu ziółka. Bóg którego opuszczasz, jest mniej pewny niż Ten, którego znajdziesz.” Kazimierz Piekut wyrazi to samo poetyckim obrazem w wierszu „Chrystus na ulicy”:
Przez okno widzę Ciebie, Panie,
jak stoisz głodny na ulicy,
gdy ktoś wypędził Ciebie z bramy
- Nie wolno żebrać – w twarz Ci krzycząc.
Chciałem ugościć Cię w mym domu,
pragnąłem, abyś do mnie przyszedł,
po przyjacielsku siadł do stołu
I spożył wspólnie kęsek ciszy.
Wybiegłem. Wołam: - Panie… Panie…
(Ktoś pyta: „Któż to był ów żebrak?”)
Lecz w miejscu, gdzie przed chwilą stałeś,
Blask w grudkach pyłu krzyżem leżał
Tym samym duchem tchną słowa ks. J. Twardowskiego:
Ktokolwiek nas spotyka od Niego przychodzi
nagle zniknie – od razu przesadnie daleki
czy byliśmy prawdziwi – sprawdził mimochodem.
Starożytni mawiali: „Homo homini lupus! - Człowiek człowiekowi wilkiem!” Niewiele się przez wieki zmieniło. Roman Brandstaetter wyraził to w krótkim zdaniu: „Wszyscy dziś żyjemy obok siebie jak ogień i woda, płonąc i sycząc.” A wśród wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej znalazłem takie oskarżenie:
Uśmiechnięci, obojętni i zdrowi
Krążycie spokojnie w pobliżu
Jak trawę żyjące krowy
W koło kogoś, kto umiera na krzyżu.
O szczęściu, jakie rośnie z miłości do drugiego człowieka, z międzyludzkiego braterstwa, z odkrywania w innych ludziach sióstr i braci, ze szczodrego dzielenia się tym, co się posiada, pisał prostym językiem poezji Jerzy Liebert:
Za nic mam twoje
Zgłębianie życia,
Poznanie świata,
Jeśliś w tym życiu
I na tym świecie nie znalazł brata.
Bo cóż są skarby,
Gdy bez podziału
I bez człowieka.
Próżno je zbierasz
W zgiełku ogromnym
Naszego wieku.
Bowiem nie z brania,
Ale z dawania
Bogactwo rośnie –
I obiecaną
Obejrzysz ziemię
W szczodrobliwości.
Przypadnij ku niej
I pod jej wichry
Pozwól iść głowie,
A wtedy łaska
Jak drzewo tknięte
Zaszumi w tobie
Ks. dr. hab. Jerzy Grześkowiak
Ks. Włodzimierz Sedlak o miłości
Co cechuje miłość bliźniego i w jakich konkretnych kształtach zdolna jest ona się wyrażać, mówił o tym w sposób niezrównanie piękny KUL-owski profesor ks. Włodzimierz Sedlak podczas rekolekcji, które zawsze przyciągały tłumy:
„Miłość jest największym wymiarem człowieczeństwa. Jest więc szczytem, dalej już człowiek nie sięga. Dalej jest tylko już Bóg, sama Nieskończona Miłość.
Miłość nie smuci się z cudzego nieszczęścia, miłość nie zazdrości, miłość się nie spiera, miłość nie ma uczucia niechęci i nienawiści, miłość wybacza, miłość nie zarabia na miłości, nie zna obłudy, nie stoi na zdradzie, nie opluwa w oszczerstwie, nie rywalizuje w chamski sposób, nie robi sobie miejsca w życiu kopniakiem.
Miłość nie płacze nad sobą. Miłość dzieli serce i chleb, nie eksploatuje nikogo, nie dyskwalifikuje drugich, nie śmierdzi podłością, nie bierze odwetu, nie jest okrutna, da się przeprosić. Miłość woli cierpieć niż się spodlić. Największą racją jest miłość i największą prawdą jest miłość. To najpiękniejsza litania, którą może człowiek wygłosić (…)
Miłość to sprawy tak proste jak posypanie piaskiem śliskiego chodnika. To chleb podany w piekarni, zastąpienie koleżanki w zakładzie pracy, to połówka jabłka użyczona, to kilka metrów sześciennych śniegu odwalonego, to dobre spojrzenie na starca, cicha modlitwa za spotkanego kalekę, dyskretna cisza, bo się ktoś modli tam, usunięcie się z drogi, bo ktoś do tramwaju biegnie. Miłość nie wyraża się w ”hurcie” wielkimi czynami. Miłość to nie bohaterstwo, to drobny złoty pył serca dawany innym”.
W Wielkim Poście modlitwy o pokój w Kościołach krajów Europy
O pokój „rozbrojony i rozbrajający” na Ukrainie, w Ziemi Świętej i innych miejscach świata będą w Wielkim Poście modlić się każdego dnia episkopaty krajów Europejskich. Łańcuch Eucharystyczny ma być widzialnym znakiem nadziei dla całego kontynentu.
Począwszy od Środy Popielcowej i przez cały okres Wielkiego Postu aż do Wielkiego Czwartku - 2 kwietnia - Kościół w Europie pragnie gromadzić się wokół stołu eucharystycznego, aby wypraszać dar pokoju. Jak informuje CCEE, biskupi Europy będą się modlić o pokój „rozbrojony i rozbrajający”, do jakiego wzywa Papież Leon XIV.
Inicjatywa, obejmująca wszystkich członków CCEE, przewiduje zaangażowanie każdej krajowej Konferencji Episkopatu w organizację przynajmniej jednej Mszy św. w intencji ofiar wojny oraz z prośbą do Pana o „pokój rozbrojony i rozbrajający” na Ukrainie, w Ziemi Świętej i na całym świecie.
W ramach tej inicjatywy został ustalony kalendarz sprawowania Mszy św. w czasie Wielkiego Postu przez biskupów - każdego dnia w innym kraju europejskim. W Polsce Eucharystia w tej intencji sprawowana będzie 17 marca. Podane później zostaną szczegóły celebracji.
Łańcuch Eucharystyczny stał się już stałym wydarzeniem modlitewnym Konferencji Episkopatów Europy. Ma on być doświadczeniem komunii oraz widzialnym znakiem nadziei dla całego kontynentu europejskiego.
Biskupi cytują zachętę Ojca Świętego: „Otwórzmy się na pokój! Przyjmijmy go i uznajmy, zamiast uważać go za coś odległego i niemożliwego. Pokój, zanim stanie się celem, jest obecnością i drogą”.
Wojciech Rogacin – Watykan
Podpowiedzi do modlitwy prywatnej lub w rodzinie
W sobotni wieczór…
Panie, oto stajemy w ten wieczór sobotni
przed Twoim świętym Obliczem.
Dziękujemy dziś Tobie za błogosławieństwo tygodnia,
który minął –
za wszystkie dowody Twej miłości,
za słowo Dobrej Nowiny,
i za Sakrament zbawienia, któryś nam dał -
za tę wielką wspólnotę
jednej wiary i jednej miłości,
w którąś nas – tak często samotnych –
włączyć raczył.
Dziękujemy Ci też za wszystkie dobre czyny i ofiary tych,
których wezwałeś i uzdolniłeś,
by dźwigali dla Ciebie i bliźnich
codzienny krzyż - ból, smutek, cierpienie.
Oto stajemy teraz przed Tobą,
by przygotować się na Twój Dzień,
wielki Dzień naszego Pana - Jezusa Chrystusa.
Oczyść nas, Najświętszy,
przebacz nam wszystko,
złe uczynki i zaniedbania.
Dokończ w nas i pośród nas to,
czemu dałeś początek.
Daj nam być Twoimi sługami,
których biodra są przepasane
w oczekiwaniu Pana.
Daj nam mądrość pięciu roztropnych panien,
trzymających w ręku lampy
i oliwę w dzbanach.
Prosimy też Ciebie,
pobłogosław wszystkich,
którzy jutro będą głosić Słowo Twoje
i sprawować Twoje święte tajemnice.
Niech przyniesie owoc to, co posiejesz.
Obdarz jutrzejszą niedzielę
blaskiem Twej wiekuistej światłości,
aby świeciła nam -
nad pracą, trudem i troską
nadchodzących dni.
Pomóż nam skierować spojrzenie
ku Twemu wiecznemu Królestwu,
gdzie słońce, którym Ty jesteś,
nigdy nie zachodzi.
I każ nam u kresu żywota
doświadczyć świtu wiekuistej Niedzieli
w Twym nowym stworzeniu.
O to prosimy za przyczyną
Najświętszej Dziewicy i Matki
i wszystkich Świętych Twoich
i Aniołów:
przez Chrystusa naszego Pana.
Amen.
Jerzy Grześkowiak
Modlitwa na nowy tydzień
Panie mój, Boże,
spraw, bym spowolnił tempo mojego życia,
bym się tak nie spieszył,
bym umiał wolniej iść.
Zbyt szybie bicie mojego serca spowolnij
przez wyciszenie mojej duszy.
Spraw, by moje nierówne, przyspieszone kroki zwolniły,
ustabilizowały się
przez patrzenie
na odległą bezbrzeżną, bezczasową wieczność.
Pośród zawirowań dnia
daj mi pokój odwiecznych gór.
Napięcie moich nerwów i mięśni rozluźnij
przez łagodną muzykę i szemrząca wodę,
które żywotne są w moich wspomnieniach.
Daj mi zaznać czarodziejskiej mocy snu,
który mnie odnawia i regeneruje.
Naucz mnie sztuki rozkoszowania się wolną chwilą.
