Bliżej Boga

Ksiądz Dr hab. Jerzy Grzeskowiak

Sakrament pokuty i pojednania (1)

 

Anioł Żalu wszedł we mnie niby w sidło grzeszne

I miota mną w słów rozterce –

Boże, któryś stworzył człowieka,

Ucisz serce

Jerzy Liebert

Z okresem Wielkiego Postu przygotowującym na święta Zmartwychwstania Pana wiąże się dość ściśle sakrament pokuty i pojednania Bardzo spodobał mi się projekt akademickich rekolekcji wielkopostnych prowadzonych w Warszawie w 2017 roku przez ks. Kamila Leszczyńskiego SDS zatytułowany „Trafić za kratki”. W pierwszej chwili to hasło kojarzy się z więzieniem. Chodzi tu jednak o coś głębszego. Z popełnionymi grzechami winniśmy „trafić do kratek konfesjonału”.  Jeżeli tego nie uczynimy, nie wyznamy grzechu w konfesjonale, stajemy się faktycznie „więźniami grzechu”.

Tak zwana spowiedź, czyli sakrament pokuty, jest darem zmartwychwstałego Pana.  Właśnie w pierwszym dniu po zmartwychwstaniu  Jezus ukazując się apostołom zebranym w wieczerniku ustanowił ten sakrament odpuszczania grzechów mówiąc do nich: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20,22-23). W sakramencie pokuty realizuje się osobiste zmartwychwstanie mocą Zmartwychwstania Chrystusa:

Grzeszniku,

strażniku Chrystusa w grobie,

nie lękaj się!

Niech zmartwychwstanie 

W jasności!

W tobie!

         (Henryk Biłka)

Według ideologii komunistycznej i jej nowych postaci (np. neoliberalizm, genderyzm) grzechu nie ma, a spowiedź jest wymysłem Kościoła i księży, by trzymać lud w posłuszeństwie. Jednak ani komunizm ani poglądy skrajnie liberalne nie zlikwidowały zła i jego skutków, przeciwnie wyspecjalizowały się w „opracowywaniu” nowych, coraz bardziej niebezpiecznych grzechów. C. S. Lewis w  „Listach starego diabła do nowego” pokazuje w pomysłowej formie literackiej, jak stary diabeł zachęca młodego, by próbował człowieka przekonać, że ich - złych duchów - nie ma i że grzech to tylko chore poczucie winy, które niepotrzebnie przygniata człowieka. Wmówienie tego człowiekowi jest największym zwycięstwem szatana.  Św. Jan Apostoł stawia sprawę jednoznacznie: 

Jeżeli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma     w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy     odpuści je nam i oczyści z wszelkiej nieprawości. Jeżeli mówimy, że nie     zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki (1 J 1,8-10).

    Zło i grzech w naszym świecie to niezaprzeczalny fakt. Grzech jest aktem sprzeciwu wobec Stwórcy, ale w konsekwencji obraca się przeciw samemu człowiekowi. Każdy grzech jest krzywdą wyrządzaną przede wszystkim sobie samemu i innym. Bernard Bro zauważa, że w języku hebrajskim słowo „grzeszyć”, „popełnić grzech” oznaczało pierwotnie: „minąć się z celem, chybić, nie trafić do celu”. Grzeszyć – to rozmijać się z celem swego życia. To nie tylko rozminąć się z tym, co my o sobie myślimy, ale także z tym, co Bóg myśli o nas. Jeśli bowiem grzesząc przechodzimy obok tego, czym chcielibyśmy być, to przede wszystkim sprawiamy zawód Bogu, mijając się z celem, do którego nas przeznaczył. Jedynie Bóg może ocenić wielkość tego, czego nie osiągnęliśmy.

Grzech wykopuje przepaść między człowiekiem a Bogiem i z tego nieszczęsnego położenia  może uwolnić człowieka tylko  Bóg, tęskniący za ponownym zamieszkaniem w nim, a czyni to w  sakramencie pojednania. „To dzięki lekarstwu spowiedzi doświadczenie grzechu nie przeradza się w rozpacz” – to wypowiedź św. Jana Pawła II. Roman Brandstaetter ukazał istotę grzechu w „Przypowieści o ojczyźnie”:

Człowiek pewien, który  był ojczyzną Boga,

Skazał Go na wygnanie.

Bóg pochyliwszy smutnie głowę,

Odszedł bez słowa,

Ale zawsze tęsknił za powrotem

Do człowieka, który był Jego ojczyzną.

Przyjmowanie sakramentu pokuty i pojednania to sprawa wyzwolenia i powrotu do Miłości. Choć dawniej aż nazbyt często kaznodzieje malowali  tragiczny obraz zazdrosnego i bezlitosnego Sędziego, wiemy jednak, że Bóg nie objawia się w karzącym uderzeniu pioruna, lecz w lekkim tchnieniu wiatru, który ożywia. Jego słowa wzywają nas do odrodzenia. Jego spojrzenie każe podnieść głowę. I słowa i spojrzenia przekonują nas, że stoimy przed Kimś, kto nas kocha. Są przebaczeniem. Zdajemy sobie wtedy sprawę, że zaniedbaliśmy wezwanie do miłowania bliźnich, że odmówiliśmy przyjaźni, lub zdradziliśmy ją, że nie udzielamy z kolei innym daru miłości, jakim nas obdarzono, nie rozpoznaliśmy źródła, skąd płynie możliwość miłowania.

Wiele osób ma problemy z przystąpieniem do sakramentu pokuty. Pojawia się poczucie wstydu, lęk przed oceną ze strony kapłana. W końcu przyznawanie się do własnych błędów dla nikogo nie jest czymś przyjemnym. Obawy i wstyd przed wyznaniem grzechów, nawet w objętej sekretem spowiedzi sakramentalnej, są czymś zrozumiałym. To nas po prostu kosztuje, wszak spowiadanie się z własnych grzechów nie należy do przyjemności. Alpinista cierpi, kiedy w zamarzniętych stopach krew zaczyna mu krążyć na nowo. Czy dla oszczędzenia bólu należy przerwać rozcieranie skostniałych stóp? Potrzeba oczyszczenia się z grzechów i wynikające stąd uzdrowienie duszy, wolność, radość z przebaczenia i pojednania, lekkość oczyszczonego przed Bogiem serca, powinny być silniejsze niż wstyd czy lęk. Trzeba przecież pamiętać: tak naprawdę za kratkami konfesjonału spotykamy się z samym Chrystusem i Jego Ojcem – kochającym i zawsze przebaczającym. Papież Franciszek pomnąc na to, że są osoby, które kiedyś poczuły się w konfesjonale mniej lub bardziej zranione przez niekompetentnego spowiednika przekraczającego zasady elementarnej kultury, powiedział: „Jezus jest lepszy niż kapłani, a to On was przyjmuje  w tym sakramencie. Ilekroć idziemy do spowiedzi, Bóg bierze nas w objęcia i świętuje.” 

Kapłan – spowiednik, pośredniczący między człowiekiem wyznającym grzechy a miłosiernym Bogiem ma świadomość, że uczestniczy w przeogromnym misterium wydarzającym się na styku ludzkiej moralnej ułomności i grzeszności z przebaczeniem Boga. Ksiądz Wojciech z powieści Jana Dobraczyńskiego pt. „Kościół w Chochołowie” mówi tak: 

Nie wystarczy głosić słowo Boże z kazalnicy. Nie wystarczy przygotować najpiękniejsze kazanie. Nie… Dopiero tu, przy kratkach konfesjonału człowiek człowiekowi straszliwym szeptem, niby wśród zmagań, potrafi odkryć prawdę zniszczonego Bożego dzieła. Dopiero przez ten bolesny szept grzech wysączy się z krwi jak żętyca.

A święta siostra Faustyna pewnego dnia usłyszała od Jezusa następujące słowa:

Córko, kiedy przystępujesz do spowiedzi świętej, do tego źródła miłosierdzia Mojego, zawsze spływa na twoją duszę Moja krew i woda, która wyszła z serca Mojego i uszlachetnia twą duszę. Za każdym razem, jak się zbliżasz do spowiedzi świętej zanurzaj się cała w Moim miłosierdziu z wielką ufnością, abym mógł zlać na duszę twoja hojność swej łaski. Kiedy się zbliżasz do spowiedzi, wiedz o tym, że Ja sam w konfesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. Powiedz duszom, że z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności. Jeżeli ufność ich będzie wielka, hojności Mojej nie ma granic” (Dzienniczek).

I jeszcze jedno świadectwo autentycznego przeżycia sakramentu pojednania wypowiedziane przez poetę Macieja J. Kononowicza:

Za tą kratką siedzi kruchy człowiek,

mówisz : „Ojcze…” i fala się zrywa,

pychą z serca, łzą żalu spod powiek –

wschodzi miłość: pokorna i tkliwa.

 

Tak wyraźnie słyszałeś lot krzyża,

który sfrunął z prawicy kapłana!

Już nie szukasz nikogo, nie wzywasz.

Powróciłeś. Odnalazłeś Pana.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Zła pamięć

 

Unoszenie się honorem może skutkować horrorem.

Teraz, gdy wybuchła regularna wojna, mamy prawdziwych uchodźców. Teraz o miłosierdziu chrześcijańskim nie będą nas musieli pouczać mędrcy z „Gazety Wyborczej”, a poseł pędziwiatr nie będzie musiał nas motywować do ofiarności, biegając wzdłuż granicy z ręcznym pakietem pomocy humanitarnej.

 

Polacy potrafią przyjmować tych, którzy naprawdę potrzebują pomocy, i odróżnić ich od „uchodźców” medialnych. My po prostu wiemy, a przynajmniej czujemy, kiedy ktoś nami manipuluje – a sterowany ruch migracyjny był od dawna elementem politycznej manipulacji.

 

Oczywiście ta manipulacja trwa, a teraz jeszcze przybierze na sile. Już objawiają się w sieci i poza nią tacy „patrioci”, którzy przypomnieli sobie, że Lwów był polskim miastem, Wołyń to „wciąż otwarta rana”, a Ukraińcy nie przeprosili. Znów ktoś będzie wyciągać Banderę i UPA i ktoś zechce się pochylić nad „wciąż otwartymi rachunkami krzywd” w relacjach z Ukrainą. Może nawet Chmielnickiego wyciągną, Żółte Wody, Korsuń i Batoh.

 

Podobne rzeczy grali już w 2014 roku. Sam wtedy usuwałem ze strony gosc.pl wpisy trolli, których dziwnie przybyło we wszelkich możliwych komentarzach. Ależ się oni troszczyli o naszą dumę narodową, o czystość etniczną, jakże wzdychali do czasów, gdy Rzeczpospolita sięgała od morza do morza.

 

Cel takich wrażliwców jest jasny – skłócenie nas jak tylko się da. Między naszymi narodami i między sobą. Na korzyść… a tam Putina. Diabła. To on, ten wirtuoz nicości, rozgrywa w otchłani partię pod tytułem „zguba człowieka”. Ostatecznie to jest zawsze jego sukces, gdy nie chcemy się pojednać i z serca przebaczyć. To on podsyca konflikty, on każe się unosić dumą i honorem, pamiętać krzywdy, a wszystko po to, żeby zniweczyć miłość. Żebyśmy w braciach widzieli ich pradziadków, wśród których byli tacy, co skrzywdzili naszych przodków. A nam ponoć „nie wolno o tym zapomnieć”.

Otóż wolno i nawet trzeba. Inaczej nigdy nie wyrwiemy się z tego przeklętego wiru odwetu, który wciąż i wciąż zasysa ludzi, miażdżąc im kości i zatracając dusze

 

Zemsta nie jest żadnym programem. Nie prowadzi do niczego poza chwilowym uczuciem satysfakcji, gdy ktoś „od nich” ma kłopoty w zamian za to, że ktoś „od nas” miał problemy z ich powodu. Programem jest Ewangelia – miłość, która nie zna wyjątków i nie zależy od tego, co kto nam kiedykolwiek zrobił czy czego nie zrobił.

 

Pojednanie jest w pierwszym momencie trudne, bo wymaga złamania własnego ego, ale już po chwili przynosi błogosławione skutki. Duch rewanżu działa odwrotnie: miło jest przez chwilę, a potem jest bardzo przykro.

 

Apostoł mówi: „Nie dawajcie miejsca diabłu”. Hodowanie pretensji i uraz jest dawaniem miejsca diabłu. Warto o tym pamiętać szczególnie teraz, gdy imperium kłamstwa na bazie starego zła próbuje wyhodować nowe.

