
"Incydent monachijski" Rokity - historia prawdziwa 2009-03-18 (12:10)
Kiedy dowiedziałam się, że Jan Rokita chce od Lufthansy 300 tys. euro, przerwałam milczenie.
Upłynął miesiąc od udziału dr Wiesławy K. w zagranicznej konferencji naukowej i jej powrotu 10 lutego z Monachium do Krakowa samolotem Lufthansy, rejs LH3336, który planowo miał wystartować o godzinie 21.25. Po prawie dwugodzinnym oczekiwaniu na pasie startowym, gdy wreszcie wyprowadzono z samolotu pasażera, z którym pilot nie chciał lecieć, podszedł do niej funkcjonariusz niemieckiej straży granicznej i zapytał po angielsku, czy nie chciałaby podać swojego adresu i być świadkiem incydentu, do jakiego doszło na pokładzie tego boeinga 737. Odmówiła, choć bardzo dobrze widziała, co się działo.
Potem, już przy wysiadaniu na lotnisku w Krakowie, a było to ok. 1.30 w nocy, podeszła do niej stewardesa i zapytała, czy przypadkiem nie zmieniła zdania i czy zgodzi się być świadkiem. Nie zgodziła się po raz drugi. Po raz trzeci odmówiła, gdy następnego dnia zatelefonował do niej dziennikarz radia RMF i poprosił o zrelacjonowanie tego, co się działo, bo "przecież wiemy, że była Pani w tym samolocie, którym miał lecieć Rokita.
Ani w domu, ani na uczelni dr K. nie opowiedziała, co było w samolocie, choć bała się, że ktoś rozpozna ją po głosie, bo słuchając relacji radiowych i telewizyjnych, w tle wrzasków wzywającego na pomoc rodaków Rokity, można usłyszeć jej głos: „Niech pan wysiądzie”. Nie chciała przyznać się, że była w tym samolocie, bo dla niej to nie była żadna sensacja, ale coś tak żenującego, że chciała o tym jak najszybciej zapomnieć. Nie chciała też szkodzić politykowi, który i tak musi mocno przeżywać odsunięcie go na boczny tor. Przypuszczała, że Rokita wszystko przemyśli, przeprosi za swoje zachowanie i będzie po sprawie.
Tak jednak się nie stało i gdy kilka dni temu dr K. przeczytała w „Gazecie Krakowskiej”, że Jan Rokita chce żądać od Lufthansy 300 tys. euro odszkodowania, wytoczyć proces nie tylko tym liniom lotniczym, ale i władzom niemieckim, bo został potraktowany jak na Białorusi, to zmieniła zdanie i przyznała się, że siedziała w 11. rzędzie tego samolotu. Rokitowie byli w 9. Nelly Rokita przy oknie, jej mąż w środku, miejsce przy przejściu było wolne.
Dr K. nie wie, kiedy Rokitowie wsiedli do samolotu. Nie było ich w sali odlotów, gdzie wszyscy czekali na opóźniony start. Do samolotu szła „rękawem” na samym końcu i też ich nie widziała. Dopiero gdy wszyscy byli już na swoich miejscach, zauważyła kobietę w wielkim czerwonym kapeluszu i w białych rękawiczkach, która przeszła przez cały samolot i wdała się w rozmowę po niemiecku ze stewardesą, pokazując na mężczyznę w czarnym kapeluszu siedzącego w klasie biznes. Wtedy poznała, że to Rokitowie.
– Nie znam niemieckiego, ale nietrudno było zrozumieć, że chciała uzyskać zezwolenie na zajęcie przez nich miejsc w klasie biznes, na co stewardesa nie zgodziła się, bo mieli kupione bilety w klasie ekonomicznej. Nelly Rokita to zrozumiała i usiadła przy oknie w 9. rzędzie, a Rokita pozostał tam, gdzie siedział. Po chwili stewardesa podeszła do niego i poprosiła go o przejście na swoje miejsce, co on zrobił z gestem oburzenia, nie zabierając jednak ze sobą płaszczy.
Niemiecka stewardesa zabrała płaszcze z foteli w klasie biznes, zwinęła je w rulon i włożyła do pierwszego wolnego schowka w klasie ekonomicznej, gdyż nad fotelami Rokitów wszystkie schowki były zajęte.
– Gdy zatrzaskiwała klapę tego schowka, nagle ze swego miejsca poderwał, się Rokita i krzycząc: "What do you do?", odepchnął ją, wyjął płaszcze i przeniósł je do bliższego schowka, mówiąc: „Co za chamstwo!”. To nie było uderzenie, ale wyraźne popchnięcie. Do tego stewardesa najwyraźniej mogła poczuć się urażona słowami: „Kim pani jest?”. Osobiście przypuszczam, że Rokita chciał powiedzieć: „What are you doing?”, czyli „Co pani robi?”, ale nie znając angielskiego, powiedział co innego. Nie jestem też przekonana, czy ta stewardesa nie znała trochę polskiego i nie zrozumiała, co to jest chamstwo.
Potem nastąpiło to, co już było wielokrotnie opisywane. Stewardesa poinformowała o incydencie pilota i po chwili przez mikrofon pilot poprosił, aby awanturujący się pasażer opuścił pokład samolotu, bo drzwi są otwarte. Gdy na ten apel nie było żadnej reakcji, stewardesa podeszła do Rokitów i wiedząc, że Nelly Rokita mówi po niemiecku, tłumaczyła jej, że Jan Rokita musi opuścić pokład, bo samolot nie odleci. Gdy nie było żadnej reakcji na kolejną prośbę o dobrowolne wyjście z samolotu, stewardesa udała się ponownie do kabiny pilota. Po ok. 10 minutach weszli na pokład dwaj potężnie zbudowani funkcjonariusze niemieckiej straży granicznej, z przypiętymi czarnymi pałami, i skierowali się wprost do fotela, na którym siedział Rokita. Ale on znowu odmówił wyjścia.
– Chwycili go za ramiona i próbowali wyciągnąć, ale Rokita tak kurczowo trzymał się fotela i zaczął krzyczeć, piszczeć, wzywać na pomoc. Jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam mężczyzny tak krzyczącego. To był jeden wielki pisk, wzywanie rodaków, Jezusa i nie wiadomo kogo jeszcze na pomoc. Mimo próśb nie tylko z mojej strony, ale i innych pasażerów, Rokita nie chciał wyjść. Niemieccy pogranicznicy poszli po posiłki. Wrócili w towarzystwie dwóch policjantów w żółtych odblaskowych kamizelkach. Przynieśli też kajdanki.Gdy już czwórka niemieckich funkcjonariuszy weszła na pokład samolotu, jeden z Polaków siedzący dwa rzędy przed Rokitami i znający język niemiecki zaczął im tłumaczyć, że Rokita to polski polityk, co na nich nie zrobiło żadnego wrażenia. Ci sami funkcjonariusze straży granicznej, którzy poprzednio nie potrafili wyciągnął Rokity z fotela, tym razem w towarzystwie policjantów zastosowali chwyt za głowę, sprawnie wyciągnęli go z fotela i przy akompaniamencie wołania na cały samolot o pomoc, „bo Niemcy mnie biją”, założyli mu kajdanki.