Spraw, bym wolniej chodził,
abym widział kwiaty, łąki i drzewa,
umiał zamienić kilka słów z przyjacielem,
pogłaskał pieska,
poczytał kilka stron w książce.
Panie, spraw, bym szedł wolniej
i wzbudź we mnie pragnienie,
by moje korzenie
głębiej wrastały w grunt wieczności,
i bym wzrastał ku mojemu prawdziwemu przeznaczeniu.
Jerzy Grześkowiak (według modlitwy z Południowej Afryki)
Panie, błogosław mnie!
Panie Boże, Ojcze Dobry i Miłosierny, błogosław mnie!
Błogosław moje oczy:
by dostrzegały potrzeby innych,
nie przeoczały tego, co niepozorne a ważne,
widziały dalej, niż tylko to, co na pierwszym planie,
by pod moim spojrzeniem inni czuli się dobrze.
Błogosław moje uszy:
by potrafiły usłyszeć Twój głos,
były wrażliwe na skargę krzywdzonych,
na krzyk ubogich i cierpiących,
zamknięte na hałas, pomówienia, hejt i plotki,
by dosłyszały także to, co niewygodne i nieprzyjemne, ale prawdziwe.
Błogosław moje usta:
by mówiły i świadczyły o Tobie,
nie wychodziło z nich nic, co rani i niszczy,
by wypowiadały słowa leczące,
zachowały w tajemnicy sprawy powierzone mi w zaufaniu.
Błogosław moje serce:
by było mieszkaniem Twojego Ducha,
promieniowało ciepłem i nim innych obdarowywało,
było bogate w miłosierdzie,
dzieliło z innymi radość i cierpienie.
Błogosław moje ręce:
by były delikatne i czułe,
trzymając cokolwiek lub kogokolwiek
nie stawały się kajdanami,
dawały bez wyrachowania
i przyjmowały z wdzięcznością,
by tkwiła w nich moc pocieszania i błogosławienia.
Błogosław moje stopy:
by prowadziły mnie po drogach Dobra, Prawdy i Piękna,
kierowały mnie tam, gdzie ktoś na mnie czeka,
nie wahały się przed krokami, które są konieczne i decydujące
i doprowadziły mnie do Nieba - Twojego Ojcowskiego Domu.
Błogosław mnie,
wszystkich moich Bliskich
i cały świat,
Ty, Boże Wszechmocny i Dobry, Wspólnoto Miłości
- Ojcze, Synu i Duchu Święty.
Amen.
Jerzy Grześkowiak
„Europa musi odnaleźć swoją duszę”.
Apel przewodniczących episkopatów Francji, Włoch, Niemiec i Polski
Przewodniczący czterech episkopatów Europy – Francji, Włoch, Niemiec i Polski – opublikowali wspólny Apel pt. „Chrześcijanie dla Europy – Siła nadziei”.Dokument jest odpowiedzią na zaproszenie Papieża Leona XIV, by po zakończeniu Jubileuszu Nadziei stać się „pielgrzymami nadziei”.
Sygnatariusze apelu zwracają uwagę, że żyjemy w „świecie rozdartym i spolaryzowanym przez wojny i przemoc”, a porządek międzynarodowy ulega zachwianiu. Ich zdaniem w tej sytuacji Europa musi odnaleźć swoją duszę, by móc oferować światu wkład w dobro wspólne.
Autorzy apelu podkreślają historyczną rolę chrześcijaństwa, które obok cywilizacji hellenistycznej i rzymskiej było „jednym z podstawowych wzorców naszego kontynentu” i ukształtowało oblicze humanistycznej Europy. Wskazują, że dziś, mimo mniejszej liczebności chrześcijan, mogą oni z odwagą powracać do podstaw swojej nadziei.
Przypominając doświadczenie II wojny światowej, dokument wskazuje na zaangażowanie świeckich katolików w tworzenie powojennych ram międzynarodowych, w tym ONZ. Przywołano deklarację prowadzącą do utworzenia Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, gdzie stwierdzono, że „zorganizowany i żywotny wkład Europy w cywilizację jest niezbędny dla utrzymania pokojowych stosunków”.
Ojcowie założyciele Europy – Robert Schuman, Konrad Adenauer i Alcide De Gasperi – zostali określeni jako „architekci wspaniałego, choć kruchego gmachu”, zainspirowani wiarą chrześcijańską. „Ponieważ kochali Chrystusa, kochali również ludzi i starali się ich zjednoczyć” – tu autorzy apelu przywołali słowa Jana Pawła II.
W dokumencie zaznaczono, że Europa nie może ograniczać się do rynku gospodarczego i finansowego, by nie zaprzepaścić intuicji założycieli. „Europa opowie się za ponadnarodowym rozwiązywaniem konfliktów poprzez wybór odpowiednich mechanizmów i sojuszy” – napisano, dodając, że musi być gotowa do dialogu i dążyć do pojednania.
Autorzy apelu zwracają uwagę, że Europejczycy zbliżyli się do siebie, zwłaszcza od początku wojny na Ukrainie. Przywołano słowa papieża Franciszka z 2016 roku, który mówiąc o Europie po latach konfliktów, stwierdził, że „dzięki Bożej łasce zrodziła się bezprecedensowa nowość w historii. Europa, po wielu podziałach, w końcu odnalazła samą siebie i zaczęła budować swój dom”.
Zdaniem przewodniczących episkopatów świat potrzebuje Europy, a chrześcijanie muszą zaangażować się w jej przyszłość. Cytując Roberta Schumana przypomniano, że „polityka, przeżywana jako bezinteresowne zaangażowanie na rzecz służby miastu, może stać się zaangażowaniem miłości wobec bliźniego”.
Apel podpisali: abp Tadeusz Wojda (Polska), kard. Jean-Marc Aveline (Francja), kard. Matteo Maria Zuppi (Włochy) i bp Georg Bätzing (Niemcy).
Zum Faschingssonntag 2026
Freut euch im Herrn!
Heute ist Faschingssonntag! Auch in der Kirche dürfen wir Fasching feiern, froh und lustig sein. Leider ist der Humor als besonderer Wert oder gar als Lebenskunst im Christentum nie zu großer Ehre gekommen. Lange Jahrhunderte hindurch galt er kaum als besondere Tugend. Es gab eine distanzierte, argwöhnische, ja eigentlich ablehnende Haltung ihm gegenüber – verbunden mit einer ungesunden, oft verbissenen Ernsthaftigkeit im Glauben.
Ich lese Euch ein kurzes Stück vor aus dem Brief, den Paulus an seine Gemeinde in Phillippi schriebt. Da heißt es: „Freut euch im Herrn, noch einmal sage ich euch: Freut euch! Seid gut zu allen Menschen. Denn der Herr ist uns nahe!“
Jesus war ein froher Mensch, „Frohe Botschaft“ hat er verkündet. Evangelium heißt doch „Frohe Botschaft“. Der jüdische Religionsphilosoph Martin Buber nennt den Humor treffend den „Milchbruder des Glaubens“. Der englische Schriftsteller Chesterton hat gesagt: „Gott hat auch Humor. Denn er hat den Menschen geschaffen.“ Und ich habe mir als eigen den Grundsatz gemacht: „Suppe ohne Salz, Braten ohne Schmalz, Pfarrer ohne Humor, bewahre uns Gott davor!.
Deshalb heute kurze Geschichten aus dem Familienleben, aus dem Mund der Kinder und aus dem Leben der Kirchengemeinde.
+ Du, Mutti ist der liebe Gott krank?, fragt die kleine Susanne. Erstaunt darauf die Mutter: „Warum soll der liebe Gott krank sein?“ Susanne: „Weil in der Zeitung steht, dass Gott Herrn Doktor Huber zu sich gerufen hat!“.
+ Vati, warst du denn als Kind jeden Sonntag in der Kirche? – Selbstverständlich!. – Siehst du Mama, das hat bei ihm auch nichts genützt!
+ Zu Weihnachten – sagt die Mutter zu ihren beiden Kindern – wünsche ich mir weiter nichts als zwei artige Kinder! Fein – sagt da der Älteste – dann sind wir vier.
+ Vater zum kleinen Sohn Moritz: - Das schönste Geschenk für mich wäre, wenn du endlich ein guter Schüler würdest. Moritz: - Zu spät, ich habe dir schon eine Krawatte gekauft!“
+ Bist du krank? – fragt die Tante ihren Neffen. – Du bist so blass! – Tante, das ist nicht blass, sondern sauber!
+ Die Oma nahm ihre kleine Enkelin mit in die Kirche. Als der Liederanzeiger die Nummer des nächsten Liedes anzeigte, flüstert die Kleine: Oma, pass auf, jetzt kommen die Lottozahlen!
+ Was ist eigentlich eine Verlobung, Papa? - Eine Akt der Untersuchungshaft, bevor man lebenslänglich bekommt, mein Junge!
+ Vati, wie hieß die Schwiegermutter von Adam? – Mein lieber Sohn, dort hat es keine Schwiegermütter gegeben, dort war doch ein Paradies!
+ Es gibt mancherlei Begründungen, warum Gott die Frau erst an zweiten Stelle erschaffen hat: Die Männer sagen: „Gottt wollte keine ungebetene Ratschläge, während er den Mann schuf!“ Die Frauen dagegen sagen: „Er wollte erst mal eine Probestück machen, bevor er sein Meisterwerk schuf!“ Unter Männern gibt es eine dritte Version für die Trinker: „Zuerst erschuf Gott den Mann, dann erschuf er die Frau. Danach tat ihm der Mann leid, und er schuf den Schnaps und das Bier!