 

Franciszek Kucharczak

„Gość Niedzielny” nr 9/2022

Wojna…okrucieństwo…ofiary…ucieczka…solidarność… pomoc… modlitwa…

 

Brutalna agresja Putina i jego popleczników wobec „bratniego narodu” i sąsiadującego państwa Ukrainy wytrąciła każdego z nas, Europę, NATO, właściwie cały świat z egzystencjalnej równowagi – psychicznej, politycznej, społecznej i ekonomicznej. Cierpi nie tylko Ukraina, cierpią wszyscy, pewnie najmniej Rosjanie, którzy podobno w 70% popierają bandycki napad na sąsiedni kraj, podobnie jak popiera to zło rosyjska prawosławna cerkiew – czyli „w imię Chrystusa”! To, co się stało i co się dzieje przerosło wszelkie wyobrażenia, odbiera mowę, sieje przerażenie i podsuwa apokaliptyczne skojarzenia.

 

Szukamy odpowiedzi na pytanie: Dlaczego? Kto zawinił? Gdzie w tym wszystkim jest Bóg? A może nasz współczesny świat  chciał się obejść bez Boga i w swej pysze teraz ponosi klęskę?

Zapomnieliśmy o tym, że Zły zawsze działa!!! – i to przez człowieka… Szukamy kontaktu z przyjaciółmi, rozmawiamy, spieramy się, modlimy się o pokój… Pomagamy, jak potrafimy, uciekinierom – matkom z dziećmi, bo ich mężowie i ojcowie bohatersko stawiają opór szaleńcom z Moskwy. Najbardziej gnębi nas oczywiście bezradność wobec ogromu zła, okrucieństwa, sił destrukcji, zabijania ludności cywilnej, niszczenia wiosek, miast, domów, kultury. Chwytamy się każdej iskierki nadziei… na lepsze JUTRO!

 

Poniżej interesujący i mądry list Przyjaciela naszego Portalu – Jarosława Maćkiewicza (z 24.02.2022), który przed rokiem wspomagał nas w okresie Wielkiego Postu swoim celnym poetyckim słowem do stacji Drogi Krzyżowej naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Podkreślenia w liście - moje.

ks. Jerzy Grześkowiak

 

Drogi Jerzy,

miałem nadzieję, że nie będę doświadczał tego, czym jest wojna w sąsiedztwie. Jestem z tego pokolenia, które o wojnie wie z książek, filmów, z internetu. Czas stanu wojennego przeczłapałem z koszulą w zębach z gilem pod nosem. Jestem z tego pokolenia, które pamięta czasy niedostatku, ale nie wie co znaczy zagrożenie życia. Więc nie jest mi łatwo w ostatnich dniach patrzeć na to, co się wokół dzieje. Bogu dziękuję, że natchnął narody świata do solidarności, jakiej dawno już świat nie widział. Może to coś więcej niż sama geopolityka i Realpolitik... Chciałbym wierzyć, że to powiew Ducha. 

Zaskoczony jestem solidarnością Polaków z Ukrainą. Myślę, że działa to zakorzeniony w naszych genach antyimperializm rosyjski, którego nie jest w stanie pojąć przeciętny Europejczyk (a im bardziej światły, tym bardziej prorosyjsko zaczadzony...). Możliwe, że Polacy nie tyle pomagają Ukraińcom ze względu na braterską miłość, co ze względu na wspólnego wroga. I żeby od razu jasność była: nie chodzi o to, że Polacy są antyrosyjscy. Polacy są na wskroś nieufni wobec rosyjskiej władzy, natomiast samych Rosjan traktują z sympatią (z pewną wyższością, ale z wzajemnością, taką złośliwością, jaką prawić sobie mogą tylko ci, którzy się dobrze znają i się lubią). Kiedyś Piłsudski o Polakach powiedział, że w Polaku Polak jest olbrzym, ale obywatel jest karzeł. U Rosjan jest zdecydowanie inaczej: przez pokolenia nauczyli się, że są od tego, aby władza ich biła, bo skoro jest władzą, to ma do tego prawo... Gorąco polecam tutaj różne wypowiedzi profesora Andrzeja Nowaka (uważam, że jest to wybitny intelektualista), znawcy Rosji i relacji polsko-rosyjskich. Im silniejsza Rosja jako państwo-mocarstwo, tym większy w Polsce będzie niepokój. 

Zachodnia Europa traktowała naszą nieufność wręcz histerycznie. Kpiono z Lecha Kaczyńskiego, kiedy w 2008 roku zaryzykował i pojechał do Gruzji. Już w 2014 roku jego prognoza zaczęła się spełniać, a wówczas znów Zachodnia Europa na miękkich kanapach w Brukseli siedziała podpisując z Carem Włodimirem kolejne intratne umowy na zaciskanie gazowego stryczka. O ile jednak w 2008 roku Ukraińcy jeszcze nie wiedzieli, co począć z nieszczęsnym darem sąsiedztwa, o ile w 2014 roku już zaczęli artykułować swoje postulaty, o tyle w 2022 roku Ukraińcy okazali się dojrzali do państwowości. Myślę, że - bez względu na dalszy rozwój wydarzeń - ta wojna obronna będzie mitem założycielskim demokratycznej Ukrainy. 

Nie można dziś zapominać o tym, że ukraińscy politycy przez ostatnie dwie dekady z łatwością sięgali po upiory banderowskich gierojów, aby budować tożsamość ukraińską na antypolskiej i antyrosyjskiej opozycji. Nasza historia jest tutaj bardzo boląca, wcale niezagojona i gmeranie w niej dla politycznych celów jest bardzo niebezpieczne. Ukraińcy zauważyli jednak, że polski wysiłek ku wolności się opłaca. I jeśli nawet gdzieś pogardzając Lachami jechali do nich do roboty, to zauważyli również, że Polacy są w tym niezależni i że przed nikim się kłaniać za chleb nie muszą. Zauważyli też, że Polacy inaczej wykorzystali czas od upadku komunizmu i bardzo przesunęli się na Zachód. 

 

Dziś ogromna część Ukraińców czuje się Ukraińcami nie w sensie etnicznym, a w sensie państwowym: nawet jeśli mówią lepiej po rosyjsku niż po rusku czy ukraińsku, zaczynają się czuć odpowiedzialni za coś, co się nazywa ojczyzną. To jest jeszcze etap raczkowania patriotyzmu państwowego, nie byłoby dobrze, żeby w tym wychowaniu do państwowości grano na nacjonalistycznych nastrojach (do czego wojna zawsze sposobi...). Chciał Putin zjeść Krym a na deser zająć Kijów, ale nie przewidział, że społeczeństwo ukraińskie tak bardzo dorosło do państwowości (wcale przecież niełatwej) i bliżej mu do demokracji niż do rosyjskiej monarchii absolutnej spod ciemnej czerwonej gwiazdy CzeKa Putina. 

 

I znów tu trzeba zauważyć: jak daleko inaczej rozwinęło się to społeczeństwo, jeśli porównać z Białorusinami, których religia, historia, kultura tak mało się przecież różni. Białorusini okazali się przynajmniej 10-20 lat z tyłu za Ukraińcami, dlatego Łukaszenka nadal może to społeczeństwo swoim kołchoźnianym buciorem deptać... Więc konkludując: jesteśmy świadkami rodzenia się Ukrainy jako państwa patriotów, gorąco im życzę, aby na tej drodze wytrwali (tutaj nauczanie Jana Pawła II może być bardzo przydatne).

 

Wrócę do zaczadzenia europejskich elit Rosją i jej mocarstwowością. Gdyby szukać korzeni tego stanu rzeczy, trzeba by odnieść się do nieszczęsnego ateusza Woltera, który na pasku carycy Katarzyny piał za złote ruble peany na cześć oświeconej Samodzierżawczyni. To jemu zawdzięczać by trzeba czołobitność przed Rosją, która pod but wzięła zgniły bastion katolicyzmu w Europie. Przez wiek XIX dyplomacja rosyjska nie szczędziła złota i kadzideł, aby kreować się na obrońców porządku Europy, zaś wiek XX z lewicowymi (w gruncie rzeczy - na fundamencie filozoficznym - antychrześcijańskimi) ideami znalazł mityczne Eldorado w Sowieckiej Rosji. Lewicowi intelektualiści, nadający tonację elitom zachodniej Europy nie potrafią też się przyznać do pewnych freudowskich wręcz mechanizmów zafascynowania przemocą, którą intelektualnie nazywają naturalnością, brakiem skażenia europejską dekadencją itd. A na to wszystko, strasznie bojąc się wszelkich absolutyzmów u siebie, wyhodowali sobie Europejczycy pseudoelity polityczne, które z patyczkami w du…. odzianych w drogie garnitury podrygują tak, jak im bogaci protektorzy każą. Dopóki nie będzie Norymbergi dla zbrodniarzy stalinowskich, Europa będzie widzieć Rosję jako spadkobierców poskromicieli faszyzmu. Jak widać - przyczyn tego zaczadzenia jest wiele, ma ono zakorzenienie w różnych obszarach i nie będzie łatwo przekonywać świat, że powinien zachowywać przynajmniej sceptycyzm wobec demokratycznych popisów Putina. Pod tym względem bardzo się cieszę, że w swojej bucie Putin zafundował światu show pod tytułem: Śmiej się pajacu! Gdyby nie potraktował Macrona jak śmiecia, gdyby w ten sam sposób nie potraktował brytyjskiej minister spraw zagranicznych, wreszcie gdyby i Kanclerza Niemiec nie potraktował jak lokaja, wszyscy uśmiechaliby się poklepując się po ramieniu i powtarzając "No taki trochę toporny ma dowcip..." Naprawdę trudno mi uwierzyć w spójne stanowisko wielu państw. Na pewno w jakiejś mierze jest to zasługą Polski (prezydenta, premiera, MSZ, OBWE któremu Polska przewodniczy), ale przecież w tej materii głos Polski jest od lat taki sam. Co więc się wydarzyło, że Europa wstała z kanapy i zaczęła robić coś, na co powinna była się zdobyć w 2008 roku, a najpóźniej w 2014? Nie znam odpowiedzi. Chcę wierzyć w Opatrzność.

 

Na chwilę obecną jest tak, że geopolitycznie Putin w ciągu czterech dni przegrał w tej ruletce wszystko. Ponieważ stroił się w carskie buty, musi się liczyć z tym, że car stał się dla dworu niewygodny i rad by się cara skrycie pozbyć, co jest historyczną tradycją Kremla. Ale Putin nie jest wychowankiem salonów. To zwykły bandzior z melin, który gdyby nie służby, skończyłby w którejś z kolonii karnych jako pospolity oprych. Putin nie rozumie dworu. A teraz, kiedy przeszarżował (a wiele wskazuje na to, że jednak tak jest), nie ma gotowego wzorca reakcji. I to jest najbardziej niebezpieczny moment. Im bardziej będzie sobie uświadamiał klęskę, tym bardziej może być nieobliczalny. Ponoć kiedyś opowiadał o tym że kiedy był dzieckiem, bawił się w tłuczenie szczurów kijem. Zagnał jednego w kąt i był pewien, że go zatłucze jak inne, a wtedy szczur na niego skoczył... Teraz to on jest szczurem, który ściągnął na siebie kije. Bo już nie ma jak się wytłumaczyć dworowi (oligarchom), że przez niego tracą pieniądze i władzę na świecie. Za chwilę rosyjskie matki zaczną się upominać o zaginionych synów, a w planach wojennych zapomniał chyba o zakupie cyny do lutowania metalowych trumien... No i co powie dumnym Rosjanom? Że w dupę wzięli od Ukraińców...?

Jest w tym wszystkim jeszcze miejsce na przeanalizowanie roli Cerkwi. Dziś się tego nie podejmę, ale odwołam się do tego, o czym pisałem poprzednio: o ile Sobór Watykański II chciał zamknąć nawias konstantyński, o tyle Cerkiew Rosyjska zdaje się być obecnie największym defensorem konkubinatu Kościoła i Tronu.

 

Jesteśmy chrześcijanami. Naszym zadaniem jest głosić Królestwo, które ma przyjść, nie z tego świata. Chciałbym wierzyć, że solidarność z Ukrainą ma w naszych sercach i chrześcijańskie korzenie. Musimy jednak modlić się cały czas o pokój w sercach, bo pokój to coś więcej niż brak wojny.

