
Kartka z środy, 25 marca 2009
Amerykański kryzys na rynku kredytów hipotecznych przerodził się w ogólnoświatowy krach gospodarczy. Zniknęła masa pieniędzy. Według szacunków Bank of England z końca ubiegłego roku instytucje finansowe na całym świecie straciły 2,8 bilionów US dol. To wartość mniej więcej 140 milionów aut marki VW-Golf.
- Gdzie podziała się ta forsa?
Max Otte (44), autor książki „Der Crash kommt” („Nadejdzie krach”), która ukazała się w Niemczech wiosną roku 2006, jeszcze zanim zaczęto mówić o kryzysie, już wtedy dał odpowiedź. Mieszkający obecnie w centrum Kolonii Otte jeszcze przed trzema laty był mało znanym profesorem ekonomii w Wyższej Szkole (Fachhochschule) w Worms w Nadrenii-Palatynatynacie. Dziś tę jego książkę poczytać można nawet po chińsku.
Profesor Otte pisze tak: „Jeśli chcemy wiedzieć, dokąd wypłynęły te pieniądze, musimy najpierw pojechać do Ameryki i popatrzeć na przedmieścia miast, gdzie powstały nowe piękne osiedla domków jednorodzinnych.” Na przykład, Mantua Avenue w małym Henderson w stanie Nevada, czy przedmieścia Las Vegas, też w Nevadzie. Dziś, po z górą 10 latach tylko w tym stanie przeszło 22 tysiące nowych, pustych domów czeka na sprzedaż. W całej Ameryce stoi ich aż 4,67 mln! Ich przeciętna cena to 212.000 dolarów. I nie ma na nie kupców. To czyni przeszło 990 miliardów dolarów wmurowanych w ich podłogi i ściany! Przez okres przeszło dziesięciu lat Amerykanie kupowali wszystko, co miało cztery ściany. No i stało się!
Jak świat światem dawanie pożyczek i kupowanie na kredyt, było i jest podstawą każdego systemu finansowego. Od wieków dobry interes dla obu stron. Pod warunkiem, że biorący pożyczkę może ją spłacić...
Jeszcze przed kilku laty w Ameryce niemal każdego było stać na kredyt. Odsetki do spłaty były niskie jak nigdy a handlarze nieruchomościami kusili: „Weźmiesz kredyt np. 200.000 dol., kupisz dom, którego wartość ciągle rośnie. Za 5 lat będzie wart 300.000, wtedy go sprzedasz i będziesz miał już sporą sumę na następny. Możesz też wziąć inny kredyt i spłacać obecny. Wzbogacisz się!” Ten haczyk połknęło wielu, nawet tych zarabiających po 5 dol. za godzinę… Dlatego budowano coraz więcej domów i coraz więcej osób zaciągało kredyty.
Aż do momentu, gdy olbrzymia podaż domów sprawiła, że rynek się nasycił i ich ceny zaczęły nagle spadać. Niemal z dnia na dzień miliony Amerykanów przestały mieć za co spłacać swe kredyty hipoteczne a banki wchodząc w posiadanie domów, nie mogły ich sprzedać.
A dlaczego kryzys objął cały świat?
Profesor Max Otte, który doktoryzował się na Uniwersytecie w Princeton, wykładał w Bostonie a w międzyczasie uzyskał amerykańskie obywatelstwo, i na to pytanie dał jeszcze odpowiedź zanim do kryzysu doszło. Banki Goldman Sachs, JP Morgan, Morgan Stanley czy Lehman Brothers - i nie tylko one - oprócz codziennych interesów, zajmują się wymyślaniem nowych „produktów” finansowych na sprzedaż. Jeden taki „produkt“ Mortgage Backed Securities (papier wartościowy zabezpieczony hipotecznie - niektórzy nazywają go "toksycznym papierem wartościowym") mocno przyczynił się do umiędzynarodowienia kryzysu. Sprzedano go w ogromnej ilości bankom na całym świecie i sprowadziło się to do tego, że odsetki płacone przez nabywców domów zaczęły płynąć nie do banków, gdzie zaciągnięto kredyt a do nabywców MBS, czyli niemal wszystkich banków na świecie. W teorii bardzo dobry interes dla wszystkich. Kredytobiorca był zadowolony, bo kupował dom, bank hipoteczny udzielający kredytu był zadowolony, bo nie musiał latami czekać na odsetki, a bank-nabywca, bo dostawał pieniądze za kredyt, którego nie udzielił a kupno kosztowało go mniej.
Na początku wszystko szło jak po maśle. Papiery MBS stały się szlagierem. Jak świeże bułeczki kupowały je takie tuzy jak Deutsche Bank, Schweizer UBS, francuski Crédit Agricole, brytyjski Royal Bank of Scotland, czy japoński Mizuho. Doszło nawet do tego, że popyt na MBS przerósł ilość hipotek w USA!
Trzeba więc było coś z tym zrobić. No i wymyślono. Amerykańskie banki hipoteczne obniżyły jeszcze bardziej kryteria udzielania kredytów. Nie pytano o kapitał własny, nie pytano o stałe zarobki. Kredyty zaczęto rozdawać niemal bezrobotnym... W latach od 2000 do 2005 wysokość MBS i „Subprime” (tych tańszych) wzrosła z 495 mld do 625 mld. US dol. A tylko w 2005 roku Goldman Sachs wypłacił swym pracownikom przeszło 10 mld US dol. tytułem premii za zawarcie umowy. Sam jego szef, Henry Paulsen (później minister finansów u boku prezydenta Busha, tego sprzed roku) zgarnął wówczas – bagatela! - 38,3 milionów.
Gdy ciułający kredytobiorcy spekulowali na temat „interesu życia”, banki inwestycyjne wymyślały dalsze zagmatwane „produkty”. I tak powstały „Collateralized Debt Obligation” czy „Credit Default Swap”, które tak na dobrą sprawę też są papierami warościowymi. Te również sprzedawały się bardzo dobrze.
No i mamy hipoteki, mamy papiery wartościowe i mamy... niszczejące powoli domy w USA, na które brak nabywców. Tylko pieniędzy brak.
Bankowcy nabrudzili, sprzątają rządy...
Naturalnie wielu kredytobiorców spłaci swe długi. Będą więcej pracować i mniej kupować po to tylko, by spłacić długi. Pieniądze, które „wyparowały”, po ochłodzeniu atmosfery, co niestety trochę potrwa, znów zamienią się w wodę i popłyną. Tylko, że banki nie mogą czekać. Kilka ich setek na całym świecie wchodząc w tę grę, splajtowało. Reszta otrzymuje finansowe wsparcie rządów.
Przetasowanie
Kryzys okazuje się wspaniałym interesem dla najbogatszych. Wykupują naprędce wszystko to, co potaniało. Np. jeden z najbogatszych na świecie Warren Buffett wykupił za 2,1 mld US dol. tanie akcje amerykańskiego koncernu General Electric, książę Arabii Saudyjskiej, Alwaleed bin Talal, za 350 mln US dol. akcje amerykańskiego Citibank (rząd amerykański wpompował w niego jeszcze w ubiegłym roku 20 mld US dol.) a Emiraty Arabskie właśnie inwestując prawie 2 mld euro w Daimlera Benza, stały się jego najpoważniejszym indywidualnym akcjonariuszem (9,1%). Najwięcej wykupuje jednak działający w imieniu rządu Chińskiej Republiki Ludowej, niejaki Gao Xiqing szef firmy China Investment Corporation (CIC). Zainwestował już przeszło 80 mld US dol. w akcje rozmaitych firm na świecie. I nadal działa... ........................................................................
Kartka z soboty, 21 lutego 2009
Pisaliśmy już w „Poloniku” , jak traktuje widza nasza rodzima telewizja. Okazuje się że nie jesteśmy w swych poglądach odosobnieni. Oto, co na ten sam temat napisał – moim zdaniem – jeden z najlepszych obecnie polskich dziennikarzy telewizyjnych, Tomasz Lis w swej książce „My naród” (Świat Książki, Warszawa 2008) na stronach 196-198: „...Jednym z największych polskich paradoksów dzisiejszej Polski i polskich mediów jest fakt, że w momencie, gdy Polacy są w sensie instytucjonalnym, cywilizacyjnym i mentalnym tak bardzo w Europie jak nigdy w naszej historii, nasze media zamiast się europeizować, szybko się prowincjonalizują. Nie realizowałem nigdy <komparatystycznego projektu badawczego>, który pozwoliłby mi tego dowieść w sposób statystyczny, ale masę dowodów przynosi każdy dzień. W dniu, w którym we wszystkich stacjach radiowych i telewizyjnych na <jedynce> jest trzęsienie ziemi w Chinach, oglądam w jednej z telewizyjnych stacji magazyn pod obiecującym tytułem <Polska i świat>. I co widzę? O Chinach jest mowa w piętnastej minucie. Pierwszych osiem (!!!) minut to materiał o tym, czy pan Ziobro jest z panią Kotecką, czy nie. Trudno mi sobie wyobrazić większe zachwianie proporcji, to w ujęciu delikatnym. W mniej delikatnym trudno mi sobie wyobrazić większą utratę kontaktu z rzeczywistością. Przy czym jest to tym bardziej bolesne, że program prowadzi dwójka dobrych i inteligentnych młodych dziennikarzy, a jedno z prowadzących (być może drugie też, tego nie wiem) zna świetnie kilka języków obcych i przez kilka lat siedziało w tematyce międzynarodowej. Czy oni nie widzą, że robią ludziom wodę z mózgu?