+ Gebet und Kindersegen: Ein Ehepaar fragt den Pfarrer um rat, weil ihr Kinderwusch bis jetzt unerfüllt geblieben ist. Dieser rät zu einer Pilgerfahrt nach Lourdes, um dort eine Kerrze zu entzünden. Tatsächlich wird die Ehefrau nach der Rückkehr schwanger. Kurz darauf wird der Pfarrer in eine andere Stadt versetzt. Nach vielen Jahren kehrt er an die Stätte seines einstigen Wirkens zurück und erinnert sich an diese Begebenheit. Er beschließt, die Familie zu besuchen. Als er an der Haustür klingelt, empfängt ihn eine große Kinderschar. „Sind denn eure Eltern nicht zu Hause? - fragt er den Ältesten. – Nein, die sind in Lourdes, irgend so eine Kerze ausblasen!
+ Sparsamkeit: Mutti, ich habe 95 Cent für dich gespart. – Das ist aber reizend von dir, Felix, wie hast du den das fertig gebracht? – Ich habe deinen anonymen Brief an Frau Müller ganz einfach persönlich abgegeben!
Münze 10 Cent.
Ich bin nur ein Zehn-Cent-Stück
und führ ein armes Leben,
ich bringe keinen Menschen Glück,
für mich will man nichts geben.
Ich bin nicht eine Semmel wert
und keine Zigarette,
ich bin als Trinkgeld nicht begehrt,
und nicht wert eine Baguette.
Ich kann mich mit dem Hosenknopf
an Wert nicht einmal messen,
verachtet bin ich armer Tropf,
nichtsnutzig und vergessen.
Doch wenn es wieder Sonntag wird,
dann wird ich stolz und eitel,
dann opfert mich als guter Christ
mein Herr im Klingelbeutel….
+ Bekannt ist übergroße Sparsamkeit der Schotten. Das beweist auch die Geschichte von drei schottischen Männern: Sie saßen in ihrer Kirchenbank, und sahen, wie der Mesner mit dem Klingelbeutel immer näher kam. Im letzten Augenblick fiel einer der drei Schotten in Ohnmacht. Die beiden anderen erhoben sich und trugen ihn hinaus.
+ Ein Landwirt ist gestorben. Der Pfarrer besucht die Witwe und fragt: „Wann soll die Beerdigung sein?“ „Heute in einer Woche“, antwortet die Witwe sehr bestimmt. „Aber, liebe Frau, sagt der Pfarrer verdutzt, „warum wollen Sie solange warten?. – „Vierzig Jahre war ich mit ihm verheiratet, erklärt ihm die Witwe, „und in all diesen Jahren war mein Mann jeden Sonntag außer Haus: im Kegelclub, Im Gesangverein, bei den Schützen, beim Kirchenchor, beim Fußball, am Stammtisch, ich weiß gar nicht, was ihm sonst noch alles eingefallen ist. Und ich schwöre es Ihnen: Diesen Sonntag bleibt er zu Hause!
Und zum Schluss ein Gebet eines bayerischen Pfarrers aus dem Jahre 1864:
Lieber Herr Gott!
Setzt dem Überfluss Grenzen
Und lasse die Grenzen überflüssig werden.
Nimm den Ehefrauen das letzte Wort
und erinnere die Männer an ihr erstes.
Gib den Regierenden ein besseres Deutsch
und den Deutschen eine bessere Regierung.
Schenke uns und unseren Freunden mehr Wahrheit
und der Wahrheit mehr Freunde.
Bessere solche Beamten, die wohl tätig,
aber nicht wohltätig sind
und lasse die, die rechtschaffen sind,
auch recht schaffen.
Sorge dafür, dass wir alle in den Himmel kommen,
aber wenn Du es willst, nicht gleich! Amen.
Dr. Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R.
Papież o sporcie: uniwersalny język pokoju, wspólnoty i wartości
Zawody międzynarodowe stanowią uprzywilejowaną okazję do doświadczenia naszego wspólnego człowieczeństwa w całym bogactwie jego różnorodności – pisze Ojciec Święty w opublikowanym dziś Liście „Życie w obfitości” o wartości sportu. Swoje przesłanie kieruje z okazji XXV Zimowych Igrzysk Olimpijskich, które odbywaja się w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo (6-22 luty) oraz XIV Igrzysk Paralimpijskich (6-15 marca).
Leon XIV wskazuje, że sport odgrywa ważną rolę w większości kultur, będąc przestrzenią spotkania, dialogu i budowania relacji – także między osobami różnych wyznań lub bez przynależności religijnej. Jest źródłem radości, wspiera rozwój osobisty i społeczny. Ważne jest, aby był dostępny dla wszystkich, którzy chcą w nim uczestniczyć. Poprzez sport kształtują się kluczowe cnoty: osobiste, chrześcijańskie i obywatelskie.
„Sport może naprawdę stać się szkołą życia, w której można się nauczyć, że obfitość nie wynika ze zwycięstwa za wszelką cenę, ale z dzielenia się, szacunku i radości wspólnego wędrowania” - pisze Ojciec Święty.
Na początku listu, Leon XIV wskazuje, że uprawianie sportu może mieć charakter zawodowy, który pociąga za sobą wysoki stopień specjalizacji. „Odpowiada on powołaniu nielicznych”, ale budzi podziw i wywołuje radość „w sercach wielu”. Papież przypomniał: „Jednak uprawianie sportu jest aktywnością powszechną, dostępną dla wszystkich i zdrową dla ciała i ducha, do tego stopnia, że stanowi uniwersalny wyraz człowieczeństwa”.
Symbol pojednanego świata
W liście znajdziemy kwestię dotyczącego tego, jak istotną rolę na rzecz promowania pokoju, dla dobra ludzkości może odgrywać sport. Przywołując historię starożytnego rozejmu olimpijskiego, Ojciec Święty przypomniał, że jego ustanowienie wynikało z przekonania, że „udział w rywalizacjach toczących się według reguł (agones) stanowi indywidulaną i zbiorową drogę do cnoty i doskonałości (arete). Kiedy sport uprawia się w tym duchu i na tych warunkach, sprzyja on dojrzewaniu jedności społeczności i dobra wspólnego.
Papież zaznaczył, że dziś świat jest „spragniony pokoju”, dlatego potrzebujemy „narzędzi, które położą kres «nadużyciom, pokazom siły i obojętności wobec prawa»”.
„Zachęcam gorąco wszystkie narody, aby podczas zbliżających się Zimowych Igrzysk Olimpijskich i Paralimpijskich na nowo odkryły i szanowały to narzędzie nadziei, jakim jest rozejm olimpijski – symbol i proroctwo pojednanego świata” - dodał Leon XIV.
Sport jako znak czasu
Przypominając rozwój dyscyplin sportowych na przestrzeni dziejów ludzkości, Papież zwrócił uwagę, że na przełomie XIX i XX spotykamy się ze sportem jako wydarzeniem masowym. Poza tym, w 1896 r. narodziły się współczesne Igrzyska Olimpijskie. Kościół w kwestiach sportu zaczął się wypowiadać. w sposób bardziej systematyczny. Papieże przedstawiają wizję sportu, która jest skoncentrowana „na godności osoby ludzkiej, jej integralnym rozwoju, wychowaniu i relacjach z innymi, podkreślając jego uniwersalną wagę jako narzędzia promującego wartości, takie jak braterstwo, solidarności i pokój”.
Sobór Watykański II ocenił sport w szerszym kontekście kultury. Poprzez odczytanie znaków czasu „wzrosła świadomość Kościoła dotycząca znaczenia uprawiania sportu. Sobór przyniósł w tej dziedzinie rozkwit: rozwinęła się refleksja na temat sportu w odniesieniu do życia wiary, a mnogość doświadczeń duszpasterskich w dziedzinie sportu ujawniła w kolejnych dziesięcioleciach swoją siłę twórczą”.
Dyktatura rezultatów
Wśród wielu zagrożeń, które uderzają w wartości sportowe, Papież zwrócił uwagę m.in. na korupcję. W wielu społeczeństwach sport jest powiązany z ekonomią i finansami. Problem stanowi fakt, „gdy biznes staje się główną lub jedyną motywacją”. „Kiedy dąży się do maksymalizacji zysków, przecenia się to, co można zmierzyć lub oszacować, kosztem wymiarów ludzkich, o niecenionej wartości: „liczy się tylko to, co można policzyć”. Taka mentalność wkracza do sportu, gdy uwaga skupia się obsesyjnie na osiągniętych wynikach i kwotach pieniędzy, które można uzyskać dzięki zwycięstwu. W wielu przypadkach, nawet na poziomie amatorskim, imperatywy i wartości rynkowe przesłoniły inne wartości ludzkie związane ze sportem, które zasługują jednak na to, aby ich strzec” - wskazał Papież.
Sportowcy najwyższej klasy, profesjonaliści, w sytuacji gdy kwestie finansowe stają się głównym bądź jedynym celem, „ryzykują skupienie się na sobie i swoich osiągnięciach”. Przez to osłabia się wspólnotowy wymiar gry, negując społeczne znaczenie.
„Szczególne ryzyko pojawia się, gdy korzyści finansowe wynikające z sukcesów sportowych są uważane za ważniejsze niż sama wartość uczestnictwa: dyktatura rezultatów (performance) może prowadzić do stosowania środków dopingujących i innych form oszustwa, a także sprawiać, że zawodnicy sportów zespołowych będą koncentrować się bardziej na własnych korzyściach finansowych niż na lojalności wobec swojej dyscypliny” - dodał Papież.
ks. Marek Weresa – Watykan
Publiczne wystawienie szczątków św. Franciszka wkrótce w Asyżu
Setki tysięcy pielgrzymów przybędą do Asyżu podczas trwającego 30 dni pierwszego publicznego przedłużonego wystawienia do publicznej czci szczątków św. Franciszka. Wspólnota braci z Konwentu św. Franciszka podała część informacji, dotyczących głównych uroczystości związanych z wystawieniem.