 

Drogi Jerzy, dziękuję Ci, że jesteś i że jesteś teraz w Niemczech. Bądź ambasadorem naszej solidarności nie z Ukraińcami, ale z ludźmi, którzy doświadczyli zła zrodzonego z pychy dostatniej Europy. Bo ktoś tego Putina wychował na zbira, i to nie tylko leningradzkie meliny, ale również te europejskie salony...

 

Łączę się w modlitwie,

servus tuus

Jarek

Roważanie na niedzielę po Środzie Popielcowej 2022

 

Symbolika popiołu

 

                Popiół mi Panie uświadom a wraz z nim proporcje

                rzeczy dobrych uczciwych życia oraz śmierci

                niech z popiołu pokora uczyni na nowo

                nowego człowieka z którym zechciej Panie

                na nowo zamieszkać wypełnić go Sobą

                                Tomasz Rzepa

Hans Urs von Balthasar powiedział, że każdą rzecz można ujmować w podwójnym aspekcie: jako zjawisko (fenomen, fakt) i jako tajemnicę.  Również popiół można widzieć w tym podwójnym wymiarze: jako rzecz i jako tajemnicę.

Popiół jako rzecz jest symbolem naszej ułomnej, przemijalnej egzystencji: „Pamiętaj człowiecze, że z prochu powstałeś  i w proch się obrócisz.”  Z ludzkiego punktu widzenia jest on znakiem tego, co stanie się z naszym życiem, jeżeli tylko sami nim kierujemy i zarządzamy – zakończy się garścią popiołu.

Natomiast gdy patrzymy na popiół jako na tajemnicę, to widzimy w nim materię, z której Bóg stworzył człowieka „na swój obraz” i nadal stwarza go na obraz swojego Syna oraz wyprowadza ze śmierci do życia. W popiele jako tajemnicy kryje się zatem obietnica i zapowiedź, co Bóg uczyni z naszego życia, z natury będącego „tylko popiołem”, jeżeli powierzymy je Jego dłoniom i z Nim będziemy współpracować.

Popiół posiada bowiem nie tylko negatywne konotacje. Dawniej bywał  wykorzystywany w dobrych celach, czyszczono nim naczynia i szlachetne metale, posypywano oblodzone chodniki i drogi. Popiół zatem oczyszcza, zachowuje przed wypadkami, chroni zdrowie,  a także przykrywając coś zachowuje przed zniszczeniem. Myślę tu o Pompeji i Herkulaneum. Wulkaniczny popiół Wezuwiusza zachował przez tysiąclecia pozostałości tych miast przed całkowitym zniknięciem: ich bogactwo, architekturę, mozaiki, klejnoty, ozdoby. Popiół zachowuje także żar w ognisku, wystarczy zdmuchnąć jego cienką warstwę, a  zapłonie nowy ogień. Popiół ma w sobie też elementy odżywcze, służy jako nawóz w ogrodzie i na polu, użyźnia ziemię i  sprzyja wzrostowi roślin i owocowaniu. 

Jak konkretnie w życiu ta podwójna symbolika popiołu się realizuje i ujawnia, to pokazuje Jezus w Ewangelii (Mt 6,1-6,16-18). On stawia naprzeciw siebie dwa typy ludzi o odmiennej koncepcji życia. Jedni i drudzy czynią to samo, a mianowicie: dają jałmużnę, modlą się i poszczą. Czynią to jednak w sposób diametralnie różny.

Jedni z determinacją kierują swoim życiem, umiejętnie gospodarują wszystkimi jego wymiarami, inwestują w nie i czerpią zyski, wszystko na pokaz, pod publikę, by widziano, że są świetnymi menadżerami i dobrze im się powodzi. Nawet z uczynków religijnych (post, jałmużna, modlitwa) potrafią zbić kapitał, czerpać zysk. Wszystko jest przemyślane, obliczone i opłacalne. Ale na tym się wszystko kończy, gdy życie dobiega kresu. „Ci otrzymali już swoją nagrodę” (Mt 6,2.5.16). Dla nich nie ma innej przyszłości.

Inni również dają jałmużnę, modlą się i poszczą. Ale nie uważają tego za coś wspaniałomyślnego, wyjątkowego. Czynią to spontanicznie, z potrzeby serca, w ukryciu, nie chwalą się, nie księgują, nie prowadzą specjalnego konta wydatków i dochodów. Ich celem nie są oni sami. Traktują swe czyny jako „garść popiołu”,  z którego dopiero Bóg może uczynić coś dobrego i służącego życiu. A Ojciec, który widzi w ukryciu, dopełni to i udoskonali. Tacy ludzie nie są zapatrzeni tylko w teraźniejszość, dla nich cenniejsza jest wieczność i dlatego nie troszczą się zbytnio, by wszystko w tym życiu wiązało się z profitem, zyskiem, zapłatą, poklaskiem. Ważniejsza dla nich jest przyszłość „po tym życiu”, którą gwarantuje im Bóg. To są prawdziwi uczniowie Jezusa.

Nasz post, dobre uczynki, modlitwa – to popiół, to nic więcej jak „garść ziemi”, z której Bóg może jednak uczynić coś wielkiego i pożytecznego. Nasza modlitwa  - w roztargnieniu,  z jej powierzchownością i krążeniem wokół siebie samego – to kupka popiołu. Nasza jałmużna: grosze lub centy w dłoń żebraka, ofiary dla potrzebujących, ratowanie zdrowia małych dzieci, różne akcje dobroczynne, nawet gdy w efekcie uzbierają się miliony złotych – w obliczu nędzy na świecie to „kropla na rozżarzone żelazo” – „garść popiołu”. Ale z tego Bóg może uczynić coś wspaniałego. Jeżeli Jemu to powierzymy, On to dopełni.

Tak żył, tak postępował i taką drogą kroczył Jezus. Poświęcił wszystkie swoje siły, czego końcowy efekt patrząc po ziemsku wyglądał jak garść popiołu. Na krzyżu złożył wszystko w ręce Ojca: „Ojcze, w Twoje ręce składam moje życie”. Bóg wszystko przyjął i dopełnił w zmartwychwstaniu!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Popielec

 

Przygotujmy tulipany na posypanie popiołem

w popiele są płomienie, które przez pozorny grób odrodzą życie

 

Czymże kwitnięcie ciała bez popiołu

siadającego na ustach i tęczówkach

który pozwala rodzić się myślom o wieczności

 

Dziś popielec – ciśnijmy się żebracy

by się odrodzić w pędach

którymi eksploduje marzec

Teresa Socha-Lisowska

 

Apel o modlitwę o pokój.

Ukraina  walczy o wolność – swoją i naszą!

 

Mszę św. w ostatnią niedzielę 27 lutego b.r., celebrowaną w kościele św. Michała w München Perlach, po liturgicznym pozdrowieniu rozpocząłem słowami (oczywiście w języku niemieckim): 

„Zgromadziliśmy się tutaj aby sprawować niedzielną Eucharystię – Pamiątkę naszego Pana Jezusa Chrystusa – Pamiątkę Jego życia, cierpienia, śmierci i zmartwychwstania. Jesteśmy w Domu Bożym i dobrze nam tu, czujemy się bezpieczni, ale w naszych sercach przerażenie, osłupienie, niezrozumienie, trwoga, lęk o przyszłość. Nie tak daleko od nas, bo zaledwie 1400 kilometrów stąd, mieszkańcy Ukrainy przeżywają horror wojny: rakiety spadające na miasta, ataki samolotów bojowych, konwoje czołgów i dział pancernych, dziesiątki tysięcy żołnierzy wdzierających się z północy, wschodu i południa na terytorium Ukrainy, ogień i pożary, ruiny domów, tłumy kryjące się w podziemnych schronach, śmierć żołnierzy bohatersko broniących ojczyzny i ludności cywilnej, także kobiet i dzieci,  tłumy uciekinierów w kierunku granicy państwa, 120 tysięcy uciekinierów już znalazło schronienie w mojej ojczyźnie – w Polsce.

Trudno nam pojąć to, co się stało. Na razie została nam tylko modlitwa o pokój. Módlmy się właściwie o cud, taki jak w 1920 roku „cud nad Wisłą”, gdy polska armia pod wodzą marszałka Piłsudzkiego pokonała większą liczebnie armię rosyjską, ratując całą Europę przez komunistyczną zarazą. Módlmy się o solidarność Unii Europejskiej, USA i NATO, aby konsekwentna realizacja wszelkich możliwych sankcji gospodarczo-politycznych wobec sprawców tej bezsensownej brutalnej wojny zaprogramowanej w głowach szaleńców w Rosji doprowadziła do zaprzestania działań wojennych, wycofania rosyjskiej armii i  postawienia przed „sąd światowy” Putina - zbrodniarza wojennego i mordercy ukraińskiego narodu.

Módlmy się za bohaterski naród ukraiński, za wszystkich walczących na froncie i w zagrożonych miastach, za uciekające matki z dziećmi i starsze osoby, za poległych żołnierzy po obu stronach i zabitych cywili, a zwłaszcza o zwycięstwo rozsądku i człowieczeństwa, o pokój w Ukrainie, w Europie i  w świecie. Każda wojna jest klęską człowieczeństwa!

Moje słowo zakończyłem kilku zdaniami z ekumenicznego apelu do modlitwy o pokój skierowanego do wiernych przez Przewodniczącego Konferencji Biskupów Niemieckich biskupa dra Georga Bӓtzinga.

Poniżej modlitwa o pokój, pochodząca z Francji, a mylnie przypisywana św. Franciszkowi z Asyżu.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Modlitwa o pokój

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
wiarę, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.

Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając  otrzymujemy;
wybaczając  zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
Amen.

Appell des Papstes Franziskus

 

Wir als Christen möchten den Appell des Papstes aufgreifen, der alle Gläubigen für den heutigen Aschermittwoch zu einem Tag des Fastens und des Gebetes für den Frieden aufruft.

 

„Jesus hat uns gelehrt, dem teuflischen Unsinn der Gewalt mit den Waffen Gottes zu begegnen, mit dem Gebet und dem Fasten. Ich lade alle ein, am 2. März, dem Aschermittwoch, einen Tag des Gebets und des Fastens für den Frieden zu begehen. Ich ermutige dazu in besonderer Weise die Gläubigen, dass sie sich an diesem Tag intensiv dem Gebet und dem Fasten widmen mögen. Die Königin des Friedens möge die Welt vor dem Wahnsinn des Krieges bewahren.“ 

 

- So sprach Papst Franziskus zu Generalaudienz in Rom am Mittwoch 23.02.2022). - Ein Tag vor dem Angriff auf die Ukraine.

W lutym br. Kardinał Reinhard Marx wysłał list do wiernych. Oto on:

PAWEŁ LISICKI

Do Rzeczy nr 5/2022

 

Proces za cytowanie Biblii

 

Od kilku dni, a ściślej biorąc – od 24 stycznia 2022 r., kiedy to w Finlandii zaczął się proces przeciw Päivi Räsänen, zerkam systematycznie na wielkie portale i przeglądam informacje w największych mediach, tak, tych samych, które na co dzień deklarują obronę wolności słowa i mienią się zwolennikami debaty. Nic i nic, i jeszcze raz nic. Cisza jak makiem zasiał. A przecież w tym wypadku cały świat powinien grzmieć i wołać. Pani Räsänen to była minister spraw wewnętrznych (przez pięć lat!), a obecnie parlamentarzystka w Finlandii (jest nią od 1995 r.!). A więc, jak łatwo zauważyć, jest to osoba publiczna i oskarżenie jej powinno wywołać szok. Tym bardziej jeśli wiadomo, jakie zarzuty jej postawiono. Otóż prokurator generalny Finlandii uznał, że popełniła ona przestępstwo zaliczane w fińskim kodeksie karnym do kategorii zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Brzmi poważnie, nieprawdaż? Były minister spraw wewnętrznych, który dopuszcza się zbrodni przeciw ludzkości, o co jest oskarżany nie przez byle jakich wariatów i trolli – wiadomo, każdego można obwinić o wszystko – ale przez prokuratora generalnego, a sprawę rozstrzyga sąd – toż to powinna być gratka dla dziennikarzy. A tu cicho sza. 

