Bliżej Boga

19.08.2017

 

Słowo na niedzielę – 20 niedziela zwykła A – 20.08.2

 

Wiara kobiety kananejskiej -  Jezus uczy się od kobiety.

Ewangelia: Mt 15,21-28

 

Sposób, w jaki Jezus traktuje ową kananejską kobietę, szokuje i oburza. Całkiem innego Jezusa znamy z Ewangelii. Przecież ta kobieta chce jedynie uzdrowienia swej córki. Czy Jezus tego nie potrafi zrozumieć, jak w tylu innych przypadkach, gdy uzdrawiał chorych?

 

Twardo mówi do niej: „Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z Domu Izraela”. To znaczy: Ta kobieta – cudzoziemka – nic mnie nie obchodzi.

I tak mówi Syn Boga?

Czy to jest zgodne z Jego Ewangelią miłości?

 

Nie dość tego. Kobieta nie godzi się z przegraną. Rzuca się na kolana i woła: „Panie, dopomóż mi!”. Odpowiedzią Jezusa na to błaganie jest porównanie jej do psa: „Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom”.

To znaczy: Jako cudzoziemka nie masz prawa do mojej pomocy!

 

Jak zareagowałbym na miejscu tej kobiety?

Może poderwałbym się z ziemi i krzyknął Jezusowi w twarz: „Nie chcę więcej żadnej pomocy od Twojego Boga! Jeżeli tak jest, to Twoje słowa o miłosiernym Ojcu są tylko pustą gadaniną. A jeżeli ten miłosierny Bóg faktycznie istnieje, to w żadnym wypadku nie jesteś Jego Synem”.
 

Kananejka reaguje jednak zupełnie inaczej i mówi do Jezusa:
„Tak Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów”.

Czyli innymi słowy: „Wiem, że nie należę do tych, których wy Żydzi uważacie za wybranych Boga. Ale wierzę, że miłość Boga jest tak wielka, iż z tej miłości pozostanie także coś dla tych, którzy w waszych oczach są bezbożni, bez- Boga, bo nie należą do Ludu Bożego. Przy najlepszej woli nie mogę sobie wyobrazić, że Bóg jest tak ciasny, że swą miłość do ludzi uzależnia od przynależności narodowej lub religijnej. Nie, Bożej miłości nie można zamykać w takich granicach”.

 

Jezus czuje, że ta kobieta ma bezgraniczne zaufanie do Niego i Jego Boga. Wstrząśnięty powiada: „Kobieto, wielka jest twoja wiara, niech ci się stanie, jak chcesz.

I od tej chwili jej córka była zdrowa”.

 

Jezus jako człowiek uczy się od pogańskiej kobiety. Ona mu uświadamia, że Miłość Boga nie zna granic, że Jego misja nie jest ograniczona do Narodu Wybranego, lecz ma na celu wszystkich ludzi. Tego uczy się Jezus stopniowo, jako człowiek dojrzewa w wierze, aż powie do uczniów: „Idźcie aż po krańce ziemi i czyńcie wszystkich moimi uczniami”. Wcielenie Syna Bożego, „stawanie się człowiekiem” było zatem także długo trwającym procesem.

 

Spotkanie Jezusa z kobietą kananejską ukazuje trudną próbę wiary, ufności i pokory.  Jest ono dla nas nauką prawdziwej wiary i ufności oraz upartej modlitwy. Choć niebo milczy, to jednak Zbawiciel nas słucha i przyjdzie z pomocą, byle tylko wytrwale i z ufnością kołatać do serca Boga – do niewyczerpanego Miłosierdzia Bożego.

 

Należy zawsze pamiętać o tym, że do wiary należą także zgięte do modlitwy kolana. Na przykładzie Kananejki widać, jak potężna jest moc pokornej prośby.

 

Poeta Jerzy Liebert zauważa: „W głowy schyleniu jest słabość, której siła się rodzi”. Kananejka nie tylko głowę schyliła, ona upadła przed Panem na kolana. I tak wyprosiła dla swego dziecka uzdrowienie.

 

To wzór dla nas, jak błagać Boga o lekarstwo na nasze choroby ciała i ducha.

 

Adam Mickiewicz  („Zdania i uwagi”) zachęca:

Niech się tylko twa dusza jak dolina położy,

A wnet po niej jak rzeka popłynie Duch Boży”

 

Podziwiamy wiarę kananejskiej kobiety i bierzemy ją za wzór wiary, pokory i ufności. Ale widząc słabość swej wiary zanosimy błaganie o jej wzmocnienie i ożywienie już do innej kobiety – do Matki Jezusa, Maryi, posługując się słowami Jerzego Lieberta:

Jak krzak skarlały,

Jałowiec ciemny

Jest moja wiara.

Pozwól jej rosnąć

Panno wysoka,

Ku niebu dalej!

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

                               *          *          *

 

Humor i wiara

  • Jest kilka tłumaczeń, dlaczego Pan Bóg najpierw stworzył Adama, a potem Ewę.  Mężczyźni twierdzą: To dlatego, że Bóg nie życzył sobie żadnych nieproszonych rad i uwag podczas stwarzania mężczyzny.

Natomiast kobiety uważają: Bóg chciał najpierw stworzyć egzemplarz próbny, a dopiero potem arcydzieło.

Palacze i lubiący zaglądać do kieliszka utrzymują: Bóg stworzył najpierw mężczyznę, potem kobietę. A gdy stworzył kobietę, pożałował mężczyzny i na jego pociechę stworzył piwo, wódkę i tytoń.

  • W bibliotece watykańskiej znajdują się największa i najmniejsza Biblia świata.  Przewodnik wyjaśnia grupie turystów: „Ta wielka Biblia zawiera wszystko, co Ewa powiedziała do Adama, a ta malutka, co Adam powiedział do Ewy”.
  • Nauczyciel religii biadoli w pokoju nauczycielskim: Wyobraźcie sobie, pytałem dzieci o imiona czterech Ewangelistów i jeden z uczniów odpowiedział: Dawid i Goliat! Na to jeden z nauczycieli: Ciesz się, że znał przynajmniej dwa imiona!

12.08.2017

 

Słowo na niedzielę - 19 niedziela zwykła A - 13.08.2017

 

Pod nami głębia 

Ewangelia: Mt 14, 22-33

 

Płynęli po wielkim jeziorze Genezaret, tak wielkim, że nazywano je Morzem Tyberiadzkim. Była głęboka noc i to niespokojna, burzliwa. Tym razem byli sami, bez Mistrza. Po cudownym rozmnożeniu chleba i nakarmieniu głodnej rzeszy Jezus kazał im odpłynąć na drugi brzeg, a sam wyszedł na górę „aby się modlić”. „Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał”.

 

Wzruszający obraz: Syn Boży na samotnej modlitwie – na rozmowie z Ojcem. Czy jest we mnie potrzeba samotności, ciszy, modlitwy? Bez gotowości bycia od czasu do czasu sam ze sobą, bez ciszy, bez dystansu wobec ludzi, stale czegoś ode mnie oczekujących, wyjałowieję, stanę się ugorem, pustym naczyniem. Bez modlitwy, bez czerpania u Źródła, jakim jest Bóg, będę jak drzewo bez korzeni, jak ryba na brzegu, jak ptak bez skrzydeł, jak piórko na wietrze unoszone na wszystkie strony podmuchami wiatru.

 

Jezus bardzo długo się modlił. Dopiero dobrze po północy, „o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze”. Trudno się dziwić, że uczniowie w łodzi zobaczywszy Go, zlękli się. Ale On już z daleka zawołał: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”. Zapewne to ich uspokoiło. I wtedy wyrwał się Szymon Piotr z prośbą, której sensu trudno dociec: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”. Jezus nie potraktował tej prośby jako zuchwałą. Brzmiała w niej wiara i zaufanie do nadziemskiej mocy Mistrza. Dlatego Piotr usłyszał: „Przyjdź!”.

 

Jezus zezwala Piotrowi na próbę wiary. Niestety wypadła ona niekorzystnie. Okazała się zbyt słaba. Piotr wyszedł z łodzi i kroczył po falach w kierunku Jezusa. To wiara trzymała go ponad przepaścią wody i pozwoliła mu czynić to, co czynił Chrystus, ale co jest zwyczajnie niemożliwe dla ludzi. W pewnym jednak momencie Piotr poddał się wątpieniu i wciągającej sile przepaści wodnych odmętów. „Na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć krzyknął: „Panie, ratuj mnie?” A zatem niecałkowicie załamała się jego wiara w moc Chrystusa. Woła rozpaczliwie o pomoc i Pan jej udziela: „Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go mówiąc: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”.

 

Piotr kroczący nad głębiami to symbol każdego człowieka idącego po burzliwym morzu życia. To także porządna lekcja wiary. Nie trzeba być wielkim Pascalem, by zrozumieć, że ludzka egzystencja jest rozpięta nad przepaścią wszechświata w jego nieskończonych wymiarach: wielkości makrokosmosu i małości mikrokosmosu.  Adam Asnyk napisał cykl sonetów, w których próbuje wyrazić niedościgłe zagadki bytu i życia ludzkiego i dał im tytuł: „Nad głębiami”. Ale nie tylko myślenie, lecz również życie ludzkie jest kroczeniem „nad głębiami”. Rzecz w tym, by w tym kroczeniu być wpatrzonym w Jezusa – Zbawiciela świata.

 

Piotr szedł po burzliwych falach, gdy patrzył wprost w postać Jezusa. Gdy jednak tylko na chwilę oderwał od Niego swój wzrok, gdy spojrzał w bok, na wysokie fale i silny wiatr, ogarnął go strach.  Idzie zatem o to, by w chwilach lęku, zwątpienia, paraliżujących przeżyć, patrzeć zawsze na Tego, który w naszych lękach, pod nimi i nad nimi, jest naszym ratunkiem.  Nie ma tak głębokiej przepaści, że nie byłoby tam Jezusa, gotowego nas pochwycić, gdy upadamy. Nigdy nie padam w pustkę, nie zanurzam się w bezdenność. Wszędzie jest Jego dłoń, którą On ku mnie wyciąga. Wszędzie są Jego ramiona, w które mogę rzucić się z wszystkimi moimi problemami, lękami i klęskami. „Jezus natychmiast wyciągnął do niego rękę”. Natychmiast!...

 

Co dnia Pan mówi do nas: „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!”

 

Rzecz w tym, byśmy jak uczniowie w łodzi, często, codziennie, padali na kolana z okrzykiem pełnym wiary i zaufania: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym!”.

 

Ks. dr. hab. Jerzy Grześkowiak

 

                *       *      *

 

Modlitwa poetki F. Kruszewskiej

Spójrz, Boże, na braci moich, braci tonących w odmęcie;

Na otchłań, której dna nie ma; na dróżki wąskie i śliskie.

Przetnij te drogi zawiłe, stań krzyżem na każdym zakręcie!

Zbliż oczom to, co dalekie i uczyń dalekim bliskie.

Spłyń blaskiem na czarne przestrzenie, oliwą na fale wzburzone

(…) i zagaś gwiazdy mordercze, ognie ślepiące, czerwone

ziemi i nieba (…)

Odciętym od nas, wyklętym, przerzuć do siebie mosty;

Wkrocz Panie w ich szaleństwo, napój ich swoją miłością

I ukaż za śmierci granicą szlak jasny i prosty.

11.08.2017

7.08.2017

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak przebywa od jakiegoś czasu w Szwajcarii i tam odprawia Msze święte - niekiedy również w Alpach. Poniżej kilka fotografii z pobytu Księdza Profesora w Szwajcarii.

5.08.2017

Słowo na Święto Przemienienia Pana   (6.08.2017)

 Ewangelia: Mt 17,1-9

 

Góry uchodzą we wszystkich religiach za szczególne miejsce bliskości Boga. Zawsze wydaje się, że Niebo jest o wiele bliżej, gdy po trudach wspinaczki wreszcie wchodzi się na szczyt. Po drodze mozół, pot na czole i napięcie mięśni. A na szczycie: błękit nieba, rześkie powietrze, uczucie wolności i fantastyczne widoki na wyniosłe szczyty, granie, osady w dolinach i hen daleko ku innym łańcuchom gór.

 

W życiu Jezusa góry też odgrywały ważną rolę. Na górze wygłosił swoje błogosławieństwa – czyli esencję swojej Ewangelii, program dla człowieka, jak ma żyć.  Z kolei górę Tabor wybrał na miejsce ukazania trzem wybranym uczniom, kim On naprawdę jest. To wydarzenie nazywamy „Przemienieniem”. Ponadziemskie zjawisko otwiera uczniom oczy ciała i serca na cel i sens życia Jezusa.

 

„Panie, dobrze nam tu być!” –  woła w zachwycie Piotr.  Jest tak cudownie, pięknie, wspaniale, wszystko takie jasne, przemienione, niech już tak zostanie na zawsze. Nic dziwnego, że Piotr chce to wydarzenie zatrzymać, utrwalić - „postawić trzy namioty”. Nic też dziwnego, że uczniów Jezusa chwyta lęk i padają na ziemię, bo tak przemienionego Jezusa w światłości i chwale jeszcze nie widzieli. Tu spotykają się ziemia i Niebo, człowiek i Bóg. Wydarzenie przekraczające możliwości ludzkiego pojmowania. Dopiero gdy Jezus ich niejako „dotyka” mówiąc: „Powstańcie, nie bójcie się” - mogą z Nim zstępować z góry.

 

Zaś w drodze ku dolinie otrzeźwienie: już nie ma obłoku skrywającego bliskość Boga, nie ma „trzech namiotów”, zatrzymujących wspaniałą wizję, a zamiast głosu Boga z obłoku jest „tylko” głos Jezusa, mówiący o tym, by milczeli o tym, co przeżyli - aż On po męce i śmierci nie zmartwychwstanie.

 

Natomiast w dolinie i na równinie dzieje się wszystko, jak dawniej: wędrowanie od wsi do wsi, sprzeciw wobec Jezusa i Jego orędzia i wątpliwości, co wydarzy się w Jerozolimie?

 

W życiu każdego człowieka, także wierzącego, są dni „na górze” i dni „w dolinie”. Jedno i drugie jest nieuniknione i konieczne. W dolinach i na równinach codzienności każdemu są potrzebne piękne wspomnienia z przeżyć „na szczytach” i siła serca i ducha jako antidotum na monotonię codziennej egzystencji, pracy zawodowej i wszystkich trosk o rodzinę oraz jako źródło nadziei, gdy pojawiają się wątpliwości w sens życia lub symptomy zawiedzenia się i porażek, gdy serce ogarnia lęk, co będzie dalej i dokąd to wszystko prowadzi?

 

To samo dotyczy naszych lęków i pytań o przyszłość chrześcijaństwa w Europie, która coraz więcej traci ze swego judejsko-grecko-rzymsko-chrześcijańskiego dziedzictwa, w której Bóg i wiara w Niego idą w niepamięć, albo stają się przedmiotem satyry i kpin.

 

W takich kryzysowych sytuacjach jest rzeczą zbawienną umieć odświeżyć w sobie wspomnienia różnych „przeżyć na szczytach”, „chwil bycia w siódmym niebie”, godzin uniesienia i przemienienia, i z nich czerpać siłę dla serca i woli, by na nowo wierzyć Ewangelii o przemieniającej mocy Chrystusa. Z trzema świadkami z góry Tabor możemy wtedy wpatrywać się na „dopełnienie” drogi Jezusa. Jego droga jest także naszą drogą i Jego zmartwychwstanie i uwielbienie po męczeńskiej śmierci jest również naszą drogą.

 

Szczęście na ziemi nigdy nie jest trwałe. Chrystus przyobiecał nam po tym życiu doczesnym trwałe szczęście. Ale zanim to się stanie, trzeba stale „zstępować na ziemię”, a drogi po jej dolinach prowadzą ku śmierci. Dla każdego. I dla każdego inaczej. Najważniejsze jednak: śmierć nie jest końcem – jest bramą wejścia na Tabor niezmierzonego szczęścia!

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

                        

                             *             *             *

Humor i wiara

  • Kardynał Michał von Faulhaber (Monachium) podczas pewnego uroczystego przyjęcia siedział obok profesora Alberta Einsteina. Einstein zapytał: „Eminencjo, co by ksiądz kardynał powiedział, gdybyśmy my matematycy Wam bezspornie matematycznie obliczyli, że nie ma żadnego Boga?”.

Kardynał po namyśle z humorem odpowiedział: „Cierpliwie czekałbym, aż Pan znajdzie błąd w ich obliczeniach.

  • Misjonarz w swej podróży do następnej placówki misyjnej napotyka gromadę lwów. Co sił w nogach ucieka, w końcu pada półżywy i w ostatnich chwilach przytomności modli się: „Boże Dobry, spraw by te lwy przynamniej raz w życiu spełniły jakiś chrześcijański uczynek!”. Gdy odzyskuje przytomność, widzi, że lwy siedzą wokół niego i ze złożonymi łapami modlą się: „Panie Boże, pobłogosław ten pokarm, który z Twojej szczodrobliwości otrzymaliśmy”.
Proszę nakliknąć aby powiększyć.

29.07.2017

Słowo na niedzielę - 17 niedziela zwykła A.           

30.07.2017

 

Skarb w ziemi – Ewangelia: Mt 13,44-52.

 

Kim jestem?

Jak mogę odnaleźć siebie, swoje własne „ja”?

Co stanowi o mojej tożsamości?

 

Takie pytania stawia sobie wielu ludzi. W tyglu tylu nieograniczonych możliwości oferowanych przez świat, próbujemy różnych dróg i często się gubimy.

 

Na istotne i żywotne dla nas pytania Jezus daje w dzisiejszej Ewangelii dwie kapitalne odpowiedzi, opowiadając dwie krótkie przypowieści. Przypowieści – podobnie jak baśnie, w których zawarta jest prastara mądrość ludzkości, - otwierają nasze oczy na to, co w nas samych jest ważne i istotne. W nich wyraża Jezus tajemnice naszego życia. Skoncentrujmy się na jednej z nich: „Królestwo Boże jest podobne do skarbu ukrytego w roli…” (Mt 13,44).

 

Skarb jest obrazem tego, co stanowi istotę i rdzeń człowieka, jego najprawdziwsze „ja”. Znajdujemy je wtedy, gdy dokładnie i głęboko przekopujemy pole naszego życia.  By dotrzeć do skarbu, trzeba kopać głęboko w ziemi.

 

Swoje własne „ja” wolelibyśmy szukać raczej w obszarze duchowym. Wtedy nie pobrudzimy sobie rąk.

 

Jezus zaprasza jednak nas, by kopać w „ziemskich warstwach” naszego ciała i duszy, w brudzie naszego życia, w prozie codzienności.

Tylko ten, kto ma odwagę zejść w przepaści swojej duszy, w to, co w nim ciemne i brudne, odkryje skarb, swoje własne „ja”, a tam także Boga. Tylko pod takim warunkiem można odkryć w sobie Królestwo Niebieskie.

 

Królestwo Boże to ten obszar we mnie, gdzie rządzi Bóg. A tam, gdzie panuje Bóg, tam naprawdę jestem sobą. Tam nie jestem już określany przez opinie innych ludzi. Tam nie mają też dostępu żadne błędne i fałszywe wzorce życiowe i trendy, które mnie ze wszech stron atakują, zastawiają pułapkę i chcą wziąć w posiadanie. Tam jestem naprawdę sobą. Ale droga do Królestwa Niebieskiego prowadzi przez „piekło” mojego wewnętrznego świata pozorów i ciemności.

 

Każdy wierzący przeżywa w sobie tendencję, by zachwycony nauką Jezusa natychmiast „unosić się ku górze”, w sfery ducha, pomijając całkowicie to, co stanowi nasz dzień powszedni, bo to wszystko wydaje się być tak banalne i bezwartościowe. 

 

Tymczasem to sam Jezus powstrzymuje mnie przed takimi duchowymi wzlotami. On mówi tak prosto i bezpośrednio o Bogu, że wskazuje na rzeczywistość mojej codzienności, która ma też „Boży wymiar”. Właśnie tam - w codziennych konfliktach, które ujawniają moje z trudem wypierane emocje, w doświadczeniach mojej przeciętności i banalności, w moich słabościach i schorzeniach, mogę znaleźć Boga, a w Bogu moje „najprawdziwsze ja”. 

 

Niebo w sobie odkrywamy zawsze jako dar, który stanowi o naszym szczęściu.  Takie odkrycie prawdziwego skarbu często dzieje się przez zaskoczenie, stanowi autentyczną niespodziankę.

 

Niebo we mnie, Królestwo Boże we mnie, to wielki „znak plus” przed klamrą mojego życia; wszystko co jest wewnątrz tej klamry otrzymuje przezeń całkiem nową wartość.

 

Prawdziwy skarb już od dawna spoczywa na polu naszego życia i czeka, by go znaleźć i wydobyć!

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

                        ------------------------

 

Humor i wiara

  • Proboszcz do wikarego: - „Jeżeli ksiądz dalej tak będzie głosił kazania, to będzie musiał schodzić z ambony w filcowych pantoflach lub na palcach!”. – Wikariusz: „Dlaczego?” – Proboszc: „Bo Twoje owieczki wszystkie zasnęły”.
  • Na drzwiach katedry wisi ogłoszenie: „Jako proboszcz katedralny witam serdecznie wszystkich turystów.  Zwracam jednak uwagę, że w katedrze nie ma żadnej możliwości pływania. Dlatego jest całkowicie zbędne wchodzić do katedry w stroju plażowym!”
  • Po udzieleniu ostatniego namaszczenia ksiądz usiłuje starej wieśniaczce na łożu śmierci powiedzieć jeszcze kilka słów pociechy. Na co ona energicznie: ”Niech już ksiądz da spokój, przecież z powodu umierania się nie zabiję!”

25.07.2017

 

Słowo na niedzielę – 16 niedziela zwykła A. (23.07.2017)

 

Bóg jest cierpliwy -  Mt 13, 24-30.

 

Przypowieść o kąkolu w pszenicy ukazuje nam drogę pomiędzy fanatyzmem z jednej strony, a obojętnością i relatywizmem z drugiej.

 

To droga tolerancji.

 

Bóg jest siewcą. Bóg określa czas żniwa. Bóg jest Głównym Odpowiedzialnym w swoim Królestwie!

 

Odniesienie Jezus do zielska zaskakuje i zdumiewa. Zachowuje się On zupełnie inaczej niż religijni nauczyciele jemu współcześni, inaczej niż Jan Chrzciciel.

 

Wszelkiej maści guru dawnych i nowych czasów są radykalni, stawiają na „natychmiast”, na „wszystko albo nic”. Dla nich wszystko jest albo czarne albo białe.

 

W Jezusie odkrywamy – przy całej Jego jednoznaczności i jasności -  spokój i umiar, prawdziwie boską cierpliwość.

 

On, który dla głoszenia Królestwa Bożego miał do dyspozycji zaledwie trzy lata, wzywa swoich popędliwych uczniów: „Dajcie sobie czas!”  To jest to samo, do czego zachęca jedna z podstawowych rad w zakresie duchowości: „Módl się codziennie pół godziny; a jeżeli nie masz na to czasu, to módl się godzinę”.

 

Drugie zadanie „do odrobienia”, jakie Jezus stawia przed nami, to pytanie: Co jest w świecie kąkolem, co jest zielskiem?

 

Gdy idzie o przyrodę, to eksperci pouczają nas, że zielska właściwie nie ma. Bo wszystko w przyrodzie ma swoje miejsce i znaczenie, mimo że człowiek brutalnie w ten świat ingeruje i niszczy wiele gatunków.

 

Poza tym, czy żytnie łany poprzetykane modrakiem i makami nie są piękne – pomimo negatywnych rachunków w zakresie zysków i strat?  

 

Czy nie jest też prawdą, że dla optymisty nawet zielsko będzie kwiatem, a dla pesymisty każdy kwiat zielskiem?

 

Dla Jezusa też wszystko ma swoje miejsce. Co dla Królestwa Bożego jest zielskiem, jeszcze nie jest ostatecznie ustalone, - w każdym razie nie w tym sensie, by „Główni Ogrodnicy” w Kościele mieli prawo zawyrokować już wkrótce po wzejściu „roślin”, co jest przydatne dla Królestwa Bożego, a co nie, co należy wyplewić i spalić!

 

Trzeba stale pamiętać o słowach Jezusa: „Po ich owocach poznacie ich” (Mt 7,16).

 

„Pozwólcie do czasu rosnąć obojgu”. Bóg jest cierpliwy! 

 

Wszechmoc, suwerenność, miłość i miłosierdzie Boga sprawiają, że On może sobie pozwolić na cierpliwość także wobec zła. Bóg może czekać! W stosunku do nas przejawia niesłychanie wiele cierpliwości. Bóg nie zamyka przed nami drzwi. Przeciwnie – On otwiera drzwi, które my zatrzaskujemy.

 

Cierpliwy Bóg daje sobie radę także z Kościołem grzeszników. Nie ma strachu ani wstrętu wobec zielska. Wszystko znosi cierpliwie. Gdyby Bóg nie był Bogiem cierpliwości i tolerancji, to nie mielibyśmy właściwie u Niego już dawno żadnych szans.

 

Bóg potrafi czekać. Bóg to Cierpliwość bezgraniczna i Miłosierdzie bez miary!

 

Jeżeli ciąży na mnie wina, jeżeli na polu mojego życia więcej zielska niż dorodnej pszenicy, to przecież zawsze mogę wiele rzeczy zmienić, mogę powstać ze swych słabości, coś zacząć na nowo, i ufać Bożemu miłosierdziu - pocieszony słowami św. Jana Apostoła: „Jeżeli oskarża nas nasze serce, to Bóg jest większy niż nasze serce i On wie wszystko” (1 J 3,20).

 

Dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

                         ------------------------

 

Humor i wiara

 

  • Dwóch starszych księży opowiada sobie o swoich parafiach. „Po tylu latach duszpasterstwa – stwierdza jeden z nich – muszę przyznać, że moi parafianie bardzo dobrze rozróżniają dobro od zła”.

– „Tak, tak, zgoda – kwituje jego kolega – ale tylko w odniesieniu do bliźnich”.

 

  • Papież Jan Paweł II jako pielgrzym w Polsce. Jedna z kobiet woła głośno: „Wszystkiego dobrego z okazji imienin!”.

 Ktoś koryguje: „Przecież dzisiaj nie ma ani Jana ani Pawła!”.

– „Tak, ale dzisiaj jest drugi!”.

 

*    Odpust parafialny. Zapowiedziano, że będzie śpiewał chór mieszany.

- „Toż to żaden chór mieszany, przecież śpiewają tylko mężczyźni”.

- „Tak, ale połowa umie śpiewać, a druga połowa nie”.

 

15.07.2017

 

Słowo na niedzielę  - 15 niedziela zwykła A. (16.07.2017)

 

Ziarno i gleba

Ewangelia: Mt 13,1-23

 

Jezus zajął miejsce w łodzi, aby stojący na brzegu mogli go lepiej usłyszeć. Kiedy indziej stał na górze, tam także tłumy wsłuchane były w każde Jego słowo. Znają go dobrze. Zgromadził wokół siebie całkiem pokaźną gromadę uczniów, razem z nimi wędruje od wsi do wsi, od miasta do miasta, uzdrawia chorych, wypędza demony, słowem i czynem pokazuje, że na nim spełniają się Boże obietnice. On jest tym, na którego czekał Izrael. Kto ma uszy „do słuchania”, nie może tego wyjątkowego Nauczyciela nie słuchać.