– Gdy Rokitę wyprowadzano, ludzie zaczęli klaskać. Wszyscy już byli tą sytuacją bardzo zmęczeni. Nie dość, że odlot już był opóźniony, to jeszcze przez Rokitę musieliśmy tak długo stać na lotnisku. Nie wiem, kto zaczął pierwszy klaskać, ale chyba jednak Niemcy, a Polacy zaraz do nich dołączyli. Poza tym było w naszym samolocie kilku Azjatów, którzy nie bardzo wiedzieli, co się dzieje, ale też klaskali, bo chcieli wreszcie lecieć.
Dr Wiesława K. opowiedziała tę historię, ale nie chce ujawniać nazwiska, gdyż jest jej ogromnie wstyd za to, co się zdarzyło w tym samolocie.
– Tu nie ma znaczenia, czy Rokita uderzył stewardesę, czy ją tylko pchnął, tu chodzi o poziom naszej klasy politycznej. Jeżeli kogoś stać tylko na klasę ekonomiczną, to nie może podróżować w klasie biznes. Jeżeli ktoś nie zna angielskiego i swoją wypowiedzią obraża stewardesę, to tylko do siebie może mieć pretensje. Jeżeli ktoś nie reaguje na wielokrotne prośby o opuszczenie samolotu, o co proszą go pilot, stewardesa, współpasażerowie, pogranicznicy i policjanci, nie może być zdziwiony, że funkcjonariusze z lotniska wykonują swoje obowiązki. Dlatego mam taki niesmak po tym locie i nikomu nie chciałam tego opowiadać. Liczyłam jednak na szczyptę pokory, a zamiast tego przeczytałam, że sprawca chce być ofiarą.
Leszek Konarski (Przegląd) .........................................................................
"Dziennik" z 03.03.2009:
- Jeśli ktoś twierdzi, że nie wie, dlaczego Polacy interesują się zachowaniem pani Steinbach, to rżnie głupa. Ta kobieta uczyniła swoim zawodem rewanżyzm - mówi Władysław Bartoszewski.
Z właściwą sobie swadą, doradca premiera do spraw międzynarodowych, tak odpowiada na publicznie wyrażoną opinię niemieckiego historyka Arnulfa Baringa, że "nigdy nie usłyszał rozsądnej odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę zarzucają Polacy Steinbach".
- Jak ktoś rżnie głupa, to nic nie poradzę, mówi Władysław Bartoszewski. - To tak jak ktoś powiedziałby: nigdy nie słyszałem, dlaczego Polacy uważają, że Radio Maryja wypowiada się antysemicko. No dlaczego?! Pani Steinbach głosuje w Bundestagu przeciwko ratyfikacji traktatu z Polską, wypowiada się przeciwko przyjęciu Polski do NATO czy Unii Europejskiej. I my mamy ją uważać za osobę zdatną do budowania będących przedmiotem historii i nauki koncepcji muzealnych, które dotyczą m.in. naszego kraju?
- Dlaczego ja mam się uważać za zdolnego do prowadzenia chóru w operze, jeśli nie śpiewam?! Pani Steinbach zatraciła poczucie, kim jest. W wieku 45 lat pierwszy raz w życiu zainteresowała się tym, gdzie się urodziła. Wolno jej. A my możemy jej nie ufać. To nie my nadajemy jej wyjątkową rolę. Kobiet w Niemczech jest 42 miliony, a ona jest jedną z tych nielicznych kobiet, która jest we władzach dużej partii politycznej, czyli należy do kobiet, które Niemcy obdarzają szczególnym zaufaniem. Skoro tak, a Niemcy są naszym sojusznikiem w NATO i UE, to chyba do diabła możemy się interesować, jak ta osoba się zachowuje. Po co tu rżnąć wariata?.
- My nie mamy żadnych pretensji np. do pana prezydenta Koehlera, który urodził się w Skierbieszowie koło Zamościa, w domu ludzi wysiedlonych w wyniku zbrodni hitlerowskich. Przeciwnie, my go szanujemy. Ale też on nie czyni sobie zawodu z rewanżymu, a pani Steinbach owszem - powiedział Bartoszewski. ......................................................................................................
Newsweek Polska z 25.01.2009:
Dziura w polskich ławach poselskich – taki problem pojawi się, gdy wreszcie wejdzie w życie traktat lizboński. Nie chodzi jednak o uszkodzenie tapicerki, ale o wielce prawdopodobny scenariusz, w którym nasz kraj będzie reprezentować w Parlamencie Europejskim za mała liczba deputowanych. I to z naszej winy. Zgodnie z obowiązującym prawem w czerwcu 2009 r. będziemy wybierać 50 europosłów. Szkopuł w tym, że dzięki traktatowi przypadnie nam dodatkowy 51 mandat. Ao procedurze wyłonienia osoby, która go obejmie w trakcie kadencji, nikt dotąd w Polsce nie pomyślał (...) Czas goni, bo wszelkie zmiany w ordynacji można przeprowadzić najpóźniej sześć miesięcy przed wyborami. Zwłoka w tym przypadku może oznaczać, że wprawdzie dostaniemy dodatkowe miejsce w europarlamencie, ale pozostanie ono puste. Jak – nie przymierzając – głowy niektórych decydentów.
Joanna Tańska
............................................................ „Syn kapusia“ „Synu kapusia! Jeśli nie przestaniesz pisać o działalności swego ojca w podziemiu, to rozkolportuję twoją teczkę na mieście. I wtedy będzie się z czego śmiać.“ – tak zaczyna się artykuł Doroty Wodeckiej w Gazecie Wyborczej (16.01.2009) pt. „W imię ojca (kapusia?)“. Ponieważ opisana w nim sprawa dotyczy znanych postaci Polonii bawarskiej podajemy poniższy link:
http://wyborcza.pl/1,76842,6170706,W_imie_ojca.html?as=1&ias=2&startsz=x
PM ..................................................................................
„Newsweek” z 4.01.2009 Piotr Aleksandrowicz: „Silny chłopak na podwórku”
„Od 19 grudnia na starym budynku ambasady polskiej przy Unter den Linden w Berlinie wisi banner szeroki na 66 i wysoki na 19 metrów: „Pomyślnego Nowego Roku 2009 życzą sąsiedzi.” Do tego logo – rozerwane ogniwo łańcucha w kształcie naszych granic i napis: „Zaczęło się w Gdańsku.” W ten sposób rozpoczęła się organizowana przez MSZ kampania promocyjna Polski w Niemczech powiązana z 20-leciem upadku komunizmu w Europie Środkowej. (...) Tragikomedia z budową Okęcia jest świetnym symbolem indolencji i ogromnej umiętności przegrywania mniejszych i większych szans na budowę wizerunku naszego kraju. Postać Jana Pawła II – niewykorzystana. Podobnie Lecha Wałęsy, jedynego znanego Polaka dla milionów ludzi na świecie (na szczęście wypaliła rocznica Nagrody Nobla i wybór byłego prezydenta do rady mędrców, a świat – miejmy nadzieję – nie wie, jak go poniewierali politycy w kraju). Przez kilka lat w ostatniej dekadzie XX wieku Polska była liderem przemian gospodarczych – przegrane. Wchodząc do Unii, mogła zająć pozycję lidera nowej Europy – stracone. Teraz szanse stwarza Euro 2012, ale (...), nikt o tym jeszcze nie myśli. – Polska to dobrze zaopatrzony sklep (...), ale nie ma drzwi, wystawy i neonu. (...) Eksperci uważają, że najnowsza emigracja ludzi młodych, dynamicznych, dobrych pracowników uczyniła dla promocji Polski znacznie więcej niż jakiekolwiek kampanie reklamowe. – Sam naród robi najlepszą robotę (...)” ......................................................................................................