 

Teraz clou: zbrodnia przeciw ludzkości ma polegać na tym, że pani Räsänen trzy razy (w wywiadzie w gazecie, na Twitterze i w ulotce) zacytowała fragmenty Pisma Świętego. Nie takie sobie zwykłe fragmenty jednak, ale konkretne i dla dzisiejszego liberalnego odbiorcy nie do zniesienia (co tłumaczy najwyraźniej medialną wstrzemięźliwość): a mianowicie o tym, że Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i kobietę, oraz o tym, że homoseksualizm jest grzechem przeciwko naturze. Była minister skrytykowała ponadto swoją luterańską wspólnotę za dofinansowanie lobby LGBT. Na domiar złego na ławce oskarżonych o szerzenie nienawiści znalazł się przywódca wspólnoty luterańskiej w Finlandii, Juhan Pohjola, ponieważ był wydawcą broszurki pt. „Mężczyzną i kobietą stworzył ich”, do której tekst napisała Päivi Räsänen. Nie mieści się w głowie? Ależ owszem, to jest dokładnie ten tęczowy zamordyzm, który szaleje coraz bardziej w zachodniej Europie i który próbują importować do Polski różnej maści miejscowi ideologowie LGBT.

 

Cytowanie Biblii jako zbrodnia przeciw ludzkości? Na tym polega teraz oświecenie. Dla apostoła powszechność homoseksualizmu w świecie pogańskim była najwymowniejszym znakiem upadku, zamachu na darowane przez Boga życie: „Dlatego wydał ich Bóg poprzez pożądania ich serc na łup nieczystości, tak iż dopuszczali się bezczeszczenia własnych ciał. […] Dlatego to wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie”(Rz, 1, 24-27). Dziś za powtórzenie tych słów można trafić przed sąd i narazić się na prześladowania. Pod tym względem współczesne państwo liberalne, co się tyczy stosunku do chrześcijan, coraz bardziej przypomina starożytne cesarstwo. O ile w pierwszych wiekach po Chrystusie chrześcijanie mogli zapewnić sobie spokój, oddając hołd cesarzowi jako bogu, to w XXI w. muszą wyrzec się św. Pawła i dostrzec w homoseksualizmie moralnie właściwą orientację. I po wszystkim. Tylko tyle. Wystarczy to zaaprobować. To, że takie są wymagania coraz większej liczby polityków zachodnich, nie dziwi mnie. Pod presją ideologów genderowych powprowadzali od dawna nowe ustawy, które to zrównują krytykę homoseksualizmu (transwestytyzmu

i innych osobliwości) z nienawiścią. Strojąc się w szaty obrońców ludzkiej godności, próbują zatkać usta inaczej myślącym. 

 

Jednak skąd się bierze milczenie wszelkiej maści ekumenistów? Gdzie są zwolennicy dialogu i bliskości – teraz, kiedy ich głos mógłby mieć znaczenie? Kiedy mogliby pokazać, że tym, co dla chrześcijan wspólne, jest biblijne rozumienie życia i  moralności? Głucho wszędzie. Wszyscy ci organizatorzy dni jedności, dialogów, porozumień, dokumentów siakich i owakich nabrali wody w usta i milczą. Zamiast stanąć w obronie prześladowanej za wiarę luteranki i luteranina, wybrali schowanie głowy w piasek. Gdyby pani Räsänen została skazana, grożą jej nawet dwa lata pozbawienia wolności. Końcowe posiedzenie sądu odbędzie się 14 lutego. Ona sama nie zamierza się poddać. Nie wiem, jakie będzie orzeczenie, ale już teraz śmiało mogę uznać, że proces ten to najbardziej haniebny przykład zamordyzmu w Europie. © ℗

Impuls na niedzielę (5 niedziela zwykła, rok C)             6.02.2022

Wszystko na próżno… Ale na Twoje słowo…!

Ewangelia według św. Łukasza 5,1-11

Nikomu nie jest obce zawiedzenie się, porażka, klęska, zabita nadzieja, zżerająca radość życia frustracja wyrażająca się w słowie:  „Wszystko daremne!” Na takie sytuacje należy mieć zawsze w zanadrzu słowa Piotra: „Lecz na Twoje słowo, Panie …”  Naturalnie Piotr na podstawie swoich długoletnich doświadczeń jako rybak wie aż zbyt dobrze, że bezsensowny jest nakaz Jezusa, by w jasny dzień wypłynąć na jezioro w celu połowu ryb. „Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili”. Mimo to wbrew swojej zawodowej praktyce i przekonaniom na słowa Jezusa: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”- spełnia Jego wolę.

Taką reakcją Piotr włącza się w długi szereg wielkich postaci głębokiej wiary i zaufania Bogu jak Abraham, Mojżesz, Hiob, Izajasz, Jan Chrzciciel, Maryja i Józef, którzy podobnie wypowiedzieli swoje „Tak” wbrew wątpliwościom i niedowierzaniu. 

„Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać”. Piotr doświadcza, że jego zaufanie wobec Jezusa ma sens, opłaca się, że Jezus to nie jakiś szarlatan, lecz „Ktoś nie z tego świata”. Tak intensywnie przeżywa to cudowne wydarzenie, iż jest wstrząśnięty po same korzenie swego bytu.” – „Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: „Odejdź ode mnie, Panie,  bo jestem człowiek grzeszny”, co znaczy: Nie zasłużyłem na to, nie jestem tego godny, zbyt wiele tego dobra dla mnie!

Podobnie w naszych zwątpieniach, lękach, zawiedzeniu się, w naszych nieszczęsnych doświadczeniach i cierpieniu Jezus wypowiada - jak do Piotra - swoje dodające nam odwagi i tchnące nadzieją, mocne „Nie bój się!” – „Nie bójcie się!”. Chce w ten sposób powiedzieć: Jeżeli mi zaufasz – jak Piotr – masz w twoim życiu szanse i gwarancję, że pod koniec tunelu dręczących cię ciemności i trwogi  dostrzeżesz światełko nadziei. Bo Ja obdarzę cię niezłomną wiarą i zaopatrzę w wielkie zaufanie wobec życia, i nawet  w dniach twojej choroby,  bezsilności, i zdania na opiekę innych wezmę cię w obronę i dam ci odczuć moją bliskość.

„I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim”.  – Zostawili wszystko, to znaczy nie tylko ich prace zawodową, ale przykładowo także ich dawne fałszywe wyobrażenia o Mesjaszu jako super bohaterze, wyzwalającym Izrael z tyranii rzymskiego okupanta.

To również dla nas wezwanie, by porzucić archaiczne błędne obrazy Boga: - Bóg jako „kochany dziadek”, akceptujący wszystko z łagodnym uśmiechem; - Bóg jako „figura dla ozdoby” i uświetnienia różnych rocznicowych świat i jubileuszy; - Bóg potrzebny do celebracji różnych świąt, który na przykład na Boże Narodzenie i na I Komunię świętą patronuje w przyjmowaniu prezentów, ale poza tym traktowany jest jak „stary, zbędny mebel”: - Bóg jako policjant rejestrujący wszystkie nasze przewinienia i planujący karę.

Jakie to niebezpieczne, niegodne, takie traktowanie Boga! Urabiam sobie Boga według własnych wyobrażeń i życzeń, Boga który „pasuje do mnie”. To już nie jest wtedy Bóg, który może mnie wezwać  po imieniu, czegoś ode mnie wymagać, którym można się nawet przerazić – jak Piotr w rozważanej scenie - lecz który winien się  dostosować do mnie.

Raz jeszcze: „Zostawili wszystko i poszli za Nim”.

W tym fragmencie Ewangelii nie idzie pierwszorzędnie o bogaty połów ryb, o pełne sieci. W gruncie rzeczy chodzi o jedno: o wiarę w Jezusa, o niezłomne Jemu zaufanie. Zaufanie przynosi owoc, korzyść, „obfity połów” – to istotna wypowiedź tego tekstu i wydarzenia. Również w sytuacjach bez wyjścia, w gorzkich i pełnych cierpienia godzinach naszego życia możemy i powinniśmy bezwzględnie zaufać Bogu, że On na nas nie zawiedzie, nie pozostawi samotnymi, bo jest „Bogiem z nami”!

Naturalnie  nie każdy może „zostawić wszystko”, by pójść za Jezusem i stać się „łowcą ludzi” dla Chrystusa.  Ale każdy może przez wzorowe chrześcijańskie życie i pełną ufności żarliwą modlitwę nasz „mały świat” i cały świat zmieniać na lepsze.

Uczestnictwo w niedzielnym zgromadzeniu chrześcijan, celebrującym Eucharystię – Pamiątkę Pana, staje się „spotkaniem z Chrystusem nad Jeziorem Genezaret”, gdzie na słowo Jezusa nasze życie z radościami i cierpieniami zostaje włączone w Jego życie, śmierć i zmartwychwstanie, w Jego miłość, i zostaje przemienione. 

Romano Guardini (zapoczątkowany proces beatyfikacyjny) powiedział: „To że ty sam spotykasz Pana, jest czymś największym i najpiękniejszym, co może ci się przydarzyć”.

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

(Autora i Cztelników gorąco przepraszam za opóźnioną publikację niniejszego tekstu i proszę o wybaczenie.
Mimo, że redagowanie i wydawanie "Polonika Monachijskiego" odbywa się społecznie, nie upoważnia mnie to do zaniedbywania tych czynności - Jerzy Sonnewend, redagujący.)

Święto Ofiarowania Pańskiego           (2.02.2022)

 

Pan przychodzi, chociaż nań trzeba długo czekać, 

przychodzi, chociażbyśmy postarzeli się jak Anna 

i posiwieli jak Symeon -  

ale czekać nań musimy w Jego domu.

Soeren Kierkegaard

 

W odczuciu wielu katolików okres Bożego Narodzenia w liturgii Kościoła trwa zbyt krótko, kończy się bowiem ze świętem Chrztu Pana. Starsza generacja wspomina z nostalgią czasy, gdy dopiero święto Matki Bożej Gromnicznej kończyło świętowanie Bożego Narodzenia. Dopiero teraz usuwano z kościołów żłóbki i choinki, które w dawnych nie tak jak dziś ogrzewanych kościołach mogły przetrwać dłużej nie zrzucając igliwia. Dotąd przemawiały do serc i uczuć światła na choinkach jako symbol ciepła miłości przyniesionej na świat przez Wcielonego Syna Bożego, teraz charakterystyczne dla tej uroczystości poświęcanie świec (dla procesji, na użytek liturgii kościelnej i domowej) prezentuje Chrystusa jako „Światło świata” oświetlające drogi naszego życia i prowadzące do Światła, które nigdy nie zgaśnie.

 

Wielki Dante powiedział: „Z raju pozostały nam trzy rzeczy: gwiazdy, kwiaty i dzieci.” Dzieci są darem Boga. Dziecko należy w pierwszym rzędzie nie do rodziców, lecz do Boga, jak każdy człowiek jest Jego „własnością”. Tę prawdę akcentuje Święto „Ofiarowania Pana” (celebrowane 2 lutego). Sięga ono korzeniami czasów wyjścia Ludu Wybranego z Egiptu. Od tamtego wydarzenia w zbiorowej świadomości Izraela każdy pierworodny syn był własnością Boga i dlatego świętym obowiązkiem rodziców było ofiarować go Jemu w świątyni, czyli „przedstawić”, i przez ofiarę pieniężną od Boga wykupić. Prawo nic nie mówiło o obecności niemowlęcia w świątyni, ale wszyscy pobożni Żydzi, zgodnie ze zwyczajem, zjawiali się przed kapłanem ze swoją pociechą. Z tym obrzędem związany był drugi: kobieta, która po urodzeniu dziecka uchodziła według prawa i zwyczaju za „nieczystą”, przekazywała kapłanowi owcę lub gołębie jako ofiarę oczyszczenia. 

 

Ewangelista Łukasz opisuje szczegółowo, jak podczas przedstawiania Jezusa w świątyni dwoje staruszków Symeon i prorokini Anna w tym dziecku rozpoznają Mesjasza przepowiadając zarazem Jego przyszłość. W tych dwojga Lud Boży Starego Testamentu spotyka się ze Zbawicielem. Stąd to święto w Kościołach Wschodu nosi nazwę Hypapante tzn. „Spotkanie” (po łacinie occursus lub obvictio) i należało do świąt chrystologicznych. Na Zachodzie nosiło nazwę „Oczyszczenie” (Purificatio) i należało do świąt maryjnych. W Jerozolimie w końcu IV wieku obchodzono je niezwykle uroczyście. W Dzienniku podróży Eterii czytamy:

 

„Tego dnia procesja udaje się do Anastasis (kościoła Zmartwychwstania) i wszyscy w niej biorą udział. Wszystko odbywa się jak zwykle z największą radością, jak na Wielkanoc. Wszyscy kapłani i biskup zawsze głoszą kazania o tych słowach Ewangelii, jak to czterdziestego dnia Józef i Maryja zanieśli Pana do świątyni, jak Go ujrzał Symeon i Anna prorokini.”.