 

Teraz na mównicę wybrał łódź jednego z uczniów, może Piotra, i uczy. Pozornie są to całkiem prozaiczne opowieści z dnia powszedniego, bez sensacji, bez napięcia. Ale w ich głębi jest samo Życie. I każdy, kto ma uszy „otwarte”, słyszy w nich coś nowego, ważnego, wyjątkowego i sensacyjnego.  Historia, którą teraz właśnie opowiada, wydarza się także teraz i tutaj. Jezus mówi o siewcy i o ziarnie, i o różnorakiej glebie -  spieczonej, pełnej kamieni, przydrożnej, o chwastach, o palącym słońcu i wydziobujących ziarno ptakach…, ale też o glebie żyznej i urodzajnej, zdolnej przynieść plon nawet stokrotny.  Teraz jednak również On sam rozsiewa ziarno swego Słowa, tak jak siewca rozrzuca ziarna zboża. Na jaką glebę padną?

 

Niektórzy odwracają się natychmiast od niego. Inni wpadają w zachwyt, ale gdy tylko wrócą do swego normalnego życia, zapominają o Nim. Jeszcze innych tak opanowują ich troski codzienne, że Jezus nie ma żadnej szansy dotrzeć do ich serc…

 

Są jednak i tacy, co wsłuchują się uważnie w każde Jego słowo, niejako wsysają je w siebie, zatrzymują, pod  wpływem  jego tajemniczej mocy coś się w nich zmienia, ulegają wewnętrznej przemianie, a potem wyruszają w świat, do drugich – zakopują  rowy dzielące ludzi, budują mosty, dzielą chleb, leczą rany i sami stają głosicielami Jego Ewangelii, opowiadania o Nim i o Jego czynach – wobec tych wszystkich, którzy „mają uszy do słuchania”.

 

Jezus stale jest w łodzi Kościoła i przepowiada Dobrą Nowinę o Królestwie Bożym. A kto ma uszy, ten słucha!

On, Wcielone Słowo, mówi ciągle światu, w Kościele i przez Kościół będący „domem Słowa”, słowa - które są niezmienne, które przetrwają wszystko: władców, panujących, królów, prezydentów, ideologie, trendy, ducha czasu. On dosięga i ogarnia ludzi mocą odwiecznego ojcowsko-matczynego Słowa i napełnia siłą Ducha, by sami stali się żywymi i żywotnymi słowami Boga, głoszącymi orędzie Jego miłosiernej Miłości. To przez człowieka - przez każdego z nas - ma być przepowiadane w świecie ponadczasowe słowo Boga-Miłości o szacunku wobec wszystkich ludzi, całego stworzenia i  wszelkiego życia; słowo, które podnosi, leczy i ożywia.

 

Obrazy i porównania lepiej do nas przemawiają niż logiczna argumentacja. To, czym może być dla nas słowo Boże, właściwie przyjęte i przeżyte, ukazuje mową  obrazów  szwajcarski teolog kard. Hans Urs von Balthasar:

 

Słowo Boże jest zaproszeniem skierowanym do nas, byśmy z nim razem byli w prawdzie.

Jest to drabina zrzucona z wysokiego pokładu, po której my, zagrożeni tyloma niebezpieczeństwami, tonący, możemy się dostać do zbawczego statku.

 

Jest to dywan rozłożony przed nami, po którym możemy przystąpić do tronu Ojca.

 

Jest to pochodnia płonąca w ciemnościach milczącego i odpychającego ją świata, której blask łagodzi dręczące nas zagadki i pomaga nam przyjąć prawdę (Modlitwa i kontemplacja, Kraków 1965, s. 11).

 

Ks. dr. hab. Jerzy Grześkowiak

 

-------------------

 

Humor  i wiara

  • Rodzina Kowalskich dopiero co wróciła do domu z niedzielnej Mszy św., a ojciec zaczyna marudzić i narzekać: kazanie było arcynudne, gra organowa kiepska, chór kościelny - pożal się, Boże, pieśni śpiewane przez zgromadzenie bez życia i starodawne.

Mały Piotruś kontruje: „Tato, posłuchaj, za te dziesięć centów, które wrzuciłeś do koszyczka na składkę, to było to właściwie całkiem dobre show i niezły program!

  • Dość korpulentny ksiądz katecheta usiłuje dzieciom wyjaśnić słowa Jezusa: „Jeżeli nie staniecie się jako dzieci, nie możecie wejść do Królestwa Niebieskiego”.  Pyta więc: „Jakim zatem muszę się stać?”. Małgosia wie dokładnie: „Ty musisz schudnąć!”.
  • Mały Karolek otrzymał od dziadka 10 Euro. Mama mówi: „Teraz powinieneś za to dziadkowi pięknie podziękować”.

 – Ale co mam zrobić? Co mam powiedzieć?

 – Powiedz to samo, co ja mówię do waszego Tatusia, gdy daje mi pieniądze. – „Dobrze” - odpowiada malec, idzie do dziadka i mówi: „Dlaczego tak mało?”

8.07.2017

 

Słowo na niedzielę – 14 niedziela zwykła, rok A

 

Zaproszenie Jezusa

Ewangelia: Mt 11,25-30

 

„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”.

 

Jezus nawiązuje w tych słowach do pierwotnych i fundamentalnych tęsknot człowieka: do pragnienia pełni życia, pokoju, szczęścia, do tęsknoty za spokojem, spoczynkiem, schronieniem, bezpieczeństwem. Jego słowa wywołują w nas wspomnienia – patrzymy wstecz na minione stacje naszego życia.  Widzimy też jasno  to, co aktualnie przeżywamy, co jest naszym utrudzeniem, co nas obciąża, trapi, zamartwia, spędza sen z powiek – a to wszystko ma wiele imion: Praca nadmierna  i ponad siły, ciężka choroba, śmierć ukochanego człowieka, zerwane więzi przyjaźni  i miłości, zdrada, upokorzenie,  porażka w pracy, samotność…

 

To wszystko jest „jarzmem”. Kto dziś jeszcze wie, co to jest  jarzmo? Jarzmo nakładano zwierzętom, by ciągnęły wóz lub na polu pług do orki. Coś podobnego zakładali ci, co nosili wodę ze studni lub od rzeki albo jakieś ciężary. Jarzmo naszego życia może być niekiedy  potwornie ciężkie.

 

Jezus bierze człowieka i jego życie  poważnie. To wszystko, co  stanowi nasze jarzmo, ma swoje miejsce przed Bogiem. Jezus nie poprzestaje na taniej pociesze, lecz dodaje nam odwagi przez to, że zaprasza, by przyjść do Niego i swoje jarzmo dźwigać razem z Nim i tak jak On. Nasz krzyż i Jego krzyż winny stanowić jedno.

 

 „Uczcie się ode mnie” – mówi.   Nie każdy to potrafi. Uczenie jest zawsze trudne. W uczeniu się w szkole Jezusa trudność  mają zwłaszcza „mądrzy i roztropni”. Ci wszyscy, którzy mniemają, że posiedli wszystkie mądrości, że dokładnie wiedzą, co liczy się w życiu i co jest ważne u Boga. Ci, co ufają tylko sobie, własnej mądrości i własnym siłom.

 

„Wysławiam Cię,  Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś prostaczkom”.

 

Tylko ten, może iść do Jezusa i go znaleźć, kto dostrzega własną biedę i potrzeby, kto ma wątpliwości, kto szuka, komu nie wszystko  w życiu  się udaje. Ludzi,  którzy ciągle jeszcze czegoś oczekują , którzy mają tęsknoty i marzenia - tych nazywa Jezus „prostaczkami”.

Jezus nie pogardza intelektualnymi zdolnościami, które są przecież darem Boga, i które należy rozwijać, udoskonalać i nimi służyć ludzkiej wspólnocie. One wspomagają krytyczną ocenę wszystkiego, co się wydarza i co się przeżywa. Pan Jezus krytyce poddaje jedynie pyszałkowatość intelektualistów, tzw. wszystkowiedzących.

Kto polega tylko na swoim rozumie, dla tego rozum staje się przeszkodą w przyjęciu tego, co prezentuje mu Ewangelia. W tym sensie  „mądrym i roztropnym” jest ten, kto rozkoszuje się pewnością bycia jedynym panem siebie  i swojego życia – bez odwołania do Boga, a „małym i prostaczkiem”, kto staje przed Bogiem z pustymi rękoma i zdaje sobie sprawę, jak bardzo  skazany jest na to, by Ktoś go obdarował. Wypełnić ręce można tylko wtedy, gdy są puste.

 

Ktoś słusznie zauważył: „Ewangelia mieszka w sercach, a nie w głowach ludzi”. Nie roztropność, lecz pycha ogranicza widzenie człowieka. I nie niewiedza czy głupota, lecz pokora to spojrzenie poszerza.

 

Do Rabiego przychodzi uczeń i pyta: „Opowiadają, że dawniej bywali ludzie, którzy widzieli Boga twarzą w twarz. Dlaczego dziś coś takiego się nie zdarza?

Nauczyciel odpowiedział: „Bo dziś nikt już nie potrafi głęboko się pochylić”.

Ta krótka żydowska historyjka ukazuje obrazowo to, do czego Jezus zaprasza w niedzielnej Ewangelii: „Tylko  ludzie prości przybliżają się do tajemnic Jezusa i Jego Ojca!”. I „jarzmo” tej Dobrej Nowiny jest „lekkie” i „słodkie” jak  przyjacielski uścisk!

 

„Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie a moje brzemię lekkie”.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

Wiara i humor

  • Jest niedzielny poranek. Matka przypomina swojemu synowi, że czas pójść do kościoła. On odpowiada: „Po co? Nikt mnie nie lubi, kazanie jest nudne i  żaden z moich przyjaciół  nie przychodzi”.

Matka odpowiada: „Nie jest aż tak źle. Sporo ludzi jednak cię lubi i ceni. Wielu jest wdzięcznych za kazanie. W kościele masz też przyjaciół, którzy ciebie do siebie zapraszają. Poza tym musisz iść: w końcu jesteś proboszczem!”.

 

  •  Biskup przyjeżdża na bierzmowanie.  Tłok przed plebanią, gdzie biskup wysiada z auta. Pewna kobieta podnosi swojego synka wysoko i pyta: „Widziałeś go?”. – Mały odpowiada: „Tak, to jest Mercedes”.
Proszę nakliknąć aby powiększyć.

5.07.2017

 

„Małżeństwo dla wszystkich”?...

 

I stało się...! To, co już od dawna wisiało nad małżeństwem w Niemczech, jak miecz Damoklesa! Homoseksualne „pary gejów” i „pary lesbijek” mogą w przyszłości zawierać małżeństwo i adoptować dzieci. Tak postanowił niemiecki parlament w dniu 30 czerwca 2017 roku. Data iście historyczna… Szokiem, co prawda, to nie jest, ponieważ lobby LSBT w Europie walczyło o to od wielu lat i już w kilkunastu innych krajach to prawo obowiązuje. Poseł Partii Zielonych Volker Beck, nazywany ojcem „małżeństwa dla wszystkich”, z triumfem ogłosił:  „Faza tolerancji się kończy i zaczyna się epoka akceptacji”.

 

Powinienem, mogę i chcę tolerować czyjąś odmienność w seksualnym ukierunkowaniu, spowodowaną być może, jak dowodzą niektórzy, genetycznie, ale często jednak też nabytą poprzez niewłaściwe traktowanie tej sfery i zły wpływ środowiska, ale jako chrześcijanin nigdy nie zaakceptuję tego rodzaju partnerstwa jako małżeństwo! Małżeństwo jest z woli Boga Stwórcy związkiem miłości pomiędzy mężczyzną i kobietą, która to miłość w naturalny sposób zmierza do rodzicielstwa,  do daru życia dla następnych generacji. W związkach partnerskich może też istnieć  głęboka miłość, przyjaźń i wierność, ale  brak w nich rodzicielstwa, a nieszczęsne zalegalizowanie prawa do adopcji grozi niebezpieczeństwem wychowywania dzieci do skłonności homoseksualnych.

 

Brak aprobaty Kościoła Katolickiego (bo Kościół Ewangelicki poszedł znów za duchem czasu a nie Biblii – gdzie jest zatem owo „sola Scriptura”?) dla idei i praktyki „małżeństwa dla wszystkich”  wynika przede wszystkim z wierności wobec Boga i Jego Słowa, z głębokiej odpowiedzialności za człowieka i za zgodne z ludzką naturą małżeństwo i rodzinę, jak również ze zwyczajnej humanistycznej troski o język i fundamentalne pojęcia, by nadal znaczyły to, co od niepamiętnych czasów znaczą. Takie stanowisko nie ma nic wspólnego z dyskryminacją kogokolwiek (co wiadome środowiska Kościołowi i chrześcijanom zarzucają), lecz z właściwym i koniecznym  rozróżnianiem i różnicowaniem. Idzie o to, by nie mylić  pojęć, nie ograbiać ich z ich   pierwotnego sensu, nie wprowadzać zamieszania i chaosu. Czym innym jest i pozostanie małżeństwo, a czym innym partnerstwo z prawną legalizacją takich związków i należnymi im przywilejami. Nie chodzi o nic innego, jak tylko o przestrzeganie zdrowej logiki i praw ludzkiej natury. 

 

Prosty obraz może bardziej wyjaśni, o co mi chodzi. Gdyby koty zapragnęły być tygrysami, pieski lwami, a myszy słoniami, i zażądałyby od ludzi by ich tak odtąd   nazywano, to pytam, czy zaaprobowalibyśmy  takie „widzi mi się”  naszych współ-stworzeń?  Absolutnie nie, bo takie żądanie nie odpowiadałoby realnej rzeczywistości.  Bo mysz nie stanie się nigdy  słoniem, kot tygrysem, a pies lwem. Każde stworzenie ma swoją tożsamość. Podobnie związek  homoseksualny kogokolwiek z kimkolwiek nigdy nie będzie  małżeństwem, choćby wszystkie parlamenty tego świata tak zagłosowały. Takie decyzje posłów, wybranych demokratycznie przedstawicieli narodów, to po prostu kpina i obraza  „prawdziwego małżeństwa” tzn. związku kobiety i mężczyzny. Ale dla różnych partii wydaje się  być mniej ważne dobro małżeństwa i rodziny, lub troska o prawdę pojęć, gdy na celowniku jest  walka o głosy wyborców w następnych wyborach.

 

Pozostaje jednak jeszcze cień nadziei, że na zdrową logikę zdobędzie się Trybunał Konstytucyjny, bo pewnie ustawa parlamentu zostanie przez posłów partii  z literą „C” na przedzie (czyli chrześcijańskich) - przed tą najwyższa instancją prawną w państwie zaskarżona.

Groteskowość lekceważącego traktowania tak fundamentalnej wartości dla społeczeństwa, jaką jest małżeństwo i rodzina, dobrze oddaje tekst publicysty Stefana Rehdera, pod tytułem „Eva will heiraten”, który znalazłem w jedynym katolickim dzienniku w Niemczech „Die Tagespost” (Samstag, 1 .07.2017. Nr. 78, Nr 26 ASZ). 

 

Ewa chce  zawrzeć małżeństwo

Mała Ewa bardzo się złości.  I zwierza się swojej mamie, że od zaraz nie będzie nic jadła, że zaczyna strajk głodowy. Gdy mama ostrożnie wypytuje, czy być może złamała rodzicielski zakaz i oglądała w telewizji kolejny odcinek „Germans Next Topmodel”, odpowiedziała:

- Nie, ja obejrzałam sobie w Live-Stream debatę w niemieckim  parlamencie na temat „Małżeństwo dla wszystkich”.  Ty wiesz chyba, mamo, co to jest Live Stream?.

- Tak, to już mi kiedyś wyjaśniłaś. I dlatego nie chcesz nic jeść?

- Nie, nie dlatego. Tylko z tej racji, że jestem dyskryminowana.

- Ależ, Ewuniu, któż to ciebie dyskryminuje?

 - Wszyscy!.

- Wszyscy? Ale dlaczego? Jak to?

 - Ponieważ nie mogę poślubić mojego chomika.

W szkole powiedziano, że „małżeństwo dla wszystkich” nie jest wcale dla wszystkich, lecz tylko dla szwuli i lesbijek. To jest  niesprawiedliwe!

- Ależ, Ewuś, ty nie możesz poślubić twojego chomika. Jakby to miało być? Przecież nie możecie mieć dzieci?

- Geje i lesbijki też nie mogą.

-  Zgoda, ale oni mogą dzieci adoptować!.

 - Jasiu i ja możemy też to zrobić, gdy będę dorosła. Dzieci na pewno by Jasia serdecznie polubiły, czy nie sądzisz też tak samo, mamo?

- Z całą pewnością tak – odpowiedziała mama i zamyśliła się. A potem rzekła:

- Ewo, dlaczego nie zorganizujesz lobby dla dzieci, które - gdy będą dorosłe -       zechcą poślubić swoje chomiki?

- Szałowa idea, mamusiu. Czy dzisiaj jest spaghetti?

 -Tak, Ewuniu - przytaknęła mama, odcedzając wodę. I dodała: Dobra idea!  Miejmy nadzieję! Politycy są w końcu zdolni do wszystkiego.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

1.07.2017

 

Słowo na 13 niedziele zwykłą (A) – 2.07.2017.

 

Stracić życie, by zyskać Życie

(Ewangelia Mt 10, 37-42)

 

Tym razem słowa niedzielnej Ewangelii nie maja charakteru słodkiego deseru. Brzmią surowo, twardo, odpychająco, wcale nie zachęcają do pójścia drogą Jezusa. Jego relatywizowanie miłości rodzinnej,  słowa o konieczności „utracenia życia”,  o niesieniu krzyża wywołują sprzeciw, oburzenie, niechęć. Okazuje się, że  ten „kochany dobry Pan Jezus” wcale nie jest taki kochany; że Ten, który mówił o sobie, że „przyniósł pokój na ziemię”, jest także Tym, który burzy pokój, wprowadza niepokój, zmusza do trudnych refleksji,  do zmiany sposobu  myślenia i bolesnych decyzji.

Często mówimy: „Dobrze żyć i pozwolić drugiemu żyć” (Leben und leben lassen!). Nasze myśli stale krążą wokół problemu życia i jego spraw. Naszą podstawową troską jest, by nie utracić życia,  by żyć długo, dobrze, „na wysokiej stopie” i szczęśliwie. I dla tego celu  angażujemy wszystko, wykorzystujemy wszelkie możliwości, jakie stoją do naszej dyspozycji:  codzienna troska o zdrowie i o dobre bogate w witaminy, ekologiczne wyżywienie, zawieramy umowy ubezpieczeniowe, poddajemy się leczeniu i operacjom, uprawiamy sport. Żadna cena nie jest dla nas zbyt wygórowana, żaden trud i wysiłek nie jest nadmierny. Żyć, w pełni żyć! – Jakże zatem Jezus może powiedzieć: „Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 10, 39).

Oddać życie, by zyskać życie! – to trudny do zrozumienia paradoks. Jezus konkretyzuje swoją tezę: trzeba być gotowym opuścić nawet ojca i matkę, syna i córkę, jeżeli wymaga tego miłość do Niego. Poleca nam nie stawiać naszych własnych planów i życzeń ponad Boga.

 By pójść za Nim, do tego jest  potrzebna odwaga, zwłaszcza wtedy, gdy  związane jest z tym dźwiganie krzyża. Jezus stawia nas przed pytaniem: Co jest dla ciebie lepsze i bezpieczniejsze – twoja, przez ciebie samego sfabrykowana, ale złudna pewność, czy Słowo Boga? To jest decydująca alternatywa, to ogniowa próba naszej wiary. Tu idzie o zysk lub o stratę.

Jezus nie powiedział: porzuć swoje życie, pozbądź się go.  Nie zakazał walki o życie, takiej walki, jaką podejmują matka, lekarz, strażak, ratownik wodny, pomocnik Czerwonego Krzyża. Ale mówiąc o „traceniu życia” Jezus  dodaje decydujące słowo: „z mego powodu”.  W ten sposób On sam wkracza w nasze życie i przejmuje wszelkie dla nas  istotne „zabezpieczenia i gwarancje”.

A czego wymaga od nas? Oczywiście - nie odebrania sobie życia. Ani żadnych dramatycznych spraw!  Oczekuje tylko jednego: Mamy nasze życie oddać w Jego ręce – każdy jego szczegół i każdą chwilę; to obojętne, czy nam się powodzi czy nie, czy czujemy się bezpieczni lub tkwimy w największym zagrożeniu. „Stracić swoje życie” to znaczy: całą swoją egzystencję i nadzieję złożyć w Panu, powierzyć się w życiu i w śmierci Bogu. Kto zrezygnuje z bycia niewolnikiem własnych środków bezpieczeństwa, kto całkowicie zawierzy Bogu, ten zyska Prawdziwe Życie.

 

----------------------------------------------------------

 

Humor i wiara

 

  • Dwoje artystów cyrkowych – linoskoczków - zawiera małżeństwo.

Ksiądz głosi kazanie: „Niech Pan Bóg zawsze trzyma nad Wami swoje miłujące dłonie!”

Na to oblubieńcy: „Pod nami, księże proboszczu, pod nami!”.

 

  • Stracić żebro – zyskać kobietę

Gdy Adam pewnego razu dopiero nad ranem  wrócił do Ewy, ona nie potrafiła ukryć zazdrości i czyniła mu gwałtowne wymówki.

Adam próbował ją uspokoić: „Bądź rozsądna, pomyśl, przecież  na tym świecie istniejesz tylko ty i ja!”. 

Ułagodzona przytuliła się do niego. Ale gdy tylko zasnął, policzyła dokładnie wszystkie jego żebra…

 

Ks. dr. hab. Jerzy Grześkowiak

29.06.2017

 

Słowo na uroczystość świętych Piotra i Pawła (29.06.2017)

 

Klucze i miecz

 

Apostołowie Piotr i Paweł  - dwa filary Kościoła – są w sztuce kościelnej przedstawiani na ogół z ich nieodłącznymi symbolami: Piotr z kluczami, Paweł z mieczem.

Jezus przekazał Piotrowi „władzę kluczy”: „Tobie dam klucze Królestwa Niebieskiego. Cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane też w niebie…Paś owce moje”. Te słowa Pana mówią o  wyjątkowej pozycji Piotra pośród Apostołów, o jego specyficznym „urzędzie”. Piotr nie pojmował tego  przywileju jako stanowiska władzy, lecz jako służbę. Jezus sam ukazał mu sposób sprawowania tej władzy we wspólnocie wierzących: „Ty zaś umacniaj swoich braci!”.

Umacniać, towarzyszyć, podnosić, wspierać, dodawać otuchy, - to szczególne zadania i związane z nimi uzdolnienia kościelnych urzędów. Do takich zadań są powołani przez Chrystusa wszyscy chrześcijanie: piastujący władzę, zajmujący odpowiedzialne stanowiska - duchowni i wierni świeccy. Nadużywać władzy to rzecz okropna. Równie paskudną sprawą jest też sytuacja, jeżeli tylko wszystko krytykujemy i trzymamy się na uboczu, nie wnosząc do wspólnoty osobistego wkładu.

Klucze są po to, by nimi otwierać…  drzwi, domy, serca, przestrzeń dla życia, kajdany zniewoleń…

Św. Paweł trzyma w ręku miecz, który  wskazuje z jednej strony na „miecz jego misyjnego i ewangelicznego słowa”, z drugiej na rodzaj jego śmierci. Jako rzymski obywatel został zamordowany przez ścięcie głowy. Poniósł śmierć męczeńską jako świadek Chrystusa.

Nie musimy życzyć sobie męczeństwa, na jakie narażeni są niemal codziennie chrześcijanie w krajach muzułmańskich na Bliskim i Dalekim Wschodzie i w Afryce. Ale powinniśmy życzyć sobie zdecydowania, zapału i gorliwości, jakie cechowały św. Pawła. Jednoznaczność, odwaga i zdecydowanie - to coś innego niż fanatyzm. Paweł, gorliwy wyznawca wiary jahwistycznej, należący do grupy faryzeuszy, był kiedyś też fanatykiem. Opętała go idea, że musi w imię Boga i Tory prześladować Chrystusa i chrześcijan. Ale wstrząsające spotkanie ze Zmartwychwstałym Chrystusem uleczyło go,  wyzwoliło z pęt zaślepienia, nawróciło z błędnych dróg i przemieniło w „nowego człowieka”. Odtąd był cały  dla Chrystusa i Jego świętej sprawy i cały dla braci  i sióstr – wyznawców „nowej drogi”, ten największy misjonarz wszechczasów.

Klucze i miecz – znaki przyjaźni i więzi z Chrystusem. Przyjaźń nie polega na obowiązku, ona rodzi się z miłości. To nie zabawa, ani gra pozorów. Przyjaźń jest jednoznaczna, zdecydowana, gotowa do poświęcenia i ofiar. Przyjaźń z Chrystusem to w miłości wypowiedziane „Tak” i wierne w niej trwanie.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

24.06.2017

 

W tym tygodniu Ksiądz Profesor Jerzy Grześkowiak niestety nic nie napisze do „Polonika Monachijskiego” ale polecam Szanownym Czytelniczkom i Czytelnikom strony internetowe:

 

http://liturgia.wiara.pl

oraz
https://szukajacboga.pl/?gclid=COSD_NPF39ACFUa4GwodJDMA_A

 

Może one wypełnią Wasze niedzielne oczekiwania.

17.06.2017

 

Słowo na niedzielę (11 niedziela zwykła, rok A)  - 18.06.2017

 

Owce bez pasterza

 

Wzrusza współczucie Jezusa: „Żal mi tego ludu, bo są jak owce bez pasterza”. Owce pozbawione pasterza błądzą, są narażone na śmiertelne niebezpieczeństwa.

Obraz owiec bez pasterza wskazuje na utratę orientacji naszego świata  Odpowiedzi, jakie świat daje na pytania człowieka, nie są jednoznaczne ani klarowne. „Świat utracił swój kierunek” – skarżył się już dawno temu dramaturg Ionesco. Dobrobyt, lekceważenie fundamentalnych wartości i libertynizm (wolność bez odpowiedzialności) nie są potwierdzeniem słuszności kierunku dróg świata. Czy nie zmusza do refleksji fakt, że w kraju w którym żyjemy, jest więcej samobójstw aniżeli ofiar śmiertelnych w wypadkach drogowych? Wielu ludzi nie zna sensu  życia. Wielu żyje w lęku i trwodze, inni  wewnętrzną pustkę zagłuszają  ucieczką w drugorzędne  namiastki, atrakcje, sprawy błahe, płaskie, puste. Im bardziej tracimy „życie wewnętrzne - duchowe”, tym bardziej zwracamy się ku sprawom zewnętrznym dla koniecznej kompensacji.

 

Ale człowiek potrzebuje „Więcej”. Nie można żyć ciągle tylko zawartością lodówek, komputerami, smartfonami, dyskotekami i tym, co  nazywamy „Event”. Jezuita Alfred Delp, męczennik okresu nazistowskiego, pisał w więzieniu: „Chleb jest ważny, ważniejsza jest wolność, ale najważniejsza jest niezłomna wierność i  wielbienie Boga”.

