Bliżej Boga

Ks. Dr hab. Jerzy Grześkowiak

Na rozpoczęcie  Futbolowych Mistrzostw Europy 2024
        Futbol jako ewangeliczna przypowieść

 

Sprawnie odebrałem dokładnie podaną mi przez kolegę piłkę. Szybki drybling. Udało mi się „wykiwać” pierwszego, potem drugiego przeciwnika. Pędząc z piłką dostrzegłem, że bramkarz jest dość daleko wysunięty do przodu. To szansa. Zaryzykowałem i ile sił w nogach „huknąłem” piłkę z 30 metrów wielkim łukiem w kierunku bramki. Na nic się zdał tygrysi wyskok bramkarza. Gooool!!!! Koledzy oszaleli: „Grzesiu! Grzesiu!”- wyli z radości jak opętani. Grając w obronie strzeliłem gola najlepszemu w seminarium bramkarzowi, a nasz rocznik wygrał ten mecz z najlepszą drużyną seminaryjnych mistrzostw piłki nożnej. Schodziłem z boiska w aureoli bohatera. To był mój największy sukces piłkarski. A wszystko zaczęło się od ulicy z uszytą przez mamę „piłką-szmacianką”.
Radość zespołowej gry i smak zwycięstwa lub gorycz porażki wspominałem zawsze w duchu, ilekroć jako proboszcz Pfarrverbandu Mammendorf celebrowałem co roku mszę św. w drugi dzień Świąt Zesłania Ducha Świętego na stadionie sportowym pod w Mammendorf pod koniec młodzieżowego turnieju piłkarskiego dla Południowej Bawarii. To samo odczucie ożyło we mnie również przed 13 laty, gdy będąc latem przez dwa miesiące proboszczem w kantonie Wallis (Szwajcaria), celebrowałem dla uczestników regionalnego turnieju piłkarskiego niedzielną Eucharystię, w należącej do gminy i parafii Staldenried górskiej miejscowości turystycznej Gspon (1899 metrów n.p.m.), na najwyżej w Europie położonym boisku piłki nożnej im. Ottmara Hitzfelda („Ottmar Hitzfeld Gsponn Arena”). Ów turniej, nie pozbawiony sportowej rywalizacji i walki o zwycięstwo i puchar, miał jednak przede wszystkim charakter zabawy i świętowania. Uczestniczyło w nim przez trzy dni kilkadziesiąt małych drużyn (po 6 zawodników niezależnie od wieku i płci) reprezentujących okoliczne miasta i wioski. Rodziny i znajomi uczestników turnieju we właściwy kibicom sposób zagrzewali ich do walki i nagradzali strzelone bramki. Wzrokowo i słuchowo można było doświadczyć, jakie emocje budzi piłka nożna i jak jednoczy ona ludzi między sobą.
Dziś inauguracja piłkarskich mistrzostw Europy 2024 na stadionach Polski w Niemczech. Piłka nożna znów stanie się tematem numer 1 w telewizji, w radio, w prasie i w codziennych rozmowach, wypełni głowy i serca milionów Europejczyków. Niektórzy dziennikarze pewnie znów będą pisać o „bożku piłki nożnej”. Znaczenie tego sportu we współczesnym świecie każe mi przypuszczać, że gdyby Jezus dzisiaj żył pośród nas, to w swoim przepowiadaniu użyłby i takiej przypowieści: „Królestwo Boże jest także podobne do gry w piłkę nożną…”. Pomedytujmy zatem, jakie inspiracje dla swego życia może chrześcijanin odkryć w grze w piłkę nożną?
Mecz piłkarski rozgrywa się według ustalonych reguł, na wyznaczonym miejscu i w określonym czasie. To samo dotyczy ludzkiego życia. Ono dzieje się w określonej przestrzeni: w rodzinie, w zawodzie, w lokalnej wspólnocie, w konkretnym kraju i w określonym czasie. W „grze życia” nie ma jednak ani przedłużenia ani powtórki. Osiągnięty wynik jest wynikiem ostatecznym. Piłkarzom zależy na jak najwyższym miejscu w tabeli ligowej lub w grupie. Jezus też mówi o zdobytych ”miejscach”, o miejscach „po prawej” i „po lewej” stronie, o „mieszkaniach w domu Ojca”, o zasiadaniu przy stole”, o uczcie, przy której On sam  będzie usługiwał. Każda drużyna walczy, by nie spaść niżej w tabeli ligowej, bądź nie wypaść z turnieju. Upomina też przed niebezpieczeństwem znalezienia się w królestwie ciemności.
Nie ma drużyn bez porażki. Ogromnie ważna jest nie tylko radość ze zwycięstwa i świętowanie go, lecz także umiejętność zaakceptowania porażki, przepracowania jej i wyciągnięcia stosownych wniosków. Trzeba uczyć się, jak pokonać słabość, załamanie, zwątpienie, jak wykrzesać nowe siły do dalszej walki. W życiu jest podobnie – idzie przecież o ostateczny ogólny wynik jako rezultat i suma wszystkich porażek i zwycięstw.
Szczęśliwa jest ta drużyna , która posiada wybitne indywidualności, prawdziwe piłkarskie gwiazdy. Ale o wiele ważniejsze jest, czy stanowi ona w sobie zgrany zespół, dobrze scaloną jedność, czy gracze świetnie się rozumieją, znają swoje mocne i słabe strony, czy są gotowi grać zespołowo. Każdy człowiek też „rozgrywa swoje życie” we wspólnocie z innymi, a więc w rodzinie, w zakonie, w szkole, w lokalnej społeczności, we wspólnocie wiary, w Kościele. Każdy kto swe życie chce „grać” w pojedynkę, stoi z góry na straconej pozycji.
Mecz piłkarski rozpoczyna się na środku boiska i po każdej strzelonym golu tam też jest kontynuowany. Życie człowieka też potrzebuje „środka”. Takim „centrum” dla człowieka jest Bóg, a dla chrześcijanina Jezus Chrystus, prowadzący go do Boga-Ojca. Jezus jest tym „centrum” zawsze – w zwycięstwach i w porażkach. W zwycięstwach – by pośród radości tego świata nie utracić właściwej miary i oceny spraw i rzeczy, w klęskach – by w Chrystusie znaleźć siły do powstania z porażki, by nie ulec zniechęceniu, nie załamać się w obliczu nieszczęść, gdy los strzela w bramkę naszego życia gol za golem. Chrystus to źródło pociechy, wyciszenia, cierpliwości i nowej energii życiowej. Takim „środkiem” może być też modlitwa, sakramenty, niedzielna Eucharystia, rozmowa z przyjaciółmi, po prostu to wszystko, co stanowi bodziec do „nowego początku”.
O początku i końcu meczu decyduje sędzia. Wynik meczu jest zawsze wielką niewiadomą, można go typować, ale nie da się zaprogramować. Mecz jest pełnym niespodzianek ryzykiem. Podobnie jest z naszym życiem. Jego początek zależy nie od nas, lecz od „Wielkiego Sędziego”. On „grę mojego życia” zainicjował stwarzając mnie przy udziale rodziców. Bieg życia znaczony jest różnymi niespodziankami. Jaki będzie jego wynik, co do tego nikt nie ma ostatecznej pewności. Sędziowie piłkarscy są omylni, gdy idzie o dokładne widzenie tego, co się dzieje na boisku i o podejmowane decyzje. Sędzia naszego życia jest nieomylny. On widzi wszystko doskonale, także nasze faule i tricki, ale również naszą słabość, społeczne uwarunkowania, nasz żal, dobrą wolę i kochające serce. Od Chrystusa wiemy, że ON jest zawsze Miłością i Miłosierdziem. Życie to nie tylko mordęga, trud, znój i cierpienie, lecz także radość i szczęście, gra i zabawa, „gra razem z Jezusem”, który jako „Droga, Prawda i Życie” prowadzi nas do „miejsca wiecznej gry i zabawy”. Jeszcze go nie widzimy, ale już dostrzegamy kolorowe światła, słyszymy muzykę i śpiew.


Ks. dr hab. Jerzy Grześkowiak

Serce Jezusa w kościele w Crans Montana (Szwajcaria)

Impuls na Uroczystość Najświętszego Serca Jezusa (2024)

Mimo, iż nabożeństwo do Serca Jezusa nie jest już w życiu Kościoła tak ważne jak dawniej, to jednak jako „podziemny strumień” krzepi ono nadal życie duchowe wielu wiernych, animując zwłaszcza jego sferę afektywną i umacniając ich w służbie Bogu i bliźnim. Kult Serca Jezusa otrzymał nowy impuls od papieża Benedykta XVI w Orędziu na Światowy Dzień Młodzieży w 2011 roku.  Apelował w nim do młodzieży całego świata o zwrócenie się z ufnością do Chrystusa z prośbą, by pomógł jej „zapuścić w Nim korzenie”, „na Nim się budować” i „umacniać się w wierze” (por. Kol 2,7). Chodzi o ożywienie doświadczenia św. Jana, umiłowanego ucznia Jezusa, który wpatrując się w Jego otwarte serce na krzyżu stał się świadkiem jego bezgranicznej miłości.  „Gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział i świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy uwierzyli” (J 19, 33-35). Według Benedykta XVI z otwartego na krzyżu serca Jezusa wypłynęło boskie życie. 

„Drodzy Przyjaciele, częstokroć lękamy się Krzyża, gdyż zdaje się być on zaprzeczeniem życia. W rzeczywistości jest jednak na odwrót! Jest on Bożym „tak” dla ludzkości, najwyższym wyrazem miłości i źródłem, z którego wypływa życie wieczne. W istocie to z serca Jezusa (podkr. J. G.), przybitego do krzyża, zaczęło płynąć życie, na zawsze już dostępne dla tych, których oczy wzniesione są ku Ukrzyżowanemu”.

Tak więc na Krzyżu Jezus przemienia nasze „serca z kamienia” w „serca z ciała”, podobne do Jego Serca. Daje nam swoją miłość i uzdalnia nas, by kochać mocą Jego miłości. Ze zmartwychwstałego Serca Jezusa wypływa źródło, z którego ma pić człowiek, by zaspokoić nienasycone pragnienie kochania i bycia kochanym. Właśnie na tym polega świętość, by zanurzyć się całkowicie w to źródło miłości, tryskające z Serca Jezusa. Idzie o realizację tego, co wyrażało motto błogosławionego kard. John Henry Newmana: „Serce mówi do serca” (Cor ad cor loquitur).

Logika Boga jest logiką serca. Serce Jezusa, włócznią przebite, to wymowny znak po wszystkie czasy. Bóg ma serce dla człowieka i dla całego stworzenia, a tym sercem jest Jezus Chrystus. „Serce” Zmartwychwstałego Pana bije dla wszystkich, jest otwarte dla każdego zawsze i wszędzie – tak jak na krzyżu. Ks. Janusz St. Pasierb wyrazi to słowami:

świat pękający z lamentem

zgniatanej karoserii

niebo czarne słońca obręcz czerwona

skrzepłe powietrze

 

zasłona rozdarta

szaty podzielone

ciało rozpięte

od ostatniego krzyku

ogłuchło niebo

a serce

Swego czasu przeprowadzono interesujący eksperyment z dziećmi urodzonymi wcześniej, niż przewidywał to biologiczny kalendarz. Gdy bicie serca matki podłączano do inkubatora, stwierdzano, że oddziałuje to bardzo pozytywnie na rozwój niemowląt. Współczesne chrześcijaństwo dla odrodzenia i umocnienia potrzebuje wyraźnego głosu bicia Serca Jezusa. Jego tętno daje się słyszeć w Ewangelii oraz w Eucharystii i innych sakramentach. Zimne, słabe, błądzące, grzeszne serca ludzkie mogą ogrzać się przy tętniącym miłością i miłosierdziem Sercu Chrystusa.

Jak człowiek współczesny pojmuje bez komentarzy „mowę serca” („Prawdziwie widzi się tylko sercem” – A. Saint d‘Exupéry), tak rozumie też – bez konieczności wgłębiania się w opasłe teologiczne tomy - istotę kultu serca Boga, niezależnie od formy, w jakiej się wyraża. Najlepszą odpowiedzią na krytykę tego kultu uprawianą przez „postępowych teologów” (że jest przestarzały, nie na czasie, jednostronny, ckliwy, przesadnie uczuciowy itp.) są słowa jednego z największych teologów XX wieku Karla Rahnera:

„Moje życie jako kapłana i teologa będę mógł uznać za udane i spełnione, jeżeli potrafię choćby jednego człowieka pobudzić do tego, by w godzinie śmierci powiedział z zaufaniem: „Serce Jezusa, zmiłuj się nade mną!” (…) Dzisiaj trzeba stale na nowo podkreślać, że centrum świata i prawdy jest serce: płonące serce, serce, które było gotowe poddać się wszelkim próbom, które wycierpiało wszystkie ciosy losu, nie uciekło przed nimi w martwą znieczulicę, i nikt w swym palącym bólu już się do niego nie zbliży, bo ono zamiast umrzeć w miłości jest już martwe. Serce doskonałe to serce przebite, serce, z którego wszystko wypłynęło, serce które nie cofnęło się przed ryzykiem miłości i nie zamknęło się w sobie tylko dlatego, że jego miłość nie doczekała się odpowiedzi.”

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Panie, daj mi czujne serce, które nie da się od Ciebie odwieść żadną próżną myślą.

Daj mi serce odważne, które nie pozwoli się ściągnąć w dół przez żadne niegodne skłonności.

Daj mi serce proste, którego żaden fałszywy zamiar nie sprowadzi z prawej drogi.

Daj mi serce mocne, którego nie znieprawi ani nie złamie żadna przeciwność.

Daj mi serce wolne, które nie pozwoli się zniewolić przez żadna namiętność.

Św. Tomasz z Akwinu

Serce

 

Nie porzuca swoich racji,

niewidocznych z dalszej odległości.

 

Nęka nocą i dniem, odzywa się

w porę i nie w porę.

 

Ma odwagę i równowagę stylu.

 

Nie pozostawia nikogo w biedzie.

 

Zbija z tropu każdego, kto mierzy się

ze światem tego świata miarą.

 

Od czasu, kiedy wyszliśmy z dzieciństwa,

z miłością wiąże, wybawia z jej groźnego

ognia, chłodzi rozgrzane ciało.

 

Serce w krew nas przemienia,

abyśmy żyli, także poza sobą.

ks. Jan Sochoń

9 Sonntag im Jahreskreis B (2024)

 

„Der Sabbat ist für den Menschen da“

 

Im Zusammenleben der Menschen gelten Spielregeln. Manchmal sind sie offiziell verkündet und aufgeschrieben wie im Strafgesetzbuch des Staates oder in den Zehn Geboten der Bibel; manchmal bürgern sie sich ein und gehören allgemein zum „guten Ton“.

Mit solchen „Spieregeln“ sieht sich auch Jesus konfrontiert: mit dem strengen Sabbatgebot der frommen Juden und mit der unterschwelligen Ausgrenzung behinderter Menschen. In einer prophetischen Zeichenhandlung macht Jesus sichtbar, dass ihm andere Maßstäbe wichtiger sind. Für ihn steht im Mittelpunkt der Mensch. „Der Sabbat ist für den Menschen da, nicht der Mensch für den Sabbat“ - sagt Jesus. Ein Kraftvolles Wort!