To szczególne wystawienie doczesnych szczątków Biedaczyny z Asyżu jest związane z obchodami 800. rocznicy śmierci św. Franciszka oraz Roku Świętego Franciszka, który został ogłoszony przez Papieża.
Od 21 lutego do 22 marca wierni, którzy zapiszą się poprzez stronę internetową San Francesco Vive (https://sanfrancescovive.org/) będą mogli nawiedzić szczątki świętego, a także uczestniczyć w Eucharystii i wydarzeniach duchowych związanych z nawiedzeniem.
Jak poinformowano, w sobotę 21 lutego o godz. 16.00 odbędzie się uroczysta celebracja przeniesienia relikwiarza zawierającego doczesne szczątki Świętego z krypty do kościoła dolnego Bazyliki. Liturgii będzie przewodniczył kardynał Ángel Fernández Artime, legat papieski dla bazylik papieskich w Asyżu, w obecności kilkuset franciszkanów. Wydarzenie będzie transmitować na żywo włoska telewizja RAI 1.
W niedzielę 22 lutego, w kościele górnym Bazyliki o godz. 11.00 zostanie odprawiona Msza Święta, której także przewodniczyć będzie kardynał Ángel Fernández Artime.
Przez cały miesiąc przewidziane są pielgrzymki diecezjalne prowadzone przez biskupów, z udziałem wiernych. W sumie spodziewane są setki tysięcy osób, które nawiedzą szczątki Świętego. Z tego względu celebracje eucharystyczne w Bazylice będą dostępne wyłącznie po wcześniejszej rezerwacji (za pośrednictwem strony sanfrancescovive.org).
Uroczysta celebracja eucharystyczna na zakończenie wystawienia doczesnych szczątków św. Franciszka odbędzie się w niedzielę 22 marca o godz. 17.00 i będzie jej przewodniczył kardynał Matteo Zuppi, arcybiskup Bolonii oraz przewodniczący Konferencji Episkopatu Włoch.
Pielgrzymi, którzy się zapiszą do nawiedzenia szczątków św. Franciszka będą mogli to uczynić z wraz z przewodnikiem, także w języku polskim. Rejestrując się, trzeba zaznaczyć odpowiednią opcję.
Przy okazji tego wydarzenia religijnego, w Asyżu zaplanowano wiele wydarzeń towarzyszących. Młodzi z całych Włoch będą mogli spotkać się 14-15 marca na Franciszkańskim Spotkaniu Młodych pod hasłem „Siostra śmierć. Doświadczenie do odrzucenia”.
21 lutego o godz. 21.00 odbędzie się koncert The Schola Cantorum of the London Oratory School - dyrygent Charles Cole.
28 lutego oraz 7 i 21 marca o godz. 19.30 Sacrae Passionis Concentus wykona Kapela Muzyczna Papieskiej Bazyliki św. Franciszka w Asyżu - dyrygent brat Peter Hrdy OFMConv.
10 marca o godz. 21.00 odbędzie się koncert Knoxville Catholic High School Singers z Tennessee - dyrygent Phillips Holloway.
17 marca z koncertem wystąpi Orkiestra Kameralna z Florencji, pod batutą Liora Shambadala.
Koncerty odbywać się będą w kościele górnym Bazyliki, są bezpłatne i dostępne bez rezerwacji, do wyczerpania miejsc.
Wojciech Rogacin – Watykan
Znaczenie chrześcijaństwa we współczesnym świecie
Christophe Dickès jest francuskim historykiem i autorem książek, m.in. „Pour l’Église. Ce que le monde lui doit”. W tekście opinii w dzienniku „Le Figaro” zwraca uwagę na to, jaka jest rola chrześcijaństwa we współczesnym społeczeństwie.
„Każdego roku, jak stara, porysowana płyta, powraca polemika wokół obecności w przestrzeni publicznej szopek bożonarodzeniowych. Mniejszość wzywa do ich usunięcia w imię świeckiego państwa. W podobnym tonie, w październiku największy związek zawodowy w szkolnictwie podstawowym przedstawił Radzie Najwyższej ds. Edukacji poprawkę, mającą na celu zmianę nazw ferii szkolnych na bardziej świeckie. Propozycja ta nie została jednak przyjęta przez Ministerstwo Edukacji Narodowej… W rzeczywistości, nawet gdyby antyklerykalizm wymazał widoczne znaki chrześcijańskiego dziedzictwa, miałby ogromne trudności z wymazaniem tego, co chrześcijańskie w naszym społeczeństwie” – stwierdza Christophe Dickès w „Le Figaro”.
Jak podkreśla, „chrześcijaństwo jest elementem tworzącym zachodnie społeczeństwa, co zresztą odróżnia je od społeczeństw muzułmańskich czy buddyjskich”. „Nasza cywilizacja jest chrześcijańska, ponieważ wszystko, co nas otacza, ma swoje korzenie w ciszy opactw, w tekstach soborów, a jeszcze bardziej w Ewangelii” – zauważa.
„Pomimo że godziny zostały wynalezione przez Mezopotamczyków, to mnisi w klasztorach jako pierwsi porządkowali czas według rytmu godzin. Innymi słowy, to od nich wywodzi się nasze planowanie według harmonogramów. Ponadto, mnisi modlą się dlatego, że uważają, iż ich czas powinien być i jest rozliczany. Dlaczego? Ponieważ chrześcijanin musi dążyć do zbawienia, jutro czyniąc lepiej to, co źle zrobił wczoraj. Chrześcijanin, który jest pielgrzymem na ziemi, powinien stale się poprawiać, a więc czynić postęp. Chrześcijaństwo sprawia zatem, że czas staje się wartością. Podczas gdy starożytność postrzegała czas cyklicznie, chrześcijaństwo dokonuje rewolucji, nadając mu wymiar linearny i postępowy” – tłumaczy historyk.
„Drugi przykład to nauka. Słusznie mówi się o nauce arabskiej, ale niemal nigdy nie wspomina się o nauce chrześcijańskiej. (…) To duchowni XII i XIII wieku są u źródeł nauk eksperymentalnych (Robert Grosseteste i Roger Bacon). Średniowieczni uczeni, którzy uczynili z wątpliwości warunek badań a z wiedzy wyzwolenie. Kultywując umiłowanie porządku i jasności – i to na długo przed Kartezjuszem – przypomnieli oni również, że dowód jest ważniejszy od argumentu autorytetu. Dla tych uczonych poszukiwanie Boga uzasadniało naukę i rozumienie natury. Nauka i wiara były ze sobą ściśle związane” – przypomina.
„Przykłady można mnożyć: nasze szpitale, szkoły katedralne i monastyczne otwarte dla wszystkich, dobrowolna zgoda na związek mężczyzny i kobiety, świadomość indywidualna w naszym prawie, nasze postrzeganie pracy (która w starożytności była niewolnicza), prawo między narodami, które stanie się następnie prawem międzynarodowym… Wszystko to posiada chrześcijańskie fundamenty. Bardziej niż o korzenie, chodzi o żywotność, która opiera się nie na wizji utylitarnej, lecz na nadziei i wierze. To, co Benedykt XVI nazywał poszukiwaniem Boga. W tym być może tkwi sekret długowieczności Kościoła: w tej niezwykłej żywotności, pomimo kryzysów pojawiających się na przestrzeni jego długiej historii” – stwierdza Christophe Dickès w „Le Figaro”.
5. Sonntag im Jahreskreis A (2026)
Salz der Erde und Licht der Welt
Am Anfang stelle ich das weise Wort von Kard. Faulhaber: „Jesus hat nicht gesagt: Ihr seid der Zucker der Erde; er hat auch nicht gesagt: Ihr seid der Pfeffer der Erde: er hat gesagt: Ihr seid das Salz der Erde“.
Nichts ist unnützer als Salz, das nicht salzt. Man muss es wegwerfen. Jesus gebraucht dieses drastische Bild als Kehrseite eines großen Wortes: „Ihr seid das Salz der Erde.“ Sie mögen etwas verdutzt dreingeschaut haben, die Jünger Jesu, als sie am Berg der Seligpreisungen in Galiläa diese Worte hörten. Wie sollen die paar Fischer und Handwerker aus Galiläa gleich für die ganze Menschheit Salz, also Würze sein? Das Wort wird noch rätselhafter, wenn das zweite dazu genommen wird: „Ihr seid das Licht der Welt.“ Nicht nur Licht für ihre kleine Umwelt im armen Galiläa, sondern gleich für die ganze Welt – ist das wieder einmal orientalische Übertreibung?
Die Erfahrung mit den Worten Jesu lehrt uns, dass sie immer ganz direkt und unverblümt zu nehmen sind. Jesus richtet keinen moralischen Appel an seine Jünger: Seid doch endlich Salz der Erde, Licht der Welt! Es wäre eine völlige Überforderung, einem solchen Anspruch zu genügen. Niemand kann aus eigener Kraft ein so großes Licht sein. Jesus spricht aber in der Form einer Feststellung: Ihr seid es, Salz und Licht für die ganze Welt. Was Jesus damit sagt, verstehen wir nicht, wenn wir nur auf unsere eigenen Leistungen schauen. Jesus hat von sich selber gesagt: „Ich bin das Licht der Welt.“ Wer glaubt, dass Jesus der Messias, Christus, der Sohn Gottes ist, der wird auch glauben, dass Jesus wirklich „der Weg, die Wahrheit und das Leben“ ist, wie er selber von sich sagt (Joh 14,6), und das nicht für sein eigenes Volk, die Juden, sondern für alle Menschen. Deshalb hat Jesus auch seinen Jüngern aufgetragen, zu allen Völkern und Menschen zu gehen und ihnen sein Licht zu bringen, was sie von Anfang an getan haben.