 

Jezus nie pozostawia świata ślepemu losowi. Ingeruje w jego historię i powołuje ludzi do służby dla świata. Ponieważ „żniwo jest wielkie”, potrzebuje wielu współpracowników -  żniwiarzy. Skoro dziś wydatnie zmalała ilość księży, zakonników i zakonnic, to może Bóg chce przez to pokazać, jak ważną rolą do spełnienia w Królestwie Bożym  mają ludzie świeccy? Do wszystkich ochrzczonych mówi zatem Chrystus: „Idźcie i głoście: Królestwo Boże jest blisko” (Mt 10,7). I przekazuje im uzdolnienie i moc, „by uzdrawiali chorych, wskrzeszali  umarłych, trędowatych  uwalniali z choroby,   wypędzali demony”.

 

Zwykle myślimy w tym kontekście o  cudach. A cud to coś nadzwyczajnego, coś tylko w gestii Boga!  Tak, Bóg potrzebuje nas  dla „cudów w codzienności”. Każdy, kogo wzywa Bóg i kto ochoczo idzie na Jego służbę, może uzdrawiać chorych dając im nadzieję, martwym duchowo pokazywać sens,  ludzi z marginesu społecznego włączać ponownie do wspólnoty, a tych, których opętał duch ubóstwiania doczesności, uwalniać od ich demonów. Kogo Bóg wzywa, temu  daje też zdolności, talenty i odpowiednią moc.

 

Był sobie raz…mały kłębek bawełny. Bardzo się smucił, że taki, jaki jest, na nic się nie przyda. Na linę okrętową jestem za słaby – rzekł do siebie. Na pulower jestem zbyt krótki. By związać się z innymi, na to mam zbyt wiele zahamowań. Do haftowania też się nie nadaję, jestem taki blady, brak mi kolorów.  Ach, gdybym miał w sobie choć trochę złotych nici, to mógłbym ozdabiać stuły i ornaty. Ale, taki jaki jestem, nic po mnie. Nikt mnie nie potrzebuje, nikt mnie nie lubi. I ja sam siebie to już absolutnie znieść nie mogę. Tak mówił ten mały kłębek wełny do siebie, biadolił i biadolił, czuł się potwornie źle w swojej nieprzydatności i w tym użalaniu się nad samym sobą.

Nagle, puk… puk…., do jego drzwi zapukał wosk.  I rzekł:  Nie smuć się tak mały wełniany kłębuszku, nie rozpaczaj, nie użalaj się nad sobą. Chcę ci pomóc, wiem, co zrobić, mam świetną ideę: Złączmy się razem! Jako knot dla dużej i długiej świecy paschalnej jesteś zbyt krótki, a ja też nie mam na to wystarczająco wosku. Ale wystarczy na małe światełko. Razem staniemy się małą świeczką. Ona grzeje i daje nieco światła. Przecież lepiej zapalić choćby małe światełko, aniżeli stale narzekać i wyzywać na ciemność.

Kłębuszek wełny poczuł się nagle bardzo szczęśliwy i powiedział: To jednak na coś mogę się przydać. I kto wie, prawdopodobnie jest na świecie więcej takich małych kłębków wełny, które złączą się  z woskiem.

Tak, na świecie jest niezliczona ilość małych kłębków wełny, które są w gotowości… Jeżeli złączą się z woskiem powołania przez Boga i  pozwolą się zapalić, powstanie morze światła, które rozjaśni cały świat.

Każde małe światełko może się stać drogowskazem!

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

10.06.2017

 

Słowo na Święto Trójcy Przenajświętszej
 

Bóg Niepojęty a Bliski

 

W niedzielę po święcie Zesłania Ducha Świętego – ostatnim akordzie świętowania Zmartwychwstania Pana - Kościół Katolicki obchodzi święto Trójcy Świętej. Jest to próba dotarcia do źródła zbawienia, które Kościół celebruje przez cały rok kościelny. A tym źródłem jest jeden Bóg w Trzech Osobach. Bóg Ojciec jest źródłem wszelkiego życia; Syn Boży przyprowadził z powrotem do Ojca upadłą ludzkość; a Duch Święty prowadzi Kościół, aż Chrystus przyjdzie powtórnie i przekaże Ojcu swoje Królestwo. Niedziela Trójcy Świętej ukazuje nam drogocenną prawdę, której możemy bezpiecznie powierzyć chyboczącą się na falach historii  łódź naszego życia. Jesteśmy bowiem córkami i synami Boga, rodzeństwem Syna Bożego i Partnerami Ducha Świętego.

 

Obrazy i porównania
Jeżeli jesteśmy szczerzy wobec siebie, to każdy przyzna, że ma trudności z prawdą wiary o Trójcy Świętej. Jak tu pogodzić, że „jeden to trzy”. Chrześcijaństwo to religia monoteistyczna. A tu nagle mówi się o Trzech Boskich Osobach. Jedna Boża istota, ale trzy osoby. Co to jest istota? Co należy rozumieć przez osobę? To nie na nasze głowy.

 

Troistość w Jedynym Bogu jest niezgłębioną tajemnicą i dlatego chętnie przywołujemy na pomoc obrazy i porównania. Na katechezie demonstrowałem dzieciom trzy płonące świece, trzymając przy tym ich płomienie tak blisko siebie, że tworzyły tylko jeden płomień, aczkolwiek pochodził on od trzech świec.  Mówiłem im także: Pomyślcie o wodzie. W zimie bawimy się w śniegu, suniemy po nim na nartach, jeździmy na łyżwach po lodzie – a  śnieg i lód to przecież jest woda. Wiecie, jak ożywcza jest woda, jak bardzo potrzebujemy jej do życia, i jak dobrze czyni nam kąpiel w niej. Znacie także parę, której siła napędza turbiny i gotuje nam potrawy na obiad. To wszystko jest woda, jedna i ta sama woda o różnych przejawach i formach.

 

To są tylko przykłady, pomagające nam nieco przybliżyć się do tej wielkiej tajemnicy, jaką jest Bóg. Jako teolog wiem, że to tylko kulejące porównania usiłujące uchylić rąbka istoty życia Boga. Ale w końcu nic innego do dyspozycji nie mamy jak tylko nasze słowo, obrazy i porównania, by wyrazić to, czego w wierze doświadczyliśmy jako wspólnota Kościoła i pojedynczo, ale czego nigdy w całej głębi i rozpiętości nie pojmiemy, a mianowicie, że Bóg zwraca się do nas, wychodzi nam naprzeciw jako Ojciec, jako Syn i jako Duch Święty. W każdej z tych „form przejawiania się i działania” jest to jeden jedyny Bóg.  Jak wielki to Dar!

 

I jeszcze coś z historii. 

Ponieważ „Bracia z Tegernsee”, czyli Bawarscy Benedyktyni, chcieli czegoś więcej dowiedzieć się o Trójcy Świętej, słynny filozof i teolog Mikołaj z Kuzy (zwany Kuzańczykiem) posłał im w 1453 r. swój znakomity traktat o „Widzeniu Boga”. Idzie tu  o dwa różne widzenia. Jeżeli się spogląda na Boga, to także On spogląda na patrzącego. Gdy Bóg do nas się zwraca, i gdy te dwa spojrzenia się spotkają, wtedy poznajemy Boga. Człowiek nie ma być  „obserwatorem” Boga z oddali, nie ma  odnosić się do Niego tak, jak spogląda na rozgwieżdżone niebo, ani tworzyć sobie jakichś obrazów o Nim. Z tej racji papież Benedykt XIV zakazał przedstawiania Trójcy Świętej jako Boga z „potrójną twarzą”. Była to ulubiona forma przedstawiania Boga w sztuce ludowej w średniowieczu: jedna głowa, trzy twarze i czworo oczu. Bóg to nie jakaś forma „boga Janusa”,  to żadne bóstwo z trzema twarzami.

 

Jedyny Bóg nie jest „dwuznaczny”, lecz jest świętym Misterium. Jeden Bóg w Trzech Osobach jest wspólnotą Miłości, która wszelkie stworzenie chce doprowadzić do uszczęśliwiającego oglądania Boga. Kto chce Boga oglądać, może to uczynić tylko sercem, bo „dobrze widzi się tylko sercem” – jak mówi Antoine de Saint Exupéry („Mały książę”). Oglądać Boga sercem, który jest większy niż nasze serca!

 

Najbardziej przemawiająca do mnie egzystencjalnie formuła o Trójcy Świętej pochodzi od szwajcarskiego teologa Hansa Künga (ze względu na ostrą krytykę Kościoła odebrano mu prawo nauczania w imieniu Kościoła Katolickiego): 

 

Bóg jest tajemnicą ponad nami.
W Chrystusie Bóg jest z nami.
W Duchu świętym Bóg jest w nas.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

3.06.2017

 

Słowo na święta Zesłania Ducha Świętego

 

Piękno i urok początku

 

Każdy poranek to nowość, życie, nadzieja, czar jakiś i tajemnica. Dzień dopiero „wstaje”, jest w zaczątku. Jego treści są jeszcze utajone, w spoczynku. Nie wszystko jest ustalone, a możliwości jest wiele.

 

Hermann Hesse pisze o czarodziejskim elemencie ukrytym w każdym początku: „… und jedem Anfang wohnt ein Zauber inne,/ der uns beschützt und der uns hilft zu leen.” („…a w każdym początku tkwi  jakiś czar, który nas strzeże i pomaga nam żyć”.

W przełożeniu na język prozy znaczy to: Jeżeli później, pośród ciężarów utrudzenia i upału dnia, nie wiesz, co dalej; jeżeli twoja dobra wola osłabła i sięga granic, a Twoje dobre zamiary spełzły na niczym lub zaowocowały odmiennym skutkiem, to pomyśl o urokach początku. Wtedy zyskasz nowe, nieprzeczuwalne siły. Skostniałe, zgorzkniałe, na pół obumarłe małżeństwa, są do uratowania i uleczenia, jeżeli oboje partnerzy ożywią w sobie pamięć początków ich zakochania i wszystkich związanych z tym romantycznym okresem fenomenów – czekania, tęsknoty, listów, pocałunków, gestów miłości. Podobnie na drodze „stawania się człowiekiem” bylibyśmy o wiele dalej i bardziej dojrzali, gdybyśmy tzw. „dziecka w nas” nie zaniedbali, zapomnieli, wypchnęli, uśmiercili….

 

Kościół  ma też swój początek, „swój poranek”, w którym nie wiedział jeszcze nic o ambicjach i sporach, o administracji i władzy, o własności i pieniądzach, o tytułach, biskupach, księżach, kardynałach, prałatach,  pałacach, mitrach… . Wtedy nie był jeszcze  zbrukany rozbiciem na wyznania, ani letniością  lub zimną obojętnością swoich członków. Tą pierwszą godziną Kościoła jest Zesłanie Ducha Świętego. „Poranek Kościoła” – świeży, czysty, lśniący, pełen pierwotnej energii – jak ogień i wiatr…

 

Pierwszą godzinę Kościoła cechuje „bycie razem” – jedność. Wszyscy zgromadzili się w jednym miejscu, i choć tak różni, stanowili „jedno ciało i jedną duszę”: rybacy, rolnicy, rzemieślnicy,  celnicy, mężczyźni i kobiety. Po śmierci Jezusa szukali Jego bliskości, tęsknili za Nim. Szukali też siebie nawzajem, nie dlatego, że  czuli do siebie sympatię, albo że potrzebowali „ciepła” wspólnoty – jak owce bliskości stada. Stało za tym życzenie Jezusa: Wy jesteście moim ciałem! Modlił się za nich tak żarliwie w dniu pożegnania w Wieczerniku, tuż przed śmiercią: „Ojcze, spraw, aby byli jedno, jak Ty we Mnie, a ja w Tobie”.  Z Ciała Jezusa nie należy się wyłączać, nie jest dobrze kroczyć własnymi drogami, bo w ten sposób rani się to Ciało i deformuje obecność Chrystusa w świecie. Stąd mandat Pana wszystkich zobowiązujący: W miłości szukać bliskości i więzi z wszystkimi,  którzy słuchają Jego głosu i pełnią Jego wolę, a właściwie z wszystkimi ludźmi, ponieważ On powiedział: „Idźcie na cały świat i głoście Dobrą Nowinę wszelkiemu stworzeniu!

 

W pierwszej godzinie Kościoła pośrodku wszystkich zebranych jest Maryja. Ona jest jakby pełnym światła rdzeniem, centrum. A dokładniej  ujmując sprawę, wszystko zaczęło się z Nią i przez Nią, poprzez Jej czujność i wsłuchiwanie się, Jej posłuszeństwo, Jej „tak” – „Niech mi się stanie według Twego Słowa”. Maryja była  pierwszym człowiekiem, w którym zamieszkał Bóg. Zanim jeszcze ktokolwiek należał do Kościoła, Ona już była Kościołem - przez jakiś czas  była nim sama, jedyna. A więc: istoty Kościoła i Jego środka szukać nie w książkach, instytucjach, gremiach i radach, lecz w ludziach odważnych, zafascynowanych i przenikniętych Bogiem, pokornych i cichych, w ludziach modlitwy i medytacji,  w tych, którzy dla Boga czynią miejsce w swoim życiu, w myśleniu, w działaniu, w sumieniu. Nam wszystkim trzeba iść ku temu  żarzącemu się miłością centrum Kościoła – ku Maryi. Bo „Przez Maryję do Jezusa”.

 

Pierwsza godzina Kościoła to jakby energetyczna przestrzeń Bożego Ducha, to porywające, rozgrzewające i przemieniające działanie Ducha Świętego – Ducha Ojca i Syna. Pierwsi uczniowie Jezusa zaczynali nie z jakimiś wielkimi ideami, z nadludzkim wysiłkiem, z genialnymi planami. Nie, po prostu działali  według poruszeń serca, od przypadku do przypadku idąc za impulsami  „z góry” – za natchnieniami Ducha Bożego.  Stopniowo coraz bardzie  postrzegali i rozumieli, że to Bóg kierował ich każdym krokiem. Niektórzy ponieśli śmierć męczeńską dla tej wiary, dla swoich przekonań i dokonanych dzieł. Żaden nie zdezerterował, nie szukał szczęścia gdzie indziej.  To dla nas sygnał: Nie wielkie koncepty, wizje, plany, gotowe recepty są najważniejsze, lecz przede wszystkim silna wiara i zaufanie, modlitwa i wielbienie Boga, oraz miłość do każdego człowieka.  A zatem: przyjąć jako pewnik, że ON jest pośród nas obecny. I słuchać, słuchać, słuchać! A potem czynić to, co i jak czyniłby Jezus!

 

Istotna sprawa – we wszystkim - to „rozpocząć”. To nie takie łatwe - zacząć raz jeszcze, jeżeli zaczynało się już tysiące razy. Ale jako chrześcijanie możemy wiersz H. Hesse nieco zmodyfikować: „… i w każdym początku ukryty jest Duch Święty, który nas strzeże i pomaga żyć.”  Zacząć – naprawdę zacząć – to żadne czary. To dzieło Świętego Ducha Bożego!

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

31 maja 2017. Proszę nakliknąć aby powiększyć.

29.05.2017

 

ZAPRASZAMY
na:

 

Adorację śpiewno-muzyczną: wieczór uwielbienia, 
w środę 31.05
po mszy świętej w kaplicy przy Hessstrasse 24
 
Film: Cuda i łaski Boże - Fatima i Gietrzwałd (świadectwa cudownych uzdrowień), w czwartek 01.06
po mszy świętej wieczornej przy Hessstrasse 24
 
Rekolekcje uzdrowieniowe z ojcem franciszkaninem dr. Ivo Pavicem z Chorwacjiw piątek 02.06 i w sobotę 03.06 (od 15:00 godź)
St. Michael Kirche, Johann-Michael-Fischer Platz 1, Monachium (U2 Josephsburg)
Duhovna obnova - Geistliche Erneureung: Isus i danas ozdravlja - Jesus heilt auch Heute
Infos: Frau Mira Kvesić tel. 089/650701, Frau Lonergan 089/498151
 
Czuwanie modlitewne w wigilię zesłania Ducha Świętego, w sobotę 03.06 od godź (19:00)
w kaplicy przy Hessstrasse 24
Informacje na plakacie w załączniku
 
Czuwanie modlitewne: "Trwamy z Maryją na zesłanie Ducha Świętego" i nabożeństwo wynagradzające Niepokalanemu Sercu Maryi
oraz całonocną adorację modlitewną przed Najśwętszym Sakramentem, w sobotę 03.06 (od godź. 20:00)
w kościele wieczystej adoracji przy Herzogspitalkirche 7 (Karlsplatz Stachus U4/U5, S-Bahn)
(i w każdą nastepną, pierwszą sobotę miesiąca)
Informacje na plakacie w załączniku

27.05.2017

 

Słowo na niedzielę

 

7. niedziela Wielkanocy (28.05.2017) - Ewangelia według św. Jana 17,1-11a

 

Modlitwa arcykapłańska Jezusa

 

Ta niedziela rozpoczyna ostatni tydzień wielkanocny, który zakończy się świętem Zesłania Ducha Świętego. Ostanie dni wielkanocne uświadamiają nam, że Zmartwychwstały Pan opuszcza świat nie na zawsze; On powraca do Ojca po to, by w inny sposób być z nami, mianowicie poprzez swojego Ducha, którego przyobiecuje i którego wkrótce ześle.

 

Filozof religii Martin Buber na pytanie: „Dlaczego wierzysz w Boga?” odpowiedział: „Gdyby to był Bóg, o którym można dużo mówić, to bym nie wierzył. Ponieważ jednak jest to Bóg, do którego można mówić, dlatego w Niego wierzę”.

 

Najważniejszym fundamentem wiary jest fakt, że Bóg jest kimś, do którego możemy mówić, jest  owym wielkim „Ty”, z którym możemy nawiązać relacje.

 

Ewangelia św. Jana przedstawia Jezusa jako człowieka, którego całe istnienie jest niejako rozmową z Bogiem. Arcykapłańska modlitwa Jezusa w wieczerniku przed Jego męką, daje nam wgląd w wewnętrzne relacje Jezusa do Ojca, w które On chce włączyć także nas. To, co jest dla Niego najważniejsze, przekazuje nam jak testament w tej pięknej medytacji przez odejściem z tego świata. W jej centrum stoi prośba do Ojca, by Jego uczniowie „byli jedno”, by trwali w takiej samej jedności, jakiej On sam doświadcza ze swoim Ojcem.

 

Żyjąc w tym świecie w jedności z Bogiem, wcale nie trzeba  tworzyć dystansu do świata, aczkolwiek pewne uwarunkowania są w tym zakresie konieczne. Ponieważ jesteśmy stale zagrożeni, Jezus prosi Ojca, by nas strzegł i zachował od złego. Równocześnie żyjąc w jedności z Bogiem, jesteśmy ustawicznie w drodze do Niego, nosimy Go w sobie, jak On nosi nas w swoim sercu.  On zawsze trzyma nas w swoich miłujących dłoniach, aż nie dojdziemy do jego wiecznej Ojczyzny. Ta pewność wiary daje nam poczucie radości i niepokonalną niczym nadzieję.

 

Jeżeli Bóg jest  naszym centrum, to zbędne jest zabieganie, by spełniać wszystkie osobiste marzenia i pragnienia, lub by samemu być jakimś centrum dla innych.

 

Bóg staje się naszym ośrodkiem poprzez modlitwę. Św. Teresa z Avila powiedziała kiedyś, że w życiu modlitwy istnieją dwa zbiorniki wody. Jeden trzeba wykopać samemu i troszczyć się, by tam regularnie dostarczana była świeża woda. W zbiorniku drugim, tym lepszym i ważniejszym, idzie po prostu o to,  by „czekać, aż woda wytryśnie”. W ten sposób moje małe „ja” wiąże się z wielkim „Ty” Boga. Na tym polega życie modlitwy.

 

Pomocne w modlitwie może być  arabskie przysłowie: „Woda śpi na dnie bardzo głębokiej studni. Nieszczęsny, kto nie ma wystarczająco długiego sznura”.

 

I jeszcze  słowa św. Mikołaja  z Flüe (Szwajcaria), eremity (w tym roku przypada 600 letnia rocznica jego urodzin i 70 jego kanonizacji):

„Bóg może sprawić, że modlitwa jest dla człowieka tak miła i przyjemna, iż idzie on na nią jak na tańce. Ale może też sprawić, że ona będzie dla niego walką”.

Modlitwa – taniec i walka zarazem….

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

24.05.2017

 

Słowo na Święto Wniebowstąpienia Chrystusa

 

Zacznę anegdotą: Podobno w latach 70-tych XX wieku  I Sekretarz ZSSR planował wizytę państwową w Niemczech Zachodnich. W toku przygotowań okazało się, że jego pobyt  przypada w okresie, gdy jest dzień wolny od pracy, gdy obchodzone jest święto Wniebowstąpienia – Himmelfahrtstag. Pyta więc swoich doradców, co to za święto? Jeden z nich po stosownych wnikliwych badaniach oświadcza: To dzień, w którym świętuje się „niemieckie podróże kosmiczne”.

Nie wiem, czy ta historyjka w pełni odpowiada prawdzie. Ale podejrzewam, że gdyby dziś  dowolnych przechodniów na ulicy zapytano, co to jest Wniebowstąpienie, otrzymalibyśmy przeróżne odpowiedzi, ale niewiele właściwych. Wiedza religijna jest dziś znikoma, szczątkowa, co potwierdzają także quizy w polskiej Telewizji.

Co świętujemy na Wniebowstąpienie? W dalszym ciągu Wielkanoc! Wniebowstąpienie Chrystusa jest częścią wielkanocnego Misterium  Paschalnego, czyli zbawczego przejścia Chrystusa ze śmierci do życia, w którym wszyscy przez wiarę i sakramenty uczestniczymy. Przez 40 dni Jezus ukazywał się uczniom i  mówił o Królestwie Bożym. Te 40 dni  są odpowiednikiem dla  40 dni naszego przygotowania na Wielkanoc, teraz oznaczają one drogę Jezusa do uwielbienia, pełni chwały w Bogu. Podczas tego czasu uczniowie muszą niejako oswajać się z nową sytuacją, wrastać stopniowo w nią, uczyć się rozumieć, w jaki sposób Chrystus z nimi teraz i w przyszłości będzie obecny. On przyobiecuje im swoją bliskość i swoje powtórne przyjście oraz daje im mandat,  by szli w świat i przepowiadali dzieło Odkupienia.

Liczbę 40 spotykamy w  Biblii częściej: Noe przebywał 40 dni w arce, zanim ją opuścił, by wyjść na ląd. Mojżesz przebywał  40 dni na górze  Synaj,  by odebrać pouczenia od Boga. Naród Izraelski wędrował 40 lat przez pustynię, zanim  wszedł do Ziemi Obiecanej. Prorok Eliasz krążył 40 dni po pustyni na drodze do góry Horeb. Jezus przed rozpoczęciem swojej publicznej działalności pościł na pustyni 40 dni.

Liczba 40 określa zatem przestrzeń czasu, w którym coś zostaje zakończone, zamknięte, osiąga pełnię. Te 40 dni pomiędzy Zmartwychwstaniem a Wniebowstąpieniem to dla uczniów Jezusa czas procesu uczenia się. Oni doświadczają: Pan  ukazuje się nam, jest z nami, ale ta Jego obecność nie jest taka sama jak przedtem, nie jest prostą kontynuacją wspólnoty z Nim przed Jego śmiercią i zmartwychwstaniem.

 Wniebowstąpienie nie oznacza zatem żadnego biologicznego i fizycznego  wydarzenia, bo ono dokonało się już w chwili Zmartwychwstania Chrystusa. Jest świętem duchowego rozstania, pożegnania, ostatecznego uświadomienia sobie że obecność Jezusa po zmartwychwstaniu jest inna niż przedtem.

Maria Magdalena zrozumiała to wszystko już w wielkanocny poranek w spotkaniu ze Zmartwychwstałym w ogrodzie. Jezus rzekł do niej: „Nie zatrzymuj mnie” (J 20,17). –  Znowu kobieta szybciej zrozumiała  coś z istoty wiary niż uczniowie-mężczyźni. Oni  dopiero teraz pojęli  tajemnicę zmartwychwstania i uwielbienia Chrystusa – właśnie to oznaczają te 40 dni: Jezus zostaje z nimi, ale w inny sposób. Zrozumieli też w końcu,  że to oni sami muszą wziąć pełną odpowiedzialność za dalsze losy Dobrej Nowiny Jezusa. Świadczą o tym wyraźnie  słowa  skierowane do nich przez Anioła: „Mężowie Galilejscy, czemu stoicie zapatrzeni w niebo? (Dz 1,11). I przez Chrystusa zostają posłani w świat z orędziem o Zmartwychwstaniu i o Zbawieniu wszystkich ludzi. Są odpowiedzialni za to, by orędzie  wielkanocne było w świecie żywe i ożywiało ludzi. Całkowicie zrozumieją to wszystko dopiero w dniu Zesłania Ducha Świętego.

Jak uczniowie Jezusa, tak i my też jesteśmy w drodze. Na drodze wiary. My również nie rozumiemy wszystkiego od razu. Potrzebujemy czasu – i mamy na to czas. I raz po raz doświadczamy, że to, co jak nam się wydawało, że zrozumieliśmy i  że jest jasne, kiedy indziej wcale takie jasne nie jest,  i że stawiamy na nowo pytania. Wiarę trzeba stale zdobywać na nowo. Bo - jak mówi Roman Brandstaetter - „Wiara jest trudną twórczością i stale trzeba ją na nowo kształtować!”.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

22.05.2017

12.05.2017

 

Był martwy przez 45 minut!
Oto co powiedział o Jezusie na forum ONZ

 

Źródło: yuotube

8.05.2017

 

Dowody zmartwychwstania Jezusa

8.05.2017

 

a teraz przez cały miesiąc maj w naszych parafiach

jest odmawiana …

 

http://modlitwawdrodze.pl/litania-loretanska-2017/

6.05.2017

 

Tajemnica Fatimy

5.05.2017

 

Tajemnica Jasnej Góry 
Matka Boska Boża Częstochowska

 

https://gloria.tv/video/jPjnLxQYBrgG3bWReEEysj9cx

 

30.04.2017

 

Słowo na niedzielę – 3 Niedziela Wielkanocy

(Ewangelia według św. Jana 21, 1-14)

 

To już trzecie spotkanie Uczniów Jezusa ze Zmartwychwstałym. A wszystko zaczyna się bardzo prozaicznie i z frustracją. Uczniowie idą łowić ryby, zgodnie z ich doświadczeniem zarzucają sieci nocą, bo przecież ryby w dzień odpoczywają na dnie jeziora. Ale daremny trud. Tej nocy nic nie złowili.

 

A potem nagle wszystko się zmienia. Tam gdzie przedtem był zawód, rezygnacja, smutek, powrót do codzienności – nagle jest przeżycie Wielkanocy. Właśnie w takim momencie, gdy nikt tego nie mógł oczekiwał, sieć wypełnia się 153 rybami, czyli tyloma, ile gatunków ryb liczono według ówczesnej wiedzy.

 

To wydarzenie z ostatniego rozdziału Ewangelii św. Jana jest obrazem i przypowieścią - jest słowem Bożym dla Kościoła Jezusa.

 

Jak to się dzieje, że sieci Kościoła są wypełnione?

 

Jak to się dzieje, że „rybacy ludzi” cieszą się sukcesem?

 

Kto przygotowuje Kościołowi Ucztę ze Zmartwychwstałym?

 

Ewangelia tej niedzieli  ostrzega, by nie kłaść wszystkiego na kartę kościelnego management. Typowe dla wiary jest to, że nie można jej ani wyprodukować, ani nią zarządzać. To co istotne, nie zależy nigdy od nas.