 

Kantyk Symeona „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju” jest stałym elementem wieczornej modlitwy Kościoła (kompleta).  Tradycyjna polska nazwa tego święta „Matki Bożej Gromnicznej” (oficjalnie aż do soborowej reformy liturgii) wiąże się z procesją ze świecami, znaną w Rzymie już w V wieku, a wprowadzoną w miejsce pogańskiej procesji pokutnej. Poświęcanie świec i ich światło przypominają słowa, którymi Symeon Dziecię Jezus określił jako „Światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”.

 

Święto Przedstawienia Pana w świątyni kontynuuje orędzie świąt Bożego Narodzenia o przyjściu Boga do świata, o Jego światłości przenikającej ciemności doczesne, o spotkaniu Boga z człowiekiem i ukazuje program przyszłej publicznej działalności Jezusa: Pan przychodzi z mocą i chwałą, by otworzyć serca i oczy ludzi i głosić Królestwo Boże. Pan przychodzi „do swojej własności”, do ludzkości, a zatem wydarza się to, co Kościół na Wschodzie określił jako „Spotkanie”.

  • Spotkanie profanum i Sacrum

Józef i Maryja przynoszą do świątyni jerozolimskiej Dziecię Jezus. Już w tym prostym wydarzeniu realizuje się głębokie w treści spotkanie. Nowonarodzone Dziecię reprezentuje porządek stworzenia, stawania się i przemijania życia w naturze i przyrodzie - świątynia reprezentuje inną rzeczywistość, a mianowicie świat Boży. W obrzędzie przedstawienia Jezusa w świątyni dokonuje się spotkanie ukazujące, do czego jest wezwana natura, życie jako takie i życie człowieka. Całe stworzenie jest powołane do jakiejś pełni, a człowiek do powrotu do ojczyzny i wiecznej wspólnoty z Bogiem. W spotkaniu Nowonarodzonego ze świątynią, którą Syn Boży bierze w posiadanie i uświęca swoim nawiedzeniem, uwidacznia się to, co Jezus później wyrazi w przypowieściach i w cudach: powołanie ludzi do godności dzieci Bożych i do uczestnictwa w Bożym Królestwie.

 

Spotkanie Dziecięcia Jezus ze świątynią Boga nie jest jedynie spotkaniem sfery Boskiej i ludzkiej, lecz także spotkaniem „dawnego z nowym”, spotkaniem tętniącej mesjańskimi obietnicami proroków religii Izraela z Tym, który przynosi spełnienie wszystkich tęsknot. 

  • Spotkanie pokoleń.

W świątyni jerozolimskiej dochodzi do wzruszającego spotkania trzech pokoleń. Przybywa tu Dziecię Jezus - niesione przez matkę Maryję i opiekuna Józefa, by Go ofiarować Bogu i aby spotkać dwoje staruszków od wielu lat czekających na tę chwilę, którzy „pod natchnieniem Ducha” pojawiają się w tej świątyni.

Maryja przedstawiając uroczyście w świątyni Bogu Jego Jedynego – i swego zarazem – Syna, oddaje go także w ręce ludzi - ludzi dobrych, godnych, miłujących. Przed rękoma zbrodniczego Heroda będzie później broniła swe Dziecię uciekając aż do Egiptu. Ale świątobliwym staruszkom może zawierzyć swój Skarb i Skarb całej ludzkości.

 

Symeon i Anna to dwoje bardzo starych już ludzi, którzy jednak w sercu pozostali młodzi, bo nie pozwolili, by nadzieje i oczekiwania Izraela w nich umarły. To oni – pobożni i gorliwi, czujni słudzy Pana Zastępów - są symbolem i uosobieniem parowiekowych oczekiwań całego narodu, to oni reprezentują Lud Wybrany oczekujący Mesjasza Bożego.

 

Jeżeli uważnie przyjrzymy się twarzom starszych osób, musimy zauważyć, że u niektórych znikła nadzieja, a w serca wkradła się rezygnacja. Życie ich zawiodło i uczyniło zgorzkniałymi, są zmęczeni i niczego już nie oczekują. Nie mają wizji. Żyło się dla czegoś, a teraz okazuje się, że to wszystko niewiele warte, nie stanowi żadnego fundamentu.

 

Symeon i Anna stoją na granicy kończącego się życia. Ale mimo spowodowanych wiekiem ułomności są szczęśliwi, bo przez całe życie czekali na „więcej”, co ich motywowało, wypełniało i dźwigało. Ich cierpliwość zostaje nagrodzona. „Oczekiwane” zostaje pod koniec życia dosłownie złożone w ich ręce: to małe Dziecko, którego zbawcze znaczenie rozpoznają patrząc na Nie oczami wiary.

 

Głęboko wzruszający jest ten obraz: starzec z niemowlęciem w ramionach. Kończące się życie obejmuje Życie dopiero się rozpoczynające. Z tej czułej bliskości rodzą się niezapomniane słowa:

 

„Teraz, o Władco, 

pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, 

według Twojego słowa. 

Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, 

któreś przygotował wobec wszystkich narodów: 

światło na oświecenie pogan 

i chwałę ludu Twego, Izraela.” (Łk 2,29-32)

„Moje oczy ujrzały zbawienie”.

 

Dla Symeona – światło, chwała, szczęście. Bo może widzieć to, czego oczekiwał przez wszystkie dni, mając oczy otwarte na to, co ukryte, co jest pod powierzchnią rzeczy.  To niemowlę jest Mesjaszem. Mesjasz o wiele „mniejszy” niż oczekiwano.  Przychodzący jako czułość, delikatność, „z rączkami i nóżkami”, z młodziutką twarzyczką dziecka. Dla Symeona to spotkanie pod koniec życia jest zarazem celem jego życia. Teraz może spokojnie iść ku przyszłości, prowadzony przez to Dziecko, pocieszony i bez lęku przed śmiercią. Ponieważ mógł wziąć w ramiona Życie, może się teraz z tym doczesnym życiem pożegnać.

 

Obecność Boga otwiera na życie. Trzeba tylko dokładnie i uważnie patrzeć. Jak często Jego przychodzenie w nasze życie jest takie niepozorne, mniej odczuwalne niż byśmy chcieli. Bóg przychodzi na ogół nie w spektakularnych i doniosłych wydarzeniach, lecz w czymś „małym”, bardzo prostym, zwyczajnym, nieraz błahym.

  • Spotkanie Ludu Bożego i pogan.

Spotkanie w świątyni jerozolimskiej w swej symbolice wykracza daleko poza ramy religii Izraelitów. Spełnienie tęsknot Izraela jest także potężnym strumieniem światła dla świata pogańskiego. Jako „światło na oświecenie pogan” - jak prorokuje Symeon - jest wielkim znakiem nadziei na spotkanie wierzących z dotąd niewierzącymi i na pojednanie. Światło jest wielkim darem, który Mesjasz przynosi na świat, aby go prześwietlić i odnowić. Przewodnikiem Izraela – Ludu Pierwszego Przymierza - był słup ognia jako znak obecności Niewidzialnego Jahwe. Przewodnikiem dla Ludu Nowego Przymierza będzie światło Jezusa.

 

Właśnie dzisiaj, gdy często w imieniu obrony własnej kultury i religii na nowo wznosi się – jak mniemano już przezwyciężone bariery i mury – i w lęku przed tym, co obce i nieznane, podsycana jest niechęć lub nawet wrogość wobec inaczej wierzących, i na nowo wybuchają spory religijne i międzywyznaniowe, słowa Symeona o „świetle na oświecenia pogan” są wezwaniem do dialogu, spotkania i pojednania, do nadziei na wspólną przyszłość w wierze. Tym samym święto spotkania Jezusa jest zaproszeniem skierowanym do chrześcijan wszystkich wyznań i do wszystkich ludzi dobrej woli. Symeon podkreśla tę uniwersalność: „Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów”.

 

Wydarzenie w świątyni jerozolimskiej pokazuje, jak międzyludzkie spotkanie może wiele zmienić w życiu, sprowadzić je na całkiem nowe tory – tak w sensie pozytywnym jak negatywnym. Zaskakujące odwiedziny bliskiego zaufanego człowieka przynoszą radość. Ale są też złe spotkania – owocujące cierpieniem i łzami, np. z ludźmi, którzy innych oczerniają i zniesławiają, kogoś wykluczają, z których ust padają słowa upokarzające i raniące. Jezus pragnie, byśmy służyli nie ciemności, lecz światłu, byli światłem dla drugich, bo wtedy dajemy świadectwo Jemu samemu.

 

Otwórz się na światło Chrystusa i bądź światłem dla ludzi i świata!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Młodzież a Kościół

 

Niewątpliwie mamy do czynienia ze spadkiem religijności wśród młodzieży. Pan Surdykowski, dziennikarz, nazywa ów spadek „miażdżącym” i drwi z abp. Jędraszewskiego, który wskazał na wpływ mediów elektronicznych, suflujących antychrześcijański przekaz. Surdykowski wie lepiej, jak się mają sprawy, i dlatego ironizuje: „To nie wina Kościoła, lecz diabelskiej elektroniki: młodzi pochylają głowy nad smartfonami i komputerami, zamiast słuchać rodziców, dziadków i katechetów. Płynie stąd oczywisty – choć niewypowiedziany wprost – wniosek, że trzeba zabrać im smartfony, a wrócą do modlitwy”. Dziennikarz najwyraźniej jest przekonany, że odchodzenie młodych od Kościoła to wina Kościoła (czytaj: księży), i tylko Kościoła, i o innych przyczynach nie chce słyszeć. Hm… Im kto bardziej wali w Kościół, tym bardziej nie widzi, nie chce widzieć, jakiegokolwiek negatywnego wpływu „świata” na dzieci i młodzież. Zalew konsumpcjonizmu, aborcjonizmu, eutanazizmu? Eee tam! Mówmy lepiej o biskupach, którzy jeżdżą drogimi samochodami. Panseksualizacja, czyli całkowita dostępność pornografii i wmawianie trzynastolatkom, że mogą już współżyć z rówieśnikami, byleby robiły to w sposób „bezpieczny”? No i co za problem?! Taki jest świat! Skupmy się lepiej na walce z pedofilią w Kościele. Bo poza Kościołem to już niekoniecznie. Platformy z tysiącami filmów, które nawet w wydawałoby się rodzinnych serialach propagują ideologię gender/LGBT. A tego rodzaju propaganda sprawia, że np. połowa nastolatków w szkołach rzymskich ma wątpliwości co do swej tożsamości płciowej? Oj tam, oj tam! Pogadajmy lepiej, jak beznadziejni są księża. Słowem: ślepota na rzeczywistość i mająca różne przyczyny klerofobia. Tymczasem moi włoscy przyjaciele, rodzice dorastających pociech, mogliby podać niejeden przykład na zilustrowanie opinii, że współczesna antykultura „kradnie im dzieci”.

 

Oczywiście, członkowie Kościoła, w tym przede wszystkim duchowni, bywają przyczyną zgorszeń. Sam Jezus przed tym przestrzegał w mocnych słowach: „Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu jednego z tych małych. Uważajcie na siebie!” (Łk 17, 1-2). Mam jednak wrażenie, że większość „zgorszonych” dzisiaj to ani maluczcy, ani tak naprawdę zgorszeni. To ludzie, którzy już dawno odeszli od Kościoła z powodu swoich osobistych słabości i grzechów, a teraz chętnie przyjmują podsuwane im pseudousprawiedliwienia typu „bo księża pedofile”, „bo mieszanie się w politykę”, „bo tylko o pieniądze chodzi”. To tak, jakby Piotr tłumaczył własne zaprzaństwo tym, że przecież wśród apostołów był złodziej i zdrajca Judasz, a Jezus wiedział i nic nie powiedział…

 

Chrystus wspomniał o zgorszeniach wewnętrznych, ale dużo więcej mówił o zatwardziałości wobec głoszenia Ewangelii i prześladowaniach ze strony Jego przeciwników. „Będziecie w nienawiści u wszystkich narodów, z powodu mego imienia. Wówczas wielu zachwieje się w wierze” (Mt 24, 9-10) – zapowiedział Mistrz z Nazaretu. W innym miejscu czytamy: „Strzeżcie się, żeby was kto nie zwiódł. Wielu przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: ja jestem. I wielu w błąd wprowadzą” (Mk 13, 5-6). Rzeczywiście! Ileż to mediów poucza dziś z pozycji „mesjasza”, jak to Kościół powinien się zreformować i unowocześnić. Paweł Apostoł natomiast stwierdza: „Przyjdzie chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom” (2 Tm 4, 3-4). I to się dzieje. Wspólnota Kościoła, pomimo swoich słabości, głosi zbawienie w Chrystusie, sprawuje sakramenty, podejmuje dzieła miłosierdzia. Ale wielu, w tym ludzie młodzi, ogłupionych lub z powodu własnych pożądań, zwraca się ku zmyślonym opowiadaniom, modnym ideologiom.