Polonia dla Poloni. Magazyna Wiadomości nadsyłanych przez Rodaków ze świata:
Niemcy: Skandal w Monachium - groźba zamknięcia polskiej szkoły
Co najmniej od pół roku dyrekcja szkoły zabiega o wynajęcie nowego lokalu dla szkoły mającej 300 uczniów. Od trzech miesięcy Ministerstwo Edukacji Narodowej w Warszawie nie daje żadnej odpowiedzi. Są pogłoski, że jest to celowe działanie mające doprowadzić do zamknięcia szkoły. Proszę się nie dziwić „wynaradawianiu“ Polaków w Niemczech – tego nie robią źli urzędnicy niemieccy. W tym pomaga polski rząd.
Zastanawiam sie, czy nie zorganizować w terminach kolejnych zajęć szkolnych demonstracji przed polskim konsulatem w Monachium. Moglibyśmy się tam pojawić – rodzice i dzieci – zamiast siedzieć w domu i dziwić się, dlaczego taki dobry rząd nas ignoruje.
Pozdrawiam,
dr Marek Buczkowski, Monachium, Niemcy, 13 grudnia 2008 r.
Strona internetowa Szkoły: http://www.polska-szkola-monachium.info/news.php ................................................................................................
Jacek Fedorowicz: „Jaruzelski i czołgi z kiełbasą” „Przegląd Polski” - dodatek do „Nowego Dziennika”, Nowy Jork 24.10.2008:
„ (...) Piotr Kamiński w radiu France Internationale słusznie zauważył, że będąc przyzwoitym człowiekiem nie dochodzi się do takiej posady - tak w przypadku Jaruzelskiego śmiało można powiedzieć, że w robieniu kariery są gdzieś granice ustępstw na rzecz przyzwoitości i żeby wspiąć się na sam szczyt władzy w PRL, trzeba było te granice przekraczać wielokrotnie, i to z lekkością baletnicy. Jaruzelski chciał się znaleźć tam, gdzie był 13 grudnia.
OCZYWIŚCIE W TYM PYTANIU CHODZI O COŚ INNEGO. O odpowiedź, czy była szansa na inne rozwiązanie. Stefan Chwin uważa, że nie i że teoria "mniejszego zła" jest słuszna. Że gdyby nie Jaruzelski, najprawdopodobniej czekałaby nas hekatomba. To samo Waldemar Kuczyński. Uważa, że nieuniknionym efektem rozwoju sytuacji politycznej byłoby sięgnięcie Solidarności po władzę, a to musiałoby spowodować interwencję. Nie zgadza się z tym Bogdan Borusewicz, Henryk Wujec i wielu innych. Ale z kolei ogromna rzesza rodaków się zgadza. Gdyby kogoś interesował pogląd skromnego artysty, to donoszę, że jestem tu z Borusewiczem, ale rozwodzić się na ten temat nie będę, zgłoszę natomiast pewną refleksję, która mnie nachodzi od lat.
Nie daje mi spokoju myśl, że dyskusja obciążona jest przez cały czas dwoma fałszywymi założeniami.
Pierwsze: w sporze wciąż zakłada się milcząco, że stan wojenny można było wprowadzić albo nie, tertium non datur, czyli że stan wprowadzony musiałby w każdym wypadku wyglądać tak, jak wyglądał.
Drugie założenie, z którym nikt nigdy nie próbował dyskutować, to przyjęcie za pewnik faktu krwawej rozprawy wojsk radzieckich z Polakami, owej masakry, która musiałaby nastąpić po wkroczeniu.
A dlaczego - pozwolę sobie zapytać - nikomu nie przyszło do głowy, że skoro Rosjanie już tyle razy wykazali się diabelskim sprytem w rozgrywkach międzynarodowych, to wcale nie musieliby popełniać tego kardynalnego błędu, jakim byłoby wkroczenie do Polski z nożem w zębach? A może wkroczyliby z cukierkami? Może czołgami przywieźliby kiełbasę? Pewnie trudno byłoby im ją zdobyć, ale kto wie, ile wtedy mieli żarcia w magazynach na czarną godzinę.
Żartuję? Może trochę przesadzam, ale na pewno nie żartuję twierdząc, że wkroczenie Rosjan nie musiało oznaczać jakiejkolwiek wojny. Ani krwawej rozprawy. Mogło, ale nie musiało. Niby kto by im się przeciwstawił? Wojsko? Proszę mnie nie rozśmieszać. Społeczeństwo? Było na to za mądre.
JEST COŚ TAKIEGO JAK DOŚWIADCZENIE HISTORYCZNE. Klęska powstania warszawskiego, nawet jeśli nie w pełni uświadomiona, kierowała w wielkim stopniu poczynaniami kilku następnych pokoleń. Na pokojową rewolucję Solidarności też miała wpływ. Rosjanie mogli się obawiać porywczości Polaków, ale na pewno najpierw spróbowaliby wariantu "miękkiego". Mógłby on być też tragiczny w skutkach, ale nie od razu. A zanim by te skutki nastąpiły, ZSRR by się - wierzę w to głęboko - rozleciał, bo cały system docierał już właśnie do kresu swych możliwości. To, nawiasem mówiąc, moja największa pretensja do Jaruzelskiego: że opóźnił. Im być może pozwolił potrwać jeszcze dłużej, a nam - z całą pewnością - wyrwał osiem lat, które mogliśmy spędzić wznosząc się, powolutku pewnie, ale wznosząc, a nie staczając z hukiem i impetem.
Czy Jaruzelski stał przed wyborem: wprowadzić lub nie?
Ten właśnie błąd w założeniu dyskusji też mi od lat doskwiera. Moim zdaniem mógł nie wprowadzać, ale między wprowadzeniem a niewprowadzeniem miał jeszcze trzecią możliwość: wprowadzić na lipę. To znaczy nie wprowadzać, ale przekonywać towarzyszy radzieckich, że wprowadził. Mógł powydawać groźne dekrety, mógł też rozwiązać Solidarność, a zaraz potem wdać się w rozmowy o jej przywrócenie. W świecie komunistycznym niesłychanie ważne były słowa. Bardzo często, a właściwie nigdy, nie musiały mieć jakiegokolwiek związku z rzeczywistością. Można było wprowadzić stan wojenny nie wprowadzając. Zagrać na czas. Nie chcę kreślić szczegółowych scenariuszy, nie podołałbym, ekipa Jaruzelskiego na pewno byłaby zdolniejsza w różnych matactwach, ekwilibrystyce słownej i sprytnych posunięciach. Gdyby tylko chciała. Gdyby tylko Jaruzelski wyczuł, że szansa na wyrwanie się z objęć ZSRR jest wielka, a przynajmniej na "finlandyzację", i gdyby nie trwał w wierności Sowietom przy sierpie i młocie, z uporem młota, wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, bez porównania lepiej, dla niego też. Gdyby tylko zaczął grać z narodem przeciwko Rosjanom, naród by to wyczuł i wziął udział w grze. Solidarność obok krzykaczy miała też bardzo mądrych przywódców, z - obdarzonym wspaniałym instynktem - Wałęsą na czele.