Sukces na jeziorze nie był dziełem uczniów Jezusa, aczkolwiek jako doświadczeni rybacy mieli na to zawodowe recepty. Ich doświadczenie nic nie przyniosło.

 

Sukces zgotował im ów Obcy przy brzegu. I to jest trwały obraz Kościoła. Kościół staje wobec Chrystusa z otwartymi, ale pustymi rękami – w postawie Oranta z obrazów w katakumbach, w postawie, jaką kapłan przyjmuje podczas modlitw w Eucharystii.

 

To Pan stoi przy brzegu… i tchnie stale Kościołowi swojego Ducha. Tylko On może zesłać dar Ducha na chleb i wino, by przemieniły się w Jego święte Ciało i Krew, i by wspólnota wierzących mogła radośnie ucztować ze Zmartwychwstałym.

 

„Pan stoi przy brzegu!  To jest ważne dla całego Kościoła i dla każdego  chrześcijanina i każdej chrześcijanki.  To jest ważne dla mnie!

 

Brzeg – to już nie Morze Tyberiadzkie, ani nie  ów brzeg na końcu mojego życia, na którym będzie czekał na mnie Bóg.

 

„Pan stoi przy brzegu” – to znaczy jak kiedyś zjawił się pośrodku  frustracji i zniechęcenia uczniów, tak czyni to samo dziś. Jezus „stoi zawsze nad brzegiem jeziora mojego życia” i towarzyszy mi – swoją obecnością, swoją miłością i swoim Słowem Życia. Odkryć i znaleźć mogę Go tylko pod warunkiem, że Go z wiarą i miłością szukam.

 

Są w życiu często sytuacje,  kiedy czujemy się zawiedzeni, opuszczeni i samotni. Utrata kochanego człowieka…, miejsca pracy…, cierpienie rodziców z powodu błędnych dróg ich dzieci…. „Nikomu nie jestem potrzebny…” „Jestem taka samotna…”, „Nikt mnie kocha…”,  „Pracuję, haruję, poświęcam się, ale wszystko bez sukcesu, bez wdzięczności, bez dobrego słowa…”, zdrada przyjaciół…, nieuleczalna choroba itd. Itd. – Także wtedy jest prawdą: Jezus stoi przy brzegu!

 

Doświadczamy w życiu mnóstwo sytuacji bez wyjścia, przeżywamy wydarzenia, w których trudno znaleźć rozwiązanie. A przecież nie wolno nam  porzucać sieci! Bo w takich wszystkich szarościach codzienności Chrystus stoi nad brzegiem,  niedaleko, na odległość zawołania i słyszę Go wyraźnie: „Spróbuj jeszcze raz!”

 

Jestem przekonany, że tam gdzie w zaufaniu uczynimy to, co  każe nam Jezus, przeżyjemy także to, co przeżyli Jego Uczniowie: sukces, radość i wspólnotę  stołu i uczty z Nim.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

Proszę nakliknąć, aby powiększyć.

22.04.2017

 

Słowo na niedzielę

„Niedziela Biała”  i zarazem „Niedziela Bożego Miłosierdzia”

 

Tomasz „niewierny”?
– wątpiący?

szukający?...

 

W drugą niedzielę Wielkanocy tradycyjnie słyszymy w kościele Ewangelię o Apostole Tomaszu, któremu tak trudno dać wiarę jego kolegom, opowiadającym mu z pasją, że ukrzyżowany Jezus zmartwychwstał i ukazał się im zgromadzonym w wieczerniku.  „Widzieliśmy Pana!” Tomasz nie może uwierzyć, podobnie jak przedtem oni sami nie wierzyli słowom Marii  Magdaleny i jej przyjaciółek.

 

Tomasz miał przydomek Didymos, czyli „bliźniak”, no tak – „bliźniak naszych wątpliwości”! Tomasz - ktoś kto chce wiedzieć wszystko bardzo dokładnie, kto potrzebuje namacalnych dowodów. To, że inni mówią, iż Jezus wyszedł z grobu i przechodzi także przez zamknięte drzwi – nie ma dla niego znaczenia, jemu to nie wystarczy. On musi zobaczyć Jezusa na własne oczy, musi widzieć Jego rany i ich dotknąć. Bo tylko Bóg, który nosi na sobie rany, zna ból człowieka poranionego przez życie.

 

Tomasz, widząc własnymi oczyma rany Jezusa, już nie czuje potrzeby ich dotykania. Już samo widzenie dokonało w nim przemiany. Wątpliwości pierzchły, ich miejsce zajęła wiara. Już nie chodzi tu więcej o tego, którego można widzieć, dotknąć i wziąć w ramiona, lecz o Tego, który z Jego ranami jest uwielbiony, wywyższony u Boga, który jest Bogiem. To głębokie duchowe przeżycie i doświadczenie wyraża Tomasz w słowach „Pan mój i Bóg mój!”.

 

Ten okrzyk jest wyznaniem wiary, wypowiedzianym z głębin poznania nie rozumem, lecz sercem. Tu kłania się Blaise Pascal: „Wiara to czuć Boga sercem, nie rozumem”.

 

Ponad stojącym przed nim Tomaszem Jezus widzi także nas, tych, którzy „nie widzieli”, których przy tym objawieniu się Jezusa nie było. I ogłasza nas „błogosławionymi”! Jesteśmy błogosławieni, jeżeli nie polegamy tylko na tym, co dotykalne, sprawdzalne, lecz z całym sobą  ukierunkowujemy całą naszą egzystencję   na Niego i z Nim. Jezusowi Chrystusowi można zaufać i zawierzyć, bo Jako naszemu Bratu nie są Mu obce nasze zranienia, a jako Zmartwychwstały przynosi nam Boży Pokój!

 

Może mówisz: "Chciałbym wierzyć, ale nie potrafię, stale napadają mnie wątpliwości”. 

Kto tak mówi, już jest wierzącym. Wiara i wątpienie należą do siebie. Wiara nie wyklucza zwątpień, lecz je zakłada, włącza je w swoje głębie. Kto jeszcze nigdy nie wątpił, ten nie jest prawdziwie wierzącym. Wątpienie jest drogą do wiary.

 

Wierzyć, po łacinie credere – pochodzi od cor dare, czyli „dać komuś, powierzyć komuś serce”.  Tomasz swoim zachowaniem mówi niejako: „Moje serce mogę tylko wtedy komuś powierzyć, gdy wiem: Jemu nie są obce moje ciemności i moje rany. Wierzyc mogę tylko temu, kto może i chce dzielić moje życie. Chrystus unoszący się gdzieś w niebieskich przestworzach, który nie zna cierpienia tego świata – jakie znaczenie mógłby On mieć dla mnie, dla mojego życia?

 

Tomasz pytał w ten sposób, czy Zmartwychwstały Jezus jest nadal tym, który wie, co znaczą zranienia, łzy i cierpienie? Czy stoi On nadal – jak wtedy gdy z nim wędrowali słuchając Jego Dobrej Nowiny - po stronie małych, słabych, chorych, ubogich, wykluczonych?

 

I Chrystus zrozumiał to pytanie Tomasza zawarte w stwierdzeniu: „Jeżeli nie włożę mego palca w Jego bok, nie uwierzę”. Każe mu zatem dotykać swe już chwalebne  rany. Jego rany są dla Tomasza niejako „dowodem osobistym”  Jezusa, Jego trwałym „znakiem rozpoznawczym”. Jego rany mówią: Także po moim Zmartwychwstaniu jestem po stronie wszystkich  poranionych przez życie i przez ludzką podłość i okrucieństwo!

 

I jeszcze jedna myśl: Zmartwychwstały przychodzi do Swoich z pokojem – do wspólnoty złożonej z wierzących, niepewnych, wątpiących, zawiedzionych, pytających, szukających, ufających…

 

Dobrze jest wiedzieć, że Zmartwychwstały Pan ogarnia nas zawsze swoim  miłosierdziem i pokojem, nawet wtedy, jeżeli nie jesteśmy tacy, jakimi być powinniśmy.

 

Wątpiącego Tomasza bierze Jezus całkiem na serio. To, że Tomasz doszedł do wiary, to była jednak też zasługa wspólnoty Apostołów. Nie odrzucili go z jego wątpliwościami. Nie został wykluczony. Potraktowano go poważnie z jego pytaniami i problemami. Taka postawa decyduje o autentyczności chrześcijańskich wspólnot: wzajemnie się przyjąć - mimo wątpliwości, grzechu i win.

 

We wspólnocie wiary jeden dźwiga brzemiona drugiego.

Wątpienie nie jest grzechem – jest drogą do wiary. „Panie wierzę, ale wesprzyj mnie w mojej niewierze!”.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

18.04.2017

 

Uczniowie z Emmaus to MY

 

Emmaus to nie tylko przeszłość.

 

Uczniowie na drodze do Emmaus to także my ludzie 21 wieku: smutni, zawiedzeni, bezradni, ślepi. I stale w drodze…

 

Czy spotkamy kogoś, kto wyjaśni nami sens Pisma Świętego?

Kto przełamie z nami chleb?

Kto otworzy nam oczy?

 

Jeżeli dokładnie rozejrzymy się wokół nas, to zawsze znajdziemy ludzi, którzy to potrafią – także dla nas.

Na przykład jak owa niewidoma kobieta: „Jeżeli musiałabym wybierać pomiędzy moją wiarą  i możliwością widzenia, to wybrałabym  moją wiarę”.

 

Istnieje wiele podobnych jej ludzi, trzeba tylko dokładnie się rozglądać i  otworzyć się na drugiego człowieka.

Emmaus to nie tylko wzruszająca opowieść z minionych dni.

 

Emmaus – to nasze życie ze Zmartwychwstałym.  Życie pełne pytań, błędów, zawirowań, labiryntów i  zawodów.

 

Ale w chwilach, gdy rozmawiamy ze sobą, to już jesteśmy otwarci na pociechę i nadzieję. Otwieramy się tym samym także na Słowo Boże, które nie jest pociechą tylko na daleką przyszłość, ono obdarza pociechą, radością i pewnością  już teraz.

 

A gdy zasiadamy z Chrystusem Zmartwychwstałym do Eucharystycznego Stołu, to we wspólnocie Słowa Bożego i w Łamaniu Chleba nie tylko doświadczamy Jego mocy na trudy codzienności, lecz w nich tkwi już teraz zarodek  ostatecznej radości Życia Wiecznego.

 

Nasza droga z Emmaus prowadzi z powrotem do punktu wyjściowego naszego życia: wyszliśmy z Miłości Boga i wracamy w Miłość. Ale krocząc ku Niej mamy za naszymi plecami Światło. W ten sposób nasze małe cienie stają się wskazówką, że istnieje Światło – ON, Jezus w swoim Świetle – w swoim Zmartwychwstaniu.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

17.04.2017

Proszę nakliknąć, aby powiększyć.

16.04.2017

Proszę nakliknąć, aby powiększyć.

16.04.2017

 

Alleluja! Jezus żyje!

 

Stało się tak, jak zapowiedział -  Jezus powstał z martwych. Kobiety, które przyszły do grobu, by namaścić Jego ciało, zastają pusty grób.  Biegną z tą sensacją do  Jego uczniów.  Piotr i Jan po przybyciu do grobu stwierdzają to samo.  Potem następują arcydziwne spotkania z Nim - ukazuje się nagle tu i tam: najpierw Marii Magdalenie, potem Dwunastu w wieczerniku, dwom  w drodze do Emaus i kilkakrotnie wielu nad brzegiem jeziora.

 

On naprawdę zmartwychwstał! Bóg Ojciec wskrzesił go, wynosząc Jego człowieczeństwo do swej wiecznej glorii. Ten fakt stanowi rdzeń i istotę chrześcijaństwa, które od początku uznało Zmartwychwstanie Jezusa za wszechogarniające centrum apostolskiego przepowiadania. Od Zmartwychwstania zależy sens lub bezsens wiary w Chrystusa. Zwięźle ujął to św. Paweł: „A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara (…) i aż dotąd pozostajecie  w swoich grzechach” (1 Kor 15, 14-17).

 

Bez Zmartwychwstania byłoby bezsensowne przepowiadanie Kościoła; nauczanie o słowach  (Ewangelii) i czynach Jezusa byłoby próżne, pozbawione treści. Bez zmartwychwstania również wydarzenie Krzyża byłoby daremne, bez znaczenia, a cierpienie i śmierć Jezusa pozbawione zbawczego waloru. Zmartwychwstanie – to zatem ostateczne objawienie Misterium osoby Jezusa, to źródło i cel całej Jego „historii”, centralne wydarzenie i zwieńczenie Jego odkupieńczego dzieła. Światło Zmartwychwstania oświeca wszystkie stronice Ewangelii, wszystkie słowa i czyny Jezusa. Biskup Gerard Huyghe napisał: „Marzę o takim Wyznaniu Wiary, którego pierwsze słowa głosiłyby Chrystusa zmartwychwstałego i żywego”.

 

Święta powszechnego braterstwa

 

Jeżeli święta Bożego Narodzenia przeżywamy w sposób ewidentny w kategoriach miłości i więzi rodzinnej, społecznej, nawet ogólnoludzkiej, to świętowanie Wielkanocy bywa zacieśniane  do przeżyć bardziej natury indywidualnej, osobistej. Cieszymy się perspektywą osobistego zmartwychwstania i szczęścia w wieczności, niewiele myśląc o innych.

 

Tymczasem Święta Paschalne to przeżywanie Zmartwychwstania Pana, Boga-Człowieka,  wywyższonego i uwielbionego – przez Którego i w Którym jesteśmy na nowo dziećmi Ojca i zarazem wzajemnie braćmi i siostrami. Jezus w dzień przed śmiercią modlił się żarliwie, „aby wszyscy stanowili jedno”, jak  On jest „jedno z Ojcem”. Umarł na krzyżu „aby rozproszone dzieci zgromadzić w jedno”. Międzyludzkie braterstwo zostało zatem uświęcone ofiarną Śmiercią Chrystusa i przypieczętowane mocami Jego Zmartwychwstania. W Paschalnym Misterium Chrystusa świętowanym w liturgii Kościoła i przy wielkanocnym rodzinnym stole słyszę zatem wyraźny apel: Niech znikną wszelkie podziały rasowe, religijne, wyznaniowe, systemowe, ekonomiczne, militarne! Niech nie będzie więcej podziału na Wschód i Zachód, Północ i Południe, na biednych i bogatych, sytych i głodnych, ciemięzców i zniewolonych, terrorystów i zabijanych! Niech zapanuje miłość powszechna i nastanie pokój na całym świecie – od krańca do krańca!

 

Święta Życia

 

Zmartwychwstanie to ŻYCIE. Wielkanoc – to Święta Życia! One zobowiązują nas do troski o  każde życie. O życie człowieka i przyrody,  naturalne i nadprzyrodzone, cielesne i duchowe, dopiero co poczęte i gasnące w starości, życie ludzi bliskich i nieznanych, we własnym kraju i na innym kontynencie. Zmartwychwstały Pan, Zwycięzca śmierci, zawsze Żywy, swoim Duchem wszystko Ożywiającym apeluje do naszych sumień: Nie niszcz żadnego życia, lecz je chroń, uzdrawiaj, podnoś, uszlachetniaj, ratuj, ocalaj. Złamanych okrutnym losem czy podłością ludzką podnoś w górę słowem dobrym, leczącym zadane rany, objawiającym sens wszystkiego w Zmartwychwstałym Panu. Umacniaj każdego człowieka gestem miłości, Pamiętaj o tych, co gasną z głodu i chleba im nie żałuj. Wiersz Anny Kurczab pt. „Alleluja” („Życie Literackie” 1976 nr 16) brzmi jak wielkanocne orędzie papieża Franciszka:

 

Z wielkanocnego stołu

zrzuć wszystko…

i tak się nie potoczy

do twych stóp

ciemnoskóra matko głodnych

przez kontynenty

jak ci przesłać

poświęcony

chrupiący chleb…

- Buona Pascha „urbi et orbi”

może dzisiaj

znowu krzyż

na grobach twoich

wielkookich dzieci…

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

15.04.2017

 

Wielkopostne refleksje (9)

 

Wielka Sobota

 

Pomiędzy Wielkim Piątkiem a Wielkanocą jest Wielka Sobota – ponury dzień znaczony grobem. Uczniowie Jezusa i kobiety, które Jemu towarzyszyły – wszyscy są w szoku, załamani, pogrążeni w rozpaczy. Dzień pustki, dzień bez promienia nadziei, bez przyszłości.

 

To, co było dla nich tak Cenne, Najlepsze - ich Umiłowany - zostało im zabrane. Kamień, którym Józef z Arymatei zamknął wejście do grobu, oznacza rozdzielenie na zawsze. Przerażająca Ostateczność. Niewypowiedzialny ból. Dlaczego Jego – Jezusa to spotkało?  Czy taki jest Bóg? -  Bóg, który cierpi i umiera….

 

Tylko ten,  kto stracił kogoś bliskiego, wie co znaczy „Wielka Sobota”. Dzień bez nadziei, bez dalszej drogi, bez odpowiedzi. Dzień, w którym Bóg milczy. Dzień, w którym cały kram świata toczy się dalej, a własny świat załamuje się, ulega zagładzie, zamiera. Dopiero inny Poranek rozwiąże krępujące węzły i zakpi sobie z mocy śmierci…

 

W norymberskim procesie wojennych katów i zbrodniarzy zjawił się jako świadek człowiek, który dłuższy czas żył w grobie na żydowskim  cmentarzu w Wilnie. To była jedyna kryjówka, gdzie on – i kilkanaścioro  innych - mogli jeszcze żyć,  po tym, gdy  cudownym trafem udało się  im uniknąć komory gazowej. W jednym z grobów w pobliżu niego młoda kobieta urodziła syna. 80-letni grabarz, przyodziany w pogrzebowy całun, pomógł przy porodzie. Gdy  nowonarodzone niemowlę wydało swój pierwszy krzyk, ów stary człowiek zawołał: „Wielki Boże, czy wreszcie  zesłałeś nam Mesjasza? Bo kto inny, jak tylko sam Mesjasz,  mógłby się urodzić w grobie?”…

 

Jezus musiał zostać  złożony do grobu, aby być „Chrystusem”, mianowicie Tym, który zwyciężył śmierć.

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

14.04.2017

 

Wielkopostne refleksje (8)

 

Wielki Piątek

 

Dlaczego Jezus musiał umrzeć? I dlaczego tak strasznie – na krzyżu?

 

Kto był winien ukrzyżowania Jezusa? Jak mogło dojść do tego, że Zbawiciel świata, Bóg wcielony w nasze człowieczeństwo, musiał umrzeć taką okrutną śmiercią?

 

Holenderski malarz Rembrandt von Rijn namalował także obraz wzniesienia i zatknięcia krzyża. Widać na nim siedzącego na koniu rzymskiego dowódcę kohorty,  który dowodzi  grupą żołnierzy wykonujących wyrok.  Wykopali już w ziemi dół. Krzyż, na którym skazaniec – Jezus - na dłoniach i stopach jest już przygwożdżony do krzyża, dolnym końcem  wstawili w wykopany dół i podnoszą go w górę. To był zawsze najokrutniejszy widok, gdy wznoszono krzyż i ciężar ciała rozszarpywał rany w miejscu gwoździ.

 

Pośród tych, którzy nie tylko przypatrują się temu strasznemu wydarzeniu, lecz wręcz pomagają, odnajdujemy samego malarza. Jego głowa, jego twarz, jego oczy są bardzo blisko zakrwawionych spływającą krwią nóg Jezusa.

 

Tak widział siebie samego słynny malarz Rembrandt, tak przedstawił się światu: jako współ-diałajacy w krzyżowaniu Jezusa i w postawieniu i zatknięciu w ziemi  krzyża z  ciałem cierpiącego Zbawiciela.

 

Tym samym pyta on nas wszystkich: Czy Ty też brałeś w tym udział?

                                  

                                +          +          +

 

Wielki Piątek – ostateczna konsekwencja miłości Boga do człowieka.

 

Wielki Piątek –  ostateczny wyraz wcielenia Boga - aż po  ludzkie umieranie i złożenie do grobu.

 

Wielki Piątek – tajemnica wiary, bez której nie byłoby Zmartwychwstania!

 

Ks. Jerzy Grześkowiak 

Proszę nakliknąć, aby powiększyć.
Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

13.04.2017

 

Wielkopostne refleksje (7)

 

Wielki Tydzień

 

Najpierw „Hosanna” – i krótko potem: „Ukrzyżuj go”.  Częściowo z tych samych ust i serc.

 

Trzeba być  czujnym i  uważnym, by nie postępować tak samo, by nie wołać  najpierw „Hosanna”, a  niebawem „Ukrzyżuj go”.

 

Wiemy, że  w naszym świecie okrzyki  uznania, podziwu i zachwytu  z jednej strony oraz pogardy, odrzucenia, potępienia, czy nawet żądające mordu z drugiej, stoją tak blisko siebie. Gdyby wołania wyrażające nienawiść, potępienie,  chęć zemsty i zabójstwa wreszcie zamilkły, nie byłoby tyle cierpienia na świecie.

 

„Hosanna” może być  bardzo ciche, nawet ukryte w milczeniu, ale także  „Ukrzyżuj go” może być anonimowe, wypowiedziane w skrytości, tylko szeptane.

 

Okrzyki „Hosanna” odnoszą się zawsze bezpośrednio także do Chrystusa obecnego w naszych bliźnich.

 

Ale również: „Ukrzyżuj go”  jest zawsze i całkiem konkretnie krzyżowaniem Jezusa w  drugim człowieku, i to w bardzo zwykłych, pospolitych, codziennych sytuacjach.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grzeskowiak

8.04.2017

 

Wielkopostne refleksje (6)

 

Być Cyrenejczykiem nieprzymuszonym...

 

Chrystus Pan na swej drodze krzyżowej potrzebował pomocy Szymona!

        

Każdy człowiek w drodze krzyżowej swojego życia potrzebuje drugiego człowieka. Potrzebuje kogoś, kto go wesprze, zwłaszcza w sytuacjach szczególnego natężenia  cierpienia. Nie przymuszony. Spontanicznie. Z serca. Każdy potrzebuje czynnej pomocy Szymona, jego mocnych rąk i pleców, potrzebuje współczujących łez jerozolimskich kobiet, drobnego gestu Weroniki, obecności wszystko rozumiejącej Matki. I choć są sytuacje, że człowiek człowiekowi pomóc nie jest w stanie i żadne słowa wtedy nic nie znaczą, to przecież nawet sama obecność drugiego człowieka już jest pomocą.

Człowiek ma wiele potrzeb, ale żadna z nich nie jest tak podstawowa i natarczywa, jak potrzeba drugiego człowieka.  Bez niego jest samotny, nieszczęśliwy, choruje za drugim „Ty”. Tej tęsknoty nie zaspokoją dobrobyt, luksus, wygody, szałowe ciuchy, podróże dookoła świata, najwyższej klasy techniczne urządzenia, reformy w państwie i w Kościele, jeżeli nie dokona się najpotrzebniejsza i najistotniejsza reforma – odnowa ludzkiego serca.

 

Dobroć, miłość, zrozumienie, czujne oczy i pomocne dłonie – są potrzebne każdemu jak chleb i woda, jak powietrze i sen. Albert Einstein  już tak dawno temu na jednym z sympozjów dla fizyków powiedział:  Dzisiejszemu światu jest potrzebna nie tyle energia termojądrowa, ile raczej energia zamknięta w ludzkim sercu, którą trzeba dziś wyzwolić.

Świat potrzebuje dziś pilnie rozbicia atomu miłości…

I jeszcze ta fascynująca prawda naszej wiary: W każdym człowieku dźwigającym krzyż oczekuje pomocy sam Chrystus!

 

Kim był Jezus dla Szymona z Cyreny? Był pierwszy raz w życiu spotkanym człowiekiem, nie tylko jakimś obojętnym przechodniem, ale w jego oczach jakimś „karanym złoczyńcą”. I ten obcy, nieznany człowiek, okazał się dla niego Bogiem!

 

Spotkanie z drugim człowiekiem jest zawsze spotkaniem z Chrystusem. Mówimy dziś często o „sakramencie brata”. O tym, że człowiek jest dla człowieka sakramentem Boga, czyli znakiem uobecniającym samego Boga. To prosty wniosek ze słów Jezusa: Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych  braci moich, najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40).

 

Według nauki Jezusa pod koniec życia będziemy sądzeni przede wszystkim z miłości - z tego, czy była ona dla nas jedynie pięknym hasłem, słowną deklaracją, czy też została przekuta w czyn, zamieniona na gesty podanej pajdy chleba, kubka napoju, otwartych drzwi serca i domu, pomocy okazanej chorym, cierpiącym, zaradzeniu każdej ludzkiej potrzebie.

 

 

Dobro uczynione siostrze i bratu – to okazanie miłości samemu Chrystusowi. Pomaganie drugiemu w dźwiganiu krzyża jest pomaganiem Chrystusowi w zbawianiu świata. Natomiast zło wyrządzone bliźniemu – to krzywda wyrządzona Chrystusowi. Człowiek potrzebujący – to Chrystus w potrzebie!

 

Kazimierz Piekut wyraził to samo w strofie:

Przez okno widzę Ciebie, Panie,

Jak stoisz głodny na ulicy,

Gdy ktoś wypędził Ciebie z bramy

 - Nie wolno żebrać – w twarz Ci krzycząc.

 

Malarz i Święty,  brat Albert Chmielowski, dał taką radę:

Jeśli by cię zawołali do biednego, idź natychmiast do niego, choćbyś był w świętym zachwyceniu, bo opuścisz Chrystusa dla Chrystusa.

 

Słychać w nich echo wypowiedzi J. Ruysbroeka:

Jeśli znajdziesz się w stanie ekstazy, a twój brat ciebie potrzebuje, porzuć twą ekstazę i zanieś mu ziółka. Bóg, którego opuszczasz, jest mniej pewny, niż Ten, którego znajdziesz.

 

Starożytni mawiali: Homo homini lupus! - Człowiek człowiekowi wilkiem!  Niewiele się przez wieki zmieniło.  Roman Brandstaetter wyraził to w krótkim zdaniu: Wszyscy dziś żyjemy obok siebie jak ogień i woda, płonąc i sycząc.

 

A wśród wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej znalazłem takie oskarżenie:

Uśmiechnięci, obojętni i zdrowi

Krążycie spokojnie w pobliżu

Jak trawę żyjące krowy

W koło kogoś, kto umiera na krzyżu.

 

Dlatego modlę się w te wielkopostne dni  - za siebie, za nas wszystkich:

          

           Panie nasz Dobry, dźwigający krzyż w każdym człowieku! Ty, który zapowiedziałeś uroczyście: „Po tym poznają  wszyscy, że jesteście uczniami moimi, jeśli miłość mieć będziecie jeden ku drugiemu” – wybacz nam ten skandal, te kompromitację, ten ciężki grzech, że nie jesteśmy jednym żywym organizmem, nasyconym krwią wzajemnej miłości, że składamy się z szeregu układów zamkniętych, że tkwimy w naszych sobkowskich skorupach, że nasz chrześcijański styl życia stał się zgorszeniem ateistów walczących w imię spraw ziemskich o braterstwo i pokój!

            Spraw, bym stał się Cyrenejczykiem, nieprzymuszonym…!