Was ist sonst alles für den Menschen da? Die Kirche ist für den Menschen da, nicht der Mensch für die Kirche. Die Arbeit ist für den Menschen da, nicht umgekehrt. Der Staat ist für den Menschen da. In anderen Fällen wird man so eindeutig nicht scheiden können: Das Gebet ist zwar für den Menschen da, aber im gewissen Sinne wohl auch der Mensch für das Gebet, weil der Mensch für Gott ist. Die Erde ist für den Menschen da, aber sie ist nicht dazu da, dass der Mensch sie zerstöre.

Wie  ist es dann mit unserem Gottesdienst? Ist der Gottesdienst für uns da oder sind wir für den Gottesdienst da? Ich meine, auch hier müssen wir genauer zusehen und eine Unterscheidung anbringen. Wenn wir Gottesdienst als Dienst Gottes an uns Menschen, also als Gottes Werk, als Gottes Gabe betrachten, dann sind wir Menschen für den Gottesdienst, für die Eucharistiefeier. Aber der Gottesdienst als menschliche Veranstaltung ist natürlich für die Teilnehmer da: Was z. B. seine Länge betrifft, die Auswahl der Gebete, der Lieder, der Bibellesungen, die Ausstattung des Raumes…, das alles ist so vorzubereiten, dass es den Teilnehmern hilft, sich für Gott zu öffnen und in Dialog mit Ihm einzutreten.

Beim Hören des heutigen Evangeliums tut es einfach gut, wie Jesus Partei ergreift für Menschen. Es tut gut zu sehen, wie er ihnen  die Last der Krankheit abnimmt und sie in die Freiheit der gesunden Welt entlässt. Es tut gut zu erleben, wie er den gesetzestreuen Gläubigen eine Überprüfung ihrer starren Haltung zumutet. Darum schweigen sie bei seinem Tun. Er aber „sah sie der Reihe nach an, voll Zorn und Trauer über ihr verstocktes Herz…“

Genau da ist der Knoten: ob das Herz sich öffnen kann. Das ist der innerste Punkt des Sabbatfeierns. Darin besteht die grundlegende Anfrage, damals wie heute, ob der Buchstabe des Gesetzes über dem Menschen stehen darf? Nein, sagt Jesus, sonst kommt der Mensch unter die Räder. Bei Jesus gilt: Wer den Sabbat heiligt, den heilt der Sabbat! Oder wie es die Erfahrung der Israeliten ins Wort bringt: „Nicht wir halten den Sabbat, sondern der Sabbat hält uns.“ Der Sabbat ist wie der Sonntag ein Zeichen Gottes – wer ihn hält und feiert, der macht den Ruhetag zum Zeichen Gottes für die Menschen – in aller Welt.

Und nun noch die Frage: Warum Sonntag statt Sabbat? Die ersten Christen sahen in der üblichen Art von Sabbat keinen Sinn mehr; sofern sie nicht dem Judentum entstammten, ignorierten sie ihn und feierten stattdessen das Gedächtnis der Auferstehung Jesu am Sonntag. Der Sabbat, so hieß es damals, gehöre als siebter Tag noch zur alten Schöpfung; der Sonntag aber sei der erste Tag, mit ihm beginnt die „neue Schöpfung“. Von einer Arbeitsruhe war in diesem Zusammenhang zunächst nicht die Rede. Erst im Lauf später Jahrhunderte begann man allmählich, sich des vergessenes Sabbats wieder zu erinnern und versuchte etwas von der „heiligen Sabbatruhe“ auf den Sonntag zu übertragen.

Welchen Sinn hat das biblische „Sabbatgebot“?  Hat es einen Sinn auch für uns? Die Antwort ist einfach. Der Sinn des Sabbats ist es, die Freiheit der Kinder Gottes zu bewahren. Gott hat uns aus der ägyptischen Sklaverei befreit, sagt die Lesung, nie wieder dürfen Menschen sich ganz zu Sklaven machen. Gottes schöne Erde darf kein Arbeitslager werden; der Sinn des Lebens ist nicht die Arbeit, sondern das Leben. Dieses zwang-lose Leben können wir erfahren am freien Tag. Sonntag hat also keinen Zweck, er ist ein freier Tag für freie Menschen. Alles, was an ihm geschieht, sollte „freiwillig“ geschehen. Und die Befreiung von der üblichen Arbeit kann andere Befreiungen nach sich ziehen: Befreiung von Gewohnheiten, von Routine, von Denkschablonen; wir können Abstand gewinnen und unser Leben mit anderen Augen anschauen.  Es werden also am Sonntag alle Wesen in die Freiheit entlassen, und so vollendet sich das Werk der Schöpfung. An jedem Sonntag zeigt die Welt stets von neuem ihr „wahres Gesicht“: eine Gemeinschaft freier Geschöpfe, deren Leben seinen Sinn in sich trägt. Und deshalb ist dieser Tag ein „heiliger Tag“. Am Sonntag sieht die Welt so aus, wie Gott sie gemeint hat. Am Sonntag kann der Mensch von Herzen dankbar sein – Himmel und Erde finden wieder zusammen. Das geschieht vor allem durch die Feier der Eucharistie, in der das Erlösungswerk Jesu Christi in unserer Mitte gegenwärtig wird.

 

Dr. Jerzy Grzeskowiak

Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

W dzisiejszą uroczystość zwaną Bożym Ciałem oddajemy cześć Chrystusowi ukrytemu w chlebie. Wielbimy Go i dziękujemy Mu za to, że pozostał pośród nas, że jest dla nas w Eucharystii, że możemy Go spożywać i posilać się Nim w drodze do niebieskiej ojczyzny.

Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa - Boże Ciało

 

A pod owym baldachimem

najświętsza z dotykalnych i niedotykalnych

na świecie rzeczy i istot,

kruszyna obecności Bożej,

szła…

Cyprian K. Norwid

 

Święto Bożego Ciała datuje swój początek na wiek XIII. Powstało ono pod wpływem nowych nurtów pobożności eucharystycznej koncentrującej się nie na eucharystycznym posiłku, lecz na samej obecności Chrystusa. Do rozwoju kultu eucharystycznego przyczyniły się pośrednio głoszone w średniowieczu, zwłaszcza przez Berengariusza z Tours, błędy w rozumieniu rzeczywistej obecności Chrystusa w świętych znakach. Twierdził on, że przemiana chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa jest niemożliwa, ponieważ uwielbione Ciało Chrystusa znajduje się w niebie, a zatem nie może równocześnie przebywać na ziemi, w dodatku na wielu miejscach. Komunię św. ujmował jako duchowe przyjmowanie Chrystusa.

Bezpośrednim bodźcem wprowadzenia Święta Bożego Ciała były związane treściowo z Eucharystią objawienia mistyczki bł. Julianny z Lüttich (1193-1258), augustianki z klasztoru Mont Cornillon w pobliżu Liege. W 1209 roku w nocnej wizji podczas modlitwy ujrzała ona księżyc w pełni z czarną plamą. W następnych wizjach otrzymała od Boga wyjaśnienie tego obrazu: księżyc to rok kościelny, a czarna plama to brak w nim specjalnego święta ku czci Eucharystii. Dodam, że także św. Franciszek jeszcze na łożu śmierci (1226) wyraził gorące życzenie, by w kościołach czczono Eucharystię pokazywaną w drogocennym naczyniu (monstrancja).

Pod wpływem bł. Julianny biskup Robert ustanowił w 1246 roku dla diecezji Liege specjalne święto ku czci Najświętszego Sakramentu. W 1252 r. rozszerzono je na kraje niemieckie. Ponieważ do komisji teologicznej badającej objawienia bł. Julianny należał także późniejszy papież Urban IV, on to w 1264 roku bullą Transiturus de hoc mundo ustanowił Święto Bożego Ciała dla całego Kościoła w celu uczczenia tej wielkiej Tajemnicy, która w Wielki Czwartek, ze względu na specyficzny charakter Triduum Sacrum, nie może być z odpowiednim splendorem świętowana. Chodziło więc przede wszystkim o akt publicznej czci dla Chrystusa obecnego w eucharystycznej Hostii, ale wśród motywów wprowadzenia święta papież wymienił również konieczność zadośćuczynienia za głoszone błędy i za zniewagi wobec Chrystusa w Najświętszym Sakramencie.

Śmierć Urbana IV uniemożliwiła ogłoszenie bulli; jego wolę zrealizował dopiero papież Jan XXII w 1317 roku wprowadzając Święto Bożego Ciała w całym Kościele, choć nie od razu było ono wszędzie obchodzone, podobnie jak działo się to współcześnie ze Świętem Bożego Miłosierdzia wprowadzonym przez Jana Pawła II. Według powszechnie przyjętej opinii autorem tekstów mszalnych na Boże Ciało jest św. Tomasz z Akwinu. 

Pierwszą diecezją w Polsce świętującą Boże Ciało była diecezja krakowska (statuty synodalne biskupa Nankera w 1320 roku.). Na początku XV wieku Boże Ciało w większości diecezji polskich jest zaliczane do głównych świąt kościelnych.

Procesja eucharystyczna w Boże Ciało jest nieco późniejsza niż samo święto. Pierwsza miała miejsce w Kolonii w 1277 roku. W XIV wieku procesje praktykowane są w Niemczech, Anglii, Francji, Hiszpanii, Włoszech i Polsce. W krajach niemieckich procesję łączono z modlitwą błagalną o dobrą pogodę i urodzaj. Przy czterech ołtarzach śpiewano początek czterech Ewangelii i udzielano uroczystego błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. W Polsce zwyczaj ten przyjął się powszechnie w XV wieku. W okresie Reformaci błagalny charakter procesji ustąpił na drugi plan, a na czoło wysunęło się publiczne wyznanie wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa. W Polsce od czasu rozbiorów procesje Bożego Ciała nabrały także charakteru manifestacji patriotycznych.

Posoborowy kalendarz liturgiczny znosząc Święto Przenajświętszej Krwi Chrystusa (obchodzone 1 lipca, ustanowione przez Piusa IX w 1849 roku.) nadał świętu Bożego Ciała nową nazwę: Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, ujmując tym samym pełniej prawdę sakramentu Eucharystii. W czasie procesji czyta się obecnie fragmenty czterech Ewangelii związane tematycznie z Eucharystią (ustanowienie, zaproszenie na ucztę, ofiara, jedność z Chrystusem, sakrament miłości i jedności).

Już od 700 lat wychodzą chrześcijanie w Święto Ciała i krwi Chrystusa z monstrancją pokazującą Ciało Pana na ulice i place miast i wiejskie drogi, które zamieniają się niejako we wspaniałą mega-świątynię Boga. Trudno oprzeć się urokowi tych zbiorowych demonstracji wiary, miłości i nadziei. Ulice i domy przystrojone obrazami, kwiatami i świecami. Świeża, wiosenna zieleń, feeria barw kwiatów, ołtarze, świece, sztandary, feretrony, obrazy, barwne dywany, ministranci z dzwonkami, dziewczynki w bieli sypiące kwiaty, orkiestra i chóry. Nad głowami błękitne niebo upstrzone białymi obłokami, ogrzewcze słońce lub ciemne chmury i las parasoli. Bez względu na pogodę – nie ma siły, która powstrzymałaby to publiczne wyznanie wiary w Eucharystię – w Miłość Tego, który w znakach chleba i wina daje się na pokarm i jest zawsze ze swoim ludem. Ponad dachami domostw, galerii handlowych, biurowców, zakładów, fabryk i przez pola, sady i łąki – do wszystkich miejsc ludzkiego życia i trudu pracy niesie się śpiew: „Twoja cześć chwała, nasz wieczny Panie, na wieczne czasy niech nie ustanie”. Centrum tego podniosłego świętowania jest Jezus Chrystus. W złotej monstrancji błyskającej promieniami słońca mały kawałek chleba, w którym skryty jest On – Słońce wszechświata, Początek i Koniec wszystkiego, Droga i Cel ludzkiego bytowania.

Boże Ciało to święto uświęcające materię i przyrodę, święto ukierunkowujące nasze spojrzenie na godność ciała i na tajemnice materii. Chrystus obecny w przemienionym chlebie niesiony jest w świat, dla którego On jest właściwym fundamentem i celem.

Przez wszystko, co istnieje, prześwieca Chrystus. Chleb jest nie tylko owocem ludzkiej pracy, lecz również owocem stworzenia – owocem ziemi, słońca, wody, powietrza. Gdy chleb przemienia się w ciało Chrystusa i gdy w nim sam Chrystus nam się ukazuje, to dla nas znak: Chrystus jest we wszystkim obecny. I wszystko istnieje przez Niego. Przemieniony chleb to jak zwierciadło, w którym patrzymy na świat nowymi oczami. Wszędzie, dokąd niesiemy Chrystusa w monstrancji, wyznajemy: Tu jest obecny Chrystus! - Na ulicach wiosek i miast, w domach, w rodzinach, w fabrykach i biurach, w kwiatach i w drzewach. Pierre Teilhard de Chardin, francuski jezuita i badacz natury, opisuje, swoją modlitwę na klęczkach przed monstrancją w jakimś wiejskim kościele. Nagle miał wrażenie, jakby biała Hostia rozszerzyła się obejmując cały świat i przenikając wszystko miłością Chrystusa. Pisze o „amoryzacjj”, o przeniknięciu świata miłością Jezusa. Przemieniony chleb jest obrazem i obecnością miłości Jezusa, z którą oddał się za nas na krzyżu. Tę miłość Jezusa, która osiągnęła  apogeum w ofierze krzyża, niesiemy w świat wyznając, że ona przenika także całe stworzenie i każdego człowieka, także tego, który na pozór jest owładnięty nienawiścią. Niesiemy monstrancję z Jezusem w świat, bo ostatecznie każdy człowiek   jest monstrancją, ponieważ każdy nosi w sobie Chrystusa. Procesja chce zatem przemienić nasze spojrzenie na człowieka, zaprasza, by w każdym widzieć Chrystusa. Taka przemiana oczu jest nadzieją dla świata: widzieć innych nie oczami uprzedzonymi i osądzającymi, lecz nauczyć się patrzeć oczami wiary i dostrzec w każdym człowieku dobro, a przynajmniej tęsknotę za Dobrem, tęsknotę  odkrycia w sobie czystego obrazu Chrystusa.

Monstrancję z Jezusem niesiemy także w świat naszej codzienności, by również  świat ujrzeć innymi oczami. Boże Ciało to święto dobrego patrzenia, nie przyglądania się, lecz prawdziwego widzenia, które wnika głęboko w tajemnice rzeczy, świata i człowieka.