Sprytny i inteligentny jest Jaruzelski, świadczy o tym cała jego kariera, a nawet jej koniec. Okrągły stół, prezydentura, rezygnacja z prezydentury, wszystko. Wyczuwał, że nie ma szans na nic, poza spokojnym lądowaniem, z powagą i pozorami godności. Ale nie starczyło mu niestety wyczucia, sprytu i inteligencji w grudniu 1981. Nie wyczuł, że zbliża się koniec jego świata. Przyznaję, że takie rzeczy wyczuwa się wyjątkowo niechętnie. Ale jak się jest wielkim karierowiczem, to trzeba.
(…).” .........................................................................
"Niemiłe" słowa na temat Polski w Niemczech
„W Dreźnie wykład inauguracyjny wygłosił Egon Bahr, socjaldemokrata, były minister spraw zagranicznych RFN w kilku rządach. To co mówił, nie było dla nas mile. W jego opinii Polska godząc się na tarcze, godzi się na bycie protektoratem USA” - relacjonuje na swoim blogu w Onet.pl senator Władysław Sidorowicz.
Zdaniem senatora, Bahr „w sporze USA - Rosja bliższy był stanowisku Rosji, wskazując, iż w porozumieniach kończących Zimną Wojnę ze strony amerykańskiej padały deklaracje, które obecnie są naruszane”. „Gruzję skomentował jedynie w kontekście naszej zgody na tarczę” – podkreślił. „(Bahr - red.) Nie krył swych antypatii do "Polskich Bliźniaków" i sympatii do Obamy" – dodaje.
„Łatwo jest zauważyć pęknięcie logiczne w wywodzie Bahra. Z jednej strony przyznaje, że Europa nie jest w stanie obronić się sama, a jednocześnie czymś niedobrym są amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa.Konstrukcja Bahra ignoruje ambicje imperialne Rosji " - zauważa Sidorowicz. Senator konkluduje, iż Polska musi być "mocnym ogniwem jednoczącej się Europy". "Brak podpisu Prezydenta RP pod Traktatem Lizbońskim stanowi poważne utrudnienie w realizacji naszych narodowych interesów” – pisze. ...................................................................................
PAP – Polonia dla Polonii, 11 września 2008:
„...w Polsce od lat mówi się o potrzebie zbudowania rurociągu z Norwegii lub z Niemiec, aby uniezależnić się w jakiś sposób od dostaw rosyjskich. Szkoda jednak, że nie mówi się o potrzebie rozwinięcia alternatywnych źródeł energii, np. na wzór Francji – elektrowni atomowych, czy opartych na ruchu morza, czy w oparciu o wiatr albo ze Słońca, albo nawet w oparciu o nasz tradycyjny węgiel, czy z roślin, itp.
Brazylia od dawna jest samowystarczalna, produkuje energię z trzciny cukrowej. Być może jest u nas za zimno na tę roślinę, ale np. z innych roślin jak np. z buraka cukrowego byłoby to bardzo prawdopodobne. Ale, czy nie jest to rozwiązanie popierane, bowiem wzmocniłoby ewentualnie partie chłopskie; PSL, albo nawet i Samoobronę, a tego przecież nikt z innych partii nie chce.
Zamiast sięgać po przykład Brazylii, który jest dla nas tak samo nierealny jak osiągnięcie brazylijskiego poziomu gry w piłkę nożną, weźmy przykład z Danii, o parę godzin odległej od Polski. Dania postanowiła w 1985 r. uniezależnić się od importu energii. W 1973 r. kraj ten importował 99% swych potrzeb z Bliskiego Wschodu, dziś nie ma już tego rodzaju importu. Postanowiono podnieść cenę benzyny i wprowadzić podatek od produkowania CO2. Obecnie cena benzyny w Danii wynosi $9 za galon (3,8 l). Każdy, kto otrzymuje rachunek za prąd w Danii otrzymuje na nim także podatek za produkowanie CO2. Wynikiem tego jest fakt, że od 1981 r. duńska gospodarka wzrosła o 70% podczas gdy potrzeby na energię nie wzrosły w ciągu 17 lat! Za to Dania stała się najbardziej innowacyjnym producentem enzymów Danisco i Novozymes, konwertujących masę biologiczną w olej napędowy.
Dlaczego zatem nie słyszy się w Polsce prawie żadnej poważnej dyskusji na temat programu wprowadzenia energii alternatywnych? Dlaczego amerykański prezydent chce więcej konsumować energii zamiast popierać innowacje i transformacje z IT (Information Technology) w ET (Energy Technology)? Dlaczego polski prezydent lata tak często do Gruzji zamiast do Danii? Czyżby nie umiał odmówić amerykańskiemu koledze? Dlaczego polska inteligencja, a zwłaszcza techniczna, milczy na ten temat?”
Prof. Andrzej Targowski, USA, 11 września 2008 ...................................................................
Financial Times, 05.09.2008
Rynek pokazał Zachodowi, jak ukarać Rosję Wersja oryginalna: The west should use economics to rein in Russia
Rosyjska inwazja na Gruzję zszokowała Zachód i wywołała gorące dyskusje, jak na nią odpowiedzieć. Obiegowa prawda głosi, że Zachód może zrobić niewiele, by ukarać Rosję. W istocie, zachodnie rządy mają ograniczone środki nacisku, ale w kategoriach ekonomicznych inwazja poważnie zaszkodziła Rosji... (...) Brzemiennego w skutkach 8 sierpnia rosyjska giełda spadła o 6,5 procent. W ostatnich dwóch miesiącach zanotowała 36-procentowe tąpnięcie, co oznacza, że z rynku wyparowało 500 miliardów dolarów, prawie tyle, ile wynoszą dziś rosyjskie rezerwy walutowe, oceniane na 580 miliardów dolarów. W tygodniu, w którym dokonano inwazji, odpływ kapitału sięgnął 16 miliardów dolarów, powodując nieoczekiwanie zator kredytowy. Wśród największych podmiotów sprzedających akcje Gazpromu zidentyfikowano dwóch zamożnych Rosjan. Oni nie mogą być zadowoleni z postępowania rosyjskiego premiera, Władimira Putina. W istocie, jego przechwałki mówiące o Moskwie jako nowym centrum globalnych finansów i rublu jako o przyszłej walucie rezerwowej świata, brzmią jak ponury żart.
Te poważne straty prawdopodobnie nie pozostaną bez konsekwencji. W raporcie dla inwestorów bank inwestycyjny UBS zauważa, że stary paradygmat – że inwestycje w Rosji wiążą się z ryzykiem politycznym – powrócił. UBS obniżył swoją cenę docelową dla rosyjskich spółek średnio o 20 procent, czyli o 300 miliardów dolarów.