Jest, niestety, cała masa spraw, którymi żyje świat, o których w naszych mediach nie mówi się nic, mówi się niewiele albo mówi się o nich i pisze na marginesie, przy okazji, w dziesiątej kolejności. Nie miałbym pojęcia o tym, co się dzieje na świecie, gdybym każdego dnia nie oglądał CNN, BBC World i gdybym nie czytał kilku zagranicznych gazet. Gdy świat huczy o irańskim programie badań jądrowych, u nas niemal się o tym nie mówi. Gdy na tapecie we wszystkich światowych mediach jest Darfur, u nas poświęca się mu maleńkie teksty na piętnastej stronie albo nie mówi się o nim nic. Gdy świat mówi o globalnym ociepleniu, u nas ocieplenie albo ochłodzenie odnosi się wyłącznie do relacji między prezydentem a premierem. (...)”„...Jednym z największych polskich paradoksów dzisiejszej Polski i polskich mediów jest fakt, że w momencie, gdy Polacy są w sensie instytucjonalnym, cywilizacyjnym i mentalnym tak bardzo w Europie jak nigdy w naszej historii, nasze media zamiast się europeizować, szybko się prowincjonalizują. Nie realizowałem nigdy <komparatystycznego projektu badawczego>, który pozwoliłby mi tego dowieść w sposób statystyczny, ale masę dowodów przynosi każdy dzień. W dniu, w którym we wszystkich stacjach radiowych i telewizyjnych na <jedynce> jest trzęsienie ziemi w Chinach, oglądam w jednej z telewizyjnych stacji magazyn pod obiecującym tytułem <Polska i świat>. I co widzę? O Chinach jest mowa w piętnastej minucie. Pierwszych osiem (!!!) minut to materiał o tym, czy pan Ziobro jest z panią Kotecką, czy nie. Trudno mi sobie wyobrazić większe zachwianie proporcji, to w ujęciu delikatnym. W mniej delikatnym trudno mi sobie wyobrazić większą utratę kontaktu z rzeczywistością. Przy czym jest to tym bardziej bolesne, że program prowadzi dwójka dobrych i inteligentnych młodych dziennikarzy, a jedno z prowadzących (być może drugie też, tego nie wiem) zna świetnie kilka języków obcych i przez kilka lat siedziało w tematyce międzynarodowej. Czy oni nie widzą, że robią ludziom wodę z mózgu?
Jest, niestety, cała masa spraw, którymi żyje świat, o których w naszych mediach nie mówi się nic, mówi się niewiele albo mówi się o nich i pisze na marginesie, przy okazji, w dziesiątej kolejności. Nie miałbym pojęcia o tym, co się dzieje na świecie, gdybym każdego dnia nie oglądał CNN, BBC World i gdybym nie czytał kilku zagranicznych gazet. Gdy świat huczy o irańskim programie badań jądrowych, u nas niemal się o tym nie mówi. Gdy na tapecie we wszystkich światowych mediach jest Darfur, u nas poświęca się mu maleńkie teksty na piętnastej stronie albo nie mówi się o nim nic. Gdy świat mówi o globalnym ociepleniu, u nas ocieplenie albo ochłodzenie odnosi się wyłącznie do relacji między prezydentem a premierem. Któregoś dnia wszystkie serwisy telewizyjne za granicą zaczęły się od ważnej wypowiedzi prezydenta Iranu na temat programu nuklearnego, który Iran miał kontynuować niezależnie od międzynarodowej presji. W trzech najważniejszych w Polsce dziennikach telewizyjnych tego dnia znalazła się jednak inna wiadomość z zagranicy. We wszystkich ta sama, opatrzona tymi samymi zdjęciami. Oto czternastolatek z Wielkiej Brytanii, który ma potężną nadwagę, zaczyna tracić kilogramy skacząc na batucie. Oto co o wydarzeniach na świecie dowiedziało się tego dnia kilkanaście milionów Polaków. Ponieważ mam absolutną pewność, że wydawcy <Wiadomości>, <.Faktów> i <.Wydarzeń> nie kontaktowali się ze sobą w tej sprawie, mam prawo sądzić, że to anegdotyczne wydarzenie wskazuje na pewną tendencję. (...) I przyznaję, mam tu poczucie także swojej odpowiedzialności. (...)” ........................................................................................
Kartka z wtorku, 17 lutego 2009 roku
W kinach wyświetlają film "Operation Walküre - Das Stauffenberg-Attentat". Jest to oparta na faktach historia zamachu na Adolfa Hitlera, który w krytycznym momencie II wojny światowej zorganizowała grupa niemieckich wojskowych pod wodzą pułkownika von Stauffenberga. Akcja filmu rozgrywa się w 1944 r. Grupa oficerów Wehrmachtu, mająca już dosyć rządów Hitlera, organizuje zamach stanu. Przywódcami tego zamachu stają się pułkownik Claus Philipp Maria Schenk Graf von Stauffenberg (Tom Cruise) i generał major Henning von Tresckow (Kenneth Branagh).
- Film jako próba idealizowania niemieckiego oficera wydaje się nieco moralnie podejrzana. W "Le Monde" ujawniono, że pułkownik Claus von Stauffenberg wierzył w wyższość rasy germańskiej, chciał Rzeszy z Austrią i Sudetami, nie oburzał go los Żydów (choć był przeciwny ich fizycznemu unicestwianiu) a o Polakach zwykł był mówić, że "dobrze się czują tylko pod knutem"...
Słowa te potwierdza też Encyklopedia "Wikipedia", gdzie znaleźć można m.in taki fragment: "Uznawany współcześnie Stauffenberg w demokratycznych Niemczech za bohatera narodowego, był konserwatywnym nacjonalistą. Jego poglądy względem niemieckiej wojny na Wschodzie i przeciwko Polsce były zgodne z ideologią niemieckiego nacjonalizmu o długiej tradycji, który nie ograniczał się wyłącznie do ideologii nazistowskiej. Podczas kampanii 1939 roku wyraził szereg rasistowskich uwag na temat polskiego społeczeństwa oraz zadowolenie z użycia pracy niewolniczej przez Niemcy. W liście do swojej żony Niny pisał m.in.: Ludność to niesłychany motłoch, tak wiele Żydów i mieszańców. To lud, który czuje się dobrze tylko pod batem. Tysiące jeńców wojennych posłuży nam dobrze w pracach rolniczych. Poglądy te nie ograniczały się do prywatnie wyrażanych opinii, lecz znalazły miejsce także w założeniach programowych spiskowców Stauffenberga. W książce "Germans against Hitler. 20 July 1944" jaką napisali Erich Zimmermann i Hans-Adolf Jacobsen, omówione są cele jakie stawiali sobie po zwycięstwie, współtowarzysze Stauffenberga oraz on sam. Należały do nich warunki pod jakimi rozpoczęłyby się negocjacje z Aliantami. Spiskowcy domagali się panowania nad ziemiami polskimi, zamieszkałymi przez miliony Polaków, takimi jak Wielkopolska z Poznaniem, Górny Śląsk i Pomorze Gdańskie, co potwierdzał podany przez Stauffenberga punkt ósmy głoszący m.in. Granice Rzeszy z roku 1914 na wschodzie."
- Może warto o tym pamiętać. ..................................................................
Kartka z czwartku, 12 lutego 2009 roku
Jan Rokita stał się wczoraj powodem skandalu, jaki wybuchł na lotnisku w Monachium w samolocie lecącym do Krakowa. On sam wyjaśnia, że chodziło o złe potraktowanie przez pokładową obsługę płaszcza jego żony (Nelli Rokita, posłanka z ramienia Prawa i Sprawiedliwości, Niemka pochodząca z Kirgistanu). - To iście żenujące tłumaczenie, bo nieporozumienie raczej tu nie mogło chodzić.
- Nie lubię skandali, które wywołują polscy politycy. Nie identyfikuję się z tym, co robią a mimo to wstydzę się tu za nich. O Rokicie było już cicho (ponoć wycofał się z polityki w 2007 roku z miłości do żony), dlatego pewnie z chęci wzniecenia rozgłosu wokół swej osoby, doprowadził do skandalu... Dziś koledzy przy śniadaniu w kantynie (sami prawnicy starający się obiektywnie podchodzić do sprawy) pytali mnie, dlaczego polski polityk nie chciał zapiąć pasów przed odlotem i z tego powodu trzeba go było usunąć z pokładu. Odpowiedziałem pytaniem na pytanie: dlaczego policja używała niecenzuralnych określeń wobec niego? Ale to przecież nie załatwia sprawy.
Sprawę załatwiła pomagając Rokicie monachijska Pani Konsul. Czyżby sam nie umiał się dogadać? .....................................................................................................
Kartka z niedzieli, 21 grudnia 2008 roku
Listopadowy pobyt w Warszawie zaowocował siedemnastoma przywiezionymi stamtąd książkami. Wśrod nich jest jedna, którą przeczytałem jeszcze w samolocie a z której koniecznie muszę wynotować sobie pewną anegdotkę. Chodzi o to, jak były minister spraw zagranicznych RP, Stefan Meller, zareagował podczas pewnej rozmowy będąc jeszcze wtedy we Francji ambasadorem RP:
"(...) Niekiedy moi rozmówcy byli wręcz niegrzeczni; może nawet nie były to świadome złośliwości, tylko paternalistyczne poklepywania po plecach: ot, sympatyczny z ciebie chłop, jak na półdzikiego Europejczyka, gdzieś z antypodów, nawet całkiem nieźle.
Kiedyś w rozmowie z jednym z wybitnych polityków socjalistycznych doszło wreszcie do spięcia: nie mogłem dłużej słuchać gadki o polskim piciu, polskiej – oczywiście plebejskiej w charakterze – wierze, właściwie bardziej pogańskiej niż chrześcijańskiej. W końcu miałem do czynienia z bardzo bystrym facetem, postanowiłem więc zażyć go anegdotą historyczną. – Kiedy pana słucham – powiedziałem – myślę cały czas o waszym wielkim premierze Clemenceau. Wie pan, kiedy skończyła się konferencja pokojowa w Paryżu po I wojnie światowej, Georges Clemenceau wydał przyjęcie na cześć polskiego premiera, wielkiego pianisty, Ignacego Paderewskiego. Mam nadzieję, że kojarzy pan tę postać? – Oczywiście – powiedział mój rozmówca – któż by nie kojarzył Paderewskiego. – Przyjęcie było bardzo wystawne, odbywało się we wspaniałym, istniejącym zresztą do dzisiaj, hotelu Lutétia na bulwarze Raspail. W czasie konferencji pokojowej mieszkał tam Roman Dmowski. Ach, jakie ostrygi podają w tamtejszej restauracji...
Otóż w pewnym momencie, w trakcie przyjęcia, Clemenceau podszedł do Paderewskiego i zaczął mu czynićwymówki: - Panie premierze, przykrość mi pan czyni. – Dlaczego? – spytał Paderewski. – Przyjęcie jest na pana cześć, bardzo się starałem, żeby wszystko wypadło jak najlepiej; pociągiem sprowadziłem nawet z pańskiego kraju polską wódkę. Ale pan nie pije. Jestem tym zdumiony, bo u nas powiada się „pić jak Polak”. A na to Paderewski: - W rzeczy samej, nie piję, mam dolegliwości żołądkowe. Ale niech pan się nie przejmuje, panie premierze. U nas w Polsce mówi się „grzeczny jak Francuz”, z czego wynika, i pan się myli, i ja się mylę.