Procesje bywają różne: wielotysięczne na centralnych placach wielkich miast, triumfalne i okazałe w przepychu oraz skromne, kroczące bocznymi ulicami i wiejskim brukiem. I nieodparcie przypomina się przypowieść Jezusa o gospodarzu, który przygotował ucztę, a ponieważ wielu zaproszonych się nie zjawiło wykrętnie tłumacząc się na wszelkie możliwe sposoby, rozkazał swoim sługom zbierać po zaułkach i opłotkach biedaków, głodnych, włóczęgów, chorych, znękanych. To przecież On sam, Gospodarz całego świata – ukryty w krążku chleba – kroczy w to święto po tej ziemi, tak pełnej cierpienia, bólu, zła, krzywdy, łez, niesprawiedliwości, zbrodni, zabijanego życia w łonie mamy, bezsensu i lęków i szuka troskliwie nas – włóczęgów tej ziemi, stale głodnych, szukających, zżeranych tęsknotą za szczęściem, wielkością i wiecznością, porażonych duchowo, ślepych na prawdziwe wartości, zasklepionych w egoizmie i chciwości, odartych z nadziei, zranionych samotnością i brakiem miłości, kulejących na drodze, która dla wielu jest drogą bez celu, drogą do nikąd. Po to są więc te procesje, by każdy mógł chwycić się rozpaczliwie tej ostatniej nadziei z wiary wyrosłej i znaleźć ratunek w Bogu – Miłości i Życiu: „W tej Hostii jest Bóg Żywy, choć zakryty, lecz prawdziwy”.

Procesje są także wyrazem przekonania ludu chrześcijańskiego, że Eucharystia ma znaczenie egzystencjalne i kosmiczne, że łaska, czyli Miłość Boga w niej ukryta, zmierza do uświęcenia i zbawienia nie tylko „ludzkiej duszy”, ale całego człowieka, jego całego życia we wszystkich wymiarach i wszystkich rzeczywistości, w które ono się wciela, czyli pracy, materii, przyrody, świata, kosmosu.

Splendor procesji Bożego Ciała nie powinien nigdy przesłaniać, wręcz przeciwnie, powinien uwypuklać istotny wymiar i zobowiązanie tego zbiorowego świętowania: najpiękniejszą i najgodniejszą monstrancją dla Chrystusa jest zawsze sam c z ł o w i e k!  A najbardziej autentyczna procesja to „osobista procesja” – duchowy rozwój i ustawiczny postęp w miłowaniu Boga i człowieka w życiu codziennym – podtrzymywanym i karmionym Ciałem i Krwią Jezusa Chrystusa! 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Na dzień Bożego Ciała

 

Pod baldachimem z gorącej mgły i złota

(Na wysokich drążkach niosą go anieli)

Słoneczna monstrancja rzęsiście migota,

Złociście się weseli.

 

 

Płatki, kwiatki, bławatki lecą u dróżek,

Dzwonią świerszcze dzwonkami dźwięcznej kapeli,

Monstrancja świetlista, promienista w górze

Złociście się weseli.

 

A w dole chwieją się, chwieją aż do ziemi

Kłosy zbożne, pobożne, kornie, nieśmiało,

W chrzęście nie słyszą, jak w nich cicho, tajemnie

Rośnie chleb – Boże Ciało.

Tadeusz Makowiecki

Uroczystość Najświętszej Trójcy - Bóg niepojęty a bliski

Oko w trójkącie, jasne oko,

Widzialne niewidzeniem,

Jakże dosięgnąć twą wysokość

Śpiewaniem i modleniem?

                 Wojciech Bąk

W niedzielę po święcie Zesłania Ducha Świętego – ostatnim akordzie świętowania Zmartwychwstania Pana - Kościół Katolicki obchodzi święto Trójcy Świętej. Wchodzi niejako do samego źródła zbawienia, które celebruje przez cały rok kościelny, a jest nim „Jeden Bóg w Trzech Osobach”. Bóg Ojciec jest źródłem i początkiem wszelkiego życia; Syn Boży przyprowadził z powrotem do Ojca upadłą ludzkość; Duch Święty prowadzi Kościół po drogach doczesności, aż Chrystus przyjdzie powtórnie i przekaże Ojcu swoje Królestwo. Niedziela Trójcy Świętej ukazuje i przybliża drogocenną Tajemnicę – prawdę wiary i samą jej rzeczywistość - której możemy bezpiecznie powierzyć wstrząsaną i chyboczącą się na falach historii łódź Kościoła i łódź życia osobistego. Jesteśmy bowiem córkami i synami Boga-Ojca, braćmi i siostrami Syna Bożego i partnerami Ducha Świętego.

 

Nowy Testament nie zna pojęcia „Trójca Święta”. Niewiele w nim miejsc, w których Ojciec, Syn i Duch Święty są wymieniani – że tak powiem – na jednym oddechu. Istotne jednak jest to, że cały Nowy Testament jest przeniknięty żywą i ożywiającą rzeczywistością „troistego Boga”. On jest obecny w Jezusie Chrystusie, który mówi często o Ojcu, od którego pochodzi, i o Duchu, którego pośle. Nowy Testament nie zna spetryfikowanych formuł ani dogmatów.

Jeżeli jesteśmy szczerzy wobec samych siebie, to każdy przyzna, że nie są mu obce trudności z prawdą wiary o Trójcy Świętej. Jak bowiem pogodzić, że „jeden to trzy”. Chrześcijaństwo to religia monoteistyczna, czyli głosząca wiarę w jednego Boga. A tu nagle mówi się o Trzech Boskich Osobach. Jedna Boża istota, ale trzy osoby. Co to jest „istota”? Co należy rozumieć pod pojęciem „osoba”? To zbyt skomplikowane na nasze głowy.

Troistość w Jedynym Bogu jest niezgłębioną tajemnicą i dlatego chętnie przywołujemy na pomoc obrazy i porównania. Na katechezie demonstrowałem dzieciom trzy płonące świece, trzymając przy tym ich płomienie tak blisko siebie, że tworzyły tylko jeden płomień, aczkolwiek pochodził on od trzech świec. Odwoływałem się także do wysiłków owego osiemnastowiecznego biskupa, który w intencji nawracania chasydów podolskich tłumaczył im, że z Trójcą Świętą jest podobnie jak ze świecą, która stanowi jedność wosku, knota i płomyka. Mówiłem im także: „Pomyślcie o wodzie. W zimie „szalejemy” bawiąc się na śniegu, suniemy po nim na sankach lub nartach, jeździmy na łyżwach po lodzie – a śnieg i lód to przecież woda. Wiecie doskonale, jak ożywcza jest woda, jak bardzo potrzebujemy jej do życia i jak dobrze czyni nam kąpiel w niej. Znacie także parę, której siła napędza turbiny i gotuje nam potrawy na obiad. Te trzy różne elementy to zawsze woda, jedna i ta sama woda w jej różnych przejawach, formach i stanach”.  Symboliką wody posługiwał się także św. Augustyn pisząc: „Źródła nie można nazwać rzeką, ani rzeki źródłem: kropla pochodzi ze źródła, ale też nie jest ani źródłem ani rzeką – a we wszystkim jest ta sama woda. Zatem źródło, rzeka, kropla trzy rzeczy, ale woda jedna! (De fide et symbolo, c. 9,17). Z jego warsztatu pochodzi też analogia z duszą ludzką: pamięć, rozum i wola - to trzy właściwości jednej duszy. Inni teologowie wpadli na nowe porównania: Troje ludzi myśli o tej samej rzeczy – a zatem trzy myśli, a jedna prawda;  akord muzyczny to np. trzy tony, ale jeden akord; ametyst oglądany z trzech stron w wyniku czego widzimy trzy kolory w jednym kamieniu; elektryczność posiada potrójną moc: świeci, grzeje i porusza, trzy właściwości a jedna istota. 

To są tylko analogie, pomagające nam nieco przybliżyć się do tej wielkiej tajemnicy, jaką jest Bóg. Jako teolog wiem jednak, że takie tłumaczenia jedynie błąkają się po opłotkach problemu, że to tylko kulejące porównania usiłujące uchylić rąbka istoty życia Boga, ale niezdolne zgłębić bezdennej tajemnicy Trójcy Świętej. Nie sposób jednakże żywić o to żalu, gdyż „wyjaśnianie” tejże tajemnicy w kategoriach pojęć ludzkich jest absolutnie niemożliwe. Umysł człowieka godzi się w sposób rozumny z istnieniem rzeczywistości przekraczających pojęcia, które korzeniami tkwią ostatecznie w doświadczeniach ludzkości. Ale w końcu nic innego do dyspozycji nie mamy jak tylko nasze słowo, obrazy, porównania i przenośnie, by wyrazić to, czego w wierze doświadczyliśmy, osobiście lub jako wspólnota Kościoła, ale czego nigdy w całej głębi i rozpiętości nie pojmiemy. Przy całej złożoności i głębi tajemnicy Trójcy Świętej wystarcza nam wiara w Jej istotę, a mianowicie, że Bóg zwraca się do nas, wychodzi nam naprzeciw jako Ojciec, jako Syn i jako Duch Święty. W każdej z tych „form przejawiania się i działania” jest to zawsze jeden i jedyny Bóg, nieskończenie bogaty w swej treści i kształtach, jak o tym pisze Roman Brandstaetter:  

Wszystko minęło.

 

Dobrze, że wszystko 

płynie.

 

Bóg także płynie.

 

Jest codziennie

Ten sam

I inny.

 

Jest nieskończoną

Ilością treści

I nieskończoną

Ilością kształtów.

 

I zawsze ten sam

Na Trzech Wzgórzach Jedności.

I jeszcze coś z historii. Ponieważ „Bracia z Tegernsee”, czyli bawarscy Benedyktyni, chcieli dowiedzieć się czegoś więcej o Trójcy Świętej, słynny filozof i teolog Mikołaj z Kuzy (zwany Kuzańczykiem) posłał im w 1453 r. swój znakomity traktat o „Widzeniu Boga”. Idzie w nim o dwa różne „widzenia”. Jeżeli człowiek „wypatruje” Boga, „patrzy” na Boga, to On również „patrzy” na owego człowieka. Kiedy zatem Bóg zwraca się ku nam i z miłością patrzy na nas, wówczas te „dwa spojrzenia” Boga i człowieka spotykają się i w ten sposób „poznajemy” Boga. Człowiek nie ma być „obserwatorem” Boga z oddali, nie ma odnosić się do Niego tak, jak spogląda na rozgwieżdżone niebo ani tworzyć sobie o Nim jakichś obrazów rysowanych własną fantazją lub ukrytymi pragnieniami. W spotkaniu wiary Bóg sam objawia człowiekowi siebie, swoje „prawdziwe oblicze” odbite w Jezusie Chrystusie. Jezus objawia nam Boga. „Kto mnie widzi, widzi i Ojca” (por. J 14,8-10). On jest „obliczem Ojca”. Z tej racji papież Benedykt XIV zakazał przedstawiania Trójcy Świętej jako Boga z „potrójną twarzą”. Była to ulubiona forma przedstawiania Boga w sztuce ludowej w średniowieczu: jedna głowa, trzy twarze i czworo oczu. Ale Bóg to przecież nie jakaś forma „boga Janusa”, to nie bóstwo z trzema twarzami.

Ks. Jerzy Grześkowiak

Słowo na Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (2024)

Piękno i urok początku

Każdy poranek to nowość, życie, nadzieja, czar jakiś i tajemnica. Dzień dopiero „wstaje”, jest w zaczątku. Jego treści są jeszcze utajone, spoczywają w głębi. Nic nie jest pewne, ani oczywiste, a możliwości bez liku. Hermann Hesse pisze o uroku ukrytym w każdym początku: „W każdym początku tkwi jakiś czar, który nas strzeże i pomaga nam żyć”. W przełożeniu na język prozy znaczy to: Jeżeli później, pośród ciężarów utrudzenia nie wiesz, co dalej; jeżeli twoja dobra wola osłabła i sięga granic, a Twoje dobre zamiary spełzły na niczym lub zaowocowały odmiennym skutkiem, to pomyśl o urokach początku. Wtedy zyskasz nowe, nieprzeczuwalne siły. Skostniałe, zgorzkniałe, na pół obumarłe małżeństwa, są do uratowania i uleczenia, jeżeli oboje partnerzy ożywią w sobie pamięć początków ich zakochania i wszystkich związanych z tym romantycznym okresem fenomenów – czekania, tęsknoty, listów, pocałunków, gestów miłości. Podobnie na drodze „stawania się człowiekiem” bylibyśmy o wiele dalej i bardziej dojrzali, gdybyśmy tzw. „dziecka w nas” nie zaniedbali, nie zapomnieli, nie wypchnęli z naszego życia, nie uśmiercili.

Kościół ma też swój początek, „swój poranek”, w którym nie wiedział jeszcze nic o ambicjach i sporach, o pokusach władzy i pieniądza, o własności i pałacach, o bezduszności administracji, o honorach i tytułach, fioletach i mitrach, o księżach, kanonikach, prałatach, biskupach, kardynałach. Wtedy nie był jeszcze zbrukany rozbiciem na różne wyznania ani letniością lub zimną obojętnością swoich członków. Tą pierwszą godziną Kościoła jest Zesłanie Ducha Świętego. „Poranek Kościoła” – świeży, czysty, lśniący, pełen pierwotnej energii – jak ogień i wiatr…

Pierwszą godzinę Kościoła cechuje „bycie razem” – jedność. Wszyscy zgromadzili się w jednym miejscu i, choć tak różni, stanowili „jedno ciało i jedną duszę”: rybacy, rolnicy, rzemieślnicy, kupcy, celnicy, mężczyźni i kobiety, dzieci i starcy. Po śmierci Jezusa szukali Jego bliskości, tęsknili za Nim. Szukali też siebie nawzajem, nie dlatego, że czuli do siebie sympatię, albo że potrzebowali „ciepła” wspólnoty – jak owce bliskości stada. Stało za tym życzenie Jezusa: Wy jesteście moim Ciałem! Modlił się za nich tak żarliwie w dniu pożegnania w Wieczerniku, tuż przed śmiercią: „Ojcze, nie tylko za nimi  proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie, aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty mnie posłał” (J 17,20-21). Wszystko, co szkodzi tej  jedności jest zadawaniem ran Ciału Jezusa i deformacją Jego obecności w świecie. Stąd mandat Pana wszystkich zobowiązujący: W miłości szukać bliskości i więzi z wszystkimi, którzy słuchają Jego głosu i pełnią Jego wolę, a właściwie z wszystkimi ludźmi, ponieważ On powiedział: „Idźcie na cały świat i głoście Dobrą Nowinę wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16,15).

W pierwszej godzinie Kościoła pośrodku zebranej wspólnoty jest Maryja. Ona jest dla niej jakby świetlistym centrum. Bo wszystko zaczęło się z Nią i przez Nią, poprzez Jej czujność i wsłuchiwanie się, Jej posłuszeństwo, Jej „tak” – „Niech mi się stanie według Twego Słowa”. Maryja była pierwszym człowiekiem, w którym zamieszkał Bóg. Zanim jeszcze ktokolwiek należał do Kościoła, Ona już była Kościołem - przez jakiś czas była nim sama, jedyna. Nam wszystkim trzeba zatem iść ku temu żarzącemu się miłością centrum Kościoła – ku Maryi. Bo „Przez Maryję do Jezusa”. A konsekwencją tej orientacji na „pokorną Służebnicę Pańską” jest: istoty Kościoła i Jego posłannictwa szukać nie tylko w teologii, w książkach, instytucjach, gremiach i radach, lecz także w osobach odważnych, zafascynowanych i przenikniętych Bogiem, pokornych i cichych, w ludziach modlitwy i medytacji, w tych, którzy Bogu dają miejsce w swoim życiu, w myśleniu, w działaniu, w sumieniu. 