Rosyjskiej potęgi gospodarczej nie należy przeceniać. Jej produkt krajowy brutto podskoczył z 200 miliardów dolarów w 1999 roku do 1700 miliardów w tym, ale to wciąż zaledwie 2,8 procent światowego PKB. Pomimo sukcesu w Gruzji, rosyjskie wojsko jest niedoinwestowane. Oficjalne wydatki na siły zbrojne to 48 miliardów dolarów, czyli siedem procent amerykańskich wydatków na obronę. Ponieważ ropa i gaz ziemny stanowią 60 procent jej eksportu, Rosja jest uzależniona od światowych cen energii, a te spadają. Sama zaś produkcja energii jest pogrążona w stagnacji z powodu renacjonalizacji i wrogiego klimatu wobec inwestorów. Korupcja jest najgorszym przekleństwem Rosji, ponieważ między innymi z tego powodu nie można tam przeprowadzić znaczących inwestycji infrastrukturalnych. Autorytaryzm zatrzymał reformy ekonomiczne, a bez nich wysokiego wzrostu nie uda się utrzymać.
Zachód stoi przed wyborem pomiędzy sankcjami a ekonomicznym zaangażowaniem. Sankcje ekonomiczne wzmocniłyby tylko kontrolę elity wywodzącej się z aparatu bezpieczeństwa nad gospodarką i ożywiły jej dyktatorskie zapędy. Błędem byłoby wyrzucanie Rosji z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, albo powstrzymanie jej członkostwa w Światowej Organizacji Handlu, ponieważ to właśnie otwarte rynki i międzynarodowe standardy mogą najlepiej obnażyć słabe punkty Putina i jego kolesiów. Zamiast tego Unia Europejska i USA powinny narzucić etyczne i prawne standardy, których złamanie drogo by Rosję kosztowało i wziąć na cel duże państwowe firmy i wysokich urzędników, a nie prywatnych obywateli lub biznesmenów.
Po pierwsze, UE powinna przyjąć wspólną politykę energetyczną, wprowadzając w życie takie zasady karty energetycznej jak przejrzystość, równe prawa inwestycyjne i dostęp podmiotów trzecich do rurociągów. Zjednoczona UE ma tu mocną pozycję przetargową, bo wszystkie rosyjskie rurociągi poza byłym Związkiem Radzieckim biegną do Europy.
Po drugie, Komisja Europejska powinna zmusić Gazprom do rozdzielenia produkcji i przesyłu i złamać w ten sposób jego monopol. Dlaczego UE przeprowadza postępowanie antytrustowe przeciwko Microsoftowi, a nie przeciwko Gazpromowi? Musiałby on pozbyć się swojej sieci rurociągowej poza granicami Rosji, zrezygnować z bezczelnej dyskryminacji cenowej i zakończyć plany budowy rurociągów Nord Stream i South Stream.
Po trzecie, Zachód powinien prześwietlić czołowych rosyjskich urzędników i ich firmy handlowe pod kątem prania pieniędzy.
Po czwarte, duże państwowe rosyjskie firmy zwyczajowo kuszą polityków z innych krajów. Były niemiecki kanclerz Gerhard Schroeder to najbardziej okazała zdobycz Gazpromu. Zachodnie standardy etyczne dotyczące kontaktów z państwowymi rosyjskimi firmami powinny zostać zaostrzone, a UE winna przyjąć amerykańską zasadę ujawniania wszelkich dochodów z lobbingu. Nieetyczne zachowanie najskuteczniej zwalcza się poprzez zwiększenie transparentności.
I wreszcie, jeżeli zachodnie agencje wywiadowcze posiadają jakiekolwiek dowody korupcji ze strony Putina lub jego kolesiów, powinny je ujawnić. Nic nie osłabiłoby go mocniej w oczach Rosjan, niż potwierdzone fakty wskazujące na korupcję. Rosja i jej przywódcy są wciąż dość słabi, ale by działać skutecznie, Zachód musi być zjednoczony.
Autor: Anders Aslund
Autor jest wykładowcą w Peterson Institute for International Economics. Napisał książkę "Rosyjska rewolucja kapitalistyczna: Dlaczego reformy rynkowe się powiodły, a demokracja nie".
© The Financial Times Limited 2008 ................................................................................
Sprawiedliwa zemsta Katyń sprawiedliwą zemstą historyczną Wacław Radziwinowicz
Stalin przeprowadzając czystki działał jak "efektywny przywódca" mądrze przygotowując kraj do wojny. Zamordowanie polskich oficerów w Katyniu przez NKWD było "sprawiedliwą zemstą" - według dziennika "Wremja Nowostiej" będą od tego roku uczyć się dzieci w rosyjskich szkołach. Jeśli to prawda, taki będzie pogląd na zbrodnię katyńską młodych pokoleń RosjanGazeta pisze, że kilka dni temu Akademia Podwyższania Kwalifikacji i Zawodowego Przekwalifikowania Pracowników Oświaty zebrała nauczycieli historii i uczyła ich, jak mają uczyć. Nauczyciele mają też tłumaczyć dzieciom, że Józef Stalin nie był żadnym masowym mordercą, tylko "efektywnym przywódcą", modernizującym kraj i przygotowującym go do zwycięskiej wojny, wprawdzie twardą ręką i kosztem wielu ofiar, ale jego postępowanie należy w sumie oceniać jako bardzo słuszne. O masowych wywózkach z terenów zajętych w czasie drugiej wojny przez ZSRR mówić nie należy.
Nauczyciele dostali także nowe wytyczne w sprawie Katynia. Mają przyznawać, że Polaków zamordowali funkcjonariusze NKWD i nie zwalać, jak to często do tej pory robili, winy na Niemców. Mają jednak usprawiedliwiać decyzję przywódców radzieckich o wymordowaniu jeńców wskazując dzieciom, że była ona "politycznie celowa". Będą też tłumaczyć, że zbrodnia "była odpowiedzią na zagładę wielu tysięcy czerwonoarmistów w niewoli polskiej po wojnie 1920 roku, inicjatorem której był nie ZSRR, lecz Polska".
W ten sposób wprowadza się u nas pojęcie ''sprawiedliwej historycznej zemsty" - pisze o nowych zaleceniach metodycznych obowiązujących rosyjskich nauczycieli historii "Wremja Nowostiej". Źródło: Gazeta Wyborcza, 25.08.2008 ....................................................................................
PAP: „Polonia dla Polonii”, 5.08.2008:
Podczas mojej ostatniej podróży do Polski uświadomiłem sobie, że sami przyczyniamy się do rozpowszechniania tej "nomenklatury". Na dowód opiszę zdarzenie, którego byłem świadkiem w Warszawie w połowie czerwca br.
Na Placu Zamkowym - para młodych cudzoziemców zwracała się do przechodniów z pytaniem czy ktoś z nich mówi po angielsku. Jak się potem okazało, chodziło im o przetłumaczenie treści tablicy pamiątkowej informującej o tym, że w tym miejscu we wrześniu r. 1944 hitlerowcy rozstrzelali 50 Polaków. Zanim doszedłem do nich jedna z przechodzących kobiet wyjaśniała już treść napisu i powiedziała, że w tym miejscu faszyści rozstrzelali 50 Polaków.