 

Ks. dr. hab. Jerzy Grześkowiak

6.04.2017

 

MATKA WSZYSTKICH


tyle łask przyszło z krzyża 
bardzo ważna i ta
gdy zeschnięte wargi
umierającego Syna 
oddały nam Ciebie 
na własność
wtedy stałaś się Matką 
wszystkich
i odtąd jesteś 
Płaszczem co osłania
Sercem co kocha
Ręką co prowadzi

więc idę z Tobą
Maryjo
do Szczęścia
do Nieba
do Wiekuistej Światłości 

                                     
Alina Dorota Paul                                          

Zamość, 9.03.2017

4.04.2017

 

ŚWIATŁO I KRZYŻ


kiedy już wydaje się
że nie ma perspektyw
wtedy pojawia się 
światło
przenika do duszy
rozgrzewa serce
ciepłem
przywołuje sens
i w egzystencjalnym bólu
dostrzegasz  niespodziewaną 
mądrość
że wszystko jest po coś
a cierpienie
może mieć głębię
tak wielką
jak tajemnica krzyża 


 
 Alina Dorota Paul

 Zamość, 19.01.2017

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

2.04.2017

 

Wielkopostne refleksje (5)
 

Na drodze krzyża

 

Zahuczało od strony bramy prowadzącej z Piłatowego dziedzińca do miasta. Dociera z daleka dziki gwar gromady ludzi. Słychać tupot nóg i wołania żołnierzy. A nad wrzaskiem tłumu i ostrym krzykiem legionistów góruje głuchy takt wybijany przez zsuwającą się powoli po stopniach ulicy ciężką belkę…

 

To Jezus niesie swój krzyż! Okrutnie stuka to drzewo krzyżowe. Zda się wybijać melodię śmierci, która ucichnie dopiero na wzgórzu Kalwarii, gdy młot kata wbije ostatni gwóźdź w żywe ciało Jezusa.

 

Ostatnia droga Jezusa – droga krzyżowa. Okrutna droga znaczona bólem, cierpieniem, słabością ciała i krwią. Straszna droga pośród bezlitosnej, szydzącej gawiedzi.

 

Droga przez mękę. Droga upadków i powstań… i dążenia do celu za wszelką cenę!

 

Doznał też Jezus na swej drodze  odruchów ludzkiego współczucia i pomocy.

 

Pomagał Mu Szymon, pochodzący z Cyreny, z Afryki. Gdy Jezus upadł, centurion zrozumiał, że Jego siły są na wyczerpaniu. Polecił więc wracającemu z pola, gapiącemu się Szymonowi dźwigać razem z Jezusem krzyż. Szymon klął zapewne. Był wściekły na siebie, żałował swojej ciekawości, która go tu przywiodła. Buntował się, lecz zmusili go biciem. Niosąc krzyż nie uświadamiał sobie, Komu pomaga. Nie wiedział, że także on niesie na swych barkach zbawienie świata.

 

Towarzyszyła Jezusowi również Jego Matka – Maryja.
Jak dawniej zawsze była razem z Nim, choćby myślą, gdy był daleko, tak i teraz była w tłumie. Zapewne tak blisko, jak tylko było to możliwe. Podeszła bliziutko i w milczeniu zapłakanymi oczyma patrzyła na Niego. Oczy dobre, rozumiejące, współczujące, dodające otuchy. Jezusowi to wystarczyło. Pomocne Mu było to jedno spojrzenie mówiące: „Ja Ciebie rozumiem. Wiem, po co to wszystko.

I z Toba cierpię!”.

 

Były też blisko dobre kobiety jerozolimskie, które płakały, lamentowały, współczując Jezusowi. Ale On odwraca ich uwagę od własnego cierpienia i prosi je o namysł nad sobą, nad swoim życiem i życiowymi drogami ich synów i córek…

 

Tradycja wspomina także Weronikę. Odważna to kobieta i widząca także sercem. Widząc zeszpeconą i skrwawioną twarz Jezusa odważnie podeszła do Niego i z miłością otarła ją swoją chustą. W nagrodę otrzymała – jak mówi legenda - odbicie na swojej chuście Jego twarzy. Imię Weronika znaczy „Vera-Ikon”, czyli prawdziwy obraz - obraz Jezusa na jej chuście i w jej duszy.  

 

                                 +        +       +

 

Poprzez czas i przestrzeń ciągle jest niesiony Chrystusowy krzyż. Każdy człowiek dźwiga swój krzyż. Przychodząc na ten świat bierzemy na siebie krzyż swego człowieczeństwa, krzyż życiowej tułaczki i  mordęgi, chorób i cierpienia, krzyż swego powołania i pracy zawodowej, krzyż życia małżeńsko-rodzinnego lub samotnego, krzyż wierności Bogu, Jezusowi i Jego Ewangelii, natchnieniom Ducha i swoim ideałom, krzyż odpowiedzialności za siebie, za drugich, za nasz globalny świat, za całe stworzenie.


Życie jest piękne, wspaniałe, cudowne i fascynujące, i jeżeli tak je odczuwamy, to chcielibyśmy żyć wiecznie.

 

Niekiedy jednak życie jest tak okrutnie ciężkie, że mamy dosyć wszystkiego i wszystkich. Przygniata nas wtedy czarna fala rozpaczy. I to jest nasz upadek pod krzyżem. Leżymy wtedy przygnieceni  ciężarem krzyża życia, pełni zawodu i zwątpienia, duchowo opuszczeni, zniechęceni do świata i do siebie, pogrążeni w ponurej beznadziejności i rozpaczy.

 

Ratuje nas wtedy tylko świadomość dzieci Bożych, które wiedzą, że nie mamy tu stałego mieszkania, ale innego szukamy.

 

Nasza postawa, jaką powinniśmy przyjąć wobec przeciwności życiowych i wobec wszystkich napotykanych po drodze krzyży jest nad wyraz jasna. Ten, który  dźwigał krzyż zbawienia powiedział: „Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie,  niech co dnia bierze krzyż swój  i niech Mnie naśladuje” (Łk 9,23).

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

30.03.2017

 

Z wiarą, nadzieją i miłością przez życie do Życia


Przez życie do Życia
dzień po dniu
od chrztu
z krzyżem na ramionach 
[…]
idę by zdobyć szczyt
Życie Wieczne
                   

(Alina Dorota Paul)

27.03.2017

 

Wielkopostne refleksje (4)

 

Aby słowo nie raniło…

 

Niesprawiedliwy sąd nad Jezusem, fałszywe świadectwa, biczowanie i nieuzasadniony wyrok śmierci - skierowały ostatnio nasze myśli na krzywdy, jakie wyrządza bliźnim nasze słowo.

 

Ile zła, bólu, łez rozeszło się po świecie z powodu moich nierozważnych, niesprawiedliwych, złośliwych słów, ocen, opinii. Posądzam, podejrzewam, osądzam, wyrokuję, potępiam…

 

„Nie mam czasu” – to codzienna skarga większości z nas. Brak czasu dla współmałżonka, zainteresowania się problemami dzieci, na odwiedzenie chorego przyjaciela, na modlitwę, na lekturę religijnego czasopisma i książki. Ale zawsze znajdzie się czas na  plotki! Słyszę coś złego o bliźnim – nie godzi się tego rozpowiadać, wiem. Ale z tajemnicą trudno wytrzymać. Niech inni też wiedzą, przecież to prawda! Cóż z tego, że prawda. Prawdą jest także to, co powiedział Chrystus: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”.

 

Niekiedy bywa jeszcze gorzej, bo źródła plotek i ich wiarygodności nie sprawdziłem. Ale słyszałem: „ludzie tak mówią…”.  Tak mówią…, a ja jak usłużny megafon automatycznie przekazuję  dalej.  A echo jeszcze coś tu doda, ubarwi i „upiększy” sensacyjkami, wyolbrzymi, zniekształci – i tak  moje krzywdzące słowa idą w świat. A przecież wiem, że raz wypowiedzianych słów już nigdy nie zdołam w całej pełni cofnąć…  Malajskie przysłowie powiada: „Łódź, gdy popłynie za daleko, może zawrócić. Słowa, gdy poszły za daleko, już nie zawrócą”.

 

„Nie sądźcie!…”. A ja jak na złość Chrystusowi, jak gdyby chcąc udowodnić, że On absolutnie nie ma racji, nieustannie innych sadzę. Z zuchwałością jak intruz wdzieram się na trybunę sędziowską ludzkich sumień, która przecież tylko Bogu jest zarezerwowana. Odpycham ordynarnie i grubiańsko Boga i ogłaszam swe sądy i wyroki. Sądy powierzchowne, płytkie, bez obiektywizmu, bez życzliwości. Nie ma w nich ani wszechstronnej wnikliwości, ani wyrozumienia, ani litości. Sądzę publicznie, złym słowem przypinam bliźniemu na plecach etykietę. Oplatam go niby w gęstą sieć pajęczyny z lepkich strasznych słów, z której tak łatwo się nie wyzwoli, nie otrząśnie. Moje słowa – choć może ów konkretny człowiek jeszcze o tym nie wie – padną mu u nóg jak ostre kamienie, o które będzie ranił i krwawił swe stopy. Albo gorzej – zwalą się przed nim jak wielki głaz skalny, wokół którego długo będzie musiał się czołgać, zanim go ominie, albo potknie się przy tej przeszkodzie i długo potrwa, zanim przy  nakładzie ogromnego wysiłku się podniesie.

 

Czasem ktoś - mój brat, moja siostra w człowieczeństwie – do końca życia nie będzie mógł zapomnieć tego bólu, ani nie zdoła zagoić tych ran, które mu w duszy i  w sercu wypaliły moje słowa…

 

Powiedział ktoś: „Dobre słowa są muzyką świata”.

 

Dlatego do Ciebie, Panie Jezu Chryste, niesprawiedliwie osądzony, ubiczowany i wyszydzony, na haniebna śmierć skazany, modlę się żarliwie słowami naszego polskiego poety Romana Brandstaettera:

 

Niech ani jedno słowo

nie będzie złe.

Niech ani jedno słowo

nie czai się do skoku.

Niech ani jedno słowo

nie nienawidzi.

Niech nie krzywdzi.

Niech nie zabija.

Niech wybacza.

Niech leczy.

Niech łagodzi.

Niech zamyka człowiecze rany

jak skrzydła ołtarza.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

Aby powiększyć, proszę nakliknąć.

22.03.2017

 

Wielkopostne refleksje (3)

 

Nie sądźcie,
abyście nie byli sądzeni…

 

„Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat
po to, 
aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”    (J 3,17).

 

W tych słowach Jezusa rozbrzmiewają najpiękniejsze struny Bożego Miłosierdzia. Chrystus nie przyszedł na ziemię wydawać wyroków potępienia, ale szukać to, co zginęło, leczyć, co chore, podnosić, co upadło. Jako Bóg czytał w sercach ludzkich, wiedział, co jest w człowieku, znał zawirowania ludzkich myśli,  czarną dżungle niegodziwych pragnień. A jednak nie chciał  osądzać i potępiać. Za to ludzie poczuli się uprawnieni sądzić Boga!...

 

                         +       +       +

 

Judasz dał znak. Pocałował. Rzucili się na Jezusa. Skrępowali. Zarzucili na szyję powróz. Wreszcie Go mają i triumfalnie prowadzą. Na sąd. Na sąd nad Bogiem-Człowiekiem. Na proces, który od początku do końca by jednym wielkim bezprawiem, w którym do głosu doszła ludzka nienawiść, zazdrość, przewrotność, przekupstwo, tchórzostwo i wygrywanie osobistych interesów. Annasz – Kajfasz – Herod – Piłat – to stacje sądzenia Jezusa.

 

Pierwsza faza procesu ma charakter religijny. Pytają Jezusa o Jego naukę, o uczniów. „Ja jawnie mówiłem światu… Pytajcie tych, którzy słyszeli”. I znaleźli się świadkowie. Przekupstwo i zastraszenie znane są od zarania dziejów. Ale owi świadkowie widocznie niezbyt dokładnie wyuczyli się swej roli, bo świadectwa ich nie były zgodne. Kajfaszowi  pozostaje ostatni  środek – zeznania samego oskarżonego. „Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?” (Mt 26,63). Jezus milczeć nie mógł. Padła odpowiedź twierdząca: „Tak, Ja Nim jestem”.  Uznano to za szczyt bluźnierstwa. „Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Co wam się zdaje? Oni odpowiedzieli: Winien jest  śmierci” (Mt 26,65-66). Zapadł zatem wyrok skazujący. Potrzebna jest jeszcze tylko zgoda władzy cywilnej – przedstawiciela Rzymu.

 

Przed Piłatem zarzuty oskarżycieli mają charakter polityczny, bo tylko w ten sposób przeciwnicy Jezusa mogą zyskać poparcie. Kłamstwo za kłamstwem. Piłat jest bezsilny. Ale tylko dlatego, że nie ma swojej „twarzy”. Nie pomagają żadne chwyty pozbycia się „kłopotliwej sprawy”. Zanim Piłat wyda wyrok śmierci podejmuje jeszcze jedna próbę uwolnienia Jezusa: „Nie znajduję żadnej winy w tym człowieku. Każę go wiec ubiczować i wypuścić na wolność”. W tej decyzji nie ma nic z logiki rzymskiego prawa.

 

Bezczynni żołnierze skwapliwie podejmują rozkaz Piłata. Dla nich to zabawa i rozgrzanie zmarzniętych kości. A dla Jezusa? Najpierw poszarpane ciało,  rozdzierający ból, lejąca się krew… A potem szyderczy teatrzyk,  w którym Jezus z cierniową koroną na skroniach i z trzciną w ręku jest przedmiotem drwin i pośmiewiska: „Witaj, królu żydowski!”

 

                             +   +    +

 

Parodia sądu… Niesprawiedliwe wyroki… Biczowanie, drwiny, szyderstwa… To wszystko nie jest zamierzchłą przeszłością. To wszystko ciągle trwa – dziś, na co dzień. Ileż to razy stawia się ludzi pod publicznym pręgierzem! I spadają na nich bolesne bicze obmowy, oszczerstw, fałszywych oskarżeń, pomówień, niesprawiedliwych osądów, złośliwych uwag, plotek, kpiny, szyderstwa. „Kaleczą się i dręczą milczeniem i słowami, jakby mieli przed sobą jeszcze jedno życie” (T. Różewicz).

 

A przecież człowiek jest „sakramentem Boga”! I niemożliwe jest dotknąć złą myślą lub krzywdzącym słowem człowieka, by nie znieważyć  obecnego w  nim Boga!

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

16.03.2017

 

Wielkopostne refleksje (2)

 

Gdy cierpisz…

 

Napomknąłem w poprzednich rozważaniach o możliwych odpowiedziach na pytanie: „Dlaczego cierpienie i po co?”. Jedna z interpretacji cierpienia mówi: Bóg nie chciał i nie stworzył cierpienia, ono przyszło na świat przez grzech człowieka. Człowiek cierpi z powodu „grzechu świata” (grzech pierworodny) i z powodu grzechów osobistych. Taką teorię wypracował św. Tomasz z Akwinu, zbierając  wypowiedzi o cierpieniu z  pierwszego tysiąclecia chrześcijaństwa i swoim autorytetem wycisnął piętno na drugim, bo Kościół w swoim urzędowym nauczaniu przejął jego naukę.

 

Ale czy w tym tłumaczeniu Bóg nie jawi się jako istota sroga, okrutna i niesprawiedliwa, jeżeli wszystkie pokolenia muszą cierpieć z winy ich protoplastów? Czy rzeczywiście Bóg jest Miłością, skoro będąc wszechmocnym, mógłby ten stan udręki zmienić i usłać życie człowieka różami, a tego nie czyni?

 

Podobnie trudno zaakceptować interpretację mówiącą o tym, że Bóg jako „najlepszy  Pedagog” wie, co dla człowieka jest autentycznym dobrem w perspektywie ostatecznego przeznaczenia, i nieraz dopuszcza na nas cierpienie. Otóż można w ten sposób próbować siebie i innych pocieszać. I niewątpliwie wielu chrześcijan doświadcza, że przyjęte cierpienie w jakimś sensie ich ubogaciło, że przez nie ich wiara stała się dojrzalsza, że stali się wdzięczniejsi wobec Boga i ludzi, i bardziej zdolni do miłości. Lecz czy obraz Boga jako surowego pedagoga, który świadomie zsyła nam cierpienia w celach wychowawczych, nie jest mylny? Chyba każdy przyzna rację słowom B. Brantschena:

„Czy myślimy „bosko” o Bogu, kiedy interpretujemy Go sobie jako srogiego Wychowawcę, Pedagoga? Czy Bóg nie byłby wówczas złym Pedagogiem? Doświadczenie uczy, że kto jako dziecko był często i mocno bity, ten jako dorosły oddaje cios, będzie wściekać się na siebie i innych. (…) Rózga w domu i kij w szkole zrobiły z tych, którzy je poczuli, raczej ludzi pełnych lęku, nienawiści i ducha poddaństwa niż szczęśliwe dzieci Boże. Bóg jednak pragnie uczynić z nas wolnych synów i córki, którzy mogą iść przez życie z podniesioną głową, bez nienawiści i resentymentów. Jest myślą nie do zniesienia wyobrażać sobie Boga jako przedstawiciela „czarnej pedagogiki”, a więc wychowania przemocą i strachem. Również, sądząc po ludzku pozornie tak mądre, mówienie o cierpieniu jako Bożym środku wychowawczym sięga zdecydowanie za płytko – w obliczu głębi i rozmiarów ludzkiego cierpienia”. (Dlaczego istnieje cierpienie? Wielkie pytanie do Boga, Kraków 2010, s. 39.

 

Wnikając w misterium cierpienia możemy pójść jeszcze dalej i zacząć uprawiać głęboką mistykę cierpienia. Tak jak to czyni św. Paweł, który mówi, że na własnym ciele dopełnia tego, czego nie dostaje cierpieniom Chrystusa, za Jego Ciało – Kościół (Kol 1,24). I wtedy ukazuje się nam w całej pełni zbawcza wartość cierpienia. Wszczepieni przez chrzest w Chrystusa i w Jego Ciało żyjemy Jego życiem, czerpiąc je z Jego  ofiary, a cierpiąc dojrzewamy niby grona rozpięte także na Jego krzyżu. Równocześnie przez osobiste cierpienie wnosimy rzeczywisty wkład w odkupieńcze cierpienie Chrystusa. Swoje cierpienie wykorzystujemy w pełni dopiero wtedy, gdy zdajemy sobie sprawę, że to nie jest tylko nasze cierpienie, lecz że męka Chrystusa zapuściła swoje korzenie także w naszym życiu, aby również z nas, z naszej substancji, z naszej osobowości weszło „coś” do Chrystusowego dzieła zbawienia świata. Dla chrześcijanina nie ma zatem żadnego cierpienia bezużytecznego, nie ma głuchej rozpaczy z powodu nieszczęśliwego losu. Bo w każdym cierpieniu jest „coś z Chrystusa!

 

Mimo różnych interpretacji, cierpienia całkowicie wytłumaczyć nie sposób. Rozbija się o nie ludzki rozum jak o skałę, czasem aż tak, że człowiek bluźni Bogu lub po prostu przestaje wierzyć w Boga-Miłość. Cierpienie pozostanie  w naszych doczesnych wymiarach na zawsze tajemnicą.

 

Przyznaję zatem w pełni rację benedyktynowi Anzelmowi Grünowi, który pisze:

„Zawsze, gdy zbyt prosto (tzn. prymitywnie) i zbyt gładko mówimy o Bogu, ranimy ludzi, którzy „rozbijają się” o cierpienie. Ostatecznie Bóg pozostaje tak samo niezrozumiały jak cierpienie. (…) Czasem nie pozostaje nam nic innego, jak „niepojmowalność” cierpienia w bezsile i bezradności cierpliwie znosić i w ten sposób zaakceptować niepojętość Boga i tajemnicę człowieka. Jeżeli poddam się niewyrażalnej i niepojętej tajemnicy Boga, z czasem – mimo że go nie rozumiem – ukaże mi się całkiem inny Bóg. I wtedy przestanę pytać, dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie. Patrzę jedynie w ciemną przepaść Boga, aby w niej odkryć światło jego miłości, która sprawia, że moje pytania milkną” (Womit habe ich das verdient? Die unverstӓndliche Gerechtigkeit Gottes, Münsterschwarzach 2005, s. 19)

 

+      +    +

 

Łatwo o cierpieniu mówić, szukać tłumaczeń, pouczać, głosić konferencje. Łatwo nim rozmyślać, gdy jest daleko. Ale gdy ono jest blisko, w drzwiach…, gdy nas bezpośrednio dotyka, wówczas wali się cała wieża misternie skonstruowanej argumentacji i rozumowań, i pozostaje tylko ból.

 

I do Ciebie przyjdzie cierpienie. Mniejsze lub większe. To nie straszenie, lecz taka jest rzeczywistość naszej ludzkiej egzystencji. I prawie zawsze zjawi się ostatecznie  to słowo: „Już więcej nie mogę”. Bo zostałeś stworzony do szczęścia, a nie do cierpienia. I będziesz prosił/a Boga: „Panie, niech odejdzie ode mnie ten kielich!” I będziesz szukał/a obecności człowieka, kogokolwiek. Tymczasem  odpowie Ci tylko cisza. Nawet Bóg będzie milczał. A bliźni może Cię pocieszy, a może zupełnie opuści, bo nie potrafi znieść Twojego cierpienia. Będziesz samotny ze swoim bólem. Wtedy pomyśl: To jest mój Ogrójec… To jest moje „konanie”. Ale przecież nie jestem sam. Nie ja pierwszy leżę „w prochu ziemi”, nie ja pierwszy czuję jakby krwawy pot od bólu i zmęczenia i strachu. Był przecież Ktoś, kto już to wszystko przeżył i przetrwał – sam Syn Boży!

 

Jeśli więc Twój Ogrójec będzie taki jak Chrystusa, to się nie dziw. Ani się nie zamartwiaj. Byleś wtedy umiał powiedzieć jak On: „Nie jako ja chcę, ale jako Ty, Ojcze”. To wystarczy. Jeśli naprawdę szczerze, mimo bólu powiesz z ufnością do Boga tyle, to jest to naprawdę bardzo dużo. Niczego więcej powiedzieć się nie da. Bo nawet Chrystus Pan więcej nie powiedział.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

9.03.2017

 

Wielkopostne refleksje (1)

 

Ogrójec Jezusa i mój

 

Weszli do Ogrodu Oliwnego. Jest wieczorny mrok. Uczniowie Jezusa zdejmują swe okrycia i rozkładają je na ziemi. Są potwornie zmęczeni, bezsilni wobec snu. Jezus jednak idzie dalej dając znak Piotrowi, Jakubowi i Janowi, by szli za nim. Tych trzech szczególnie umiłował, nieraz ich wyróżniał. Tylko oni byli świadkami Jego przemienienia na Górze Tabor. Jakiego wydarzenia mają być teraz świadkami? Widzą i czują, że Jezus potrzebuje ich pomocy. Znikł spokój z Jego twarzy. Maluje się na niej lek i przerażenie. „Smutna jest moja dusza aż do śmierci” - mówi i niemal z błaganiem dodaje: „Zostańcie tu i czuwajcie!” (Mk 14,34). I odszedł na kilka kroków.

 

To, co się dalej działo, jest tajemnicą, choć tak bliskie każdemu człowiekowi. Samotny Bóg-Człowiek w obliczu cierpienia! Cierpienie, które jest blisko, tuż.. Ma umrzeć. I to ma być bardzo bolesna i haniebna śmierć. Jako Syn Boży wie, że to musi się stać, że nie ma odwołania, bo po to przyszedł na świat, by do końca świadczyć, iż Bóg jest Ojcem wszystkich ludzi, że  jest nieskończoną Miłością i Miłosierdziem, że nie potrzebuje świątynnych ofiar ze zwierząt, że dobro człowieka stoi ponad wszelkim ludzkie prawem, że człowiek w potrzebie, chory, ubogi, na marginesie ma pierwszeństwo przed wszystkimi religijnymi przepisami. Ale Jezus jest także człowiekiem. I dlatego boi się. Cofa się przed bólem, przed męka, przed śmiercią. Nie wie, czy to wszystko przetrzyma. Świadomość cierpień najbliższych godzin przygniata go zupełnie. Pada z bolesnym jękiem na ziemię. Włosy zwichrzone, twarz blada, wykrzywiona bólem. Czoło mokre od potu. Niektóre krople spływają ciemnymi smużkami zmieszane z kroplami krwi. W przejmującej ciszy słychać szept rozpaczliwie powtarzanych słów: „Abba, Ojcze, dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie! Lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty niech się stanie” (Mk, 14,36). Ci, których prosił, by czuwali, posnęli. Był zupełnie sam…

 

Był sam także potem, kiedy Go sądzono przed arcykapłanem Kajfaszem, gdy Go bito, wyśmiewano i opluwano, kiedy stał w pretorium Piłata z szyderczą koroną cierniową na głowie. Był sam, kiedy w żarze południowego słońca dźwigał ciężką belkę krzyża. Tylko Matka Maryja i kilka kobiet towarzyszyło Mu w tej okrutnej drodze.  Ale właściwie był sam… Aż przyszły słowa dla nas niepojęte: „Boże mój, Boże mój, czemuś  Mnie opuścił?” (Mk 15,34).  A mimo to ostatnim słowem Jezusa było: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23,46).

+   +   +

 

Cierpienie jest losem człowieka. Leopold Staff wypowiedział to we wstrząsających strofach:

 

Na przydrożnym kamieniu tym zaszedłem skrycie człowieka,

co ukrytą miał twarz w dłonie obie.

Gdy odjął je – widziałem: łzy ciekły obficie.

Na niejednym miejscu-m widział i w niejednej dobie płaczących,

łzy ciekną w dniu narodzin, łzy płyną w żałobie.

Pieluchy niemowlęce i  śmiertelne płótna z jednego lnu utkali niewiadomi tkacze.

Lecz nigdy mnie, jak dotąd, żałość tak okrutna

nie zdjęła na tę straszna myśl:

człowiek płacze!

 

Człowiek płacze… Król stworzenia, któremu poddane są wszystkie istoty ziemskie, który geniuszem swego umysłu i pomysłowością podbija wszechświat – cierpi i płacze. Cierpi fizycznie i duchowo. Cierpi z powodu zła, które go aktualnie dotyka, łzy wyciskają mu bolesne wspomnienia z przeszłości, nęka go niepewna przyszłość. Są cierpienia własne i cierpienia cudze. Człowiek współcierpi z innymi: z rodziną, przyjaciółmi, Ojczyzną, Kościołem,  ludzkością. Miliony umierających z głodu, uciekających przed wojną, prześladowanych za wiarę, nieuleczalnie chorych, kalek, bezdomnych, więzionych, torturowanych. Katastrofy, huragan, ogień, powodzie, epidemie. A ile cierpień duchowych, ile tragizmu, rozpaczy i depresji graniczącej z obłędem w tych siedmiu miliardach istnień ludzkich?

 

Cierpienie jest misterium. Można dużo i  mądrze o nim mówić, wyjaśniać, tłumaczyć, szukać odpowiedzi na pytania: dlaczego?, po co?. Można zrzucić winę na Adama i Ewę, którzy swym nieposłuszeństwem wobec Boga tak nas „ładnie urządzili”. Bo przecież Bóg nie chciał cierpienia, ono przyszło na świat przez zawiść szatana, przez grzech człowieka.

 

Można też dowodzić, ile cierpień człowiek sprowadza sam na siebie przez bezmyślność, głupotę, lekkomyślność, nieuwagę, lenistwo, pijaństwo, narkotyki, złą wolę.