Pierwsza godzina Kościoła to jakby energetyczna przestrzeń Bożego Ducha, to porywające, rozgrzewające i przemieniające działanie Świętego Ducha Ojca i Syna. Pierwsi uczniowie Jezusa nie zaczynali powierzonego im dzieła z pomocą wielkich idei, z genialnymi planami. Nie, po prostu działali według poruszeń serca, od przypadku do przypadku idąc za impulsami „z góry” – za natchnieniami Ducha Bożego.  Stopniowo coraz bardziej postrzegali i rozumieli, że to Bóg kierował ich każdym krokiem. Niektórzy ponieśli śmierć męczeńską dla tej wiary, dla swoich przekonań i dokonanych dzieł. Żaden nie zdezerterował, nie szukał szczęścia gdzie indziej.  To dla nas sygnał: Nie wielkie koncepty, wizje, plany, gotowe recepty są najważniejsze, lecz przede wszystkim silna wiara i zaufanie, modlitwa i wielbienie Boga, oraz miłość do każdego człowieka.  A zatem: przyjąć jako pewnik, że ON jest pośród nas obecny. I słuchać, słuchać, słuchać! A potem czynić to, co i jak czyniłby Jezus!

 I co najważniejsze – jak we wszystkim - to „rozpocząć”. To nie takie łatwe - zacząć raz jeszcze, jeżeli zaczynało się już tysiące razy. Ale jako chrześcijanie możemy wiersz H. Hesse nieco zmodyfikować: „… i w każdym początku ukryty jest Duch Święty, który nas strzeże i pomaga żyć.”  Zacząć – naprawdę zacząć! Tu nie jest potrzebna siła  czarów i magii. Każdego dnia otrzymujemy nową szansę, nowy etap i nową moc. To dzieło Świętego Ducha Bożego!

Co roku w Zielone Świątki odżywają we mnie głębią swoją nie do przewyższenia przepiękne słowa aleksandryjskiego biskupa z IV wieku (przypisywane także patriarsze Athenagorasowi) o znaczeniu Ducha Świętego  dla wspólnoty Kościoła:

Bez Ducha Świętego Bóg jest bardzo odległy,

Chrystus przeszłością, 

Ewangelia martwą literą, 

Kościół tylko towarzystwem lub klubem, 

władza i autorytety formą panowania, 

misja propagandą,  

liturgia zaklinaniem duchów, 

a życie chrześcijańskie moralnością  niewolników! 

 

Ks. Jerzy Grześkowiak 

 

HYMN

VENI CREATOR

NARODU ŚPIEW

DUCHA ŚWIETEGO

WEZWANIE

 

CZYLI

W  SEJMOWYM KOLE

W ŚWIĄTYNI ŚWIĘTYCH

W KATEDRZE

W GROMADZIE GMINY

W ZBORZE PRACUJĄCYCH

W HUFIE ŻOŁNIERZY

W POLU NA ROLI

W DOMIE

W ZAGRODZIE RĘKODZIELNIKA

WE DWORZE W PAŁACU W ZAMKU

W CHAT OKOLU

JAK RZEK STRUMIENIE

OD PONIKÓW GÓR

PO WÓD ROZTOCZE

WE WICHRZE

W PROMIENIU W GROMIE

W ORCE

PRZY ZIAREN SIEJBIE

JAK MOWA SIĘGA

 

ORĘDZIE

 

Zstąp, Gołębico, Twórczy Duch,

byś myśli godne wzbudził w nas,

ku Tobie wznosim wzrok i słuch,

spolnie żyjący, wzrośli wraz.

Który się zwiesz, Biesiada dusz,

Wszechmogącego Boży dar,

płomieniem duszom piętno włóż,

przez czułość serc, zdrój żywy, żar,

zbrój nas we siedem darów łask,

Prawicą Ojca ojce wskrzesz,

w Obrzędzie roztocz wieszczy blask,

we Słońce dusze w lot Twój bierz.

Zestąp, Światłości, w zmysłów mrok,

dobądź serc naszych zapał z łon,

by człowiek przemógł cielska trok

i mocen wzniósł się w męski ton.

Odwołaj wroga z naszych dróg,

w pokoju pokój zbawczy nam,

powiedziesz nas Wieszczący Bóg,

przejdziemy cało złość i kłam.

Zwól przez Cię w Tobie Ojca znać,

zwól, by był przez Cię poznan Syn,

zwól w Tobie światłość światu dać,

zwól z Wiarą wieków podjąć CZYN.

 

Stanisław Wyspiański

Ogień Ducha Bożego

        

        A ja pozostaję niewidzialny i nieosiągalny wśród was.

        Wybaczcie, ach wybaczcie waszemu Bogu,

        Że nie umiał zapewnić wam szczęścia na ziemi.

        O drobne cząsteczki mnie samego – drgające iskry.

        Przynoszę wam żar paleniska, 

        abyście mieli skąd zaczerpnąć ognia.

                            Jules Supervielle

 

Wydarzenie zstąpienia Ducha Świętego na pierwszą wspólnotę wyznawców Chrystusa i jego duchowe skutki opisuje św. Łukasz z pomocą trzech znaków: wichru, ognia i mówienia różnymi językami. Za przedmiot naszej medytacji weźmy symbol ognia: „Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden” (Dz 2,3).

Ogień – to wielka siła, potężny i groźny żywioł, który od zarania dziejów wzbudzał strach, bo nieokiełznany doprowadzał do zniszczeń. Stanowi dobrodziejstwo dla człowieka, ale też potworne niebezpieczeństwo. Budzi fascynację widowiskowym tańcem płomieni, ciepłem i światłem, którego możemy doświadczyć, przebywając w jego pobliżu. Ognia nie da się dotknąć, to on stawia granice, których nie wolno przekroczyć, by się nie poparzyć. Ale trzymając się jego warunków, można  się ogrzać, trwać w światłości i zaznać poczucia bezpieczeństwa.

Ogień potrafi stopić najtwardsze przedmioty i metale. Jego zastosowanie umożliwia tworzenie nowych przedmiotów i silnych konstrukcji. Ale jest również siłą niszczycielską - w żarze ognia płoną lasy i domy. Dawniej ogień pochłaniał całe wioski, osiedla i miasta. Ale i dziś mimo rozwiniętej techniki gaśniczej człowiek jest bezradny wobec pożarów tysięcy hektarów lasów w  różnych regonach świata, w których giną ludzie i zwierzęta.

W wielu kulturach i religiach ogień uchodzi za coś świętego. Woda wypływa z ziemi, a ogień pochodzi z nieba (błyskawice w czasie burzy podpalające domy i lasy). Ogień to coś „boskiego”, stąd od pradawnych czasów istniały bóstwa ognia i kult ognia. Zapowiedź kojarzenie Ducha Świętego z ogniem możemy upatrywać już w Starym Testamencie, gdy Bóg pojawiał się jako płonący krzew (Mojżesz) lub jako słup ognia prowadzący Izraelitów przez pustynię. 

Ogień potrafi oczyszczać i odnawiać. Czyści i uszlachetnia, co niedoskonałe. Złoto wytapia się w ogniu, który z wydobytych z ziemi grudek spala wszystkie nieszlachetne i zbędne elementy.  Ta symbolika mówi nam, że Duch Święty chce również w nas wypalić wszystko, co stoi na przeszkodzie w rozwoju pełni życia godnego człowieka i zamierzonego przez Boga. Jest w nas wiele „nieczystości” i „złych elementów” – skłonność do złego, namiętności, niezadowolenie, stany podenerwowania i gniewu, zgorzknienie, szybkie obrażanie się, zazdrość, mściwość. Na decyzje, które podejmujemy i na postępowanie wywierają znaczny wpływ nasze nieopanowane pożądliwości, kompleksy, poczucie niższości wobec innych, złe emocje, nienawiść.  Te wszystkie „nieczyste duchy” utrudniają rozwój życia duchowego.

Konieczna jest zatem tęsknota za ogniem Ducha, by spalił w nas wszystko, co złe i mroczne, wyprostował co skrzywione, ugiął, co harde, zmiękczył, co twarde, byśmy decyzje podejmowali jasnym umysłem i oczyszczonym sercem. Ogień Ducha przygotowuje niejako nowe narodziny na wyższym poziome. Gdy wypali się to, co stare i zużyte, może powstać w nas nowe życie. Ogień jest bowiem znakiem żywotności i życia. Mówimy czasem o kimś, że ma „ogniste oczy”. Z takich oczu bije jakieś światło, niejako wydobywa się z nich iskra i przeskakuje na drugich.  One promienieją radością życia, życzliwością, czujnością… Trudno oprzeć się ich urokowi i pociągającej sile. I odwrotnie -  od niektórych oczu lub twarzy biją jakieś negatywne fale, promienie zła, zły i niszczycielski ogień, przed którymi się wzdrygamy, uciekamy, bo czujemy, że w tym człowieku jest coś nieokreślonego i nieobliczalnego, wprost złego.  

Błagając o ogień Ducha Bożego, prosimy o ogień budzący życie, który na nowo roznieci w nas dogasający żar ukryty pod szarą warstwą popiołu. Dziś tak wielu ludzi czuje wewnątrz pustkę, czują się wypaleni. Grasuje po świecie syndrom Bourn-aut, szczególnie pośród tych, którzy ofiarnie poświęcają się służbie dla drugich. Tylko kto się pali, może się wypalić. Prawdopodobnie wielu z nich zaniedbało troskę o „ogień wewnętrzny”. Może jest tak, że drzwi ich „paleniska i pieca” są stale „otwarte” i właśnie z tej racji ogień wygasł i pozostał już tylko popiół. Efektem jest wewnętrzne wypalenie, letniość lub oziębłość, zawód, rezygnacja, bezsilność. Nic żywotnego, energetycznego i pozytywnego nie może już z nich promieniować.

Zesłanie Ducha Świętego to orędzie, że w głębi naszych serc leży nie sam popiół, lecz żar, który jest w stanie na nowo rozpalić nasze duchowe wnętrze.  Czerwony kolor szat liturgicznych tego święta wskazuje na ten wewnętrzny żar ukryty pod warstwą spopielonego pyłu. Celebrujemy to święto, by ów żar na nowo wybuchnął w nas gorącym i jasnym płomieniem, przy którym będą mogli ogrzać się inni ludzie, przez co i oni odkryją w sobie Boży ogień prawdziwego życia. W tym kontekście przypomnę słowa papieża Franciszka o specyficznym darze Ducha Świętego, jakim jest uprzejmość, czułość, serdeczność, dobroć.

Św. Paweł wspomniał o pewnym owocu Ducha Świętego posługując się słowem chrestotes (Ga 5,22), wyrażającym stan ducha, który nie jest przykry, szorstki, twardy, ale delikatny, wspierający, niosący pocieszenie. Osoba, która posiada tę cechę, pomaga innym uczynić ich egzystencję bardziej znośną, zwłaszcza gdy dźwigają oni ciężar swoich problemów, pilnych potrzeb i niepokojów. Jest to sposób traktowania innych, który przejawia się w różnych formach: jako uprzejmość w traktowaniu, jako troska o to, by nie zranić słowami lub gestami, jako staranie, aby ulżyć ciężarom innych. Wiąże się to z wypowiadaniem słów otuchy, które koją, umacniają, dają pociechę, które pobudzają, a nie słów, które poniżają, zasmucają, drażnią, gardzą” (Encyklika Fratelli tutti nr 223).

Ogień ma jeszcze jeden wymiar -  pociąga, zaprasza do siebie, skupia ludzi. Któż nie wspomina ognisk harcerskich, wieczorów przy ognisku na kajakowych spływach czy górskich obozach, albo rodzinnych lub przyjacielskich spotkań przy grillowaniu. Usiąść wokół ogniska, śpiewać piosenki, wsłuchiwać się w dźwięki gitary, wpatrywać w buzujący ogień – to coś niezmiernie tajemniczego i fascynującego. Ogień jednoczy i tworzy wspólnotę.

W to święto prosimy zatem Ducha, by Jego ogień dotknął nie tylko poszczególnych chrześcijan, lecz by stał się centrum, wokół którego chętnie będą się gromadzić ludzie. W ten sposób Kościół Jezusa Chrystusa jako środowisko żaru, ciepła i światła Ducha stanie się miejscem skupiającym ludzi wokół Jego ognia, by śpiewać pieśni pełne radości i tęsknoty za Niewidzialnym i Niepojętym, hymny uwielbienia i chwały ku czci prawdziwego Boga będącego Miłością i Życiem.

Pewnemu kaznodziei postawiono pytanie, dlaczego tak często w kazaniach mówi o Duchu świętym, o tym, że stale  na nowo musimy być przez  Niego wypełnieni? Odpowiedział krótko: „Ponieważ mam przeciek”. To prawda, wszyscy mamy „przeciek” w łodzi naszego życia spowodowany „małą wiarą”. Jak często zapominamy o Bogu, któremu „wicher i morze” są posłuszne (Mk4,61). Jak rzadko myślimy o niezniszczalnej pieczęci Ducha Świętego, wyciśniętej na nas przez chrzest i bierzmowanie, przez którą należymy do Chrystusa, jesteśmy Jego własnością, a On zapewnia nam stałą opiekę. Duch Święty utwierdza nas w pewności bycia dziećmi  Boga, który jest dla wszystkich najlepszym Ojcem. Duch jako uosobiona miłość między Ojcem i Synem jest źródłem  międzyludzkiej miłości i solidarności. On uczy nas języka nieegoistycznej miłości, która stawia na głowie znaną nam gramatykę. Dla człowieka wypełnionego Duchem nie liczy się już następstwo „ja – ty – on, ona ,ono”, lecz gramatyka Ducha Świętego: „Bóg – ty – ja”. Absolutny priorytet ma zaufanie Bogu, który wszystko ogarnia i przenika. Na drugim miejscu stoi „ty” moich sióstr i braci. I przez te relacje każdy z nas znajduje swoje własne „ja”, bo odkrywamy radość oddania się w  służbie bliźnim. 

Szymon Bojdo  wieloaspektowe i piękne  rozważanie o ogniu Ducha  Świętego kończy następująco:

Nie mogę na koniec nie wspomnieć o jeszcze jednym toposie kultury związanym z ogniem – o mitycznej historii Prometeusza. Ten podstępem skradł z Olimpu ogień dla ludzi, prowadząc ich do samych nieszczęść. Gniew bogów odbił się wkrótce na ich i tak niedoskonałych ciałach i duszach – podstępem poprzez Pandorę przekazali oni ludziom puszkę ze wszystkimi nieszczęściami, które przez ciekawość wpuścili pośród siebie. Jakże to zupełnie odwrotna sytuacja do tego, co robi Duch Święty, który – powołując się na Sekwencję – spuszcza, zsyła wzięty z niebios strumień swojego światła. A wraz z nim liczne dary, to, co buduje człowieka.