Wówczas turystka zapytała swojego partnera: "a kim byli ci faszyści?" Z przerażeniem usłyszałem jego wyjaśnienie: "wiesz byli przecież źli i dobrzy Polacy. Faszyści to byli ci źli Polacy ....". Wtrąciłem się do tej rozmowy i wyjaśniłem im, kim byli faszyści (hitlerowcy). Młody Amerykanin zupełnie logicznie zapytał mnie: jeśli prawdą jest to co mówisz, to dlaczego nie napisano tego na tej tablicy. Zapytał przy tym dlaczego wszystkie tablice jakie widzieli w Warszawie są w języku polskim...?
No właśnie. Jest to też i moje pytanie. Dlaczego!!!??? Warszawę odwiedzają tysiące (miliony?) turystów nie znających języka polskiego. Dlaczego nikt do dzisiaj nie pomyślał o wymianie starych tablic na nowe kilkujęzyczne? Skoro używamy słowa Polacy to dlaczego nie ma na tych tablicach informacji, że to Niemcy rozstrzeliwali Polaków? Przecież hitlerowcy czy faszyści nie byli przybyszami z kosmosu. Oni mieli swoją narodowość - to byli NIEMCY. Przecież do tragedii II wojny światowej doszło właśnie w imię przekonania Niemców o wyższości ich narodowości (rasy) nad innymi. Właśnie dlatego powinno się pisać i mówić o tym, że to byli Niemcy.
W czasach PRL uważano, że są dobrzy Niemcy (NRD) i źli Niemcy (RFN). Żeby nie "obrażać" tych dobrych Niemców z NRD w czasach PRL wprowadzono określenia zastępcze: faszyści, hitlerowcy, najeźdźcy ... PRL się skończyła, NRD nie ma a tablice pozostały. Czy władze Warszawy nie dostrzegają problemu ...?
Tadeusz Matkowski, Melbourne, 28 lipca 2008 r. ..................................................................
„Der Spiegel” 31/2008
Oskar Dirlewanger - kat warszawskiej Woli Gdy w 1944 roku naziści tłumili powstanie warszawskie, szczególną brutalnością odznaczyła się specjalna jednostka SS Dirlewanger. Teraz Polacy chcą wiedzieć, kto należał do oddziału, w którym pod przymusem służyli również więźniowie obozów koncentracyjnych.
Georg Bönisch i inni Niemieccy okupanci pięć lat dławili polską stolicę i prawie nie było dnia bez aktów poniżania ani nocy bez obławy. Nieustannie dochodziło w Warszawie do aktów przemocy i ekscesów. Wreszcie nastał czas odwetu. 1 sierpnia 1944 roku, punktualnie o godzinie 17.00, bojownicy ruchu oporu z Armii Krajowej otworzyli ogień. Wydawało się, że termin został – z taktycznego punktu widzenia – dobrze wybrany. Armia Czerwona stała u wrót miasta, a zachodni alianci wylądowali już w Normandii. „Na przechodzących Niemców zewsząd padał grad kul, dziesiątkował maszerujące kolumny i uderzał w zajmowane przez nich gmachy. W ciągu 15 minut całe miasto zamieszkane przez milion ludzi przekształciło się w pole bitwy” – tak dowódca AK Tadeusz Bór-Komorowski opisywał dramatyczne wydarzenia.
Powstanie warszawskie uchodzi za szczytowy moment polskiego ruchu oporu przeciw Hitlerowi, a zemstą za nie była straszliwa rzeź zgotowana przez oddziały SS i jednostki policji podczas walk, które potrwały ponad dwa miesiące. Wśród żołdaków, dopuszczających się najgorszych czynów, byli członkowie oddziału, który w niemieckiej historii wojskowości stanowi zjawisko wyjątkowe. Jego dowódcą był doktor nauk politycznych Oskar Dirlewanger, którego nazwisko nadano tej jednostce spod ciemnej gwiazdy. Stał on na czele oddziału, który grasując po Europie Wschodniej, zdobył złą sławę z powodu swej skrajnej brutalności. Początkowo służyli w nim tylko kłusownicy, potem większość stanowili karnie przeniesieni żołnierze, a także – to już szczyt cynizmu! – więźniowie obozów koncentracyjnych.
Nie wszyscy z nich ponoszą osobistą winę za nikczemne zbrodnie, ale dopuszczała się ich duża część tego oddziału. W Niemczech nikt do tej pory nie poniósł za to kary. Ani dowódcy, ani ci, którzy strzelali do ludzi, ani ci, którzy wieszali. Podejmowano jednak wiele prób wyjaśnienia zbrodni popełnionych w Warszawie – nie tylko tych, których dopuścili się siepacze Dirlewangera. Próby te spaliły jednak na panewce, podobnie jak wiele innych starań, by wyświetlić zbrodnie nazistowskie. Dochodzenia ugrzęzły z braku zainteresowania ze strony społeczeństwa, problemów prawnych służących nieraz jako pretekst oraz braków w dokumentacji. Z reguły postępowania umarzano.
Wniosek IPN Teraz, 64 lata po wydarzeniach, ostatni żyjący ludzie Dirlewangera mogą mieć znowu kłopoty. Możliwe, że za późno już na proces sądowy, ale nie za późno, by aparat sprawiedliwości spróbował odtworzyć zbrodnicze orgie w Warszawie i w innych miejscach wschodniej Europy. Od kilku dni na biurku centrali w Ludwigsburgu, zajmującej się badaniem zbrodni nazistowskich, leży oficjalny wniosek polskich prokuratorów z Instytutu Pamięci Narodowej, w którego kompetencjach także leży ściganie nazistowskich zbrodni wojennych. Polskich prokuratorów interesują głównie trzy sprawy. Którzy Niemcy jako członkowie oddziału Dirlewangera uczestniczyli w tłumieniu powstania warszawskiego? Którzy z nich jeszcze żyją? I jaka jest dokumentacja tej zbrodniczej akcji zbrojnej w Warszawie?
Dla kogoś, kto miałby udzielić odpowiedzi na te pytania, to wprost mordercza praca. – To potrwa miesiące – mówi prokurator Joachim Riedel, zastępca szefa centrali w Ludwigsburgu. Riedel poprosił polskich kolegów o kopie dokumentów, które naprowadziły ich na ślad podwładnych Dirlewangera. Są to – same w sobie niewinne – fotokopie 72 kart z archiwum monachijskiej komórki Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, która rejestrowała żołnierzy niemieckich powracających ze Wschodu. Życzliwy pracownik tego archiwum – wbrew zwyczajom – wydał w 2006 roku mające 50 i więcej lat karty, by zrobić przysługę pewnej studentce. Młoda kobieta pracowała wówczas dla Muzeum Powstania Warszawskiego i poszukiwała naocznych świadków wydarzeń wśród żołnierzy, którzy w lecie 1944 roku stacjonowali w Warszawie.
Archiwista wybrał żołnierzy oddziału Dirlewangera z roczników nie starszych niż 1920, bo istniała szansa, że jeszcze żyją i byli w 1944 roku w Warszawie. A ponieważ na kartach były zapisane ich adresy z końca lat 40. i z lat 50., wystarczyło przeszukać internet i książki telefoniczne, by stwierdzić, że niektórzy podkomendni Dirlewangera nadal mieszkają pod starymi adresami. Gdy pewien polski dziennikarz dowiedział się o sprawie, kopie kart zostały przekazane do pionu śledczego IPN.