 

Można z powodzeniem sprytnie wykazać, że szereg cierpień jest tylko pozornym złem i ma swój głębszy sens. Że pewne fakty tylko my uważamy za zło, gdy tymczasem Bóg jako wszystkowiedzący i dobry Ojciec wie, co jest naszym prawdziwym dobrem i przez niepowodzenie chce nas ustrzec przed większym złem. Bo jesteśmy jak dzieci, które miotają się i krzyczą, gdy mama myje im umorusaną twarz, gdy wlewa do gardła konieczne lekarstwa, gdy usuwa od nich mnóstwo pociągających niebezpiecznych przedmiotów, a które nie wiedzą, że to wszystko czyni się dla ich dobra. I gdy nieraz los (czy zawsze Bóg?) krzyżuje nasze plany, zaczynamy jęczeć i protestować. Dlaczego? – pytamy rozżaleni lub wściekli.  A przecież Bóg wie, co dla nas jest autentycznym dobrem!  Ale czy takie tłumaczenia wystarczą? (C.d.n.)

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

9.03.2017

 

Przed kilkoma dniami świat obiegła informacja zatytułowana „Biblijni Giganci Cz.1 Znalezisko u stóp gór Tapalpa ostatecznym dowodem?“ mówiąca o odkryciu mającym stanowić namacany dowód potwierdzający istnienie biblijnych gigantów

 

http://globalne-archiwum.pl/biblijni-giganci-cz-1-znalezisko-u-stop-gor-tapalpa-ostatecznym-dowodem/

 

I w tej właśnie sprawie zwróciłem się z prośbą o wyrażenie swej opinii do Profesora Jerzego Grześkowiaka. Oto jaką otrzymałem odpowiedź:

 

Drogi Jerzy,

 

przeczytałem z zainteresowaniem o tych sensacjach.

 

Zdjęcie wydaje mi się być sfabrykowane. Górna część czaszki  jest na poziomie asfaltu, czyli uskoku ulicy. Tak płytko - musiałaby być już dawno, dawno temu odkryta.

Biblijni giganci – należą do wielu biblijnych  zagadek. Jest kilka wzmianek w St. Test. Interpretacji wiele…

 

Biblia nie spadła z Nieba, zawiera sporo  znanych dawnym ludom mitów.  Rzecz w tym, co autor chciał przez ten „obraz” wyrazić.  

 

Podobnie jak 7 dni stworzenia to nie historyczne fakty, lecz przepiękna poezja  wyśpiewująca  hymn ku czci  Stwórcy i piękno  Bożego stworzenia oraz konieczności wypoczynku  po sześciu dniach pracy.

 

O gigantach jest mowa w związku z  potopem  (znowu znany mit). Potop - „kara” za „odchodzenie od Boga”, za samowystarczalność człowieka.  Giganci uprawiali ze ślicznotkami  wielożeństwo – a to nie po Bożej myśli.

 

O olbrzymach jest mowa częściej…  Pamiętasz, jak zwiadowcy izraelscy trzęśli portkami i mieli pełne portki, gdy opowiadali o olbrzymach, do krainy  których mieli wejść, - „a my wglądaliśmy przy nich jak szarańcza”.

 

Również  na tej linii jest historia: Dawid i Goliat!

 

Teologicznie rzecz biorąc idzie w tym wszystkim chyba o  kontrast:  Co jest wielkie u ludzi, a co jest wielkie dla Boga! Odwrócenie wartości…. Dla Boga wielkie jest to, co jest małe, znikome, proste, zwyczajne,  pokorne… Zobacz hymn Magnificat!  Paweł też wiele razy mówił o tym, że Bóg wybrał to co małe, by zawstydzić, co wielkie.

 

Gdybym znał Twoje pytanie w Warszawie, zobaczyłbym do podręcznika ze St. Test. naszego profesora ks. Petera (z Leszna pochodził). Tu nie mam biblijnych dzieł.

 

Tylko tyle, bo grypa jeszcze  trzyma  mnie w swoich ramionach (celibatariusza tylko takiej wolno…).  Ale już jest lepiej , bez fieber…

 

Pozdrawiam wielkopostnie

Jerzy

 

(js)

P.s.: Ksiądz Profesor pozwolił mi opublikować ten list.

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

4.03.2017


Zaczęliśmy popiołem…

 

Na początku Wielkiego Postu, będącego czasem duchowego przygotowania na radosne święta Zmartwychwstania, Kościół przypominając człowiekowi małość i grzeszność kładzie nam na głowy popiół.
 

Popiół to reszta po spaleniu jakiejś materii. To znak ułomności i kruchości, przemijania i śmierci. Wszystko przemija. Żelazo rdzewieje, drzewo próchnieje, kwiat usycha, ogień gaśnie, zwierzę pada, człowiek umiera. Każde życie ulega rozkładowi zamieniając się w garść prochu i pyłu.

 

Człowiek stając przed potęgą i tajemnicą Boga uświadamia sobie swoją małość i nędzę moralną. Toteż raz po raz wraca na kartach Biblii stwierdzenie, że człowiek jest prochem.

Abraham mówi do Boga: „Pozwól, o Panie, że jeszcze ośmielę się mówić do Ciebie, choć jestem pyłem i prochem” (Rdz 7,18). Psalmista wyznaje: „Wie On, z czego jesteśmy stworzeni, pamięta, że jesteśmy prochem” (Ps 103,14). Autor księgi Kochelta zauważa: „Wszystko idzie na jedno miejsce, powstało wszystko z prochu i wszystko do prochu znów wraca” (Koh 3,20).

Przypominają się tu również słowa wieszcza A. Mickiewicza: „Czymże ja jestem przed Twoim obliczem? Prochem i niczem”, oraz: „Ja proch z Panem będę gadał”.

 

Posypanie głowy popiołem w Środę Popielcową uprzytomniło nam zatem naszą małość, kruchość, ułomność, niegodność wobec Boga, ogrom dzielącej nas od Niego przepaści, a zarazem i to, że wszystko, co Bóg dla nas czyni, jest absolutnym darem Jego bezinteresownej miłości.

 

W myśli biblijnej popiół symbolizuje także grzech. Serce grzesznika podobne jest do popiołu. Izajasz mówi o bałwochwalcy – a któż z nas nie jest czcicielem różnych bożków?... – że „taki karmi się popiołem” (Iz 44,20); a autor Księgi Mądrości podsumowuje go krótko: „Serce jego jest jak popiół (…) i życie nędzniejsze niż glina” (Mądr 15,10).

 

W konsekwencji karą za grzech jest popiół. Grzesznicy zostają „obróceni w popiół na ziemi” (Ez 28,18). 

 

Popiół jest resztą po katastrofie pożaru. Czy naszych grzechów nie należy rozpatrywać w kategorii katastrofalnej klęski na podobieństwo wszystko niszczącego pożaru?

 

To, co po odejściu od Boga w nas pozostaje, jest niewiele warte, stanowi jedynie garść popiołu. Znamienne, że po klęsce grzechu pierwszych ludzi Bóg kieruje do nich słowa wyroku: „… wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty, bo prochem jesteś i w proch się obrócisz” (Rdz 3,19).
Te słowa usłyszeliśmy nad sobą w Środę Popielcową. One same – tak pozostawione - mogłyby jednak wpędzić nas we frustrację i doprowadzić do depresji. Ufam więc, że usłyszałeś z ust kapłana również drugą formułę wypowiadaną przy nakładaniu popiołu: 
Nawracajcie się i wierzcie Ewangelii” (Mk 1,15).

 

A to już brzmi całkiem inaczej. Jest tu jakaś nadzieja i perspektywa. Mam jeszcze (znowu!) szansę!  Ona  jest w zasięgu mego serca, mojej głowy i moich rąk. Mogę się na-wrócić, od zła się od-wrócić, zejść z niebezpiecznej drogi, wrócić do Ojca… „Wrócić” do domu, do rodziny, do żony lub męża, do dzieci, do swojego kościoła, wrócić do swojej godności... 

 

Cały czas Wielkiego Postu jest czasem refleksji i gorliwego słuchania Słowa Bożego. „Wierzcie Ewangelii…” tzn. wierzcie Chrystusowi. To On sam na różny sposób wzywa mnie do tego, aby dokonała się we mnie przemiana, dzięki której zacznę właściwie myśleć, sądzić, oceniać swoje życie i żyć jak chce Bóg.

 

Na drogę ku radości Zmartwychwstania… 
daje nam Jezus trzy środki pomocnicze: modlitwę, post i jałmużnę.

Mówił o tym także w Ewangelii w Środę Popielcową. A wszystko „w duchu i prawdzie”, nie na pokaz, bez propagandy!

 

Modlitwa – nie bezduszne klepanie formułek, paplanina, mnóstwo słów, lecz szczery intensywny dialog z Bogiem.
A także czas na niedzielną Eucharystię i na czytanie Biblii.

 

Post –  to znaczy: usunąć wszystko, co stoi jako przeszkoda na drodze między mną a Bogiem, wszystkie sprawy, do których Bóg nie ma wglądu. Nie idzie zatem o zrzucenie kilku zbędnych kilogramów. Boga nie interesuje moje codzienne stawanie na wadze! A jeśli już chcę pościć, czyli podjąć zbawienną praktykę wstrzemięźliwości i ograniczenia posiłków i napojów, to po to, by mój umysł stał się jaśniejszy, otwarty na inne wartości, chłonniejszy na święty pokarm Boży, na Jego Słowo. I jeśli przez ten post coś z pieniędzy zaoszczędzę (np. przez odmówienie sobie alkoholu lub papierosów bądź skromniejsze posiłki), to ofiaruję je ludziom potrzebującym.

 

Jałmużna – to zatem konsekwencja postu, jakby jego przedłużenie, to otwarte serce dla drugich, gotowość dzielenia się tym, co mam, ale tak, by „lewica nie wiedziała, co czyni prawica”.

 

U początku drogi 40 dni wielkanocnej pokuty stoi popiół, u jej końca wielkanocna woda chrzcielna. W liturgii wielkanocnej zostaniemy pokropieni nowo poświęconą wodą chrzcielną na znak, że obmyci „we krwi Baranka (= Chrystusa)” jesteśmy naprawdę czyści i możemy przywdziać „białą szatę”, krocząc „w nowości życia”, szukając tego, „co w górze” i żyjąc we wspólnocie ze Zmartwychwstałym Panem. 

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

Aby powiększyć, proszę nakliknąć.
Aby powiększyć, proszę nakliknąć.
Aby powiększyć, proszę nakliknąć.
Ks. dr. hab. Jerzy Grześkowiak

20.02.2017

 

Dzisiaj – Tutaj – Teraz

 

Jestem powołany do życia „chwilą obecną”, bo każda chwila jest bezcenna, każda - jak pisze M. Jastrun – ma wagę złota:

 

Każda chwila ma wagę złota.
Ale cóż? Nie do policzenia
Jak liście.
Gdybym zaczął je liczyć,
Położyłby się cień na moich oczach,
Zgasłoby złoto.
"

 

Dla mnie osobiście od wielu lat najważniejszą zasadą, niejako mottem każdego dnia, którym dzielę się chętnie z innymi, z przyjaciółmi bądź  w pracy duszpasterskiej, są słowa Mistrza Eckharta: 

 

Najważniejsza godzina jest ta obecna.
Najważniejszy człowiek to ten,
który właśnie stoi przede mną.
Najważniejszy czyn to zawsze miłość
”.

 

Tego nauczył się ów mistyk oczywiście nie gdzie indziej, jak w szkole Chrystusa. Jego Ewangelia może stać się w nas życiem tylko wtedy, jeśli dosięga nas tam, gdzie jesteśmy i aby ożywić nas  takich, jakimi jesteśmy. Wielu chrześcijan snuje marzenia o stanach, o czasach, o warunkach, które by im pozwoliły być lepszym chrześcijaninem.

 

Otóż nic bardziej szkodliwego, niż owa ustawiczna nostalgia za „gdzie indziej” „kiedy indziej”. Bóg bowiem wzywa ich, inspiruje  i umacnia tam, gdzie są, takich, jakimi są, czyli wśród trosk codzienności, zgiełku świata, miłości lub niechęci, jakie noszą w sercach, wśród pokus, a nawet wśród grzesznych upadków.

 

Wiara jest wtedy autentyczna i żywa, gdy uzna się, że Bóg jest rzeczywiście obecny zawsze i wszędzie, czyli teraz i tutaj. To stanowi fundament prężnego życia duchowego, nacechowanego wolnością i dynamizmem ewangelizacyjnym. Bo owo „teraz i tutaj” dla chrześcijanina żyjącego w świecie współczesnym z pewnością oznacza także; „w świecie, który nie jest chrześcijański”.

 

Widzimy coraz dobitniej, że „nasz świat” jest światem, który odrzuca ingerowanie religii w jego struktury. Z drugiej strony od Vaticanum II Kościół uznaje autonomię rzeczywistości ziemskich, co znaczy, że rzeczywistości sfery profanum mają wartość same z siebie i one też winny budzić w nas miłość. Jak zespolić tę miłość z miłością Chrystusa? 

 

Ph. Roqueplo  określił jako „swoisty nomadyzm duchowy” dotychczasowe życie chrześcijan niejako w dwóch światach. To jakby „stałe wędrowanie” – przenoszenie się regularnie z dziedziny profanum (z jej językiem, wymogami, obyczajami) w dziedzinę sacrum (również z jej językiem, obyczajami i wymogami), czyli po prostu świadoma zgoda na przeżywanie dwóch odrębnych obszarów, wzajemnie sobie obcych.

 

Tymczasem życie wymaga jedności, a każde rozdarcie jest zawsze niebezpieczne i może być posiewem duchowej śmierci. Świat doczesny i powołanie nadprzyrodzone, czyli wiara, życie według błogosławieństw Jezusa, łaska Boga, sakramenty, nie wprowadzają rozdarcia w głębi naszego serca, ani rozłamu między chrześcijanami a innymi ludźmi, ponieważ  „doświadczenie świata” jest także „doświadczeniem Boga”.

 

Martin Buber powiedział kiedyś: „Obecna chwila jest szatą Boga”. Przypomina się tu kobieta z Ewangelii, która pośród tłumu przedziera się do Jezusa. Ma wielką ufność: „Jeżeli tylko dotknę się rąbka Jego szaty, będę uzdrowiona. I  jak uwierzyła, tak się stało.

 

Bóg skrywa swoje przyjście i obecność dla nas dziś na ogół w niepozornych „szatach”.  To dotyczy nie tylko Starego Przymierza, gdzie ukryty jest w chmurze, w słupie ognistym, w palącym się krzewie, w lekkim powiewie wietrzyka. To samo odnosi się także do wcielonego Syna Bożego.

 

Pomyślmy o narodzinach Jezusa w Betlejem, o „życiu ukrytym” w Nazaret, o jego posłudze chorym i biednym, o cierpieniu i śmierci na krzyżu. A po Zmartwychwstaniu wcale nie jest inaczej. Jako obcy spotyka uczniów w drodze do Emmaus, jako ogrodnik Marię Magdalenę, jako nieznany uczniów na brzegu Jeziora Tyberiadzkiego.

 

Co to znaczy?

 

Otóż to, że jeżeli chcemy spotkać Boga, musimy nastawić się na nieoczekiwane sytuacje. On „objawia się” w znakach i wydarzeniach. Przede wszystkim jednak spotyka nas w  bliźnich. To małe, codzienne sprawy – ale właśnie one są decydujące dla życia wiary.

 

Wielu ludzi  nie potrafi być nigdy naprawdę szczęśliwymi tylko z tej racji, że dla nich szczęście zależne jest od tysiąca różnych rzeczy i  ustawicznie im czegoś jeszcze brak. Zapominają o tym, że szczęście też składa się jak mozaika z wielu części. Zawsze jakaś część okazuje się zbyt mała. Albo czekają na to, co sobie wymarzyli, a są ślepi na wiele innych spraw,  z którymi mogliby być szczęśliwi. Nie dostrzegają wartości tych codziennych drobiazgów.


Św. Teresa od Dzieciątka Jezus modliła się tak:

 

Moje życie jest jak chwilą, która przemija, jak umykający dzień. 
Mój Boże, Ty wiesz, by Ciebie kochać na tej ziemi, mam tylko dzień dzisiejszy. Kocham Cię, Jezu, tęsknię za Tobą, 
bądź moim wsparciem na ten jeden dzień. 
Przyjdź, bądź Królem mojego serca, ofiaruj mi swój uśmiech! 
Tylko na dzisiaj. 
Nie przeszkadza mi to, Panie, jeżeli moją przyszłość okrywa ciemność.
Ciebie prosić o coś na jutro, nie, tego nie potrafię.
Zachowaj czystym moje serce, Twój cień niech mnie ochroni.
Tylko na dzisiaj.

Ks. dr. hab. Jerzy Grześkowiak

8.02.2017

 

Dopuszczenie do sakramentów
osób rozwiedzionych
i ponownie cywilnie poślubionych
Stanowisko Konferencji Biskupów Niemieckich

 

Pod koniec stycznia 2017 Stała Rada DBK opublikowała długo oczekiwany „Dokument o małżeństwie i rodzinie”, w którym biskupi  niemieccy opowiadają się za możliwością w pojedynczych przypadkach, na mocy decyzji sumienia, dopuszczenia do sakramentów osób rozwiedzionych, które zawarły ponowny związek małżeński.

 

Biskupi podkreślają, że nierozerwalność małżeństwa należy do niezbywalnego dobra Kościoła. Posynodalny List papieża Franciszka „Amoris laetitia” („Radość miłości”) nie dopuszcza tu żadnych wątpliwości, podobnie jak w kwestii konieczności zróżnicowanego rozeznania każdorazowej sytuacji.  „Towarzyszenie”, „rozeznanie” i „włączanie” – postulowane przez  Franciszka uznają biskupi za centralne i wiodące pojęcia w duszpasterskiej trosce o osoby rozwiedzione. Jest sprawą bardzo ważną, aby osoby, które znalazły się w trudnych i pogmatwanych sytuacjach życiowych, często dla nich bardzo bolesnych, wiedziały i doświadczały, że Kościół ich nie odrzuca i nie pozostawia ich samymi.

 

Jak papież Franciszek rozumie w tym kontekście pojęcie „rozeznanie”, o tym mówi on wyraźnie w „Amoris laetitia”: „Kościół dysponuje solidną refleksją na temat uwarunkowań i okoliczności łagodzących. Dlatego nie można już powiedzieć, że wszyscy, którzy są w sytuacji tak zwanej „nieregularnej”, żyją w stanie grzechu śmiertelnego, pozbawieni łaski uświęcającej” (nr. 301).  Papieski dokument  nie ustala w tej problematyce żadnych reguł ogólnych i  nie zna automatyzmu idącego w kierunku „generalnego dopuszczenia do sakramentów” wszystkich rozwiedzionych i ponownie cywilnie poślubionych.

 

Biskupi oświadczają dalej: „Amoris laetitia”  nie przeocza ani ciężkiej winy,  która ciąży na wielu osobach w takich sytuacjach rozbicia małżeństwa i klęski w małżeńskich relacjach, ani  faktu, że cywilny ślub sprzeciwia się widzialnemu znakowi sakramentu małżeństwa, także wtedy, gdy  konkretna osoba została opuszczona bez jej winy.

 

Papieski List nie obstaje jednak przy kategorycznym i nieodwołalnym wykluczaniu takich osób od sakramentów. Przypis 336 (do nr 300) pokazuje wyraźnie, iż rozeznanie prowadzące do stwierdzenia, „że w danej sytuacji nie ma poważnej winy”, musi prowadzić także do zróżnicowanych konsekwencji w zakresie porządku sakramentalnego.

Z kolei przypis 351 (do nr 305)  wskazuje na to, że także w sytuacji, która obiektywnie jest „nieregularna”, która jest „obiektywną sytuacją grzechu”, ale dana osoba nie czuje się subiektywnie winna, albo nie jest w pełni winna, że ona „może żyć w łasce Bożej, może kochać, a także może wzrastać w życiu łaski i miłości” (nr. 305), jeżeli otrzyma pomoc Kościoła, a w pewnych przypadkach także pomoc sakramentów.  Także to miejsce dokumentu wskazuje na możliwość przyjęcia sakramentów w poszczególnych specyficznych sytuacjach.

Biskupi podkreślają następnie, że nie wszyscy wierni, których małżeństwo uległo rozpadowi i którzy cywilnie się poślubili, mogą przyjmować sakramenty. Wymagane jest uprzednio solidne rozeznanie poszczególnych przypadków, o ile małżeństwo nie może być anulowane. „Amoris laetitia”  zakłada w takich sytuacjach dłuższy proces dochodzenia do decyzji, któremu towarzyszyć ma duszpasterz. Tylko pod warunkiem takiego procesu, w którym zaangażowane musi być w najwyższym stopniu sumienie wszystkich zainteresowanych osób, możliwe jest sakramentalne pojednanie (sakrament pokuty) i przyjęcie Eucharystii.

 Papież Franciszek akcentuje znaczenie decyzji sumienia, gdy pisze: „Z trudem dajemy miejsce dla sumienia wiernych, którzy pośród swoich ograniczeń często odpowiadają najlepiej jak potrafią na Ewangelię i mogą rozwijać swoje własne rozeznanie  w sytuacji, gdy wszystkie systemy upadają. Jesteśmy powołani do kształtowania sumień, nie zaś domagania się, by je zastępować” (AL 37).

Przy końcu takiego duchowego procesu, w którym zawsze idzie o „włączenie”, nie stoi w każdym przypadku przyjęcie sakramentów. Osobista decyzja, uwzględniająca wszystkie okoliczności, by nie przyjmować sakramentów (albo: jeszcze nie) zasługuje na respekt i szacunek. Ale czyjąś decyzję na przyjęcie sakramentów należy – zdaniem biskupów - w pełni respektować .

Biskupi  postulują w końcu intensyfikację rzetelnego przygotowania do sakramentu małżeństwa. Należy także znacznie więcej uwagi poświęcić towarzyszeniu małżeństwom już zawartym. Małżonkowie i ich rodziny, zwłaszcza małżeństwa osób z różnych wyznań, powinny mieć szansę znalezienia w Kościele stosownych ofert  odpowiednio do ich życiowych sytuacji. Biskupi wyrażają życzenie, by wspólnoty kościelne wspierały i umacniały rodziny jako miejsce uczenia się wiary i życia z niej.

Frapujące jest pytanie: a co za Odrą? Wypowiedzi polskich biskupów podczas obrad ostatnich dwóch Synodów poświęconych rodzinie skłaniają do obaw, że postanowienia biskupów niemieckich spotkają się z krytyką ich polskich kolegów. Do podobnego wniosku zmusza zadowolenie, jakie wyraził biskup Jan Wątroba, przewodniczący Rady do Spraw Rodziny Konferencji Polskich Biskupów, na wieść o bulwersującym „Liście czterech kardynałów” do papieża Franciszka, żądających od niego „dodatkowych wyjaśnień” w kwestii przedstawionych przez nich „wątpliwości i niejasności” związanych według nich z jego Listem Apostolskim o miłości małżeńskiej i rodzinnej. Odpowiedzi się nie doczekali, i całkiem słusznie, bo jak stwierdził Franciszek: „Jeśli ktoś nie chce czegoś zrozumieć, to i tak nie zrozumie”. I czy to tak trudno zrozumieć, że czym innym jest jednoznaczna i niepodważalna, wierna nauce Chrystusa, doktryna Kościoła o nierozerwalności małżeństwa, a czym innym czerpiąca ze źródeł Bożego miłosierdzia czujna i wierna troska o człowieka w jego słabości, grzeszności, niepowodzeniu i zagubieniu na trudnych i skomplikowanych nieraz drogach życia! Franciszek mówi jasno: „Zrozumienie sytuacji wyjątkowych nigdy nie oznacza ukrywania światła pełniejszego ideału ani proponowania mniej niż to, co Jezus oferuje człowiekowi. Dzisiaj bardziej istotny niż duszpasterstwo niepowodzeń jest wysiłek duszpasterski na rzecz umocnienia małżeństw i w ten sposób zapobieżenia rozpadom” (AL 307).

ks. dr. hab. Jerzy Grześkowiak

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

4.02.2017

 

„Wy jesteście solą dla ziemi… Wy jesteście światłem świata" 
(Mt 5,13-14). 

 

Refleksje na 5 niedzielę zwykłą (rok A) 

 

Sól jest  potrzebna do życia. Służy jako przyprawa do potraw.   Sprawia też, że potrawy dłużej zachowują świeżość, nie ulegają tak szybko zepsuciu.

 

Jak w potocznym życiu potrzebna jest sól, tak świat potrzebuje wyznawców Chrystusa, żyjących i działających według Jego Ewangelii.

 

W używaniu soli jako przyprawy konieczne jest właściwe dozowanie. Zupa bez soli nie smakuje. Gdzie brak zdecydowanych, odpowiedzialnych i konsekwentnych  chrześcijan, tam chwieje się świat wartości, powstaje mroczna pustka, wieje chłodem, szerzy się bezsensowność, dezorientacja, rezygnacja, wyrastają błędne koncepcje i zgubne dla człowieka modele życia.

 

Ale nadmiar soli też czyni potrawy niejadalnymi. W Morzu Martwym zawierającym sól w niespotykanym stężeniu nie istnieje żadna forma życia. W sensie przenośnym  chrześcijanie też potrafią innym „życie przesolić”.

Ma to miejsce tam, gdzie zostaje zachwiana równowaga pomiędzy literą i duchem,  prawem i Ewangelią, nakazami i zakazami a miłością.

 

Dobry chrześcijanin nie jest  fanatycznym moralizatorem, lecz człowiekiem kochającym, którego miłość oczywiście też musi zawierać pewną dozę wymagań wobec siebie i innych. Chrześcijanie winni stale strzec się niebezpieczeństwa utracenia balansu, który jest bardzo potrzebny, by można było być w świecie i w społeczności dobrą jak sól przyprawą.

 

Chrześcijanin jako „sól ziemi” ma „solić” ten świat, to znaczy czynić go smakowitym i chronić przed zepsuciem. Specyfiką soli jest także to, że ona „szczypie”, „gryzie”, zwłaszcza gdy posypie się nią otwarte rany.

 

„Otwarte rany naszej ziemi i świata!...” Jest ich tak wiele…

- niesprawiedliwość społeczna, głód prowadzący do śmierci, wojny, terror, zabijanie nienarodzonych dzieci, pomoc  w samobójstwie (eutanazja), rugowanie fundamentalnych wartości, dyktatura relatywizmu – by wymienić tylko niektóre.

 

Wielu „możnych i wpływowych tego świata” odczuwa „pieczenie i wściekły ból”, gdy ktoś odważy się wskazać i potępić błędne ideologie i drogi, trendy, nadużycia, skandale. Ale właśnie takich ludzi-proroków, którzy pełnią rolę soli, potrzebuje  pilnie nasz świat. To właśnie oni są „światłem świata”.

 

We wczesnym chrześcijaństwie kandydaci do chrztu przygotowywali się do jego przyjęcia rok lud dwa. Do tej drogi katechumenalnej  należał także „obrzęd soli”. Kandydatowi do chrztu  kładziono na język ziarna soli ze słowami: „Przyjmij sól mądrości”. Oznaczało to zobowiązanie, by być dla świata solą, chlebem i światłem.