Jakie są moje doświadczenia z ogniem? 

Jakie przeżycia, odczucia, emocje łączę z nim? 

Zaufaj, że w Tobie pali się ogień Ducha Świętego, ogień miłości, żywotności, fantazji, mocy, braterstwa, jedności, wspólnoty, odpowiedzialności za siebie, za ludzkość, za Kościół i za świat

Strzeż tego ognia w sobie, by nie zagasł! Dbaj, by palił się w Tobie, wszystko oczyszczał i odnawiał, innych ogrzewał. Wtedy Twoje i ich oczy będą promieniować pełnią życia i nieodpartym żarem miłości z Ducha Bożego! 

 

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Veni Sancte Spiritus

 

Nie – iżbym niemoc krył, czuł w sercu lęk,

Gdy chcę, byś na mnie, gołąb -  spadł.

Lecz byś wypełnił sobą kształt,

Gdy tu udziałem moim dźwięk.

 

Jeżeli wzywam spłyń! – to nie, bym zgłuchł

I niemy czekał na słów dar,

Ale byh-m twoich dopadł miar,

Których nam skąpisz tutaj – Duch!

 

Ptak Święty, zatocz krąg i lot swój zniż,

Ufającemu tu – ślij znak!

Bo niech mi tylko łask twych brak,

Już pusty stoję – ludzki krzyż.

 

W trzepocie piór, ach, stań i radę nieś,

Żeś fruwający głos – więc mów!

Trzeba, niech grozy doznam słów,

Gdy tu udziałem moim pieśń!

 

Któryś jest sam wysoki ton i kształt

I z Ojcem, z Synem dzielisz rząd –

Nie daj, bym precz szedł darmo stąd,

Bo chcę, byś na mnie, gołąb – spadł.

                Jerzy Liebert

Christi Himmelfahrt (2024)

Man kann darüber streiten ob der sogenannte „Vatertag“ eine sinnvolle Erfindung ist oder nicht. Ich persönlich halte die Einführung dieses Titels zwar für einen Unsinn, aber – wie gesagt – das kann jeder halten wie er will. Ich verkrafte auch noch die Einführung von „Brudertagen“, „Schwestertagen“, „Schwiegermuttertagen“, „Onkeltagen“, vielleicht auch „Pfarrertagen“. Was ich aber für blanken Unsinn halte, ist die Tatsache, dass ein christliches Fest umfunktioniert wird.

So lange wir unsere christlichen Feste noch feiern, bzw. noch feiern dürfen (das sage ich, weil der Hass gegen die Christen immer stärker wird), so lange sollten wir dazu stehen, dass solche Tage aus der Tradition unseres Christseins herausgewachsen sind und eine Glaubenserfahrung widerspiegeln. Das Fest der Himmelfahrt des Herrn ist eine Ausformung des Ostergeheimnisses. Wir feiern Jesus als den von Toten Auferstandenen, der nur Herr sein soll über Wellt und Menschen.

Bei Heinrich Heine findet sich der Spruch: „Den Himmel überlassen wir den Engeln und den Spatzen“. Was soll das heißen? Ist das ein Wort gegen christlichen Glauben, ein Wort des Atheisten? Der Satz scheint jedoch auch heute nicht überholt. So glauben laut Umfragen hierzulande zwar über 60% der Menschen an Gott, aber sogar von ihnen bezweifeln viele, d.h. über 60 %, dass es für sie ein Leben nach dem Tod gibt (nur 38% glauben daran). Werden die durch das Fest der Himmelfahrt Christi mit der Frage nach dem Himmel konfrontiert, so antworten sie wohl  auch: „Himmel?“ Das ist etwas für Engel und Spatzen, aber nicht für uns!“ Ist es nicht in der Tat so, dass wir mit dieser Erde genug zu tun haben?

Das scheint sogar im  Bericht von der Himmelfahrt Christi angedeutet, den wir in der Apostelgeschichte heute gelesen haben. Dort wird geschildert, eine Wolke habe den auferstandenen Jesus den Blicken seiner Jünger entzogen. „Während sie unverwandt ihm nach zum Himmel emporschauten, standen plötzlich zwei Männer in weißen Gewändern bei ihnen und sagten: Ihr Männer von Galiläa, was steht ihr da und schaut ihr zum Himmel empor? Dieser Jesus, der von euch ging und in den Himmel aufgenommen wurde, wird ebenso wiederkommen.“

Die Frage „Was steht ihr da und schaut zum Himmel?“ verweist die Jünger doch zurück auf die Erde. Wer nur gen Himmel schaut, der lebt nämlich nicht richtig. Vielleicht erwartet hier jemand Einspruch von kirchlicher Seite, etwa mit der Mahnung: „Das genügt keineswegs. Ihr müsst doch über die Erde hinaus auch zum Himmel schauen!“

„Die Erde genügt nicht! – dem stimme ich zu. Aber wenn man mich aufforderte, „von der Erde weg zum Himmel zu schauen“, wüsste ich nicht, wohin ich blicken sollte. Wer nach oben schaut, der blickt zum Firmament, aber nicht zum Himmel, von dem  das Evangelium spricht. Das sollte bekannt sein, dass wir uns den Himmel nicht hoch oben über uns vorstellen dürfen, auch nicht noch weiter weg droben, etwa außerhalb des Weltraums. Wo ist er aber dann? Die verblüffende Antwort heißt: Nirgends, nämlich nicht irgendwo. Das verblüfft uns, weil wir meinen, alles, was ist, müsse irgendwo sein, an irgendeiner  Stelle im Raum. Aber das gilt nur von der Körperwelt. Auf die ist unsere Vorstellungskraft freilich allein zugeschnitten, ihr ist deshalb nur zugänglich, was sie sich räumlich und zeitlich vergegenwärtigen kann. Daher fasst sie auch nicht, dass Gott keine Stelle im Raum einnimmt, dass er in diesem Sinn nicht „irgendwo“ vorkommt, sondern über allen Raum und alle Zeit hinaus existiert. Das gilt von Gott ebenso wie vom Himmel. Denn der Himmel ist kein Ort, sondern der Zustand, ganz und gar bei Gott zu sein.

Wir allerdings leben noch in dieser Welt, auf dieser Erde, in Raum und Zeit. Gerade deshalb sollten wir uns dessen bewusst sein, dass der Himmel nicht ein anderer Raum jenseits dieser Welt ist. Auf nicht räumliche Weise ist er vielmehr ganz hier – wie überall. „Das Himmel ist mitten unter euch“, sagt Jesus. Wir müssen also nicht von der Erde weg schauen, um zum Himmel zu blicken. So hat sich Jesus in der Himmelfahrt auch nicht von der Welt entfernt, sondern ist gleichsam in die Mitte ihrer Wirklichkeit vorgedrungen, zu ihrem alles begründenden Grund, nämlich zum allgegenwärtigen Gott. Wer also zum Himmel blickt, schaut nicht von der Erde weg!

Himmelfahrt ist daher keineswegs ein Ereignis des Abschieds. Aus diesem Grund kehrt der Herr seinen Jüngern im Augenblick einer Himmelfahrt auch nicht den Rücken zu, wie es beim jedem Abschied früher oder später geschieht. Vielmehr bleibt er ihnen zugewandt und segnet sie. Karl Rahner sagt es so: „Die Trennung, die das Fest sagt, ist doch nur ein anderes Wort für die Nähe des Herrn in seinem Geist, der uns durch seinen Tod und seine Auferstehung verliehen wurde. Er also näher, als er je war, näher als damals, als er noch im Fleisch wandelte.“

Wir  müssen also seinen Geist nur eingehen lassen in das Innerste unserer Gedanken, unserer Gesinnung, unserer Seele, unserer Motivationen. Dann wird er unser enges und ängstliches Herz in die Unendlichkeit des Himmels aufsprengen.

Angelus Silesius über Himmelfahrt:

Wenn du dich über dich erhebst 

und lässt Gott walten,

so wird in deinem Geist 

die Himmelfahrt gehalten.

 

Halt an, wo läufst du hin?

Der Himmel ist in dir;

suchst du Gott anderswo,

du fehlst ihn für und für.

Aus: Cherubinischer Wandersmann.

Dr. Jerzy Grzeskowiak, Pfr. i. R.

    Święto Wniebowstąpienia Chrystusa

Zacznę anegdotą: Podobno w latach 70-tych XX wieku I Sekretarz ZSSR planował wizytę państwową w Niemczech Zachodnich. W toku przygotowań okazało się, że jego pobyt przypada w dniu wolnym od pracy, gdy obchodzone jest święto Wniebowstąpienia (Himmelfahrtstag). Pyta więc swoich doradców, co to za święto? Jeden z nich po stosownych wnikliwych badaniach oświadcza: „To dzień, w którym świętuje się niemieckie podróże kosmiczne”.

Nieważne czy ta anegdota w pełni odpowiada prawdzie. Ale podejrzewam, że gdyby dziś dowolnych przechodniów na ulicy zapytano, co to jest Wniebowstąpienie, otrzymalibyśmy przeróżne odpowiedzi, ale niewiele właściwych. Wiedza religijna jest dziś znikoma, u wielu prawie szczątkowa, co potwierdzają także quizy w polskiej telewizji. 

 W starożytności wyobrażano sobie, że ziemia to coś w rodzaju płaskiego talerza, nad którym rozpostarta jest szklana półkula nieba. Odpowiednikiem tego wyobrażenia był obraz „wstąpienia Jezusa na chmurach do nieba”. Ale takie naiwne niebo jako geograficzna strefa duchowych zaświatów zdobycze naukowe stopniowo demaskowały, czego niejako symbolem są słowa rosyjskiego astronauty Gagarina, który po pierwszym kosmicznym locie kpiąco oświadczył: „Leciałem tak wysoko i daleko i żadnego Boga nie spotkałem”. Czyż nie jest zatem czymś logicznym i w pełni konsekwentnym, że odrzuca się te dawne archaiczne obrazy i święto Wniebowstąpienia przemianowuje i przekształca na „Dzień Ojca”?

„Wniebowstąpienie – to mieszanka słońca, alkoholu i Dnia Ojca” – tak skomentował jeden z niemieckich policjantów demonstracje uliczne w jego rewirze przeciwko obcokrajowcom i azylantom.  Jakaż potwornie przykra degradacja tego chrześcijańskiego święta! Tak doniosłe w duchową treść zostało – że tak powiem - wyprzedane, bo większość społeczeństwa na chrześcijańskim Zachodzie nie ma o nim przysłowiowego „zielonego pojęcia”. Próżnię, jaka przez to powstaje, wypełnia się innymi obrzędami i tradycjami. Świat, który chrześcijańskich świąt nie akceptuje i nie rozumie, traci to, co dla egzystencji człowieka jest takie ważne i doniosłe - najważniejsze: zmysł dla Transcendencji, tęsknotę, wyczekiwanie, nadzieję, traci wiarę w Boga. Podobnie widziała współczesną „niewiarę” Anna Kamieńska:

Któż może jeszcze wierzyć w Boga

już kosmonauci przeszukali niebo 

pod każdą gwiazdę jak pod krzesło zaglądali

 

Daremnie patrzą w górę łzawe oczy ikon 

drapią się w niebo wieże i kopuły 

krzyczą dżamije synagogi 

w dwudziestym wieku wierzą w Boga tylko starcy

 

Jeden sentymentalny staruch Einstein 

niezdarnie grał na skrzypcach 

chodził boso 

i rozmawiał z Bogiem o geometrii

 

Drugi Jan w Rzymie leży cicho 

pod kopułą Piotra 

nie ma nic do powiedzenia

 

Bo cóż tu mówić

kiedy Bóg jak każda mądra miłość 

jest milczeniem

 

W rzymskich katakumbach Vigna Chiaraviglio stanowiących część kompleksu nekropolii św. Sebastiana watykańscy archeolodzy odkryli najstarszy powstały na przełomie IV i V w. obraz wniebowstąpienia Jezusa. Przed freskiem przedstawiającym uścisk apostołów Piotra i Pawła znajduje się grobowiec wykuty w tufie i zwieńczony łukiem, który w całości jest pokryty freskami przedstawiającym sceny z Nowego Testamentu. Na jednym z paneli  można dostrzec postacie na tle nieba z czerwonymi chmurami. Badania pozwoliły rozpoznać w nim scenę inspirowaną wniebowstąpieniem Chrystusa. Przedstawia ona postać z profilu, która prawą stopę stawia na ziemi, lewą opiera na niewielkim kamieniu, a prawą rękę wyciąga w kierunku chmury, z której wystaje ręka Boga. Podobne ujęcie znaleźć można w Padwie w kaplicy Scrovegni, gdzie Giotto (początek XIV w.) w podobny sposób przedstawił Chrystusa wznoszącego się ku niebu.

W czasach antycznych popularne były mity opowiadające, jak to niektórzy bohaterowie jako nagrodę za heroiczne czyny zdobyli wstęp do „nieba bogów”. Ewangeliści podejmują ten mit w obrazie „wstąpienia Jezusa do nieba”, ale nadają mu fundamentalnie nowe treści, nowy sens. Zmartwychwstały Pan, który wstępuje do nieba, to ukrzyżowany Jezus, z widocznymi jeszcze ranami na rękach, nogach i w boku, czyli właściwie nie jakiś heros, lecz „anty-bohater”. Jezusowi była zawsze obca myśl o jakimkolwiek „ubóstwianiu człowieka” z racji jego bohaterskich dokonań. Jemu chodziło przede wszystkim o to, byśmy w doczesności - tutaj i teraz -  usiłowali odkryć coś z tej Wielkości, Wieczności i Miłości Boga, która została w nas przez Niego złożona, wszczepiona, ponieważ jesteśmy stworzeni według Jego obrazu. Ten fakt jest podstawą niesłychanej godności. Nie musimy zatem czynić z siebie bohaterów, ponieważ ważniejsze jest życie ukierunkować na Tego, który wstąpił do nieba i tam nas oczekuje, bo poszedł do Domu Ojca, by „przygotować nam miejsca”.  Co nie znaczy, że tutaj jesteśmy sierotami – sami bez Mistrza i Pana. On pozostał z nami „mocą przyobiecanego Ducha Świętego”. I właśnie dlatego aniołowie pytają przygnębionych rozstaniem uczniów Jezusa: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba” (Dz 1,11). 

Co świętujemy na Wniebowstąpienie? W dalszym ciągu Wielkanoc! Wniebowstąpienie Chrystusa jest częścią wielkanocnego Misterium Paschalnego, czyli zbawczego przejścia Chrystusa ze śmierci do życia, w którym wszyscy przez wiarę i sakramenty uczestniczymy. Przez 40 dni Jezus ukazywał się uczniom i mówił o Królestwie Bożym. Te 40 dni są odpowiednikiem dla 40 dni naszego przygotowania na Wielkanoc, a teraz oznaczają one drogę Jezusa do uwielbienia, pełni chwały w Bogu. W tym czasie uczniowie muszą powoli oswajać się z nową sytuacją, wzrastać w nią stopniowo, uczyć się rozumieć, w jaki sposób Chrystus z nimi teraz i w przyszłości będzie obecny. On przyobiecuje im swoją bliskość i powtórne przyjście oraz daje im mandat, by szli w świat i przepowiadali dzieło Odkupienia. 