Salz ist zum Würzen da, salzlose Speise ist fad und öde. Das Leben wird würzig „g´schmackig“, wenn in ihm das Salz Jesu ist, sein Wort, seine Güte, seine Menschenfreundlichkeit, sein barmherziges Verzeihen, kurzum seine Liebe. Und Jesus will, dass die Würze des Lebens zu allen Menschen kommt. Dazu braucht er Menschen, die das leben und sichtbar machen, die selber „Salz der Erde“ sind.
Aber dabei kommt es nicht nur darauf an, dass wir Christen der Welt das Salz reichen, sondern auch darauf, dass wir das richtige Quantum erwischen. Mann kann schließlich nicht nur salzen, man kann die Suppe auch gründlich versalzen und dann schmeckt sie nicht nur fad, sondern wird ungenießbar. Und es wird niemand bestreiten können, dass heute vielen die Sache Christi mit lauten Parolen und Diskussionen ordentlich versalzen wird.
Und noch etwas ist zu bedenken: Manche wollen weniger und manche mehr Salz in der Suppe. Niemand sollte dem anderen unbedingt seinen Geschmack aufzwingen wollen. Der eine wird den Auftrag Christi mehr betend, der andere mehr handelnd erfüllen wollen. Der eine drängt mehr auf die Straße, der andere mehr vor den Tabernakel. Der eine muss dabei aber wissen, dass es nicht um Selbstbestätigung gehen darf; der andere, dass es auch im Gebet nicht nur um die Rettung der eigenen Seele und um die Verschönerung seines eigenes Seelengärtchens gehen kann.
Eines ist sicher: wir können uns als Christen weder ins Ghetto noch in die Gartenlaube einer selbstgenügsamen Frömmigkeit zurückziehen. „Meine Seele und mein Gott und sonst nichts“ – ist kein Grundsatz, der sich der Unterschrift Christi erfreuen könnte... Denn wer durch Gottes Gnade und durch Christi Berufung Salz und Licht geworden ist, hat damit einen Auftrag für andere erhalten. Wer nur seine eigene Seele mit dem Salz Christi würzen wollte, aber nicht bereit wäre, dieses Salz weiterzureichen, ist für das Reich Gottes nicht tauglich. Ein ganzer Zentner Salz, der in der Vorratskammer aufbewahrt, aber nicht verwendet wird, ist nutzlos: das Salz gehört in die Speise, und der Christ gehört in die Welt, so wie auch Christus in die Welt gekommen ist, um die Welt zu retten. Denn das Salz ist für sich selber keine Speise, es ist Würze und taugt erst dann etwas, wenn es vermischt wird, wie auch das Licht zu nichts nütze ist, wenn es unter dem Eimer bleibt und niemandem leuchtet. Erst dadurch, dass es verwendet wird, erfüllen Salz und Licht ihren Sinn.
Das gilt ebenso für den einzelnen Christen wie für die ganze Christenheit. Eine Gemeinde, die eine Mauer um sich errichtet und sich innerhalb dieser Mauer mit sich selbst und ihren gepflegten Liturgie zufriedengibt, mag Salz sei, aber Salz, das zu nichts taugt, weil es für sich bleibt und die Welt um sich herum weder würzt noch vor Fäulnis bewahrt; sie mag Licht sein, aber Licht, das unter dem Eimer steht und niemanden leuchtet.
Ob sich die Gottesherrschaft der Gerechtigkeit und der Liebe in der Welt durchsetzt, hängt von uns ab, den Jüngern Christi; hängt davon ab, ob wir wirklich Salz der Erde und Licht der Welt sind!
Dr. Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R.
Zum 4 Sonntag im Jahreskreis A (2026)
Seligpreisungen – Wir sind gemeint!
Die Christen der orthodoxen Kirche beginnen die Feier ihrer Liturgie jeden Sonntag mit dem Text, den wir eben als Evangelium gehört haben. Die Seligpreisungen werden den Gläubigen in feierlichen Gesang vorgetragen. Sie klingen weiter wie ein inneres Lied, das den Christen bei der Suche nach dem Glück helfen will; denn es heißt immer wieder: Selig – oder glücklich – der Mensch… Sie sind ein Juvel des Evangeliums, seine Mitte.
Spätestens am Schluss des Evangeliums müssten wir gemerkt haben, dass wir gemeint sind: Seig seid ihr, freut euch und jubelt. Aber fühlen wir uns angesprochen? Oder zieren wir uns: Nein, danke, bitte keinen Lohn erst im Himmel!
Die Seligpreisungen der Bergpredigt sind Jesusworte. Sind das „Testament“ Jesu, Charta des Gottesvolkes, Grundsatzprogramm der Kirche. Und sie gehören zur Weltliteratur. Sie kommen vom „höchsten Himmel“ und aus der „tiefsten Seele“. In ihnen berühren sich Himmel und Erde, menschliche Sehnsucht und göttliche Verheißung. Ihre Auslegungen füllen Bibliotheken. Es sind Worte mit einem „Überschuss an Sinn“. Bis auf den heutigen Tag horchen Menschen auf und sind verblüfft über die neuen Konturen, die ihre Träume plötzlich bekommen: Selig die Barmherzigen, selig, die keine Gewalt anwenden, selig, die Frieden stiften, selig, die um die Gerechtigkeit willen verfolgt werden…
Die Seligpreisungen regen an, sie motivieren, machen nachdenklich, ja sie machen auch wagemutig und tapfer. Die Seligpreisungen sind offen und kreativ. Eigentlichkönnten wir sagen, sie sind eher so etwas wie eine Utopie. Es ist noch längst nicht alles Wirklichkeit, was da gesagt wird, aber eigentlich hat jeder Mensch Sehnsucht danach, dass die Seligpreisungen sich erfüllen: - dass die Armen ihre Würde und ihr Recht bekommen; - dass die Trauernden wieder froh werden; - dass die Barmherzigen nicht immer die Dummen sind; - dass die Friedensstifter nicht für weltfremd gehalten werden. Das ist alles eine höchst aktuelle Botschaft.
Andererseits kommen uns manche Seligpreisungen befremdlich vor. Wer sind die Armen vor Gott, die Sanftmütigen oder die ein reines Herz haben? Solche Eigenschaften wird man kaum im Tugendkatalog des modernen Menschen finden. Noch provozierender klingen die Verheißungen, die mit den Preisungen verknüpft sind. Tönnt das nicht alles wie Zukunftsmusik, Vertröstung auf Jenseits, nach einem Verschieben auf den Sankt-Nimmerleins-Tag? Schmeckt das ärgerliche Wort vom „Lohn im Himmel“ nicht nach einer Stillhalteparole, die den im Leben Zu-kurz-Gekommenen erteilt wird? Werden hier Armut, Trauer und Herzensreinheit etwa seliggepriesen und mit einem himmlischen Lohn versehen, damit die Menschen sich mit ihrem traurigen Erdenlos abfinden und nicht auf den Gedanken kommen, etwas an den bestehenden Verhältnissen zu ändern? Haben also doch Recht die, die das Christentum als Sklavenmoral und systemstabilisierenden Ideologie abtun?
Karl Marx und seine Anhänger haben diesem Trost „Euer Lohn im Himmel wird groß sein“ den Vorwurf gemacht, er sei „Opium des Volkes“, ein Betäubungsmittel, um es in dieser trostlosen Welt auszuhalten, Vertröstung der Armen, um im Diesseits nicht ändern zu müssen: Jetzt geht euch schlecht, dann wird es euch gut gehen. Wartet also geduldig auf das bessere Jenseits!
Doch das hat Jesus gerade nicht gesagt. Er vertröstet nicht, sondern verändert die Welt, weil er die Herzen verändert. Es gilt hier das gleiche, was Albert Schweizerüber das Gebet gesagt hat: „Gebete verändern die Welt nicht, aber sie verändern den Menschen, und Menschen verändern die Welt.“ Ja, und das Glück, von dem Jesus spricht, ist nicht erst für „drüben“.
Wir können jetzt und hier nicht alle einzelne Seligpreisungen analysieren undbetrachten. Nur auf die erste möchte ich sie aufmerksam machen. „Selig, die arm sind vor Gott!“ Gerade bei diesem Wort vom Arm-Sein wird etwas gesagt, was man nicht überhören darf, sonst wird alles ärgerlich und untragbar. Jesus sagt: „Selig, die arm sind vor Gott“. Dieses Vor-Gott-Sein verändert alles. Nicht Armut, Elend und Hunger preist Jesus. Wer sind die Armen vor Gott? Das sind die Menschen, die in geistiger Einsicht ihre Armut vor Gott erkennen; es sind Menchen, die ihre Bedürftigkeit gegenüber Gott, ihre Angewiesenheit auf Gott einsehen und zugeben.