 

Aż do Soboru Watykańskiego II w obrzędzie chrztu dzieci był ten ryt przewidziany i sam przy chrzcie także wkładałem niemowlakom do ust ziarenka soli. Można sobie wyobrazić, że reakcje były różne…

 

Ten wymowny ryt usunięto, czego właściwie należy żałować, bo odpadło przy chrzcie wskazanie, że chrześcijanin ma byś solą w swoim małym ale i też w wielkim świecie. Nasz zmęczony, pogubiony, sfrustrowany świat tak bardzo potrzebuje „soli mądrości Chrystusa”.

 

Kończąc przypomnę mądre słowa kardynała Faulhabera z Monachium: 
Jezus nie powiedział: „Jesteście cukrem dla ziemi”; 
nie powiedział: „Jesteście pieprzem dla ziemi”. 
On powiedział: „Jesteście solą ziemi!”.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

2.02.2017

Proszę nakliknąć, aby powiększyć.

26.01.2017

24.01.2017

 

Życie po śmierci
między wiarą a nauką

 

http://warszawskagazeta.pl/teoria-spisku/item/4447-zycie-po-smierci-miedzy-wiara-a-nauka

18.01.2017

 

Chwila obecna 

 

jutro jutro… jutra nie będzie
i tak jest wszędzie
raz tylko
zawsze teraz

 

ks. Andrzej Wałdowski  T. Chr.

 

Wielu ludzi unieszczęśliwia się, ponieważ zatracają się w tym, co było wczoraj albo lękają tego, co przyjdzie jutro. Nie potrafią rozstać się z przeszłością, z  niespełnionymi w niej marzeniami i ze wspomnieniami o niej. Inni czynią coś podobnego w odniesieniu do przyszłości: marzą o jutrze i marnują szanse, które mają do dyspozycji dzisiaj. Chcą pochwycić szczęście, które wydaje im się być tak blisko, a  dotykają  tylko mglistych projektów,  ulatujących w daleką przyszłość, nigdy nie osiągalnych. Spożytkowują aktualny czas na szukanie czegoś, co wydaje się być lepsze i piękniejsze, ale możliwe dopiero jutro – i tym  samym marnotrawią chwilę obecną. F. Nietzsche zdefiniował szczęście jako „Usadowienie się na progu chwili”. Problem w tym, że my dzisiaj „nie mamy czasu”. Większość współczesnych podpisze się pod lamentem T. Kotarbińskiego:

 

Nabrałem zobowiązań bez miary, bez granic.
Mam podołać wszystkiemu – nie mam czasu na nic.
A oto kwintesencja mego ambarasu:
Chciałbym sobie poistnieć – ale… nie mam czasu. 1

 

Chwila obecna to jedyna wolność w czasie, która jest naszą szansą i jest dana do dyspozycji naszej woli, by kształtować to „dzisiaj i teraz”. „Pamiętaj zawsze o tym, że istnieje tylko jeden rzeczywisty czas: dzisiaj – tutaj – teraz” - pisał Lew Tołstoj. Przeszłości  nie da się zmienić, jest jak odlew mosiężny po zakrzepnięciu. Przyszłość jest jeszcze nieuchwytna, odsłania się powoli. Wkraczamy w nią przez próg chwili obecnej i to na nią trzeba się otworzyć i jej oddać. Tylko ona zawiera możliwości doświadczenia szczęścia, które potem zresztą może sięgać daleko, tak w przeszłość jak w przyszłość. Jest bowiem bezsporne, że „chwile szczęścia” oddziałują  albo jako dobre wspomnienia, albo jako zarodek szczęśliwej nadziei w sytuacjach trudnych, bolesnych, tragicznych, stanowiący jedyne światełko w mrokach tunelu ku przyszłości. 

 

Zapatrzenie się w przyszłość niebezpieczne jest zwłaszcza wtedy, gdy nasze decyzje przesuwamy na później. Jeżeli ktoś szczerze zamierza coś zmienić, musi czynić to natychmiast. Mając do podjęcia jakąś decyzję, trzeba czynić to teraz; jeżeli to aktualnie niemożliwe, należy przynajmniej ustalić punkt czasowy, w którym się tego dokona, albo określić warunki, od których ona będzie zależeć. Przesuwanie czegoś na później bez istotnego powodu to po prostu kradzenie czasu.

 

Jest faktem, że wielu ludzi boryka się z trudną „nieprzepracowaną przeszłością”, i często są to ci sami, którzy potem patrząc w przyszłość, roją o sprawach, które są nie do zrealizowania. Typowe obciążenia z przeszłości to na ogół trudne dzieciństwo, brak sukcesów w szkole, brak akceptacji u innych ludzi, zwłaszcza u płci odmiennej, niepowodzenia zawodowe, nieodwzajemnione uczucia i związki z  osobami, które sprawiły wiele bólu.

 

Zdolność do bycia szczęśliwym i pozytywne odniesienie do życia wypływają przede wszystkim z przekazanego przez rodziców pra-zaufania wobec świata i wobec ludzi z bliskiego otoczenia. Najdotkliwszym obciążeniem, które człowiek dźwiga nieraz z trudem przez całe życie, jest brak dobrej relacji z matką i z ojcem w najwcześniejszym okresie życia, brak bliskości cielesnej i miłości, kontaktu i czułości. Wszystkie inne frustracje i „zawiedzenia się” bledną wobec tego decydującego egzystencjalnego zubożenia, z którym dziś niestety coraz więcej ludzi musi się uporać. O tym świadczą pokoje psychologicznego poradnictwa, szpalty anonimowych poradników w czasopismach,  a na ulicach zawiedzione, tragicznie smutne oblicza tak zranionych osób. Te traumatyczne przeżycia są przyczyną wzrostu ilości uzależnień od nikotyny, alkoholu i  narkotyków, przesadnych ambicji w zawodzie i rzeszy „wykolejonych”, którzy przegrali swoje życie. Można takie przypadki usprawiedliwiać i powiedzieć:  „Przecież nie można czegoś dać, czego się nie otrzymało”.

Ale czy musi to być żelazna reguła?  

Czy nie można takiej bariery lub pustki przekroczyć?

Sądzę, że przy dobrej i silnej woli można. Mogę coś z siebie dać, mimo, że sam tego nie zaznałem. Wiem wprawdzie, że doświadczenie miłości łatwiej rozmienić na drobne monety przyjaznych gestów, na  życzliwe odniesienie do innych ludzi. Ale jeżeli nie mogę sięgnąć do takiego „rezerwuaru złota miłości”, to jest przecież inna możliwość. Zamiast zaglądać jak zauroczony w pusty krater mojej duchowej pustki i stale wpatrywać się we własny pępek, w oczekiwaniu, że inni będą mnie kochać, abym mógł potem sam im coś dać, zaczynam po prostu sam czynić coś dobrego. Życia nie mogę powtórzyć. Ale mam w darze tę właśnie chwilę i właśnie w tej chwili spełnia się moje szczęście. Właściwie jest sprawą drugorzędną, ile z życia mam już poza sobą, a ile jeszcze przed sobą, jeżeli przeżywam świadomie ten właśnie moment. To nie rzeczywistość decyduje o moim szczęściu, lecz moje jej widzenie i rozumienie, jej interpretacja. Szczęście wykwita ze mnie, z moich decyzji, by to, co mi ciąży, co negatywne, zaakceptować, ale przecież w nim nie tkwić. To nie muszą być wcale wielkie przewroty i przewartościowania. Niekiedy coś „niezmiernie trudne” staje się nagle „piękne”; często idzie tylko o „nowe spojrzenie”, o inny kąt widzenia, o to, jak widzę drugiego człowieka, współmałżonka, dziecko, rodzica, sąsiada, współpracownika.
 

Mała zmiana może spowodować wielki skutek. Przestawienie zwrotnicy na stacji kolejowej to żadna wielka akcja. Gdy pociąg odjeżdża z Monachium, to tylko jeden centymetr  przy zwrotnicy decyduje o tym, czy  on dojedzie do Frankfurtu, do Salzburga czy do Berlina. Jeden centymetr… - jeżeli na ten centymetr zmiany w naszym nastawieniu do życia i wielu spraw się zdobędziemy – to skutek może być  niewyobrażalny, a  przede wszystkim zaowocować szczęściem.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

-------------

J. Kotarbiński, Rytmy i słowa, Warszawa 1970, s. 104.

14.01.2017

 

Męczennik z Dachau

 

75 lat temu w KL Dachau zamęczono ks. Emila Szramka, jednego z wielu kapłanów, którzy oddali życie za wiarę w czasie II wojny światowej.

 

Ksiądz chorował od dawna,  a w styczniu 1942 r. trafił do obozowej izby chorych, gdzie masowo wykańczano chorych więźniów. 13 stycznia 1942 r., naraził się „pielęgniarzowi” jakąś drobnostką. Za karę został postawiony na dłuższy czas pod kranem z zimną wodą i wkrótce później zmarł.

 

Rodzinę powiadomiono, że zgon nastąpił „mimo lekarskiej opieki i wszystkich będących do dyspozycji środków lekarskich” w wyniku ataku serca. 

 

Choć pochodził z plebejskiej rodziny spod Raciborza, dzięki studiom, wytrwałej pracy oraz pasji stał się jednym z najbardziej znanych koneserów sztuki i bibliofilii.

 

Zgromadził cenną kolekcję książek i dzieł sztuki, które Niemcy rozkradli po jego aresztowaniu. Był światowcem, biegle posługującym się kilkoma językami, szanowanym i cenionym zarówno w kręgach kościelnych, jak i świeckich. Jego publikacje naukowe, a zwłaszcza rozprawa o socjologicznych uwarunkowaniach kwestii narodowościowej na Górnym Śląsku wyprzedzały epokę.

 

Był polskim patriotą, ale pracując w wielonarodowościowej społeczności zabiegał przede wszystkim o rozwój życia duchowego parafian.  Nie było to łatwe. Namiętności polityczne i walka narodowościowa dotykały także Kościoła.

 

Katolicy niemieccy skarżyli się Stolicy Apostolskiej na rzekome szykany ze strony miejscowych władz kościelnych.

 

Natomiast polska administracja, kierowana przez wojewodę Michała Grażyńskiego domagała się redukcji nabożeństw w języku niemieckim.

 

Ks. Szramek był w centrum tych zmagań. Od 1926 r. z nominacji papieża Piusa XI, gdyż jego poprzednik ks. Teodor Kubina został biskupem częstochowskim, kierował katowicką parafią mariacką, najbardziej prestiżową placówką duszpasterską w stolicy polskiej części Górnego Śląska. Większość jego parafian stanowili Niemcy, często członkowie elity politycznej, kulturalnej oraz finansowej miasta. Dalece nie wszyscy pogodzili się z faktem, że Katowice stały się polskim miastem.

 

Szramek gorliwie pracował zarówno wśród Niemców, jak i Polaków, zakładając dla obu grup stowarzyszenia, organizując pracę charytatywną, a także wspierając grupy młodzieżowe. Jego aktywność nie wpisywała się w ciasny model patriotyzmu, który topornie i wyrządzając wiele szkód sprawie narodowej na tym terenie lansowała śląska sanacja.

 

W czasie studiów teologicznych we Wrocławiu angażował się w działalność tajnej polskiej narodowej organizacji ZET, a w czasie powstań śląskich oraz plebiscytu działał na rzecz przyłączenia Górnego Śląska do Polski. Niemcy napadli wtedy na niego i go pobili. Pomimo tego, gdy w latach 30. administracja państwowa domagała się redukcji niemieckich nabożeństw, stanowczo odmówił. Miał przy tym świadomość, że wielu jego parafian, uważających się za Niemców, miało polskich przodków. Dlatego, kiedy w czerwcu 1939 r. informował o rozporządzeniu Biskupa Katowickiego o likwidacji nabożeństw ze śpiewem i kazaniem w języku niemieckim  powiedział, że wprawdzie parafianie nie będą mogli podczas nabożeństw używać swego języka ojczystego (Muttersprache), za to mogą odświeżyć znajomość języka dziadków (Grossmuttersprache), a więc polskiego.

 

Niemcy nie zapomnieli mu tego wystąpienia.

 

Kiedy jesienią 1939 r. gestapo nakazało Szramkowi opuścić parafię i przenieść się do Generalnego Gubernatorostwa, odmówił.

 

Gdyby wypełnił polecenie, prawdopodobnie doczekałby końca wojny. Był jednak przekonany, że powinien pozostać ze swymi parafianami. Od decyzji odwołał się do Berlina. W liście do szefa gestapo Heinricha Müllera oraz ministra ds. wyznań Hannsa Kerrla podkreślał, że dzięki wykształceniu czuł się „związany kulturowo z narodem niemieckim”. Zwracał uwagę na swoje zaangażowanie na rzecz duszpasterstwa niemieckich katolików oraz zapewniał, że będzie respektował nowy porządek.

 

Odpowiedzi nie uzyskał, za to 10 kwietnia 1940 r. po południu pod parafię mariacką podjechał samochód gestapo i od jednego z funkcjonariuszy proboszcz usłyszał, że jest aresztowany. Pozwolono mu tylko wejść do kościoła, gdzie modlił się dłuższą chwilę. Następnego dnia jednym z pierwszych transportów pojechał do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie otrzymał numer 21987.  

 

Dlaczego aresztowano kapłana, mającego znakomitą opinię także wśród niemieckich katolików?

 

Nie było to przypadkowe. Wiosną 1940 r. Niemcy w ramach tzw. Intelligenzaktion, prowadzonej na ziemiach włączonych do III Rzeszy, aresztowali na Górnym Śląsku kilkuset przedstawicieli polskiej inteligencji: duchownych, nauczycieli, działaczy politycznych i społecznych, przedstawicieli wolnych zawodów. Ks. Szramek znalazł się na liście, gdyż był jednym z liderów miejscowej polskiej inteligencji. Były jednak, jak sądzę, także inne motywy tej decyzji. Można się ich doszukać w piśmie Rudolfa Mildnera, szefa katowickiego gestapo. Adresatem listu są niemieckie władze, co także jest godne zauważenia. Świadczy bowiem o tym, że protesty niemieckich katolików przeciwko aresztowaniu ks. Szramka były tak silne, że zażądano od gestapo wyjaśnień. W ocenie Mildnera proboszcz mariacki wyróżniał się pod względem moralnym i duchowym. „Jego radykalnie polska aktywność jest zatem tym niebezpieczniejsza”, pisał. Przyznawał, że także wobec swych niemieckich parafian „zachowywał się nienagannie”,  ale zarazem – dodał – wywierał zgubny wpływ „na ducha niemieckiego”. Musiał więc zostać usunięty nie tylko jako polski patriota, ale także lider całej miejscowej społeczności katolickiej.

 

W tym kontekście warto odnotować incydent, do którego doszło wiosną 1940 r. W parafii mariackiej odbywał się pogrzeb lokalnego działacza NSDAP. Na czele konduktu stanął ktoś z flagą ze swastyką. Wtedy ks. Szramek polecił, aby pogrzeb poprowadził ministrant z krzyżem. „Najpierw krzyż, a potem ta szmata” miał głośno ustalić porządek konduktu. Aresztowanie nastąpiło wkrótce po tym, być może na skutek donosu jednej z osób, które słyszały te słowa.

 

„Niech Bóg da nam siłę”

Stacjami Kalwarii ks. Szramka były obozy koncentracyjne Dachau, Mauthausen, Gusen i ponownie Dachau. Jak wielu innych kapłanów z Górnego Śląska, w obozie zadeklarował się jako Polak. Dlatego nie mógł korzystać z niektórych przywilejów, jakie mieli kapłani narodowości niemieckiej, np. możliwości odprawiania Mszy św. oraz wspólnych modlitw. Współwięźniowie podkreślali, że ks. Szramek nawet w warunkach obozowych promieniował wewnętrzną siłą i krzepił wiarę innych.

 

Jak się wydaje, jeszcze przed aresztowaniem przeczuwał, jaki spotka go los. Wiosną 1940 r. na jednym z posiedzeń kapituły katowickiej miał powiedzieć: „My, którzy nosimy na sobie kolor krwi, będziemy musieli naszym życiem świadczyć o naszej wierze i przekonaniach, jak uczynili to kapłani w Meksyku i Hiszpanii. Rewolucja będzie zawsze występowała przeciwko kapłanom. Niech Bóg da nam siłę, by z nas nikt nie był zdrajcą”.

 

W jednym z listów do rodziny wysłanym w październiku 1940 r. z KL Mauthausen pisał: „Jestem tu zdrowy i, ponieważ zakotwiczony w Bogu, dobrej myśli i pełen ufności”. Te słowa wydają się kluczowe dla zrozumienia postawy ks. Szramka w kacecie.

 

W obozowych wystąpieniach ks. Szramka przebija wyraźnie przekonanie o tym, że los więźniów wpisuje się w jakąś nieodgadnioną logikę Bożego planu zbawienia. Uważał, że kapłani muszą być z wiernymi nawet w czasie strasznej obozowej próby i byłoby wręcz wstydem, jak się wyraził, gdyby ich tam nie było. Zdobył szacunek nie tylko więźniów, ale także wśród obozowej administracji. Swą nienaganną niemczyzną potrafił strażnikom i funkcyjnym czasem coś wyperswadować.

 

Fizycznie bardzo cierpiał. W chwili aresztowania miał już 53 lata i ciężko znosił wyczerpującą pracę. Ci, którzy znali go przed wojną, jako pedanta, dbającego o zewnętrzny wygląd, byli porażeni tym, jak zmienił go obóz. Bardzo schudł, jego twarz wydawała się obca, upiorna o kamiennych oczach. Ręce miał pokaleczone od noszenia ciężkich kamieni. Tylko głos mu się nie zmienił. Był pewny, wyraźny i niezłamany.

 

Współwięźniowie często prosili, aby krzepił ich słowem.

 

Do historii przeszło jego przemówienie noworoczne z 1941 r. wygłoszone w baraku KL Dachau w języku niemieckim dla grupy księży różnej narodowości. Było nie tylko wielkim wyznaniem wiary, ale także przesłaniem nadziei, że losy świata są w rękach Boga, a nie ich strażników i oprawców.

 

Historia przyznała mu rację.

Wśród 108 Męczenników II wojny światowej, wyniesionych na ołtarze przez Jana Pawła II postać błogosławionego

ks. Emila Szramka świeci nieprzemijającym blaskiem jednego z ważniejszych polskich kapłanów pierwszej połowy XX wieku.

 

Autor: Andrzej Grajewski

Korzystałem m.in. z dokumentacji zamieszczonej w książce: Błogosławiony Emil Szramek. Męczennik. Wprowadzenie i edycja dokumentów Jerzy Myszor. Katowice 2013.


Źródło: gosc.pl

Ks. dr. hab. Jerzy Grześkowiak

11.01.2017

 

Mędrcy świata, monarchowie,
gdzie spiesznie dążycie?....

 

Jako dzieci wiedzieliśmy dokładnie i bez cienia wątpliwości: to byli królowie i było ich trzech. Nawet znaliśmy ich imiona: Kasper, Melchior, Baltazar. W  orszaku pełnym przepychu idąc za dziwną gwiazdą przywędrowali do groty narodzenia Jezusa, by oddać mu pokłon.

Gdy dorośliśmy, biblijni eksperci zaszokowali nas krytycznymi pytaniami: A gdzie to jest napisane, że było ich trzech, i że byli królami? Ich imion też nie znajdziemy w Piśmie Świętym. To prawda. A mimo to intrygują nas ich postacie w naszych pięknych żłóbkach. Co więcej, w ostatnich latach w wielu miastach naszej Ojczyzny  dziesiątki tysięcy chrześcijan wychodzi na ulice i kroczy w orszaku Trzech Króli  do ustawionej na centralnym placu „żywej szopki”, by „oddać pokłon Maleńkiemu”. Dwukrotnie brałem udział w takiej uroczystości w Warszawie i byłem zafascynowany pomysłowością strojów, wygłaszanych tekstów przy różnych stacjach (dwór Heroda, Aniołowie, dwór szatana), euforią i zaangażowaniem dzieci i rodziców, jak też ogólną radosną atmosferą wiary i miłości. Jest to niewątpliwie genialnie wymyślona pod wpływem Ducha Świętego nowa forma publicznego wyznania wiary w Chrystusa i ewangelizacji.

 

A co wiemy naprawdę o tamtej wizycie
w stajence betlejemskiej?

 

Ewangelista Mateusz około pięćdziesiąt lat po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa interpretuje „historię Jezusa” i chce pokazać, jakie znaczenie ma ten Jezus Chrystus dla współczesnych. W tym celu opowiada historię, która już jest niejako prześwietlona blaskiem paschalnym, i bije z niej chwała Zmartwychwstałego Pana. Poprzez tajemnicę Zmartwychwstania rozpoznaje on, że Jezus stanowi spełnienie wszystkich tęsknot ludzi za właściwą orientacją w życiu i za jego sensem. Dlatego w jego Ewangelii przychodzą do żłóbka (groty) nie tylko -  jak u Łukasza - żydowscy pasterze, lecz „Mędrcy ze Wschodu” (Mt 2,1), czyli w zależności od tłumaczenia: ludzie uczeni, astrologowie, interpretatorzy gwiazd, ludzie pytający i szukający. Otóż ci „życiowi mędrcy” potrafili oderwać się od ich zwyczajnej działalności, wznieśli w górę swoje oczy,  ujrzeli wyjątkową gwiazdę i powędrowali za nią. Gdy znikła i znaleźli się  na dworze króla Heroda, pytają go zafrasowani: „Gdzie jest nowonarodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon” (Mt 2,2).

 

Czytając opis Mateusza należy pamiętać o tym, że w Izraelu wybitna osobistość, „ktoś wielki” był widziany jako „gwiazda”. Jezus jest zatem „wiodącą Gwiazdą”, która daje światło i orientację, która  „wszystkich pociąga ku sobie” i wzywa na swoją drogę.

 

Leonardo da Vinci powiedział kiedyś: „Przywiąż swoją karocę do gwiazdy!” Piękny, wymowny obraz: jeżeli zwiążę swoje życie z Gwiazdą z Betlejem, doświadczę spełnienia moich tęsknot za pełnią życia i za miłością.

 

„Kto szuka, ten znajdzie” – mówi przysłowie. Mędrcy po długiej podróży i bezdrożach (bo dwór króla Heroda okazał się całkiem fałszywym tropem), gdy ponownie ujrzeli gwiazdę, dotarli w końcu  w Betlejem do mizernej groty pasterskiej, która okazała się „***** hotelem”, bo w nim  znaleźli „Króla Wszechświata”, Boga, który stał się człowiekiem, Gwiazdę i Sens ich  życia. To jest tak, jak pisał Karl Rahner: „Kto raz poświęcił swoje serce  dla gwiazdy aż do ostatniej kropli, ten wygrał swoje życie, ten doszedł do celu, choćby droga była jeszcze daleka”.

Chcę zatem trwać na mojej drodze, nawet gdy gwiazda mojej wiary i nadziei od czasu do czasu blednie lub skrywa się i znika.  Nie ustać w szukaniu, mimo zmęczenia i rezygnacji. Wierność własnej drodze opłaci się. „Kto szuka, ten znajdzie”, tzn.  dojdzie do celu, znajdzie sens swojej egzystencji i „inną drogą uda się do swojej ojczyzny” (Mt 2,12).

 

I jeszcze dary tych tajemniczych Mędrców!

„I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu (Jezusowi) dary: złoto, kadzidło i mirrę” (Mt 2,11). To dary z głębokim sensem w tle.  Księża mówią często w kazaniach: złoto – dla Króla, kadzidło – dla Syna Bożego, mirra czyli środek leczniczy, medycyna – dla cierpiącego Mesjasza.

Te dary  to równocześnie skarby naszego wnętrza. Trzeba je odkryć i  wsłuchać się w ich wołanie:

 

Złoto – „Człowieku, poznaj swoją godność!”. Jesteś dzieckiem Boga, córką, synem Ojca Niebieskiego. To największa z ludzkich godności. Żyj zatem  stosownie do tego powołania.

 

Kadzidło – „Człowieku, pachnij…. Rozsiewaj wokół siebie dobrą woń!” Gdzie chrześcijanie, tam nie ma miejsca na stęchliznę i odrażający fetor.  Bądź jak rozlane naczynie najlepszych perfum!

 

Mirra – „Człowieku, zdrowiej!”  Dbaj o zdrowie swego ciała, a jeszcze bardziej ducha. A równocześnie troszcz się o to, by twoje kontakty z innymi były leczące. Bo człowiek jest dla człowieka najlepszym lekarstwem!

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

-----------------------

(Tekst ten został nadesłany przez Księdza Profesora 3 stycznia 2017 roku ale niestety najpierw z przyczyn obiektywnych a potem przez nieuwagę redagującego opublikowany dopiero 11 stycznia 2017.)

30.12.2016

 

Noworoczne życzenia 2017

 

8760 godzin liczy rok. Jak przeżyjemy je w Nowym Roku 2017? Jak one nas ukształtują?

 

Wartość naszego życia zależy od tego, czy nasz czas wtopiony jest w czas świata, a ten w wieczność Boga. Bo jeżeli zakładam, że czas pomiędzy narodzinami i śmiercią jest jedynym czasem danym do mojej dyspozycji, to wtedy trudno mi pozbyć się lęku, że może mi umknąć to, co najlepsze, że jestem stale na fałszywym party zamiast tańczyć na wielu weselach. A wówczas w moim  krótkim życiu muszę jak najwięcej przeżyć, przyspieszeniem zastąpić wieczność. Wtedy dewizą jest tempo; im szybciej i więcej, tym lepiej.

 

Goniąc za wszelkimi potencjalnymi radościami doczesności, rujnuję „życie w pełni”, te wszystkie delikatne rzeczy, które potrzebują czasu i ciszy, zostają zdruzgotane kołami  ekspresowego tempa. Jeżeli 8760 godzin nowego roku nie podporządkujemy tylko naszym planom, lecz oddamy je Bogu, może każda z nich stać się czasem pełnym radości, satysfakcji, spełnienia i szczęścia, bo czasem z Bogiem i dla Boga.

 

Czego Ci nie życzę? 

 

Otóż nie życzę, by nigdy nie dotknęło Cię cierpienie,
by Twoje przyszłe życie było drogą usłaną różami,
byś nigdy nie musiał uronić łzy żalu,
by nigdy nie dotknął Cię ból…
Nie, tego wszystkiego Ci nie życzę.

 

Bo łzy oczyszczają serce,
cierpienie uszlachetnia duszę,
ból i bieda prowadzą nas bliżej do kochanej  Matki Dziecięcia z Betlejem
i gwarantują pociechę ich uśmiechu.

 

Z głębi serca życzę Ci natomiast:

 

- byś w swoim sercu zachował stale świetliste wspomnienie każdego bogatego dnia Twojego życia;

 

-  byś był dzielny w godzinach doświadczenia, kiedy krzyż kładzie się na Twoje ramiona i gdy góra, na którą masz się wspiąć, wydaje się zbyt wysoka, a światło nadziei niesłychanie daleko;

 

- by każdy dar, jaki Bóg Ci daje rósł z latami, i pomagał Ci wypełniać radością  serca tych  których kochasz;

 

- byś w każdej godzinie miał przyjaciela, godnego Twojej przyjaźni, któremu w zaufaniu możesz podać rękę, gdy jest ciężko, gdy są złe dni, z którym możesz na przekór burzom i nawałnicom zdobywać szczyty;

 

- w końcu, by w każdej godzinie radości i cierpienia był z Tobą przynoszący radość i otuchę uśmiech Bożego Dziecięcia – Wcielonej Odwiecznej Miłości,  byś sam był zawsze blisko Boga!