Liczbę 40 spotykamy w Biblii częściej: Noe przebywał 40 dni w arce, zanim ją opuścił, by wyjść na ląd. Mojżesz przebywał 40 dni na górze Synaj, by odebrać od Boga przykazania. Naród Izraelski wędrował 40 lat przez pustynię, zanim wszedł do Ziemi Obiecanej. Prorok Eliasz „krążył” 40 dni po pustyni na drodze do góry Horeb. Jezus przed rozpoczęciem swej publicznej działalności pościł na pustyni 40 dni.

Liczba 40 określa zatem przestrzeń czasu, w którym coś zostaje zakończone, zamknięte, osiąga pełnię. Te 40 dni pomiędzy Zmartwychwstaniem a Wniebowstąpieniem to dla uczniów Jezusa czas intensywnej edukacji. Oni doświadczają: Pan ukazuje się nam, jest z nami, ale ta Jego obecność nie jest taka sama jak przedtem, nie jest prostą kontynuacją wspólnoty z Nim przed Jego śmiercią i zmartwychwstaniem. I tak uczą się „tej drugiej strony Jezusa”.

Dziś w teologii stawia się pytanie: Wniebowstąpienie to doświadczenie uczniów czy ich wymysł? Bibliści powiadają: Wniebowstąpienie to nie wydarzenie historyczne związane z konkretną datą, lecz „wydarzenie teologiczne”, poza-historyczne, należące do sfery Boga i tworzące ścisłą jedność ze Zmartwychwstaniem. Kolejne pytanie: dokąd zatem Jezus „idzie” i jak to odejście rozumieć? W mowie pożegnalnej, w której Jezus całkiem jasno zapowiada swoje odejście („Dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie” – J 13,33), podaje także jego powód: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem.” (J 14,2-3) 

Jego „pójście” nie jest zatem oddaleniem się, „opuszczeniem swoich” („Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was.” – J 14,18), lecz  zabezpieczeniem trwałej obecności, która jest dla uczniów źródłem  głębokiej radości. Na pytanie, dokąd Jezus idzie, papież Benedykt XVI odpowiada krótko: „On wchodzi do wspólnoty mocy i życia żywego Boga, w przestrzeń Boga”.

 Wniebowstąpienie nie oznacza zatem żadnego  fizycznego wydarzenia, bo ono dokonało się już w chwili zmartwychwstania Chrystusa. Jest świętem duchowego rozstania, pożegnania, ostatecznego uświadomienia sobie, że obecność Jezusa po zmartwychwstaniu jest inna niż przedtem. Manuel Gesteira tak pisze o sensie wniebowstąpienia Pana:

Chyba najbardziej przybliżonym ujęciem tego, co oznacza wniebowstąpienie, są słowa Listu do Efezjan (4,10), w których się stwierdza, że Chrystus „wstąpił ponad wszystkie niebiosa, aby wszystko napełnić”. Chodzi więc we wniebowstąpieniu nie o jakieś oddalenie się Jezusa, o jakieś Jego pójście czy odejście z jednego miejsca w inne, lecz o zespolenie wszystkiego ze sobą: ze swą potężną i ożywcza obecnością, i o ogarnięcie wszystkiego poprzez włączenie go w siebie w progresywnej dynamice, która osiągnie swą pełnię poprzez ostateczne przekształcenie (lub „przemienienie”) całej rzeczywistości i jej definitywne przeobrażenie w „Ciało” Chrystusa. Nie na próżno ten sam List do Efezjan mówi w dalszym ciągu o stopniowym „budowaniu Ciała Chrystusowego”, aż dojdzie się do „miary wielkości według Pełni Chrystusa” (Ef 4,12-13.15-16)..

Ks. Jerzy Grześkowiak

Do medytacji

Kościół Chrystusowy celebruje codziennie na ołtarzach  całego świata Eucharystię, która jest uobecniającą Pamiątką życia,  nauczania, męki, śmierci i zmartwychwstania naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Eucharystia, z greckiego eucharistein, znaczy Dziękczynienie.

Dziękczynienie jest zatem podstawową cnotą chrześcijanina i jego najważniejszą forma jego modlitwy.  Wertując dawne notatki znalazłem  wypis z „Gościa Niedzielnego” przed 12 laty. Zamieszczonym tam wierszem Janiny Nożownik, który przemówił mi do serca, dzielę się dziś z Drogimi Czytelnikami.

Ks. Jerzy Grześkowiak     

Podzięka

Dzięki ci Wielki 

żeś mnie powołał do rzeczy małych 

nie dając ambicji ponad miarę 

że nie zapomniałam 

dzieciństwa 

że tańczę z wiatrem 

płaczę razem z wierzbą 

i klękam przed stokrotką.

 

Dzięki ci Dobry za walność woli aż do granic grzechu 

za to, że mam dość siły 

by dźwigając krzyż wątpliwości 

podawać 

białą laskę ślepemu losowi 

i że wstydzę się gdy widzę zło

 

Dzięki ci Wspaniały 

za dar zachwytu nad Kaplicą Sykstyńską 

i przyrożną kapliczkę 

za to że mnie cieszy 

pierwszy siwy włos córki 

i pierwszy śnieg w zimie 

że nie lękam się śnić

 

Dzięki ci Mądry 

za to że choć czasem wydaje mi się 

że ciebie nie ma 

żyję tak jakbyś był 

że równie ważna jest dla mnie 

filozofia mędrców jak Forresta Gumpa 

że umiem uczyć się od mrówki 

i wolę liczyć gwiazdy niż pieniądze

 

Dzięki ci Sprawiedliwy 

żeś mnie stworzył na jedno życie 

dość długie bym odróżniała białe od czarnego 

i dostrzegała szare 

że dałeś mi sekundę 

w której powiedziałam „nie” 

że zdążyłam napisać wiersz 

i że wciąż umieram z miłości. 

 

Janina Nożownik

„Gość Niedzielny” 87 (2012) nr. 35, s. 5.

Radość Paschalna
 

Bóg się roześmiał i powstał świat.

Marc-Alain Ouaknin

 

Wielkanoc – Zmartwychwstanie Jezusa - to rewolucja Boga przeciw umieraniu i śmierci. Z tej racji Wielkanoc to „święto wszystkich świąt”, to nowe życie, śmiech, radosne przepowiadanie, śpiew, taniec, okrzyki radości. To właśnie dlatego w średniowieczu powstał zwyczaj, który nam dziś może wydać się dziwny: kapłani starali się wielkanocne kazanie naszpikować żartami, by w ten sposób wiernych pobudzić do śmiechu. Nazywano to wielkanocnym śmiechem - risus paschalis. W tym historycznym kontekście można mieć po części zrozumienie dla teologów porównujących Wielkanoc z karnawałem w Rio de Janeiro. Konieczne byłoby tu jednak zaznaczenie istotnej różnicy, a mianowicie, że akceptacja życia celebrowana na Wielkanoc przez chrześcijan nie poprzestaje na powierzchownym blichtrze, lecz idzie w głąb, posiada  wymiar duchowy. W wielkanocne święta chrześcijanie prezentują się przed światem jako „ludzie zmartwychwstania”, jako żyjący pewnością wiary, iż „nie umrę na zawsze”, bo po śmierci doczesnej zmartwychwstanę.

„Gdzie radość, tam najwięcej prawdy” – to stwierdzenie Paula Claudela można odwrócić: „Gdzie prawda, tam najwięcej radości”. Skoro Chrystus jest „Drogą, Prawdą i Życiem”, a Kościół kontynuacją Jego wcielenia, Jego Ciałem, Jego „sakramentem”, to powinien być miejscem tryskającej radości. Tymczasem nad naszą wiarą i nad kościołami zawisł welon smutku, a jeżeli ich bramy nie są całkiem zamknięte dla śmiechu, to co najmniej zapędzony został w ostatnie ich zakamarki. 

Podejrzliwe i krytyczne nastawienie do śmiechu, zaznaczające się już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, wiąże się prawdopodobnie z koniecznością odrzucenia niemoralnych, orgiastycznych form pogańskiego świętowania. Upadkowi obyczajów w bogatych wielkich miastach z nieopanowaną żądzą używania i rozkoszy przeciwstawiano radykalną ascezę. Ponieważ w udręce prześladowań oczekiwano rychłego powtórnego przyjścia Pana, nie znajdowano czasu na zbędne świętowanie. W tym kontekście trzeba widzieć wypowiedzi niektórych Ojców Kościoła, którzy negatywnie oceniają każdy przejaw śmiechu. U św. Augustyna znajdujemy zdanie: „Ludzie śmieją się i płaczą, a to, że się śmieją, jest powodem do płaczu”. Święty Jan Chryzostom pisze:

Kiedyś będziesz musiał zdać rachunek z tylu spraw, a ty siedzisz sobie tu, śmiejesz się, mówisz głupoty i oddajesz się próżnym uciechom życia. 

Ten świat to nie teatr do śmiechu. Nie do tego jesteśmy przeznaczeni, by wybuchać salwami śmiechu, lecz żeby wzdychać do Boga i tym modlitewnym westchnieniem zdobywać sobie niebo.

Szczególnie negatywne w skutkach musiały być lapidarne słowa św. Jana Chryzostoma: „Jezus nigdy się nie śmiał”. Stąd bowiem logiczny wniosek: jeżeli Pan i Mistrz się nie śmiał, śmiech nie przystoi także chrześcijanom. Wyraźnie odzwierciedla się tutaj rozpowszechnione zwłaszcza u pustelników i mnichów negatywne nastawienie do ciała, które jako „siedlisko szatańskich pokus” trzeba brać mocno w karby i wszystkie formy jego ekspresji, także życie uczuciowe, mieć pod kontrolą. Taka postawa wywarła znaczny wpływ na późniejsze przepowiadanie, w którym mniej mówiono o radości płynącej z wiary w zmartwychwstanie, a więcej o konieczności umartwień i płaczu nad grzechami. Jeden z kaznodziejów głosił: 

Śmiejcie się, grzesznicy, w tym życiu, które szybko przeminie! O tak, śmiejcie się do woli (…), wkrótce wasz śmiech umilknie. Istnieje wszakże miejsce, gdzie śmiechu już nie ma, gdzie rozbrzmiewają jedynie płacz i zgrzytanie zębami. Tam właśnie wiedzie śmiech nieumiarkowany i głupie uciechy ziemskie.

Reprezentantem wygnania humoru z chrześcijaństwa w XX wieku jest duński filozof religii Søren Kierkegaard, który uważał, że humor jest absolutnie niekompatybilny z wiarą. Śmiech jest tu zbędny, a nawet szkodliwy. Chrześcijaństwo jest sprawą ekstremalnie „poważną” i nie możemy sprowadzać go do „obrzydliwej humoreski”, ani do żartu. Wszystko w chrześcijaństwie winno się dziać w odniesieniu do krzyża. Humor to niebezpieczny intruz, który wkradł się na obszar wiary i powinien zostać z religii bezwzględnie usunięty.

Nie mogę odmówić sobie przyjemności zacytowania w tym miejscu słów Alessandro Pronzato, autora uroczej książki pt. „Humor i wiara”, skierowanych do tegoż ponurego chrześcijańskiego teologa i pisarza:

Wspaniały (i umiłowany) Sørenie Kierkegaardzie, jestem przekonany, że teraz przebywając tam na górze, przekonał się pan, iż poczucie humoru i wiara nie są dwoma odrębnymi światami – jak swego czasu, będąc tu, pośród nas, przekonywał pan, posługując się argumentacją godną poważnej rozprawy – ale zamieszkują jeden dom i ich współistnienie przebiega pod znakiem zadziwiającej harmonii. Sam Bóg, będąc wielkim, niezrównanym humorystą, na pewno zaakceptował to współistnienie. Przyjmując, że On nie pokłada wiary w Bogu (tylko tego by brakowało…) niemniej jednak wierzy w człowieka, dlatego ma tak wiele sposobności do śmiechu.

Ślady potępiania w chrześcijaństwie śmiechu znajdujemy również w głośnej, przeniesionej także na ekran, powieści Umberto Eco p.t. „Imię róży”, w której dla ślepego bibliotekarza Jorge śmiech jest „słabością, bez znaczenia, kruchością i demoralizacją, deprawacją naszego ciała”. Głównym tematem tej powieści, wokół którego rozgrywają się wszystkie wątki jest „odkrycie śmiechu” (druga księga „Poetyki” Arystotelesa). Mądry Wilhelm z Baskerville mówi do młodego Adsa: „Jorge lękał się drugiej księgi Arystotelesa, gdyż być może naprawdę nauczała ona zniekształcenia oblicza wszelkiej prawdy, byśmy nie stali się ofiarami naszych własnych urojeń. Być może zadaniem tego, kto miłuje ludzi, jest wzbudzenie śmiechu z prawdy, gdyż jedyną prawdą jest zdobyć wiedzę, jak wyzwalać się z niezdrowej namiętności do prawdy”.

Znaczące są też słowa, jakie Wilhelm wypowiada do Jorga: „Diabeł nie jest zasadą materii, diabeł to zuchwałość ducha. Diabłem jest wiara pozbawiona uśmiechu. Diabeł to prawda, której nigdy nie ogarnia zwątpienie. Diabeł jest ponury, ponieważ wie, dokąd idzie, i idąc, zdąża zawsze tam, skąd przyszedł”.

Wielu stawia frapujące pytanie: Czy Jezus się śmiał? Ewangelie nie są biografią Jezusa. Koncentrują się na wydarzeniach związanych z historią zbawienia. Ewangeliści pewnie by takie pytanie potraktowali salwą śmiechu. Skoro śmiech jest „specyficzną właściwością człowieka” (teza Arystotelesa), to nie wolno nam tej właściwości odmówić Jezusowi. Rdzeniem orędzia Jezusa było wezwanie do radości – „Ewangelia = dobra, radosna nowina”. Oczywiście radość niekoniecznie musi być utożsamiana ze śmiechem, jest ona jednak fundamentem i źródłem akceptacji życia, trwałej nadziei i pogodnego, wesołego nastroju duszy, który przenika także ciało. W ewangelicznych opisach widoczna jest dobitnie suwerenność Jezusa. On jest „ponad” sprawami i rzeczami, cechuje go pogoda ducha, spokój, jest bez lęku. I na pewno wielu Jego wypowiedziom towarzyszył uśmiech, zwłaszcza w sporze z faryzeuszami, kiedy to posługuje się po mistrzowsku lekką ironią i satyrą, starannie dobierając słowa. W ewangeliach trzeba czytać między wierszami, a wtedy znajdziemy w nich humor, żart i uśmiech Jezusa. On, będąc w pełni człowiekiem, na pewno się śmiał – nie w sposób wymuszony, lecz spontanicznie, serdecznie, „pełną gębą” i ten jego uśmiech i śmiech były zapewne dla ludzi jak błogosławieństwo, gdy „oblicze Boga jaśnieje nad człowiekiem”. Z faktu, że Ewangeliści nie piszą nic o śmiechu Jezusa, nic jeszcze nie wynika. Nie wspominają oni też, jakie włosy miał Jezus, a to wcale nie znaczy, że był łysy!