 

Dbajmy o czystość w naszych szeregach. Ale nie bądźmy naiwni! Diaboliczna „cywilizacja śmierci”, o której mówił Jan Paweł II, istnieje. Dziś ma ona do dyspozycji środki, jakich dotąd nigdy nie miała. Dlatego tak mocno uderza w młodych ludzi, by oderwać ich od Chrystusa i Jego Kościoła. 

 

Ks. Dariusz Kowalczyk SJ

Idziemy nr 04 (847), 23 stycznia 2022 r.

Impuls na niedzielę    (30.01.2022)

W drugim czytaniu niedzielnej Eucharystii  (4 niedziela zwykła, rok C) przepowiadany jest św. Pawła „Hymn o miłości”  (1 Kor 12,31-13,13). W kontekście tego jednego z najpiękniejszych tekstów Pisma Świętego proponuję po jego lekturze jako impuls do przemyślenia słowa o miłości pióra Phila Bosmansa (belgijski zakonnik, pisarz, społecznik).

 

Miłość

 

Miłość nie jest artykułem luksusu dla dobrych ludzi ani łagodnych charakterów.

Miłość nie jest jak piegi, które jeden ma, a inny nie, 
ale nikt nie ma żadnego wpływu na to.

Miłość jest czymś innym niż unoszeniem się na falach pięknych uczuć.

Miłości nie należy mylić z sentymentalnością.

Kochać nie znaczy oddawać z tego, co człowiekowi zbywa.

Miłość jest czymś więcej niż jałmużną: 
w miłości idzie się dalej niż w dzieleniu się bogactwem.

 

Kochasz –

gdy masz serce dla innych,

gdy boli cię cierpienie bliźniego,

gdy starasz się usunąć biedę innych,

gdy kochasz ludzi takimi, jacy są,

gdy rozdajesz więcej, aniżeli posiadasz,

gdy dajesz siebie samego.

 

Miłość –

takie maleńkie słowo,

a mówi przecież wszystko.

Miłość jest kluczem szyfru.

Niemcy: Episkopat popiera akcję coming-outu 125 pracowników Kościoła. 

 

Konferencja Episkopatu Niemiec popiera akcję OutinChurch, w ramach której ponad 125 pracowników kościelnych ujawniło swoje homoseksualne skłonności lub transseksualną tożsamość. Jak powiedział w imieniu Episkopatu bp Helmut Dieser, Bóg kocha każdego człowieka.

Akcja #OutInChurch została ogłoszona w poniedziałek 24 stycznia. 125 pracowników instytucji Kościoła z całych Niemiec poinformowało opinię publiczną, że mają tożsamość transseksualną lub homoseksualne skłonności. Wezwali do tego, by w Kościele nikt nie był dyskryminowany.

Tego samego dnia w Würzburgu odbywało się posiedzenie Rady Stałej Konferencji Episkopatu Niemiec. Na temat akcji w imieniu Episkopatu wypowiedział się bp Helmut Dieser, ordynariusz Akwizgranu.

Jak stwierdził, biskupi chcieliby podkreślić, iż w Kościele „nikt nie może być dyskryminowany, odsądzany od godności czy kryminalizowany z powodu swojej orientacji seksualnej albo tożsamości płciowej”. Biskup podkreślił, ze Kościół w Niemczech w ramach Drogi Synodalnej uczy się głębiej rozumieć, że „orientacja seksualna i tożsamość płciowa są częścią osoby”, a chrześcijański obraz człowieka uczy, że „osoba ludzka jest bezwarunkowo kochana przez Boga”. Według bp. Diesera na Drodze Synodalnej tematy dotyczące seksualności są i będą poruszane w sposób konstruktywny.

Wcześniej akcję poparli też osobiście biskupi Heinrich Timmerevers z Drezna-Miśni oraz Stefan Heße z Hamburga.

Większość obradująca w ramach Drogi Synodalnej uważa, że Kościół powinien uznać skłonności homoseksualne za w pełni normalne, a aktywność seksualną między osobami tej samej płci za dopuszczalną z perspektywy moralnej. Na Drodze postuluje się też akceptację stosunków przedmałżeńskich i masturbacji. Według większości członków Drogi należy też uznać istnienie tak zwanej „trzeciej płci”, to znaczy pożegnać się z podziałem w Kościele na wyłącznie dwie płcie.

Kolejne decyzyjne zebranie Drogi Synodalnej – tak zwane Zgromadzenie Synodalne – odbędzie się na początku lutego we Frankfurcie. Na poprzednim Zgromadzeniu większość przegłosowała postulat, zgodnie z którym należy się zastanowić, czy w Niemczech potrzebni są jeszcze wyświęcani księża.

Źródła: Katholisch.de, PCh24.pl

 

Cenne „dopowiedzenia” do rozważania z ubiegłej niedzieli o cudownym znaku Jezusa w Kanie Galilejskiej

 

Drogi Jerzy,
dziękuję za przesłaną refleksję. Trochę dłużej zatrzymałem się przy symbolice liczby stągwi kamiennych: nie znałem tej interpretacji (Pięcioksiąg + Prorocy), jeszcze mi do końca nie leży, ale jednak świeża. Ja szedłem po symbolice niedoskonałości (no bo przecież nie siedem!), wtedy można by tłumaczyć nasze zabiegi wokół miłości jako nietrwałe, nie prowadzące do szczęścia, jeśli nie zostaną dotknięte "palcem Bożym". Przed laty napisałem taką refleksję:


[Winny]
Sto lat, sto lat! śpiewamy i wznosząc puchary
Zapijamy bezbarwną pospolitą wodę
Wkoło się rozglądamy tak młody jak stary
I w głowę zachodzimy kto wyrządził szkodę
 
Miało wino się sączyć ze stągwi kamiennych
A tu woda jak woda – żadna rewelacja
Pomimo modłów naszych wielkich i płomiennych
Nie zachodzi nad wodą cudowna reakcja
 
Wesele było huczne i pełne pozoru
Nikt się przyznać nie raczył że zabrakło Pana
Wody w wino nie zmienił A nie było wzoru
 
Na reakcję chemiczną Galilejska Kana
Zamknęła się na miłość Została obłuda
Miłość bez Boga nigdy nigdy się nie uda

W Twojej refleksji dominuje radość. No bo co to za wesele, jak nie ma radości. Radość jest jedną z najbardziej niedocenionych postaw w chrześcijaństwie (jakim proroczym darem są słowa Konstytucji Duszpasterskiej o Kościele Gaudium et spes: przecież Ojcowie soborowi mogli ten sam dokument zacząć od "smutek i trwoga" - przecież mieli ku temu więcej przesłanek...). 
Moje refleksje idą w mroczną stronę, oddają doświadczenie zgubienia radości. Czytałem kiedyś, że św. Teresa z Kalkuty przeżywała noc zmysłów przez ponad pięćdziesiąt lat. Dla mnie to jest heroizm jej wiary, nie dzieło, które pozostawiła... Pół wieku bez duchowego pocieszenia...

Dziękuję, że dzieląc się swoimi refleksjami prowokujesz mnie do patrzenia w siebie. Bo pierwsze przykazanie jest: Będziesz miłował! A jak się siebie nie pokocha, to cała Ewangelia przelewa się przez palce...

Z modlitwą i wdzięcznością,
Jarosław Maćkiewicz (Łódź)

Rozważanie na 2. niedzielę zwykłą  (16.02.2022)

         Cud Jezusa w  Kanie Galilejskiej.                                         

Ewangelia św. Jana   2,1-11. 

Według Ewangelii św. Jana przemienienie wody w wino jest pierwszym cudem Jezusa. W tym wydarzeniu ważna jest ukryta w nim symbolika.

Pierwszym z symboli jest uroczystość weselna – ślub to świętowanie przyrzeczenia dozgonnej miłości i wierności, i stąd jest to także biblijna metafora szczęścia i nieba. To symbol miłości nie tylko między mężczyzną i kobietę, lecz również między Stwórcą i stworzeniem, między Bogiem i ludzkością, obraz zaślubin nieba z ziemią. I równocześnie prastary symbol jedności człowieka w nim samym, pojednania istniejących w nim sprzeczności. 

Wino – symbol radości, świętowania, wspólnoty, szczęśliwości. W Izraelu wino ceniono jako źródło niezbędnej do życia radości: „Bez wina nie ma radości” – uczyli rabini. Podobną myśl wyraża psalm: „Wino, które rozwesela serce człowieka” (Ps 104,15).

„Zabrakło wina” – zatem świętowanie jest w niebezpieczeństwie, zagrożona radość! To obraz kruchości naszego życia, tego wszystkiego, co obiecuje szczęście, radość, prawdziwe życie.  

Maryja prosi Jezusa o pomoc – „Nie mają już wina”. Niestety spotyka się z odmową, ze słowami obojętności: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?” To znów wymowny obraz. Bo Jezus nie jest tu po to, by pomagać w doczesnych problemach, zaradzać w kłopotach, wspierać  w troskach codzienności. On nie jest Dawcą małych codziennych radości. Jemu idzie o cud przemiany w  naszym życiu. Jezus ignoruje niejako życzenia, które pomniejszają Jego samego, bo nie przyszedł na  świat, by spełniać wszelkie ludzkie życzenia  i uwalniać od zmartwień w kłopotliwych sytuacjach. Nie przyszedł, by przynieść tylko „nieco radości”, Jemu idzie o „całość”, o „wszystko”, o radość trwałą, o uszczęśliwiającą i życiodajną miłość, o życie wieczne.

Jak i kiedy może nasze życie doznać przemiany, przejść z ciemności w jasność radości?   Według mojego przekonania zrodzonego z doświadczenia wiary dzieje się to wtedy, gdy „stągwie”, czyli naczynia naszego życia udostępnimy Bogu, przekażemy Jemu do całkowitej dyspozycji, by wypełnił je swoją miłością. On przemienia moje życie, gdy jestem jak czara całkowicie otwarty na Niego. To nie przypadek, że właśnie ten cud stoi na pierwszych stronach Ewangelii św. Jana. To sygnał, że Bóg ofiaruje człowiekowi pełnię szczęścia. Nigdy nie należy zatem zapominać: życie jest piękne, jeżeli pozwolimy je Bogu zmieniać na lepsze, stale je przemieniać. Właściwe to nie ten cud rozpoczyna Ewangelię św. Jana, bo to jest już drugi rozdział. Rozdział pierwszy to hymn o „odwiecznym Logosie”, o Słowie  Bożym: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. (…) A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen  łaski i prawdy” (J 1,1. 14-15).

Przez Wcielenie Logosu-Słowa, świat się zmienia. W relacji o weselu w Kanie  Ewangelista  opisuje skutki Wcielenia Boga: to tak się dzieje, gdy Słowo, Syn Boży, staje się ciałem, woda winem! Przez wejście Syna Bożego w ludzką rzeczywistość zaczyna się w tym świecie czas radości, świętowania, zaślubiny Nieba z ziemią.

Sześć kamiennych stągwi. – Liczba 6 ma tu też swoje znaczenie. Pięć stągwi plus jedna -  tu może chodzić o „Prawo” i „Proroków”, czyli o Stary Testament – pięć ksiąg Prawa i jedna księga Proroków. 

W Starym Testamencie więź Boga z Jego Ludem jest opisana jako małżeństwo,  jako przymierze  małżeńskie, stale zrywane przez Izrael poprzez kult obcym bożkom. Ale Bóg w swej niezłomnej miłości ciągle szuka swój Lud, odtrącany wychodzi stale na nowo ze swą ofertą przebaczającej miłości i odnowy ślubnego przymierza. Nie poddaje się, a w końcu przychodzi do niego w swoim Synu, w pełnym sensie tego słowa „wciela się” w ten lud. „Jego godzina”, o której tu mówi Jezus, to godzina szczytu ofiarnej miłości – miłości aż po kres, po śmierć na krzyżu. Tak powstaje Nowe Przymierze, Stary Testament przemienia się w Nowy, „woda w wino”. Już nie Prawo liczy się, lecz Miłość!