Dokumenty te mogą obecnie stanowić punkt wyjścia do ewentualnego śledztwa. Czterech mężczyzn z kartoteki potwierdziło w rozmowie z tygodnikiem „Der Spiegel”, że służyli w oddziale Dirlewangera. Dwóch zdecydowało się na rozmowę, choć zaprzeczyli, aby brali udział w tłumieniu powstania warszawskiego. – Nie rozumiem, w jaki sposób trafiłem na tę listę – powiedział 83-letni Rupert Z. – Dirlewanger była jednostką karną, nie mam sobie nic do zarzucenia.
Młodszy o rok Heinz K. mówi, że do oddziału został przeniesiony za karę dopiero w lutym 1945 roku, czyli pół roku po powstaniu w Warszawie. – Nikt mnie nie pytał, czy chcę tam iść. Słyszał, że niektórzy z jego kolegów byli przedtem w polskiej stolicy. – Jednostka poniosła wtedy dużo strat, było tam bardzo ciężko. K. – którego w 1944 roku skazano na osiem lat więzienia za działania na szkodę obronności kraju – nie może powiedzieć o Dirlewangerze złego słowa. – To wspaniały facet, zawsze był na przedzie, nigdy nie chował się z tyłu. Śledczy z Ludwigsburga musieliby więc zaczynać dochodzenie od początku, badając skomplikowaną i nader zmienną strukturę jednostki, która liczyła do 7,5 tys. ludzi i – według historyka oraz znawcy oddziału Hansa-Petera Klauscha – była klinicznym przykładem perwersji w siłach zbrojnych.
Wyli z radości Jednostka Dirlewangera wykorzystywała kobiety i dzieci w charakterze żywych tarcz. W regionach, w których grasowała, pędziła mieszkańców przez zaminowane drogi, a wysokich rangą funkcjonariuszy SS zapraszała na orgie, w trakcie których dokonywano zbiorowych gwałtów. Udokumentowane są jej wyjątkowo brutalne działania, takie jak w trakcie tłumienia powstania warszawskiego. Wielu esesmanów było pijanych, gdy ruszało do ataku, i nie miało żadnych dystynkcji. – Uciekających, krzyczących cywili bezwzględnie rozstrzeliwano lub bito na śmierć – wspomina Matthias Schenk, wówczas 18-letni żołnierz Wehrmachtu. A przed lazaretem był świadkiem wydarzenia tak strasznego i drastycznego, że nie jest w stanie go opisać.
Widział, jak ludzie Dirlewangera pędzili nagie siostry Czerwonego Krzyża pod szubienicę, na której wisiało już co najmniej dziesięcioro ludzi. Widział, jak wleczono tam na smyczy lekarza obnażonego od pasa w dół. – Hałastra wyła z radości. Do moich uszu docierały sprośne żarty, których nie można powtórzyć. Schenk był też świadkiem, jak SS szturmowało klasztor. – Słychać było strzały, krzyki, skowyt. Ludzie Dirlewangera żłopali wino z liturgicznego kielicha, a mocz oddawali na krucyfiks, oparty o mur. Na ziemi leżały podeptane hostie. Gdy autor wspomnień dał rannemu Polakowi coś do picia, nagle ktoś zaczął wrzeszczeć za jego plecami. Był to Dirlewanger, który kazał mu zastrzelić rannego. Schenk odmówił. Wtedy nadszedł jeden z ludzi Dirlewangera i zabił Polaka. – Nigdy nie zapomnę, jak ten na mnie patrzył.
Po upadku powstania na początku października Armia Krajowa miała 16 tys. zabitych. Straty po stronie niemieckiej były znacznie niższe. Najbardziej ucierpiała ludność cywilna. Życie straciło 150 tys., a może nawet 180 tys. warszawiaków: dzieci, kobiety, mężczyźni w każdym wieku, chorzy i starcy. Nie sposób określić, ilu z nich padło ofiarą oddziału Dirlewangera. Polacy chcą teraz wiedzieć, kto uczestniczył w aktach okrucieństwa i – o ile to możliwe – pociągnąć sprawców do odpowiedzialności. Z historycznego, prawnego i moralnego punktu widzenia jest to nadzwyczaj trudne zadanie. Prawie nie jest możliwe udowodnienie poszczególnym żołnierzom czynów, które obciążają oddział. Jeśli ktoś znajdował się w jego szeregach, nie musi to znaczyć, że był sprawcą.
U Dirlewangera służyły także ofiary reżimu – np. mężczyźni, których w III Rzeszy oskarżono o działania na szkodę obronności kraju. Niektórzy z nich byli antyfaszystami, inni mieli po prostu dosyć wojny. Groziło im więzienie, a nawet śmierć. W oddziale mogli odbyć karę, służąc ideologii, która z mordu uczyniła instrument polityki. To tłumaczy, dlaczego w ostatnich tygodniach wojny nawet więźniowie obozów koncentracyjnych i przymusowo wysterylizowani Cyganie znaleźli się w wirze walki, która nie była ich sprawą. Po prostu kierowano ich do jednostki wedle zasady „będziesz służył albo umrzesz”.
Więźniowie i przestępcy Powstały 1 lipca 1940 roku oddział Dirlewangera pierwotnie składał się ze skazanych kłusowników. Dlatego nazywano ich zrazu „komandem kłusowników Oranienburg”. Powołanie takiej formacji wynikało najwyraźniej z obłędnej ideologii nazistowskiej. Szefowi SS Heinrichowi Himmlerowi przyświecały idee króla Henryka I, który obiecał złodziejom i rozbójnikom wolność, jeśli wyruszą do walki przeciw słowiańskim wrogom. Była to tzw. brać z Merseburga.
Kryminalną przeszłość miał także człowiek, który dowodził gromadą kłusowników i odcisnął na nich piętno głębsze niż tylko nadanie im nazwy – dr Oskar Dirlewanger. – To najbardziej skrajny przedstawiciel tego, co wyróżniało nazistowską machinę wojenną na tle i tak mało humanitarnej niemieckiej tradycji militarnej – mówi historyk Knut Stang. Pochodzący z Frankonii Dirlewanger odsiedział dwa lata w więzieniu za czyny nierządne, jakich dopuścił się wobec 13-letniej dziewczynki. Był też wcześniej karany za różne malwersacje.
W rezultacie stał się „niegodny służby” i został wydalony z SA i NSDAP, a swój powrót do sił zbrojnych zawdzięczał tylko protekcji wpływowego przyjaciela i towarzysza walki Gottloba Bergera, z którym podczas I wojny światowej służył w jednym pułku. Aż do samego końca, do upadku III Rzeszy, Berger roztaczał nad nim parasol ochronny. Gdy 1 stycznia 1940 roku awansował na kierownicze stanowisko w Głównym Urzędzie SS, interweniował w sprawie Dirlewangera u szefa SS Heinricha Himmlera. Jednostkę przemianowano na „SS-Sonderkommando Dirlewanger” i w tym samym czasie skierowano do Lublina. Jej zadaniem było nadzorowanie żydowskich robotników przymusowych budujących drogi i fortyfikacje oraz zwalczanie czarnego rynku.