Pójście za Jezusem, trwanie z Nim w miłości i zachowywanie przykazań Boga jest źródłem radości: „To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna.” (J 15,11). Owa radość należy też do istoty „życia po życiu”, czyli w wieczności. Jezus zapowiadając swe ponowne przyjście obiecuje permanentną, niezniszczalną i nie kończąca się radość: „Znowu jednak was zobaczę i rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie odbierze” (J 16,22).

Ewangelie ukazują Jezusa nie tylko jako głosiciela radości, On jest po prostu jej personifikacją. Zrozumieli to dobrze Jego uczniowie i stąd św. Paweł może powiedzieć: „Jesteśmy współtwórcami radości waszej” (2 Kor 1,24). Radość – tak jak pokój – jest darem Ducha Świętego. Kto przyjmie i zinterioryzuje orędzie o Królestwie Bożym, ten jest wypełniony prawdziwą radością i ma powód do szczerego śmiechu.

Milczenie Ewangelistów o śmiechu Jezusa było prawdopodobnie przyczyną, że artyści nie odważali się przedstawiać w sztuce Jezusa z roześmianą twarzą. Zwolennicy opinii, że Jezus się nie śmiał, powoływali się na krytyczne słowa Jezusa o śmiechu: „Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie” (Łk 6,25). Ale przecież w błogosławieństwach Jezusa padają z Jego ust również przeciwstawne słowa: „Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.” (Łk 6,21). Dawniej rozumiano je jednak w takim sensie, że w tym życiu należy zrezygnować ze śmiechu, by w wieczności móc śmiać się bez jakichkolwiek obciążeń i ograniczeń.

Śmiech jest wyrazem boskiego pierwiastka w człowieku, odpowiedzią człowieka na dobroć Boga. Śmiejąc się uśmiechamy się zawsze także do Boga. We wszystkich religiach śmiech jest boskim atrybutem i traktowany jest jako pomost między Bogiem a człowiekiem. 

Ks. Jerzy Grześkowiak

Proszę nakliknac aby powiększyć.

Apostoł Tomasz: niewierny – wątpiący - szukający?

        

            Przez zamknięte drzwi wszedł Chrystus

            I położywszy dłoń na mojej głowie, rzekł:

            „To ty jesteś dowodem mojego istnienia,

            Tomaszu, gdyż jesteś moj otwartą raną,

            Miejscem cierni, gwoździ i włóczni”

                        Roman Brandstaetter

 

W drugą niedzielę Wielkanocy czytana jest w kościele Ewangelia o Apostole Tomaszu, któremu trudno dać wiarę kolegom relacjonującym mu z pasją, że ukrzyżowany Jezus zmartwychwstał i ukazał się im zgromadzonym w wieczerniku.  „Widzieliśmy Pana!” Tomasz nie może uwierzyć, podobnie jak przedtem oni sami nie wierzyli słowom Marii Magdaleny i jej przyjaciółek.

Tomasz miał przydomek Didymos, czyli „bliźniak” - bliźniak w realu, ale także w przenośni: „bliźniak naszych wątpliwości”! Tomasz - ktoś kto chce wszystko wiedzieć, wszystko i bardzo dokładnie, precyzyjnie, kto potrzebuje namacalnych dowodów. To, że inni mówią, iż Jezus wyszedł z grobu i przenika także przez zamknięte drzwi – nie ma dla niego znaczenia, jemu to nie wystarcza. On musi zobaczyć Jezusa na własne oczy, musi widzieć Jego rany i ich dotknąć. Bo tylko takiemu Bogu może uwierzyć, który nosi na sobie rany i zna ból człowieka poranionego przez życie.

Tomasz, widząc potem własnymi oczami rany Jezusa, już nie czuje potrzeby ich dotykania. Już samo widzenie dokonało w nim przemiany. Wątpliwości pierzchły, ich miejsce zajęła wiara. Już nie chodzi tu więcej o Tego, którego można widzieć, dotknąć i wziąć w ramiona, lecz o Tego, który z tymi ranami jest uwielbiony, wywyższony u Boga, który jest Bogiem. To głębokie duchowe przeżycie i doświadczenie wypowiada Tomasz w słowach: „Pan mój i Bóg mój!”. Ten okrzyk jest wyznaniem wiary, wypowiedzianym z głębin poznania nie rozumem, lecz sercem. Tu kłania się Blaise Pascal: „Wiara to doświadczać Boga sercem, nie rozumem”.

Jezus poprzez stojącego przed nim Tomaszem widzi także nas, tych, którzy „nie widzieli”, których przy tamtym Jego objawieniu się nie było. I ogłasza nas „błogosławionymi”! Jesteśmy błogosławieni, jeżeli nie polegamy tylko na tym, co dotykalne, sprawdzalne, lecz ukierunkowujemy całą naszą egzystencję na Niego i z Nim. Jemu można zaufać i zawierzyć, bo jako naszemu Bratu nie są Mu obce nasze zranienia, a jako Zmartwychwstały przynosi nam Boży Pokój!

Może mówisz: „Chciałbym wierzyć, ale nie potrafię, stale napadają mnie wątpliwości”.  Kto tak mówi, już jest wierzącym. Wiara i wątpienie należą do siebie. Nie ma wiary bez pytań. Wiara nie wyklucza zwątpień, lecz je implikuje. Kto jeszcze nigdy nie wątpił, nie jest prawdziwie wierzącym. Wątpienie jest drogą do wiary.

Wierzyć, po łacinie credere – pochodzi od cor dare, czyli „dać komuś, powierzyć komuś serce”.  Tomasz swoim zachowaniem mówi: „Moje serce mogę tylko wtedy komuś powierzyć, gdy wiem: Jemu nie są obce moje ciemności i moje rany. Wierzyć mogę tylko temu, kto może i chce dzielić moje życie. Chrystus unoszący się gdzieś w niebieskich przestworzach, który nie zna cierpienia tego świata – jakie znaczenie mógłby On mieć dla mnie, dla mojego życia?” 

Tomasz pytał zatem w duchu, czy Zmartwychwstały Jezus jest nadal tym, który wie, co znaczą zranienia, łzy i cierpienie? Czy stoi nadal – jak wtedy, gdy z Nim przemierzali palestyńska ziemię słuchając Jego Dobrej Nowiny - po stronie małych, słabych, chorych, ubogich, wykluczonych?

 Chrystus zrozumiał to pytanie Tomasza zawarte w stwierdzeniu: „Jeżeli nie włożę mego palca w Jego bok, nie uwierzę”. Każe mu zatem dotykać swoje już teraz chwalebne rany. One są dla Tomasza niejako „dowodem osobistym” Jezusa, trwałym „znakiem rozpoznawczym”. Jezusowe rany mówią: „Także po moim Zmartwychwstaniu jestem po stronie wszystkich poranionych przez życie, przez los, przez ludzką podłość i okrucieństwo!

Czy Tomasz faktycznie dotykał ran Jezusa, tego nie wiemy. Załóżmy, że tak. To dotknięcie uleczyło jego wątpienie. Odtąd nie jest on „na zewnątrz’ wspólnoty Apostołów, lecz wewnątrz niej,  My też należymy do „wspólnoty Jezusa”, jeżeli poruszają nas, wzruszają „zranienia powstałe z miłości”, jeżeli naszym życiem kieruje prawo miłości. Do tego potrzebny jest mocny punkt oparcia. „Dajcie mi mocne oparcie, a ruszę z posad, z zawiasów świat” – mówił Archimedes. Tym punktem oparcia w naszym życiu jest Jezus Chrystus. Czerpiąc z tego centrum mogę kochać i odkryć moje posłannictwo i zadania, i być może wtedy „rany miłości” przemienią się  w „cud miłości”.

I jeszcze jedna myśl: Zmartwychwstały przychodzi „do swoich” z pokojem – do wspólnoty wierzących, niepewnych, wątpiących, zawiedzionych, pytających, szukających, ufających. Dobrze jest wiedzieć, że Zmartwychwstały Pan ogarnia nas zawsze swoim miłosierdziem i pokojem, nawet wtedy, jeżeli nie jesteśmy tacy, jakimi być powinniśmy. Wątpiącego Tomasza bierze Jezus całkiem na serio. To, że Tomasz doszedł do wiary, było jednak też zasługą wspólnoty Apostołów. Nie odrzucili go z jego wątpliwościami. Nie wykluczyli. Potraktowali poważnie jego pytania i problemy. Taka postawa decyduje o autentyczności chrześcijańskich wspólnot: wzajemnie się akceptować i przyjmować - mimo wątpliwości, różnic w poglądach, mimo  grzechu i win. We wspólnocie wiary jeden dźwiga brzemiona drugiego.

Wątpienie nie jest grzechem – jest drogą do wiary. „Panie wierzę, ale wesprzyj mnie w mojej niewierze!”

Ks. Jerzy Grześkowiak

 

Chryste, bądź dla nas jak Tomasz niewierny

Taki ciekawy i niemiłosierny

Dotknij naszego boku, spróbuj go otworzyć

I na krwi ciepłej palce swe położyć

Spróbuj domacać się, czy myśmy żywi

Czy już pomarli dawno - nieprawdziwi

Zechciej doszukać się chociażby drgnienia

Półmyśli, półpragnienia – najmniejszego cienia

Co własne w nas zostało…

Co się nie poddało…

Co nie zmieniło się w kamień kamienia

 

Ernest Bryll

 

Bo dla księdza – proszę księdza – to jest wszystko takie proste

Pan Bóg stworzył muchę, żeby ptaszek miał co jeść

Pan Bóg daje dzieci i na dzieci i na Kościół

prosta ręka – prosta ryba – prosta sieć

 

Może tak należy mówić ludziom cichym ufającym

obiecywać – deszcze łaski – światło – cud

lecz są także tacy którzy wątpią niepokorni

bądźmy szczerzy – to jest także boży lud

Zbigniew Herbert

Święto Miłosierdzia Bożego

Panie Boże, zrzuć mi piórko Twej litości.

Czesław Miłosz

W II niedzielę Wielkanocy, zwaną Niedzielą Białą, Kościół celebruje Święto Miłosierdzia Bożego, ustanowione przez papieża Jana Pawła II w roku 2000. Jaka jest jego geneza, gdzie biją jego źródła? U początków kultu Miłosierdzia Bożego, będącego w pewnej mierze odmianą kultu Serca Jezusa, stoją objawienia siostry Faustyny Kowalskiej (1905-1938). Nie chodzi w nich o nową naukę, ale o prastarą rzeczywistość objawioną już w Biblii, którą mistyczne doświadczenia siostry Faustyny ukazały specjalnie dla naszych czasów w nowym świetle. W prywatnych objawieniach nie objawia się bowiem nic nowego. One mogą jedynie to, co dane jest w objawieniu biblijnym, ponownie ale wyraźniej i dobitniej uwydatnić. Wszystko, o czym mówi siostra Faustyna, jest już zawarte w nauce Jezusa w Ewangelii oraz w Starym Testamencie. Miłosierdzie to przecież podstawowe pojęcie Ewangelii i klucz chrześcijańskiego życia.

Pamiętam dokładnie maleńki obrazek Jezusa Miłosiernego z napisem „Jezu ufam Tobie” zawieszony nad futryną drzwi wejściowych do kuchni w naszym rodzinnym  domu. Było to wkrótce po II wojnie światowej. Będąc dzieckiem nie wiedziałem nic o jego pochodzeniu. Nie zdawałem sobie sprawy z istnienia  ani siostry Faustyny ani ks. Sopoćki. Dopiero znacznie później dotarło do mnie, że Kościół przez dwadzieścia lat zakazywał mówić o Faustynie Kowalskiej i jej objawieniach. Wpływ na osobiste zainteresowanie się problematyką kultu miłosierdzia Bożego miał z jednej strony fakt, że na seminarium z teologii pastoralnej w KUL jeden z uczestników wybrał jako temat pracy dyplomowej miłosierdzie Boże według ks. Sopoćki, z drugiej  pasjonująca lektura encykliki Jana Pawła II o Bożym miłosierdziu Dives in misericordia (30.11.1980). Zapewne już wtedy papież podjął w duchu decyzję przeprowadzenia procesu beatyfikacyjnego siostry Faustyny, aby posłannictwo Miłosierdzia Bożego przekazane jej przez Chrystusa było  znane na całym świecie. Po raz kolejny sprawdza się powiedzenie, że Pan  Bóg pisze prosto po krzywych liniach ludzkiego życia i dróg Kościoła.  Długa, wyboista i kamienista droga od pierwszego objawienia się Jezusa siostrze Faustynie w 1931 roku w Płocku - poprzez wszystkie wydarzenia, trudności, kłopoty i zwirowania - znalazła ukoronowanie w oddaniu świata miłosierdziu Bożemu przez Jana Pawła II w bazylice Miłosierdzia Bożego w Krakowie-Łagiewnikach w dniu17 sierpnia 2002 roku.

To stało się w Płocku 22 lutego 1931 roku wieczorem. Faustyna ujrzała w swej klasztornej celi Jezusa ubranego w białą szatę. Jedną rękę wznosił do błogosławieństwa, a drugą dotykał szaty na piersiach. Z uchylenia szaty wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W „Dzienniczku” czytamy zapis tamtego przeżycia:

W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i     radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus. Wymaluj obraz według rysunku,     który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono     najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić     będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuje także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad     nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako     swej Chwały (Dzienniczek 47-48).

Kiedy Faustyna opowiedziała o tym spowiednikowi, ten rzekł jej: „To się tyczy duszy twojej… maluj obraz Boży w duszy swojej”. Lecz ona po odejściu od konfesjonału usłyszała głos Jezusa:

Mój obraz w duszy twojej jest. Ja pragnę, aby było Miłosierdzia święto. Chcę,     aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, był uroczyście poświęcony w     pierwsza niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być Świętem Miłosierdzia.     Pragnę, ażeby kapłani głosili to wielkie Miłosierdzie Moja względem dusz     grzesznych. Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie grzesznik. Palą mnie płomienie     Miłosierdzia, chcę je wylać na dusze ludzkie (Dzienniczek 49).

Dla Faustyny rozpoczął się długi okres  osamotnienia, niezrozumienia, upokorzeń.  Nie dowierzali jej nie tylko spowiednicy i przełożone, co więcej były chwile zwątpienia, kiedy i ona sama nie dowierzała sobie.  