Was bedeutet das konkret für unser Leben als Christen? Wenn wir uns echt arm fühlen vor Gott, anerkennen wir unsere menschliche Begrenztheit und Schuldhaftigkeit. Dann nehmen wir unsere Grenzen an, sei es in unseren Beziehungen, sei es in unserem Schaffen. Dann gestehen wir offen ein, dass wir immer wieder versagen, das wir in kleineren oder größeren Dingen schuldig werden. Dann begegnen wir Gott in der Art von Kinder, d.h. wie kleine Kinder gegenüber guten Eltern: wir trauen Gott alles zu und erwarten alles von ihm, wir fühlen uns geschützt und geborgen bei Gott, wir kommen unbefangen mit unseren Freuden und Sorgen zu ihm; wir lassen uns von Gott beschenken; wir können staunen über die Werke Gottes; wir sind offen und lernbereit für Neues, das von Gott kommt.
Es ist klar, die Seligpreisungen sind kein leichter Maßstab für unser Leben als Christen. Es gilt für sie, was Blaise Pascal einmal sagte: „Die Heilige Schrift enthält Stellen, die geeignet sind, in jeder Situation Trost zu spenden, und sie enthält Stellen, die in jeder Situation Angst einflößen können.“ Die Seligpreisungen bewirken beides: sie schenken Trost und machen doch zugleich Angst, wegen der hohen Anforderungen. Aber gerade diese Spannung macht lebendig! So widerborstig die Seligpreisungen klingen, sie lösen doch auch ein Echo der Freude aus. Wir ahnen, wenn wir so leben würden, wie Jesus in diesen acht Worten zusammenfasst, dann wäre das „Selig seid ihr“ schon jetzt Wirklichkeit.
Dr. habil. Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R.
Na Niedzielę Biblijną
Piąta Ewangelia
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa pewien poganin kpił sobie z chrześcijan, ponieważ żyją i postępują tylko według jednej jedynej książki: według Biblii. Mądry i pobożny biskup rzekł do niego: Kiedyś pewien wielki uczony spotkał Pana Jezusa osobiście i zapytał go: „Jak jedna tylko książka może wystarczyć dla tak wielu ludzi na całą wieczność.? Przecież jesteś Mesjaszem. Jesteś uosobieniem Mądrości. Dlaczego nie sprawisz by napisano więcej świętych ksiąg?”
Jezus odpowiedział mu: To prawda, co mówisz, ale ty nie wiesz, że mój lud codziennie pisze Ewangelię na nowo!
To opowiadanie znajdujemy w książce Mario Pomilio pt. „Piąta Ewangelia”. Autor tej powieści w kilku miejscach wyrażą opinię, że w gruncie rzeczy idzie o to, iż w każdej epoce znajdujemy odpowiadającą duchowi czasu interpretacje Pisma Świętego. Z tej racji także „piata Ewangelia” nie jest nigdy napisana do końca. Jest codziennie uzupełniana, na nowo formułowana i pisana. Bo każdy, kto jak Nikodem przychodzi w pokorze i w szczerości do Jezusa, dopisuje swoimi pytaniami i swoją gotowością słuchania kilka nowych linii.
„Piąta Ewangelia”, której przez kilka wieków poszukiwano, to zatem zadanie każdego poszczególnego chrześcijanina, polegające na tym, by w swoim osobistym życiu urzeczywistniać orędzie Pana – Jego Ewangelię. A to znaczy: - Boga zanosić ludziom; - codzienność wypełniać chrześcijańskim wartościami: - nigdy nie przestać szukać Boga: - dokonywać koniecznej korektury tam i wtedy, gdy oddalamy się od Chrystusa. Czyli innymi słowy: permanentnie starać się swoje życie, myślenie i działanie orientować na Jezusa Chrystusa, na Jego myślenie i działanie. Tak sprawę ujmując każdy człowiek pisze swoją własną „piątą Ewangelię”. Nigdy nie czyni tego jednak bez współdziałania Boga.
Słowo Boże działa zatem dalej w każdym z nas. Wszyscy jesteśmy więc Ewangelistami – głosicielami Ewangelii – Radosnej Nowiny.
Ks. Jerzy Grześkowiaak
Paryż: rekordowy napływ wiernych do kaplicy Cudownego Medalika
Ponad 10 miesięcy przebywałem na stypendium naukowym w Paryżu, (1987-1988) korzystając zwłaszcza z wykładów i seminariów w L’Institut Catholique. Mieszkałem wtedy w domu zakonnym Lazarystów, czyli Księży Misjonarzy, przy Rue des Sevres, zakonu założonego przez św. Wincentego a Paulo. Eucharystię celebrowałem codziennie rano w pobliskiej kaplicy Sióstr Miłosierdzia (w Polsce znane jako Siostry Szarytki,) przy Rue du Bac, w Paryżu nazywaną Sanktuarium Cudownego Medalika. A po Mszy św. zanosiłem Komunię świętą do ich pokoi Siostrom, które z racji choroby lub wieku nie mogły w celebrowaniu Eucharystii w kaplicy uczestniczyć.. Ta codzienna posługa była dla mnie zawsze głębokim przeżyciem. Z radością dzielę się zatem tym, co znalazłem w biuletynie Radia Watykańskiego.
Francuzi ponownie odkrywają znaczenie Cudownego Medalika. W ubiegłym roku odnotowano rekordową liczbę wiernych, którzy odwiedzili w Paryżu kaplicę przy Rue du Bac, gdzie w 1830 r. św. Katarzynie Labouré objawiła się Matka Boża. W sumie w 2025 r. modliły się tam niemal 3 mln osób. Tym samym, ta niepozorna kaplica stała się jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc we francuskiej stolicy.
Niepozorna kaplica w sercu Paryża
Kaplica Cudownego Medalika to nie kościół, ale klasztorna kaplica w macierzystym domu Sióstr Miłosierdzia, zgromadzenia założonego przez św. Wincentego a Paolo i św. Ludwikę de Marillac. To właśnie tam w 1830 r. nowicjuszce św. Katarzynie Labouré trzykrotnie objawiła się Matka Boża i powierzyła jej misję rozpowszechniania cudownego medalika z wizerunkiem Maryi Niepokalanej. Matka Boża obiecała, że wszyscy, którzy Jej zaufają i będą go nosić, otrzymają wiele łask.
Codzienne cuda Bożej obecności
Jak podkreślają Siostry Miłosierdzia, medalik nie jest przedmiotem magicznym, lecz znakiem ufności i przypomnieniem o obecności Boga w naszym życiu. Siostry nie wiedzą, czemu mają przypisywać tak wzmożony napływ wiernych do kaplicy przy Rue du Bac. Odbieramy to jako łaskę z nieba – mówi w rozmowie z tygodnikiem Famille Chrétienne s. Magdalena, archiwistka wspólnoty. Przyznaje, że codziennie są świadkami „zwyczajnych” cudów Bożej obecności. „Kiedy widzę modlących się pielgrzymów i ich łzy, mówię sobie: jest tu Bóg. Są to bardzo silne chwile” – dodaje francuska szarytka.
ks. dr. Jerzy Grześkowiak
Tylko Polska katolicka ma przyszłość
Z kard. Gerhardem L. Müllerem, byłym prefektem Kongregacji Nauki Wiary, rozmawia dla Radia Maryja, Telewizji Trwam i „Naszego Dziennika” o. dr Zdzisław Klafka CSsR.
Redemptorysta pyta m.in. o najważniejsze wyzwania stojące przed Kościołem i o to, jak powinien on „przekazywać niezmienne prawdy i wartości w dzisiejszych czasach, nie popadając w doktrynalne skostnienie czy relatywizm”. Kard. Müller odpowiada m.in.:
– Od czasów europejskiej filozofii oświeceniowej rewolucji francuskiej istnieje tendencja do postrzegania wszystkiego w sposób immanentny, tendencja do sekularyzacji społeczeństw, jak i do zaprzeczania wszelkim odniesieniom do transcendencji, do Boga. To przyniosły nam te niszczycielskie ideologie polityczne. Są to skutki nacjonalizmu lub narodowego socjalizmu, faszyzmu, komunizmu. To wszystko są tak zwane ideologie ateistyczne, które nie tylko twierdzą, że religia jest sprawą prywatną, ale także aktywnie zwalczają religię i wyśmiewają wierzących. Uważają ich za średniowiecznych, zacofanych, intelektualnie gorszych od nich ideologów. I temu właśnie musimy się przeciwstawić – w imieniu człowieka, ponieważ wiemy, że człowiek jest powołany do czegoś wyższego. Każdy człowiek jest chciany i stworzony przez Boga. Nie jest on żadną zabawką ewolucji, ślepego procesu naturalnego […].
- Dziś w Europie demokracja jest bardzo zagrożona, zwłaszcza ze strony takich polityków, którzy zamiast uznać prawdę, zastępują prawdziwą religię – objawioną przez Boga – swoją własną ideologią, tzw. ideologią woke, ideologią gender, która jest wręcz wroga człowiekowi i niszczy naturę ludzką, czyniąc z jednostki po prostu zabawkę sił politycznych […].