Sześć stągwi wody przemienionej w wino sygnalizują obfitość, „pełnię miłości”, zapowiedź raju – Nieba, „kawałek nieba na ziemi”. Bo raj-Niebo to oszałamiająca radość świętowania bez końca, pełnia życia.

Sześć  stągwi – to około 600-700 litrów wina! To nawet dla siedem dni trwającego na Wschodzie świętowania zaślubin niesamowicie wiele. Po co taka ilość? O Ojcu Kościoła św. Hieronimie, tłumaczu Biblii z języków oryginalnych, czyli z hebrajskiego i z greki na łacinę, kursuje anegdota. Po jego kazaniu właśnie o cudzie w Kanie podszedł do niego pewien kpiarz z pytaniem: „Czy gości weselni dali radę wypić tę niesamowitą ilość wina?” Hieronim odpowiedział z uśmiechem „Masz rację. Nie! Z tego wina pijemy my wszyscy jeszcze dzisiaj!”.

Ta odpowiedź wyraża myśl, że ów cud Jezusa wskazuje  na coś wspaniale pięknego: Gdzie Jezus – tam radość, tam zwyczajność i codzienność staje się świętem. Gdzie Jezus – tam wszystko się zmienia, ulega „przemianie”: koniec w początek, woda w wino, Stary Testament w Nowy, wspólnota ludzka w chrześcijańską, w Bożą wspólnotę przenikniętą radością! Poprzez przemianę wody w wino Jezus objawia istotę swojej Ewangelii: ona jest Radosną Nowiną i wezwaniem do radości!

W każdą niedzielę chrześcijanie gromadzą się w kościele, by świętować życie i Zmartwychwstanie Jezusa oraz własne życie. Przemiana chleba i wina w Ciało i Krew Jezusa wskazują, że moje życie może się ustawicznie odradzać i przemieniać, że mogę być lepszym, że mogę coraz bardziej kształtować swoje człowieczeństwo, odnajdywać, rekonstruować i odnawiać ów obraz Boży w sobie, który Bóg we mnie zakodował, że mogę żyć radośnie pełnią życia. Nawet jeżeli teraz w doczesności wleczemy ze sobą i na sobie ogromne ciężary, to przecież kroczymy ku radości, ku świętowaniu wesela, którego szczęściodajności nie potrafimy sobie wyobrazić w najśmielszych marzeniach i snach.

Stale jeszcze pijemy z „owego wina”! I będziemy pić przez całą wieczność!

Ks. Jerzy Grześkowiak

Starcie cywilizacji wewnątrz świata zachodniego, czyli o perspektywach przetrwania cywilizacyjnej hybrydy

W swej klasycznej już pracy z 1996 roku „Clash of Civilization” Samuel Huntington pisał, że po zakończeniu zimnej wojny świat zdominują inne konflikty, mające podłożone cywilizacyjne. Kiedy pięć lat później doszło do zamachu na World Trade Center, większość komentatorów, powołujących się na wspomnianą książkę, twierdziła, że najbliższym takim starciem będzie konfrontacja między Zachodem a islamem.

W tej samej pracy autor stawiał tezę, że niemożliwe jest na dłuższą metę istnienie państw hybrydowych, czyli takich, które wewnętrznie rozdarte są między dwoma cywilizacjami. Uważał, że muszą one albo rozpaść się na dwie części, albo opowiedzieć po stronie jednej z cywilizacji. Jako przykłady podawał Ukrainę, podzieloną na proeuropejski zachód i prorosyjski wschód, oraz Turcję, rozdartą pomiędzy zsekularyzowanymi, zwesternizowanymi elitami wielkomiejskimi a religijną większością zamieszkującą prowincję.

Od tamtej pory minęło ćwierć wieku i w obu krajach dokonał się taki wybór. Państwo ukraińskie wybrało orientację zachodnią, choć doszło zarazem do aneksji jego wschodnich terytoriów i oderwania Krymu oraz Donbasu. Turcja z kolei pod przywództwem Recepa Erdogana porzuciła kemalistyczny model świeckiego państwa wzorowany na rozwiązaniach zachodnich i zwróciła się w stronę islamskiej tradycji politycznej.

Hybrydowa cywilizacja

Huntington nie przewidział jednak sytuacji, w której ów hybrydowy spór dotyczyć będzie nie konkretnych państw, lecz cywilizacji. Dziś bowiem „zderzenie cywilizacji” dokonuje się wewnątrz samej cywilizacji zachodniej, zaś jego przejawem są kolejne „wojny kulturowe”.

pastedGraphic.png

Wszystkie cywilizacje w dziejach świata, jak zauważali tacy badacze, jak Danilewski, Koneczny, Toynbee czy Huntington, zbudowane były na fundamencie określonej religii. Obecnie jednak w obrębie samego Zachodu po raz pierwszy w historii tworzona jest cywilizacja oparta nie na religii, lecz na jej przezwyciężeniu. Początki tego procesu sięgają okresu oświecenia, jednak dopiero w naszych czasach proces ten nabrał niebywałego rozmachu i przyspieszenia.

Nie jest to podział, który da się wytyczyć geograficznie, choć przewaga pewnych tendencji jest bardziej widoczna w określonych częściach Europy czy konkretnych stanach USA. To podział, który przebiega przez kraje, regiony, rodziny, a nawet wnętrza pojedynczych osób, które same czują się rozdarte między dwoma różnymi światami.

Dwie antropologie polityczne

Na czym polegają różnice między dwoma propozycjami cywilizacyjnymi wewnątrz świata zachodniego? Nie da się ich sprowadzić ani do podziałów czysto politycznych, ani do prostego rozgraniczenia między wierzącymi a niewierzącymi. Istnieje bowiem wiele osób niereligijnych, które kierują się w swym życiu wartościami wyrosłymi na gruncie tradycji chrześcijańskiej, a z drugiej strony są ludzie, deklarujący się jako chrześcijanie, którzy w praktyce opowiadają się za wartościami sprzecznymi z ich tradycją religijną.

Zasadnicza różnica wynika z przyjęcia odmiennej antropologii, a więc innej koncepcji człowieka. Niezwykle cenną diagnozę postawił w tym kontekście profesor Michał Gierycz, pisząc o różnicy między antropologią ograniczoną a nieograniczoną.

Antropologia ograniczona uznaje, że człowiek jest ze swojej natury ograniczony, np. prawdą obiektywną, wartościami uniwersalnymi czy prawem naturalnym, w związku z czym nie może przekroczyć swojej przyrodzonej „conditio humana”.

Antropologia nieograniczona nie uznaje natomiast żadnych barier: człowiek jawi się jako autokreator, który może dowolnie kształtować samego siebie. Wiąże się z tym ideologia emancypacji, która wzywa do wyzwalania człowieka z kolejnych ograniczeń: obyczajowych, kulturowych, religijnych, rodzinnych, a nawet płciowych, gdy może on dowolnie zmieniać i wybierać własną płeć. Ideałem takiej istoty wydaje się „Homo Deus”, by posłużyć się tytułem modnej dziś książki Yuvala Noaha Harariego.

Prawa moralne: odkrywane czy tworzone?

Różnice między tymi dwoma stanowiskami widać wyraźnie na przykładzie stosunku do prawd moralnych. Antropologia ograniczona mówi, że prawo moralne musi odwoływać się do powszechnie uznanych wartości uniwersalnych, które wynikają z natury ludzkiego bytu, a więc są wpisane w serce każdego człowieka. Jest to oczywiście zgodne z objawieniem chrześcijańskim, ale nie tylko. Do tej samej kategorii zaliczyć można filozofów starożytnej Grecji na czele z Sokratesem, Platonem czy Arystotelesem, jak też autorów Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka z 1948 roku.

Z drugiej strony przedstawiciele antropologii nieograniczonej głoszą, że to człowiek jest ostatecznym prawodawcą, który nie tyle odkrywa wartości, ile sam je stwarza. One z kolei podlegają ewolucji wraz z rozwojem ludzkości i w związku z tym muszą być dostosowywane do dokonujących się zmian. Do tej właśnie tradycji, sięgającej czasów filozofów oświecenia na czele z Rousseau i Condorcetem, zaliczyć można również twórców Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej z 2000 roku.

Czy przedstawiciele tych dwóch antropologii są w stanie współegzystować ze sobą pokojowo w ramach jednej cywilizacji? Teoretycznie można przyjąć takie założenie. Praktyka wygląda jednak inaczej – w przeciwnym wypadku nie byłoby wspomnianych już „wojen kulturowych”, które rozpętują zwolennicy nieustannej emancypacji. To oni, pełni misyjnego żaru, dążą do zmiany obowiązujących praw, norm i zasad oraz narzucania ich całym społeczeństwom, oczywiście w zgodzie z założeniami antropologii nieograniczonej.

Część krytyków porównuje ich do komunistów próbujących narzucić światu swoje porządki. Rodzi się jednak pytanie: jeśli komunistów, to z którego okresu? Czy żarliwych bolszewików z doby rewolucji, których Andriej Błok w swym poemacie „Dwunastu” porównywał do apostołów, ogarniętych nowym mesjanizmem, czy też skostniałych aparatczyków z breżniewowskich czasów zastoju, którzy nie wierzyli już w żadne zasady zrytualizowanej ideologii? Odpowiedź nasuwa się sama. Należy więc przygotować się na długą konfrontację.

Jan Paweł II w encyklice „Centessimus annus” pisał, że ustrój komunistyczny upadł, ponieważ opierał się na fałszywej antropologii, a więc z gruntu fałszywej koncepcji człowieka, która przeciwna była ludzkiej naturze. Ten system nosił więc w sobie wszczepiony od samego początku gen autodestrukcji. By się o to przekonać, potrzeba było jednak siedemdziesięciu lat i stu milionów ofiar.

Można przez cała lata mówić „tym gorzej dla faktów”, ale pewnego dnia życie upomni się o swoje prawa. Wtedy ujawni się całe bankructwo tej uzurpacji. Szkoda tylko ludzi.

 

Grzegorz Górny

Na święto  Objawienia Pańskiego czyli Trzech Króli               6.01.2022

 

Legenda czy fakt?

 

Jako dzieci wiedzieliśmy dokładnie i bez cienia wątpliwości: to byli królowie i było ich trzech. Nawet znaliśmy ich imiona: Kacper, Melchior, Baltazar. W orszaku pełnym przepychu idąc za niezwykłą gwiazdą przywędrowali do groty narodzenia Jezusa, by oddać mu pokłon.

Gdy dorośliśmy, biblijni eksperci zaszokowali nas krytycznymi pytaniami: A gdzie to jest napisane, że było ich trzech i że byli królami? Ich imion też nie znajdziemy w Piśmie Świętym. To prawda. A mimo to kochamy te tajemnicze postacie ze Wschodu przy żłóbku Jezusa w naszych pięknych szopkach. Co więcej, w ostatnich latach w wielu miastach naszej Ojczyzny już ponad milion chrześcijan wychodzi na ulice i kroczy w Orszaku Trzech Króli do ustawionej na centralnym placu „żywej szopki”, by „oddać pokłon Maleńkiemu”. Dwukrotnie brałem udział w takiej uroczystości w Warszawie, zafascynowany pomysłowością strojów, wygłaszanych tekstów przy różnych stacjach (dwór Heroda, Aniołowie, dwór szatana), euforią i zaangażowaniem dzieci i rodziców, jak też ogólną radosną atmosferą wiary i miłości. Jest to niewątpliwie genialnie wymyślona – i to przez świeckich katolików - pod wpływem Ducha Świętego nowa forma publicznego wyznania wiary w Chrystusa i ewangelizacji. Fakt, że w 2020 roku ten festyn wiary organizowało prawie 900 miast i uczestniczyło w nich 1 300 000 wiernych cieszy i daje do myślenia.

A co wiemy naprawdę o tamtej wizycie w stajence betlejemskiej? Ewangelista Mateusz około pięćdziesiąt lat po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa interpretuje „historię Jezusa” i chce pokazać, jakie znaczenie ma On dla współczesnych. W tym celu opowiada historię, która już jest niejako prześwietlona blaskiem paschalnym i bije z niej chwała Zmartwychwstałego Pana. Poprzez tajemnicę Zmartwychwstania rozpoznaje on, że Jezus stanowi spełnienie wszystkich tęsknot ludzi za właściwą orientacją w życiu i za jego sensem. Dlatego w jego Ewangelii przychodzą do stajenki (groty) nie tylko żydowscy pasterze (jak w Ewangelii św. Łukasza), lecz „Mędrcy ze Wschodu” (Mt 2,1), czyli w zależności od tłumaczenia: magowie, uczeni, astrologowie, interpretatorzy gwiazd, ludzie pytający i szukający. O magach (magoi) czytamy już w Starym Testamencie (Kpł 19,21; 20,6; 2 Krn 33,6; Dn 1,20; 2,2.10.27; 4,4; 5,7.11) – tym słowem określano astrologów. Według starożytnych kronikarzy magowie pochodzili z okolic dzisiejszego Iranu bądź utożsamiano ich z uczniami Zaratustry (660-583 przed Chr.). O tych zagadkowych Mędrcach oddających pokłon Jezusowi tak mówił Benedykt XVI

„Byli oni uczonymi, śledzącymi gwiazdy i znający dzieje narodów. Byli ludźmi nauki w szerokim tego słowa znaczeniu, którzy obserwowali kosmos, uważając go niemal za wielką księgę życia pełną Bożych znaków i przesłań dla człowieka. Dlatego ich wiedza, daleka od tego, by mogli uważać się za samowystarczalnych, otwarta był na dalsze boskie objawienie i apele. Toteż nie wstydzili się pytać religijnych przywódców Żydów o wskazówki. Mogli powiedzieć: poradzimy sobie sami, nie potrzebujemy nikogo, unikając, zgodnie z dzisiejszą mentalnością, wszelkiego „zamieszania” między nauką a Słowem Bożym.”

Ewangelista Mateusz nie podaje, ilu Magów przybyło do Betlejem, ale ponieważ mowa jest o trzech darach, rozpowszechniło się przekonanie, że było ich trzech. Jednak przekazy były różne. Na wczesnych malowidłach w katakumbach rzymskich z wieku II i III możemy ujrzeć dwie cztery lub sześć postaci, a u Syryjczyków i Ormian występuje ich nawet dwanaście. W tradycji Kościoła przeważa jednak przekonanie o Trzech Mędrcach, co jako pierwszy relacjonuje wczesnochrześcijański filozof i teolog Orygenes (ok. 186-254). I tę liczbę spotykamy także we wspaniałej mozaice w bazylice św. Apolinarego w Rawennie z VI wieku.

Mateusz nie przekazuje także imion Magów. Znane nam imiona: Kacper, Melchior i Baltazar pojawiają się dopiero od VI wieku.  Według aramajskiego apokryfu z VI wieku, powtórzonego w  Liber Pontyficalis w Rawennie w IX wieku Mędrcy noszą imiona Melkon lub Melchior, Bithisarea lub Baltazar i Gathespa lub Gaspard (Kacper). Legenda, że jeden z Magów pochodził z Afryki, nawiązuje prawdopodobnie do Psalmu 72, który mówi m. in. o składaniu Mesjaszowi darów przez królów pochodzących z Afryki (Szeba). Na ogół przekazywano, że przybyli oni z trzech kontynentów, jakie znano na podstawie map. Reprezentują oni różne rasy oraz trzy okresy życia ludzkiego.

Według przekazu Mateusza, ci Magowie, „życiowi mędrcy” potrafili oderwać się od ich zwyczajnej działalności, wznieśli „w górę” swoje oczy, ujrzeli wyjątkową gwiazdę i powędrowali za nią. Gdy znikła i znaleźli się na dworze króla Heroda, pytają zafrasowani: „Gdzie jest nowonarodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon.” (Mt 2,2).

Czytając opis Mateusza należy pamiętać o tym, że w Izraelu wybitna osobistość, „ktoś znaczący i wielki” był widziany i uznawany jako „gwiazda”. Jezus jest zatem „wiodącą Gwiazdą”, która daje światło i orientację, która „wszystkich pociąga ku sobie” i wzywa na swoją drogę.

Leonardo da Vinci powiedział kiedyś: „Przywiąż swoją karocę do gwiazdy!” Piękny, wymowny obraz: jeżeli zwiążę swoje życie z Gwiazdą z Betlejem, doświadczę spełnienia moich tęsknot za prawdziwą miłością i pełnią życia. 

„Kto szuka, ten znajdzie” – mówi przysłowie. Mędrcy po długiej podróży i bezdrożach (bo dwór króla Heroda okazał się całkiem fałszywym tropem), gdy ponownie ujrzeli gwiazdę, dotarli w końcu w Betlejem do mizernej groty pasterskiej, która okazała się „***** hotelem”, ponieważ w nim znaleźli „Króla Wszechświata”, Boga, który stał się człowiekiem, Gwiazdę i Sens ich życia. To jest tak, jak pisał Karl Rahner: 

„Kto raz poświęcił swoje serce dla gwiazdy aż do ostatniej kropli, ten wygrał swoje życie, ten doszedł do celu, choćby droga była jeszcze daleka.”

Naśladując Trzech Mędrców chcę zatem trwać na mojej drodze ku Bogu, nawet gdy gwiazda mojej wiary i nadziei od czasu do czasu blednie lub skrywa się i znika. Nigdy nie ustawać w szukaniu, mimo zmęczenia, perturbacji i pokusy rezygnacji. Wierność własnej drodze opłaci się. „Kto szuka, ten znajdzie”, tzn.  dojdzie do celu, znajdzie sens swojej egzystencji i „inną drogą uda się do swojej ojczyzny” (Mt 2,12).

I jeszcze dary tych tajemniczych Mędrców! „I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu (Jezusowi) dary: złoto, kadzidło i mirrę” (Mt 2,11). Jak na tamte czasy były to wręcz imponujące prezenty.

Złoto w Palestynie nie występuje, w czasach biblijnych importowano je z Egiptu i z Afryki Wschodniej. Złoto symbolizuje bogactwo, jakąś szczególną wartość, a także mądrość, poznanie, prawo, dobro, wiarę, w końcu szaty istot niebiańskich i dekoracje niebiańskich miejsc.

Podobnie jest z kadzidłem, które ze względu na mieszaninę wonnych zapachów symbolizujących coś bardzo przyjemnego uchodziło za niezwykle cenny dar, wykorzystywany także w ceremoniach kultycznych. Jego brak w Palestynie sprawiał, że trzeba było je importować ze Wschodnich Indii lub z Afryki.

Mirra jest aromatyczną żywicą drzewa zwanego terebintem. Po zmieszaniu z oliwą służyła jako perfumy, a jako domieszka do wina potęgowała działanie upajające lub odurzające. Mogła niekiedy służyć jako lekarstwo.

 Te trzy dary Mędrców stanowią nie tylko wartość samą w sobie, lecz mają w tle głębszy sens teologiczny.  Księża zwykli mawiać w kazaniach: złoto – dla Króla, kadzidło – dla Syna Bożego, mirra, czyli środek leczniczy – dla cierpiącego Mesjasza. Te dary to równocześnie skarby naszego wnętrza. Trzeba je odkryć i wsłuchać się w ukryte w nich wezwanie:

Złoto – „Człowieku, poznaj swoją godność!”. Jesteś dzieckiem Boga, córką, synem Ojca Niebieskiego. To największa z ludzkich godności. Żyj zatem stosownie do tego powołania.

Kadzidło – „Człowieku, pachnij!” Czyli: Rozsiewaj wokół siebie dobrą woń! Gdzie chrześcijanie, tam nie ma miejsca na stęchliznę i odrażający fetor.  Bądź jak rozlane naczynie najlepszych perfum!

Mirra – „Człowieku, zdrowiej!”  Dbaj o zdrowie ciała, a jeszcze bardziej ducha. A równocześnie troszcz się o to, by twoje kontakty z innymi były leczące. Bo człowiek jest dla człowieka najlepszym lekarstwem! 

A na koniec pytanie o dalsze losy Trzech Mędrców? Według Ewangelii powrócili do swojego kraju (lub krajów). Ale według legend przyjęli później chrzest z rąk jednego z Apostołów. Mało tego, zostali biskupami i umarli jako męczennicy.  O ich kulcie zaś ks. Wincenty Zaleski pisze tak:

„Pobożność średniowieczna, która chciała posiadać relikwie po świętych i pilnie je zbierała, głosi, że ciała Trzech Magów miały znajdować się w mieście Savah (Seuva). Marco Polo w podróży swojej na Daleki Wschód (wiek XIII) pisze w swym pamiętniku: „Jest w Persji miasto Savah, z którego wyszli trzej Magowie, kiedy udali się, aby pokłon złożyć Jezusowi Chrystusowi. W mieście tym znajdują się trzy wspaniałe i piękne grobowce, w których zostali złożeni Trzej Magowie. Ciała ich są aż dotąd pięknie zachowane cało tak, że nawet można oglądać ich włosy i brody.”

Identyczny opis zostawił także Oderyk z Pordenone w roku 1320. A jednak legenda z wieku XII głosi, że w wieku VI relikwie Trzech Magów miał otrzymać od cesarza z Konstantynopola biskup Mediolanu, św. Eustorgiusz. Do Konstantynopola zaś miała je przewieźć św. Helena cesarzowa. W roku 1164 Fryderyk Barbarosa po zajęciu Mediolanu za poradą biskupa Rajnolda z Daszel zabrał je z Mediolanu do Kolonii, gdzie umieścił je w kościele św. Piotra. Zwrócono je jednak Mediolanowi. Można oglądać w kościele św. Eustorgiusza w Mediolanie potężny grobowiec z napisem: Sepulcrum Trium Magorum (Grób Trzech Magów).” (Rok kościelny, t. I, Wydawnictwo Salezjańskie, Warszawa 1989, s. 99). 

 

Trzej królowie

 

jak przed wiekami 

tylko dla nich święto 

wokół świat nijaki 

ludzie obojętnie 

patrzą na cudaków 

za czym oni lecą

 

w poprzek dróg zwyczajnych 

złota smuga w niebie

 

II

a w szopce

ja jestem królem czarnym

ja jestem ciemność gibka

ja jestem śpiew i taniec

ja jestem mirra gorzka

 

biały jak moje włosy

szary jak dym kadzidła

przedstawiam sędziwą mądrość

dziecinna rączka dotyka mej głowy

 

moje skośne oczy wycięte są w masce

śniadej jak złoto które tutaj składam

szmaragdem błyszczy moja tajemnica

przed tajemnicą która się objawia

 

III

dary mówią

złoto że jesteś królem

zapanuj na sobą

 

kadzidło żeś kapłanem

ofiaruj co twoje

 

mirra przyszłość wyraża

będziesz cierpiał umrzesz

 

        IV

czas gwiazdy

jeśli z nimi

pod biczem naglących promieni

jeśli z nimi trzema

trzeba wziąć złoto kadzidło i mirrę

a tu tandeta i pozłotka cienka

z takiego dymu kaszel jak po sportach

co jest naszą mirrą może miłość gorzka

 

zrobiło się późno

trzeba się pospieszyć już nikną promienie

kończy się czas gwiazdy

a niebo ciemnieje

 

kto nas poprowadzi

 

ks. Janusz St. Pasierb  (Wierzę, Pelplin 1998, s. 91).

Ksiądz Dr hab. Jerzy Grześkowiak otrzymał email od znajomych, którzy poinformowali Go o liście wysłanym do Kanclerza Olafa Scholza. List ten pozwalam sobie tu opublikować.

Jerzy Sonnewend

 

Brief an Kanzler Scholz 

Lieber Herr Bundeskanzler Olaf Scholz
 
Mit grosser Aufmerksamkeit habe ich Ihnen bei Ihrer Neujahrsansprache 2022 zugehört! 
Sie sprachen von Corona,von Klimaveränderung und von Zusammenhalt in unserem Land.
Respekt haben Sie auch einige male erwähnt.
 
Soviel mir bekannt ist, leben in diesem Land 80. Millionen Menschen
Christen, Juden, Muslime...
mindestens 60 Millionen sind gläubige Menschen.
 
Ich habe sosehr gehofft, - wenigstens am Schluss - Sie werden uns für das kommende Jahr Gottes-Segen wünschen.
Nichts ...gar nichts kam aus Ihrem Munde!
Vielleicht sind Sie nicht gläubig? Aber aus Respekt für die 60 Millionen Bürger die an GOTT glauben hätten Sie uns Gottes-Segen wünschen können!
Meine Familie und Ich - und ich bin sicher - Millionen Menschen hierzulande hätten sich unendlich gefreut!
 
Gerade die Flutkatastrophe hat gezeigt wie schwach, erbärmlich, verletztlich und unzulänglich wir Menschen sind!

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 5.10.2022 r.

w rubryce:

 

"Z notatnika redagującego - Jerzego Sonnewenda".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend