Bliżej Boga

Ks. Dr hab. Jerzy Grześkowiak przed paru laty w Rzymie w Auli Pawła VI - audiencja u Papieża Benedykta.

Stacja XI   Ukrzyżowanie Jezusa 

 

Słowo starło się z ciałem i przegrało ciało
Przytrzymane w istnieniu z żelaza gwoździami
I na słowo patrzyli i nam się zdawało
Że już wszystkie zwycięstwa są tylko przed nami
 
Technika może prosta ale też skuteczna
Odebrać dłoniom zdolność do niesienia dobra
Otwarta gwoździem ręka jest dla nas bezpieczna
Ta co wcześniej dawała o litość ma żebrać
 
Zaprzeczyć wszystkim sensom nagiąć kształty liter
Zatrzymać czas dla dobra i sprawdzić czy działa
Odsunąć jak najdalej i odpiąć orbitę
 
By przestworzom chaosu w ofierze oddała
Unicestwić i wyśmiać i nie zauważyć
Że w tym wszystkim nas Jeden lekarstwem obdarzył
 
 
Stacja XII   Śmierć Jezusa
 
Są takie drogi których sami nie przejdziemy
I końca ich nie znamy a nawet początku
Chociaż kroki stawiamy póki nie zginiemy
Uczestniczyć nie wiedząc w przedwiecznym obrządku
 
Są Nie da się ominąć i nie potrafimy
Tak kroczyć aby ziścić marzenia za darmo
Wino zlewamy w ziemię czasem się modlimy
I posągi prosimy o miłość ofiarną
 
Ale milczą posągi i tańce o deszcze
Nie przynoszą spokoju święte milkną gaje
Choć składamy ofiary w skopcone powietrze
 
Przeklinamy więc z czasem boskie obyczaje
Obrażamy się póki w grobie nie spoczniemy
– Są takie drogi których sami nie przejdziemy

 

Jarosław Mąćkiewicz

Stacja IX   Trzeci upadek
 
Stare nasze przysłowie Do trzech razy sztuka
Zdaje się być ironią co brzmi przez historię
Choć i sztuka podjęła Zapisała w nutach
Rozpisując na flety skrzypce lub waltornie
 
Co było prozaiczne Ot zmęczony słońcem
(Które swoją jasnością przyćmiło Twą jasność)
Nie mogłeś już iść dalej i popchnięcie mocne
Przeniosłeś na pył ziemi i kloc cię przytrzasnął
 
Demaskując spod prozy prawdziwe zachwianie
Wstrzymujemy oddechy Zaciskamy kciuki
Widzimy spowolnione twoje upadanie
 
Leżąc na twardej ziemi pamiętasz i póki
Szukamy tylko natchnień do oddania grozy
Coraz mocniej ściskamy na rękach powrozy
 
 
Stacja X   Jezus z szat obnażony
 
Bardzo proste liczenie tylko dwie osoby
Oglądać mogą nagość skrywanego ciała
Pierwsza – lekarz gdy pragnie chronić od choroby
Potem ta która tobie miłość ślubowała
 
Jeszcze wcześniej rodzice gdy cię przewijali
Widzieli nagość która nie była nagością
Zatem ci którzy z ciebie szaty odzierali
Złamali i zgwałcili kalkulację prostą
 
I pomyśleć że były czasy bez nagości
Gdy byliśmy dla siebie darem i zadaniem
Dziś my wszyscy dotknięci toksyną zazdrości
 
Razem z ciebie zdzieramy ostatnie ubranie
Żeby pewność osiągnąć – Poznaliśmy Boga
I godność zostawiamy w skwierczących pożogach

 

Jarosław Maćkiewicz

Stacja VII   Drugi upadek Jezusa 
 
Trzy kroki z których każdy krótszy o połowę
Coraz szybsze w panice i nagle ich koniec
Żeby zdążyć się wygiąć i ochronić głowę
Wyciągając przed siebie skrępowane dłonie
 
Kamień bardziej chroniony przed skutkiem potknięcia
Nieczuły w swej strukturze Zamilkły w głuchocie
Na stłumione pod ciałem obrony zaklęcia
Zatopione w grymasach utopione w pocie
 
Już nie ma zaskoczenia Jest rozczarowanie
Że nie dało się przebrnąć drogi bez upadku
Chociaż wciąż się podpierasz sensem i kochaniem
 
Wzywasz dalej do drogi zapraszasz na świadków
Prostytutki i więźniów Oni pokochają
Mocą twoją z drugiego upadku powstając 

 

Jarosław Maćkiewicz
 


Stacja VIII   Płaczące kobiety
 
Zapamiętano tylko że były kobiety
W jakim wieku – nikt nie wie – ale raczej stare
Takie co to na wioskach wsparte o sztachety
Najłatwiej oceniają kto ma jaką wiarę
 
I trzeba chyba przyznać że taka natura
Kobiet których od dawna łona są zamknięte
Że wszystkie są najlepsze i tylko niektóra
(Ta co właśnie nie przyszła) ma dzieci nieświęte
 
Łzy – szczere lub nieszczere – po policzku spełzły
I złożyły się w piasku jak owsiane ziarno
I rwane gdzieś w powietrzu lamentacji węzły
 
Przerwał oddech tłumiony wypadły nie darmo
Ratujcie swoich synów przed rozpaczą ciemną
Nad sobą płacz podnieście Nie płaczcie nade mną

 

Jarosław Maćkiewicz

Stacja V    Szymon z Cyreny pomaga Jezusowi dźwigać krzyż
 
Nie przejdziesz choćbyś nie chciał mieć coś z tym wspólnego
Przeklinasz zwilżasz ziemię sklejoną plwociną
Ale przejść nie potrafisz Spoglądasz na niego
I idziesz jakbyś z tamtym dawno był rodziną
 
A może całkiem prosto dotknięty litością
W chwili w myśli się wahasz później dłoń wyciągasz
Może strach pokonując chwytasz z zawziętością
Nie czekając w nagrodę rzymskiego pieniądza
 
Gdybyś na polu dłużej doglądał swej roli
Nie musiałbyś się teraz bić z tymi myślami
Teraz już wiesz że często dobre serce boli
 
I zostawiasz na ziemi pomiędzy śladami
Cząstkę czasu i bólu i własnej godności
Nie mówiąc czy kazano czy może z litości
 
 
Stacja VI   Weronika ociera chustą twarz Jezusa
 
Nie mogło być inaczej Skoro się spotykasz
Liczysz się z tym że kiedyś powróci obrazem
Który stanie przed okiem Wyzbyć się ryzyka
Nie sposób kiedy pragniesz przejść przez życie razem
 
Słowo co z ust wychodzi nie powraca pusto
W sercu ogród zasadza i na owoc czeka
Kiedy przyszłaś do niego aby otrzeć chustą
Ujrzałaś w słowie bólu nowego człowieka
 
I ten człowiek na wieki ocalił twe imię
Wierny obraz poniesiesz w czystej chuście serca
I trwał będzie do końca zanim świat przeminie
 
Nie zabierze go tobie nawet czas morderca
Nie zapomną o tobie i ten kubek wody
Opowiada przez wieki miłosierdzia kody

 

Stacja III.  Pierwszy upadek pod krzyżem

 

Jakby w pysk mi kto zdzielił lub zaświecił w oczy
Co się dzieje – odpowiedz – czy jest ktoś koło mnie
Nie mogę się pozbierać jakby mnie zamroczył
Ktoś celując obuchem trzeźwo i przytomnie
 
Piasek w zębach zatrzeszczał a kurz nos zapycha
Potem oczy zalane szczypią i ciemnieje
Prześwit świata przede mną Nie mogę oddychać
Przygnieciony do ziemi nie wiem co się dzieje
 
Podźwignij mnie z upadku przytul i pocałuj
Tak się boję bądź ze mną nie zostaw mnie teraz
Podnieś mnie delikatnie ostrożnie pomału
 
Daj mi swoją cierpliwość i otrzyj moją twarz
Tylko ty tak potrafisz podnosić i kochać
Przyjmować takim brudnym nie mówiąc wynocha
 
Jarosław Maćkiewicz

 
Stacja IV.    Jezus spotyka swoją Matkę
 
Wystarczy parę sekund Oddech krótki rwany
Ciężkie śliny przełknięcie Nos ściska do płaczu
Nawet nie ma jak stanąć by ludzi spotkanych
Zapewnić że tak trzeba. Wystarczy krzyk oczu
 
Spod warg powiek wypada litania miłości
Język już tak zdrętwiały gardło jak skorupa
Stołu już nie zastawi Zmusza żeby pościć
Chcąc słowa ostatniego wśród jęku wysłuchać
 
Nie ma miejsca na słowa choćby samo Słowo
Jeszcze raz chciało wyrzec jak po ludzku kocha
Nie wiesz co jest spotkania wątkiem co osnową
 
Nie kończy się spotkanie chociaż nie brzmi mowa
Wyrywają się serca i biegną ku sobie
Nie poddawaj się teraz wiesz że ufam tobie

 

Jarosław Maćkiewicz

Przedruk z „Gościa Niedzielnego” 10/2021  (11.03.2021)

Autor: Franciszek Kucharczak

 

Kłamstwo pozwala przeprowadzić wiele projektów - ale żadnego dobrego.

 

Lewicowy działacz Bart Staszewski zaprosił niedawno do Polski dziennikarzy katarskiej stacji Al-Dżazira, po czym rozgłosił po świecie, że byli oni „zszokowani” sytuacją gejów w naszym kraju.
Hm, to ciekawe, bo w Katarze homoseksualizm jest bezwzględnie zabroniony. Nawet obcokrajowców, którzy zdradzają taką skłonność, zamyka się do więzień. Natomiast wyznawcom islamu grozi za to kara śmierci. W Katarze ktoś taki jak propagator genderyzmu prędzej by trafił do piachu niż do przekonania choć jednego słuchacza.
Jeśli więc dziennikarze Al-Dżaziry byli zszokowani, to chyba tym, że u nas działają kluby gejowskie, odbywają się tęczowe manifestacje, aktywiści homoseksualni występują w mediach częściej niż w naturze, w każdym serialu robią za ofiary, a w realu profanują największe świętości większości Polaków i żadna krzywda im się nie dzieje.
Więc czemu pan Staszewski mówi takie rzeczy? Pewnie się rozochocił, widząc, jak zadziałały jego „projekty artystyczne”. Polegały one na tym, że pod tablicami z nazwami miejscowości instalował tabliczki z napisem „Strefa wolna od LGBT”. Następnie fotografował je, a zdjęcia publikował w sieci jako „dowód”, że w naszym kraju prześladuje się homoseksualistów. Na tej podstawie w Europie zapanowało wcale nie artystyczne oburzenie na „polską homofobię”. Parlament Europejski ochoczo podjął stosowne uchwały przeciw Polsce, a instytucje unijne podjęły działania szykanujące wskazane przez „artyzm” Staszewskiego gminy.
I ciągle to działa. Najświeższy projekt rezolucji Parlamentu Europejskiego postuluje ogłoszenie Unii Europejskiej „strefą wolności LGBTIQ”. Miałoby się to wiązać z sankcjami wobec opornych krajów członkowskich. Dokument podpisali także niektórzy polscy eurodeputowani, m.in. Andrzej Halicki, Leszek Miller, Robert Biedroń, Włodzimierz Cimoszewicz i Sylwia Spurek. Polska jest tam wymieniona wprost jako kraj, w którym mają miejsce „zwiększone ataki na społeczność LGBTIQ”, wzrasta „mowa nienawiści ze strony władz publicznych” i dochodzi do „aresztowań obrońców praw LGBTIQ, ataków na marsze i ich zakazów”.
Z prawdą ma to tyle wspólnego, ile prowokacje pana Staszewskiego, jednak inspiratorów takich rzeczy nie obchodzi, jak było, tylko to, jak ma być. Cały świat ma przyjąć ich narrację o zmierzaniu do raju tolerancji. Już widać, że gdyby to miało się zrealizować, mielibyśmy taki totalitaryzm, przy którym Orwell wysiądzie, a Katarczykom oko zbieleje.
Jak widać, Polska stanowi wyjątkowo kłopotliwą przeszkodę w spełnieniu tej wizji. Czy to nie piękne?

Ksiądz dr hab. Jerzy Grześkowiak

Stacja II.  

 

Spotkanie z krzyżem

 

Gdzie w tym miejscu jest echo które skruszy groby
Gdzie zachwyty estety co to wszystko warte
Co to wszystko ma w sobie że nowe osoby
Idą nagle do przodu o Twe ramię wsparte
 
Czy musiałeś w ten sposób? Są lepsze metody
Przeprowadzić badania do celnych wyników
Skuteczniej jest używać anody katody
Suwaków dominanty lupy bądź krzywików
 
A jednak to zrobiłeś Jednak się podjąłeś
Przejść samemu tą drogą i bez kalkulacji
Rozpocząć to co teraz powraca znów kołem
 
Poszedłeś więc tą drogą wbrew myślowej racji
Zachwycają się dzisiaj przystawiając czasem
Przed drugą stacją drogi obitą atłasem

 

Jarosław Maćkiewicz

Stacja I.  

 

Jezus na śmierć skazany
 
Zamilkniesz słowo daję zamilkniesz przed słowem
Usuniesz się w cień ciszy czekając wyroku
Który ono przedłoży Przed nim schylisz głowę
Słuchać będziesz wołania Prorokuj Prorokuj
 
Milczeć będziesz i przed nim słowem urzędowym
Choć nie ono nad Tobą wytrząsać się będzie
A przecież z mocy jego sznury i okowy
Nie może cię uwolnić bo jest na urzędzie
 
Tak się Słowo spotykasz z naszymi słowami
Ty bezbronne i kruche a przecież dwusieczne
Kim jesteśmy dla siebie braćmi czy wrogami
 
Co spłynęło nam wtedy Zadrżało powietrze
I zamarła historia bo wcielone Słowo
Na śmierć wydano życie prostą ludzką mową

 

Jarosław Maćkiewicz

Droga krzyżowa w Madonna di Corona, zdjęcie: Anna Kaczmarek.