Kochałem tę anegdotę, użyłem jej jeszcze parokrotnie w podobnych okolicznościach. (...)" ....................................... Cytat pochodzi z książki Michała Komara i Stefana Mellera: "Świat według Mellera. Życie i polityka: ku przyszłości." Tom 2, Wydawn.: Rosner & Wspólnicy, Maj 2008, ISBN: 978-83-60336-26-7.
...................................................................................................
Kartka z poniedziałku, 17 listopada 2008 roku
Kolejny polonik. I to jaki ! Restauracja, galeria i hotel o nazwie "Polish Place" w samym centrum turystycznym Australii, nieopodal Brisbane i Gold Coast (Tamborine Mountain) nie tylko raczą swych gości obsługiwanych przez kelnerki ubrane w polskie stroje ludowe polskim jedzeniem. Goście słuchają muzyki Chopina i w każdym pomieszczeniu czy to restauracji czy to domku hotelowego widzą przeróżne przedmioty przypominające Polskę.
Mało tego! Dziś wieczorem podczas gali wszystkich restauratorów Gold Coast "Polish Place" jako jedyny wśród konkurentów zdobył aż dwie bardzo prestiżowe nagrody! Właściciele - małżeństwo Ania i Phil Sowter potrafili dobrać do typowo polskich dań wspaniałe wina australijskie i to spotkało się to z takim uznaniem, że w opinii jurorów zdystansowali oni tym samym wszystkich innych restauratorów.
A mówi się, że Polacy tylko na wódce się znają...
(Inf. wł.)

Państwo Ania i Phil Sowter.
Ania Sowter z domu Wojtkowiak mieszka już w Australii od przeszło 35 lat ale gdzie spojrzeć czy to w Jej domu, czy w restauracji, właściwie w obojętnie jakim miejscu widać coś, co przypomina Polskę...

Zdobyte trofea.
Od lewej: Phil Sowter, Grażyna Sonnewend, Ania Sowter i Jerzy Sonnewend.
Strona internetowa Polish Place:
http://www.polishplace.com.au
................................................................................................
Kartka z niedzieli, 9 listopada 2008 roku
Znalazłem polonik nawet w Singapurze! W samym centrum miasta, w parku tuż koło ekskluzywnej restauracji w jednym z najelegantszych biurowcow naprzeciwko szpitala miejskiego znalazłem pomnik Chopina. Stoi między Dante a Nelsonem.
.........................................................
Kartka z środy, 5 listopada 2008
Barack Obama będzie 44 prezydentem USA.
A wczoraj Rosja obchodziła Dzień Jedności Narodowej. To najnowsze rosyjskie święto państwowe zastąpiło święto z okazji rocznicy wybuchu rewolucji październikowej, obchodzone kiedyś 7 listopada. Z tej okazji prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew wydał na Kremlu specjalne przyjęcie.
Ustanowione w grudniu 2004 roku z inicjatywy jego poprzednika na kremlowskim tronie - Władimira Putina święto upamiętnia rocznicę wyzwolenia Moskwy spod polskich rządów w roku 1612 i zakończenia okresu zamętu, w jakim na przełomie XVI i XVII stulecia pogrążyła się Rosja.
Dzień Jedności Narodowej zbiega się z obchodzonym przez rosyjską Cerkiew prawosławną Dniem Ikony Matki Boskiej Kazańskiej. To cudownemu wpływowi tego obrazu, przyniesionego z Niżnego Nowogrodu do Moskwy przez oddziały kupca Kuźmy Minina i księcia Dymitra Pożarskiego, przypisuje się wypędzenie polskiej załogi z Kremla.
..................................................................
Kartka z poniedziałku, 3 listopada 2008 roku
Dawno nie byłem w kinie. Więc poszedłem. Na film, który wszedł na ekrany kin 23 października. Nakręcony w Monachium i polskiej Legnicy niemiecki film „Anonyma − eine Frau in Berlin” traktuje o ostatnich dniach II wojny światowej w Berlinie i bezpośrednio po jej zakończeniu. Owe czasy dla niemieckich kobiet były okresem nieustannych gwałtów, jakich za milczącym przyzwoleniem nawet Stalina dopuszczali się sowieccy żołnierze. Wówczas to ponoć Niemki pytały się nawzajem nie: „Czy?” ale „Ile razy?”...
Kanwą filmu były pisane szczerze i bez jakiejkolwiek samocenzury wspomnienia dziennikarki Marty Hillers. Przekazała je ona potem potajemnie, prosząc o nieujawnianie nazwiska, piszącemu pod pseudonimem pisarzowi o nazwisku Kurt W. Marek a ten z kolei pewnemu wydawnictwu amerykańskiemu, które wydało je po angielsku już w 1954 roku. Potem dokonano tłumaczeń na osiem innych języków europejskich i japoński. Po niemiecku, po raz pierwszy wydano je w 1959 roku. Było to jednak za wcześnie. Książkę pominięto milczeniem i nie znalazła żadnego oddźwięku. Jest to poniekąd zrozumiałe – przecież właśnie dorastały poczęte wówczas dzieci... Dopiero po śmierci autorki i ponownym wydaniu w 2003 roku pod tytułem „Eine Frau in Berlin. Tagebuchaufzeichnungen vom 20. April bis 22. Juni 1945” przez frankfurckie wydawnictwo Eichborn Verlag, wspomnienia stały się bestsellerem.
Zarówno książka jak i film są głęboko poruszającym i dającym wiele do myślenia dramatem. Berlin wiosną 1945 roku. Młoda, trzydziestokilkuletnia kobieta, była dziennikarka, która jeszcze przed wojną pisała korespondencje z Moskwy, 20 kwietnia – akurat w dniu urodzin Hitlera – zaczyna w znalezionych w opuszczonym mieszkaniu trzech zeszytach, notować swe przeżycia. Będzie je pisała do 22 czerwca 1945. Opowiada o życiu we wspólnotach piwnicznych, starców kobiet i dzieci, wśród ruin i mas trupów. O głodzie, o apatii i braku nadziei na cokolwiek. I hordach brudnych, cuchnących i pijanych czerwonoarmiejców dokonujących często na oczach dzieci i innych towarzyszy niedoli zbiorowych perwersyjnych gwałtów, nawet na staruszkach…
Jest to obraz bardzo prawdziwy, ukazujący różnorodność reakcji i postaw ludzkich. W jednej ze scen na przykład jedna z kobiet mówi: „Jeśli Ruscy zaczną wyczyniać, to co wyczyniali nasi bracia, ojcowie i mężowie tam u nich, będzie jeszcze gorzej!” W innej, zgwałcone kobiety myśląc o niszczycielskich nalotach bombowych silą się na żarty: „Lepszy Ruski na brzuchu niż Amerykanin nad głową!”. Narratorka pisze zresztą, iż bywało inaczej. Chęć przeżycia zmuszała do prostytucji. „Kiedy wstałam, poczułam zawrót głowy, mdłości. Ubranie opadło na stopy. Szłam, zataczając się. (...) Powiedziałam głośno: »Cholera«. I podjęłam decyzję. To jasne. Tu potrzebny jest wilk, który uchroniłby mnie przed tym stadem wilków. Oficer, komendant, generał czy kto tam jeszcze” - pisze. I tak też czyni. Dzięki znajomości rosyjskiego poznaje pewnego wysokiego oficera, Anatolija. Teraz prostytuuje się już prawie tylko z nim i pod jego opieką i ochroną. Anatolij, często głęboko zamyślony (jego żona ponoć po takich samych wyczynach Niemców miała się powiesić) troszczy się o nią i jej sąsiadów, przynosi prowiant, jest czuły. Zawiązuje się nawet pewna nić uczucia. Ale nie na długo. Z pobytu na froncie wschodnim wraca zdruzgotany psychicznie jej poprzedni ukochany, Gerd. Widząc ją w ramionach Anatolija, nie chce słyszeć żadnych tłumaczeń. Wkrótce potem oddelegowują Anatolija gdzie indziej. Gerd też odchodzi...
Dramat kobiet u schyłku wojny i krótko po niej. Nie tylko Niemek. Gwałtów dopuszczano się też na kobietach innych narodowści, również tych „sojuszniczych”. Były ich setki tysięcy. Dopuszczali się ich też oswobodzicielscy Amerykanie. Według szacunków historyków, „Amis” dokonali ich co najmniej 17 tysięcy.
- Cóż, kiedyś mężczyźni toczyli wojny tylko między sobą i tylko według pewnych zasad. Od jakiegoś jednak czasu rycerskość to już tylko przeszłość...
W Niemczech film i książka będą omawiane na lekcjach historii, niemieckiego oraz filozofii i etyki od dziesiątej klasy szkół ponadpodstawowych.
....... Anonyma: "Eine Frau in Berlin. Tagebuchaufzeichnungen vom 20. April bis 22. Juni 1945". Eichborn Verlag, Frankfurt am Main; 300 Seiten; 19,90 (limitierte Ausgabe 27,50) Euro.
...........................................................................
Kartka z wtorku, 28 października 2008
I Bogdan i ja zaczynamy wracać do siebie. Jeszcze nie jest całkiem dobrze ale już wiemy, że "Polonik" nie padnie. Przynajmniej jeszcze nie teraz. ...........................................................................
Karta z środy, 22 października 2008
Bogdan przysłał mailem wiadomość, że już ledwo zipie i nie daje rady. Ja czuję się podobnie, jeśli nie gorzej. "Robienie pisma" to praca na dobrych kilka pełnych etatów. - Chyba trzeba będzie "zawiesić na kołku" tę działalność...
.............................................................................
Kartka z środy, 10 września 2008
Zbliżają się smutne rocznice. Chodzi o Monachium i sprawę Sudetów we wrześniu 1938 r. oraz o czwarty rozbiór Polski też we wrześniu, ale 1939. W pierwszym wypadku rząd w Pradze zmuszony został pod naciskiem Francji i Wielkiej Brytanii do odstąpienia Hitlerowi najpierw Sudetów, a potem całego suwerennego państwa czechosłowackiego.
W drugim wypadku na mocy tajnych klauzul układu Stalina z Hitlerem z sierpnia 1939 r. Polska, 1 września najechana przez III Rzeszę, została 17 dni później dobita przez Armię Czerwoną. Stalin podzielił się Polską z Hitlerem, co dało okazję do wspólnej defilady w Brześciu nad Bugiem.
Naturalnie Europa 2008 to nie Europa 1938 a samo porównanie czy zbieżność dat nie świadczy o niczym. Ale daje do myślenia. Jeszcze kilka dni temu nikt właściwie nie wiedział, co to jest i gdzie leży Osetia. W 1938 r. rząd brytyjski nie widział powodu do wojny o „jakiś oddalony kraj, o którym nic nie wiemy”, a rok później pytano z ironią, dlaczego ktoś miałby „umierać za Gdańsk”.
W obu wypadkach strona zaatakowana milczała: Czechów i Słowaków nie było na konferencji w Monachium a Polaków nikt nie pytał o zdanie. Natomiast strona atakująca, czyli Hitler i Stalin, przemawiała. Obaj powoływali się, naturalnie w imię obrony pokoju i praw człowieka, na to samo, co głosi Miedwiediew. Uzasadniali swoje roszczenia i czyny koniecznością obrony życia i godności rodaków, Niemców w Sudetach, Ukraińców i Białorusinów w Polsce.
Historia raczej się nie powtarza ale uczy i dlatego warto ją znać. .............................................................................................
Kartka z poniedziałku, 1 września 2008 roku
Media jakby mniej piszą o kolejnej rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. Pewnie dlatego, że temat już bardzo znany. - Ale przemilczeć nie wolno. Choćby przez szacunek dla wszystkich, którzy utracili w tej wojnie życie, zdrowie lub majątek. Nie wspominając już o cierpierniach, które musieli ponieść i ponoszą do dziś. Kiedyś ktoś, kto przeżył holokaust powiedział: "wyszedłem z holokaustu, ale on nie wyszedł ze mnie..." - Ta trauma pozostanie w nim do końca życia... A więc nie wolno nam zapomnieć, że 1 września 1939 po ataku III Rzeszy niemieckiej (w porozumieniu z ZSRR) na Polskę rozpoczęła się II wojna światowa. W chwili wybuchu wojny Polska miała układ sojuszniczy z Francją z 1921, układ sojuszniczy z Wielka Brytanią z 25 sierpnia 1939 oraz sojusz z Rumunią. Niemcy były powiązane z ZSRR paktem Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939, który de facto dzielił Europę Środkową na strefy wpływów obu państw i dawał Niemcom wolną rękę w wojnie z Polską. Formalnie wojna nabrała charakteru światowego z chwilą wypowiedzenia jej przez Wielką Brytanię i Francję 3 września 1939. Wraz z Wielką Brytanią do wojny przystąpiły Indie i główne państwa Wspólnoty Brytyjskiej: Australia i Nowa Zelandia (3 września), RPA (6 września) i Kanada (10 września). Neutralność zachowały Węgry i Rumunia. 17 września bez określonego w prawie międzynarodowym wypowiedzenia wojny zaatakowała Polskę Armia Czerwona. Agresja ZSRR rozstrzygnęła o klęsce militarnej Polski w kampanii. ZSRR okupował terytorium Rzeczypospolitej do linii paktu Ribbentrop-Mołotow. Atak ten złamał polsko-sowiecki pakt o nieagresji z 1932, który miał obowiązywać do 1945 roku. ........................................................................
Kartka z środy, 13 sierpnia 2008 roku
Były nowojorski 41-letni prawnik Mikheil Saakashvili (z amerykańską żoną) wygrał reelekcję na prezydenta w 2008 r. m.in. obiecując przyłączenie zbuntowanych prowincji do Gruzji. W związku z tym zbrojnie zamierzał to zrobić w sierpniu br. A Rosjanie tylko na to czekali. Stanęli „za wolą obywateli” z owych prowincji. Przedtem wydali im rosyjskie paszporty i fundują bezpłatną naukę oraz opiekę zdrowotną...
Rosja zatem „broni pokoju” w regionie a Gruzinom grozi sądami za „ludobójstwo” na mieszkańcach Osetii...
Jak się jednak okazuje chodzi tu o zupełnie inne interesy. Rosji zależy na ponownym podporządkowaniu bogatego w ropę Zakaukazia a Zachodowi na swobodnym dopływie ropy naftowej rurociągiem z Azerbejdżanu via Gruzja do Turcji (przepływa nim 1% światowych dostaw).
Prezydent Saakashvili postawił na Zachód; wysłał 2000 żołnierzy do Afganistanu i Iraku, na „ćwiczenia” przeciw Rosji. NATO z kolei obiecało przyjęcie Gruzji do swej organizacji, aby krok po kroku okrążyć Rosję.
Jeszcze na dzień przed wojną Putin siedział mile rozmawiając obok Busha podczas ceremonii otwarcia Olimpiady. Obaj za plecami po cichu wydawali rozkazy, pierwszy co do ataku a drugi co do przywiezienia owych 2000 żołnierzy z powrotem do Gruzji.
- No i świat stanął na rozdrożu, bowiem nie wie czym ma się zajmować: zakłamaną i zdopingowaną (widać to gołym okiem, ale dowodów brak) Olimpiadą czy zakłamaną wojną w Gruzji?
...........................................................
Kartka z poniedziałku, 4 sierpnia 2008 roku
Już za parę dni Olimpiada. Szumne hasła o idei czystego sportu o szlachetnej rywalizacji.
A mnie przypomina się Finał Pucharu Azji w piłce nożnej sprzed roku. Rozegrany został w Dżakarcie między Arabią Saudyjską a Irakiem. Wygrała niespodziewanie drużyna Iraku, reprezentacja kraju pogrążonego w krwawej wojnie domowej. Jego drużyna składała się z sunnitów, szyitów i Kurdów, czyli trzech wspólnot, które w domu wzajemnie się wysadzają w powietrze. Tak poskładana drużyna Iraku osiągnęła ogromny sukces, ale nikt, przede wszystkim sami zawodnicy, nie miał złudzeń: żaden futbolowy sukces nie utrzyma sztucznej jedności osiągniętej na boisku. Do nieporozumień, delikatnie mówiąc, dochodziło już w szatni, prawie każdy z piłkarzy miał w rodzinie ofiary bomb czy zamachów dokonanych przez bojówki spod znaku jego kolegów z drużyny.
Mecz rozgrywany był w Malezji. Zaraz po zakończeniu transmisji w Bagdadzie ludzie zaczęli spontanicznie wychodzić z domów. Oczarowany grą reprezentacji tłum gęstniał wraz z każdą kolejną ulicą którą się posuwał. Mijał zupełnie osłupiałych amerykańskich żołnierzy. Nie uznające zwykle żadnych okoliczności zewnętrznych kolumny wojskowych pojazdów zatrzymywały się i przepuszczały kibiców. Idylla nie trwała jednak długo. Jeden z samochodów pułapek wybuchł dosłownie wprost na przeciw znanej cukierni. Drugi ładunek, też umieszczony w samochodzie, był słabszy, ale i tak zranił wiele osób. Łącznie zginęło ich blisko pięćdziesiąt. To był koniec fety. Wśród ofiar były kobiety i dzieci.
Jaki z tego wniosek? Ten, że do sportu należy podchodzić bez złudzeń i hipokryzji, albowiem żaden, nawet wygrany, mecz nie przywróci pokoju w Iraku, tak jak żaden oburzony wstępniak prasowy nie wypleni dopingu. Jasne, lepiej oglądać mecz piłkarski, niż się wzajemnie zabijać, jasne także, że nie wolno tracić nadziei ani rezygnować z prób naprawy ale trzeba mieć świadomość, że tzw. idea olimpijska, idea czystego sportu, jest wbrew naszym złudzeniom śmiertelnie ranna albo już martwa. Sport, a najlepszy aktualny przykład to olimpiada 2008 w Pekinie, jest dziś zakładnikiem w niewoli forsy, szowinizmu i nacjonalizmu, czyli polityki. .................................................................. Kartka z niedzieli, 3 sierpnia 2008 roku
W najnowszym numerze prestiżowego czasopisma naukowego „Cell" amerykańscy uczeni prezentują działanie dwóch nowych preparatów o roboczych nazwach AICAR i GW1516. Obydwa oddziaływają na geny odpowiedzialne za budowę i funkcjonowanie mięśni.
Gdy laboratoryjnym myszom zaaplikowano GW1516, znacznie szybciej spalały tłuszcz. Natomiast po poddaniu gryzoni treningowi okazało się, że zwierzęta przyjmujące preparat potrafią o 77 proc. dłużej biegać wewnątrz karuzeli niż te, które go nie dostawały.
Jeszcze bardziej spektakularne efekty działania na organizm wykazał AICAR. Myszy, które dostawały go przez cztery tygodnie i wcześniej nie „trenowały", potrafiły biegać w karuzeli o 44 proc. dłużej niż te pozbawione chemicznego wspomagania.
Naukowcy już się obawiają, że tego typu substancje mogą znaleźć zastosowanie w sporcie jako nielegalny doping. ..................................................................
Kartka z piątku, 1 sierpnia 2008 roku
Na forach internetowych wyczytałem taki oto wpis, który skłonił mnie do zastanowienia i ponownego przeczytania. Ciekaw jestem, co sądzą o tym Czytelnicy.
„Nic mnie tak nie wkurza jak głupota Polaków! Bardzo proszę świętujcie czytajcie Davisa a prawda jest taka że w momencie wybuchu powstania Polska Mateczka była już przehandlowana i te 25000 dobrych żołnierzy kwiat naszej młodzieży stanowiło realny problem dla Churchila i Stalina dlatego wykończyli Sikorskiego który nigdy nie zgodziłby się na takie harakiri AK i Wawy. Niemieckimi rękami rozwiązano ten problem za pomocą powstania bo gdyby go nie było musiałby wytłuc naszych chłopców Stalin a wtedy dopiero byłby skandal. Jest to dzień hańby bo paru zdrajców dało rozkaz do fizycznej likwidacji armii walczącej z faszystami i stanowiącej jądro przyszłego ruchu oporu przeciwko sovietom.~jacolalf , 01.08.2008 08:55”
Wynotowuję sobie jeszcze jeden fragment, tym razem bardzo pouczającego tekstu, pióra Czesława Karkowskiego z „Nowego Dziennika” w Nowym Jorku:
„(...) Powstańcy walczyli 63 dni - dłużej niż broniła się w 1940 r. w pełni uzbrojona Francja, zaliczana do potęg światowych. Była to walka beznadziejna, choć liczono na pomoc. Rozpoczęto ją bez większych przygotowań, aby wziąć udział w decydujących fazach wojny, chodziło też o ważny akt polityczny: o wyzwolenie stolicy własnymi siłami, nim wkroczą Sowieci.
W tej nierównej walce Polacy mogli jedynie dawać dowody niezwykłego męstwa, ofiarności i woli walki za ojczyznę. Klęska powstania warszawskiego przypieczętowała los Polski i dobitnie zaważyła na przyszłych losach narodu pokonanego, z syndromem klęski głęboko w świadomości.
Wolność, za którą oddało życie tylu Polaków, przyszła znacznie później, jakby niepostrzeżenie - bez huku dział, szczęku broni, bojowych okrzyków i przemarszu wojsk. Historia ponawianych co pokolenie zrywów powstańczych oraz wyzwolenia w 1918 r. wyrobiły w nas odruch myślenia o niepodległości jako czymś, co wywalczyć można tylko zbrojnie. Na rokowania, pertraktacje, umowy spoglądano podejrzliwie jako na zabiegi pozbawione czystości i jasności orężnego czynu.
Walka o wolność uległa w polskiej kulturze tak silnej mitologizacji, że wszelkie inne sposoby prowadzące do tego samego celu niekiedy uznaje się za odstępstwo. Często także traktowane jako swoista zdrada, sprzeniewierzenie się najwyższemu poświęceniu żołnierzy i powstańców.
Tymczasem wolność to nie rozentuzjazmowane, szczęśliwe tłumy, parady i festyny, to nie "szklane domy", których brak gnębił Stefana Żeromskiego w międzywojennej Polsce, ale przede wszystkim szansa na ciężką pracę, na swobodę decydowania o sobie, o kształcie kraju i kierunku rozwoju.
Polska zyskała po 1989 r. fantastyczną szansę na zbudowanie silnego, suwerennego kraju. Jego siła nie będzie mierzona liczbą czołgów czy myśliwców, ale bogactwem jego mieszkańców, potęgą przemysłu, skarbcami banków polskich, wiedzą, umiejętnościami i energią ludzi, której nie będzie się krępować ideologicznymi względami. Wolność więc to wolność do pracy, do swobodnej rynkowej aktywności, do pomnażania bogactwa, do twórczości wreszcie. Czas odłożyć na bok romantyczne ideały, nadeszła zaś pora pozytywistycznej przyziemności.
Nie znaczy to, żeby zapominać o bohaterstwie powstańców. Przeciwnie, najlepiej oddamy im hołd nie tylko przez pamięć o nich, ale przez pełne wykorzystanie szansy na zbudowanie suwerennej Polski, za którą polegli. Zmarnowanie jej byłoby właśnie sprzeniewierzeniem się temu tragicznemu dziedzictwu.“ ..........................................................................
Kartka z wtorku, 22 lipca 2008 roku
Sięgnąłem po fragmenty tego, co napisał kiedyś Jan Józef Lipski w eseju „Dwie ojczyzny - dwa patriotyzmy”. Sięgnąłem do nich po tym, jak świat obiegły informacje o aresztowaniu nacjonalisty Radovana Karadzića i relacji z procesu skrajnego nacjonalisty i przywódcy Serbskiej Partii Radykalnej, Vojislava Szeszelja przed sądem w Hadze. Obaj oskarżani są o zbrodnie ludobójstwa. Obaj też chcą wykorzystać trybunał jako trybunę do głoszenia swych poglądów.
«...Ojczyzna istnieje tylko wtedy, gdy istnieje też obczyzna; nie ma "swoich", gdy nie ma "obcych". Od stosunku do "obcych" bardziej niż od stosunku do "swoich" zależy kształt patriotyzmu. Jest w tym zawsze coś paradoksalnego, że miłość do kraju i do własnego narodu określana być może dopiero przez stosunek do innych krajów i innych narodów, lecz jest to paradoks właściwy wszelkiemu myślowemu i uczuciowemu wyodrębnieniu.
Kto to są „swoi" - a kto „obcy"? Czym się różni „mój" kraj - od nie mojego? Mój naród - od nie mojego?
Nie chodzi w tych pytaniach o jakieś treści opisowe: że my mówimy po polsku - a „oni" w innych językach; że żyjemy np. w innej strukturze kulturalnej niż „oni" - bo przyjęliśmy chrześcijaństwo w X wieku z Zachodu, bo z Zachodu przyszedł do nas Renesans, Oświecenie, Romantyzm itd. - bo nawet jeśli uważa ktoś z nas, że największym poetą, jakiego ludzkość wydała, jest Goethe albo Dante, albo Shakespeare - to jednak Mickiewicz i Słowacki jakoś inaczej tkwią w nas (czy my w nich) - bo wrosły nam chyba już na zawsze w narodową pamięć lata niewoli i walki o wyzwolenie się z niej itd., itd.; że nawet być może (choć to sporne) cechuje nas w większości coś takiego jak polski charakter narodowy. Rzecz nie w stwierdzeniach opisowych, a w wartościach i ocenach; czy uważamy się za lepszych - czy tylko za innych; czy sądzimy, że w tej inności jest jakaś szczególna wartość (i jaka?); czy uważamy, że przysługują nam z jakiegoś tytułu szczególne prawa i przywileje - a może obowiązki. Zależnie od odpowiedzi na te pytania - wyznajemy różne patriotyzmy. W skrajnych wypadkach - należymy właściwie do różnych ojczyzn - jeśli ojczyzna to przede wszystkim dobra duchowe i wartości, a nie tylko fakt takiej, a nie innej przynależności etnicznej. (...)»
«(...) "Miłość do wszystkiego co polskie" - to częsta formuła narodowej, "patriotycznej" głupoty. Bo "polskie" były przecież i ONR, i pogromy we Lwowie, Przytyku i Kielcach, i getto ławkowe, i pacyfikacje wsi ukraińskich, i Brześć, i Bereza, i obóz w Jabłonnie w 1920 roku - by poprzestać na 20 zaledwie latach naszej historii. Patriotyzm - to nie tylko szacunek i miłość do tradycji, lecz również nieubłagana selekcja elementów tej tradycji, obowiązek intelektualnej pracy w tym zakresie. Wina za fałszywą ocenę przeszłości, za utrwalanie fałszywych moralnie mitów narodowych, za służące megalomanii narodowej przemilczanie ciemnych plam własnej historii - jest zapewne mniejsza z moralnego punktu widzenia niż praktykowanie zła wobec bliźnich, lecz przecież jest przesłanką aktualnego zła i drogą do przyszłego.
Nie lubimy przypominać sobie podboju ogniem i mieczem Jadźwingów - to psułoby nam obraz narodu polskiego, który rzekomo nikogo nigdy nie podbijał. Nie lubimy umieszczać w naszych kompendiach historycznych wiadomości o wymordowaniu załogi Wielkich Łuków po kapitulacji - bo to niezgodne z rycersko-humanitarnym stereotypem naszych dziejów. Zapominamy o metodach zwalczania buntów i powstań ukraińskich, o rajdzie naszego bohatera narodowego Stefana Czarnieckiego, mordującego wieś za wsią, aż do niemowlęcia; o obłędnym kołowrocie wzajemnych odwetów i kontrodwetów, stanowiących od paruset lat ponurą treść historii polsko-ukraińskiej. Szczycimy się polską tolerancją - by półgębkiem tylko wspominać, kiedy się skończyła i jak. Szczycimy się tragicznym udziałem polskich żołnierzy w kampanii hiszpańskiej Napoleona - tak jakby Somosierra, rozgromienie żołnierzy broniących niepodległości swej ojczyzny, była kartą chwały, a staramy się zrobić, co można, by zapomnieć o hańbie Saragossy, lub ją zakłamać. (...)
Nie wolno nam tak postępować! Każde przemilczenie - staje się oliwą do ognia megalomanii narodowej, jest chorobą; każde uchylenie się od uznania własnych win - jest niszczeniem etosu narodowego.
(...)
Ksenofobia i megalomania narodowa wzajemnie się żywią i wspierają. Wiemy, ile wycierpiała Polska od Rosjan i Niemców - co nie usprawiedliwia przekraczania granic głupoty i nienawiści w stosunku do tych narodów; głupotą i nienawiścią człowiek i naród sam sobie szkodzi. Sfaszyzowani Ukraińcy dali się nam we znaki w latach czterdziestych - tu jednak nawet rachunek krzywd i win jest już inny niż z Niemcami, co nic nie pomaga Ukraińcom w potocznej świadomości polskiej. Ale czemu tak często Polak pogardza Czechem ("Pepiczkiem")? Tu widać, jak splata się ze sobą ksenofobia ze zidioceniem, by zgodnie doprowadzić w sierpniu niektórych naszych rodaków do wewnętrznego przyzwolenia na to, co było zarówno przeciw moralności, jak i przeciw naszym narodowym interesom, na inwazję w Czechosłowacji.
Wróćmy do sprawy stosunku ogromnej większości Polaków do Niemców i Rosjan. Trzeba powtórzyć, że nienawiścią i głupotą człowieka i naród sam sobie szkodzi. Niedostrzeganie moralnych problemów tam, gdzie są, bo tak jest wygodniej - deprawuje moralnie. Do Niemców mamy od wieków wiele pretensji. To cesarze niemieccy najeżdżali nasz kraj, by go sobie podporządkować, nie odwrotnie. Teutoński Zakon Krzyżowy Najświętszej Marii Panny był zmorą Prusów, Litwinów, Pomorzan i Polaków. Prusacy wraz z Rosjanami i również niemieckojęzycznymi Austriakami rozebrali I-szą Rzeczpospolitą. Rugi, Hakata, prześladowania narodowo-religijne pod pruskim zaborem były już pierwszą zapowiedzią tego, co stało się w czasie drugiej wojny światowej. O ogromie zbrodni hitlerowskich na ziemi polskiej nie ma się co rozwodzić. Musiał jednak przyjść moment - jeśli chcieliśmy pozostać w kręgu chrześcijańskiej etyki i cywilizacji zachodnioeuropejskiej - by powiedzieć: "Wybaczamy i prosimy o wybaczenie". W sytuacji zniewolenia narodu powiedział to największy niezależny autorytet moralny, jaki nam pozostał: Kościół polski. To zdanie - mimo wszelkich resentymentów, opartych na rzeczywistych krzywdach - musimy uznać za swoje. By je przyjąć, wystarczyłaby jego treść moralna. Ale obok treści moralnej jest w nim też narodowa i kulturalna: jako naród o poczuciu przynależności do zachodniego kręgu kultury śródziemnomorskiej - marzymy o powrocie do naszej szerszej ojczyzny, do Europy. Stąd konieczność pojednania z Niemcami, którzy w tej Europie już są - i nadal będą. Wyciągnięcie ręki przez Episkopat Polski do Episkopatu Niemiec - było najśmielszym i najbardziej dalekowzrocznym czynem powojennej historii Polski.
(...)
W polskiej świadomości naszych stosunków historycznych z Niemcami narosło masę mitów i fałszywych wyobrażeń, które trzeba będzie kiedyś odkłamać - w imię prawdy i w celu leczenia siebie samych: fałszywe wyobrażenia o własnej historii są chorobą ducha narodu, służą przeważnie za pożywkę ksenofobii i megalomanii narodowej.
Prawie każdy Polak (nawet wykształcony!) wierzy dziś, że wróciliśmy po drugiej wojnie światowej na ziemie zagrabione nam przez Niemców. Tyczyć to może Gdańska i Warmii od pokoju toruńskiego (1466) do rozbiorów należących do I-szej Rzeczypospolitej - choć zresztą Gdańsk i Warmia były wówczas i do końca drugiej wojny światowej w większości etnicznie niemieckie. Reszta Prus Wschodnich nigdy polska nie była, a Niemcy zdobyli te ziemie nie na Polakach, a na Prusach, narodzie pokrewnym Litwinom. Polska mniejszość na tym terenie (Mazurzy), zresztą słabo uświadomiona w swej masie, to ludność napływowa, sprowadzona głównie przez Albrechta Hohenzollerna z Polski; nie wiedział biedak, że powinien realizować idee Drang nach Osten i Prusy zaludniać tylko Niemcami. Zachodnie Pomorze - etnicznie też niepolskie, choć słowiańskie - zrzucało parokrotnie z uporem swą zależność od Polski i wytworzyło własną organizację państwową, zniszczoną przez Szwedów dopiero w XVII wieku. Prusacy wzięli te ziemie, zamieszkane nie przez Polaków, Szwedom, nie Polsce. Zniemczenie Pomorza Zachodniego odbyło się bez gwałtów, drogą naturalną. Śląsk jeszcze w Średniowieczu zhołdowany został przez Czechów - i wraz z Czechami wszedł w skład monarchii austriackiej. Prusy zabrały go Austriakom, nie Polsce, dopiero w XVIII wieku, gdy procesy niemczenia się Dolnego Śląska, również naturalnego, dokonującego się bez przymusu, były już mocno zaawansowane. Śląsk Opolski i Śląsk Górny zachowały swą etniczną polskość. Zorganizowany i skuteczny w pewnym stopniu nacisk germanizacyjny na tych ziemiach to dopiero druga połowa wieku XIX i XX wiek. Natomiast my nie chcemy z kolei dziś pamiętać, że są to ziemie, na których przez parę setek lat kwitła kultura niemiecka, Czytamy rzewne felietony o Piastach Śląskich, ich zamkach i pałacach, ale nikt nam nie mówi, że już Henryk Probus znany jest niemieckim podręcznikom literatury jako Minnesanger (niemieckojęzyczny trubadur), układający swe poezje w tym samym języku co Walter von der Vogelwelde, co Hermann von Aue, gdy polska liryka miłosna miała powstać i rozkwitnąć dopiero po dwu wiekach. To postać symboliczna w dziejach Śląska.
Po wiekach rozwoju kultury niemieckiej obok polskiej na Śląsku, Ziemi Lubuskiej, Warmii i Mazurach, w Gdańsku (przytłaczająco niemieckim) - i od dawna wyłącznie niemieckiej na Pomorzu Zachodnim - przypadł nam w wyniku historycznych przemian bogaty spadek architektury i innych dzieł sztuki oraz pamiątek historycznych niemieckich. Jesteśmy wobec ludzkości depozytariuszami tego dorobku. Zobowiązuje nas to, by z całą świadomością, że strzeżemy dorobku kultury niemieckiej, bez zakłamań i przemilczeń w tej dziedzinie - chronić te skarby dla przyszłości, również naszej.
Pokutuje w Polsce mit Drang nach Osten - wychwycony z głupiej i zbrodniczej mitologii wilhelmińskich Niemiec. Rozprawiał się z jego przejęciem przez polską publicystykę Antoni Gołubiew w „Tygodniku Powszechnym”, w artykule zbyt mało dostrzeżonym, który powinien wejść do podstawowych lektur polskiego inteligenta. Wiadomo, że zachodnia granica I-szej Rzeczypospolitej była przez wieki jedną z najspokojniejszych i najtrwalszych w Europie. Zaborczość państwa krzyżackiego była zaledwie fragmentem dziejów Niemiec średniowiecznych.
Natomiast nie lubi się u nas pisać i pamiętać o tym, co zawdzięczamy cywilizacyjnie i kulturalnie Niemcom. Że dach i cegła, że murarz, drukarz, malarz i snycerz, że setki słów polszczyzny dokumentują, co zawdzięczamy naszym sąsiadom zza zachodniej miedzy. Piękny dorobek architektoniczny i rzeźby, malarstwa i innych sztuk i rzemiosł w Krakowie i wielu innych miastach i miasteczkach Polski, nie tylko w Średniowieczu, lecz częściowo i później, aż po wiek XIX - to w dużej części dzieła Niemców, którzy tu osiedlali się i wzbogacali naszą kulturę. Każdy prawie Polak wie o Wicie Stwoszu, nie każdy wie, że był to etniczny Niemiec (chwała nauce polskiej, że przeprowadziła w tej sprawie pracami ks. Bolesława Przybyszewskiego dowód ostateczny), wielu wyobraża sobie, że był Polakiem i gotowi spoliczkować każdego, kto temu zaprzeczy, nikt zaś poza specjalistami nie zna setek, a może nawet tysięcy imion i nazwisk twórców-Niemców, którzy zostawili niezatarty ślad w naszej kulturze.
Historia winna być wrotami w przyszłość. Co chcemy wybrać jako symbole dla przyszłości: czy Grunwald - czy Legnicę, gdzie Polacy i Niemcy stanęli razem na drodze ... (dziś powiedzielibyśmy: dywizjonom konnym) Batuchana? Grunwald pozostanie oczywiście na zawsze w pamięci narodowej - ale czy ma to być tylko Grunwald? Niszczenie polskiej kultury przez hitlerowców podczas drugiej wojny światowej - czy jej wzbogacanie przez Wita Stwosza i setki mniej znanych znakomitych artystów ma dominować w naszej świadomości? Czy w Oświęcimiu chcemy zapamiętać tylko Niemców-oprawców, czy też i tych Niemców, choć była ich garstka, którzy nie tylko jako więźniowie, ale też jako członkowie załogi obozu walczyli ze złem? (Pisze o tym w swej źródłowej, wydanej przed kilkunastu laty w Londynie pracy pt. "Oświęcim walczący" emigracyjny pisarz i historyk Józef Garliński - a celnicy polscy odbierają tę książkę na granicy). Czy Niemcami mają być w naszej świadomości tylko gestapowcy i SS? Czy Niemcami nie byli także bohaterowie ze związku Weisse Rose z Monachium, podejmujący w samym jądrze ciemności najtrudniejszą z walk, walkę przeciw "swoim", w czasie toczącej się wojny?
Weisse Rose była to szaleńcza grupa prawdziwych chrześcijan, którzy czynem - takim, na jaki było ich stać - zaświadczyli, że inaczej niż większość ich rodaków w owych latach byli chrześcijanami nie tylko z nazwy, że gotowi byli przyjąć męczeństwo, by dać świadectwo prawdzie i dobru. Ich kult - choć nic z Polską nie mieli bezpośrednio wspólnego - powinien być i u nas żywy: po pierwsze - właśnie dlatego, że są to Niemcy, że są to ludzie należący do tego samego narodu co mordercy milionów podczas drugiej wojny światowej; po drugie - by uświadomić nam dyrektywę etyczną głoszącą, że gdy własny naród i własne państwo wchodzą na drogę zbrodni i zła - obowiązkiem moralnym jest przeciwstawić się temu, choćby nawet naród i państwo toczyły wojnę na zewnątrz. Czy bohaterowie z Weisse Rose niegodni są nazwania ich patriotami niemieckimi? Czy byli zdrajcami swego narodu? Przeciwnie, to oni ratowali resztki godności i wartości moralnych swego narodu - i oni tworzyli wartości niezbędne dla przyszłych Niemiec. W duszach swych nosili inną ojczyznę niż ta, w której mieli nieszczęście żyć i umrzeć męczeńską śmiercią.
Lek i nieufność, jaką żywi wobec Niemców znaczna część Polaków - są zrozumiałe. Byłoby lekkomyślnością i głupotą zakładać, że w Niemcach, w ich stosunku do nas i w ogóle w ich mentalności bez śladu zanikły toksyny nacjonalizmu, nawarstwiające się od ery bismarckowsko-wilhelmińskiej - a jeśli ktoś chce, to może i wcześniej, od początku XIX wieku. Nie brak faktów - rozdmuchiwanych zresztą przez naszą urzędową propagandę ponad ich proporcje w życiu dzisiejszych Niemiec - świadczących, że z uwagą winniśmy śledzić stan potencjalnej gotowości części Niemców do recydywy. Zarazem jednak winniśmy zrobić maksimum tego, co można, by z naszej strony stworzyć optymalne przesłanki do pojednania naszych narodów. Przede wszystkim musimy niejedno zmienić w nas samych i naszej świadomości historycznej, by to było możliwe. (...)» ............................................................................
Kartka z czwartku, 17 lipca 2008 roku
Horror olimpijski już się zaczął. Niemiecka pływaczka Vipa Bernhardt, która nie zakwalifi-kowała się do igrzysk w Pekinie, uzyskała nakaz... sądowy, zmuszający Niemiecki Komitet Olimpijski (DOSB) do włączenia jej do ekipy olimpijskiej.
Vipa Bernhardt otrzymała decyzję sądu krajowego w Kassel w poniedziałek i już we wtorek, mimo protestu prezesa DOSB Thomasa Bacha, została włączona do kadry olimpijskiej Niemiec.
Na posiedzeniu zarządu DOSB, 20 lipca, zapadnie postanowienie, czy z tego powodu inny zawodnik lub zawodniczka zostanie z kadry olimpijskiej usunięty. W kwietniu Bernhardt w mistrzostwach Niemiec zajęła trzecie miejsce na 200 m stylem klasycznym. Tylko dwie pierwsze pływaczki kwalifikowały się do igrzysk, a jej wynik był poniżej minimum olimpijskiego. W pozwie sądowym Bernhardt wskazała, że druga na mecie była Anne Poleska, reprezentująca amerykański klub Coral Springs z Florydy. Bernhardt i Poleska mieszkają i trenują w USA. Poleska zdobyła brązowy medal podczas igrzysk w Atenach (2004) i srebrny medal MŚ 2005 r. w Montrealu.