 

Ks. dr. hab. Jerzy Grześkowiak

12.12.2016

 

Laureat Nobla mówi wprost:
Istnieje nieśmiertelna dusza

 

Jeden z największych w świecie autorytetów w zakresie badań ludzkiego mózgu, laureat Nagrody Nobla John Eccles w oparciu o wyniki naukowych dociekań stwierdził, że każdy człowiek ma nieśmiertelną duszę.

 

Profesor John Carew Eccles, australijski neurofizjolog (1903 – 1997, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny (1963)) , opierając się na wynikach swoich wieloletnich naukowych obserwacji i analiz, stwierdza, że materia nie jest w stanie wytwarzać zjawisk psychicznych i nie ma przechodzenia energii fizycznej w psychiczną. Tym samym tylko duchowa rzeczywistość może wytwarzać zjawiska psychiczne.

 

Australijski noblista uświadamia nam, że z naukowego punktu widzenia trzeba jednoznacznie odrzucić twierdzenie materialistów, że ludzka świadomość jest produktem materii. Dla J. Ecclesa stało się oczywiste, że umysł człowieka, jego osobowe ja, istnieje jako duchowy wymiar człowieczeństwa i jest nieśmiertelną duszą.

 

Ten wybitny naukowiec podkreśla, że współczesna nauka przekazuje nam orędzie pokory w obliczu cudu życia i wspaniałości ludzkiej osoby. Prawdziwymi cechami człowieczeństwa są nie tylko inteligencja i mózg, ale przede wszystkim kreatywność i zdolność wyobraźni.

Eccles pisze o dwóch pewnikach, a są nimi: niepowtarzalność osoby ludzkiej w jej cielesności i w duchowym istnieniu nieśmiertelnej duszy.

 

Bazując na wynikach swoich badań, profesor Eccles zdecydowanie odrzuca materialistyczną teorię umysłu, według której mózg jest rozumiany jako superskomplikowany komputer, w którym kora mózgowa generuje wszystkie myśli i uczucia. Określa tę teorię jako „zubożałą i pustą”, ponieważ posługuje się ona niejasnymi ogólnikami, a przede wszystkim nie jest zdolna uzasadnić cudu i tajemnicy istnienia niepowtarzalności ludzkiego ja wraz z jego duchowymi wartościami: kreatywnością i zdolnością wyobraźni (How the Self Controls Its Brain, ss. 33, 176).

 

Skoro materialistyczna koncepcja – pisze Eccles – nie jest w stanie wyjaśnić i uzasadnić doświadczenia naszej niepowtarzalności, jestem zmuszony przyjąć nadprzyrodzone stworzenie niepowtarzalnego, duchowego, osobowego »ja«, czyli duszy. Wyjaśniając w terminach teologicznych: każda Dusza jest nowym Bożym stworzeniem wszczepionym w ludzki zarodek” (Evolution of the Brain, Creation of the Self, s. 237).

 

Profesor J. Eccles stworzył nową, genialną teorię funkcjonowania ludzkiego umysłu, znaną jako dualistyczny interakcjonizm (dualist-interactionism).

 

o. Szustak: Walcząc z zazdrością, walczysz ze Złym!


Jej autor wyjaśnia: „Stwierdzam, że tajemnica człowieka jest niewiarygodnie pomniejszona przez naukowy redukcjonizm z jego roszczeniem »obiecującego materializmu«, który miałby wytłumaczyć istnienie całego duchowego świata w kategoriach wzorców aktywności neuronów. Tego rodzaju wiara powinna być traktowana jako przesąd. Musimy uznać, że jesteśmy istotami duchowymi z duszami istniejącymi w duchowym świecie i równocześnie istotami materialnymi z ciałami istniejącymi w materialnym świecie” (Evolution of the Brain…, s. 241).

 

Twierdzenie materialistów, że myślenie jest wynikiem materialnych procesów, Eccles odrzuca jako przesąd, który nie ma nic wspólnego z ustaleniami nauki: „Im bardziej naukowe badania odkrywają prawdę o pracy ludzkiego mózgu, tym jaśniej możemy rozróżnić jego funkcjonowanie i myślenie – i w tym kontekście widać, jak wspaniałe jest zjawisko myślenia. Przekonanie, że myślenie jest efektem materialnych procesów, jest po prostu przesądem utrzymywanym przez dogmatycznych materialistów. Ma ono cechy mesjańskiego proroctwa z obietnicą przyszłości uwolnionej od wszelkich problemów – coś w rodzaju nirwany dla naszych pechowych następców. Materialistyczni krytycy argumentują, że nieprzekraczalne trudności sprawia hipoteza, iż niematerialne umysłowe wydarzenia mogą oddziaływać na materialną strukturę neutronów. Takie oddziaływanie jest rzekomo niezgodne z zachowaniem praw fizyki, a w szczególności z pierwszym prawem termodynamiki. Ta obiekcja z pewnością mogła być podtrzymywana przez dziewiętnastowiecznych fizyków, neurologów i filozofów, ideologicznie związanych z dziewiętnastowieczną fizyką, która nie jest świadoma rewolucji dokonanej przez fizykę kwantową w dwudziestym wieku” (A unitary hypothesis of mind-brain interaction in the cerebral cortex(1990); art. opublikowany w Proceedings of the Royal Society B 240, ss. 433-451).

 

Wieloletnie naukowe badania ludzkiego mózgu doprowadziły Johna Ecclesa do stwierdzenia, że wszyscy mamy osobowe ja – czyli niematerialny umysł, który działa poprzez materialny mózg. Tak więc oprócz świata fizycznego w człowieku istnieje umysłowy – czyli duchowy – świat i obie te rzeczywistości wzajemnie oddziałują na siebie (por. How the Self Controls Its Brain, s. 38).

 

Profesor Eccles podkreśla zdumiewający fakt, że samoświadomość osobowego ja u każdego człowieka trwa niezmiennie przez całe jego życie, „a ten fakt musimy uznać za cud” (tamże, s. 139).

 

Tak J. Eccles pisze o nieśmiertelności ludzkiej duszy, czyli o istnieniu osobowego ja po śmierci ciała każdego człowieka:

 

Wierzę, że moje istnienie jest fundamentalną tajemnicą, która przekracza każdą biologiczną ocenę rozwoju mojego ciała (również mózgu) z jego genetycznym dziedzictwem i ewolucyjnym pochodzeniem. Byłoby nierozsądnym wierzyć, że ten wspaniały dar świadomego istnienia nie ma dalszej przyszłości oraz możliwości egzystencji w innej niewyobrażalnej rzeczywistości” (Facing Reality: Philosophical Adventures by a Brain Scientist, Heidelberg Science Library 1970, s. 83).

 

W innym miejscu australijski badacz wyjaśnia: „Możemy patrzeć na śmierć ciała i mózgu jako na rozpad naszego dualistycznego istnienia. Mamy nadzieję, że uwolniona dusza znajdzie nową przyszłość o głębszym znaczeniu i bardziej zachwycających doświadczeniach w jakiejś odnowionej ucieleśnionej egzystencji zgodnie z tradycyjnym chrześcijańskim nauczaniem” (Evolution of the Brain…, s. 242);

 

Nasze zaistnienie jest tak samo tajemnicze jak nasza śmierć. Czyż nie możemy mieć nadziei dlatego, że nasza ignorancja o naszym pochodzeniu jest taka sama jak o naszym przeznaczeniu? Czy nasze życie nie może być przeżywane jako wyzwanie i wspaniała przygoda, której ostateczne znaczenie jest jeszcze do odkrycia?” (Facing Reality: Philosophical Adventures by a Brain Scientist (1970), s. 95).

 

Niech to świadectwo o istnieniu nieśmiertelnej ludzkiej duszy jednego z największych na świecie znawców ludzkiego mózgu, laureata Nagrody Nobla prof. Johna Ecclesa, zmobilizuje nas do większej troski o swoją duszę, czyli o własne życie duchowe – o czystość serca, wolność od wszelkiego zła, o życie wieczne. Ma się to dokonywać przez pogłębianie osobistej relacji z Chrystusem w codziennej modlitwie oraz w sakramentach pokuty i Eucharystii. Pamiętajmy stale o słowach Pana Jezusa: „Cóż bowiem za ko­rzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mt 16, 26)

 

ks. Mieczysław Piotrowski TChr
Źródło: fronda.pl oraz www.milujciesie.pl

6.12.2016

 

Na dzień św. Mikołaja, biskupa:   Więcej dobroci!

 

Być może błąka się po zakamarkach naszej pamięci wspomnienie kochanych babci i dziadka, lub rodziców, opowiadających nam o dobrym biskupie z Liry, który  anonimowo  zaradzał ludziom w potrzebie,  biednym podrzucał dyskretnie żywność lub pieniądze, a nawet trzy złote kule trzem ubogim siostrom, by mogły wyjść za mąż.

 

A może wystawialiśmy wieczorem buty dla jego prezentów, lub on sam przepięknie ubrany w biskupie szaty i z pastorałem  ręku przychodził  do przedszkola lub domu z workiem darów i pytał: „Czy te dzieci były grzeczne?”

 

Mikołaj – człowiek rozumiejący, że u Boga liczy się tylko serce, bo Bóg jest Miłością. Chrześcijanin z czynu, a nie z nazwy tylko. Umiał po chrześcijańsku wykorzystać majątek odziedziczony po rodzicach. Był panem siebie. Nie poddał się niewoli bogactwa.

 

Może dlatego jesteśmy nieczuli na potrzeby innych, że jesteśmy zbyt bogaci?

 

Wszystko mamy: mieszkania, wille, auta, perfekcyjne telefony, radia i telewizory, egzotyczne podróże, wczasy z al inclusive, wypasione konta…

 

Niestety, tak już jest, że im więcej człowiek ma, tym więcej pragnie mieć. Opanowuje go żądza posiadania. A stając się niewolnikiem dóbr materialnych  widzi już tylko siebie. Bo to jest tak jak z lustrem. „Kiedy szyba jest czysta, to widać przez nią innych ludzi. Ale kiedy człowiek powlecze ją z jednej strony srebrem, widzi już tylko siebie” (Julian Stryjkowski).

 

Mamy hojnie szafować posiadanymi dobrami, bo nie jesteśmy ich władcami absolutnymi. Zostały nam dane, by nimi mądrze i roztropnie włodarzyć. I kiedyś trzeba będzie zdać sprawę z tego włodarstwa, w myśl  Jezusowego opisu sądu ostatecznego: "Wszystko, co uczyniliście  jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

To właśnie dlatego starochrześcijańska księga Didache wzywa:
Masz mieć rękę otwartą do dawania, a zamkniętą do brania. A jeśli bierzesz, musisz się zastanowić, czy masz prawo do brania”.

 

To oczywiste: dobro trzeba czynić dobrze. Wiedzieć, komu się daje, żeby dar nie został nadużyty. Często wyciągają ręce po datki naciągacze i oszuści, lub realni biedacy, ale wyzyskiwani przez mafijne bandy. Tym procederem krzywdzą oni prawdziwie potrzebujących, którym w trudnej sytuacji  może nawet kiedyś odmówić  wsparcia ktoś z tych, którzy zostali „nabrani”, bo nie wie, z kim naprawdę ma do czynienia. Nieraz tych, którzy nieuczciwie wyłudzają datki, widzimy później  w stanie nietrzeźwym.

 

Słusznie więc Didache napomina: 
Niech jałmużna, którą masz dać, spoci się najpierw w twojej dłoni, by wiedzieć, komu ją dać”. 

 

Sympatyczna postać św. Mikołaja wzywa nas do otwartości serca. Idzie o to, by nie tylko „mieć gest”  w  „Mikołajki” lub w wigilijny wieczór w darach „pod choinkę”. Trzeba być dobrym  dla wszystkich, zawsze, wszędzie.

 

Jedno z piękniejszych określeń Chrystusa pochodzi od anglikańskiego biskupa Robinsona: „Chrystus to człowiek dla innych”.

 

Dla wyznawców Chrystusa nie ma innej drogi, innej formy egzystowania, jak „być dla innych”.

 

Życie codzienne oferuje nam tysiące możliwości dawania świadectwa Chrystusowi i ewangelizowania przez dobroć w różnych obszarach ludzkiej egzystencji. Nie zawsze stać nas na  wielkie czyny miłości. Dobrze byłoby zatem  ustalić jakiś program minimum. Choćby taki jak poetka Emilly Dickinson:

 

Jeżeli zaleczę choć jedno serce,
nie będę żyła na próżno.
Jeżeli choć jednej pomogę rozterce,
jednej ranie ulgą posłużę,
jeśli jednego małego ptaka
z powrotem do gniazda włożę,
nie będę żyła na próżno.

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

6.12.2016

 

Piękne wyznanie wiary Piotra Fronczewskiego
w czasie pogrzebu Gustawa Holoubka. 

 

"W czasach, kiedy człowiek zastanawia się nad boskością Chrystusa, mówi o "bogu urojonym", próbuje przypisać historii kłamstwo i blef, a o miłości mówi jak o przedmiocie ewolucji, podobnej skrzydłom u ptaków i płetwom u ryb. Zastanawiamy się, czy przypadkiem nie zostaliśmy bezmyślnie rzuceni z nicości w nicość. Chcę powiedzieć teraz, bo nie wszystkie rozmowy udało nam się dokończyć, chcę powiedzieć jako przyjaciel, chcę powiedzieć za Ciebie, bo nie wiem, czy zdążyłeś, ponieważ byłeś zajęty żmudnymi i trudnymi przygotowaniami do podróży. Mam taką wolę i chcę powiedzieć: Wierzę w Boga Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych…"- oto fragment przemówienia Piotra Fronczewskiego podczas pogrzebu Gustawa Holoubka w 2008 r.

 

Źródło: fronda.pl

Źródło: youtube

6.12.2016

 

Czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu
na górach i nie pójdzie szukać tej,

która się zabłąkała? Mt 18,12

 

Jezus powiedział do swoich uczniów:

 

«Jak wam się zdaje? Jeśli ktoś posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich, to czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się błąka? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały.

Tak też nie jest wolą ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło nawet jedno z tych małych».

 

Dziewięćdziesiąt dziewięć owiec zostawionych na górach to owce, które już są na swoim miejscu. Są na obfitych i bezpiecznych pastwiskach swojego Pana. Jezus, mówiąc dziś, że Bóg je zostawia, by szukać zbłąkanej, chce nam ukazać zaangażowanie Boga w szukanie owcy zagubionej.

 

Oczywiście Stwórca kocha je wszystkie tak samo. Gdyby któraś z tych zostawionych się zagubiła, Bóg szukałby jej jako zagubionej. Miłość jest więc ta sama. Jezus jednak ukazuje, jak bardzo Bóg pragnie powrotu owcy zaginionej.

 

Kłamstwo diabła powtarzane grzesznikowi często brzmi mniej więcej tak: „Popatrz na twoje grzechy, na twoje złamane obietnice, na całe zło i krzywdę, którą wyrządziłeś. Ty chcesz jeszcze po czymś takim zwracać się do Boga? A może jeszcze masz czelność Go o coś prosić? Myślisz, że to tak łatwo? Myślisz, że Bóg zapomni, kim jesteś i co narobiłeś?”.

 

Na te wszystkie kłamstwa trzeba odpowiedzieć jednym zdaniem: „Bóg mnie kocha”. Tak, niezmiennie Bóg poszukuje każdego grzesznika, i tego, który odszedł daleko, i tego, który często się gubi.

 

Ireneusz Krosny

 

Źródło: gosc.pl 

30.11.2016

Proszę nakliknąć aby powiększyć.

27.11.2016

 

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

 

Adwentowe refleksje:  Otwarcie się na Boga

Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

- Czy Bóg istnieje?

- Kim jest Bóg?

- Jaka jest jego definicja?

- Co to znaczy wierzyć w Boga?

- Czym jest religia?

- Dla chrześcijanina  są to oczywistości, proste pytania, na które udzieli on krótkich lub bardziej złożonych odpowiedzi, w zależności od głębi jego wiary lub stopnia wiedzy religijnej. Dla ateisty istnienie religii nie budzi wątpliwości, ale istnienie Boga jest wątpliwe, bądź nierealne. Pomiędzy ateizmem a wiarą istnieją  też jakieś stopnie pośrednie. Są wierzący, którzy powątpiewają w to, w co wierzą, lub nie wszystkie prawdy swojej religii akceptują. I są ateiści, którzy szukają fundamentu wszystkich rzeczy i sensu własnego istnienia, i tym samym nieświadomie poszukują Boga, o tym nie wiedząc. Są i tacy, którzy chcą wierzyć i nie potrafią. Właściwie to każdy człowiek jest poszukiwaczem Boga. Bo jak inaczej nazwać tę tęsknotę, która wyraża się w wołaniu filozofa F. Nietzsche, głoszącego „śmierć Boga”: „Coś we mnie płacze, coś we mnie łka, wielkości chcę bez dna, bez dna…”

 

- Jak szukać Boga, by go znaleźć?

- Gdzie zaczyna się droga prowadząca do Niego?

- O kim można powiedzieć, że czeka na Boga?

- Wydaje mi się, że są trzy podstawowe czynniki warunkujące spotkanie z Bogiem.

 

1.     Poważnie traktować rzeczywistość i jej problemy.

 

Pierwszy warunek szukania Boga to uważne patrzenie na rzeczywistość: we mnie i poza mną, bez retuszowania jej, bez upiększania jej niedorzeczności i sprzeczności, bez przymykania oczu na sprawy drastyczne, na zło. Umieć patrzeć i widzieć! Zauważać problemy – a jest ich tyle, litania bez końca. Dlaczego zło, cierpienie, choroby? Dlaczego ludzie zabijają ludzi? Dlaczego błędne ideologie, fałszowanie faktów, kłamliwa propaganda? Dlaczego domy obłąkanych, wojny, obozy koncentracyjne, miejsca internowania, zamachy terrorystyczne, prześladowanie za wiarę? Dlaczego to, co czynimy tak często jest daremne, na próżno? Jeden maluje obrazy, których nikt nie rozumie; drugi buduje domy lub mosty, które się zawalają; inny rzuca na rynek sprzęt, który  wkrótce po użyciu „wysiada”. Komuś ogień lub  woda strawiły domostwo i dorobek całego życia. Ten cierpi, bo kocha dziewczynę, która nie odwzajemnia jego miłości. Tamta została z trójką dzieci, ponieważ męża zauroczyły inne oczy i kształty ciała. Jedna wraz z mężem czeka latami w udręce na własne dziecko, druga zabija je we własnym łonie…


- Dlaczego świat i moje życie w nim są jak księga zamknięta na siedem pieczęci?

- Czy istnieje jakiś sens, taki do pojęcia, do uchwycenia rozumem, system, który wszystko wyjaśni?

- Czy jest odpowiedź, która potrafi mi przywrócić nadzieję? - Żadna ludzka logika nie potrafi mi wyjaśnić, z jakiego powodu, bez mojej woli, znalazłem się w nurcie historii i musiałem wziąć w ręce los, który jest niczym innym jak „trudem i marnością” (Ps 89,10). Wszystko, co mnie otacza, jest niedoskonałe, niestałe, tymczasowe, niezrozumiałe, zdolne zadać ból. Czy nie czuję się sprowokowany ciągać przed sąd Boga, który stworzył świat pełen niebezpieczeństw, pułapek, grozy, skargi, bólu, łez? Patrząc na taką rzeczywistość nie mam innego wyboru: mogę ją albo przeklinać jako dzieło nieobliczalnego Stwórcy, albo przyjąć jako tajemnicę.


Ale nie tylko otaczający mnie świat jest potwornie niezrozumiały. Przyjdzie przecież taki dzień, w którym moje własne „ja”, cała moja egzystencja  zawali się jak domek z kart, zamieni  w ruinę, w proch. Jak żyć ze świadomością przeraźliwej  perspektywy śmierci? C. Carretto napisał pod koniec pełnego wyrzeczeń i modlitwy życia:

 

Człowiek żyje wprawdzie na ziemi, ale szuka Nieba. Coś w nas czyni nas niespokojnymi i popycha stale do szukania. Jest to jak biegun, który szuka przeciwnego bieguna, jak otchłań, która szuka innej otchłani”.

 

Inni ludzie nie widzą jednak tego Nieba, tego przeciwnego bieguna, tej innej otchłani. Przestali szukać, zawiedzeni, zgorzkniali, w przekonaniu, że nie istnieje Absolut, że „tam” nie ma odpowiedzi, że Bóg, który miał nią być, nie istnieje…

 

2.    Być niezadowolonym z rzeczywistości.

 

Druga zasada czekania na Boga to: niczym się nie zadowalać i nie rezygnować z szukania. Nie pozwolić, by „rana tęsknoty” się zabliźniła, doprowadzając w ten sposób do iluzji, jakoby nie była otwarta, jakby nie była raną. Wyłomów nie zamurowywać jakimś kruchym materiałem, szmelcem; dziur nie zatykać szmatami. Zawodów życiowych i klęsk nie wycofywać z pola dyskusji, one mają być moimi „wychowawcami”. Nie unikać żadnego problemu. Także tych dawnych, nierozwiązanych, które domagają się odpowiedzi. Być świadomym swej nędzy, duchowego głodu, egzystencjalnego bólu. Należeć do tych, którzy nie spodziewają się zbyt wiele po ludzkiej historii, ale w oczekiwaniu „na lepsze” kierują swój wzrok ku Bogu. Być otwartym! Nie zadowalać się jakimkolwiek wyjaśniającym wszystko światopoglądem, najbardziej naukowym, ani systemem, sprawiającym  wrażenie, że jest perfekcyjny. Nie dać się uśpić rutyną. Im bardziej totalny system, tym mocniej musi być podejrzany, a im bardziej usypiające jego obietnice, tym bardziej jest niebezpieczny. Nie ma w granicach tego świata zasady, która wszystko wyjaśni, żadnego światopoglądu, który nie miałby luk, klucza, który otworzyłby wszystkie drzwi. Zawsze pozostaje niewyjaśniona RESZTA. Bo rzeczywistość tutejsza „nie jest odpowiedzią, lecz pytaniem” (R. Garaudy). Słuszność ma nie ten, kto mniema, że wie wszystko, lecz ten kto wyznaje: „Nie wiem. Sam kroczę w ciemnościach”. A. Camus każe w „Dżumie” swojemu bohaterowi ciągle powtarzać: „Nie wiem”, „Jestem w mroku”. Zamiast pewności wszystkowiedzącego „mędrca” wolę wyznanie: „Ponad wszystkie inne kwiaty podoba mi się jasno-szare przez cały rok kwitnące zwątpienie” (G. Grass).

 

Tym, co mi pozostaje, co trwa i trwać musi, jest pytanie się, ciągłe stawianie pytań. Zadowolić się rzeczywistością oznaczałoby: przestać być otwartym na Boga. Tutejsza rzeczywistość doczesna nie jest Bogiem, nie może nim być. Bóg nie jest pytaniem, lecz Tym, o którego ta rzeczywistość pyta, Którego przyzywa, woła ku Niemu całym swym bytem, bo sama jest pozbawiona światła, wolności, miłości. Bóg jest zawsze większy, jest Tym, o którego - gdy wszystkie problemy zdają się być rozwiązane - jeszcze dalej pytamy, który jest zawsze Poszukiwany (Grzegorz z Nyssy). Bóg to Nieodnaleziona Reszta ukryta poza wszystkim, Jedyny, który może uspokoić niespokojne serca.

 

3.    Być otwartym na odpowiedź, która przychodzi z zewnątrz.

 

Trzecim warunkiem autentycznego szukania Boga jest przekonanie, że odpowiedź  m u s i przyjść, że RESZTA, która jest WSZYSTKIM, musi istnieć, że jest Darem, który należy przyjąć, że istnieje Przyszłość, która jest Miłością.

 

Sens Ostateczny jest nie do pojęcia. Także nie wtedy, gdy na każde pytanie można w odpowiedzi cytować klasyków filozofii greckiej, przedstawicieli egzystencjalizmu, marksizmu, fenomenologii, czy najmodniejszych trendów filozofii współczesnej. Również nie, gdy zna się Biblię, dokumenty Soborów, mądrość Koranu lub praktykuje wschodnią medytację transcendentalną. SENS nie tylko jest nie do pojęcia, lecz przede wszystkim jest  n i e  d o  
z r o b i e n i a. Sens, Odpowiedź Przyszłości nie należy do zaciśniętych pięści, protestów, manifestacji ulicznych, dekretów Unii Europejskiej, pracy komputerów, super-technicznych robotów i laserów zainstalowanych w kosmosie. Przyszłość, która zawiera Odpowiedź, należy do tych, którzy oczyszczani doświadczeniami życia, na nią czekają…

 

czekać, to  coś więcej niż pytać. Czekać, to wyznawać, że gotowa odpowiedź tutaj nie istnieje, że musi przyjść skądinąd - „ z góry”. To żyć nadzieją, że ta odpowiedź przyjdzie, że czekanie się opłaci, że przy końcu czasów wszystko, co dobre i co złe,  -nawet dojmująca pustka, przygniatająca troska samotnych, beztreściowych dni – znajdzie swe uzasadnienie i spełnienie.

 

Czekać, to przede wszystkim być świadomym, że rzeczy i wydarzenia nie zależą ode mnie. Rezultat moich działań nie zależy tylko ode mnie. Zbawienia nie można wyprodukować. Mogę tylko jedno: czekać. W modlitwie, w miłości, w łzach, w błaganiu. To jest postawa człowieka na ziemi. I Bóg, „Bóg Niemożliwego, przyjdzie nagle…
(C. Carretto).

 

Czekać, to znaczy coś więcej niż uczynić krok – często dopiero po wielu trudach, zawodach i niespełnionych nadziejach – do wiedzy, że pustka jest nie do zapełnienia własnymi siłami; że Bóg, w którego uwierzyliśmy w młodości, sądząc, że  Go posiadamy, jakby się zagubił, jest niejako utracony, że zbawienie jest nie do zrobienia.

 

Czekać – to znaczy akceptować siebie jako takiego, który jest zawsze skazany na szukanie, i tak właśnie przyjąć swoją egzystencję. ”Żyć, to znaczy nie co innego jak czekać” (C. Carretto). A. di Bendetto, pisarz łacińsko-amerykański kończy swoją powieść pt. „I Zama czeka” słowami: „Pytam się, dlaczego żyłem? Prawdopodobnie do czekania”.

 

Ten, kto czeka, kto ciągle potrzebuje pomocy i uleczenia (Łk 9,11), kto przyznaje, że jest ślepy i nic nie wie (J 9, 12.41), kto Bogu pozostawia miejsce, kto także wtedy, gdy wszystko uczynił, co w jego mocy, jest świadom, że jest sługą nieużytecznym (Łk 17, 10), kto jak Abraham, siedzi przed swoim „namiotem” i znajduje czas na patrzenie przed siebie, wypatrywanie, na dostrzeżenie trzech wędrowców, którzy nagle stają przed nim i zaprasza ich do siebie; kto realizując swoje człowieczeństwo powtarza za Psalmistą: „Wyciągam ręce do Ciebie, jak zeschła ziemia pragnie Cię moja dusza” (Ps 142, 6) – kto ciągle jeszcze NA COŚ CZEKA, ten uczynił pierwszy krok na drodze ku Bogu!

 

A Bóg zawsze przychodzi!

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 21.08.2017 r.

w rubrykach:

"Z prasy i innych mediów"

oraz

"Z notatnika redagującego - Jerzego Sonnewenda.

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

 

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 089 6257162

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend