
Kiedy w czwartek, 3. kwietnia 2008 w mym „polonikowym” notatniku (http://www.polonikmonachijski.de/165052/165083.html) po występie Steffena Möllera w Norymberdze wyraziłem ubolewanie: „szkoda, że w Monachium nikt nie podjął się wyzwania i nie zorganizował występu Möllera” nawet przez myśl mi nie przeszło, że płonna nadzieja może się aż tak prędko ziiścić. W czwartek, 31 lipca wieczorem wystąpił przy wypełnionej po brzegi sali kina „Neues Gabriel” przy Dachauerstraße 16. Był to bardzo udany występ, również w opinii Niemców. Wiem to od nich. Z podobną oceną spotkał się też jego występ tego samego dnia przed południem w monachijskiej IHK (Industrie- und Handelskammer).
Jego książkę „Viva Polonia. Als deutscher Gastarbeiter in Polen.“ (Scherz Verlag GmbH, Februar 2008, 256 stron) przeczytałem już kilka razy i ciągle jestem nią zafascynowany. Jako Niemiec „ambasadoruje” on Polsce w sposob niezrównany! Aż dziw, że uhonorowali go Niemcy (3 czerwca 2005 odznaczony został Krzyżem Zasługi ze Wstęgą Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec) a polskie władze jakoś – jak dotąd – o tym nie pomyślały. A przecież nie jest wcale tak, że nikt go w Polsce nie widzi. Wręcz przeciwnie: 15 marca 2004 – otrzymał „Wiktora 2003” w kategorii: „odkrycie roku” a 19 stycznia 2004 – „Telekamerę 2004”, nagrodę czytelników pisma "Tele Tydzień" w kategorii „rozrywka” za udział w programie "Europa da się lubić".
Występ zorganizował, rozpoczynający „pracę kulturową” (jak sam to nazwał) Pan Martin Reschka (Kulturmanagement) i chwała mu za to!
A teraz autobiografia i jednocześnie próbka poczucia humoru Steffena Möllera z jego strony internetowej: http://www.steffen.pl/autobio.html :
„Niniejsza autobiografia jest jedyną przez mnie autoryzowaną wersją. Tylko tutaj możecie się dowiedzieć całej, aktualnej prawdy.
W tym roku nie podaję swojego wieku. W zeszłym roku kokietowałem, że mam już 12 lat, ale w związku z tym dostałem około ośmiu maili z protestami, że wyglądam na mniej - koniec więc z głupimi żartami. Skupmy się raczej na ponadczasowych faktach i trochę na moim stanie duchowym. Najpierw fakty.
Nadal imiona moich rodziców to Christian i Sigrun. Nadal pochodzę z Wuppertalu, który pomimo ujemnego przyrostu naturalnego nadal jest miastem wielkości Bydgoszczy i leży przy autostradzie A 46 w drodze do Düsseldorfu. Nadal w Polsce trzeba podkreślać, że i Wuppertal i A 46 znajdują się w byłym RFN'ie - przysięgam, że nie w NRD. Kiedyś w taksówce żartowałem, że Wuppertal jest niedaleko Lipska - a taksówkarz zatrzymał samochód i był gotowy mnie wyrzucić. Musiałem mu palcem na mapie udowodnić, że rzeczywiście tylko żartowałem. Biedni NRDowcy! - Otóż dla waszej orientacji geograficznej: Przyjeżdżając z Polski musicie najpierw mijać Berlin, później będzie Hannover, Zagłębie Rury, a Wuppertal rozpoznajecie po tym, że na pewno akurat pada deszcz.
Poza deszczem i pewnym dziwnym tramwajem wiszącym do góry nogami na rusztowaniu, mającym ponad 100 lat, nazywającym się "Schwebebahn", znajdziecie jeszcze inną ciekawostkę w Wuppertalu. Piecze się tam najlepszy chleb na świecie, nazywa się "Hallschlager", jest szary, szorstki, szczery. Gdyby chodziło w życiu wyłącznie o znalezienie najlepszego chleba, nie musiałbym opuścić Wuppertalu.
Wiadomo jednak, że chodzi o coś więcej, na przykład o szpanowanie językami obcymi, zapisałem się więc na kurs języka włoskiego na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie. Mówiąc w największym skrócie: Oblałem dwa testy, ale trafiłem przez Włochy do Polski. Tu mieszkałem w Krakowie i w Warszawie, uczyłem się polskiego i nagrywałem multum kaset do podręczników języka niemieckiego. Aż do dzisiaj czuję niemałą satysfakcję, gdy w autobusie dyskutuję z kanarem i nagle obok krzyczy dziesięcioletni uczeń: "Czy ja Pana głos znam z kasety? Pan grał wilka w czerwonym kapturku!" Kiedyś nawet kanar był wzruszony i poprosił mnie o autograf dla siostrzenicy, która podobno ma piątkę z niemieckiego.
A teraz jeszcze o stanie duchowym moim.
Otóż wygląda na to, że po dziesięciu latach nad Wisłą staję się coraz bardziej Polakiem. Innymi słowami: odgermanizuję się. Przyjmuję coraz więcej polskich cech. Nie dość, że wyjmuję łyżeczkę z filiżanki, gdy piję herbatę, to jeszcze stałem się strasznie nieufny. Ostatnio TP S.A. wysyła wraz z rachunkami telefonicznymi sugestię, żeby dać swojemu bankowi polecenie stałe. Ja się po prostu głośno śmiałem z tego pomysłu. Bandziory! Podczas gdy w Niemczech bez mruknięcia dałem takie polecenie, zaraziło mnie tutaj ogólne podejrzenie, że oni tam na pewno kręcą w TP S.A. albo w banku. Albo listonosz. Czy ja frajer? Nie, ja wolę tak jak dotychczas godzinami stać na poczcie w kolejce.
Nastąpiła również pozytywna zmiana. Jestem coraz bardziej gościnny. Zaraz po wejściu do mieszkania proponuję swoim gościom kapcie, a potem herbatę. Jeśli niemiecki gość dziwi się taką rozrzutnością i chce mi zapłacić za herbatę, to odpowiadam wielkim gestem i słynnym zwrotem, którego się również nauczyłem w Polsce: "nie wygłupiaj się!"
Ostatni przykład: Noszę dziś w zimie czapkę. Na początku w Polsce śmiałem się z tych mięczaków, którzy nosili wszyscy te same granatowe czapeczki. My w Berlinie przecież mamy prawie te same temperatury i nikt takiej czapki nie nosi. Okazało się, cholera, że słowo PRAWIE jest tu bardzo ważne. Po trzech anginach się już nie śmiałem. Dziś mam cały arsenał czapek, na każdy kierunek wiatru jedną. Jest to zresztą jedną z wielu fajnych zmian w polskim społeczeństwie, które zanotowałem w ciągu tych dziesięciu lat: przy każdym rogu sprzedaje się dziś czapki w innym kolorze.
Zobaczymy, czy za rok będę nawet emanował przekleństwami polskimi. Na razie jestem słaby, nie mam odwagi. Jak to brzmi, jeśli obcokrajowiec rzuca brudnym towarem? Pozwalam sobie najwyżej na "holender" albo "kurdę". A po niemiecku mówię strasznie nieumytą gębą, proszę mi wierzyć! Plugastwo jedno!
Ale po co to napisałem? Aha, chodziło o autobiografię. No to w ten sposób czytelnik przynajmniej dowiedział się, że mam wielkie plany na nowy rok i zamierzam zostać jeszcze przynajmniej przez rok w kraju Sarmatów. Cieszysz się, czytelniku?”
A teraz nieco poważniej o nim ze stron encyklopedii „wikipedia”:
Urodził się jako syn profesora teologii Christiana i nauczycielki religii Sigrun. Ma dwóch młodszych braci, Tilmana i Juliana.
Uczęszczał do gimnazjum humanistycznego Wilhelm-Dörpfeld-Gymnasium w Wuppertalu, gdzie zrobił maturę. W szkole działał aktywnie w kabarecie. Po ukończeniu gimnazjum i odbyciu służby cywilnej udał się na Wolny Uniwersytet w Berlinie na studia teologii i filozofii. Na kurs języka polskiego pojechał do Krakowa. Po ukończeniu studiów w Berlinie wrócił w 1994 do Polski, gdzie pracował najpierw jako nauczyciel języka niemieckiego w Liceum im. Królowej Jadwigi w Warszawie, a potem jako wykładowca języka niemieckiego na Uniwersytecie Warszawskim (m. in. w Instytucie Lingwistyki Stosowanej).
Znany z programu Europa da się lubić, roli Stefana Müllera w serialu M jak miłość oraz z pierwszej edycji programu TVP2 Załóż się, którego prowadzącym był od września do grudnia 2005.
Steffen Möller wydał dwie płyty ze swoimi występami: "Niemiec na Młocinach" i "E, tam, Unia!", jest też autorem książki "Polska da się lubić", która została także wydana po niemiecku pod tytułem "Viva Polonia".
Jest kawalerem. Mieszka w Warszawie, na Muranowie.
Steffen Möller zasiadał wśród zagranicznych gości talk-showu „Europa da się lubić” już od pierwszego odcinka. W programie występował regularnie. 21 czerwca 2008 roku wziął udział w ostatnim odcinku programu – „Europa bye, bye”.
Poniżej kilka fotek z wieczornego występu w Monachium:
(js)
Steffen Möller podczas występu - prezentacji swej książki.
Zachwycona widownia
Zachwycona widownia
Po występie Steffen Möller sygnował swą książkę. Wielbicielki były jak wniebowzięte...
|