Przepisy Niemieckiej Federacji Pływania pozwalają na udział w zagranicznych zawodach uniwersyteckich lub szkolnych, ale nie w barwach zagranicznych klubów. Zgodnie z tymi przepisami Poleska nie powinna dostać zgody na start w mistrzostwach Niemiec. - Nigdy czegoś takiego nie widziałem - sportowca, próbującego wpakować się do ekipy z powodu błędu kolegi - powiedział Bach.
Poleska powiedziała, że nie zrobiła nic złego i że nie jest członkiem żadnego klubu, gdy trenuje i pływa na Florydzie. - Uważam, że moja postaw jest kryształowo czysta z prawnego punktu widzenia. Nie obawiam się wcale, że ominie mnie start olimpijski - powiedziała.
Michael Wolski, prawnik i prezes klubu Bernhardt - SG Frankfurt, który złożył pozew do sądu w imieniu pływaczki, powiedział gazecie "Frankfurter Allgemeine Zeitung", że przedstawił dokumenty świadczące o udziale Poleskiej w 10 zawodach w barwach Coral Springs. - Nie mogę sobie wyobrazić, że nie znała przepisów. Wszyscy je znają - powiedział.
Jednak trener kadr pływackiej Niemiec Orjan Madsen jest przekonany, że Poleska pojedzie do Pekinu. .........................................................................
Kartka z środy, 16 lipca 2008 roku
«Wiem, kto jest „Bolkiem” i to ogłoszę» – zapowiedział Wałęsa, ale nie ogłosił. Nazywającemu go kapusiem Gwieździe rzucił: «sam jesteś Bolkiem» – jak w piaskownicy.
- Ilekroć słyszę wypowiedzi Lecha Wałęsy, nie mogę powstrzymać się od skojarzeń z kultem jednostki, który on sam uprawia wobec siebie... - Czyżby rzeczywiście "Solidarność" była kiedyś ruchem jednoosobowym?
- Ktoś powiedział, że w osobie Wałęsy wali się w Polsce zabytek klasy zero. I miał rację. I dosłownie i w przenośni.
- Poza tym książka o nim stała się hitem, ale tylko przez kilka godzin.
- Coś mi się zdaje, że uporczwe powracanie do historii znudziło się już ludziom a naturalną potrzebę dobrego samopoczucia zaczynają wspierać raczej karty kredytowe niż karty przeszłości. - Smutne ale prawdziwe... .............................................................................
Kartka z piątku, 11 lipca 2008 roku
Superpiknik w Toyako- tak można by określić japoński szczyt (G8) najbardziej wpływowych ekonomicznie państw na świecie.
Co przyniósł?
„Chcieli dobrze, a wyszło jak zawsze.” – powiedział kiedyś po którymś ze spotkań G8 były rosyjski premier Czernomyrdin, któremu zapewne nawet się nie śniło, że jego westchnienie będą potem przez lata cytować żurnaliści.
W podobnym duchu o szczytach G-8 pisze prasa niemiecka.
„Neue Osnabrücker Zeitung” napisała:
„Wielki kosz plażowy w Heiligendamm, sadzenie drzewek w Toyako - szefowie państw i rządów grupy G-8 kochają symbole. Ich polityka klimatyczna z podobnej gliny: najpierw zapowiada się wielkie kroki, po czym porusza w ślimaczym tempie. Nadzieja prysła.”
Dobitniej i treściwiej ujęła to gazeta „Schweriner Volkszeitung”:
"Wzajemne poklepywanie się po plecach najpotężniejszych mężów stanu z naszą panią kanclerz włącznie, wypada sztucznie i bezbarwnie, gdyż to oni sami wiedzą przecież najlepiej, że rezulaty szczytu są nijakie jeśli mierzyć je tym, na co zgodzono się już wcześniej, a jeszcze bardziej wyzwaniami, przed którymi stoi świat tak dziś, jak i - zwłaszcza - jutro. Za imponujący sukces tego spotkania uznano zgodę USA na działanie na rzecz ochrony klimatu na Ziemi. Ale ograniczenie o połowę emisji gazów cieplarnianych do roku 2050, a więc za 42 lata, wygląda z dzisiejszej perspektywy na termin z gatunku na świętego nigdy... Trudno to uznać za cel, który warto brać na serio. W sumie wygląda na to, że problemów tego świata nie uda się nikomu rozwiązać w pojedynkę i należy się obawiać, że na forum G8 też się to nie powiedzie."
G8 od dobrych paru lat nie ma niestety dobrej marki. Z jednej strony aktualna konfiguracja szczytu nie zgadza się z aktem urodzenia tej instytucji. Na początku było sześć państw: USA, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Włochy i Japonia. Potem doszła jeszcze Kanada ale w zasadzie wszystko się zgadzało. Siódemka miała „te same przekonania i taką samą odpowiedzialność”. Wszystkie państwa członkowskie były „otwarte i demokratyczne” no i szanowały „swobody indywidualne i postęp społeczny”. Tak było do 1998 roku, do momentu, kiedy padł pomysł – „dla dodania odwagi młodej demokracji rosyjskiej” - zaproszenia do stołu Borysa Jelcyna.
Rosja, to prawda, jest dziś zamożniejsza i mniej zacofana niż wtedy. Ale jej obecności w tym salonie ani nie uzasadnia jej gospodarka (12. na świecie), ani jej „suwerenna demokracja”, ani wyniki najnowszego Raportu „Doing Business 2008”, który klasyfikuje ją dopiero na 106 miejscu. Argument, że chodzi o bezpieczeństwo energetyczne, też nie przekonuje. Przecież to nie kto inny jak Putin wcale nie tak dawno właśnie na przykładzie Ukrainy pokazał, jak się tworzy niebezpieczeństwo energetyczne...
- Chyba że przyjąć inne kryteria.
Wtedy G8 będzie można określić jako jedyną w swoim rodzaju instytucję kontrolowaną przez osiem osób. Kraje wchodzące w skład grupy G8 stanowią zaledwie 14% ludności świata, ale dysponują jednocześnie 65% bogactwa świata. Mając pieniądze, mogą wywierać znaczący wpływ na gospodarkę i politykę światową, mogą też wyznaczać kierunek polityki takich instytucji globalnych, jak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy (IMF) i Światowa Organizacja Handlu (WTO).
Wróćmy jednak do ocen prasy niemieckiej.
Komentator „Süddeutsche Zeitung” napisał, że już dziś wie, jakie znaczenie przypisze ochronie klimatu przyszły prezydent USA:
„Czy będzie to John McCain, czy też Barack Obama, nie ma większego znaczenia. Pod wodzą nowego prezydenta, USA uaktywnią się w dziedzinie ochrony klimatu. Zaangażowanie Waszyngtonu wyraźnie wzrośnie. Im bardziej drożeć będzie benzyna, tym łatwiej będzie wytłumaczyć amerykańskiej opinii publicznej, że Ameryka musi robić więcej, niż tylko wydobywać ropę naftową.”
Natomiast gazeta „Westdeutsche Zeitung” z Düsseldorfu, określając ustalenia G8 jako mierne, pokazała, iż miast patrzeć krytcznym okiem na innych, lepiej najpierw zacząć od siebie:
„Państwa uprzemysłowione muszą się zdeklarować, czy wytyczą sobie ambitny i stosunkowo bliski cel. Jeśli tego nie uczynią, państwa boomu gospodarczego jak Chiny i Indie pokażą im jaką wagę przywiązują do swego wkładu w dzieło ochrony klimatu. Nie można im też mieć tego za złe, bo na głowę mieszkańca Indii przypada dziś 900 kilogramów CO2 rocznie, natomiast na głowę Niemca prawie 10 tysięcy kilogramów.”
Tak jak po wszystkich poprzednich szczytach, znów okazało się, że sklecona oportunizmem G8, nie jest zdolna do zajęcia w ważnych sprawach wspólnego stanowiska. Państwa G8 niezdolne są też do wspólnych działań i na własne życzenie pozostają bezwolne wobec prawdziwych wyzwań XXI wieku.
Następne G8 zaplanowano za rok, we Włoszech, na wyspie La Madallena koło Sycylii. Też dobre miejsce na piknik! ...................................................................................
Kartka z czwartku, 10 lipca 2008 roku
Agencje prasowe właśnie powiadomiły, że Centrum Szymona Wiesenthala przypuszcza, że drugi na liście najbardziej poszukiwanych zbrodniarzy hitlerowskich żyje w Chile. Jest to Aribert Heim - w czasie II wojny światowej lekarz w obozie koncentracyjnym Mauthausen (na terenie Austrii). Teraz ponoć przebywa w Patagonii, gdzie mieszka jego córka.
Heim zwany „Doktor Śmierć” mordował więźniów ze szczególnym okrucieństwem. Jeśli żyje, ma 94 lata. Jego zbrodnie są w pełni udokumentowane, on sam bowiem spisywał wszystkie wykonywane zabiegi. Według świadków, aby zobaczyć, ile bólu są w stanie znieść operowani, prowadził operacje i amputacje bez użycia środków znieczulających. Wstrzykiwał też m.in. więźniom prosto w serce benzynę, wodę i różnorodne trucizny.
Po wojnie został schwytany przez Amerykanów i umieszczony w obozie, ale nie został oskarżony. Zwolnionyz obozu wrócił do zawodu i praktykował w niemieckim Baden-Baden do 1962 roku. Uciekł, gdy dowiedział się o rozpoczętym przeciwko niemu śledztwie...
- Zastanawia mnie pewien fenomen.
Co rusz z prasy dowiadujemy się o dożywaniu sędziwego wieku i spokojnej śmierci okrutnych oprawców i zbrodniarzy.
- Jak to się dzieje, że im się to udaje?
Dwa lata temu w stolicy Kambodży Phnom Penh zmarł jeden z najokrutniejszych oprawców azjatyckiej odmiany hitleryzmu. Też dożył sędziwego wieku. Nazywał się Ek Czuen, ale lepiej był znany jako „Brat Numer Sześć”, jeszcze lepiej jako „Ta Mok”, a najlepiej jako "Rzeźnik", co prawidłowo oddaje miejsce, jakie zajmie w historii.