- Dlatego jest czymś wspaniałym, że Ojciec Święty ponownie wyraźnie podkreślił w Nicei, gdzie 1700 lat temu odbył się pierwszy sobór ekumeniczny dla całego katolickiego chrześcijaństwa, że Jezus nie jest jakimś prorokiem, nie jest kimś wyjątkowym, nie jest człowiekiem, który wyróżnił się jakimiś czynami lub słowami, ale jest Synem Bożym, który przyjął nasze człowieczeństwo od Maryi. I dlatego Chrystus jest jedynym Zbawicielem i Odkupicielem świata, a nie jacyś samozwańczy ideolodzy, superbogaci, którzy spotykają się w elitarnych kręgach, takich jak Davos lub w innych grupach, do których dopuszczani są wyłącznie miliarderzy i politycy, gdzie nie ma miejsca na swobodną, otwartą dyskusję – także z udziałem ekspertów – na temat tego, jaki jest właściwie cel ludzkiej egzystencji. Filozofowie, teologowie, antropolodzy kultury nie mają do tego kręgu dostępu, mają go tylko „technolodzy władzy”. To oni chcą decydować, jaki jest sens ludzkiego istnienia i dokąd zmierzamy. Jako ludzie o poglądach demokratycznych i wolnościowych nie możemy sobie na to pozwolić. Każdy człowiek ma swoją godność. Każdy człowiek jest bezpośrednio związany z Bogiem, ma godność i znaczenie, których nikt nie może nam odebrać. Nie potrzebujemy jakichś grup, które uważają się za mądrzejsze niż wszyscy inni ludzie i mówią nam, jaki jest sens naszego życia, co mamy robić, a co pozostawić. Myślę, że jesteśmy w lepszych rękach – dobrego Boga, i od Niego, od Jezusa Chrystusa, Nauczyciela ludzkości, otrzymujemy lepsze rady.
- Polska ma długą historię cierpienia, była podporządkowana obcym mocarstwom, ale ma też długą historię samoobrony i samostanowienia. Udało się jej przecież przeciwstawić trzem wielkim mocarstwom, a następnie dwóm supermocarstwom tamtych czasów – paktowi Hitlera ze Stalinem, i przetrwać […]. Dlatego tak bardzo wstrząsające jest, że właśnie w Polsce pojawiają się obecnie tendencje – że tak powiem – do poszukiwania zbawienia na powrót w komunizmie, w socjalizmie, w nowym socjalizmie, w neomarksizmie – z ich walką przeciwko Kościołowi.
Wielu Polaków obecnie uważa się za postępowych i nowoczesnych i myśli, że katolicka Polska to przeszłość. A katolicka Polska to jedyna przyszłość, jaką ma Polska. W przeciwnym razie zostanie ona po prostu zredukowana przez Brukselę do zwykłego terytorium, gdzie kilka samozwańczych elit będzie decydować o tym, co jest dobre, a co złe. Ta obsesja kontroli, która pochodzi z Europy, nie jest tym, na czym Europa się opiera. To właśnie po straszliwych wydarzeniach i doświadczeniach związanych z ludobójstwem i wojnami światowymi ojcowie założyciele zjednoczonej Europy, kierując się duchem chrześcijańskim, poszukiwali alternatywy i doszli do wniosku, że Europa nie oznacza tylko terytorium, ale to także forma kulturowa, to pewien obraz człowieka. Europa opiera się na godności każdego człowieka, każdej pojedynczej osoby oraz społeczności, rodziny, wspólnoty – również w ramach narodu, obszaru kulturowego, wspólnego języka, co jest bardzo ludzkie i sprzyja rozwojowi człowieka. A to, co dzieje się obecnie w ramach antychrześcijańskiej kampanii, która wychodzi z Brukseli, nazywam pseudo-Europą. Prawdziwą Europą jest Europa chrześcijańska, i to właśnie ją reprezentujemy.
W Europie nie pozwolimy się wyprzeć przez nowe totalitarne systemy, które nadchodzą, gdzie podważa się suwerenność poszczególnych narodów, unieważnia wybory, jeśli nie są zgodne z wolą rządzących, gdzie coraz bardziej ogranicza się wolność słowa, a pod pretekstem walki z „mową nienawiści” i ze znieważaniem sprawowana jest całkowita kontrola. W rzeczywistości nikt nie jest przecież tak bardzo obrażany i prześladowany jak chrześcijanie i katolicy […].
Dlatego też ważne jest, aby sam Kościół nie dał się podzielić i nie sądził, że poprzez przyjaźń z antychrześcijańskimi, ateistycznymi ideologiami i antropologiami, z takim rozumieniem człowieka, można osiągnąć coś pozytywnego dla Kościoła. Oni poszukują po naszej stronie tylko pożytecznych idiotów, którzy popierają ich politykę, którzy mówią: tak, możemy się zgodzić na tylko jedną godzinę lekcji religii. Ale tym ludziom nie chodzi o ograniczenie lekcji religii. Chodzi im wyraźnie o zniesienie lekcji religii, wyparcie Kościoła z życia publicznego, przekształcenie go w prywatne stowarzyszenie, które będzie podlegało wyłącznie ich kontroli. I tu nie można iść na żadne łatwe kompromisy.
W tym przypadku należy także przejrzeć strategię wroga, strategię wrogów Kościoła. Jest to bardzo ważne dla biskupów, dla pasterzy Kościoła – aby nie postępowali tchórzliwie i nie dbali wyłącznie o poparcie mediów. Kiedy jesteśmy krytykowani przez ludzi, przez wrogów Kościoła, wtedy powinniśmy się cieszyć – w myśl słów Jezusa. Oznacza to, że jesteśmy na właściwej drodze, a pochwały z wrogiej strony winny wzbudzić naszą czujność. Biskupi, księża, wszyscy katoliccy chrześcijanie muszą trzymać się razem, rozpoznać, o co tu chodzi. Jedynym obrońcą godności ludzkiej w Polsce, w Europie, jest Kościół katolicki, być może w połączeniu z chrześcijanami innych wyznań […].
„Nasz Dziennik” i Facebook
2. Sonntag im Jahreskreis A (2026)
„Seht das Lamm Gottes“
„Seht das Lamm Gottes!“ – sagte der Täufer und zeigte auf Jesus. Dieses Wort ist der Kirche so kostbar, dass sie es dem Priester in jeder Eucharistiefeier vor der heiligen Kommunion beten lässt. Denn in jeder Messfeier gedenken wir des Todes Jesu, des wahren Osterlammes. Zugleich schauen wir voll Erwartung voraus auf das Hochzeitsmahl des Lammes, zu dem auch wir einmal geladen sind.
„Lamm Gottes!“. Es klingt so einfach und doch so fremd. Denn derartiger Ausdruck kommt sonst nicht vor in der Welt, in der wir leben. Nicht auf dem Bauernhof, nicht einmal bei Schäfern und schon gar nicht in der Stadt, im Geschäft oder im Industriebüro. Was hat es auf sich mit dem Lamm, dem Lamm Gottes, dem Lamm, das die Sünde der Welt hinwegnimmt?
Als ich einmal den Kindern beim Familiengottesdienst erklären wollte, was das Lamm Gottes bedeutet, habe ich am Anfang meiner Predigt Folgendes gesagt. Stellt euch die Mitschüler und Mitschülerinnen eurer Klasse vor. Malt euch aus, wie sie aussehen, wie sie reden, was sie in der Pause machen und wie sie sich zu anderen verhalten. Und jetzt überlegt euch einmal: Wenn ihr ein Tier für sie auswählen solltet, welches Tier würde zu den einzelnen passen?
Ich denke mir, es gibt sicher einen Löwen in eurer Klasse: einen, der immer der Stärkste sein will. Bei jeder Gelegenheit versucht er zu zeigen: Wenn du dich mit mir anlegst, dann ziehst du den Kürzeren. Sicher gibt es bei euch auch das ein oder andere Äffchen: einen, der dauernd Grimassen macht und immer Blödsinn im Kopf hat. Schnattergänse sind vielleicht besonders den Buben unter euch in den Sinn gekommen, und sie haben dabei an die Mädchen gedacht. Dabei haben sie ganz vergessen, dass auch Buben gut ihre Schnäbel wetzen können und überall „reingackern“. Und wenn ihr an einem Mitschüler denkt, der den ganzen Tag seinen Kopf in den Arm stützt, gähnt und nur durch das Glockenzeichen aufgeweckt wird, dann habt ihr auch noch ein Fauiltier in eurem Zoo. Sicherlich gibt es auch so manchen bei euch, der es gut meint, aber was er anpackt, geht in die Brühe. Ein Elefant im Porzellanladen. Und ich denke mir, dass auch dieses Tier nicht fehlt: das sanfte Lämmchen. Es ist schüchtern. Es hat Angst, dass es andern wehtut. Es kann anderen überhaupt nichts Böses antun. Und wie schwer hat es so ein Lämmchen! Und manches muss es einstecken und kann sich nicht wehren. Ist euch schon einmal aufgefallen – sagte ich damals den Kindern – dass auch Jesus in der Messe mit einem Tier verglichen wird?
Jesus - Lamm Gottes! Liebe Mitchristen, für den Evangelisten Johannes war diese Bezeichnung Jesu wichtig. Sie war ihm so wichtig, dass er sie im Anfangsteil seiner Evangelienschrift dem Johannes dem Täufer in den Mund legt. Und gegen Ende seines Evangeliums, in der Passionsdarstellung, betont er, dass Jesus zu der Stunde stirbt, in der im Jerusalemtempel die Osterlämmer geschlachtet werden.
Die urchristliche Sinngehalt des Ausdrucks „Lamm Gottes“ entspringt aus einem dreifachen Quellengrund:
Der erste liegt in den Schriften Israels. Im Prophetenbuch des Jesaja ist ein Lied überliefert, das von einer Gestalt singt die als Knecht Gottes bezeichnet wird. Von diesem Knecht Gottes heißt es in dem Lied, dass er „unsere Krankheiten getragen und unsere Schmerzen auf sich genommen hat“; dass er „wegen unserer Sünden zermalmt und wie ein Lamm zur Schlachtbank geführt wurde“ (Jes 53,4-7).
Das zweite Quellgrund liegt ebenfalls in den Überlieferungen Israels, aber zugleich auch in der Paschafeier zur Zeit Jesu, nämlich in der Schlachtung der Osterlämmer am Nachmittag vor dem jährlichen Osterfest.