Również jako żołnierz Dirlewanger pozostał kryminalistą. Wymuszał na ludności pieniądze, ponownie oskarżano go o malwersacje finansowe i seksualne molestowanie Żydówek. W marcu 1942 roku otwarcie przyznał, że w Lublinie kazał lekarzowi otruć Żydów, zamiast ich zastrzelić, bo chciał sobie przywłaszczyć ich odzież. Chodziło o to, by była nieuszkodzona. Jego ludzie w niczym mu nie ustępowali. Czterech z nich prowadziło w Łucku w zachodniej Ukrainie prywatny obóz dla pięciu tysięcy Żydów, a w nim – wiele bardzo intratnych zakładów rzemieślniczych.
Tej zdziczałej jednostki nie mógł w końcu zaakceptować także wewnętrzny wymiar sprawiedliwości SS. Krakowski sędzia SS Konrad Morgen wszczął dochodzenie, a jednocześnie wysoki rangą dowódca SS i policji Friedrich-Wilhelm Krüger stanowczo zażądał, by „przestępcza hołota w ciągu ośmiu dni zniknęła z Generalnej Guberni”. Wpływowy koleżka Dirlewangera, Berger, mógł wprawdzie odwlec w czasie dochodzenie, ale zgodził się na przeniesienie jednostki.
Wojskowi nostalgicy do dzisiaj traktują oddział jako „legendarny”. Ale wyjątkowe były nie jego wojskowe sukcesy w wojnie partyzanckiej, lecz zbrodnicza samowola, którą terroryzował bezbronną ludność. „Wczorajsza operacja przebiegła bez nawiązania kontaktu z wrogiem. Mieszkańcy zostali rozstrzelani, miejscowość podpalono i puszczono z dymem” – meldował Dirlewanger osobiście po akcji odwetowej w czerwcu 1942 roku w białoruskiej miejscowości Borki. A na telegramie ręcznie dopisano liczbę zabitych podczas masakry: 2027.
Brutalny sposób działania był prawie zawsze taki sam. Otaczano miejscowość, zaganiano ludność do stodół, żołnierze na oślep strzelali z broni maszynowej, a potem podpalali drewniane szopy. W maju 1943 roku Dirlewanger nakazał, aby podwładni nigdy nie usuwali osobiście zasieków, ale wykorzystywali do tego celu zawsze tubylców. „Oszczędzona krew uzasadnia stratę czasu”.
W grudniu 1943 roku Dirlewanger został odznaczony złotym Krzyżem Niemieckim za zwalczanie tzw. band, bilans jego zbrodniczych dokonań – tylko na Białorusi – od marca 1942 do początku sierpnia 1943 roku jest więc doskonale udokumentowany. Jego szef i wnioskodawca odznaczenia wylicza, że 15 tysiącom unieszkodliwionych „bandytów” odpowiada 92 zabitych w oddziale Dirlewangera. To stosunek 163 do jednego – a mało prawdopodobne, by jakaś znacząca liczba tych rzekomych „bandytów” była w ogóle uzbrojona.
Telegramem z Berlina, datowanym na 20 lipca 1943 roku, zmieniono zadanie oddziału. „Podejrzani o bandytyzm” nie mieli już być bez ceregieli mordowani, ale kierowani do pracy przymusowej. Dotyczyło to oczywiście także kobiet. Również ten rozkaz Dirlewanger wykonał – jak można sądzić – ku pełnej satysfakcji przełożonych z SS. 11 marca 1944 roku donosił do centrali SS: „Potrzebne Rosjanki schwytano w poniedziałek. Cena za jedną Rosjankę – dwie butelki wódki”.
Skład tej jednej z „cieszących się najgorszą sławą jednostek ostatniej wojny” (według historyka Hellmutha Auerbacha) stawał się z biegiem czasu coraz bardziej zróżnicowany. Już w dwa lata od powstania jednostki wcielano do niej rosyjskich i ukraińskich „ochotników”, a wkrótce po raz pierwszy sięgnięto po więźniów obozów koncentracyjnych. Pierwszymi byli trzej mężczyźni z Dachau, na których lekarz SS Sigmund Rascher przeprowadzał doświadczenia z ciśnieniem powietrza. Dwaj zaliczali się do tzw. więźniów politycznych.
W połowie 1943 roku Dirlewanger zasilił szeregi około trzystoma więźniami KZ spośród tzw. aspołecznych oraz rzeczywistych lub rzekomych zawodowych przestępców. 250 z tego grona pozostało w jednostce. Gdy wczesnym latem 1944 roku na odgórne polecenie trzeba było znowu zwiększyć stan oddziału, Dirlewanger raz jeszcze sięgnął po 700 ludzi z tej kategorii więźniów.
Taki „przekrój” formacji Dirlewangera był – pisze historyk Klausch – „w dwójnasób wyrazem rasizmu, charakterystycznego dla niemieckiego faszyzmu”.
Z jednej strony – z punktu widzenia narodu panów – było jak najbardziej logiczne, by przestępców trzymać w uległości słowiańskich podludzi. Z drugiej zaś strony „straty, które ponosili więźniowie – uważani za mniej wartościowych – miały zaoszczędzić cenniejszą rasowo krew”.
Kariery w NRD „Dzielny Szwab” – jak szef SS nazywał Dirlewangera – dostąpił zaszczytu biesiady u Hansa Franka, generalnego gubernatora okupowanej Polski. Temu zupełnie nie przeszkadzało, że jeden z najwyższych rangą generałów Wehrmachtu określił metody jego gościa jako „jeżące włosy na głowie”. Doktor nauk Oskar Dirlewanger otrzymał Krzyż Rycerski.
Aby zrównoważyć coraz wyższe straty osobowe, do oddziału delegowano „dla wykazania woli poprawy” coraz więcej skazanych esesmanów i żołnierzy Wehrmachtu. Dirlewanger raz jeszcze dał sygnał do rzezi, gdy na Słowacji wybuchło powstanie przeciw nazistowskiej okupacji. Jego ludzie musieli też walczyć pod Budapesztem z armią Stalina. Gdy w kwietniu 1945 roku oddział został okrążony i rozbity na południowy-wschód od Berlina, jego szef już dawno pożegnał podwładnych. W domowym zaciszu kurował obrażenia po ranie postrzałowej. Wkrótce po zakończeniu wojny rozpoznał go były więzień obozu koncentracyjnego. Dirlewanger poszedł do więzienia, gdzie został zamęczony na śmierć – przez polskich strażników (na temat daty i okoliczności śmierci Dirlewangera krąży kilka wersji – przyp. FORUM).
Niektórzy z tych, którzy musieli służyć pod jego rozkazami, a później dostali się do niewoli rosyjskiej, zrobili karierę w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Prawie 20 miało – według Klauscha – współtworzyć ministerstwo bezpieczeństwa publicznego, ten wyjątkowy aparat represji. Inni doszli „do bardzo wysokich stanowisk”. A jeden – Alfred Neumann – został nawet członkiem Biura Politycznego SED.
|