Usytuowany tuż za „Bratem nr 1”, czyli Pol Potem, hersztem Czerwonych Khmerów, Ta Mok (rocznik 1926) był ich wojskowym dowódcą, wyjątkowo bezwzględnym oprawcą, nawet jak na tę bandę fanatyków. "Rzeźnik" był ostatnim naprawdę ważnym przywódcą Czerwonych Khmerów oczekującym na proces za ludobójstwo, zbrodnie przeciw ludzkości i zbrodnie wojenne. Zostawił wyjątkowo krwawe ślady w ogólnym strasznym bilansie rządów Khmerów (1975-79), w czasie których zamęczyli niewolniczą pracą lub wprost wymordowali ok. 2 mln ich własnych rodaków.
Minęło 30 lat, rozmiar zbrodni jest znany, Khmerowie (to jeden z ich paradoksów) zostawili dokładną buchalterię ich zbrodni. Mimo tego przygotowania do procesu trwały siedem lat, sądzić miało 30 prawników kambodżańskich i międzynarodowych a wszystko kosztowało, z budżetu ONZ naturalnie, ponad 50 mln dolarów.
Nie chodzi o dolary, chodzi o sprawiedliwość i o prawdę. Już wiadomo - nie będzie ani jednej, ani drugiej. Pol Pot spokojnie umarł gdzieś w dżungli, Ta Mok w więzieniu, inni, z tylnej ławki, są na ogół na wolności...
- Dlaczego poszukiwaniami i ściganiem zbrodniarzy, którzy dopuścili się czynów nie podlegających przedawnieniu - zbrodnie ludobójstwa, zajmują się instytucje prywatne a nie prokuratury?
- Wydaje mi się, że ludzkość lubi być karmiona hipokrazją i kłamstwem, bo są one bardziej "strawne". - Tak też pewnie będzie niebawem z Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie... .......................................................................
Kartka z środy, 9 lipca 2008 roku
Według Raportu Banku Światowego "Doing Business 2008" Polska zajęła dalekie, 74. miejsce pod względem warunków prowadzenia działalności gospodarczej. W analizie wzięto pod uwagę 180 państw świata...
Wynik wskazuje na konieczność przeprowadzenia w Polsce poważnych reform, przede wszystkim systemu finansów publicznych oraz ułatwień dla przedsiębiorców. Badaniami objęto koszty prowadzenia działalności gospodarczej w okresie od lipca 2006 do czerwca 2007 r.
Niestety kolejny raport nie będzie lepszy dla Polski. Analiza będzie bowiem dotyczyła okresu od lipca 2007 do czerwca 2008 r., a w tym czasie nie weszły w życie lub nie zostały uchwalone przez Sejm istotne regulacje gospodarcze.
Z raportu wynika też, że najlepszy klimat dla prowadzenia biznesu mają Singapur, Nowa Zelandia, USA, Hongkong, Dania, Wielka Brytania, Kanada, Irlandia, Australia i Islandia. Wśród krajów nadbałtyckich dobre miejsca w rankingu zajmują Estonia (17.), Litwa (26.) oraz Łotwa (28.). W porównaniu z raportem z ubiegłego roku ("Doing Business 2007") Polska uzyskała gorszy wynik - o 6 miejsc.
Rządząca dziś Platforma Obywatelska szła do wyborów pod hasłami reform. Ale niestety nie wprowadzono ich a i po ponad ośmiu miesiącach rządów nie zanosi się na ich szybką realizację.
Grzech zaniechania jest tym cięższy, że zaprzepaszcza się czas znakomitej koniunktury gospodarczej, która jest zawsze najlepszym okresem do przeprowadzania reform. Światowa gospodarka przeżywa coraz większe kłopoty. Prędzej czy później (a najprawdopodobniej prędzej) zacznie się je odczuwać także i w Polsce. A wtedy o wprowadzanie zmian będzie o wiele trudniej.
- Żal mi Rodaków w Kraju... ....................................................................................
Kartka z wtorku, 8 lipca 2008 roku
Jedną z moich pasji życiowych jest pływanie. Bawię się w trenera a i sam cztery razy w tygodniu przepływam jeszcze tych parę kilometrów. Śledzę też pilnie wyczyny Amerykanina Michaela Phelpsa (7 medali - 5 złotych i 2 brązowe w poprzednich igrzyskach olimpijskich w Atenach) no i formę, jaką prezentuje na miesiąc przed Igrzyskami w Pekinie. Podczas pływackich mistrzostw USA w Omaha ustanawia nowe rekordy świata. W swej karierze bił je już 22 razy. W Pekinie będzie startował indywidualnie na 200 i 400 zmiennym, 200 dowolnym oraz 100 i 200 motylkiem. Ponadto będzie w składzie wszystkich trzech sztafet. Jest więc szansa, że zdobędzie 8 złotych medali i pobije rekord Marka Spitza z Monachium z 1972 roku.
Inną bohaterką Igrzysk będzie też amerykańska pływaczka 41-letnia Dara Torres, która w Omaha wygrała finałowy wyścig na 100 m stylem dowolnym - 53,78 i zakwalifikowała się po raz piąty do ekipy olimpijskiej. Druga była młodsza o 15 lat Natalie Coughlin - 53,83.
Wśród 16-tysięcznej widowni oklaskiwali ją niemiecki trener Michael Lohberg oraz dwuletnia córeczka Tessa. Torres zadebiutowała w igrzyskach olimpijskich w Los Angeles w 1984 roku zdobywając z koleżankami złoty medal w sztafecie 4x100 m stylem dowolnym. Przed ośmiu laty, w Sydney Amerykanka wywalczyła pięć medali, w tym dwa złote w sztafetach oraz trzy brązowe indywidualnie i po igrzyskach zakończyła karierę. Była wtedy w wieku 33 lata najstarszą złotą medalistką olimpijską.
W czasie ciąży w 2005 roku wznowiła treningi w grupie trenera Lohberga, by już w 2007 roku zdobyć tytułu mistrzyni USA na 50 i 100 m stylem dowolnym. "Kiedy ma się jakieś marzenia, wiek nie odgrywa żadnej roli" - mówiła wtedy i bardzo mi tym imponowała. W Pekinie wystąpi po raz piąty w karierze w igrzyskach, (zabrakło jej w Atlancie i Atenach).
Michael Phelps, który urodził się rok po zdobyciu przez Torres pierwszego złotego medalu olimpijskiego w Los Angeles, zwraca się ponoć żartobliwie do swojej starszej koleżanki per "Mamo".
- Już dziś cieszę się na emocje, które zaczną się za miesiąc! ............................................
Kartka z 15 czerwca 2008 roku
- Jacques Delors, legendarny francuski ekonomista i polityk, przewodniczący Komisji Europejskiej (styczeń 1985 - grudzień 1994) powiedział kiedyś, że Europa jest jak rower – albo jedzie do przodu albo się przewraca. Jest w tym sporo racji. Teraz jak gdyby się przewraca.
Po tym jak Irlandia odrzuciła traktat lizboński Unia Europejska nie otrzyma - tak jak planowano - w 2009 roku nowego fundamentu w postaci Traktatu Reformującego. 53,4% (czyli 862415 osób, przy frekwencji wynoszącej 53,1%) głosujących w ogólnonarodowym referendum w tym małym, liczącym niewiele ponad 4 mln obywateli państwie zadecydowało o przyszłości Europy...
Wynik z 13 czerwca br zniweczył reformatoskie plany Unii Europejskiej. Traktat Lizboński miał bowiem usprawnić procesy decyzyjne w unijnych instytucjach. Jednak aby mógł wejść w życie, musiały go zaakceptować wszystkie z 27 głosujących państw członkowskich.
Wydarzenie to bardzo zniesmaczyło prasę niemiecką. Machnięto ręką na EURO 2008, skoncentrowano się na komentowaniu irlandzkiego referendum.
Komentator monachijskiej „Süddeutsche Zeitung” w specyficzny sposób podszedł do unijnej formy demokracji wyrażając opinię, iż Irlandczycy mieli prawo odrzucić traktat, ale teraz muszą odpowiedzieć na pytanie - czego jeszcze szukają w Unii. „UE musi teraz zabezpieczyć się przed trwałym paraliżem. Najlepiej byłoby gdyby stworzyć specjalną opcję dla tych, którzy chcą uczestniczyć w unii gospodarczej, ale nie politycznej. Unii Europejskiej grozi bowiem marginalizacja, jeśli pozwoli na hamowanie jej rozwoju wolnym i niechętnym” – napisał.
Komentator dziennika FAZ (Frankfurter Allgemeine Zeitung) ubolewa z kolei nad niewdzięcznością Irlandyczków: "Unia Europejska znalazła się (...) znowu w kryzysie, z którego uwolniła się dopiero w zeszłym roku. Fakt, że to właśnie Irlandczycy wepchnęli ją tam z powrotem wielu ludzi na kontynencie odczuwa jako wyraz niewdzięczności. I to prawda: Tylko niewiele krajów zyskało na członkostwie w UE w takim stopniu jak Irlandia.”
Dla komentatora dziennika „Die Welt” Europa to chwiejna budowla: „Obramowanie trzeszczy a fundament europejskiego domu jest przeciążony. Ostatnie piętro zbudowano zanim jeszcze wyschła piwnica. Przyjęto dwanaście nowych państw, bez stworzenia odpowiednich warunków. Zamiast dokonać generalnego remontu, Bruksela woli łatanie dziur. (...) Unia Europejska jako wspólnota 27 krajów, które decydować mają o wszystkim jednogłośnie, nie ma przyszłości. Nie pomoże Brukseli, jeśli swoją porażkę będzie próbować załatać prawniczymi sztuczkami. Trzeba wreszcie otworzyć debatę na temat nowej formuły istnienia Unii".
I tak oto demokracja Unii Europejskiej stanęła na rozdrożu...
A tak naprawdę po cichu za nieposłuszeństwo Irlandczyków trzymała kciuki cała eurosceptyczna Europa. Brytyjczycy, Czesi, nawet Włosi z Ligi Lombardzkiej i część polskich środowisk - wszyscy mieli nadzieję, że wynik referendum będzie negatywny. No i powstrzymano triumfalny marsz traktatu lizbońskiego.
Natomiast nastroje w politycznym obozie prounijnym najdobitniej wyraził czołowy polityk niemieckiej Partii Zielonych Jürgen Trittin oświadczając, iż trzeba poważnie zastanowić się jak to możliwe, by niecały milion Irlandczyków mógł zablokować coś, co decyduje o współpracy 500 milionów pozostałych Europejczyków.
- Dowcipnisie niemieccy twierdzą, że od demokracji jeszcze lepsza jest... „demokratura”. - Może coś w tym jest?
|