Der dritte Quellgrund liegt in Jesu Leben, Sterben und Auferstehen. Jesus hatte so gelebt und war so gestorben, dass nach seiner Auferstehung die ersten Christen davon überzeugt waren: Auf ihn trifft zu, was in Israels Lied vom Gottes-Knecht und Gottes-Lamm gesungen wird, nämlich dass er sich wegen des Heiles der Menschen liebend bis in den Tod hingegeben habe. Und an ihm ist ein für allemal deutlich geworden, was mit der Schlachtung der Osterlämmer und der Feier des Paschafestes zum Ausdruck kommen sollte, nämlich, dass Gott Befreiung von allem Belastenden, von allem Unrecht und von allem Sündhaften wirkt.
Im berühmten Kreuzigungsbild des Isenheimer Altars hat Matthias Grünewald dies alles eindrucksvoll und erschütternd dargestellt. Wie im heutigen Evangelien Text steht der Täufer da und weist hin auf das Lamm Gottes. Wenn Matthias Grünewald den Täufer mit großem Zeigefinger auf das am Kreuzhängende Lamm Gottes, auf Jesus, hinweisen lässt, wusste er, dass dies so nicht der geschichtlichen Tatsache entsprach; denn der Täufer selbst war ja schon hingerichtet, als Jesus gekreuzigt wurde. Diese geschichtliche Unschärfe nahm er in Kauf, um die Wahrheit von der liebenden Lebenshingabe Jesu zum Heil aller Menschen besonders stark darzustellen. Die nachösterliche Glaubensbekenntnis der Christen malte er als vorösterliche Szene.
Ähnlich hat es der Evangelist Johannes gemacht. Nur bediente er sich nicht des Pinsels, sondern der Schreibefeder. Das erst im urchristlichen Glauben an den Auferstandenen gereifte Bekenntnis zu Jesus als dem Lamm Gottes lässt er schon den Täufer in der ersten Begegnung mit dem irdischen Jesus sprechen. Auch der Evangelist Johannes hat eine geschichtliche Unschärfe in Kauf genommen, um die gültige Wahrheit möglichst anschaulich darzustellen. Nur malte er nicht ein Bild, sondern er formte eine kurze Erzählszene.
Die urchristlichen Gemeinde waren überzeugt, dass durch Jesus als „Lamm Gottes“ nicht nur dieses oder jenes Übel, nicht nur diese oder jene einzelne Sünde behoben wurde, sondern die Wurzel allen Übels, aller Ungerechtigkeit und mangelnden Liebe. Deshalb heißt es in unserem Evangelium, Jesus sei das Lamm, das die Sünde der Welthinwegnimmt. Karl Rahner nannte dies einmal treffend: die Sünde hinter den Sünden. Eine Annäherung an das Gemeinte kann uns vielleicht dadurch gelingen, dass wir uns vergegenwärtigen, wie einzelne Ungerechtigkeiten und Vergehen oft mitverursacht werden durch vorgegebene Lebensverhältnisse, durch gesellschaftlichen Systeme und Strukturen der Ungerechtigkeit, ihre Auswirkungen sind wie eine Hypothek dem einzelnen aufgebürdet und erschweren vieles in seinem Leben.
Der Blick auf Jesus lässt uns hoffen, dass ER unsere und aller Menschen Last zum Segen wenden und unser Leben vollendet wird. Die Orientierung an Jesus ruft uns aber auch dazu, uns nach Kräften dafür einsetzen, dass ungerechte und menschenunwürdigeLebensverhältnisse behoben werden. Was wir jedoch nicht zu ändernvermögen, sollen wir in Gemeinschaft mit dem Lamm Gottes auf uns nehmen und mit ihm tragen. Auch darin können wir Sinn und Heil finden.
Dr. habil. Jerzy Grzeskowiak
2. Weihnachtsonntag A (2026)
Weihnachten ist vorbei – der Alltag hat uns wieder!
Weihnachten ist schon über eine Woche vorbei - der Alltag hat uns wieder. Was ist geblieben von den Festtagen?
Die Liturgie richtet – in den Bibeltexten wie in den Gebeten – unseren Blick auf den Kerngedanken des Weihnachtsgeschehens: Gott verbindet sich mit dem Menschen, und zwar für immer. Der Himmel ist auf die Erde gekommen. Gott hat den Menschen „ewigkeitsfähig“ gemacht.
Fernab von aller Krippenidylle und Weihnachtsromantik geht es um eine „Bilanz“ und die Folgen des Weihnachtsgeschehens: Der Mensch ist von Gott erwählt bereits vor der Erschaffung der Welt, und er ist dazu bestimmt zur großen Lebensgemeinschaft mit Gott zu gehören, sein Sohn, seine Tochter zu werden. Gott und Mensch sind jetzt untrennbar verbunden. Eine größere Würde und Wertigkeit kann der Mensch nicht haben.
Weihnachten ist so etwas wie ein „Wohnortwechsel“ Gottes: Gott ist jetzt nicht mehr nur im Himmel zuhause, sondern vor allem hier auf der Erde. Jesus Christus, das Kind von Betlehem, ist „wahrer Gott und wahrer Mensch“ – beides.
Mit einem „Gott im Himmel“ können sich die meisten Menschen arrangieren – der ist ja weit weg! Jedoch Gottes Spuren hier auf Erden, im Alltag, in den zwischenmenschlichen Beziehungen, ja im allzu Menschlichen zu entdecken, das ist gar nicht so einfach. Aber genau da wird Weihnachten konkret. Der Evangelist Johannes drückt es in seinem „Weihnachtevangelium“ so aus: „Er kam in sein Eigentum, aber die Seinen nahmen ihn nicht auf. Allen aber, die ihn aufnahmen, gab er Macht, Kinder Gottes zu werden“ (Joh 1,11-12). Darum geht es: ihn aufnehmen, ihn entdecken, ihn wahrnehmen – hier auf Erden!
Etwas ähnliches sagt Apostel Paulus in der zweiten Lesung: Gott „hat uns mit allem Segen seines Geistes gesegnet durch die Gemeinschaft mit Christus im Himmel“. Und: „Gott hat uns aus Liebe im Voraus bestimmt, seine Söhne und Töchter zu werden“. Das Weihnachtsgeschenk, das Gott uns macht, kann nicht groß genug gedacht werden: Wir sind mit „allem“ Segen gesegnet, nicht nur mit „etwas“ Segen. Und wir gehören für immer zu „Gottes Familie“, als seine Söhne und Töchter. In der Gleichnis Erzählung vom barmherzigen Vater wird Jesus später deutlich machen, was das bedeutet und welche Chance für uns darin liegt: Der Mensch „war tot und lebt wieder, er war verloren und ist wiedergefunden worden“ (vgl. Lk 15,11-32).
Im Evangelium versucht der Evangelist Johannes das Weihnachtsgeschehen zu umschreiben und gleichsam Bilanz zu ziehen. Er schreibt: Am Anfang von allem steht das Wort Gottes. So ist es auch nachzulesen in den Schöpfungserzählungen auf den ersten Seiten der Bibel. Alles Lebendige, Mensch und Natur, auch der ganze Kosmos, sind nur deshalb entstanden, weil Gott es wollte. Das ist natürlich keine naturwissenschaftliche Erklärung über die Entstehung der Welt. Leider wird es immer wieder so missverstanden. Die Schöpfungserzählungen wollen etwas über das Wesen des Menschen aussagen. Der Mensch ist nicht ein blinder Zufall der Natur. Er ist aus Gott hervorgegangen. Er entstammt aus Gottes Licht, er ist aus unendlicher Liebe entstanden. Das macht den Menschen aus und das ist auch seine Bestimmung. Er soll diese göttliche Herkunft erkennen und zu ihr zurückkehren. Der Johannesprolog (so wird das erste Kapitel im Johannesevangelium genannt) greift diese Bestimmung des Menschen aus den Schöpfungserzählungen auf. Jesus ist Mensch geworden, damit die Menschen ihre göttliche Herkunft erkennen. Er hat vorgelebt, wie der Mensch von Gott her sein soll. Damit Menschen wieder zu ihrer wahren Menschlichkeit zurückfinden.
Am Ende von Überlegungen Johannes steht die dankbare Feststellung: „Aus seiner Fülle haben wir alle empfangen, Gnade über Gnade.“
Es ist, wie wenn ein Kind mit strahlenden Augen sagt: „Schau mal, was ich alles am Heiligabend geschenkt bekommen habe – so schöne Dinge!“
Weiß ich als Erwachsener dieses Geschenk „Gnade über Gnade“ zu schätzen? Ein Geschenk, das so groß ist, dass ich es rational weder einordnen noch bewerten kann?
Viele verbinden mit der Weihnachtszeit die Erinnerung an glückliche Kinderjahre und strahlende Kinderaugen. Das hat sicherlich nicht primär mit dem Festgeheimnis zu tun, sondern eher mit der Sehnsucht nach einer „heilen Welt“. Aber dieser Blick auf die strahlenden Kinderaugen kann mich daran erinnern: Nur in den offenen, einfachen Haltung eines Kindes werde ich etwas vom Weihnachtsgeschenk erahnen, in der Haltung des dankbaren Sich-beschenken-Lassens, in der Haltung des Staunens und Bewunderns.
Erwachsene wollen gerne alles rational erklären und verstehen. Aber wie will mein Verstand begreifen, was mir durch die Menschwerdung Gottes geschenkt wird: „Aus seiner Fülle haben wir alle empfangen, Gnade über Gnade“? Ich kann nicht begreifen, ich kann nur staunen, danken und – anbeten!
Dr. Jerzy Grześkowiak