Droga krzyżowa

 

Droga krzyżowa jest jednym z charakterystycznych nabożeństw Kościoła Katolickiego praktykowanym szczególnie w czasie Wielkiego Postu. Jej początki sięgają pobożnych ćwiczeń pierwszych chrześcijan w Jerozolimie. W nabożnej czci kroczyli oni drogą, którą szedł Jezus przez to święte miasto, od pałacu Piłata na Górę Kalwarię. Boska krew Jezusa zraszała jej ulice, jej kamienie, tamtą ziemię. Oni pamiętali dokładnie, gdzie Jezus spotkał swoją Matkę, gdzie Szymon z Cyreny zaczął pomagać Jezusowi w dźwiganiu krzyża, gdzie w końcu żołnierze wznieśli krzyż z przybitym na nim Jezusem - naszym Panem. 

 

Przez stulecia to nabożeństwo przybierało różne formy aż do czasu, gdy św. Leonard de Porto Mauricio (+1751) nadał drodze krzyżowej stałą strukturę z 14 stacjami.  Takie stacje w formie plastycznej (obrazy, rzeźby) znajdują się niemal we wszystkich świątyniach i często spotykamy je w wolnej przestrzeni, w lasach, w górach, przy sanktuariach. Po Soborze Watykańskim II przyjął się zwyczaj dołączania do tego nabożeństwa stacji 15-ej, poświęconej zwycięstwu Chrystusa nad śmiercią - Jego Zmartwychwstaniu. To ona właśnie ukazuje całą głębię sensu cierpienia i śmierci Jezusa.

Pochód krzyżowy przeszedł uliczkami Jerozolimy raz jeden – i raz jeden Jezus z Nazaretu został ukrzyżowany. Ale „droga krzyżowa” trwa nieustannie, a kroczą nią coraz nowe rzesze ludzi na całym okręgu ziemi. Nieustannie też wypełnia się tajemnica śmierci Jezusa na krzyżu, chociaż tamten krzyż już nie stoi na Golgocie – a zmartwychwstały Chrystus zasiada w chwale Bożej po prawicy Ojca. W tej tajemnicy Odkupienie świata otwarte jest dla każdego człowieka, ażeby w Nim  znajdował „swoją drogę” – pośród doświadczeń ziemskiego pielgrzymowania – drogę do wiecznych przeznaczeń, do wiecznego szczęścia.

W pozostałych 4 tygodniach Wielkiego Postu zostaną opublikowane poszczególne stacje drogi krzyżowej z  krótkim poetyckim tekstem pióra Jarosława Maćkiewicza (Łódź). Te rozważania mogą być pomocą w modlitewnej refleksji nad drogą krzyżową naszego Pana i inspiracją do włączenia w nią własnych ciężarów i trudów życia, różnych form cierpienia, po prostu osobistych codziennych krzyży. Nie idzie przy tym o celebrowanie „od razu” całej drogi krzyżowej, jak to czyni się kościołach w każdy piątek Wielkiego Postu, lecz o krótką medytację poszczególnych stacji w zależności od osobistych uwarunkowań codziennego życia.

ks. Jerzy Grześkowiak

Młoda milionerka, kobieta sukcesu z Doliny Krzemowej, porzuciła karierę, bogactwo i sławę.
Dlaczego?

 

Takie informacje nie trafiają na czołówki mediów. Nie interesują dziennikarzy mainstreamowych tytułów ani redaktorów plotkarskich magazynów. Gdyby bohaterka tego tekstu zrobiła coś skandalicznego, mogłaby liczyć na zainteresowanie całej rzeszy internautów, blogerów, vlogerów etc.
Tym bardziej, że otaczała ją sława kobiety sukcesu. Młoda Hiszpanka, obroniła dyplom na uniwersytecie Stanforda, a następnie założyła w Dolinie Krzemowej własny startup o nazwie Jetlore, zajmujący się sztuczną inteligencją, który znalazł się na liście Fortune 100, i który sprzedała za kilka milionów dolarów holdingowi PayPal. W wieku 34 lat została partnerem w Deloitte. 
W oczach otoczenia miała wszystko: sławę, pieniądze, międzynarodowe uznanie, perspektywy wielkiej kariery. A jednak postanowiła to wszystko porzucić i wstąpić jako zakonnica kontemplacyjna do klasztoru sióstr augustianek. Motywy swej decyzji wyjaśniła w liście wysłanym do współpracowników z korporacji. Warto przytoczyć w całości jej pismo, ponieważ rzadko zdarza się czytać tego rodzaju wyznania, których autorami są młodzi ludzie odnoszący sukcesy w świecie biznesu.
List napisany przez Monserrat Medinę Martinez:
Biorąc pod uwagę wszelkie ryzyko, jakie związane jest z moim otwarciem się na wasze serca, pragnę to uczynić jako wyraz mojej wolności i wyznania wiary. Każdemu, kto czyta ten tekst, powierzam coś intymnego i osobistego, jednak nie mogę tego zatrzymać tylko dla siebie.
Otwiera się nowy etap w moim życiu, który wiąże się z odejściem od kariery zawodowej. Wierzę, że Bóg wzywa mnie, bym zostawiła wszystko i mocniej podążyła za Jego Synem Jezusem. Jego łaska usunęła zasłonę zakrywającą moje oczy i zaczęłam rozumieć, ile Mu zawdzięczam. Włożył we mnie ogień, który rozpala nienasyconą potrzebę kochania Go i służenia Mu. Wiele razy zadaję sobie pytanie: jak mogę, będąc biednym stworzeniem, służyć Stwórcy i kochać Go? Odpowiedź wyłania się z mojego wnętrza: jeśli On mnie wzywa, to w Jego Imię wyruszam w tę przygodę, porzucając wszystko, by nieustannie szukać Jego Oblicza.
Nie wiem, dlaczego Pan mnie zauważył. Nie wiem, dlaczego od dzieciństwa w każdą niedzielę poruszała moje wnętrze kościelna pieśń „Wypowiedziałem Twoje imię”. Wtedy nie rozumiałam, że jest to szczególna łaska. Nie wiem, dlaczego Jego Miłość bezinteresownie obdarzyła mnie niezasłużonymi talentami, dzięki którym mogłam pracować i realizować się przez te wszystkie lata. Podobnie nie znam planu, jaki ma On dla mnie od tej chwili. Jedyne, co wiem na pewno, to fakt, że znalazłam „skarb” i – jak mówi Ewangelia – chcę sprzedać wszystko, co mam na świecie, aby go kupić (Mt 13, 44-46). Czuję, że odpowiadając na to wezwanie, moje życie nabiera napełnia się światłem, które wprawia mnie w błogość i szczęście.
Wezwanie skierowane w Ewangelii do bogatego młodzieńca (Mk 10, 17-39) jest wezwaniem – jak czuję – skierowanym dziś do mnie… Chociaż nosiłam je w sobie przez długi czas, jednak nigdy nie ośmieliłam się na nie odpowiedzieć. Od lat chciałam odpowiedzieć Jezusowi «tak«, jednak robiłam to nieśmiało i tylko w środku. Zwlekając z prawdziwą odpowiedzią, która zagrażałaby mojemu sposobowi życia, wykorzystywałam wszystkie talenty, jakie dała mi nieskończona dobroć naszego Boga, by użyć ich dla własnej chwały i dla gromadzenia bogactw na tym świecie. Otrzymane dary przywłaszczałem sobie wyłącznie we własnym interesie. Oszukiwałam samą siebie, ponieważ takie nastawienie dalekie było od uszczęśliwienia mnie, powodując tylko rosnącą pustkę. Z pewnością moim celem było to, czego od dzieciństwa uczyło mnie społeczeństwo: studiować. Pomysł służenia Panu daleki był od moich myśli: stworzyłam boga na swą miarę, boga, który powinien mi służyć i dostosowywać się do moich celów i ambicji.
Byłam więc samozwańczą «dobrą katoliczką«, biorącą co tydzień udział w Eucharystii, dumną ze sławy, władzy i pieniędzy, które zarabiałam, a zarazem budującą swe uprzywilejowane miejsce w otchłani nonsensu życia zamkniętego w egoizmie. Nie mogę znaleźć słów, by opisać opłakany stan, w jakim znajdowała się moja dusza, kiedy oszukiwałam sama siebie, przekonana, że podoba się to Bogu. Byłam przekonana, że muszę robić coś dobrego: zmuszałam się i oczekiwałam nagrody. Teraz zastanawiam się: jak mogłam być tak zdezorientowana przez te wszystkie lata? To nie Bóg dawał mi smakować chwały na ziemi, lecz książę tego świata, który oszukiwał mnie bez mojej świadomości. Tymczasem miłosierny Bóg pozwalał na to dla mojego dobra. Musiałam doświadczyć ciemności i rozdzierającej serce mocy tego świata, by bardziej docenić życie wiarą i Ewangelią Chrystusa. Cierpienie, które towarzyszyło podążaniu za bożkami tego świata, przygotowało mnie do wyrzeczenia się ich oraz zwrócenia się ku Panu w pełnej ofierze ze swojego życia.
Żyłam dwanaście lat, „odnosząc sukcesy”, według kryteriów tego świata: zdobyłam dyplom na prestiżowym Uniwersytecie Stanforda, założyłam startup w Dolinie Krzemowej, który trafił na listę Fortune 100 i mając zaledwie 34 lata zostałam partnerem w Deloitte. Mówiłam do Pana: Zobacz, jak dobrze wykorzystałam otrzymane od Ciebie talenty. Mając jednak głęboką świadomość i poczucie brudu obecnego w mej duszy, zdałem sobie sprawę z nieporozumienia dotyczącego upragnionej przeze mnie „doskonałości”, której szukałam w rzeczach tego świata, a im bliżej nich byłam, tym bardziej oddalałam się od prawdy – że doskonałość duszy polega na pełnieniu woli Bożej; to prawdziwa pełnia, dla której zostaliśmy stworzeni.
Pogrążona w swej nędzy, nie wiedząc, co zrobić ze wszystkimi swoimi grzechami, zrozumiałam, że Pan przebacza mi wszystko, ponieważ jest On całym dobrem i miłosierdziem. Chcę teraz pozostawić wszystko, by podążać za Bogiem, który zdobył moje serce. To dług miłości, dzięki któremu żyję… chociaż wiem, że za mnie ten dług na zawsze został spłacony. Chcę, żeby moim jedynym Panem był Bóg, a nie pieniądze. Nie mogę służyć dwóm panom. Pan, nasz Bóg, jest jedynym Panem – i On wzywa mnie, bym kochała Go całą sobą.
Niepokój duszy doprowadził mnie do poszukiwania woli Bożej we wspólnotach katolickich, w ramach wolontariatu, planowałem nawet założyć organizację pozarządową… jednak nie mogłam znaleźć pokoju w żadnym z tych projektów. Teraz, idąc za wezwaniem, by ofiarować się Panu w kontemplacyjnym życiu konsekrowanym, odnalazłem pokój serca. Wierzę, że dzięki temu powołaniu będę mogła pomóc wielu ludziom, którzy szukają Boga, nie wiedząc, gdzie i jak Go znaleźć… Kościół i wspólnota sióstr kontemplacyjnych, które mnie przyjmują, dają mi dom, w którym mogę żyć, naśladując Chrystusa we wspólnocie z ewangeliczną prostotą. Zdaję sobie sprawę, że to wielkie ryzyko, że zostawiam wszystko, by wejść do klasztoru… ale życie jest tego warte, kiedy ryzykujesz w poszukiwaniu Dobra. I „wiem, komu zaufałem” (2Tm 1, 12).
Dlatego podjęłam najważniejszą i zarazem najprostszą decyzję w moim życiu. Bez żalu zdecydowałam, że przestanę inwestować w moją ziemską przyszłość i zacznę inwestować w swoją przyszłość dla życia wiecznego. Odtąd opuszczam świat, aby służyć i pełnić wolę Bożą, mając pewność, że miłosierny Pan ponad miarę uzupełni mi brak tego, co dla Niego zostawiam. Chcę poświęcić swoje życie modlitwie i ofierze za wszystkich, których kocha Bóg.
Na koniec chcę przeprosić wszystkich, którym przez lata mogłam sprawić cierpienie, lub tych, którzy mogą w jakikolwiek sposób poczuć się skrzywdzeni przez moją decyzję powołaniową. Dziękuję za modlitwę za mnie. Będę modliła się za was wszystkich.
Niech będzie błogosławiony i uwielbiony Pan na wieki!
Monserrat Medina Martez
(Tłum. za: es.aleteia.org)

Orędzie ojca świętego Franciszka na Wielki Post 2021

 

„Oto idziemy do Jerozolimy…” (Mt 20, 18)

Wielki Post: czas na odnowę wiary, nadziei i miłości

 

Drodzy bracia i siostry,

 

zapowiadając uczniom swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie, aby wypełnić wolę Ojca, Jezus ukazuje im głęboki sens swojej misji i wzywa ich do zjednoczenia się z nią dla zbawienia świata.

 

Podążając wielkopostną drogą, która prowadzi nas do uroczystości wielkanocnych, pamiętajmy o Tym, który „uniżył samego siebie, czyniąc się posłusznym aż do śmierci i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 8). W tym czasie nawrócenia odnówmy naszą wiarę, zaczerpnijmy „żywej wody nadziei” i przyjmijmy z otwartym sercem miłość Boga, która przemienia nas w braci i siostry w Chrystusie. W Noc Paschalną odnowimy przyrzeczenia naszego Chrztu, aby odrodzić się jako nowi mężczyźni i nowe kobiety, dzięki działaniu Ducha Świętego. Jednak sama wielkopostna wędrówka, podobnie jak cała chrześcijańska droga, jest już w całości oświetlona światłem Zmartwychwstania, które ożywia uczucia, postawy i wybory tych, którzy chcą naśladować Chrystusa.