W celu poznania dalszych treści jej objawień i losu powstania obrazu, miejsc jej pobytu i pracy w zakonie konieczna jest lektura jej Dzienniczka. Osobiście polecam wzbogacającą lekturę „Summy Miłosierdzia” Jana Grzegorczyka złożoną z dwóch tomów: „Każda dusza to inny świat” i „Dziurawy kajak”.  We wstępie do tej książki ojciec Jan Góra napisał:

Ta książka mną zawładnęła. Opowieść Jana Grzegorczyka jest pełna cudów.     Ale przecież nie wyssał ich z palca. W tej z pozoru lekkiej formie narracyjnej     zawierają się solidne studia i dziesiątki godzin rozmów z faustynkami, które     obok świętej Faustyny i księdza Michała Sopoćki są głównymi bohaterami tej     książki. A właściwie nie. Zapomniałbym może o najpiękniejszych bohaterach tej     książki: powracających z odległej krainy synach marnotrawnych, ludziach     odnajdujących drogę do siebie i Pana Boga. (…)

Zastanawiam się, jak to zrobił Jan Grzegorczyk, że historie, które zwykle     padają łupem teologów lub kościelnych historyków, albo przygniecione     zostają tonami definicji i przypisów, opisał w taki sposób, że czyta się je z     zapartym tchem. Z jednej strony teologia i mistyka, z drugiej biografia świętych,     która nie jest lukrowaną hagiografią: historia zgromadzenia i Kościoła, a     wreszcie zakrawająca na kryminał historia konfliktów po ludzku     nierozwiązalnych.

Obraz „Miłosierdzia Bożego”, namalowany pod dyktando siostry Faustyny i zatwierdzony do kultu, przedstawia Chrystusa, który jedną ręką błogosławi, drugą zaś wskazuje na swój przebity bok, z którego wychodzą promienie blade i czerwone; według słów samego Chrystusa w czasie objawień blade symbolizują wodę, która oczyszcza dusze, a czerwone krew dającą im życie („Obydwa strumienie wypływają z głębin mojego miłosierdzia, gdy moje serce zostało przebite włócznią”). U dołu obrazu widnieje napis: „Jezu, ufam Tobie”. 

Ten obraz nie przyjął się na Zachodzie Europy, gdzie oceniany jest jako kiczowaty, podobnie zresztą jak nie znajduje tu szerszego uznania sam kult Miłosierdzia Bożego. Nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego w pierwszy piątek miesiąca oraz w drugą Niedzielę Wielkanocy, które wprowadziłem w parafii „Powtórnego Przyjścia Pana” w Monachium w 1994 roku, były przez długi okres jedynymi nabożeństwami tego typu w bawarskiej stolicy. A co do może i słusznej od strony sztuki krytyki artystycznego piękna obrazu dodam tu tylko to, co przekazała nam sama siostra Faustyna: „Kto Cię wymaluje tak pięknym, jakim jesteś” – żaliła się. I usłyszała od Jezusa słowa: „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej.” 

Obraz Miłosierdzia Bożego jest już dziś znany na wszystkich kontynentach, nawet w najbardziej odległych zakątkach świata. Nie zapomnę wzruszenia, gdy podczas podróży studyjnej w jednym z kościołów na wyspie Sulavesi w Indonezji mój wzrok spotkał się z oczami Miłosiernego Jezusa z obrazu siostry Faustyny. Fakt, że ten obraz jest czczony zwłaszcza przez ludzi prostych potwierdza prawdę słów B. Pascala: „Serce ma swoje racje, których nie zna rozum”. 

Światowym centrum kultu Miłosierdzia Bożego jest Kraków, dokładniej krakowskie Łagiewniki, gdzie w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przez kilka lat żyła, pracowała i zmarła mistyczka siostra Faustyna. Dziwne drogi Opatrzności Bożej sprawiły, że to właśnie Karol Wojtyła, który już w czasie okupacji niemieckiej w drodze do pracy w Solwayu bądź w powrotnej często wstępował do zakonnej kaplicy, a później już jako biskup-pasterz diecezji krakowskiej zainteresowany był dziełem apostolskim Zgromadzenia (rozmowy z ks. M. Sopoćko) i wspierał rozwijający się kult Miłosierdzia Bożego w formach przekazanych przez siostrę Faustynę, został papieżem Kościoła Katolickiego. To on ogłosił siostrę Faustynę najpierw błogosławioną (18 kwietnia1993 roku) a potem świętą (30 kwietnia 2000roku). Podczas pierwszej wizyty jako papież w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie – Łagiewnikach (7 czerwca1997roku) tak mówił o tajemnicy miłosierdzia Bożego:

“Misericordias Domini in aeternum cantabo (Ps 89,2)

Oto przychodzę jako pielgrzym do tego sanktuarium, aby włączyć     się w wiecznotrwały śpiew na cześć Bożego miłosierdzia. Zaintonował go Psalmista Pański wypowiadając to, co wszystkie pokolenia przechowywały i przechowywać będą jako najcenniejszy owoc wiary. Nic tak nie jest potrzebne człowiekowi, jak miłosierdzie Boże – owa miłość łaskawa, współczująca, wynosząca człowieka ponad jego słabość ku nieskończonym wyżynom świętości Boga. W tym miejscu uświadamiamy sobie to w sposób szczególny. Stąd bowiem wyszło orędzie miłosierdzia Bożego, które sam Chrystus zechciał przekazać naszemu pokoleniu za pośrednictwem błogosławionej Faustyny. A jest to orędzie jasne i czytelne dla każdego. Każdy może tu przyjść, spojrzeć na obraz miłosiernego Chrystusa, na Jego Serce promieniujące łaskami, i w głębi duszy    usłyszeć to, co słyszała Błogosławiona: Nie lękaj się niczego, Ja jestem zawsze z Tobą (Dz. 613). A jeśli szczerym sercem odpowie: „Jezu, ufam Tobie!”, znajdzie ukojenie wszelkich niepokojów i lęków. W tym dialogu zawierzenia nawiązuje się pomiędzy człowiekiem i Chrystusem szczególna więź wyzwalającej miłości. A w miłości nie ma lęku – pisze św. Jan – (…) doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą (1 J 4,18). Kościół odczytuje na nowo orędzie miłosierdzia, aby skutecznie nieść pokoleniu końca drugiego tysiąclecia i przyszłym generacjom światło nadziei.

 

Życzenie, by Kraków stał się światowym centrum kultu Miłosierdzia Bożego wyraził Jan Paweł II w Łagiewnikach w dniu 17 sierpnia 2002 roku, przed poświęceniem nowo wybudowanej bazyliki Miłosierdzia Bożego. Mówił wtedy wobec 22 tysięcy zebranych wiernych o „stąd” wychodzącej „iskrze”, która przygotuje świat na powtórne przyjście Chrystusa. Oddajmy głos jemu samemu:

Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego     Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy     nasze i całego świata; (…) dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i     całego świata” – słowa z Dzienniczka Siostry Faustyny (n. 476).

Dla nas i świata całego… Jak bardzo dzisiejszy świat potrzebuje Bożego miłosierdzia! Na wszystkich kontynentach z głębin ludzkiego cierpienia zdaje się wznosić wołanie o miłosierdzie. Tam, gdzie panuje nienawiść i chęć odwetu, gdzie wojna przynosi ból i śmierć niewinnych, potrzeba łaski miłosierdzia, które koi ludzkie umysły i serca i rodzi pokój. Gdzie brak szacunku dla życia i godności człowieka, potrzeba miłosiernej miłości Boga, w której świetle odsłania się niewypowiedziana wartość każdego ludzkiego istnienia. Potrzeba miłosierdzia, aby wszelka niesprawiedliwość na świecie znalazła kres w blasku prawdy.

Dlatego dziś w tym sanktuarium chcę dokonać uroczystego aktu zawierzenia świata Bożemu miłosierdziu. Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniło ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat. Niech się spełnia zobowiązująca obietnica Pana Jezusa, że stąd ma wyjść „iskra, która przygotuje świat na ostateczne Jego przyjście” (por. Dzienniczek, 1732).

Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście! To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia!

Ks. Jerzy Grześkowiak

2. Ostersonntag B (2024)

Jesus trat in ihre Mitte  - „Wir haben den Herrn gesehen!“

Es gibt eine Erzählung von einem Bischof, der gefragt wurde: „Wie ist es möglich, dass die Christen trotz ihrer verschiedenen Herkunft, Veranlagung und Bildung eine Einheit, eine Gemeinde, eine Gemeinschaft darstellen?“ Statt einer theoretischen Erklärung antwortete der Bischof mit einem Bild: 

„Stellt euch ein Rad vor. Daran sind Felge, Speichen und Nabe. Die Felge ist das Kirchengebäude, das die Gläubigen umschließt. Es hält jedoch alle nur äußerlich zusammen. Vom Rand des Rades laufen die Speichen auf die Mitte zu, dort werden sie von der Nabe gehalten. Die Speichen sind die Christen: jeder/jede einzelne, allein oder in der Gemeinschaft der Familie, des Dorfes, oder der Stadt. Die Nabe ist Jesus Christus. Er ist die Mitte, die alles zusammenhält. Aus dieser Mitte leben wir. Je mehr wir an sie heranrücken, umso mehr kommen auch wir einander näher.“

In diesem Bild wird die christliche Gemeinde beschrieben, die uns auch in dem heutigen Evangelium begegnet. Gemeinde ist nicht nur eine Gruppe oder ein Zusammenschluss von Menschen, sondern das Sich-Scharen um den auferstandenen, gegenwärtigen Herrn. Er ist in der Mitte, und die Jünger sind dicht bei ihm. Je näher sie bei Christus sind, umso intensiver ist die Gemeinschaft untereinander. Nähe muss nicht örtlich verstanden erden; wichtiger ist die existentielle Nähe, die sich im Sinnen und Trachten  und Tun ausspricht.

Viele Christen aber erleben den Auferstandenen nicht. Die Menschen entdecken heutzutage keine Zeichen mehr von Gottes Gegenwart. Die hoffnungslose Fragen weisen in diese Richtung: „Wo war Gott?“ – beim Terrorangriff auf das Welthandelszentrum in New York, bei der Flutwelle Tsunami  in Indonesien, beim Erdbeben in der Türkei, beim Krieg in der Ukraine, Palästina und Syrien, bei Straßenunfällen, beim sexuellen Missbrauch in der Kirche, bei der hohen Suizidrate in unserem Land, und, und… Das sind die Fragen vieler Menschen heute! Viele stolpern nicht über kleinliche Formalien, die in der Kirche oft so hoch gespielt werden. Die Frage nach Gott ist fundamental. Gibt es Ihn? Lebt Er in der Welt? Hat Er Interesse an uns? Ist Er in unserer Mitte?

Auf diese drängenden Fragen gibt es keine mathematischen Beweise, sondern nur das Zeugnis der Glaubenden, der Christen. Der Ort der Offenbarung Gottes, der Selbstmitteilung Gottes, ist dort, wo Menschen Ihn durch ihre Liebe und ihre Hoffnung bezeugen. Dieser Gott korrigiert nicht allen Wahnsinn der Menschen, er verhindert nicht mörderisches Tun, weil die Geschichte Gottes mit den Menschen mit Freiheit zu tun hat. Was Christus selbst an sich erfahren hat – „der Messias wird zwar leiden, aber am dritten Tage auferstehen“ – das ist von den Christen zu verkündigen, nämlich in allem Leid die Hoffnung zu bezeugen.

Der Ort der Selbstmittelung Gottes ist sein Wort, wo es verkündigt, gehört und aufgenommen wird  und das Opfer und Mahl Jesu Christi in der Eucharistie, die wir jeden Sonntag gemeinsam feiern. Hier ist Gott wirklich gegenwärtig – mit seiner Liebe und Kraft. Da sind wir ganz nah bei Ihm. Wenn wir die Nachrichten über politischen Affären, Putschversuche, Hungerskatastrophen, Krebserkrankungen, Entführungen, Rassenunruhen, Terroranschläge, Kriegerische Kämpfe, Bombardierungen hören, dann wird uns vor Augen geführt, wie wenig die Welt in Ordnung ist. Warum? Weil der Mensch nicht Gott auf der ersten Stelle stellt, sondern sich selbst. Und auf den Schrei nach Erlösung kann als Antwort die gute Nachricht von Gott kommen: „Er lebt“ - Er wird das letzte Wort haben, Er hält alles in seiner Hand.

Und das ist heute die Aufgabe der Kirche und der Christen: nicht nur Anwalt des Menschen, sondern vor allem Anwalt Gottes zu sein. Wir Christen müssen aufpassen, dass Gott nicht totgeschwiegen wird! In dem Maße, in dem die Kirche Anwalt Gottes und Jesu Christi ist, ist sie auch Anwalt des Menschen, Anwalt seiner Rechte, die sich in Würde und Freiheit aussprechen.

Noch einmal: wir Christen müssen uns um Jesus Christus versammeln und seine Zeugen sein. Bekannter Pastoraltheologe Adolf Exeler hat gesagt: „Die Auferstehungsbotschaft ruft nicht in erster Linie zur Anbetung; sie sendet aus. Sie eröffnet nicht eine Insel der Seligen, weit weg von dieser Welt; sie sendet in die Welt hinein, in die Not und den Hass.“

Heute ist  Sonntag der Göttlichen Barmherzigkeit. Gottes Liebe ist Barmherzigkeit. Sie erspart uns nicht einen Schritt, den wir zu gehen haben, aber sie kommt uns entgegen und nimmt uns an, wie wir sind, wie es der Text des Evangeliums heute zeigt.

Jesus ignoriert nicht die Jünger in ihrer Verschlossenheit, in der sie sich in ihrer Angst vor den Juden zurückgezogen hatten. Aber er kommt durch die verschlossenen Türen zu ihnen und findet sie.

Er ignoriert nicht ihre friedlosen Herzen, aber er haucht ihnen seinen Geist und Frieden, den sie nicht aus eigenen Ressourcen schöpfen können.

Er ignoriert nicht das Versagen und Versäumen oder irgendeine andere Art von Schuld, aber er beschenkt sie mit Vergebung und befähigt und ermächtigt sie, diese weiterzugeben.

Er ignoriert nicht den Zweifel und Unglauben des Thomas, nimmt dem Thomas nicht den eigenen Schritt des Glaubens ab, aber er kommt ihm so nah, dass er den gehen kann. Er lässt seine Wunden, die den Tod brachten, er lässt sich von seiner Lebendigkeit von Thomas berühren. Er ist Liebe und Barmherzigkeit. Nur die Liebe kann so etwas tun.

Dr. Jerzy Grzeskowiak

Ostatnia aktualizacja nastąpiła 16.6.2024 r.

w rubryce:

"Bliżej Boga".

Impressum

 

POLONIK MONACHIJSKI - niezależne czasopismo służy działaniu na rzecz wzajemnego zrozumienia Niemców i Polaków. 

Die unabhängige Zeitschrift dient der Förderung deutsch-polnischer Verständigung.

 

W formie papierowej wychodzi od grudnia 1986 roku a jako witryna internetowa istnieje od 2002 roku (z przerwą w 2015 roku).

 

Wydawane jest własnym sumptem redaktora naczelnego i ani nie zamieszcza reklam ani nie prowadzi z tego tytułu żadnej innej działalności zarobkowej.

 

Redaguje:

Dr Jerzy Sonnewend

Adres redakcji:

Dr Jerzy Sonnewend

Curd-Jürgens-Str. 2
D-81739 München

Tel.: +49 89 32765499

E-Mail: jerzy.sonnewend@polonikmonachijski.de

Ilość gości, którzy od 20.01.2016 roku odwiedzili tę stronę, pokazuje poniższy licznik:

Druckversion | Sitemap
© Jerzy Sonnewend