 

Post, modlitwa i jałmużna, przedstawione przez Jezusa w Jego kazaniu (por. Mt 6, 1-18), są warunkami i znakami naszego nawrócenia. Droga ubóstwa i wyrzeczenia (post), spojrzenie i gesty miłości wobec zranionego człowieka (jałmużna) oraz synowski dialog z Ojcem (modlitwa) pozwalają nam wcielić w życie szczerą wiarę, żywą nadzieję i czynną miłość.

 

1. Wiara wzywa nas do przyjęcia Prawdy i do stania się jej świadkami przed Bogiem i przed wszystkimi naszymi braćmi i siostrami.

 

W tym czasie Wielkiego Postu przyjęcie i przeżywanie Prawdy objawionej w Chrystusie oznacza przede wszystkim zgodę na dotknięcie słowem Bożym, które Kościół przekazuje nam z pokolenia na pokolenie. Prawda ta nie jest konstrukcją intelektualną, zarezerwowaną dla nielicznej grupy wybranych, wyższych lub wyróżniających się umysłów, ale jest przesłaniem, które otrzymujemy i możemy zrozumieć dzięki mądrości serca otwartego na wielkość Boga, który nas kocha, zanim sami staniemy się tego świadomi. Tą Prawdą jest sam Chrystus, który przyjmując całkowicie nasze człowieczeństwo uczynił siebie Drogą – wymagającą, ale otwartą dla wszystkich – prowadzącą do pełni życia.

 

Post przeżywany jako doświadczenie wyrzeczenia prowadzi tych, którzy go praktykują w prostocie serca, do ponownego odkrycia daru Bożego i do zrozumienia prawdy o nas, jako stworzonych na Jego obraz i podobieństwo, i znajdujących w Nim spełnienie. Zgadzając się na ubóstwo i doświadczając go, ten kto pości, czyni siebie ubogim z ubogimi i „gromadzi” skarb otrzymanej i dzielonej z innymi miłości. Tak rozumiany i praktykowany post pomaga kochać Boga i bliźniego, ponieważ – jak uczy św. Tomasz z Akwinu – miłość jest poruszeniem, które skupia uwagę na drugim, uważając go „za jedno z samym sobą” (por. Enc. Fratelli tutti, 93).

 

Wielki Post to czas wiary, to znaczy: przyjęcia Boga w naszym życiu i umożliwienia Mu „zamieszkiwania” z nami (por. J 14, 23). Post oznacza uwolnienie naszej egzystencji od wszystkiego, co ją przytłacza, także od przesytu informacji – prawdziwych czy fałszywych – i od dóbr konsumpcyjnych, aby otworzyć drzwi naszego serca dla Tego, który przychodzi do nas ogołocony ze wszystkiego, ale „pełen łaski i prawdy” (J 1, 14): Syna Bożego, Zbawiciela.

 

2. Nadzieja jako “żywa woda”, która pozwala nam kontynuować naszą podróż.

 

Samarytanka, którą Jezus prosi, aby dała Mu się napić przy studni, nie pojmuje, kiedy mówi On, iż może ofiarować jej „żywą wodę” (J 4, 11). Na początku myśli ona naturalnie o zwykłej wodzie, Jezus natomiast ma na myśli Ducha Świętego, którego da w obfitości w Tajemnicy Paschalnej i który obdarowuje nas niezawodną nadzieją. Już w zapowiedzi swojej męki i śmierci Jezus zwiastuje nadzieję, gdy mówi: „a trzeciego dnia zmartwychwstanie” (Mt 20, 19). Jezus mówi nam o przyszłości otwartej na oścież przez miłosierdzie Ojca. Mieć nadzieję z Nim i dzięki Niemu, to wierzyć, że historia nie kończy się na naszych błędach, na naszej przemocy i niesprawiedliwości oraz na grzechu, który Miłość przybija do krzyża. Oznacza to czerpanie ojcowskiego przebaczenia z Jego otwartego serca.

 

W obecnym kontekście niepokoju, w którym żyjemy i w którym wszystko wydaje się kruche i niepewne, mówienie o nadziei może wydawać się prowokacją. Czas Wielkiego Postu jest jednak po to, aby z nadzieją zwrócić nasze spojrzenie ku cierpliwości Boga, który nadal troszczy się o swoje stworzenie, podczas gdy my często traktowaliśmy je źle (por. Enc. Laudato si’, 32-33.43-44). Jest to nadzieja na pojednanie, do którego św. Paweł gorąco nas wzywa: „pojednajcie się z Bogiem” (2 Kor 5, 20). Otrzymując przebaczenie w Sakramencie, który znajduje się w samym centrum naszego procesu nawrócenia, stajemy się z kolei krzewicielami przebaczenia: otrzymawszy je sami, możemy je ofiarować innym poprzez zdolność do prowadzenia troskliwego dialogu i przyjmowania postawy, która daje pociechę poranionym. Boże przebaczenie, także poprzez nasze słowa i gesty, pozwala nam przeżywać Wielkanoc braterstwa.

 

W Wielkim Poście bądźmy bardziej czujni, aby używać „słów otuchy, które koją, umacniają, dają pociechę, które pobudzają, a nie słów, które poniżają, zasmucają, drażnią, gardzą” (Enc. Fratelli tutti, 223). Czasami, by dać nadzieję, wystarczy być „człowiekiem uprzejmym, który odkłada na bok swoje lęki i pośpiech, aby zwrócić na kogoś uwagę, aby podarować uśmiech, aby powiedzieć słowo, które by dodało otuchy, aby umożliwić przestrzeń słuchania pośród wielkiej obojętności” (tamże, 224).

 

W skupieniu i cichej modlitwie, nadzieja jest nam dana jako natchnienie i wewnętrzne światło, które oświeca wyzwania i wybory związane z naszym powołaniem: dlatego istotne jest, aby zebrać się w sobie do modlitwy (por. Mt 6, 6) i spotkać w ukryciu Ojca czułości.

 

Przeżywać Wielki Post z nadzieją oznacza mieć świadomość, że w Jezusie Chrystusie jesteśmy świadkami nowego czasu, w którym Bóg „czyni wszystko nowym” (por. Ap 21, 1-6). Oznacza, że mamy udział w nadziei Chrystusa, który oddaje swoje życie na krzyżu i którego Bóg wskrzesza trzeciego dnia, „zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od [nas] uzasadnienia tej nadziei, która w [nas] jest” (1 P 3, 15).

 

3. Miłość, przeżywana jako naśladowanie Chrystusa, z uwagą i współczuciem dla każdego, jest najwyższym wyrazem naszej wiary i nadziei.

 

Miłość cieszy się, widząc kiedy inny wzrasta. Oto, dlaczego cierpi, gdy bliźni jest w udręce: samotny, chory, bezdomny, pogardzany, w potrzebie... Miłość jest porywem serca, który sprawia, że przekraczamy samych siebie i który stwarza więź wzajemnego dzielenia się i komunii.

 

„Zaczynając od «miłości społecznej», można podążać w kierunku cywilizacji miłości, do której wszyscy możemy czuć się powołani. Miłość, z jej uniwersalnym dynamizmem, może budować nowy świat, ponieważ nie jest uczuciem jałowym, ale najlepszym sposobem na osiągnięcie skutecznych dróg rozwoju dla wszystkich” (Enc. Fratelli tutti, 183).

 

Miłość jest darem, który nadaje sens naszemu życiu i dzięki któremu ludzi pozbawionych środków do życia uważamy za członków naszej rodziny, przyjaciół i braci. Niewiele, jeśli jest dzielone z miłością, nigdy się nie kończy, ale staje się rezerwą życia i szczęścia. Tak było z mąką i oliwą wdowy w Sarepcie, która ofiarowuje podpłomyk prorokowi Eliaszowi (por. 1 Krl 17, 7-16); oraz z bochenkami, które Jezus błogosławi, łamie i daje uczniom, aby rozdawali tłumom (por. Mk 6, 34-44). Tak dzieje się z naszą jałmużną, małą czy dużą, ofiarowaną z radością i prostotą.

 

Przeżywanie Wielkiego Postu miłości oznacza opiekę nad tymi, którzy cierpią, są opuszczeni lub udręczeni z powodu pandemii Covid-19. W kontekście wielkiej niepewności jutra, pamiętając o słowie skierowanym przez Boga do swego Sługi: „Nie lękaj się, bo cię wykupiłem” (Iz 43, 1), ofiarujmy wraz z naszym gestem miłości słowo ufności, i sprawmy, by bliźni poczuł się kochany przez Boga jak dziecko.

 

„Tylko spojrzenie, którego perspektywa została przekształcona miłością, prowadzi do pojęcia godności drugiego człowieka; ubodzy są uznani i docenieni w ich niezmiernej godności, poszanowani w swoim własnym stylu i kulturze, a zatem prawdziwie włączeni w społeczeństwo” (Enc. Fratelli tutti, 187).

 

Drodzy bracia i siostry, każdy etap życia jest czasem wiary, nadziei i miłości. To wezwanie do przeżywania Wielkiego Postu jako drogi nawrócenia, modlitwy i dzielenia się naszymi dobrami, niech nam pomoże powrócić naszą osobistą i wspólnotową pamięcią do tej wiary, która pochodzi od żywego Chrystusa, do nadziei ożywionej tchnieniem Ducha Świętego i do miłości, której niewyczerpanym źródłem jest miłosierne serce Ojca.

 

Niech Maryja, Matka Zbawiciela, trwająca wiernie u stóp krzyża i w sercu Kościoła, wspiera nas swoją troskliwą obecnością, a błogosławieństwo Zmartwychwstałego niech towarzyszy nam w naszej wędrówce ku światłu Wielkiej Nocy.

 

Rzym, u Świętego Jana na Lateranie, 11 listopada 2020 r., we wspomnienie św. Marcina z Tours

 

Franciszek

vatican.va / Watykan

Na początek Wielkiego Postu                      17. 02.2021.

 

Dziś, w Środę Popielcową, rozpoczynamy święte „czterdzieści dni wielkanocnej pokuty” - taka jest  od ostatniego Soboru oficjalna nazwa liturgicznego okresu, zwanego dawniej Wielkim Postem. Mają one służyć przygotowaniu na świętowanie  cierpienia, śmierci i zmartwychwstania naszego Pana w Wielkanoc.

 

Posypanie głów popiołem na początku tego okresu nawiązuje do przyjmowania grzeszników do stanu pokutników. W Galii, wspominając wypędzenie pierwszych rodziców z raju, wypraszano owych publicznych grzeszników z kościoła, musieli założyć pokutny strój i posypywano ich głowy popiołem. Owa publiczna pokuta zanikła pod koniec pierwszego tysiąclecia, ale obrzęd popiołu zachował się do dzisiaj. Tym obrzędem zaczynamy Wielki Post nie tylko jako czas postu dla ciała, lecz także jako duchowe nawrócenie, czyli zwrot ku Bogu - poprzez modlitwę i czyny miłości. W ten sposób wielkanocny czas pokuty staje się „dorocznymi rekolekcjami ludu Bożego”.

 

Kościół wzywa nas słowami proroka Joela: „Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty”.  Przed Bogiem grzesznikami jesteśmy w jakiejś mierze wszyscy - jako jednostki, jako grupy społeczne, jako naród. Każdy grzech  ma zawsze także wymiar społeczny. W naszej Ojczyźnie zagnieździło się wiele zła, które wprawdzie w dużej mierze pochodzi w neoliberalnych, neomarksistowskich i genderowskich ideologii, ale współwinne w ich akceptacji i zauroczeniu są także błędy wychowawcze w rodzinie, zaniedbania w duszpasterstwie i grzechy ludzi  Kościoła, zwłaszcza kleru.  

Na nawrócenie nie jest nigdy za późno. Nadszedł czas na refleksję, samokrytykę, zrozumienie błędów, nawrócenie – czyli na zmianę sposobu myślenia poprzez przyjęcie kategorii i opcji Boga-Stwórcy i ducha Ewangelii Jezusa Chrystusa i na stosowną pokutę.

 

„Rozdzierającą serce” nauką rekolekcyjną  może być zamieszczony w „Gościu Niedzielnym” tekst ks. prof. Jerzego Szymika – wybitnego teologa, pisarza, poety (autor kilkudziesięciu książek i tomów wierszy), profesora Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (uprzednio przez 20 lat w KUL w Lublinie), byłego Członka Papieskiej Akademii Teologicznej.

 

Życzę z serca owocującej nawróceniem i dziełami pokuty błogosławionej lektury!

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

 *   *   *   *   *

 

        Jeszcze o rewolucji październikowej

 

Nie wystarczą konsternacja i oburzenie. Nie wolno też złem wypalać zła. To byłaby anty-ewangelia. Musi chodzić o autentyczne dobro tych kobiet.

 

Pięć październikowych wieczorów (23–27) roku 2020 spędziłem pod katowicką katedrą, z różańcem, notesem i maseczką, stojąc wśród hordy hunwejbinek (nieco z boku, zachowując dystans społeczny). Oglądałem dosłowną ilustrację tezy, że szatan jest knajackim przedrzeźniaczem Boga, a zło rynsztokową antytezą dobra. 

Pod wyrytym nad kolumnadą katedry Soli Deo honor et gloria ustawiono na schodach wielki baner „Wy….....ć”. Miejsce gromadzące kilkutysięczne zgromadzenia śpiewającej młodzieży (Niedziela Palmowa, Dni Wspólnoty Ruchu Światło–Życie) było okupowane przez kilkutysięczny tłum piszczącej (85 proc. stanowiły młode kobiety) wulgaryzmy młodzieży. Jak na oazach: wyraźna przewaga dziewczyn, ale przybyłych nie z wyżyn, z górskich rekolekcji, ale z dołu, z czeluści. Na placu przed katedrą, tam, gdzie podczas oazowych dni wspólnoty widnieją napisy „Jaworzynka” i „Koniaków”, teraz widniały napisy „j…ć” i „To jest wojna”. Zamiast homilii arcybiskupa słuchali wulgarnego kazania Kamila Durczoka. Zamiast palm trzymali ohydne kartony. 

 

Powtórzył się Wielki Tydzień: od Hosanna do Ukrzyżuj go. Bo żądanie mordowania najmniejszych jest żądaniem mordowania Jezusa („co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”, Mt 25,40).

 

Twarze jak z Hieronima Boscha. Nad nimi kłęby dymu (25 proc. nastolatków pali e-papierosy). W sieci bluźnierczy pastisz refrenu Ps 23: „Oprócz aborcji nie brak mi niczego”, a oazowe piosenki zastąpione przyśpiewkami typu „hej, hej, hej, aborcja jest okej”. Na oko: córki metropolitalnej (górnośląsko-zagłębiowskiej) klasy średniej; typ dwudziestolatki spotykanej na katowickich ulicach wieczorami, prowadzonej na dwóch smyczach: psa i smartfona. Ogromnie żal tych dziewczyn, pięknych kobiet z perspektywami szczęścia, wykształcenia, dobra, miłości. 

 

Ale to nie tylko internety, jak się zwykło mówić, ale dużo głębiej: gigantyczna erozja rodziny, kryzys edukacji, kult kariery i pieniądza, kultura total(itar)nie zdominowana przez lewacką ideologię. Grzechy i kryzysy Kościoła. I niech nas nie zmylą głosy relatywizujące to wydarzenie, że niby frustracja okołocovidowa, że brak imprez itp. Nie, pod spodem jest piekielny deal: pójście na służbę mordowaniu (papież Franciszek: „Problemów życiowych nie rozwiązuje się przez wynajęcie płatnego zabójcy”) i najstraszliwsze tego skutki. Skojarzenia z runą Sieg – oczywiste.

 

„Demon ze swej istoty jest gniewem”, pisał Ewagriusz z Pontu. „Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Ulituj się, Panie…”, prosiła Jezusa poganka (Mt 15,22). „Widziałem szatana, spadającego z nieba jak błyskawica”, rzekł uczniom Jezus (Łk 10,18). 

Co robić? Nie udawać, że nic się nie stało. Nie wystarczą konsternacja i oburzenie. Nie wolno też złem wypalać zła. To byłaby antyewangelia. Musi chodzić o autentyczne dobro tych kobiet.

 

Mam skromną, ale mocną propozycję skierowaną do obecnych tam fizycznie i duchowo katoliczek: ochrzczonych, praktykujących bądź nie, katechizowanych teraz bądź kiedyś, oazowiczek (tak, niestety), sakramentalnych mężatek. Mówię do was z całą miłością i mądrością, na jakie mnie stać: nawróćcie się. Idzie Wielki Post. Jesteście młode, nie jest za późno. Zatrzymajcie się, zawróćcie, ta droga prowadzi do przepaści. Wasze zbawienie jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Jeśli brałyście lub bierzecie udział w „pokojowych protestach”, skończcie z tym. Idźcie do spowiedzi, wyznajcie ten ciężki grzech (jakakolwiek świadoma forma popierania zabijania nienarodzonych i relatywizacji tego czynu jest grzechem ciężkim), żałujcie zań. Bóg Wam wybaczy. Jeśli publicznie pokazujecie się z błyskawicą (internet, maseczka, jakkolwiek) – wymażcie ją. Wróćcie do sakramentów, do pokoju z Bogiem. Jeśli nie miałyście jasnej świadomości tego, co robicie, to miejcie. Przyznanie się do błędu (głupoty, zła, grzechu) kosztuje (wiem, jestem grzesznikiem), ale się niepomiernie opłaca.

 

Domaganie się aborcji „na życzenie” (główny postulat Strajku Kobiet) pod katedrą Chrystusa Króla z wiarą w Boga pogodzić się nie da. „Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo” – błaga św. Paweł. I pyta: „Jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem [synonim Antychrysta] lub wierzącego z niewiernym?” (2 Kor 6,14-16). Żąda twardo: „Niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważanie – wraz z wszelką złością” (Ef 4,31). I bądźmy wdzięczni za łaskę wiary, która jest jedynym pewnym kompasem w trudnym czasie. Nie manipulujmy nią, dostosowując ją do naszych ciemnych żądz. Tylko niezmienna wiara Kościoła nas opamięta, skrytykuje, oczyści i zmieni. I dostarczy kryteriów, jak żyć. 

 

ks. Jerzy Szymik

„Gość Niedzielny”, 14. 02. 2020.

Na Światowy Dzień Chorych – 11.02.2021

Solidarność Jezusa z chorymi i cierpiącymi

Jezus objawiając Boga jako Miłość był zarazem osobowym zaprzeczeniem bierności wobec cierpienia. On przechodzi przez świat „dobrze czyniąc” (Dz 10, 38), a ta dobroć Jego czynów uwydatnia się przede wszystkim w aktywnej postawie wobec rozmaitych przejawów cierpienia. W stosunku do chorych Jezus jest lekarzem i terapeutą. Tradycja starochrześcijańska mówiła o Nim jako „jedynym Lekarzu” lub „Lekarzu ludzkości zdolnym wszystko uleczyć” (Klemens Aleksandryjski). 

Jezus dwa razy mówi wprost o sobie jako o lekarzu. W synagodze w Nazarecie swoim współziomkom, którzy mają trudności w uwierzenie w Niego, cytuje przysłowie: „Lekarzu, ulecz samego siebie” (Łk 4, 23). A faryzeuszom zarzucającym Mu, że przyjmuje zaproszenie od grzeszników, odpowiada: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci którzy się źle mają” (Łk 5, 31). Jest to bardzo znacząca wypowiedź, bo w niej Jezus całe swoje postępowanie ujmuje w kategorii leczenia człowieka. Jezus uzdrawia wprawdzie chorych, ale główną chorobą, którą chce leczyć nie należy do porządku fizycznego, ani psychicznego, to choroba duszy – grzech, który niszczy człowieka.

 Życie Jezusa w znacznej mierze polega na kontaktach z chorymi. Dokądkolwiek idzie – od rana do wieczora jest oblegany przez kaleki i chorych. Żyje w ich świecie, przejmuje się ich sytuacją, bierze niejako na siebie zło, które chce usunąć. Tak to rozumie Ewangelista Mateusz, który relację o tym, jak Jezus uzdrawiał wszystkich, których do Niego przyprowadzano, kończy słowami: „ Wszystkich chorych uzdrowił. Tak to spełniło się słowo proroka Izajasza: On to wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby (Mt 8, 17).

Jezusa moc uzdrawiania chorych jest nierozłączna z Jego współczuciem. Uzdrowienia, walka z chorobą ciała – to wszystko jest dla Jezusa jakby symbolem jeszcze ważniejszego posłannictwa – leczenia duszy.

Uzdrawiając chorych, Jezus burzy najpierw ów dystans, który zbudowało społeczeństwo, izolując chorych. On idzie do chorych, opętanych, odrzuconych, wykluczonych z życia społecznego, pochyla się nad nimi, rozmawia z tymi, którymi inni gardzą, dotyka „nieczystych”. Pokonuje też „duchowy paraliż” chorego, wyzwala go z jego przerażenia i strachu, patrzy na niego z pełnym miłości wzrokiem i ze współczuciem pociesza. A przede wszystkim uzdrawia chorych – jest lekarzem i terapeutą. Wypędza złe duchy, czyli zwalcza konkretną chorobę, którą według wyobrażeń tamtych czasów przypisywano złym mocom: „Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. (Mk 1, 32-34)

Bardzo ważne jest również to, że Jezus odrzuca jednoznacznie powszechne dawniej przekonanie o związku cierpienia i choroby z grzechem. Według Ewangelisty Jana uczniowie, których myślenie naznaczone jest w tym zakresie tradycyjną kategorią „zemsty Boga”, pytają Jezusa w odniesieniu do niewidomego od urodzenia: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?”. Odpowiedź Jezusa jest jednoznaczna: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże.” (J 8, 2-3)

Jezus dokonuje zasadniczego przewrotu. Spontaniczną reakcją Jemu współczesnych na chorobę jest zwrot ku przeszłości, próba wyjaśnienia jej przez ukryty grzech. Natomiast Jezus zwraca się ku przyszłości, pyta jaki jest cel tej choroby i co powinno z niej wynikać – oczywiście chwała Boża! Chorobę należy zatem leczyć, aby uwielbić Boga. Nie znaczy to oczywiście, że Bóg chce i potrzebuje choroby dla swych celów, wręcz przeciwnie, czyny Jezusa wskazują, że chwała Boża nie objawia się w chorobie, lecz w wyzdrowieniu.

Jezus zrywa zatem zdecydowanie i raz na zawsze z myśleniem o chorobie jako zemście i karze Boga za grzech. Wszyscy są grzesznikami i wszyscy potrzebują nawrócenia. Słowa Jezusa: „aby się na nim objawiły sprawy Boże” znaczą, że na chorych, ułomnych, niepełnosprawnych Bóg chce pokazać swą moc, bo człowiek chory w szczególny sposób uwidacznia i reprezentuje podstawową sytuację człowieka potrzebującego zbawienia. To, że w tym konkretnym uzdrowieniu występuje człowiek niewidomy od urodzenia, jest szczególnie znaczące; w następującej potem rozmowie z faryzeuszami oraz w zdolności widzenia i w ślepocie ukazuje się głębszy wymiar tego znaku: ślepi są ci, co widzą, bo zamykają się w swej zatwardziałości serca i w skostniałym dogmatyzmie, a naprawdę widzącym jest ów niewidomy, ponieważ on otworzył się, „przejrzał” wewnętrznie w wierze. Cielesne uzdrowienie wskazuje tu na integralne uzdrowienie człowieka. 

Tę samą wymowę ma uzdrowienie paralityka (spuszczonego przed Jezusa przez otwór w dachu), które zostało poprzedzone odpuszczeniem jego grzechów. Gdy Jezus ujrzał wiarę przyjaciół chorego, powiedział: „Synu, odpuszczają Ci się twoje grzechy”. Słowa te nie oznaczają odmowy uzdrowienia, lecz wskazują na to, co jest istotne. Zdziwionym czy zgorszonym faktem, że odpuszcza grzechy, a to leży przecież tylko w gestii Boga, mówi krótko: „Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu!” (Mk 2, 1-10).

W znaku uzdrowienia i w słowach wskazuje Jezus, że między tymi dwoma czynami istnieje związek. Uzdrowienie z choroby jest nie tylko obrazem przebaczenia grzechów, lecz przede wszystkim jego następstwem, ukoronowaniem. Stąd wynika, że kto otrzymuje od Jezusa (Boga) przebaczenia grzechów, ten przeżywa głęboką przemianę wewnętrzna, która pozostawi w nim ślad, mianowicie doświadczy na sobie uzdrawiającej i ożywiającej mocy Boga.

Człowiek chory jest tak ważny dla Jezusa, że dla jego dobra łamie On święte dla Izraelitów prawo szabatu i w szabat uzdrawia. Woła zepchniętego na tyły synagogi człowieka z uschniętą ręką i każe mu stanąć „na środku”. Jest szabat, każda czynność jest zakazana. Prowokacyjne jest pytanie Jezusa, co jest w szabat dozwolone: dobro czynić, czy wybrać zło, życie ocalić czy zabić? Jednoznacznie narzuca się odpowiedź w sensie pierwszym. Bo kiedy ma się możność uzdrowić, „życie ocalić”, byłoby zbrodnią nic nie uczynić  w tym kierunku. Ale odpowiedzią przeciwników jest mur milczenia. I dlatego Jezus, „spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca”, uzdrowił tego chorego, a jego wrogowie postanowili Go zgładzić (Mk 3, 1-6).

Także kobieta od wielu lat nisko pochylona ku ziemi zostaje uzdrowiona w szabat, aby „wyprostowana” mogła chwalić Boga; reakcją jest znowu oburzenie przełożonego synagogi (Lk 13, 10-17). Podobnie jest z uzdrowionym w szabat paralitykiem przy sadzawce Owczej (J 5, 1-18).

Jezus okazuje chorym zawsze głęboki respekt, a po uzdrowieniu włącza ich ponownie do społeczności. Choroba bowiem wyklucza z niej człowieka, a chory uleczony odnajduje w niej znowu swoje miejsce. Dla Jezusa uzdrowić, to znaczy włączyć kogoś z powrotem do wspólnoty: pochylona kobieta jest przecież mimo jej cierpienia „córką Abrahama”; paralityk znajduje w Jezusie współczującego człowieka, który wyrywa go z izolacji. Szabat – poprzez uzdrawiający gest Jezusa w tym właśnie dniu – staje się znowu znakiem „zbawionego przez Boga świata”, znakiem, który dziejom cierpienia człowieka i świata nadaje nowy sens.

Jezus szuka demonstracyjnie ludzi zepchniętych na margines społeczności, którzy - nieraz fizycznie zdrowi - religijnie i społecznie zostali odrzuceni i okazywano im tylko pogardę. Odpowiedzią Jezusa na chorobę jest jego wysiłek, by chorym pomóc i współ-dźwigać ich chorobę – „On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby” (Mt 8, 17). Reakcją Jezusa na izolację i osamotnienie jest wezwanie do wspólnoty stołu i do ofiary (oddania się w służbie dla bliźnich), także do ofiary z życia. On łamie bariery ówczesnego socjalnego prawodawstwa i ucztuje – a także poleca ucztować - z biednymi, ułomnymi, niewidomymi, chromymi, grzesznikami (Łk 14, 13).

Ks. Jerzy Grześkowiak

Czyżby Duch Święty odszedł z tego kraju?...

Świętokradzkie ataki na pomniki Chrystusa i obrazy Maryi, dewastowanie pomników Jana Pawła II i tzw. „odjanopawlanie Polski”, wojujące kobiety na ulicach,  wulgarne okrzyki, wrogie życiu dzieci w łonie matek transparenty jak „Aborcja na żądanie”, wrzaski „Hej, hej, aborcja jest okey!”, brutalne niszczenie plakatów ukazujących dziecko poczęte pod sercem mamy, wdzieranie się do kościołów z okrzykami w czasie świętych obrzędów, dewastacje elewacji świątyń, szydercze przeinaczanie treści naszych pięknych polskich kolęd…  Oto tylko kilka obrazów nikczemności, grozy, podłości, zdziczenia, paroksyzmów zła na ulicach polskich miast w ostatnich miesiącach.

Dziś dla duchowego relaksu sięgnąłem znowu do poezji Ernesta Brylla i  znalazłem coś, co proponuję  jako medytację dnia i jako „modlitwę za Ojczyznę”, a mianowicie jego wiersz pisany zapewne przed co najmniej 15 laty, a zda się, że dopiero wczoraj!

 

Czyżby Duch Święty odszedł z tego kraju

Czy tylko stulił skrzydła i siebie zataił

I czeka – czy po tańcu zielonoświątkowym

Kiedy nam nagle spełzły płomienie nad głową

Kiedy miast prorokować w przeróżnych językach

To nawet w swoim własnym gęba się zamyka

Kiedy po wielkim świetle, co było nam dane

Świat nas wyśmiewa jak bandę pijanych…

- Czy teraz właśnie – Gdy jesteśmy sami

I ciemność się nad nami z hukiem zatrzasnęła

Uwierzymy w to światło, co wiało nad nami

Że jeśli pali się iskra. Nigdy nie zginęło…

 

Czyżby Duch Święty odszedł z tego kraju

Czy tylko stulił skrzydła i siebie zataił?

 

Ernest Bryll, Nie proszę o wielkie znaki, Warszawa 2002, s. 277.

   *   *    *

Godność kobiety

Drugi tekst pochodzący od ks. kard. Stefana Wyszyńskiego dedykuję wszystkim

polskim kobietom (zwłaszcza tym ze „Strajku kobiet”) i mężczyznom. W czasie pobytu na odosobnieniu w  klasztorze w Komańczy ks. Kardynał Prymas pod datą 8 grudnia 1955 roku (święto Niepokalanego Poczęcia Najśw. Maryi Panny) w swoim pamiętniku zapisał słowa:

 

„Z woli Bożej jestem znowu wśród gromady kobiet. 

Zapamiętaj sobie: Ilekroć wchodzi do twojego pokoju kobieta, zawsze wstań. Chociaż byłbyś najbardziej zajęty. Wstań bez względu na to, czy weszła Siostra Przełożona, czy Siostra Kleofasa, która pali w piecu. Pamiętaj, że przypomina ci ona zawsze Służebnicę Pańską, na imię której Kościół wstaje. Pamiętaj, że w ten sposób płacisz dług czci twojej Niepokalanej Matce, z którą ściślej jest związana ta niewiasta niż ty. W ten sposób płacisz dług wobec tej rodzonej matki która ci usłużyła własną krwią i własnym ciałem. Wstań i nie ociągaj się! Pokonaj twą męską wyniosłość i władzę. Wstań nawet wtedy, gdyby weszła najpiękniejsza z Magdalen. Dopiero wtedy będziesz naśladować twego Mistrza, który wstał z tronu po prawicy Ojca, by wstąpić do Służebnicy Pańskiej. Wtedy dopiero będziesz naśladował Ojca Stworzyciela, który Ewie na pomoc przysłał Maryję. Wstań bez zwłoki. Dobrze ci to zrobi”

(Drogocenne słowa. Wybór rekolekcji wygłoszonych podczas Warszawskiej Pielgrzymki Pieszej na Jasna Górę w latach 1976-1989, Bydgoszcz 2015, s. 122-123).

Ks. Jerzy Grześkowiak

Listy pisane w jaskiniach

Dlaczego dla pierwszych ludzi było ważne, aby wejść do mrocznej jaskimi i  zostawić tam swój artystyczny ślad?

Genevieve von Petzinger jest paleoantropologiem, specjalizującym się w malowidłach naskalnych. Jej książka „Pierwsze znaki” (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018, ss.336) to z jednej strony dziennik z różnych wypraw, a z drugiej – fascynujące rozważanie naukowe podane w bardzo przystępnej formie.

Autorka odkryła 32 znaki – kropki, trójkąty, obrysy dłoni – które występują na terenie całej Europy. Wydawać by się mogło, że istniał jakiś rodzaj prajęzyka a może raczej pra-pisma, które było rozumiane przez naszych jaskiniowych przodków. Dzisiaj stoimy zagubieni wpatrując się w naskalne listy.

Ulubionym kolorem naszych przodków był czerwony, często jasnoczerwony.

W tematyce króluje życie, choć nieustannie myśli się o śmierci.

Zwierzęta przedstawione są bardzo dokładnie, a zarazem drzemią w nich pokłady emocji: jeleń podczas rykowiska, stado rączych koni – zdaje się, że możemy położyć na nich dłoń, a malowidła ożyją.

Z kolei ludzkie postacie narysowane zostały bardzo schematycznie. Ledwie zarysowane członki, okrągła głowa, ale bez twarzy. Czy twarz stanowiła niewyrażalną tajemnicę? 

Widzimy postacie męskie i kobiece. Nie ma dzieci, choć analizując wysokość malowideł i obrysy dłoni, przekonamy się, że malowanie w jaskini było zajęciem rodzinnym. Widzimy wreszcie żubry, jelenie, mamuty, ale żadnej roślinności.

Fascynujące jest to poszukiwanie śladów twórczości naszych pra-przodków i ich interpretacja.

J.G.

 Święto Ofiarowania Pańskiego                 02.02.2021

 

Pan przychodzi, chociaż nań trzeba długo czekać, 

przychodzi, chociażbyśmy postarzeli się jak Anna 

i posiwieli jak Symeon -  

ale czekać nań musimy w Jego domu.

Soeren Kierkegaard

 

Wielki Dante powiedział: „Z raju pozostały nam trzy rzeczy: gwiazdy, kwiaty i dzieci.” Dzieci są darem Boga. Dziecko należy w pierwszym rzędzie nie do rodziców, lecz do Boga, jak każdy człowiek jest Jego „własnością”. Tę prawdę akcentuje Święto „Ofiarowania Pana” (celebrowane 2 lutego). Sięga ono korzeniami czasów wyjścia Ludu Wybranego z Egiptu. Od tamtego wydarzenia w zbiorowej świadomości Izraela każdy pierworodny syn był własnością Boga i dlatego świętym obowiązkiem rodziców było ofiarować go Jemu w świątyni, czyli „przedstawić”, i przez ofiarę pieniężną od Boga wykupić. Prawo nic nie mówiło o obecności niemowlęcia w świątyni, ale wszyscy pobożni Żydzi, zgodnie ze zwyczajem, zjawiali się przed kapłanem ze swoją pociechą. Z tym obrzędem związany był drugi: kobieta, która po urodzeniu dziecka uchodziła według prawa i zwyczaju za „nieczystą”, przekazywała kapłanowi owcę lub gołębie jako ofiarę oczyszczenia. 

Ewangelista Łukasz opisuje szczegółowo, jak podczas przedstawiania Jezusa w świątyni dwoje staruszków Symeon i prorokini Anna w tym dziecku rozpoznają Mesjasza przepowiadając zarazem Jego przyszłość. W tych dwojga Lud Boży Starego Testamentu spotyka się ze Zbawicielem. Stąd to święto w Kościołach Wschodu nosi nazwę Hypapante tzn. „Spotkanie” (po łacinie occursus lub obvictio) i należało do świąt chrystologicznych. Na Zachodzie nosiło nazwę „Oczyszczenie” (Purificatio) i należało do świąt maryjnych. W Jerozolimie w końcu IV wieku obchodzono je niezwykle uroczyście. W Dzienniku podróży Eterii czytamy:

„Tego dnia procesja udaje się do Anastasis (kościoła Zmartwychwstania) i wszyscy w niej biorą udział. Wszystko odbywa się jak zwykle z największą radością, jak na Wielkanoc. Wszyscy kapłani i biskup zawsze głoszą kazania o tych słowach Ewangelii, jak to czterdziestego dnia Józef i Maryja zanieśli Pana do świątyni, jak Go ujrzał Symeon i Anna prorokini.”.

Kantyk Symeona „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju” jest stałym elementem wieczornej modlitwy Kościoła (kompleta).  Tradycyjna polska nazwa tego święta „Matki Bożej Gromnicznej” (oficjalnie aż do soborowej reformy liturgii) wiąże się z procesją ze świecami, znaną w Rzymie już w V wieku, a wprowadzoną w miejsce pogańskiej procesji pokutnej. Poświęcanie świec i ich światło przypominają słowa, którymi Symeon Dziecię Jezus określił jako „Światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. 

Święto Przedstawienia Pana w świątyni kontynuuje orędzie świąt Bożego Narodzenia o przyjściu Boga do świata, o Jego światłości przenikającej ciemności doczesne, o spotkaniu Boga z człowiekiem i ukazuje program przyszłej publicznej działalności Jezusa: Pan przychodzi z mocą i chwałą, by otworzyć serca i oczy ludzi i głosić Królestwo Boże. Pan przychodzi „do swojej własności”, do ludzkości, a zatem wydarza się to, co Kościół na Wschodzie określił jako „Spotkanie”.

  • Spotkanie profanum i sacrum

Józef i Maryja przynoszą do świątyni jerozolimskiej Dziecię Jezus. Już w tym prostym wydarzeniu realizuje się głębokie w treści spotkanie. Nowonarodzone Dziecię reprezentuje porządek stworzenia, stawania się i przemijania życia w naturze i przyrodzie - świątynia reprezentuje inną rzeczywistość, a mianowicie świat Boży. W obrzędzie przedstawienia Jezusa w świątyni dokonuje się spotkanie ukazujące, do czego jest wezwana natura, życie jako takie i życie człowieka. Całe stworzenie jest powołane do jakiejś pełni, a człowiek do powrotu do ojczyzny i wiecznej wspólnoty z Bogiem. W spotkaniu Nowonarodzonego ze świątynią, którą Syn Boży bierze w posiadanie i uświęca swoim nawiedzeniem, uwidacznia się to, co Jezus później wyrazi w przypowieściach i w cudach: powołanie ludzi do godności dzieci Bożych i do uczestnictwa w Bożym Królestwie.

Spotkanie Dziecięcia Jezus ze świątynią Boga nie jest jedynie spotkaniem sfery Boskiej i ludzkiej, lecz także spotkaniem „dawnego z nowym”, spotkaniem tętniącej mesjańskimi obietnicami proroków religii Izraela z Tym, który przynosi spełnienie wszystkich tęsknot. 

  • Spotkanie pokoleń.

W świątyni jerozolimskiej dochodzi do wzruszającego spotkania trzech pokoleń. Przybywa tu Dziecię Jezus - niesione przez matkę Maryję i opiekuna Józefa, by Go ofiarować Bogu i aby spotkać dwoje staruszków od wielu lat czekających na tę chwilę, którzy „pod natchnieniem Ducha” pojawiają się w tej świątyni.

Maryja przedstawiając uroczyście w świątyni Bogu Jego Jedynego – i swego zarazem – Syna, oddaje go także w ręce ludzi - ludzi dobrych, godnych, miłujących. Przed rękoma zbrodniczego Heroda będzie później broniła swe Dziecię uciekając aż do Egiptu. Ale świątobliwym staruszkom może zawierzyć swój Skarb i Skarb całej ludzkości.

Symeon i Anna to dwoje bardzo starych już ludzi, którzy jednak w sercu pozostali młodzi, bo nie pozwolili, by nadzieje i oczekiwania Izraela w nich umarły. To oni – pobożni i gorliwi, czujni słudzy Pana Zastępów - są symbolem i uosobieniem parowiekowych oczekiwań całego narodu, to oni reprezentują Lud Wybrany oczekujący Mesjasza Bożego.

Jeżeli uważnie przyjrzymy się twarzom starszych osób, musimy zauważyć, że u niektórych znikła nadzieja, a w serca wkradła się rezygnacja. Życie ich zawiodło i uczyniło zgorzkniałymi, są zmęczeni i niczego już nie oczekują. Nie mają wizji. Żyło się dla czegoś, a teraz okazuje się, że to wszystko niewiele warte, nie stanowi żadnego fundamentu.

Symeon i Anna stoją na granicy kończącego się życia. Ale mimo spowodowanych wiekiem ułomności są szczęśliwi, bo przez całe życie czekali na „więcej”, co ich motywowało, wypełniało i dźwigało. Ich cierpliwość zostaje nagrodzona. „Oczekiwane” zostaje pod koniec życia dosłownie złożone w ich ręce: to małe Dziecko, którego zbawcze znaczenie rozpoznają patrząc na Nie oczami wiary.

Głęboko wzruszający jest ten obraz: starzec z niemowlęciem w ramionach. Kończące się życie obejmuje Życie dopiero się rozpoczynające. Z tej czułej bliskości rodzą się niezapomniane słowa: 

„Teraz, o Władco, 

pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, 

według Twojego słowa. 

Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, 

któreś przygotował wobec wszystkich narodów: 

światło na oświecenie pogan 

i chwałę ludu Twego, Izraela.” (Łk 2,29-32)

„Moje oczy ujrzały zbawienie”. Dla Symeona – światło, chwała, szczęście. Bo może widzieć to, czego oczekiwał przez wszystkie dni, mając oczy otwarte na to, co ukryte, co jest pod powierzchnią rzeczy.  To niemowlę jest Mesjaszem. Mesjasz o wiele „mniejszy” niż oczekiwano.  Przychodzący jako czułość, delikatność, „z rączkami i nóżkami”, z młodziutką twarzyczką dziecka. Dla Symeona to spotkanie pod koniec życia jest zarazem celem jego życia. Teraz może spokojnie iść ku przyszłości, prowadzony przez to Dziecko, pocieszony i bez lęku przed śmiercią. Ponieważ mógł wziąć w ramiona Życie, może się teraz z tym doczesnym życiem pożegnać.

Obecność Boga otwiera na życie. Trzeba tylko dokładnie i uważnie patrzeć. Jak często Jego przychodzenie w nasze życie jest takie niepozorne, mniej odczuwalne niż byśmy chcieli. Bóg przychodzi na ogół nie w spektakularnych i doniosłych wydarzeniach, lecz w czymś „małym”, bardzo prostym, zwyczajnym, nieraz błahym.

  • Spotkanie Ludu Bożego i pogan.

Spotkanie w świątyni jerozolimskiej w swej symbolice wykracza daleko poza ramy religii Izraelitów. Spełnienie tęsknot Izraela jest także potężnym strumieniem światła dla świata pogańskiego. Jako „światło na oświecenie pogan” - jak prorokuje Symeon - jest wielkim znakiem nadziei na spotkanie wierzących z dotąd niewierzącymi i na pojednanie. Światło jest wielkim darem, który Mesjasz przynosi na świat, aby go prześwietlić i odnowić. Przewodnikiem Izraela – Ludu Pierwszego Przymierza - był słup ognia jako znak obecności Niewidzialnego Jahwe. Przewodnikiem dla Ludu Nowego Przymierza będzie światło Jezusa.

Właśnie dzisiaj, gdy często w imieniu obrony własnej kultury i religii na nowo wznosi się – jak mniemano już przezwyciężone bariery i mury – i w lęku przed tym, co obce i nieznane, podsycana jest niechęć lub nawet wrogość wobec inaczej wierzących, i na nowo wybuchają spory religijne i międzywyznaniowe, słowa Symeona o „świetle na oświecenia pogan” są wezwaniem do dialogu, spotkania i pojednania, do nadziei na wspólną przyszłość w wierze. Tym samym święto spotkania Jezusa jest zaproszeniem skierowanym do chrześcijan wszystkich wyznań i do wszystkich ludzi dobrej woli. Symeon podkreśla tę uniwersalność: „Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów”

Wydarzenie w świątyni jerozolimskiej pokazuje, jak międzyludzkie spotkanie może wiele zmienić w życiu, sprowadzić je na całkiem nowe tory – tak w sensie pozytywnym jak negatywnym. Zaskakujące odwiedziny bliskiego zaufanego człowieka przynoszą radość. Ale są też złe spotkania – owocujące cierpieniem i łzami, np. z ludźmi, którzy innych oczerniają i zniesławiają, kogoś wykluczają, z których ust padają słowa upokarzające i raniące. Jezus pragnie, byśmy służyli nie ciemności, lecz światłu, byli światłem dla drugich, bo wtedy dajemy świadectwo Jemu samemu.

Otwórz się na światło Chrystusa i bądź światłem dla ludzi i świata!

Od lat czytam  z ogromnym zainteresowaniem i radosnym odczuciami krótkie a dosadne felietony autorstwa Franciszka Kucharczaka w „Gościu Niedzielnym”,  w  rubryce „Myśl wyrachowana”. Dla mnie są to prawdziwe perełki - niezwykle celne i cenne komentarze do aktualnych spraw i wydarzeń w Polsce i na świecie związanych przede wszystkim z problematyką religijno-społeczną, z życiem Kościoła katolickiego i chrześcijaństwa w ogóle. Oczywiście nie mogły ujść jego uwagi pierwsze dekrety nowego prezydenta USA Joe Bidena. Zatem zapraszam do inspirującej i dydaktyczno-formującej lektury.

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Patolicyzm

Nieważne, że katolik praktykuje. Ważne, co praktykuje.

 

Są katolicy wierzący i praktykujący, są wierzący niepraktykujący, są niewierzący praktykujący i jest Joe Biden. Trudno go zaklasyfikować do którejś z innych grup, bo niby on wierzący i niby praktykujący, ale jakoś nie po katolicku. Gorący zwolennik aborcji (jednym z pierwszych jego działań jako prezydenta USA ma być zniesienie wprowadzonej przez Trumpa blokady finansowania programów aborcyjnych). Popiera istnienie jednopłciowych pseudomałżeństw i adopcję dzieci przez takie pary. Opowiada się za in vitro, antykoncepcją, za dopuszczeniem mężczyzn podających się za kobiety do damskich drużyn sportowych, szatni i toalet. No i za wciskaniem ideologii gender już najmłodszym uczniom w szkołach. Ale do kościoła chodzi i nawet Komunię przyjmuje.

 

Jeśli tak może wyglądać katolik, to znaczy, że katolik może wyglądać jakkolwiek. Może mieć pięć żon, każdą innej płci, może być islamskim buddystą i kapłanem wudu, może podpalać kościoły, profanować świętości i mordować księży – wszystko jedno, byle się w kościele pokazywał.

 

Jakie to ma znaczenie, że ktoś uważa się za katolika, jeśli konsekwentnie, nie ze słabości, lecz z rozmysłem i celowo, łamie podstawowe zasady chrześcijańskie? Na czym polega bycie wierzącym, skoro w pocie czoła pracuje się nad wykorzenieniem praw Bożych z tego świata?

 

Gdyby jakiś demokrata w Kongresie USA realizował wszystkie postulaty republikańskiej opozycji, z hukiem by z partii wyleciał – to jest dla wszystkich jasne i oczywiste. Bo są jakieś zasady. Tymczasem sytuacja z Bidenem wygląda tak, jakby w sprawach wiary zasady przestały obowiązywać.

 

Przypadek nowego prezydenta USA potwierdza regułę, że najgroźniejsi dla Kościoła są katolicy. Nie tam muzułmanie, ateiści, masoni i cykliści, tylko ludzie, którzy dają Chrystusowi fałszywe świadectwo. Którzy pokazują całemu światu, że bycie katolikiem może znaczyć wszystko – czyli nic. Za czymś takim nikt normalny nie pójdzie. Nie porwie to nikogo i nikogo na lepsze nie odmieni. Taki „katolicyzm” może wywoływać jedynie wstręt. Bo to właśnie świadectwo życia jest podstawowym powodem, dla którego inni przyjmują Ewangelię bądź ją odrzucają.

 

„Z waszej to bowiem przyczyny (…) poganie bluźnią imieniu Boga” – pisze św. Paweł o takich, co plotą o zasadach moralnych, a sami ich nie respektują. Albo gorzej: katolik klasy „Biden” staje na głowie, żeby te zasady odwrócić. Ktoś taki, zamiast kształtować siebie według nauczania Kościoła, chce nauczanie Kościoła sformatować pod siebie.

 

Ale nic z tego. Kościół prowadzi do zbawienia, a nie do czteroletniej kadencji.

 

Gość Niedzielny, 31. 01. 2021.

Bóg też się śmieje…

 

Mama z córeczką przechodzi obok kościoła i objaśnia dziecku:

- Patrz córeczko, tu jest dom Boży.

- Ależ mamo, przecież Bóg mieszka w niebie!

-Tak, ale tu prowadzi swój interes.

        *   *   *

Przychodzi staruszka do spowiedzi i na koniec mówi:

-… i cudzołożyłam…

-  Kiedy?

- Jak miałam dwadzieścia lat.

-  I nie wyspowiadała się pani wtedy?

- Tak, ale to miło powspominać.

        *   *   *

Ksiądz wygłasza kazanie o małżeństwie:

- Moi kochani, małżeństwo jest jak przystań, w której spotykają się dwa okręty po rejsie po morzu życia.

W jednej z ławek mężczyzna przechyla się do sąsiada i mówi:

- Teraz wszystko rozumiem, ja spotkałem się z okrętem wojennym.

*   *   *

Mama pyta Jasia:

- Synku, dlaczego płaczesz?

- Bo śniło mi się, że szkoła się paliła.

- Nie płacz, to tylko sen!

- Właśnie dlatego płaczę…

            *   *   *

Idzie misjonarz przez pustynię i spotyka lwa. Przerażony modli się: „Boże spraw, aby to zwierzę miało chrześcijańskie uczucia”. 

Na to lew: „Boże pobłogosław ten dar, który od ciebie otrzymałem i zaraz będę spożywał.”

*  *   *

Jedzie ksiądz małym skuterem i łapie go policjant:

- Przekroczył ksiądz dozwoloną prędkość!. Płaci ksiądz sto złotych.

- Ale ja spieszę się do chorego i jadę z Panem Bogiem!

- Dwie osoby na tym skuterku, niedozwolone – krzyczy policjant – dwieście złotych!

Ksiądz zapłacił, bo nie miał wyjścia i spieszył się bardzo, jedzie dalej i cieszy się:

- Dobrze, że on nie wie, że  Bóg jest w Trzech Osobach!

            *   *   *

Dzieci wybierają zawody aktorów, strażaków, policjantów, lekarzy itp. Tylko Jaś mówi, że chciałby zostać świętym Mikołajem.

- Czy dlatego, Jasiu, że święty Mikołaj sprawia radość dzieciom? – pyta nauczycielka.

- Nie. Dlatego, że pracuje raz w roku.

            *    *   *

Jaś pyta ojca:

-Czy to prawda, że w niektórych krajach Afryki mężczyzna nie zna swojej żony do momentu, aż się ożeni?

- To się dzieje w każdym kraju synu…

            *   *   *

Jaś i Małgosia idąc przez las zgrzeszyli. Pobożny Jaś postanowił, że pójdą do najbliższego kościoła wyspowiadać się z grzechu.

- Proszę księdza, zgrzeszyłem raz z Małgosią – wyznaje ze skruchą.

- Proszę księdza, zgrzeszyłam z Jasiem dwa razy – mówi Małgosia.

Jak to – mówi ksiądz – Jaś powiedział, że jeden raz?

- On zapomniał, proszę księdza, że jeszcze będziemy wracać przez ten las!

            *   *   *

Przychodzi starsza pani do księdza:

- Czy ksiądz może mi ochrzcić kota? On jest taki miły, mądry, posłuszny.

- Hmm…, ochrzcić kota? Co to na głowę pani padło?

- Dam za to 20 tysięcy dolarów.

Ksiądz ochrzcił kota, ale sumienie go gryzło, poszedł do biskupa.

- Księże biskupie, ochrzciłem kota – mówi.

- Co ty baranie zrobiłeś? – biskup na to.

- Ale ta staruszka dała za to 20 tysięcy dolarów!

- Aaaa…, to w takim razie proszę przygotować kota do bierzmowania!

            *   *   *

Przy konfesjonale klęczy młodzieniec:

- Współżyłem cieleśnie z kobietą bez ślubu.

- Ile razy – pyta ksiądz.

- Ja tu przyszedłem się wyspowiadać, a nie chwalić!

            *   *   *

W pewnym zakonie o surowej regule raz w roku mógł się odezwać tylko jeden mnich, Właśnie takiego dnia wszyscy siedzieli w jadalni i zajadali zupę. W pewnym momencie jeden z braciszków odezwał się:  „Ta zupa jest za słona”.

Po roku znowu siedzą w jadalni i jedzą zupę. W pewnej chwili odzywa się inny mnich:

„Nie, ta zupa jest niedosolona.”

Znów minął rok. Znowu jedzą w jadalni. Tym razem odzywa się przeor:

- Jak się dalej będziecie kłócić, to was obu wyrzucę!

            *   *   *

Ktoś mi ukradł rower – skarży się pastorowi ksiądz.

- Wiem, jak możesz go odzyskać. Jutro w czasie Mszy wymień dziesięć przykazań. Kiedy dojdziesz do „Nie kradnij”, któryś z parafian na pewno się zaczerwieni.

Kiedy w poniedziałek pastor spotkał się z księdzem, spytał:

- Czy wyjaśniła się sprawa z rowerem?

- Zrobiłem tak, jak poradziłeś, a kiedy doszedłem do przykazania „Nie cudzołóż!” przypomniałem sobie, gdzie go postawiłem…

            *   *   *

Powódź w prowincjonalnym miasteczku. Ewakuacja ludności. Wojsko puka do plebanii:

- Proszę księdza, niech ksiądz ucieka! Ksiądz się utopi!

- Nigdzie nie idę, wierzę w opatrzność Boską!

Po trzech godzinach ksiądz siedzi na ostatnim piętrze plebanii. Ratownicy podpływają motorówką:

- Niech ksiądz wsiada, ksiądz się utopi!

- Nigdzie nie idę, wierzę w opatrzność Boską.

Minęły kolejne godziny, ksiądz na szczycie dzwonnicy. Podpływają znowu:

- Błagamy księdza, niech ksiądz wsiada! Ksiądz się utopi!

- Nigdzie nie idę. Wierzę w opatrzność Boską!

Po chwili ksiądz już u Pana Boga – z wyrzutami:

- Panie  Boże, no jak tak można? Swojego wiernego sługę zawieść? A tak wierzyłem w opatrzność…

- Kretyn! Trzy razy po ciebie ludzi wysyłałem!

Kościół katolicki w USA a nowy prezydent

 

Jeśli nie będzie jasnego stanowiska biskupów, to działania świeckich w debacie publicznej, w polityce wyborczej i w zarządzaniu będą poważnie utrudnione. Utrudni to także działania osób świeckich na rzecz promowania kultury życia, a tym samym zdrowia państwa, poprzez ustawodawstwo i działania prawne – przypomniał na łamach portalu „The First Things” znany publicysta katolicki George Weigel. Wskazał zarazem na wyzwania, jakie przed katolikami świeckimi oraz biskupami stwarza nowa prezydentura.

 

Autor zaapelował o modlitwę, o zdrowie, siły i odwagę dla nowego prezydenta USA. „Modlimy się, aby otrzymał on dar, o który Salomon prosił Boga: mądrość w sprawowaniu władzy. Modlimy się o jego coraz głębsze nawrócenie do Chrystusa. Solidarność w modlitwie jest pierwszym obowiązkiem amerykańskich katolików wobec nowego prezydenta dzisiaj. To podstawy katolicyzmu” – napisał Weigel. Ocenił, że inauguracja prezydentury Bidena, drugiego ochrzczonego katolika w dziejach Stanów Zjednoczonych, stanowi punkt zwrotny dla katolicyzmu w Ameryce.

 

Autor przypomniał jednak hasła kampanii wyborczej Bidena, w których zapowiadał on powrót do praktyk z czasów Baracka Obamy – promowania aborcji w USA i w świecie, eutanazji, ataków na wolność sumienia lekarzy ale także pracodawców, w tym katolików zmuszanych do zapewnienia osobom zatrudnianym ubezpieczenia pokrywającego koszty antykoncepcji czy aborcji. „W takim przypadku pan Biden, jako prezydent, wykazałby, że nie jest w pełnej komunii z Kościołem katolickim, ponieważ celowo ułatwiłby to, co Ewangelia i Kościół, określają jako poważne zło moralne i niesprawiedliwość” – stwierdził George Weigel.

 

Autor podkreślił zarazem odpowiedzialność wiernych świeckich za skuteczne świadectwo w życiu publicznym. Zaznaczył, że żaden katolik nie może twierdzić, że prawdy ewangeliczne o prawie do życia i wolności religijnej są nieistotne dla jego głosu w wyborach ani dla jego działań. Tych obowiązków nie można zostawiać za drzwiami sprawowanego urzędu, w tym Białego Domu.

 

Weigel podkreślił odpowiedzialność biskupów za konsekwentne nauczanie i praktykę sakramentalną, aby nie stwarzać wrażenia w przestrzeni publicznej, że Kościół nie traktuje poważnie wagi niektórych kwestionowanych kwestii ładu publicznego. Jeśli nie będzie jasnego stanowiska biskupów, to działania świeckich w debacie publicznej, w polityce wyborczej i w zarządzaniu będą poważnie utrudnione. Utrudni to także działania osób świeckich na rzecz promowania kultury życia, a tym samym zdrowia państwa, poprzez ustawodawstwo i działania prawne.

Autor podkreślił ścisłe powiązanie odpowiedzialności świeckich za katolickie świadectwo w życiu publicznym, a zarazem odpowiedzialność biskupów za „integralność eucharystyczną Kościoła”. „Biskupi i katolicy świeccy wspólnie stawiają czoła temu punktowi zwrotnemu” – napisał na łamach „The First Things” George Weigel.

 

https://www.pch24.pl/weigel-o-ameryce-za-kadencji-bidena...

Ks. Jerzy Grześkowiak przebywa aktualnie w Szwajcarii. Zdjęcie zrobiono koło Muehlebach 2 km od Ernen, Jego obecnej parafii. Napis na krzyżu: "Von Gott kommen unsere Wurzeln". Nad tym dobrze byłoby pomedytować.

Boże Narodzenie wciąż aktualne

 

Święta Bożego Narodzenia niestety za nami!  Nawet Kościół zamknął ten radosny okres  w ubiegłą niedzielę świętem Chrztu Jezusa.  Z wielu świątyń zniknęły już szopki i choinki. Przed Soborem Watykańskim II żyliśmy nastrojem tych świąt aż do 2 lutego, czyli do święta Matki Bożej Gromnicznej dziś zwanego świętem Przedstawienia Pana (w świątyni jerozolimskiej). Warto jednak także w ciągu roku wgłębiać się w tajemnicę Wcielenia Boga w nasz świat, w nasze człowieczeństwo, w nasze życie i codzienność, by temu wszystkiemu nadać głębszy, nowy sens. Z tej racji proponuję  jako pomoc do refleksji i modlitewnej medytacji  wiersz, który przysłał mi na Gwiazdkowe Święta Jarosław Maćkiewicz z Łodzi, za co serdeczne dzięki także w imieniu naszego portalu „Polonik Monachijski”.  Aktualność tej poezji potęguje fakt, że papież Franciszek ten bieżący rok ogłosił Rokiem św. Józefa.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

 

 

Nocna rozmowa

 

Głodnym miłości niebo rzuciło okruszek

Manny jedno ziarenko pęczniejące mlekiem

Słowo stało się ciałem i pośród pieluszek

W Kościół rosło to ciało Bóg stał się człowiekiem

 

Padło manny ziarenko na dziewicze łono

Siedzi teraz zdumiona Dziewica i Matka

A dziecię w tok krowięcy śpiące położono

Owinięte przed chłodem w pieluchach i szmatkach

 

Józef nie wie co robić Drapie się po głowie

I spogląda co chwila na dziecko i żonę

Pasterze paść wrócili odeszli magowie

A dziecko śpi spokojnie sianem otulone

 

„Takie małe paluszki i nosek zadarty

I te oczka zamknięte takie To drobniutkie”

Myślał Józef noc całą o laskę oparty

„I te owce tak dziwnie patrzą tak ze smutkiem”

 

Maryja wtedy senne otworzyła oczy

I spostrzegła jak Józef płacze po kryjomu

Sprawdziła czy Jezusek pieluch nie przemoczył

(Akuszerki już były i poszły do domu)

 

„Co Ci – rzekła – Józefie, mój mężu kochany,

Stało się co że płaczesz w tym nocnym czuwaniu?”

A Józef tym pytaniem był zakłopotany

Że go żona nakryła na cichym płakaniu

 

„Widzisz – mówi po chwili – co to nas spotkało

Przecież ojcem dla niego i matką będziemy

I uczyć je będziemy by wszystkich kochało

Zrobimy to najlepiej jak tylko umiemy”

 

Wtedy Józef tak rzecze rozcierając skronie

„Ja mu ojca na ziemi będę zastępował…

I cóż ja mam powiedzieć kiedy moje dłonie

Stworzone abym ciosał a nie adorował”

 

Przystawiając do piersi swoje Pierworodne

Taką dała odpowiedź Maryja mężowi:

„Ciche życie prowadzisz i ono jest godne

Miłość Ojca objawić Odkupicielowi

 

Może mnie i nazywać będą pokolenia

Matką Boga na ziemi lecz twoim udziałem

Słowo Ojciec dla Niego bo z tego Imienia

Ciebie będzie wołało i Bogu da chwałę”

 

Jarosław Maćkiewicz

 

Wiceprezes Zarządu 

Stowarzyszenie Łódzkie Hospicjum dla Dzieci – Łupkowa w Łodzi

 

Rozważanie na Święto Chrztu Jezusa 

 

Solidarność Jezusa z nami

 

Po relacji o narodzeniu Jezusa Nowy Testament opisuje jeszcze tylko scenę 12- letniego Jezusa w świątyni jerozolimskiej, pomijając całkowitym milczeniem następne dwadzieścia lat Jego życia. Kolejne wyakcentowane wydarzenie to chrzest Jezusa, po którym rozpoczyna On publiczną działalność. Ze świętem Chrztu Jezusa kończy się w Kościele liturgiczny okres Bożego Narodzenia.

W Ewangelii są takie sceny, w których jak w soczewce skupia się istota Radosnej Nowiny Chrystusa. Jedną z nich jest Jego chrzest w Jordanie. Jest to na wskroś wydarzenie epifanijne. Jezusa, włączającego się w szeregi grzeszników proszących Jana o chrzest, a którego Jemu współcześni uważają za syna cieśli z Nazaretu, Bóg Ojciec nazywa swoim „umiłowanym Synem”. Na Niego zstępuje także Duch Święty, który najpierw prowadzi Go na pustynię, potem do Galilei, do Jerozolimy i na Golgotę. Tam w mocy tegoż Ducha Jezus złoży siebie w ofierze za grzechy świata. 

Chrześcijanin – idąc z Jezusem i wypełniając wolę Boga kroczy drogą prowadzącą do życia wiecznego. W chrzcie Jezusa objawia się zatem również nasze powołanie do dziecięctwa Bożego w łonie Chrystusowego Kościoła.

We Florencji naprzeciw zachodniego portalu potężnej i zachwycającej swym pięknem katedry znajduje się szturmowany przez wielojęzyczne tłumy turystów z całego świata i nękany hałasem trąbiących aut i skuterów dawny miejski kościół chrzcielny, czyli baptysterium. Jak wszystkie kaplice chrzcielne ta ośmiokątna budowla jest poświęcona św. Janowi Chrzcicielowi. Zwiedzający odnajduje na mozaice kopuły tego biblijnego proroka wzywającego do pokuty – ze zwichrzonymi włosami i przenikliwym spojrzeniem. Droga od Jordanu do różnorodnie ukształtowanych chrzcielnic w chrześcijańskich kościołach jest bardzo długa. A zaczyna się od wydarzenia, kiedy „otworzyło się niebo” nad Tym, o którym św. Paweł powie: „Zechciał Bóg, aby w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego znów pojednać wszystko z sobą” (Kol 1,19-20).

Życie ludzkie jest naznaczone przełomami. Raz po raz coś się kończy i zaczyna coś nowego. Nie zawsze dzieje się to bez kryzysu. Konieczne są zmiany, przestawienie się, nowa orientacja. Niekiedy takim przełomom towarzyszą obrzędy i symboliczne akty. Przykładem tego może być zakończenie szkolnej edukacji lub zawodowego wykształcenia. Certyfikat lub świadectwo potwierdzają kompetencje i uprawniają do pracy w konkretnym zawodzie lub do podjęcia dalszych studiów. Czy ktoś jest w swoim fachu dobry, to okaże się dopiero w praktyce.  Przejściu w inny sposób życia lub do innej pracy, w inny stan, towarzyszą także jakieś znaki. Na przykład narzeczeni zakładają sobie na palce obrączki. W niektórych klasztorach osoby wstępujące do zakonu otrzymują w oficjalnym obrzędzie przyjęcia do wspólnoty nowe imię.

Chrzest Jezusa stanowi dla Niego takie właśnie „przejście”. On udaje się nad Jordan, gdzie do nawrócenia i pokuty nawołuje Jan Chrzciciel i prosi go o chrzest. Jest to inny chrzest niż ten, który przyjęliśmy. Jezus daje się ochrzcić, jak tylu innych Jemu współczesnych, którzy odczuwają potrzebę nawrócenia, zrywają z grzesznymi drogami i ufają głęboko, że Bóg przebaczy im popełnione winy. W ten sposób okazuje pełną solidarność z ludźmi. Jest całkowicie po stronie człowieka. Wstępując w rzekę Jordan zstępuje obrazowo w głębie naszej ludzkiej kondycji, jak to już uczynił przyjmując ludzkie ciało. Już samo usytuowanie Jordanu w geograficznej depresji – w najniżej położonym miejscu świata kilkaset metrów poniżej poziomu morza - jest głęboko symboliczne.

Jedna z greckich ikon z XIV wieku przedstawia chrzest Jezusa w następujący sposób. Pomiędzy dwoma grupami piętrzących się wysoko skał widać w głębi fale Jordanu. W tych czeluściach ciemnej wody zanurza się Jezus, wstępując niejako w ciemności naszego świata i w przepaści naszych serc, aby całym sobą przyjąć w siebie nasze rozdarcie, grzech i odmęty zła. Jezus jest „chrzczony” wodami doczesności, obmywany wodami tego świata, ale w ten sposób to właśnie On nas wszystkich obmywa, filtruje ciemne wody naszego życia i usuwa brudy tego świata - biorąc na siebie nasze grzechy.

Gdy wynurza się z wody, otwiera się nad Nim Niebo: „…ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie” (Mk 1,9). Duch Boży, który działał już w pierwszym dniu stworzenia, teraz objawia, kim jest Jezus. Głos Boga oświadcza: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Mk 1,11). Jezus, będąc człowiekiem jak my, jest także Bogiem. I tak potwierdzony przez Ojca i wyposażony w moc Ducha Świętego rozpoczyna swoją publiczną działalność.

Z Nazaretu, gdzie Jezus dorastał, do miejsca, gdzie Jan chrzcił, idzie się około dwóch dni. Jezus musiał zatem odbyć dość daleką podróż, by dotrzeć do Jana przy rzece Jordan. Dlaczego Jan naucza i chrzci właśnie tam? Przecież mógł iść od wioski do wioski jako wędrowny kaznodzieja i chrzciciel. Dlaczego ludzie muszą opuszczać ich domostwa i wędrować do niezamieszkałych stepów Jordanu? 

Wiąże się to z nawróceniem, do którego wzywa św. Jan. Nawrócenie to coś więcej niż jakaś mglista chęć zmiany stylu życia, dobre chęci i „worek” pełen dobrych postanowień. Orędzie Jana Chrzciciela cechuje radykalizm. On stawia warunki, nawet grozi: Jeżeli nie zmienicie waszego sposobu życia, nie odmienicie go u samych fundamentów poczynając, nie unikniecie katastrofy - „Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona” (Mt 3,10).

Nawrócenie – przemiana życia, która sięga głębi, aż do korzeni, nie jest łatwa do zrealizowania w warunkach domowych. Tam otaczają człowieka te same ściany, te same zwyczaje i rytuały. Zacząć na nowo może tylko ten, kto odważy się na Exodus – czyli na wyjście z dotychczasowego, „odejście od starego”. Dlatego Jan wzywa ludzi na stepy Jordanu, gdzie analizują i oceniają swoje dotychczasowe życie i publicznie wyznają swoje grzechy. U siebie w domu byłoby o to trudniej.

Do chrztu Janowego należy zatem radykalne nawrócenie i rytualne zanurzenie w wodach Jordanu. Dlaczego właśnie w Jordanie? Przecież źródła z ożywczą wodą znajdowały się też w wielu w innych miejscach. Czy nie mógł chrzcić na przykład w głębokich wodach jeziora Genezaret? Dlaczego akurat w Jordanie, a do tego w określonym miejscu, które łatwo dziś zlokalizować? Odpowiedź jest zaskakująca: Jan chrzci dokładnie tam, gdzie przed setkami lat Jozue przeprowadził Izraelitów przez Jordan do Ziemi Obiecanej. Nawrócenie i exodus nie są więc dla św. Jana celem samym w sobie. One są początkiem czegoś o wiele większego.

Jan Chrzciciel jest przekonany: jeżeli Lud Wybrany odrzuci swe fałszywe bożki i zabezpieczenia, jeżeli porzuci dotychczasowy grzeszny sposób życia, jeżeli nawróci się i otrzyma od Boga przebaczenie win, wtedy dokona się na nowo wejście do Ziemi Obiecanej.

Wielu Izraelitów usłyszało wołanie Jana i poszło za Jego głosem. Jezus słysząc o tym, co się dzieje, opuszcza swój rodzinny dom w Nazaret, udaje się do Jana i zanurza w wodzie Jordanu, aby wejść jak wielu innych na próg Ziemi Obietnicy – tam, gdzie zaczyna się nowe życie pod panowaniem Boga.

Zdumiewa, że Jezus nie zaczyna swej misji tylko sam, w pojedynkę.  On idzie za innymi i słucha Janowych kazań wzywających do pokuty.  W ten sposób daje Bogu, swemu Ojcu, możliwość rozpoczęcia tego, co Nowe, gdzie nawet „najmniejszy” jest większy od Jana Chrzciciela (Mt 11,11). Gdyby Jezus pozostał w Nazaret, albo gdyby powiedział: „Ja sam określę i wyznaczę swoją drogę”, Boży plan zbawienia z ludźmi nie mógłby być kontynuowany.

Kościół współczesny cierpi z tego powodu, że jest w nim wielu pojedynczych działaczy, ale zbyt mało wspólnie wyrusza w drogę. A jeszcze bardziej dlatego, że wielu dokładnie „wie”, jak Kościół należy zreformować, ale za mało takich, co pytają, jak sam Bóg zamierza odnowić swój Lud!

Fakt, że Jezus poszedł na pustynię, by dać się ochrzcić w Jordanie jak inni, sprawiało pierwotnemu Kościołowi spore trudności. Jak On, większy od Jana, mógł pójść do niego, przyłączyć się do jego ruchu odnowy, włączyć się w szereg potrzebujących nawrócenia? Jak bezgrzeszny mógł przyjąć chrzest dla odpuszczenia grzechów? O tym, jak znaczne to były trudności, świadczy fakt, że Mateusz w scenę chrztu wkomponował krótki dialog, w którym Jan najpierw odmawia Jezusowi chrztu.

„Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego; Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie? Jezus mu odpowiedział: „Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”. Wtedy mu ustąpił.” (Mt 3,13-15)

Dlaczego Syn Boży prosi o chrzest? Dawniej rozwiązywano ten problem prostą odpowiedzią: Jezus chciał dać ludziom dobry przykład. Taka odpowiedź jest jednak niewystarczająca. Jezus idzie do Jana Chrzciciela, bo wie: przez niego działa Bóg. Izrael wstępuje teraz w decydującą fazę swojej historii, w czas, w którym wypełni się „wszelka sprawiedliwość” (Mt 3,15). A to znaczy dla Jezusa: On musi i chce być tam, gdzie decydują się losy ludu Bożego. Musi być na tym miejscu, gdzie Bóg aktualnie działa i wypełnia swe obietnice, gdzie Izrael stoi na progu Ziemi Obiecanej. Moralne pytanie, czy Jezus czuł się jako grzesznik, nie dotyczy w ogóle sprawy zasadniczej. Jezusowi idzie o wolę i plan Boga. Przez chrzest oddaje się całkowicie w służbę temu zbawczemu planowi. Gdy Jezus wychodzi z wód Jordanu, otwiera się niebo: 

„A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie.” (Mt 3, 16-17)

„Otwarte niebo” - to znaczy: niebo i ziemia są znowu złączone, bo oto jest w końcu Ktoś, na którym spoczywa całe upodobanie Ojca i który jest całkowicie Jemu posłuszny. I tak zostaje przekroczony próg do Ziemi Obiecanej. Ci zaś, co gromadzą się wokół Jezusa i idą Jego śladami, mogą odtąd żyć „pod otwartym niebem”.

Wielu wierzącym trudności sprawia symbol gołębicy. Gołąb pojawia się po raz pierwszy już w czterdziestym dniu życia Jezusa podczas ofiarowania Go Bogu w świątyni jerozolimskiej.  Gołąb jest darem ludzi biednych. Nim rodzice wykupują niejako od Boga pierworodnego syna (Łk 2, 22-24).

Podczas każdej Paschy Jezus czytał Pieśń nad pieśniami, a w niej także o tym, że Bóg, Jego Ojciec, troszczy się o swój lud i stara się pozyskać jego względy podobnie jak czynią to gruchające gołębie.

„Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź! 

Gołąbko ma ukryta w zagłębieniach skały, w szczelinach przepaści, 

ukaż mi swą twarz, daj mi słyszeć Twój głos! 

Bo słodki jest głos twój i twarz pełnia wdzięku.” (Pnp 2,13-14)

W historii o potopie gołąb przynosi w dziobie świeży listek z drzewa oliwnego jako znak końca kary i nastania pokoju między Stwórcą i stworzeniem (Rdz 8, 10-11)

Bardzo ważne w tym znaku jest również fakt, że gołąb po hebrajsku to „Jona”. Jonasz zaś jest pierwszym prorokiem, z którym niejako „przestrzennie” spotyka się Jezus, ponieważ jego grób znajduje się tylko osiem kilometrów od Nazaret. Podobnie jak Jonasz, Jezus zostaje posłany w podległy grzechowi świat, aby przepowiadać miłosierdzie Boga i wzywać do nawrócenia. O swojej generacji powie, że będzie jej dany tylko „znak Jonasza”, a jest nim uratowanie „z trzech ciemnych dni”, czyli Zmartwychwstanie.

Gołąb - zwierzę ofiarne, symbol pokoju, znak miłości, los proroka – to wszystko zostaje poprzez gołębia symbolicznie przeniesione na osobę Jezusa. I On słyszy z Nieba słowa Ojca: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,17).

Sedno chrztu Jezusa wyraża doskonale współczesne pojęcie „solidarność”. Jezus jest bezwarunkowo solidarny z całą ludzkością. W Janowym obrzędzie nawrócenia bierze On na siebie nasze grzechy, aby zostały z nas zmyte w wodzie chrztu. A daleko na horyzoncie rysuje się już kształt krzyża: „Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie” (Łk 12, 49-50).

 

Ks. Jerzy Grześkowiak 

Rozważanie na  Nowy Rok

 

„Niech cię Pan błogosławi i strzeże!”

 

W sylwestrową noc i w pierwszym dniu nowego roku nie ma chyba nikogo, kto nie pyta: Co mi ten nowy rok przyniesie? Co nowego mnie czeka?  Jakie przeżycia, radości, niespodzianki są mi pisane? Dla wielu wiąże się to również z lękiem, z obawami? Czy nie spotka mnie poważna choroba, jakieś nieszczęście, konflikty w rodzinie, problemy w pracy, nie daj Boże śmierć bliskiej osoby…?

Jako „lekarstwo” na tego rodzaju lęki proponuję dwa środki zaradcze: błogosławieństwo Boga i pośrednictwo Maryi – Bożej Rodzicielki i Matki Kościoła.

W liturgii eucharystycznej na Nowy Rok jedno z czytań przekazuje tzw. błogosławieństwo aaronowe. Bóg mówi przez Mojżesza do Aarona, jak ma błogosławić Izraelitów: 

„Powiecie im: Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem.” (Lb 6,23-25) 

To błogosławieństwo zawiera w sobie niezwykłe piękno i moc. Jest słowem Boga, który mówi do mnie: „Jesteś ze wszystkich stron otoczony i ogarnięty moim błogosławieństwem, czyli moją troskliwą miłością, a więc zanurzony w pełnię mojego Bożego życia”.

Każde błogosławieństwo wyraża życzenie i prośbę. Często przypomina ono w swym sformułowaniu o Bożej pomocy w dziejach zbawienia. Od pokoleń są ludzie w drodze - z Bogiem. I On swego ludu nie opuści. Taką obietnicę wyraża każde błogosławieństwo – przed podróżą, przed pójściem dzieci do szkoły, przed trudną operacją, w ramach liturgii, w sakramentach i sakramentaliach.

Życzenie błogosławieństwa jest zawsze odnoszone osobiście do jakiejś konkretnej osoby lub grupy osób. Natomiast prośba skierowana jest do Boga, jest wstawienniczym błaganiem Boga „za kogoś”. Wyraża to gest błogosławiących rąk.  Wyciągnięte nad kimś lub położone na jego głowie przypominają chroniący dach. Ten, co błogosławi, chce danego człowieka powierzyć w sposób szczególny Panu Bogu. W ten sposób błogosławieństwo łączy niebo z ziemią i wskazuje na obecność Boga pośród ludzi.

Błogosławieństwo aaronowe zwraca się do ludu Izraela w liczbie pojedynczej, ale każdy człowiek może czuć w tych słowach, że Bóg mówi do niego osobiście. Bóg chce każdemu w jego życiu i w planach udzielić Dobra. Szczególnie wymowny choć trudny do wyjaśnienia jest obraz „rozpromienionego” oblicza Boga, który swą miłością chce życie człowieka uczynić „jasnym”, „świetlistym”. Kto trwa w bliskości Boga, na tego zawsze pada blask Jego promieniującego oblicza. Błogosławieństwo wyprostowuje człowieka, podnosi go i umacnia na drogach życia. Odpowiednikiem naszego polskiego słowa „błogosławić” jest w języku łacińskim słowo „benedicere”. Znaczy ono: „dobrze mówić”, „mówić coś dobrego”, „mówić dobre słowo”, czyli w dalszym sensie także: wielbić, chwalić, wysławiać. Błogosławieństwo - patrząc od strony człowieka - oznacza zatem „wielbienie Boga”, „wysławianie Boga”. Uwielbiamy Boga, gdy „dobrze o Nim mówimy”, gdy Go wielbimy i wychwalamy, gdy dziękujemy Mu za wszelkie dobro, które zdziałał w naszym życiu.   To właśnie czynili pasterze z dzisiejszej Ewangelii: „A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane.” (Łk 2,20).

Patrząc wstecz na miniony rok odkryjemy z pewnością przeplatające się – jak złota nić - przeróżne interwencje Boga w naszym życiu, Jego wyraźne ślady. Często dopiero po jakimś czasie, z odpowiedniego dystansu, zauważamy, że wszystko, co się wydarzyło, miało na celu nasze dobro. Dla człowieka wierzącego w Boga wszystko w życiu ma jakiś głęboki sens.

„Błogosławić”, czyli „dobrze mówić” – oznacza także prośbę kierowaną do Boga o Jego błogosławieństwo, o Jego „dobre słowo dla mnie”, o Jego obecność, wsparcie, siłę i pociechę. Bóg nas błogosławi, to znaczy Bóg „mówi do nas dobre słowo”, dobrze nam życzy i udziela potrzebnych na każdy dzień łask.

Otrzymać błogosławieństwo od Boga nie oznacza oczywiście, że wszystko już jest załatwione, że nie muszę o nic zabiegać, o nic się troszczyć, że mogę żyć lekkomyślnie w przekonaniu: „Pan Bóg jako dobry Tatuś wszystko szczęśliwie w moim życiu zarządzi i załatwi”. Wierzyć w moc błogosławieństwa Bożego, to znaczy czynić wszystko, co w mojej mocy, ale z ufnością, że Bóg do naszych małych czynów dołoży swoje dzieło przewyższające wszystko, co ludzkie, małe i niedoskonałe. Innymi słowy żyć i postępować tak, jak gdyby wszystko w życiu ode mnie zależało, ale ufać tak głęboko, jak gdyby wszystko zależało tylko od Boga. Tylko w takiej perspektywie można zacząć nowy rok bez lęku i w pełnym zaufaniu Bogu. Wtedy każdy dzień będzie otulony Bożym błogosławieństwem.

Drugim środkiem przeciw lękom to ufne spojrzenie na Maryję – Matkę Jezusa, zawierzenie Jej i powierzenie siebie, swojego życia i wszystkich spraw i wydarzeń tego nowego roku. Ona jest w szczególny sposób przez Boga „błogosławiona”, to znaczy „pełna łaski” – jak sformułował to Anioł Gabriel przy Zwiastowaniu, że zostanie Matką Bożego Syna. Podobnie mówi do Niej i o Niej jej krewna Elżbieta, gdy Maryja ją odwiedza: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła w to, co powiedział ci Pan”.

Maryja jest „błogosławiona” i pokazuje nam, jak mamy żyć i co mamy czynić, by zasłużyć na miano „błogosławionych”. Dzisiejsza Ewangelia akcentuje, że Maryja zachowywała wszystko, co się wydarzyło, w sercu swoim, i o tym intensywnie rozważała.

Chcąc pójść drogą Maryi dobrze byłoby poświęcić w każdym dniu nieco miejsca na modlitwę i duchową refleksję. Rankiem rozpocząć dzień z Bogiem - przez medytację: z jaką motywacją zaczynam ten dzień, jakie obowiązki i zadania stoją przede mną, co mi ten dzień może przynieść, kogo spotkam, komu mogę pomóc? Następnie proszę Boga o błogosławieństwo.

Coś podobnego winno mieć miejsce również wieczorem: spoglądam na miniony dzień, cieszę się z dokonań i sukcesów, mówię Bogu „dziękuję” za wszelkie dobro, którego zaznałem i które uczyniłem, proszę o Jego miłosierdzie i przebaczenie za zaniedbania i winy, i o błogosławieństwo na dobrą noc.

Jeżeli obierzemy Maryję za wzór i powierzmy się Jej macierzyńskiemu pośrednictwu i wstawiennictwu, to możemy ufać, iż nowy rok będzie rokiem błogosławionym. Przypomnijmy sobie słowa św. Jana Pawła II:

„Dzisiaj uwaga Kościoła – pełna najwyższej czci i miłości – koncentruje się na Macierzyństwie Bogarodzicy – Theotokos: Tej, która Synowi Bożemu dała ludzką naturę i ludzkie życie. Przez Nią wypowiadamy dzisiaj Imię Jezus – gdyż w tym dniu nadano to Imię Synowi Maryi. Przez Nią też – i z Nią razem – wołamy w tym Imieniu na początku Nowego Roku: „Bóg miłosierny niech nam błogosławi!” Pragniemy tym wołaniem w jedności z Bogarodzicą uprosić wszelkie dobro w wielkiej rodzinie ludzkiej, a uprzedzić zło – wszelkie zło. Wołamy więc w Imię Jezusa, które znaczy „Zbawiciel” – i wołamy w jedności z Matką, którą tradycja Kościoła nazywa „Wszechmocą błagającą” (Omnipotens suplex). Czcimy to Macierzyństwo w pierwszy dzień Nowego Roku. Pragniemy bowiem, aby na tym nowym etapie ludzkiego czasu Maryja otwierała  Chrystusowi drogę do ludzkich serc, jak otwarła w noc Bożego Narodzenia.” (Homilia, 1.01.1984)

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 21.04.2021 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend